Chciałbym zaproponować zabawę polegającą na zestawianiu co najmniej dwóch różnych interpretacji tego samego dzieła i przedstawieniu analizy porównawczej. Możemy skupić szkiełko naszej wścibskiej lupy na jakimś charakterystycznym fragmencie albo wybranym aspekcie interpretacji, lecz jeśli ktoś dysponuje większą ilością wolnego czasu i przypływem chęci, bardzo mile będzie widziana także analiza kompleksowa, obejmująca wszystkie najważniejsze cechy interpretacji (np. dobór tempa, przejrzystość artykulacji, kolorystyka, zgranie zespołu, brzmienie poszczególnych sekcji i instrumentów solistycznych, frazowanie, sposób eksponowania kontrastów fakturalnych i dynamicznych, logika konstruowania mikro- i makroformy itp.).
Mam nadzieję, że takie bezpośrednie porównania pozwolą w miarę rozwoju wątku chociaż częściowo rozproszyć tajemnicę fundamentalnego pytania: na ile dyrygent może zaingerować w interpretację świetnej orkiestry, dobrze znającej dany repertuar, ograny wcześniej pod wieloma batutami? Nie interesuje mnie zatem czysto techniczna kwestia skrupulatnego odczytania nutek, ustalenia optymalnych proporcji dynamicznych, kontroli intonacji, czy inne elementy wykonania których musi dopilnować każdy szanujący się dyrygent. To jest dopiero baza, minimalny warunek wstępny do tego, aby w ogóle warto było dyskutować o nagraniu. Intryguje mnie raczej „to coś” - nieuchwytne, nieodgadnione - co powoduje, że jedna interpretacja porusza, wywołuje ciarki na czubku głowy, a druga pozostawia obojętnym, przy całym swoim perfekcjonizmie.
Wydaje się, że ten element wykonania odgrywa najistotniejszą rolę w repertuarze romantycznym toteż pozwolę sobie rozpocząć tę zabawę zestawieniem dwóch interpretacji początkowego fragmentu II Symfonii Rachmaninowa (choć to już utwór dwudziestowieczny, jego romantyczny rodowód jest niepodważalny).
Oto dwa fragmenciki pierwszego wybranego przeze mnie nagrania, które recenzent magazynu „Gramophone” określił jako „eine wunderbare, überzeugende Interpretation”:
Ekspozycja 1 i 2 tematu części pierwszej (Los Angeles Philharmonic Orchestra, Simon Rattle)
Zwykle nie dowierzam krytykom muzycznym, nic nie przyjmuję na wiarę i wolę najpierw wysłuchać, a następnie samodzielnie wyrobić sobie opinię. Po zapoznaniu się z nagraniem pod batutą Rattle’a nie powiedziałbym, że jest ono „cudowne”, co najwyżej perfekcyjne w sensie odwzorowania partytury lecz wyrazowo „letnie”. W przypadku Rachmaninowa, a zwłaszcza tej symfonii, przesiąkniętej liryzmem i nostalgią, potrzeba tego magicznego dotknięcia czarodziejskiej różdżki, które poruszy struny naszej wrażliwości muzycznej. Pedantycznemu Anglikowi nie udało się rozbudzić mojej słowiańskiej duszy.
I teraz drugie nagranie:
Ekspozycja 1 i 2 tematu części pierwszej (Concertgebouw Orchestra Amsterdam, Vladimir Ashkenazy)
Jakże różni się ta interpretacja od poprzedniej. Szeroka fraza pulsuje życiem, oddycha. Ashkenazy, jak przystało na laureata Konkursu Chopinowskiego, o wiele lepiej wyczuwa romantyczne rubato niż Rattle - perkusista z wykształcenia (i z nazwiska ;)), a orkiestra po prostu śpiewa (zresztą razem z dyrygentem, co niekiedy jest słyszalne w słuchawkach), rozpływając się całym jestestwem w tęsknych melodiach. Ileż więcej poezji, fantazyjności emanuje z frazy wiolonczel, kontrapunktującej drugi temat inicjowany przez instrumenty dęte. Czy to tylko wzmożona ekspresja, czy już niebezpieczna egzaltacja?
Oczywiście, aby dojść do bardziej ogólnych konkluzji i ostatecznie zawyrokować, które z tych nagrań (jako całość) bardziej nas satysfakcjonuje, trzeba by teraz prześledzić w podobny sposób jeszcze z kilkanaście newralgicznych fragmentów symfonii oraz uważnie wysłuchać obu interpretacji w całości (aby uchwycić właściwy kontekst). Ja, na własne potrzeby, taki „wyrok” już wydałem i obstaję za interpretacją Concertgebouw Orchestra pod dyrekcją Ashkenazy’ego.
Jak to się dzieje, że jeden dyrygent potrafi „porwać” orkiestrę, a inny uprawia tylko rzetelne rzemiosło?
Czy jest to kwestia stworzenia odpowiedniego nastroju? Zjednania orkiestry barwnymi opowieściami, okraszonymi anegdotami związanymi z wykonywanym utworem?
Widziałem próby, podczas których wybitni dyrygenci przegadywali problemy według proporcji "dwie minuty grania - dziesięć minut gadania" i z reguły nie przekładało się to na wyraźne różnice w interpretacji powtarzanego fragmentu, a orkiestra sprawiała wrażenie coraz bardziej zniecierpliwionej. Henryk Czyż (mój chór akademicki miał kiedyś okazję z nim współpracować przy realizacji kantaty "Wesele") również należał do gawędziarzy, ale potrafił stworzyć fantastyczną atmosferę i nikt nigdy nie nudził się na próbach, wyczekując wręcz kolejnych zabawnych historyjek.
Innym z kolei dyrygentom, mniej gadatliwym, wystarczały dwa, trzy słowa trafione "w dychę" i utwór nabierał kolorów. Jeszcze innym, mniej gadatliwym, wystarczały dwa, trzy słowa trafione "w dychę" i... muzycy grali jak poprzednio.
Czy jest to kwestia sugestywnej gestykulacji?
Znowu kilka przykładów.
Pierwszy, to Richard Strauss, dyrygujący swoim "Dylem Sowizdrzałem". Coś niesamowitego zobaczyć go "w akcji". Sztywny, posągowy korpus, prawa rączka oszczędnymi ruchami wybijająca takt, i znudzona mina dyrygenta-twórcy, który w jednym z punktów kulminacyjnych ostentacyjnie zerka na zegarek, jakby jego myśli krążyły wokół zbliżającego się obiadku. Efekt - nudy na pudy!
Drugi obrazek, to wizja spoconego jak mysz kościelna dyrygenta, wijącego się jak wąż w spazmatycznych ruchach, który pełen bezsilności usiłuje wykrzesać z ospałych, beznamiętnie wiosłujących smyczkami, muzyków odrobinę emocji i zaangażowania. Efekt - nudy na pudy!
Trzeci obrazek, oszczędne ruchy - maksimum efektu!
Czwarty obrazek, sugestywna gestykulacja - maksimum efektu!
Piąty obrazek…
Czy może problem tkwi w samej orkiestrze, w jej zdolnościach dostosowania się, przełamywania nawyków?
Na czym polega tajemnica dyrygenckiego sukcesu?
Użytkownik samotulinus edytował ten post 05.10.2011 - 17:00

















