Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 06/13/20 in Artykułów

  1. 9 points
    Od jakiegoś czasu możemy zaobserwować niepokojący trend zalewania rynku produktami podrobionymi. Niestety, czasy, kiedy podróbkę można był odróżnić na pierwszy rzut oka koślawym logiem, a sprzedaż odbywała się na straganach już minął. Obecnie, gdy sprzedaż internetowa daje dużą anonimowość sprzedawcy, ciężko zweryfikować, czy mamy doczynienia z autoryzowanym punktem sprzedaży – wchodzimy na aukcję, sklep internetowy i szukamy produktu po najniższej cenie. Podróbki są już tak dopracowane, że wizualnie ciężko je odróżnić od oryginału. To co obecnie niepokoi najbardziej i co częściowo skłoniło do stworzenia tego materiału, to fakt, że podrabiane produkty Oyaide dostępne są w dużych (wydawałoby się) renomowanych sklepach internetowych oraz niektórych salonach audio… Być może część osób padła ofiarą swej niewiedzy i w naiwności kupiła znacznie tańszy produkt, licząc na okazje i myśli, że ma oryginalny produkt. By pomóc takim osobom zweryfikować autentyczność produktu powstał ten materiał gdzie skonfrontuję oryginalny produkt z produktem podrobionym. Metodologia testu była dosyć prosta, z Chin zamówiono jedną partię czterech kompletów P-037 które zakonfekcjonowane zostały na przewodzie Siltech Explorer 270p Basic. Na dwumetrowe odcinki tego przewodu założyliśmy rzeczone podróby, a na kolejne odcinki tego przewodu oryginalne C037 oraz by mieć lepsze porównanie C004. Tak przygotowane przewody mogliśmy użyć do testów odsłuchowych, które też miały miejsce. Ale zacznijmy od budowy i omówienia szczegółów różniących produkt prawdziwy od podróby. Na zdjęciach zielony znacznik stawiam przy oryginalne, czerwony X przy podróbie. Pierwsza sprawa, liczyłem się z potrzeba dokładnych pomiarów suwmiarką, ważenia wtyków i w ten sposób wykazywać różnice między F (fake), a O (original) – w dalszej części tekstu będę używał już tych skrótów. Więc pierwsze sekundy po otwarciu paczki z F wtykami C037 z Chin rozwiały wątpliwości. Na pięć zamówionych kompletów przyszły cztery komplety C037 i jeden (nie zamawiany) C079. Jak widać uczciwość sprzedawcy w pakowaniu towaru nie różni się zbytnio od uczciwości w postrzeganiu prawa do używania nazwy marki… To co już na pierwszy rzut oka wzbudza wątpliwości to sposób pakowania. Każdy komplet w inny sposób – jeden w zwykłym woreczku, kolejny zawinięty w papier, pozostałe w kartonikach z symbolem wtyku. Kolejna sprawa, delikatnie rzecz ujmując niezbyt duża powtarzalność produktu. Każdy z (F) kompletów różnił się od siebie dosłownie wszystkim – inne odcienie koloru obudowy, inny materiał tworzywa sztucznego z którego zrobiona jest głowica, z 4 na 5 znajduje się logo Oyaide, na jednym brak znaków firmowych. Brak oryginalnych puszek, brak hologramów. Tak wygląda (O) zestaw zaraz po rozpakowaniu. Metalowe puszki i hologramy to pierwszy element pozwalający z 99% pewnością stwierdzić autentyczność produktu. Przynajmniej tak wygląda stan na dzień dzisiejszy – niewykluczone, że wkrótce oszuści dopracują i ten element… Różnice w czcionce są bardzo małe i widoczne tylko przy bezpośrednim porównaniu. Tekst jest identyczny. Guma otulająca kabel w (O) ma mniejszą dziurę w (F) jest większa. Po skręceniu wtyku w (O) przewód wychodzi idealnie centralnie w (F) wychodzi z boku tego otworu. Głowice (F) wtyków różnią się nawet między sobą… Od (O) największa wizualna różnica to wykonanie w całości z nieprzezroczystego tworzywa. Długość śrub skręcających obudowę oraz ich rodzaj różnią się między poszczególnymi egzemplarzami (F). W niektórych egzemplarzach śruby te były za długie i po pełnym dokręceniu obudowa pękała. Główna różnica jednak polega na tym, że śruby jak i piny w (F) reagują na magnes. W przypadku (O) żaden element wtyku i gniazda nie jest wykonany z metali magnetycznych. Przezroczysta głowica wtyku zasilającego widoczna w jednym z wytworów to już efekt fantazji kopisty. W oryginalnym Oyaide żadna seria nie miała przezroczystej głowicy. Pokazuje to też, jak małą dokładność i rzetelność w powtarzalności produktu mają (F). Podrobili tylko z grubsza wygląd i skopiowali logo, reszta już jak im się w danym momencie „wyprodukowało”. Największe zaskoczenie testów – okazało się że metalowe elementy uziemienia typu Schucko w jednym z egzemplarzy (F) to atrapy!!! Mówiąc wprost – mając taki wtyk i wpinając go do listwy typu Schucko nie mamy uziemionego sprzętu!!! Każde przepięcie, czy zwarcie może skończyć się poważnymi konsekwencjami z porażeniem i pożarem włącznie… Przy wpięciu do gniazda z „bolcem” uziemienie jest, ale przy listwie typu Schucko już uziemiania nie ma. Tragiczny błąd konstrukcyjny… ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Kolejny etap testów to próba odsłuchowa. Na dwóch identycznych odcinkach przewodu Siltech Explorer 270p Basic założone zostały wtyki C004 oraz C037, a także ich Chińskie odpowiedniki. Od pierwszych dźwięków słychać od razu było sklejenie i ujednolicenie basu w przypadku podróbek. Oprócz tego w całym przekazie dźwiękowym wkradł się chaos i lekka nerwowość. Teoretycznie należałoby przetestować każdy przysłany egzemplarz podrób, bo same między sobą różnią się w zasadzie wszystkim: kolorem, materiałem plastiku, materiałem styków, rodzajem śrub, a nawet tym, że niektóre nie mają uziemienia… Ale nie widziałem sensu dalej brnąć w takie testy, większy sens ma użycie zwykłego wtyku z marketu budowlanego, niż ładnie wyglądającej podróby. Przynajmniej będziemy mieć uziemienie... By podsumować poniższy materiał kilka faktów na temat wtyków oryginalnych i ich podrób: podróby to nie jest produkt, który „wychodzi z tej samej fabryki bocznymi drzwiami”. To całkiem inny produkt pod każdym względem i żaden pojedynczy element nie odpowiada oryginałowi różnice między podróbami są bardzo duże, nawet zamawiając z jednej partii, od jednego handlarza nigdy nie wiemy co dostaniemy niektóre podróby nie posiadają poprawnie zrobionego uzieminia i mogą grozić porażeniem lub pożarem podpiętego sprzętu podróbki królują na aukcjach internetowych, ale niestety też w wielu sklepach audio nie ma co liczyć na okazję w cenie 10-20% ceny orginału nie kupimy dowód zakupu, metalowa puszka, hologram tego zawsze wymagajmy od sprzedającego dźwiękowo podróby nie są w stanie konkurować z orginałem chcąc oszczędzić pieniądze i mieć pewność i bezpieczeństwo, lepiej użyć zwykłych technicznych wtyków z marketu budowalnego - prawdopodobnie efekt dźwiękowy i tak będzie lepszy niż podróbki.
  2. 8 points
    W walce z wibracjami nie dość, że wszystkie chwyty są dozwolone, to każde z akcesoriów sprawdza się raz lepiej a raz gorzej i to nie tylko w zależności od konkretnego systemu, co również od destynacji, czyli pod czym wyląduje. Ponadto o ile doskonale wiadomo, że pasożytnicze rezonanse nigdzie nie są mile widziane, to najwięcej szkód są one w stanie wyrządzić wszędzie tam, gdzie odczyt danych odbywa się w sposób czysto mechaniczny, czyli w źródłach, ze szczególnym uwzględnieniem tych analogowych. Jeśli zatem posiadacie w swych systemach jakiś gramofon z pewnością zdążyliście już się zorientować jak kluczowym zagadnieniem jest oprócz jego ustawienia również posadowienie, a dokładnie nie tyle gdzie, co na czym powinien on stanąć. Dlatego też w ramach niniejszej epistoły zajmiemy się platformą antywibracyjną IsoAcoustics Delos 1815M1. Choć rodzimy dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, a po prawdzie śmiało można założyć, iż jest to ewidentny przejaw radosnego słowotwórstwa działu marketingu, usilnie stara się zaklinać rzeczywistość górnolotnymi określeniami w stylu „cokół izolacyjny” sam producent aż takiego parcia na szkło i weny nie ma, woląc nazywać rzeczy po imieniu. Krótko mówiąc Delos 1815M1 to nic innego jak klasyczny blok rzeźniczy wzbogacony o firmowe stopy antywibracyjne, z którymi to de facto mieliśmy już przyjemność się zaznajomić podczas testów modelu Orea Bordeaux. Mamy zatem do czynienia z ciężką, odporną na rezonanse, między innymi poprzez klejenie profili drewnianych różnymi przekrojami, platformą nośną i wielowarstwowe, świetnie odsprzęgające od podłoża stopy. Oczywiście w materiałach informacyjnych znajdziemy nad wyraz sugestywne odwołania do mitologii greckiej i dryfującej po wzburzonym Morzu Egejskim wyspie … Delos, jednak tym razem wszelkich miłośników bajkopisarstwa odeślę do dzieła Jana Parandowskiego a sam skupię się na faktach. Tytułowa platforma oferowana jest w dwóch wersjach materiałowych – z końcówką M oznaczającą użycie w roli budulca drewna klonu i W z wykorzystaniem drewna orzecha. Jakby tego mało sama grubość platformy nośnej może wynosić 45 mm (1-ka na końcu), bądź 76 mm (2-ka na końcu). Ponadto nabywca może wybierać miedzy wersjami wyposażonymi w cztery, bądź sześć stóp antywibracyjnych, choć akurat to pociąga ze sobą również wzrost powierzchni samej platformy z 18”x15” (455 x 380 mm) na 22”x16” (560x405 mm). Całe szczęście nazewnictwo poszczególnych wersji jest na tyle czytelne, że bez trudu można się w nim połapać. I jeszcze jedno – użycie drewna klonowego i orzechowego oprócz oczywistych różnic kolorystycznych niesie ze sobą zmiany natury fizycznej. Klon bowiem jest nieco twardszym gatunkiem, więc i wpływem na brzmienie powinny się różnić. Piszę powinny a nie, że się różnią, gdyż do recenzji otrzymaliśmy jeden, klonowy egzemplarz. Tym razem z bratobójczego pojedynku nici, może następnym razem, o ile tylko uda nam się pozyskać np. Delosa 2216W2 zdolnego przyjąć na swe barki ponad 40 kg obciążenie. Przystępując do testów, a dokładnie w ich pierwszej fazie używałem Delosa zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli pod swoją dyżurną Kuzmą Stabi S wyposażoną w ramię Kuzma Stogi i wkładkę Dynavector DV-10X5. Od razu zwróciłem uwagę, iż pomimo pozornie miękkiego zawieszenia kwestia prawidłowego wypoziomowania gramofonu nie stanowiła najmniejszego problemu. Jeśli zaś chodzi o wpływ na brzmienie, to z niekłamaną ulgą stwierdziłem, iż przesiadka z twardo odsprzęgniętej – ustawionej na czterech regulowanych kolcach, górnej półki masywnego stolika Rogoz Audio 4SM bynajmniej nie spowodowała zamulenia, czy też ociężałości dźwięku. Jedynie lekkiemu uprzywilejowaniu uległa średnica przy subiektywnym wzroście energetyczności ww. podzakresu. Nawet dość siermiężny i garażowo kanciasty album „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy zabrzmiał bardziej … analogowo (?). Nie chodzi bynajmniej w tym momencie o jakąś porażającą woltę, czy też „zlampizowanie” ostrego metalowego łojenia, lecz raczej dosaturowanie i wypełnienie nieco suchych brył. Dźwięk stał się jakby gęstszy, bardziej treściwy, tym samym mniej forsujący. Całe szczęście prog-rockowy „Hunt” Amaroka, pełen zwiewnych i onirycznych gitarowych pasaży nie stracił nic ze swojej baśniowej eteryczności, więc trudno w tym momencie zarzucać amerykańskiej platformie jakiekolwiek kombinacje z obniżaniem równowagi tonalnej. Przesiadka na elektronikę spod znaku Depeche Mode ("Violator") i Madonny („Ray of Light”) tylko powyższe obserwacje pogłębiła i je potwierdziła, gdyż jakiekolwiek obniżenie tonacji, bądź też podkręcenie najniższych składowych automatycznie spowodowałoby mówiąc potocznie „przewalenie” basu i trudne do zniesienia monotonne dudnienie a nijakich podobnych anomalii nie dane mi było odnotować. Nawet z założenia nie tyle ciemny, co wręcz mroczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena pozostał na swój sposób chrapliwy, a że niejako przy okazji głos nieodżałowanego barda stał się nieco bardziej namacalny i czarujący, to chyba tylko wieczni malkontenci mogliby z tego powodu kręcić nosem. Przestawienie platformy zarówno pod CD (lampowy Ayon CD-35 Preamp + Signature), jak i tranzystorową końcówkę mocy Bryston 4B³ dało bardzo zbliżone do ww. wyniki. W głównej mierze dotyczyły one podkreślenia walorów brzmieniowych średnicy bez zbytniej ingerencji w resztę pasma, bądź co najwyżej eliminację ewentualnego rozedrgania i granulacji najwyższych składowych. Patrząc na rynek wszelakiej maści akcesoriów antywibracyjnych i porównując bohatera niniejszej epistoły do oferty konkurencji śmiało można uznać IsoAcoustics Delos 1815M1 za wielce namacalny przejaw altruizmu graniczącego z próbą wprowadzenia iście dumpingowych cen. Chociaż nie, to nie jest dumping, lecz rczej coraz rzadziej spotykany szacunek dla inteligencji nabywcy, przy jednoczesnym braku wciskania kitu poprzez dorabianie górnolotnych pojęć, czy wręcz bajek z mchu i paproci. Tutaj nie ma miejsca na voodoo. Jest za to całkiem sensowny rachunek ekonomiczny, gdyż nawet chcąc wykonać coś podobnego własnym sumptem, czyli nabywając cztery sztuki Orea Bordeaux i pasujący wymiarami blok rzeźniczy moglibyśmy mieć problem zmieścić się w budżecie, a warto byłoby jeszcze uwzględnić kwestię złożenia elementów składowych w sensowną tak pod względem mechanicznym, jak i estetycznym całość. Dlatego też zamiast kombinować i wyważać już dawno otwarte drzwi śmiało można sięgnąć po produkty nie tyle komercyjne, co przede wszystkim nieprzypadkowe – sprawdzone i powtarzalne, do których właśnie IsoAcoustics Delos 1815M1 bezdyskusyjnie należy. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 899 PLN (M1 – klon / W1 – orzech) Dane techniczne Wymiary (S x G x W): 455 x 380 x 45 mm Ilość izolatorów: 4 Udźwig: 29,5 kg Twardość (mierzona metodą Janki): 1450 M1 – klon / 1100 W1 – orzech Materiał (M1 – klon / W1 – orzech)
  3. 2 points
    W obecnych systemach audio coraz ważniejszą rolę odgrywa transport cyfrowy, w zasadzie można powiedzieć, że staje on w szranki z pełnoprawnym analogiem i radzi sobie coraz lepiej. Z reguły początki grania z plików i streaming to laptop ze sterownikiem ASIO lub WASAPI, ewentualnie jakiś transmiter bluetooth czy chromecast audio. Z czasem zaczynamy eksperymentować z odtwarzaczami sieciowymi lub idziemy w stronę DIY i stawiamy system typu Daphile na terminalu, lub Raspberry z wgranym Volumio czy Moode. Mimo iż teoria mówi nam, że to tylko transport cyfrowy, czyli zera i jedynki, to jednak my audiofile słyszymy, co innego, dlatego wybieramy droższe kable USB, coaxial, inwestujemy w dobre zasilanie. Jeśli chcemy jeszcze bardziej dopieścić nasz system oparty o źródła cyfrowe, możemy zainwestować w switch PPA lub serwer audio. Właśnie tego typu urządzenie dotarło do mnie na testy od Firmy RAFKO, NuPrime Omnia S1, czyli transport sieciowy bitperfect. To nieduże urządzenie o wymiarach 23,5 cm dł. x 28,1 cm gł. x 5,5 cm wys. i wadze 4 kg. Wykonane jest w całości z czarnego aluminiu. Przedni panel ma charakterystyczne dla NuPrime ścięcie, które nadaje mu surowej elegancji. Wizualnie to miniatura wzmacniacza IDA 16. Na panelu tylnym znajdują się wejścia cyfrowe: optyczne, coaxialne oraz I2S, mamy również cztery porty USB 2.0, do których możemy wpiąć nośnik pamięci pendrive, myszkę czy klawiaturę bezprzewodową oraz jeden port USB 3.0 do obsługi dysków twardych. Wyjście wideo HDMI (bez audio) służy do podłączenia ekranu. Z siecią lokalną można się połączyć przewodowo przez Ethernet lub bezprzewodowo przez WiFi. Nawiązanie łączności bezprzewodowej wymaga instalacji załączonej karty sieciowej (dongla WiFi) podłączanej do portu USB. Producent opisuje, iż urządzenie oferuje trzy tryby pracy: - jako serwer muzyczny dla innych rendererów DLNA/UPnP - jako renderer DLNA/UPnP do strumieniowania sygnału z innych serwerów muzycznych - jako serwer i renderer jednocześnie. Oprogramowanie układowe używane w Omnia S1 jest oparte na systemie operacyjnym Android firmy Google. Opracowano niestandardowy sterownik audio, który jest używany przez Renderer do wysyłania doskonałego bitowo dźwięku cyfrowego przez wyjścia cyfrowe. Umożliwia także odtwarzanie dźwięku Hi-Res PCM, DSD (DoP) i I2S przez zgodny DAC. Dedykowane oprogramowanie zaprojektowane do odtwarzania z niskim opóźnieniem zapewnia lepszą jakość w porównaniu do systemów opartych na PC lub ARM. Jeśli mamy własną bibliotekę muzyczną, możemy podłączyć dysk twardy do Omnia S1, Możemy także przesyłać strumieniowo z innego klienta DLNA (smartfon z lokalnymi plikami muzycznymi) do Omnia S1. Urządzenie jest bez problemu wykrywane, jako render w Linn Kazoo, Bubble UPNP, czy MConnect. Aby serwer Omnia był widoczny nośnik pamięci masowej musi być sformatowany jako fat32 lub ext32. Omnia S1 to produkt niszowy, skierowany do świadomych użytkowników, którzy szukają dżwieku wysokiej jakości, chcą mieć serwer muzyczny i renderer, ale także uruchomić na nim aplikacje do przesyłania strumieniowego. Małgorzata Rutkowska-Mamica NuPrime OMNIA S1 – najważniejsze cechy: umożliwia przesyłanie sygnału cyfrowego PCM w rozdzielczości 32-bit/768kHz oraz DSD do DSD1024 (przez wyjście I2S) do przetwornika DAC odtwarzacz i render jest zgodny z DLNA/UpnP 4 porty USB 2.0 do obsługi klawiatury, myszki 1 port USB 3.0 do obsługi dysków twardych obsługiwane formaty plików: AAC, AIFF, ALAC, APE, DSF, DXD, FLAC, MP3, OGG, WAV, WMA możliwość przełączania między trybami Local Play & Renderer Play wyjście HDMI do wyświetlania ustawień na zewnętrznym ekranie współpraca z aplikacjami na smartfona – Android / iOS np Bubble UpnP) Dystybucja: RAFKO Dystrybucja
  4. 1 point
    Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że prawa fizyki dla wszystkich są takie same i najogólniej rzecz ujmując nie da się ich naginać według własnego widzimisię. Oczywiście spece od marketingu dwoją się i troją uparcie dążąc do zagięcia czasoprzestrzeni i zaklęcia rzeczywistości wmawiając potencjalnym nabywcom, że gorsze znaczy lepsze a taniej wykonane jest po prostu bardziej ekologiczne. Chociaż jeśli chodzi o ten drugi przykład, to niewątpliwie jest w nim ziarnko prawdy, gdyż biodegradacja jak najbardziej sprzyja naszemu środowisku, tylko dobrze by było, aby nie rozpoczynała się w momencie opuszczenia sklepu, tylko po kilku - kilkunastu latach od daty zakupu. Historia zna jednak przypadki o których Albert Einstein zwykł mawiać. iż "Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajdzie się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi". Chodzi oczywiście o sytuacje, gdy wydawać by się mogło, że dane, z reguły nader ambitne założenia nie mają nawet cienia szansy na zaistnienie w rzeczywistości, bo po prostu się nie da i już. Takie status quo trwa zazwyczaj do momentu aż ktoś podejmuje wyzwanie a następnie to robi. I właśnie, uprzedzając nieco bieg wypadków, z taką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Mowa bowiem o mikro-kolumienkach swymi gabarytami śmiało mogących pretendować do miana towarzystwa dla micro-wież i komputerowych systemów desktopowych a spokojnie dających sobie radę nawet w dwudziestometrowych pokojach. Nie wierzycie? No to … potrzymajcie mi piwo a ja idę po Dali Menuet SE. Może na zdjęciach, z racji braku punktu odniesienia, tego nie widać, ale Menuety są nawet nie tyle małe co malusie. Przy wynoszącym raptem 25 cm wzroście, 15 cm szerokości i 23cm głębokości każda z kolumienek waży oszałamiające 2 kg. Oczywiście duńskie kolumny pakowane są we wspólny karton, co już na etapie dostawy wywołało małe zamieszanie, gdyż w momencie odbioru oczekiwałem od kuriera dwóch takich „pudelek po butach” a nie jednego i aż musiałem zapoznać się z opisem zawartości przesyłki, by postawić na protokole odbioru stosowną parafkę. Po rozpakowaniu Dali popadłem za to w lekką konsternację, gdyż widok dzisiejszych bohaterek z jednej strony cieszył me oczy, lecz już ich gabaryty nad wyraz jasno dawały do zrozumienia, że najlepiej byłoby jakbym na czas odsłuchów zaanektował kilkunastometrowy pokój swojej nastoletniej progenitury, bo w „salonie” prędzej je zgubię aniżeli cokolwiek sensownego z nich usłyszę. Jednak po kolei, czyli zanim rzucę na nie uchem najpierw lepiej się im przyjrzę. I tak, naturalna okleina z dzikiego orzecha po prostu zachwyca bogactwem rysunku i stricte high-endowym, niezaprzeczalnie rustykalnym wyrafinowaniem, które podkreśla wykończona na wysoki połysk powłoka lakiernicza. Jedynym zgrzytem są plastikowe i dość pośledniej jakości maskownice, których całe szczęście używać nie trzeba, tym bardziej, iż ich mocowanie nie szpeci frontów kolumn – cienkie trzpienie wchodzą w dedykowane gniazda umieszczone na kołnierzach przetworników. Najlepiej zatem zostawić je w kartonie i zapomnieć o ich istnieniu. Zarówno ściana przednia, jak i tylna są lekko wypukłe co nadaje bryłom Menuetów miłej oczom krągłości. Front zdobi zaskakująco duża, gdyż aż 28 mm miękka tekstylna kopuła z lekko podciętym kołnierzem, pod którą przycupnął 11,5 cm mid-wooferkek (zdrobnienie wydaje się w pełni uzasadnione). Jego charakterystyczną czerwono-burgundową membranę wykonano z mieszanki celulozy wzmocnionej włóknami drzewnymi o niewielkiej wadze i niejednolitej strukturze a co za tym idzie niezwykle dużej odporności na pasożytnicze rezonanse. Napęd zapewnia wysokowydajny magnes neodymowy i cewka z włókna szklanego. Za to od zakrystii, w odróżnieniu od swojej „zwykłej” wersji, Menuety SE otrzymały przepiękne, masywne terminale z serii Epicon. W dodatku profile z tworzywa sztucznego w jakich zostały one osadzone stanowią również ujścia kanałów bass reflex. Rozwiązanie nad wyraz ciekawe i co najważniejsze pozwalające nie tylko zaoszczędzić miejsce, którego w Menuetach jest jak na lekarstwo, lecz przede wszystkim nieszpecące łapiącego za oko projektu plastycznego. Z racji iście śladowej wagi producent zapobiegliwie dołączył do kolumn stosowne gumowe piegi – do podklejenia podstaw, które powinny zapobiegać przesuwaniu się naszych dzisiejszych bohaterek nawet po śliskich powierzchniach. Od siebie tylko dodam, że ich obecność raczej nie szkodzi, choć też, szczególnie przy cięższych przewodach głośnikowych w stylu Vermöuth Audio Reference, niespecjalnie ratuje sytuację. Dlatego też dla świętego spokoju sugerowałbym rozejrzeć się za okablowaniem reprezentującym nieco niższe kategorie wagowe, jak taśmy Tellurium Q, bądź też „przestrzenne” pajęczyny In-akustika. A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. Otóż po kilkudniowej rozgrzewce, podczas której Menuety niezobowiązująco plumkały sobie w tle, kiedy okres ochronny minął i przystąpiłem do krytycznych odsłuchów, im bardziej się nad nimi koncentrowałem, tym mniej mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Jak już zdążyłem bowiem nadmienić tytułowe kolumienki są dość nikczemnej postury a i zestaw przetworników jakimi dysponują nie wskazuje na to, by mogły czymkolwiek zaskoczyć. Tymczasem są one niezbitym dowodem na to, że pozory mogą mylić, gdyż po pierwsze grają wolumenem zdolnym zawstydzić niejedne podłogówki a po drugie z wyrafinowaniem jakiego oczekiwać należałoby po konstrukcjach co najmniej dwukrotnie droższych. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi na myśl są bowiem również filigranowe monitorki Trenner&Friedl ART, które swojego czasu miałem przyjemność u siebie gościć i nie mniej urzekające pod względem kunsztu stolarskiego Raidho Acoustics D-1. Jednak warto mieć na uwadze, że austriaccy konkurenci są jednak nieco więksi a przede wszystkim ich ceny, w zależności od wersji, oscylują na pułapie 15,5 – 22 kPLN, więc wydawać by się mogło, że chodzą w zupełnie innej lidze. O Raidho lepiej nawet nie wspominać, gdyż w ich przypadku bylibyśmy zmuszeni wyasygnować ponad dziesięciokrotnie więcej, aniżeli na nasze dzisiejsze bohaterki. Tymczasem śmiem twierdzić, iż Dali Menuet SE świetnie się w powyższym, wielce nobliwym gronie odnajdują i to nie tylko pod względem ekskluzywnej, iście high-endowej aparycji, co również, a wręcz przede wszystkim brzmienia. Chodzi bowiem o to, ze grają z niezwykłą i zaskakującą swobodą oraz rozdzielczością, kreując obszerną a przy tym proporcjonalnie zbudowaną scenę. Powyższych tez nie opieram jednak na jakiś niewielkich składach i „łatwych” – okołosamplerowych pozycjach, które w 99,9% przypadków wypadają dobrze, bądź bardzo dobrze, lecz materiale szalenie dalekim od taryfy ulgowej, czyli wielkiej hollywoodzkiej symfonice – dyżurnym „Gladiatorze” i „The Lord of the Rings: The Return of the King”. Oczywiście nie twierdzę, że skalą dynamiki i fundamentem basowym Menuety zdolne były stawić czoła moim Dynaudio Contour 30, niemniej jednak bez bezpośredniego porównania śmiało można było uznać, że naprawdę potrafią zachwycić tak sercem do grania, jak i umiejętnością zaangażowania słuchacza w spektakl muzyczny. Góra jest bowiem nie tylko otwarta, dźwięczna i krystalicznie czysta, co przede wszystkim wyrafinowana, co na tych pułapach cenowych jest równie częste, co prawdomówność wśród polityków. Zarówno dęciakom, jak i instrumentom smyczkowym nie brakuje swobody, blasku i rozdzielczości, co przy całkowitym braku jakiejkolwiek granulacji, czy też szorstkości pozwala na wielogodzinne, w pełni komfortowe sesje odsłuchowe. Podobne superlatywy cisną mi się na klawiaturę odnośnie średnicy, która nad wyraz udanie łączy w sobie namacalność uzyskaną na drodze wysycenia ze świetną definicją źródeł pozornych. Bez zbędnego, asekuracyjnego pogrubiania, czy też zaokrąglania krawędzi tak wokaliści, jak i instrumentaliści zostają w nader zdecydowany sposób ustawieni na wirtualnej scenie i od pierwszych do ostatnich taktów karnie pilnują swoich miejscówek. Na „Look Up Child” wokal Lauren Daigle jest niezwykle realistyczny. Nie przybliżony, powiększony, lecz właśnie realistyczny – z iście aptekarską precyzją określony we wszystkich wymiarach, przez co odbierany jako oczywisty i „dziejący się” tu i teraz. To taka całkowicie niewymuszona rozdzielczość, której nad wyraz daleko do sterylnej analityczności. Dali bowiem urzekają muzykalnością a ta w większości przypadków nie chadza w parze z ww. analitycznością. Niejako na deser zostawiłem najbardziej niekomfortową dla mini monitorów kwestię, czyli reprodukcję najniższych składowych. Całe szczęście Duńczycy nie próbowali wzorem low-endowych konstrukcji omamić niedoświadczonych słuchaczy podbiciem przełomu średnicy z wyższym basem, pozorując tym samym potęgę i dynamikę w skali makro. Postawili za to na umiar, przedkładając jakość ponad ilość, co tylko Menuetom wyszło na dobre. Zamiast bowiem forsować mid-wooferek częstotliwościami i tak i tak wykraczającymi poza jego fizyczne możliwości pozwolili mu skupić się na tym, co zdecydowanie lepiej mu wychodzi, czyli motoryce i kontroli. Zaskakujące jest jednak to, że nie sposób zarzucić Dali braku mięsistości, czy właściwego wypełnienia najniższych składowych. Bas nie jest więc suchy, czy też zbyt zwiewny a jedynie łagodnie kończy pracę tam, gdzie musiałby tracić tak udanie zestrojoną równowagę. Dzięki temu nie tylko wspomniana symfonika, lecz również elektroniczne poczynania Paula Oakenfolda na ścieżce dźwiękowej do "Swordfish" bynajmniej nie wypadły zbyt anorektycznie i potrafiły nader sugestywnie oddać „klimat” gatunku. Dali Menuet SE to nader namacalny przykład kunsztu budowania głośników, gdzie przy relatywnie ograniczonym budżecie i niezaprzeczalnie niewielkim gabarycie można osiągnąć zaskakująco wiele i to w kategoriach bezwzględnych. Chodzi bowiem o to, że tytułowe monitorki po porostu świetnie grają i robią to w sposób na tyle wyrafinowany, że aż szkoda podłączać je do elektroniki z podobnego im pułapu cenowego. W dodatku nawet w systemach za wielokrotność ich ceny trudno będzie uznać je za najsłabsze ogniwo. I jeszcze jedno – deklaracje producenta, co do rekomendowanej mocy amplifikacji proszę traktować z lekkim przymrużeniem oka, gdyż to przy swoich 86dB skuteczności i 4 Ω impedancji te niepozorne kolumienki chłoną Waty jak przysłowiowa gąbka, więc za rozsądne partnerstwo sugeruję uznać konstrukcje z pułapu Coplanda CSA 100, bądź Hegla H360, choć najlepszy efekt osiągnąłem zaprzęgając do pracy swoją dyżurną 300W końcówkę Bryston 4B³, co niejako pokazuje potencjał drzemiący w tych uroczych maluchach. Uwierzcie mi jednak na słowo, przynajmniej do czasu aż ich nie posłuchacie, że warto się postarać, bo potencjał drzemiący w Menuetach SE jest odwrotnie proporcjonalny do ich postury i warto go wykorzystać. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³, Copland CSA 100, Hegel H360 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Horn Distribution S.A. Cena: 5 998 PLN Dane techniczne Pasmo przenoszenia: 59 - 25 000 Hz (+/-3 dB) Skuteczność [2,83 V/1]: 86.0 dB Impedancja nominalna: 4 Ω Maks. SPL: 105 dB Sugerowana moc wzmacniacza: 20 - 100 W Częstotliwość podziału: 3,000 Hz Przetwornik wysokotonowy: 28 mm miękka kopuła tekstylna Przetwornik niskotonowy: 4½" (11,4 cm) Typ obudowy: Bass Reflex Strojenie bass-reflexu: 63 Hz Terminale: pojedyncze Sugerowana odległość od ściany: > 2 cm Maks. wymiary z podstawą i maskownicą (W x S x G): 250 x 150 x 230 mm Waga: 4.0 kg
  5. 1 point
    Rola Subwofera w wysokiej klasy systemie stereo często jest przedmiotem sporu. W kinie domowym jest całkowicie akceptowalny, a wręcz stanowi fundament systemu, również w niskiej klasy systemach stereo nikogo nie dziwi widok tak zwanego suba. Jednakże, gdy przechodzimy do, powiedzmy wyższej-średniej półki audio, subwoofer jest swego rodzaju faux pas. Powszechnie panujący trend mówi, że w dobrze złożonym systemie stereo, basu nie trzeba już zwiększać subwooferem. Jednakże, co w sytuacji, gdy ktoś złożył już przyzwoity system, ale jednak zorientował się, że słuchając z małych monitorów bas nie jest już dla niego wystarczający? Lub zmienił lokum i w kilka metrów większym metrażu brakuje mu dolnych rejestrów? Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłaby zmiana kolumn z którą prawdopodobnie wiązałaby się zmiana wzmacniacza na mocniejszy, jeszcze tylko kable i dopasować źródło, a okaże się, że zmieniliśmy cały system… Stąd też, nie raz, nie dwa pojawia się pytanie czy braki dolnych rejestrów da się nadrobić dobrej klasy subwooferem, tak by nie ucierpiały na tym inne zakresy pasma oraz by sam sub zlał się z systemem i nie doszło do sytuacji, że system gra swoje, a dodatkowy subwoofer swoje. To, że da się pozytywny efekt uzyskać w stereo, to powszechnie wiadomo, jednakże zwykle rozwiązania takie łączą się z subwooferami z budżetu powyżej 10 tysięcy złotych. Natomiast Dynavoice Thunder T12 (jak wskazują pierwsze testy i opinie zza granicy) ma być właśnie takim killerem w swojej półce cenowej, mając najlepszy stosunek jakości do ceny. Z wyglądu zewnętrznego Dynavoice Thunder T12 nie odbiega od utartego kanonu – bryła sześcianu, z jednej strony głośnik zasłonięty maskownicą mocowaną na magnesy, z drugiej strony panel wzmacniacza z gniazdami wejść, gałkami potencjometrów i radiatorami. Testowany przeze mnie egzemplarz wykończony był czarnym kolorem w modnym ostatnimi czasy, wysokim połyskiem. Dostępna jest również biała wersja kolorystyczna. Wymiary urządzenia to równe 40cm dla każdego z boków, natomiast waga wynosi 28 kg. Radiatory nie są zbyt duże, ale pamiętać trzeba, że wzmacniacz wykonany jest w najbardziej sprawnej D-klasie. Stąd też wielkość radiatorów i niepozorna waga niech nie mylą – głośnik napędzany jest niebagatelną mocą 500W (z chwilową mocą dochodzą do 650W). O ile klasa D nadal ma problem by zadomowić się w klasycznych wzmacniaczach stereo, o tyle w przypadku amplifikacji subwooferów jest już pewnym standardem i w tym miejscu sprawdza się znakomicie. Sercem urządzenia jest dwunastocalowy głośnik z potężnym, podwójnym magnesem, odlewanym kloszem oraz membraną wykonaną z metalu. Z zewnątrz, membrana zabarwiona jest na bladozłoty kolor, który nadaje oryginalności wizualnej urządzeniu, a jednocześnie nie rzuca się zbyt mocno w oczy, ładnie komponując z czarną, błyszczącą obudową. Jeżeli chcemy zakryć głośnik do dyspozycji jest okrągła maskownica, z czarną tkaniną, montowaną na magnesy. Na maskownicy dyskretnie zamieszczone logo producenta i jeśli chodzi o wygląd to w zasadzie tyle, co można powiedzieć. Raczej planowano by subwoofer wyglądał elegancko i w stylu glamour, ale równocześnie by znikał w pomieszczeniu, nie przyciągając wzroku. No cóż, subwoofery to spore urządzenia i potencjalny nabywca zwykle stara się je gdzieś ukryć – ciężko wizualnie wkomponować wielką skrzynię w pomieszczeniu, więc lepiej postarać się by niepotrzebnie nie przyciągała wzroku przesadzoną ilością detali. Moim zdaniem, jeśli chodzi o wygląd to w przypadku tych urządzeń nie da się niczego oryginalnego wymyślić i chwała producentowi za to, że nie próbował. Z detali konstrukcyjnych: przednia i tylna ściana obudowy ma grubość 45mm, konstrukcja jest natomiast obudową zamkniętą. Zalety takiej konstrukcji w stosunku do bass reflex to; lepsza odpowiedź impulsowa, bardziej linowe odtwarzanie basu i ogólnie (nie bez powodu) przyjęło się, że to właśnie z takiej typu obudowy bas jest najlepszy. Wadami obudowy zamkniętej są; zapotrzebowanie na znacznie mocniejszy wzmacniacz, brak odzyskiwania energii akustycznej tylnej części membrany (poprawia jakość basu, ale zmniejsza jego ilość), stąd też by uzyskać analogiczne ciśnienie akustyczne do obudowy BR, należy użyć większej membrany i/lub skoku membrany, a więc większego głośnika, który potrzebuje jeszcze więcej prądu… Streszczając, można by uprościć sprawę do stwierdzenia, że obudowa zamknięta ma większy potencjał jednakże, by go wykorzystać należy użyć znacznie większych środków materiałowych. To jedna z głównych przyczyn, że obudowa typu bass reflex, który pozwala użyć przeszło dwa razy mniejszych głośników i mniej wydajnych wzmacniaczy, obecnie dominuje w większości konstrukcji. Przed uruchomieniem sprzętu zdałem sobie sprawę, że pomimo nagwintowanych otworów w spodniej części obudowy, w pudełku nie znalazłem kolców – stało się tak dlatego, że producent zaleca by subwoofer ustawić na miękkich, przypominających piankę stopkach. Nie wdawałem się w polemikę z producentem i sam do testów położyłem na miękkich podstawkach. Dla wyznawców wiodącej obecnie szkoły, że w audio zawsze, wszystko trzeba stawiać na kolcach - są przygotowane już gwinty. Konfiguracja i uruchomienie to czynności bardzo proste – wpinamy się sygnałem po przewodach RCA, włączamy zasilanie (jest też funkcja auto-off) i przystępujemy do strojenia. Wprawdzie mamy tylko trzy potencjometry, ale odpowiednie dobranie wartości, które nas w pełni będą satysfakcjonować, zapewne zajmie kilka dni. Pierwszym potencjometrem ustalamy głośność, czyli pogłaśniając przesuwamy balans systemu w dół – czym głośniej tym bardziej w systemie dominuje subwoofer. Wartość ta zależy od wielkości pomieszczenia, od tego jak mocno nasze główne kolumny niedomagają na basie oraz od osobistych preferencji. Kolejna gałka reguluje zakres działania filtru dolnoprzepustowego. Czyli do jakich częstotliwości subwoofer ma pracować. Najniższe częstotliwości jego pracy to 23 Hz, najniższe możliwe cięcie to już 35Hz – czyli teoretycznie subwoofer będzie pracował tylko w tych częstotliwościach. Pisze teoretycznie, bo cięcie nigdy nie jest zero – jedynkowe, nie jest tak, że przy 36 Hz nagle przestanie grać, tylko od 35 Hz dosyć stromo będzie sygnał wygaszany. Ostatnia możliwość konfiguracji to korektor fazy. Do dyspozycji mamy pełen zakres regulacji, czyli od pełnego grania w fazie (0 stopni) do pełnej przeciw fazy (180 stopni). Źródło fali akustycznej subwoofera oddalone jest od głównych kolumn i źródła ich fali, by kompensować te rozbieżności czasowe, stosuje się właśnie takie dopasowanie fazowe. Odsłuch rozpocząłem od utworów dominujących w instrumenty perkusyjne, wszelkiej maści kotły, bębny i perkusja prężyły się by ukazać mi granice możliwości Dynavoice Thunder T12. Jeśli chodzi o ilość basu, to na wstępie mogę uspokoić – raczej nikomu go nie zabraknie. W pomieszczeniu 35 metrów, nie udało się odkręcić gałki volume do połowy. Nawet już przy 1/3 ustawienia basu było pod dostatkiem. Bas jest mocny i szybki, jego ilość regulujemy sami, więc nawet w systemie, gdzie basu brakowało, to przy pomocy Thunder T12 w mocnych, rockowych kawałkach czuć stopę i bębny jak wypełniają całe pomieszczenie masą swojego dźwięku. Przy muzyce elektronicznej lub organowej, gdzie pojawiają się najniższe częstotliwości, poczujemy, ile traciliśmy słuchając z systemu niemającego odpowiedniego wypełnienia na dole pasma. Jednakże to co mnie najbardziej ciekawiło, to jak dźwiękowo wypadnie nie sam najniższy bas, lecz ten wyższy i dolne partie średnich tonów. To właśnie w tym miejscu pasmo subwoofera pokrywa się z pasmem kolumn i to tutaj słabsze jakościowo konstrukcje pokazują swą największą wadę – subwoofer gra swoje, a kolumny swoje. Niby bas jest, ale jakby z innej parafii i nie zgrywa się z resztą dźwięku. Na szczęście w testowanym przeze mnie Dynavoice tego efektu nie uświadczyłem. Wprawdzie sam stosowałem bardzo ostrożne nastawy (1/3 volume i strojenie poniżej 50 Hz) ponieważ chodziło mi bardziej o to, żeby wspomóc dźwięk niż zdominować go potężnym basem, ale efekt końcowy był moim zdaniem bardzo dobry. Na przykład słuchając męskich, niskich wokali, przy takiej konfiguracji wydaje nam się, że subwoofer jest całkowicie wyłączony, bo w żaden sposób nie czujemy jego obecności w systemie. Jednak, gdy faktycznie go wyłączymy, to po ponownym odsłuchaniu materiału wyraźnie słyszymy, że wokalista śpiewa o oktawę wyżej. Podobnie sytuacja wygląda z kontrabasem, po odjęciu subwoofera, dźwięk kontrabasu robi się cienki i mały – chociaż wcześniej wcale nie było słuchać wspomagania dodatkowego głośnika. Przechodząc do puenty - jest to sprzęt audiofilski, który pomoże nam podciągnąć braki dolnych rejestrów w naszym systemie, bez degradacji innych zakresów. Przy odpowiednio cierpliwym ustawieniu cięcia oraz fazy jesteśmy w stanie wkomponować go w system tak by wtopił się niezauważalnie w pozostałe zakresy pasma akustycznego. Jeżeli uporał się z tym zadaniem (moim zdaniem, najtrudniejszym) to i z prostszymi zadaniami poradzi sobie bez problemów. Jeżeli tylko zechcemy po kilku godzinnym odsłuchu odłożyć płyty i puścić jakiś film, po podkręceniu wartości uzyskamy efekt kinowego basu, gdzie dźwięk trzaśnięcia drzwiami w samochodzie przypomina wysadzenie budynku w powietrze. I gwarantuje, że cały dom zadrży. Dane: Rodzaj obudowy: Zamknięta Kolory: Czarny fortepianowy oraz Biały fortepianowy Moc (RMS): 500 W Moc (Max): 650 W Pasmo przenoszenia: 35 - 150 Hz Częstotliwość odcięcia: 35 - 150 Hz Głośnik niskotonowy: 12 cali Wymiary (SxWxG): 400 x 400 x 400 mm Masa: 27,9 kg Urządzenie z dystrybucji: http://strefahfs.pl Za dostarczenie do testów dziękujemy: https://www.hifistation.pl
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.