Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 05/27/19 in Artykułów

  1. 2 points
    Kiedy otwierałem średniej wielkości paczkę zawierającą wzmacniacz, nie nastawiałem się na konkretne brzmienie sprzętu będącego w sporej nawet części środowiska melomanów czy audiofilii swoistą zagadką. Na przeciw takich marek jak Brytyjski Cambridge czy Arcam, ONIX brzmi co najmniej egzotycznie i wręcz nierozpoznawalnie. Czy słusznie, że sprzęt określany jako typowe "BRITISH SOUND" nie gości tak często w domu melomanów, pokaże poniższy tekst. Wzmacniacz zintegrowany stanowi w sporej części użytkowników sprzętu audio produkt częściej wybierany, niż systemy dzielone na przedwzmacniacze i końcówki mocy. Zresztą w pewnym zakresie cenowym sens stosowania takiej dzielonej konstrukcji byłby niemożliwy i wręcz nieopłacalny. ONIX wpisuje się ze swoim A55 w określony segment sprzętu i konkurować powinien tak budową, jak i ceną z konkretnymi produktami marek bardziej rozpoznawalnych. Cena za jaką oferowana jest integra "rodem z Wysp" otwiera już spore możliwości wyboru i zazwyczaj nie jest zakupem dokonywanym "z przypadku". Kwota ciut ponad 5500 złotych to już spore pole do popisu dla przeciętnego melomana i sprzęt musi mieć "to coś", by stanowił rzecz pożądaną. ONIX A55 MKI wyglądem nawiązuje do swoich wyższych modeli i poza znanym oraz przez wielu ulubionym złotem pokrętłem - jego wygląd niewiele odbiega od tego, co znajdujemy w konstrukcjach droższych firmy ONIX. Przedni panel wykonany jest z grubego akrylu. Czarny piano wygląda ciekawie i stanowi w pewnym zakresie wyróżnik "ekskluzywności" wobec innych marek. Cały przedni panel nie jest tak efektowny jak w modelach wyższych, gdzie wrażenie na in plus potęgują świetnie wykonane w kolorze złota pokrętła. W A55 MKI zastąpiono kolor złoty - matowym srebrem, który może nie jest właśnie tak efektowny, za to pokrętło nadal jest świetnie wykonane. Działa pewnie, dając pełną kontrolę nad uzyskiwaną głośnością. Na przednim panelu znajdziemy także po lewej stronie gniazdo słuchawkowe, odbiornik IR do pilota. Co ciekawe sam pilot nie jest dostarczany w komplecie (???) i stanowi "wyposażenie dodatkowe". Skąd ten pomysł... ciężko to wytłumaczyć logicznie, może producent dba o ruch melomanów i w ten sposób wymusza na nich potrzebę wstawania do A55? Dla piszącego te słowa uzasadnienie braku pilota (jakiekolwiek by nie było), jest co najmniej dziwne. Ale zostawmy to na boku, widocznie "tak być musi". Po prawej stronie znajdziemy rząd przycisków, każdy wyraźnie oznaczony co do rodzajów używanych wejść. Czysto i bardzo schludnie rozlokowane przyciski nie burzą designu, jaki może się podobać w obecnych czasach. To, co rzuca się w pierwszym kontakcie z przednim panelem i przyciskami wyboru źródła, to przycisk PHONO. Tak, ta zgrabna integra ma wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM. I nie jest to jak się okazuje jedynie "dodatek na siłę" do całości. Tylny panel można zamknąć dosłownie w dwóch zdaniach. Gniazda RCA przypisane konkretnym źródłom, gniazda do podłączenia kolumn i... dziękujemy Państwu za uwagę. Mało? No tak, "British Sound" oznacza także minimalizm i pomimo ceny przekraczającej 5 tysięcy złotych zapomnijcie o możliwości podłączenia cyfrowych urządzeń do A55. Analogowo od A do Z. I słusznie, melomani kochający cyfrowe źródła i tak prędzej czy później wybierają zewnętrzne przetworniki, dające im znacznie większy potencjał i możliwości, niż wbudowane w integrach układy DAC. Od góry zobaczymy minimalizm i niespecjalnie rzucające się w oczy odpowiednio wycięte otwory. Do czego służą nie trzeba nikomu tłumaczyć. Ważne, że nie psują optycznie pozytywnego wrażenia jakie A55MKI robi swoim wyglądem. Sam wzmacniacz w trakcie pracy nagrzewa się do akceptowalnych poziomów, praktycznie nie dając żadnych powodów do niepokoju o temperaturę panującą wewnątrz urządzenia. Podpinamy ONIX A55 do wybranego zestawu kolumn. Monitor Audio Gold 300 są konstrukcjami, które nie powinny sprawić naszej integrze większego problemu. Do integry podpinamy odtwarzacz CD i... ruszamy po wybranych albumach, w tym odsłuch "zalicza" najnowsze dziecko zespołu Rammstein. I napiszę... "poszło"! "Ausländer" kopie tak , jak lubią to fani mocnego brzmienia. Riffy gitarowe ani na moment nie tracą oddechu, jest czysto i wyraziście. Wokal nie gubi się w gęstym klimacie całego utworu, pomimo zaznaczonej perkusji, na której „Doom” nawet na moment nie oszczędza się. ONIX też nie traci wigoru i nawet ciut mocniejsze podkręcenie głośności nawet na moment nie powoduje zadyszki u tej niewielkiej integry. Raz jeszcze zerkam do specyfikacji... 2x55W (8 Ohm). Można by sądzić, że jest znacznie więcej. Puszczamy świetne "Diamant" i dostajemy sporą porcję melodyjności, czystego wokalu i bardzo dobrze prezentowanej sceny. Jest szeroko na tyle, by nie czuć jakiś ograniczeń w trakcie odsłuchu ulubionej muzyki. Ale by to sprawdzić "na własnej skórze" do odtwarzacza trafia kolejny album. Tym razem damski wokal w wersji LIVE. Anna Maria Jopek "płynie" gładko niczym Otylia na olimpiadzie, bez żadnej nerwowości... czy po medal - jeszcze się okaże. Wzmacniacz zintegrowany daje fantastyczny pokaz możliwości prezentacji wielu instrumentów. Nic się nie gubi i nic nie zostaje zakryte. Na pierwszy plan w sposób spokojny i oczekiwany wychodzi wokal Ani. Jest dobrze ulokowany na scenie i pomimo minimalnie wysuniętej prezentacji w stosunku do reszty składu - całość brzmi wyjątkowo spójnie. Nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił jak zawsze do testów utworu "Spotkanie z Matką". Pisałem o tym wielokrotnie, że utwór ten potrafi albo zniszczyć radość z posiadania sprzętu audio, albo przekonać nas do niego. Jak wypada A55MKI? Będę szczery do bólu, w przedziale ceny do 5K słyszałem o wiele... gorzej grających wzmacniaczy, które wprost "kładły się" i tworzyły nieczytelny zlepek muzyki Vangelisa i deklamacji Polańskiego. Ludzie odpowiedzialni za testowany wzmacniacz słusznie zrobili, rezygnując z sekcji cyfrowej i całe swoje zaangażowanie (by nie napisać środki) włożyli w analogowy charakter urządzenia. Zyskało na tym brzmienie i jego czytelność przekazu. Polańskiego głos nie brzmiał jak na sprzęcie za kilka razy więcej, ale był wystarczająco czytelny, a muzyka nie nachodziła zbytnio na to, co istotne w przekazie. Utwór ten w sposób fantastyczny ukazuje przygaszanie słów w trakcie deklamacji, budowanie nastroju i współgranie z muzyką jest istotnym elementem całości. Nie wymieniając z nazwy konkurentów, w tym przedziale kwoty sporo wzmacniaczy radzi sobie z tym średnio. ONIX przebrnął bez powiedzmy "większych trudności", dając nie tyle czystość bezwzględną i czytelność absolutną, co przyjemność pozbawioną wrażenia oszukiwania i odbierania muzyce najważniejszych elementów. ONIX ma jeszcze jeden, do tego solidny atut przemawiający za jego zakupem. Wspomniany powyżej przedwzmacniacz gramofonowy może nie jest "mistrzostwem świata", ale bez trudu i wstydu będzie stanowił świetnego kompana dla każdego gramofonu, gdzie została zamontowana odpowiednia wkładka MM. Po wrzuceniu na talerz gramofonu REGA P3 (na marginesie świetnego) albumu "PORTRETY", perkusja była w sposób barwny i z odpowiednią dynamiką prezentowana w całym możliwym dla tego przedziału cenowego zakresie. Było rzecz jasna w tym wszystkim odrobinę oszukiwania i czarowania, jednak bez zbędnej nerwowości i nadmiernej sztuczności. Za to płyta ROMA zespołu Sorry Boys urzekała fantastycznym wokalem i w tym przypadku znów złapaliśmy wzmacniacz na delikatnym czarowaniu i ukrywaniu swoich niemożliwości, ale całość brzmiała świetnie i nie było poczucia, że ktoś nas zaczął nagle oszukiwać w trackie słuchania czarnej płyty. Sprzęt firmy ONIX ma niełatwe zadanie na rynku, obok wielkich i znanych marek, czasem niezauważany - ma jednak spory potencjał. Jeśli szukamy kompana do odtwarzania muzyki na poziomie nie tylko akceptowalnym, ale poziomie już dającym spore zadowolenie - powinniście dać mu szansę w trakcie odsłuchów. Nie zaskoczy Was dobitnością i szaleństwem, nie postawi na baczność dużych i wymagających kolumn. Wszędzie tam, gdzie liczy się muzyka i zdrowy rozsądek w poszukiwaniu sprzętu dla melomana, ONIX może spokojnie wyjść z podniesioną głową w przypadku konfrontacji z bardziej znanymi i częściej kupowanymi wzmacniaczami. ONIX A55MKI gwarantuje po pierwsze przyjemność słuchania muzyki, nie zapomina przy tym o pewnych niuansach i smaczkach zawartych w utworze. Po drugie zapewnia odsłuchy uwzględniające odpowiedni klimat, nie wprowadza nerwowości w trakcie odsłuchów, jakie są częstą bolączką wzmacniaczy w tym przedziale cenowym. Brak sekcji cyfrowej to jak widać właściwy kierunek wybrany w trakcie konstruowania tej niepozornej integry. Wzmacniacze tego typu producentów często są niesłusznie pomijane przy wyborze, pokutuje przy tym przekonanie "im więcej dostanę, tym lepiej". Testowany wzmacniacz nie stroi się w piórka, nie obiecuje cudów i kilkunastu bajerów świata cyfrowego. Za kwotę na jaką zostaje wyceniony, wydaje się być interesującym wyborem i przy tym uczciwie wyliczonym. No może poza jednym... jak będę chciał pobiegać, znam kilka świetnych klubów, gdzie stoi kilka rzędów solidnych bieżni. Niedaleko mojego domu jest też park, gdzie mogę biegać. Niekoniecznie jest to przyjemne w pokoju odsłuchowym, gdzie pilot hmmm... po prostu powinien być i już! Wzmacniacz firmy ONIX może być kolejnym krokiem w świecie audio dla tych, którzy szukają czegoś nietuzinkowego, często sprzętu nie będącego "na świeczniku" każdego salonu audio. Jeśli znudziły Was kolorowe naklejki u konkurencji, krzyczące ile to funkcji i jaki to gęsty plik dany wzmacniacz nie obsługuje, szukacie solidnej do tego analogowej konstrukcji mającej potencjał do dobrego brzmienia - bierzcie bez obaw do testów A55 MKI. Wielu z Was nie będzie już szukać czegoś więcej na tym etapie drogi i przy tym przedziale cenowym. Nie dziwię się, że wzmacniacz ten otrzymał tytuł najbardziej opłacalnego zakupu. Analog za takie pieniądze, do tego z takim brzmieniem... świetny wybór! Czy na złoty medal niczym złoto Otylii? Sądzę, że nie bez powodu pokrętło głośności nie jest złote... srebro uczciwie zdobyte! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Sprzęt do testów dostarczyła firma Audiotrendt z Krakowa. Audiotrendt ul. Sołtysowska 35A / LU 1, 31-589 Kraków. +48 509 188 477 +48 791 063 315 e-mail: [email protected] https://audiotrendt.com.pl Technicznie "sadystycznie": Tranzystory mocy 2SC2837/2SA1186 na kanał. Kondensatory Nichicon „Gold Tune” 2 x 10000 uF/63 V Transformator toroidalny Plitron “Audio” 300 W Zmotoryzowany potencjometr Alps „Blue Velvet” Specyfikacja: Mocy wyjściowa: 2 x 55W RMS (8 Ohm) – 2 x 100W RMS (4 Ohm) Pasmo przenoszen: 10Hz – 30kHz (-0,5dB) Czułość wejściowa: 350mV/47Kohm Stosunek sygnał/szum: >88dB (A weighted) Separacja kanałów: >51dB THD: 0,005% (3W/8Ohm) Wymiary (S x G x W): 430 x 372 x 91 mm Waga: 8,7 Kg Pobór mocy: 300W Napięcie zasilania: 220V-240V AC Przedwzmacniacz gramofonowy: Gain: 37 db Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/-0,25dB Stosunek sygnał/szum : – 83 dB THD: <0,03% Odchyłka RIAA: +/- 0,5% Napięcie wyjściow: 250 mV Impedancja wyjściowa: 100 Ohm Czułość/impedancja/pojemność wejścia: 3,5 mV / 47K Ohm / 220Pf Overload: 22 dB Rekomendowane napięcie wkładki: from 2,5 mV to 5 mV output
  2. 2 points
    Maj za nami, mamy czerwiec a wraz z nim małe podsumowanie tego, co działo się w Magazynie. Ze względu na ilość materiałów jakie trafiają do Magazynu, nie sposób przedstawić wszystko, co miało miejsce w Magazynie, a obejmuje ostatni miesiąc. Wybraliśmy więc kilka najważniejszych tematów z całego maja, które zasługują na szczególne wyróżnienie. Na początek chcemy raz jeszcze pochwalić się rozpoczęciem (już oficjalnie) współpracy z zespołem Studia U22 z Warszawy. Staliśmy się dzięki wzajemnym staraniom oficjalnym partnerem medialnym dla wydarzeń, jakie mają miejsce na Alejach Ujazdowskich 22. Rzecz jasna idą za tym nie tylko reportaże pisane, ale także nasza obecność m.in. z kamerami i aparatami w trakcie najciekawszych wydarzeń. W tym także z miejsc zaprzyjaźnionych, a obejmujących promocję muzyki i artystów. W maju AudioStereo zawitało z aparatami i kamerami do Studia U22 i Warszawskiego Klubu SPATiF : Było sporo rozdanych wejściówek oraz płyt, w tym rewelacyjny album zespołu Metallica "Ride The Light" Oczywiście dziękujemy Wam wszystkim za udział w dyskusji, a zwycięzcy raz jeszcze gratulujemy. Mamy nadzieję, że czarna płyta umila wieczory z muzyką. Pisaliśmy też o świetnym (już trzecim) albumie formacji Chonabibe. Jest warty polecenia i umieszczenia go w swojej kolekcji Marcin jak zawsze rzeczowo i w temacie. Tym razem pod lupę poszedł NAD C658. Czy warty zakupu... warto zapoznać się z testem: Nie obyło się bez nowinek ze świata gadżetów audio. Ludzie szukają prostoty i funkcjonalności, do tego chyba wszyscy nagle pokochali urządzenia bezprzewodowe: AudioStereo sprzętem stoi i na pewno w tym temacie się nic nie zmieni, a wręcz przeciwnie. Jak donoszą zaprzyjaźnione wiewiórki - wszystko jest na dobrej drodze, by ilość recenzji czy testów wzrosła na niespotykaną skalę. Dzięki staraniom Administracji w tym samego Właściciela, już za kilka dni w Magazynie ruszy ogromna ilość opisów testów. Będą to nie tylko pisane recenzje z zawartymi zdjęciami, AudioStereo wchodzi w świat cyfrowych mediów i zamierzamy przygotowywać dla Was wideo recenzje z najciekawszych - wybranych testów czy premier. Dlatego też uruchomiliśmy dla naszych czytelników kanał YouTube, na którym już wkrótce znajdziecie m.in.: testy sprzętu audio (Hi-Fi, High End) i akcesoriów, ale także sporą dawkę muzyki: https://www.youtube.com/channel/UC3pTKO4lxespX5SiY28p-Tw Na naszym kanale można też będzie znaleźć wywiady z wybranymi artystami i zapisy ciekawych koncertów oraz wydarzeń kulturalnych. Byliśmy z aparatami na GREEN ZOO FESTIVAL, który jak co roku zauroczył wszystkich swoim klimatem: Od początku poważnej reaktywacji Magazynu AudioStereo w marcu tego roku odwiedziliście nas łącznie ponad 10 tysięcy razy! Dziękujemy Wam za udział w życiu Magazynu i liczymy na Wasze pomysły, podpowiedzi i propozycje rozwoju. Jesteśmy otwarci na Wasze wszystkie pomysły i sugestie. Czerwiec zapowiada się wyjątkowo pracowicie, nie odpoczywamy i nadal będziemy dokładać starań, by Magazyn rozwijał się w jak najbardziej szerokim zakresie. Raz jeszcze dziękujemy Wam za odwiedziny i... do podsumowania czerwca 2019! AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
  3. 1 point
    Dzięki uprzejmości Audiomagic.pl trafił do mnie na testy CAYIN IDAP-6. Firma Cayin powstała w 1993 roku w Chinach i zasłynęła przede wszystkim produkcją wzmacniaczy lampowych, cieszących się dobrą opinią w świecie audio. Wraz z rozwojem cyfryzacji, pojawieniem się bezstratnych formatów i powstaniem serwisów streamingowych, wiele firm zaczęło przechodzić na „ciemną stronę mocy” i produkować urządzenia do słuchania muzyki z plików. I tak Firma Cayin stworzyła serię „i”: iDAP-6, iDAC-6 oraz iHA-6. IDAP-6 to wieloformatowy, komputerowy transport cyfrowy wyposażony w wiele funkcji. Urządzenie dostarczane jest w solidnym kartonie. W komplecie otrzymujemy przewód zasilający, kabel usb A-B, antenę BT/WIFI oraz instrukcję w języku angielskim. Budowa: Obudowa wykonana jest z piaskowanego aluminium w kolorze srebrnym. Na panelu przednim po lewej stronie umieszczony jest przycisk zasilania z podświetleniem LED i mniejszy aluminiowy przycisk, który pełni rolę return. Pod spodem znajduje się klapka, która kryje gniazdo na kartę SD i port USB. Na środku panelu umieszczono duży, wyraźny wyświetlacz Amoled 3,95 ” Po prawej stronie mamy duże pokrętło, które działa albo za pomocą przełącznika obrotowego jako wybór pozycji menu, albo naciskając do środka, aby potwierdzić opcję menu. Panel tylny wyposażony jest w cała gamę wyjść cyfrowych: HDMI (I2S), Toslink, RCA (Coaxial), BNC (Coaxial), XLR (AES/EBU). Mamy tam również gniazdo dla anteny BT/WIFI, port LAN, 2 gniazda USB, gniazdo zasilania oraz wyłącznik zasilania. Pierwsze uruchomienie i obsługa: Po włączeniu IDAPa na wyświetlaczu ukazuje się nam wybór języka menu (niestety nie ma jęz. polskiego), a następnie główne menu. Możemy wybrać źródło dźwięku, kategorię muzyki, ustawienia. Po podpięciu dysku twardego lub pendrive chwile trwa skanowanie. Po tej operacji mamy dostęp do naszej biblioteki z muzyką. Możemy się po niej poruszać za pomocą przycisków na panelu lub za pomocą smartfonu czy tabletu. Cayin zaleca do tego aplikację HibyMusic, dostępną zarówno dla telefonów z systemem Android jak i na IOS. Aby aplikacja poprawnie działała musimy uruchomić bluetooth oraz aktywować HibyLink w IDAPie. Wszystko działa płynnie i szybko przechodzimy między katalogami z muzyką. Na wyświetlaczu widzimy okładkę albumu, artystę, tytuł płyty i utworu oraz format granego pliku. Odtwarzacz radzi sobie z wieloma formatami: DFF, DSF, SACD-ISO, FLAC, ALAC, WAV, APE. Większość użytkowników przechowuje swoje kolekcje muzyczne na serwerach NAS lub gra z serwisów streamingowych. Jak sobie z tym radzi IDAP- 6 ? Dzięki technologii DLNA oraz aplikacją takim jak BubbleUPNP lub MConnect możemy przesyłać nasze dane z NAS, słuchać muzyki z TIDALA czy Qobuz. Dodatkowo aplikacja MConnekt udostępnia i odtwarza treści w formacie MQA. Niestety nie udało mi się uruchomić spotify connect, oczywiście można to obejść grając przez bluetooth ale tracimy trochę na jakości. Odsłuch: Siadam wygodnie, smartfon w dłoń i zaczynamy zabawę od połączenia coaxialnego. Gitara basowa Marcusa Millera w Moonlight Sonata wybrzmiewa na pierwszym planie, słychać każde szarpnięcie struny. Paper Trails – Darkside, wokal jest wysunięty do przodu, Nicolas Jaar niemal stoi przede mną. Podobne odczucie mam słuchając Guardian Angel - Riverside, Rozpływam się przy The Look of Love –Jacintha, Standing On the Stairs – Anjani to ciepły, nisko schodzący bas w wielu odcieniach. Saksofon w utworze Nuages – Jamesa Cartera jest tak realny, iż mam wrażenie, że siedzę w małej zadymionej knajpce na Manhattanie. Celowo skaczę po utworach, różnych gatunkach i nie mam się do czego przyczepić. Cyain brzmi ciepło, powiedziałabym, że trochę lampowo ale nie traci nic na szczegółowości, słychać wiele smaczków, scena jest szeroka i ten wielobarwny bas. Po przejściu na wyjście optyczne i usb słychać subtelną różnicę in minus ale może to wina DACa, którego użyłam do odsłuchów. Podsumowanie: Cayin IDAP-6 to odtwarzacz sieciowy dla dojrzałego audiofila, który ceni sobie dobry dźwięk i zależy mu na jak najlepszej jakości muzyki. Dla osoby, która ma bibliotekę bogatą w pliki wysokiej rozdzielczości, a niekoniecznie zależy jej na Spotify. Cayin potrafi nas mile zaskoczyć barwą i wysublimowanym dźwiękiem. [email protected] Specyfikacja: Bluetooth: BT v4.1 (wspiera apt-X) Ekran: AMOLED 3,95" Rozdzielczość: 360 x 640 Pobór mocy: 20W Pobór mocy w trybie standby: 2W Wspierane nośniki pamięci: 2,5" HDD USB (do 2TB), karty SD (do 256GB), pendrive, czytniki kart Wsparcie dla wszystkich popularnych formatów cyfrowych: DFF, DSF, SACD-ISO, FLAC, ALAC, WAV, APE Wsparcie PCM do 32Bit/384kHz, wsparcie DSD do DSD256 z I2S, do DoP128 z USB i do DoP64 z innym cyfrowym interfejsem Wszechstronna ilość wyjść cyfrowych: USB, I2S, AES/EBU, coaxial, optyczne Wymiary: 240 x 268 x 69 mm Waga: 3,3 kg Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 4900,- PLN
  4. 1 point
    18 czerwca zapadnie w pamięci na naprawdę bardzo długi czas. Dzięki wsparciu Mecenasów "Tylko Dobra Muzyka" - dwóch firm: Q21 z Pabianic i dystrybutora sprzętu - firmie AudioCenter z Krakowa, mieliśmy przyjemność spotkać się z niekwestionowanym autorytetem Polskiej sceny jazzowej i nie tylko! Bo Marcin Oleś jest nie tylko artystą nietuzinkowym, człowiekiem dla którego piękno muzyki osadzone jest w naturalnym jej brzmieniu. To także dusza piękna realizująca się jako kompozytor, autor muzyki teatralnej i filmowej, a także dyrygent małych składów. Zapewne pamiętacie słynny solowy album Marcina "Ornette on Bass", który był pierwszym w Polsce albumem na kontrabas solo, do tego była to pierwsza na świecie transkrypcja nagrań Ornette Colemana na solowy kontrabas. Świadomie wspominam o tym albumie, bo w nim właśnie zawarte jest wyjątkowe piękno muzyki i tego, jak artysta chce pokazać nam swój muzyczny świat, świat artysty wyjątkowego i cenionego. Z Marcinem mieliśmy okazję spotkać w przemiłej atmosferze przedpołudnia, tuż przy Zamku Królewskim w Krakowie. Już pierwsze chwile i zamienione luźne kilka zdań wprowadziło nas na tory muzyki, brzmienia... a nawet sprzętu audio. Jak się okazuje nawet dla artysty tego pokroju, który interpretuje muzykę, tworzy ją i czaruje swoimi kompozycjami rzeszę oddanych fanów, sprzęt audio też jest w kręgu zainteresowań. I trzeba przyznać to wprost, Marcin w temacie sprzętu jak na muzyka - wiedzę o "lampkach", wzmacniaczach, kolumnach i całych tych audiofilskich klimatach - wiedzę ma ogromną. Rzecz jasna nie było niczyim celem zanudzać Marcina o wzmacniaczach czy kablach, więc dyskusję sprowadziliśmy na zgoła inne tory - o muzyce tworzonej przez Marcina i jego brata. I to stanowi sedno naszego artykułu - mini relacji z naszego spotkania z artystą. Otóż bracia Oleś w najbliższym czasie planują wydać nowy, wyjątkowy album. Kolejny projekt i kolejny raz nietuzinkowy! Otóż album już nie tylko w swojej formie muzycznej, ale od strony podjęcia się całości projektu stanowi niesamowite przedsięwzięcie. Pod sporo mówiącym tytule "Alone Together" dwaj muzycy z krwi i kości realizują wspólną płytę, w którym ani razu nie dochodzi do wspólnego... grania. Płyta ma stanowić podział pomiędzy część przeznaczoną dla perkusji, a kontrabasu. Projekt więc zakłada spojrzenie na muzykę z jednej strony prezentowaną przez bliskie sobie osoby, z drugiej... całkowicie odrębną w formie przekazu oraz użytych instrumentów. Album na rynku planowany jest obecnie na okres "po wakacjach", więc pozostaje dużo czasu na domysły i rozbudzanie ciekawości. Jestem przekonany po rozmowie z Marcinem, że płyta przyniesie (zresztą jak zawsze) pozytywne opinie i sporą rzeszę osób zainteresowanych. W trakcie spotkania czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka (a nawet dwie, ale o tej drugiej już wkrótce!), za którą chciałbym serdecznie podziękować Marcinowi. Otrzymaliśmy dla Was do wygrania płytę projektu Sefardix - "Maggid". Płyta jest sygnowana przez Marcina i do wygrania w naszym mini konkursie. Wystarczy w komentarzach pod artykułem zostawić krótki komentarz, w którym zostanie zawarta informacja, z jakimi muzykami Marcin do tej pory grał (występował). Posty mogą powielać nazwiska czy nazwy projektów! Termin pozostawiania komentarzy mija 30 czerwca. Zapraszamy do konkursu! Spotkanie z Marcinem i jego fantastyczną muzyką odbyło się dzięki nieocenionej pomocy Mecenasów "Tylko Dobra Muzyka": Q21 oraz AudioCenter Poland. Dziękujemy serdecznie za wsparcie! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://www.audiocenter.pl https://www.q21.pl
  5. 1 point
    Dziś nie ma chyba takiej osoby, która nie znałaby takie tytuły jak rewelacyjny "Brudny Harry", doskonałe i do tego bawiące do dziś "Złoto dla zuchwałych" czy nieśmiertelny "Bullitt", w którym główną rolę zagrał Steve McQueen i równie rozpoznawalny przez ostatnie dekady samochód... Mustang. Filmy te przeszły już do kanonu klasyków i zapewniły sobie niekwestionowane miejsce w światowej kinematografii. Jednak nie o samych filmach dziś przychodzi nam wspomnieć, a o muzyce jaka zagościła na tych i wielu innych obrazach. Za budowanie niepowtarzalnego klimatu od strony muzycznej odpowiada nie kto inny jak Lalo Schifrin. Człowiek, który swoja muzyką tchnął wręcz drugie życie obok już istniejącego, a składającego się z doskonałych obrazów, dialogów oraz samej gry aktorskiej. I co chyba najistotniejsze... dokonał tego w ogromnej ilości filmów, więc to nie mógł być przypadek, a pisząc wprost fenomen i geniusz muzyki filmowej. Skąd w naszym Magazynie AudioStereo pomysł na wspomnienie o wielkim kompozytorze? Otóż ostatnio mieliśmy przyjemność gościć w Krakowskim Nautilusie, gdzie w świetnej atmosferze rozmów o muzyce... padła propozycja posłuchania soundtrack'u z filmu Bullitt. Tym bardziej, że przeglądając setki dostępnych w salonie czarnych płyt, "Bullitt" na winylu aż prosił się o "wrzucenie" na talerz stojącego nieopodal gramofonu. System przygotowany w pokoju odsłuchowym zdawał się prezentować muzykę tak, że obrazy z filmu nasuwały się wprost same. Kiedy z czarnego krążka popłynął utwór "Shifting Gear" sceny pościgu na ulicach San Franciso stały się niesamowicie realne, wręcz namacalne. Oczywiście nie o sprzęcie mowa i muszę tutaj niektóre osoby już teraz zaskoczyć, a nawet zawieść - nie padną żadne marki audio, żadne konkretne modele sprzętu. Nic z tych rzeczy, bo nie o sprzęcie będzie w dalszej części artykułu mowa. Każdy bowiem, kto interesuje się sprzętem i rynkiem audio ma świadomość, co znajduje się w ofercie firmy Nautilus. A kto nie wie i byłby bardzo ciekaw, na dole pod tekstem znajdzie logo firmy i link do jej strony internetowej. Dziś temat ten jest swoistym uznaniem dla wspaniałego dorobku Lalo Schifrin'a, bez którego kto wie... czy właśnie Bullitt byłby tak wyrazisty, tak dosmakowany i przekonywujący. Muzyka Lalo zasadniczo jest odrębnym bytem, jeśli oczywiście przyjmiemy za fakt to, że bez względu na to jaki wybierzemy tytuł albumu jest on bez obrazu nadal przekonywujący, wciągający i po mistrzowsku budujący klimat. Rozmawiając przy muzyce i o muzyce Lalo Schifrin'a padało sporo tytułów, można też przyjąć jako oczywistość - ciężko będzie melomanom obeznanym w muzyce mistrza, wybrać jedną "najlepszą" płytę spośród całej jego dyskografii. Bo jeśli przyjmiemy, że będzie to soundtrack z filmu "Bullitt": to nikt absolutnie nie może negować faktu, że "Enter The Dragon" także od strony muzycznej po prostu powala: W przypadku twórczości Lalo nie można pominąć jakże rewelacyjnej muzyki przygotowanej dla filmu THX 1138. Ten klasyk gatunku, uznany za jeden z najlepszych obrazów George’a Lucasa, nie tylko wciąga swoją fabułą i grą aktorską. To również wyjątkowy klimat tworzony właśnie dzięki muzyce: Pozostaje jeszcze wspomnieć o Brudnym Harrym, dzięki któremu "każdy kolejny dzień staje się lepszy": Jednak sam Schifrin zyskał tak naprawdę największą popularność i rozpoznawalność jako kompozytor dzięki serialowi nadawanemu 7 lat przez CBS. Mowa rzecz jasna o Mission: Impossible z fantastycznym P. Graves'em, który grał rolę Jima Phelpsa. Jak widać, po wręcz bardzo małym wycinku tytułów jakie wyszły spod ręki mistrza - muzyka filmowa "złotych czasów kina" miała także swoich bohaterów od strony muzycznej. I niezaprzeczalnie jednym z nich pozostanie już na zawsze Lalo Schifrin. Wielki kompozytor, twórca wspaniałych kompozycji, bez których świat po prostu byłby znacznie uboższy. Odsłuchy płyt winylowych w firmie Nautilus zabrały nam masę czasu, dając też przy okazji powód do ciekawej dyskusji i wymiany poglądów w temacie m.in. muzyki filmowej. Rzecz jasna sama muzyka nie brzmiałaby tak dobrze bez całego systemu audio, przygotowanego specjalnie dla nas przez Grzegorza - za co mu serdecznie w tym miejscu dziękuję. Jeśli lubicie muzykę Lalo Schifrin'a i Waszym zdaniem są utwory zasługujące w tym temacie na wspomnienie o nich (a zapewne tak jest), z przyjemnością dzielcie się swoimi uwagami, pomysłami i opiniami. Linkujcie muzykę z YT, bo warto przybliżać dobrą muzykę, która od wielu już dekad daje melomanom powody do spędzania wolnego czasu przed swoim sprzętem audio. AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za przyjęcie AudioStereo oraz czas jaki spędziliśmy w przemiłej atmosferze z muzyką - dziękujemy firmie Nautilus z Krakowa. https://nautilus.net.pl
  6. 1 point
    Jeszcze nie tak dawno wspominałem o nowym albumie Diamond Head. Zapowiedź ich nadchodzącego "The Coffin Train" ukazała się w naszym Magazynie nie tylko z obowiązku, ale powodem w głównej mierze było to, że zespół ten stanowi swoisty filar muzycznego nurtu New Wave of British Heavy Metal i nie sposób pominąć tak ważnej premiery na rynku wydawniczym. Otóż kiedy w moje ręce w dniu wczorajszym wpadł krążek CD zespołu Diamond Head, słuchałem go z ogromną uwagą i nie ukrywając swojego wrażenia - wart jest więcej niż tylko jednej poświęconej mu godziny! Album już na wstępie zapowiada się wyśmienicie. W utworze "Belly Of The Beast" gitary od pierwszych sekund nie dają wytchnienia, a wokalista Rasmusem B. Andersen prezentuje się od najlepszej strony ze swoim świetnym wokalem. I kiedy wydaje się, że pierwszy utwór potrafił wciągnąć bez pamięci - nadchodzi "The Messenger": Pierwsze półtorej minuty to doskonała gra instrumentów, gdzie nie ma absolutnie mowy o nudzie czy wrażeniu powtarzalności. Wszystko dopracowane i mocno wciągające. Tak jest z każdym kolejnym utworem na płycie, cały bowiem album potrafi zaskoczyć (pozytywnie) i zapewne każdy fan mocnego brzmienia znajdzie w nim coś dla siebie. Jestteż jedna istotna ciekawostka w temacie nowej płyty i kapeli Diamond Head. W nagraniach (po raz pierwszy z zespołem) brał udział basista Dean Ashton. Jak słychać - ekipa sformowała się od każdej strony i daje radę. Całość albumu w temacie oceny poszczególnych utworów pozostawiam Wam, jednak w mojej subiektywnej ocenie - jednym z najlepszych kawałków na całej płycie jest "Death By Design": Mamy dla Was jeden egzemplarz płyty do wygrania, wystarczy w postach pod artykułem zostawić krótki komentarz z informacją, który Waszym zdaniem z utworów zawartych na najnowszej płycie Diamond Head jest najlepszy. Spośród pozostawionych komentarzy wylosujemy jeden, a jego właściciel otrzyma wprost do domu płytę CD "The Coffin Train". Na podzielenie się swoimi opiniami/spostrzeżeniami macie czas do 16 czerwca. Zapraszamy do udziału! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za płytę do odsłuchów oraz do konkursu (wraz z inspiracją do napisania artykułu) dziękujemy firmie Gandalf z Łodzi. https://www.gandalf.com.pl Diamond Head "The Coffin Train" (2019) Lista utworów: 1. Belly of the Beast 2. The Messenger 3. The Coffin Train 4. Shades of Black 5. The Sleeper (Prelude) 6. The Sleeper 7. Death by Design 8. Serrated Love 9. The Phoenix 10. Until We Burn
  7. 1 point
    Rynek audio od lat niezmiennie kieruje się swoimi prawami. Są duże firmy od lat cenione za którymi idą niezliczone rzesze wiernych klientów, są też małe manufaktury, które starają się obok tych wielkich pokazać, że ich konstrukcje też nie są gorsze. Za wielkimi firmami zawsze przemawiają argumenty w postaci wieloletnich badań, dużego zespołu inżynierów, możliwości rozwoju i co najważniejsze - patenty i technologie, często stanowiące wyróżnik na in plus. Tak też jest z firmą Monitor Audio, od lat cenioną i stanowiącą jedną z głównych sił na ciasnym rynku kolumn. Produkty sygnowane znaczkiem firmy cieszyły się zainteresowaniem, bo ciężko przejść obojętnie wobec produktu świetnie wykonanego, dobrze grającego i z głową wycenionego. Monitor Audio swoją ofertę kieruje do wybranej grupy klientów, w pewien naturalny sposób tworząc segment produktu i docelową grupę odbiorców. Spośród całej rodziny głośników wyróżniają się modele oznaczone jako "Platinum". Największa z jaką przychodzi nam się zmierzyć, to kolumna oznaczona symbolem 500, przeznaczona do najdroższych, najbardziej rozbudowanych systemów audio, do tego zainstalowanych w sporej wielkości pokojach odsłuchowych. My w naszym teście dzięki uprzejmości i wsparciu dwóch firm q21 oraz dystrybutora na Polskę - firmę Audiocenter Poland mamy okazję przetestować dla Was model o jedno oczko niższy - 300. Z całej serii Platinum "trzysetka" wydaje się być modelem idealnym do średnich i dużych pomieszczeń, jej gabaryty i możliwości gwarantują z jednej strony swobodne rozmieszczenie w każdym docelowym pokoju odsłuchowym, z drugiej strony mają ogromny potencjał, by zapełnić muzyką nawet większe pomieszczenia odsłuchowe. Kolumna PL300II nie jest modelem najnowszym na rynku, ale nadal produkowana i dlatego godnym przypomnienia z racji swoich możliwości. Na dodatek nie tak dawno była okazja posłuchać tych kolumn wraz z elektroniką jubileuszową firmy Cambridge - serią EDGE, która zaskakuje swoim wykonaniem i brzmieniem. Do naszych testów posłużyliśmy się setem: 1. Monitor Audio PL300II Ebony 2. Cambridge Audio EDGE Streamer + końcówka mocy 3. Okablowanie głośnikowe: Purist Audio Design Aqueous Aureus 4. XLR + zasilanie Wireworld Silver Eclipse 8 Jak już wspomniałem Monitor Audio Platinum 300 II nie są konstrukcją nową, w sieci gdzie można było - tam już recenzenci "rozebrali je" od strony technicznej i opisali występujące w tych kolumnach warte zauważenia m.in.: technologie. Wyróżnikiem na sam początek (od strony technicznej) Monitor Audio PL300II wobec konkurencji, jest stosowanie własnej technologii "C-CAM" - membran aluminiowo-magnezowych, pokrywanych ceramiką. Wg. producenta technologia ta ma gwarantować doskonałą sztywność i jednocześnie lekkość, które jak wszyscy wiemy daje nam w założeniu gwarancję uzyskiwania doskonałego brzmienia. Przetwornik wysokotonowy MPD (Micro Pleated Diaphragm), to także zaprojektowany specjalnie dla serii Platinum II element - wyróżnik na rynku. Para (rzecz jasna) kolumn głośnikowych dotarła do nas w odpowiedni sposób opakowana. Na sporych rozmiarów pudłach znajdziecie dwa ostrzeżenia (jakże ważne): zalecane 5 osób do wypakowania kolumn i wagę brutto - ciut ponad 70 kg! Sztuka... Nie lekceważcie proszę tych zaleceń, bo zdziwienie może być spore w trakcie transportu i najważniejszego - rozpakowywania. Kolumny są odpowiednio solidnie opakowane, tak więc właściwy transport nie wpłynie na ich kondycję. Panowie kurierzy tymi "paczkami" sobie już nie porzucają. Spokojna głowa o przewóz kurierem, za to kto byłby chętny na odbiór osobisty - nie zdziwcie się, to wymaga zabrania naprawdę sporej wielkości auta i odpowiedniej liczby osób. Po rozpakowaniu i ustawieniu na kolcach PL300II są kolumnami "widocznymi", a ich gabaryty po prostu nie mogą być inne, niż są. Powodem jest zastosowanie dwóch głośników 20 calowych i jeszcze pozostawienie z każdej strony sporej ilości wolnego miejsca na froncie. Jeśli komuś wydaje się, że w ten sposób kolumna stała się przesadnie "gruba" - jest w błędzie. Rzecz jasna zapomnijcie o kolumnie sprawiającej wrażenie smukłej i chowającej się w każdym możliwym kącie czy kawałku przestrzeni pomiędzy meblami. Nic z tych rzeczy, "trzysetki" już na dzień dobry pokazują swoim użytkownikom, że wymagają poważniejszego podejścia do tematu ustawienia i znalezienia im odpowiedniej przestrzeni do "życia". Wykonanie nie może być inne! Wspaniała stolarka w połączeniu z frontem ze skóry, kapitalnie wykonana płyta podstawy do zamocowania kolcy. Wszystko najwyższa jakość i już na pierwszy rzut oka dająca odpowiedź w jakim segmencie seria Platinum upatruje ze swoim modelem 300 swoich klientów. Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko jest rzeczą umowną, High-End dla jednego może kończyć się na kwocie mniejszej, dla innego na kwocie znacznie wyższej. Ale w zdecydowanej większości każdy zgodzi się, że wyróżnikiem tego, co określimy jako High-End jest wykonanie i podejście producenta do produktu. Tak - PL300II to najprawdziwszy High-End tak od strony wykonania, jak i od strony brzmienia (a o tym za chwilę). Wykonanie tych kolumn pokazuje, że nawet za niespełna 50K złotych za parę możemy dostać produkt wręcz luksusowy, na każdym kroku udowadniający "można lepiej" i pokazujący ile pracy oraz staranności włożono, by nasze "trzysta" wyglądały po prostu pięknie. W naszym przypadku wybór padł na kolumny w wersji EBONY, które wyglądają moim zdaniem najbardziej dystyngowanie i nawet w nowoczesnym wnętrzu odnajdują się bez żadnych zastrzeżeń. Po odpowiednim ustawieniu w pokoju odsłuchowym stworzyły świetny obraz całości systemu audio. Kolumny Monitor Audio dotarły do nas nowe, więc wymagały cierpliwości i odpowiedniego wygrzania. Daliśmy im odpowiednią ilość czasu poświęcając im na wstępie uwagę odnośnie ich budowy. Obudowa jest nie tyle nowoczesna, co raczej stylowa i elegancka, mająca jednak współczesne akcenty wpisujące się w nowoczesność formy. Powodem są przyjemne dla oka ale i spełniające określone funkcje w brzmieniu zaokrąglenia. Najciekawiej i najnowocześniej przy tym wypada tylna ścianka, jej kształt w głównej mierze ma pewne z góry narzucone zadania dotyczące brzmienia, ale forma jaką przy tym uzyskano może się podobać. Każdy najdrobniejszy szczegół jest przemyślany tak od strony wizualnej jak i rozwiązań stricte użytkowych. Gruby, gięty MDF z którego wykonano obudowy jest bardzo sztywny, waga jak widać nie bierze się "z powietrza". Obudowa pokrywana jest naturalnym fornirem, który został polakierowany w sposób wręcz mistrzowski . Jedyna rzecz jaka zastanawia, to umieszczone z tyłu kolumny dwa dosyć małe otwory BR. Ich "wielkość" przy witej konstrukcji. Czy na pewno podołają w trakcie pracy głośników, zapewniając odpowiedni przepust powietrza? Maskownica jak w dzisiejszych czasach większości kolumn, została do frontu "zamocowana" za pomocą niewidocznych magnesów, jak się okazało w trakcie odsłuchów, jej wpływ na brzmienie jest zasadniczo żaden (co tylko dobrze świadczy o ich konstrukcji). Odsłuch kolumn został zaplanowany na 3 kolejne etapy. Pierwszy - obejmujący zasadniczo wszystko, co słuchamy na codzień na swoim sprzęcie. Drugi - wybrane utwory z wybranych utworów. Trzeci - skupiając się na różnicach brzmieniowych w stosunku do znanych nam i mocno już osłuchanych kolumn z serii GOLD, w tym nowych konstrukcji oznaczonych 5G. Każdy z odsłuchów odbywał się w całkowicie innym dniu, dając nam pełną swobodę przyzwyczajenia się do prezentacji muzycznej Platinum. W pierwszym, nazwijmy go "niezobowiązującym kolumny do niczego wielkiego" odsłuchu, gdzie w ruch poszły albumy Schiller "Atemlos", Yellow "Touch", Suede "A New Morning" oraz Seal "Best 1991-2004". Już przy pierwszym kontakcie słychać, jak Platinum 300 II niepośpiesznie i bez zbędnego wysiłku kreują dolne zakresy, pompując spore ilości powietrza w pokoju odsłuchowym. To, co warte zaznaczenia to właśnie wspaniałe, zróżnicowane niskie tony. Ich barwa nasuwa już na sam początek poczucie uczestnictwa w odtwarzanej muzyce wręcz namacalnej perkusji. Średnica i wokale są prezentowane czysto, maksymalnie zbliżając nas do naturalnie brzmiącego ludzkiego głosu. Nie jest to absolut i są konstrukcje o wiele lepiej radzące sobie pod tym względem, ale też trzeba napisać wprost - są to konstrukcje droższe. Góra dzięki zastosowanemu głośnikowi błyszczy i daje popis pełnych swoich możliwości. Jest czysto, jest wysoko, a talerze perkusji oddawane są wręcz z fantazją. Tak, głośnik wstęgowy nie każdemu musi przypaść do gustu. Producent podaje górny zakres do 100 kHz... pytanie tylko kto to usłyszy. Można więc przyjąć, że jeśli nawet nikt nie usłyszy - to góra jest tutaj o ile nie wiodąca, bo cały przekaz jest doskonale spójny, to jest mocno zaznaczona i nakreślona bez żadnego udawania. Jeśli jednak komuś przyszłoby do głowy uznać, że wysokie w tym modelu firmy Monitor Audio są męczące, narzucające się lub za bardzo wysuwające się na pierwszy plan - to jest w błędzie. To nie zakres kolumn do kilku tysięcy złotych, tutaj producent ma świadomość wad i zalet stosowania pewnych rozwiązań, a całość przygotowana jest w taki sposób, by muzyka brzmiała jak najbardziej naturalnie, nie natrętnie czy oszukując słuchacza poprzez sztuczne kreowanie "smaczków" brzmieniowych. Nic z tych rzeczy. W Platinum 300 II muzyka otwiera się, ma ogromny "oddech", lśni i potrafi bez żadnych zdaje się ograniczeń zaznaczać momenty istotne w odtwarzanym utworze. Dźwięk strun gitar Estas'a Tonne z drugiego dnia odsłuchu brzmiały fantastycznie. Każde wręcz muśnięcie w strunę oddane było tak, jakbyśmy stali obok Estas'a gdzieś w trakcie jego ulicznych koncertów. Kolumny Monitor audio nie czarowały, nie ubarwiały strun, niosły muzykę lekko tak, jakbyśmy fizycznie znajdowali się blisko artysty. Kolejny do odsłuchu poszedł Ørganek i album "Czarna Madonna". Świadomie i z premedytacją, bo kilka tygodni wcześniej miałem okazję połsuchać tego albumu na konstrukcjach znacznie większych i do tego znacznie droższych. Nie rozpisując się o "konkurencie", bo tutaj raczej pole do popisu powinno być oddane najwyższemu modelowi Platinum 500, testowane "trzysetki" w utworze "Rilke" stopę perkusji prowadziły wyśmienicie. Nie czuło się żadnych braków, a jej wybrzmienia, wygaszenia i swoboda prezentacji wprost zachwyca! A skoro tak świetnie zabrzmiała kapela Tomka, to co usłyszymy wrzucając Smashing Pumpkins i ich świetne "Zero"? A usłyszymy to, co fani mocnego brzmienia lubią najbardziej. Doskonale prowadzone gitary, niskie... to już pisałem powyżej. Do tego doszedł mega czytelny, wręcz namacalny wokal Corgan'a! Scena raz jeszcze scena, te kolumny nie boją się grac z rozmachem i to ich kolejna może wada, a może zaleta. Rzecz jasna nie kreują sztucznie przesadnie dużej sceny, nie tworzą z klubowego wybrzmienia wrażenia koncertu na Wembley. Nic z tych rzeczy, jest za to dużo przestrzeni, instrumenty często są fizycznie obecne, mamy głębie prezentacji ukazującą nam, że muzyka jest przed, na linii i za linią kolumn. Jest ta poszukiwana trójwymiarowość brzmienia. I kolejna ważna uwaga, nie szukajcie sztuczek w postaci kreowania sceny "za słuchaczem", a przynajmniej z odsłuchiwanych albumów nie udało nam się trafić na takie "cuda". I dobrze, stereo to nie kino domowe. Dopuściliśmy do głosu Hooverphonic z ich doskonale przygotowanego albumu "Hooverphonic With Orchestra". Co mam napisać... to trzeba posłuchać! "Mad About You" przeskoczyło moja osobistą skalę fascynacji tym utworem. Pamiętam nawet KEF Blade Two, które ze względu na specyfikę brzmienia Uni-Q grały interesująco... ale to PL300II porwały (wreszcie) i tym utworem porwały nas gdzieś wysoko. Noémie Wolfs swoim wokalem zabrzmiała tak, że pomyślałem "gdzie to ci wspaniali Belgowie będą teraz koncertować". Trzeci dzień odsłuchowy to porównanie do innych kolumn jakie przewinęły się przez ostatni czas. I trzeba powiedzieć sobie wprost, Monitor Audio oferuje produkt w cenie... którą wbrew pozorom cieżko uzna za mało atrakcyjną. Jeszcze kilka lat temu za konstrukcje tak wykonane, z takim pietyzmem wykończone oraz tak brzmiące - w tej kwocie nie było szans dostać! Rynek się zmienia, wymagania klientów też, a technologie z coraz wyższych grup dostają mniejsi bracia. pisze to świadomie, bo na tym samym repertuarze i z tą samą elektroniką mierzył się ostatnio też model "trzysta" ale serii GOLD. Tak, tej najnowszej. I.. i nie oszukujmy się, cena nie bierze się z sufitu u księgowych. Nie da się wrzucić na rynek konstrukcji dwa razy tańszych, grających tak samo dobrze, jak istniejące i nadal oferowane modele wyższe. Ta gonitwa i równanie do modeli wyższych jest oczywiście widoczna i zauważalna, jednak nie da się zestawić i zrównać ze sobą brzmienia GOLD 300 5G z testowanym modelem. Platinum maja wszystkiego więcej i lepiej, jest w tych większych jakby nie patrzeć obudowach z jednej strony znacznie więcej mocy... ale połączonej z lekkością formy. Brzmienie jest bardziej poukładane, a niskie w PL300II są niedoścignione dla niższej wersji GOLD. Tak... GOLD 300 5G są blisko, w niektórych szczegółach zbliżają się, gdzieś ocierają brzmieniem o referencję Monitor Audio. Jednak to nie jest 1:1 i tego też nie oczekujcie z żadnej strony. Poprzeczka Platinum 300 II jest wysoko zawieszona, brzmienie, budowanie sceny, zdolności prezentacji na wielu płaszczyznach muzyki jest doskonała. Czy perfekcyjna? To już pozostawiam innym do oceny subiektywnej, w moim odczuciu potrzeba sporo więcej wydać, by uzyskać krok... czy w przód, lepiej - tu byłbym ostrożny z takim twierdzeniem. Na pewno będzie to "inaczej", będzie zdecydowanie w innej formie przedstawione. Tak, PL300II od Monitor Audio to High End za rozsądne pieniądze, sprzęt na lata dla ludzi kochających kolumny widoczne, ale nie kolosalne. Jeśli posiadacie pokój odsłuchowy co najmniej średniej wielkości, dacie tym kolumnom miejsce do "oddechu" - odwdzięczą się świetną prezentacją muzyki, z niesamowitym poczuciem fizycznej obecności sporej części składu zespołu. I te wokale... Monitor Audio w cenie niespełna 24 tysięcy złotych za sztukę spokojnie znajdzie nabywców. W tej cenie pomimo sporej oferty na rynku, tej klasy głośniki i do tego z takim brzmieniem poradzą sobie bez trudu. A kolejną nie do odrzucenia wartością dodaną jest mistrzowskie wykonanie PL300II. Do testów sprzęt trafił dzięki wsparciu firm: Q21 z Pabianic oraz dystrybutorowi marki Monitor Audio na Polskę, firmie Audiocenter Poland z Krakowa. Dziękujemy! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://www.audiocenter.pl https://www.q21.pl Specyfikacja techniczna: - Trój-drożna, cztero-głośnikowa, kompaktowa kolumna podłogowa - 2x głośnik niskotonowy 8" RDT II - głośnik średnitonowy 4" we własnej obudowie - głośnik wysokotonowy MPD - Pasmo przenoszenia: (-6dB - IEC 268-13) 28Hz - 100kHz - Czułość: ([email protected]) 90dB - Maximum S.P.L. 117.8dBA (para) - Nominalna Impedancja 4Ω (4.2Ω min. @ 111Hz) - Wytrzymałość mocowa: (RMS) 300W - Rekomendowana moc wzmacniacza: (RMS) 100 - 300W - Częstotliwość podziału: 3.4kHz / 500Hz - Wymiary: (H x W x D) 1113 x 410 x 470mm - Waga: (sztuka) 54.52kg
  8. 1 point
    Jak informowaliśmy Was już kilka dni wcześniej, czwartek należał bezsprzecznie do czarnej płyty, czarnego brzmienia i Hirka Wrony, który jak zawsze w sposób wyjątkowy "oprowadził" słuchaczy po wybranym skrawku historii muzyki, która odcisnęła piętno na kolejnych pokoleniach i gatunkach muzycznych. Spotkanie miało miejsce w Sailing Poland Yacht Club i przyznam bez bicia, atmosfera miejsca i jakby nie patrzeć - dobrego brzmienia udzieliła się wszystkim. Do tego należy dodać fakt, że ekipa Nautilusa wykonała kawał solidnej pracy. Przygotowany set przez Piotra, który odpowiedzialny był za zestrojenie wszystkiego pod prezentowaną muzykę pokazał dobitnie zebranym, czym jest dobrej klasy zestaw audio. Muzyka z czarnej płyty i do tego wybór repertuaru spowodował u większości z obecnych szybsze bicie serca. Zmierzyliśmy się z pewnym wycinkiem historii "czarnej muzyki", a poczuliśmy się w pewnym momencie uczestnikami życia tamtego okresu, specyficznego klimatu i niesamowitych kawałków granych przez artystów, dziś uznanych za wręcz wybitnych czy kultowych. Część prezentowanych utworów była wydana pod czujnym okiem wytwórni Motown Records, która od prawie samego początku była legendarnym miejscem i przyczyniła się wręcz do kulturowej rewolucji w Stanach. A skoro tak... nie było mowy w żadnym przypadku o nudzie. Hirek Wrona wciągnął wszystkich zebranych w podróż po fantastycznych bezdrożach muzyki, która jest jak krew i pot Czarnej Ameryki. Każdy utwór prezentowany tego wieczora mógłby służyć wręcz za odrębną historię zasługująca na więcej niż jedną stronę książki. Dlatego też Hirek nie oszczędzał nam smaczków, jego wprowadzenia do każdego kolejnego utworu potęgowały nastrój zaciekawienia i wyczekiwania wszystkich zebranych osób "co dalej". Ekipa Studia U22 jak zawsze trafiła w samą dziesiątkę z formułą imprezy, a dobór sprzętu... no cóż, pozostaje tylko wzdychać i chwalić za świetnie dobrany i ustawiony set. Jeśli ktoś uważa, że winyle odchodzą do lamusa to pora, by kolejnym razem zasiadł wygodnie w fotelu i wsłuchał się w muzykę, która wręcz żyje i nie pozostaje obojętna słuchaczowi. Chciałbym w tym miejscu w szczególny sposób podziękować właścicielowi firmy Nautilus, za objęcie patronatem naszej relacji z czwartkowego spotkania z Hirkiem Wroną. Dziękujemy za okazaną nam pomoc! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Patronat: Firma Nautilus, ul. Malborska 24, 30-646 Kraków. https://nautilus.net.pl
  9. 1 point
    Nie pytajcie mnie ile to było już tych wydań "Najlepszych z najlepszych" czy "Gold" pod logiem starych dinozaurów z Bostonu. Aerosmith od lat niezmiennie przyciągają rzesze, a ich muzyka wciąga już (dosłownie) wnuki pierwszych fanów zespołu. I dziś wręcz ciężko uwierzyć, że na początku kariery dzisiejsi wielcy rocka musieli kraść żywność, by przeżyć. Od wydania ostatniego album Aerosmith minęło trochę czasu, a album naprawdę wielki i świetnie przyjęty przez fanów oraz krytyków pojawił się jeszcze wcześniej. Nie oznacza to, że kapela w której dzieje się od tylu dekad naprawdę sporo nie ma już nic do zaoferowania. Steven Tyler czy Joe Perry od lat zaskakują swoją żywiołowością i sceniczną charyzmą godną 20 latków. Będąc na ich koncertach ma się nieodparte wrażenie, że wpierw umrze całe życie na ziemi, potem zginie sama ziemia, by na koniec ogłoszone zostało rozwiązanie Aerosmith. Dowodem na to niech będzie rok 2002, kiedy zespół dał niesamowity popis w klubie "The Joint", w Hard Rock Hotel w Las Vegas. Występ był tak dobry, że został okrzyknięty najlepszym koncertem podczas trasy "Just Push Play", a zapis z niego posłużył Aerosmith do wydania fantastycznego albumu "Rockin' The Joint (Live At The Hard Rock)". Tyle lat na rynku muzycznym, platynowych płyt, wyróżnień, nagród i wreszcie najcenniejszego - wprowadzenia w 2001 do Rock and Roll Hall of Fame musi być podparte utworami wyjątkowymi, cenionymi i lubianymi bez względu na przemijające lata. A to daje doskonały powód, by odświeżyć swoje najlepsze utwory sprzed lat i podać je "na nowo" tym, którym gigantów rocka ciągle mało. I zapewne nie o samą sprzedaż chodzi, w końcu licznik sprzedanych płyt już dawno przeskoczył 150 mln. egzemplarzy i panowie nie muszą niczego i nikomu udowadniać, że "mogą więcej". Po prostu, są albumy wydawane dla samego faktu, że docierają do rzeszy fanów kolekcjonujących wszystko, co związane z ich ulubionym zespołem. A, że przy okazji jakaś grupa melomanów lub wielbicieli gatunku "przytuli" ileś tam tysięcy egzemplarzy danej płyty? O to chodzi w "show bizie", by nie dać o sobie zapomnieć, nawet jak rozpoznawalność kapeli jest tak wielka, niczym Królowej Anglii. W 21 czerwca w sklepach ukaże się album na czarnej płycie "Aerosmith's Greatest Hits", który jest już na rynku od 2001 roku w postaci srebrnego krążka. "Aerosmith's Greatest Hits" (Vinyl) to jak widać ukłon nie tylko w stronę fanów zespołu, ale także wielbicieli czarnej płyty, jakże ważnej w latach rockowego szaleństwa. Czy album (poza samą zawartością hitów) spełni oczekiwania melomanów? Pozostaje poczekać kilkanaście dni na odpowiedź. Dla wielu jednak (w tym piszącego te słowa) pozycja jest na tyle obowiązkowa, że nie będą miały znaczenie wszystkie "przeciw" czy zarzuty, ile jeszcze razy słuchać będziemy "Walk This Way" na kolejnych albumach z cyklu "Najlepsze z najlepszych". Polecam AudioRecki (Magazyn AudioStereo) "Aerosmith's Greatest Hits" (Vinyl) (2019) Lista utworów: Side A 1. Dream On 2. Same Old Song and Dance 3. Sweet Emotion 4. Walk This Way 5. Last Child Side B 1. Back in the Saddle 2. Draw the Line 3. Kings and Queens 4. Come Together 5. Remember (Walking in the Sand)
  10. 1 point
    WSTĘP (jak zawsze przydługi 😉 😞 Pamiętam jeszcze jak kilka lat temu na rynku pojawiła się oferta iFi. Od pierwszej chwili jej głównym celem było dostarczenie sprzętu niezawodnego, trwałego i spełniającego swoje podstawowe zadanie - poprawę brzmienia naszej muzyki w świecie komputerowego audio. Dziś, kiedy muzyka w dużej mierze stanowi element nierozłączny z systemami komputerowymi, potrzeba polepszania brzmienia muzyki z komputera jest tak oczywista, jak używanie myszki komputerowej czy touchpad'a. Firma iFi w zakresie poprawy jakości muzyki z PC ma nie tylko bardzo bogate doświadczenie, ale ich produkty spełniają (często z nawiązką) pokładane oczekiwania. Do naszych testów trafiło urządzenie, będące wręcz małym kombajnem. iFi xDSD to przenośny wzmacniacz słuchawkowy zasilany z wbudowanej w środku (pojemnej, ale to tym za chwilę) baterii, mogący także pełnić funkcję stacjonarnego wzmacniacza (słuchawkowego) i jednocześnie rozbudowany przetwornik cyfrowo-analogowy. Dodatkowo sprawdza się wyśmienicie jako odbiornik Bluetooth, mający za zadanie polepszyć to, co słyszymy dzięki transmisji BT aptX w naszych słuchawkach. Samo urządzenie wpisuje się w trend obecnych czasów czyli wsparcie dla plików Hi-Res, tak więc możecie być spokojni o nawet bardzo wymyślne formaty, z jakimi możecie się spotkać w codziennym użytkowaniu plików. Kolejną rzeczą istotną A.D. 2019 dla sporej rzeszy plikowych maniaków - jest też pełne wsparcie dla MQA. Czyli jest wszystko, czego chcieć można, a nawet więcej. O ile w domowym zaciszu większość z nas (wg. własnych możliwości i oczekiwań) buduje swój system oparty na stacjonarnych urządzeniach, o tyle problem pojawia się w momencie, kiedy wychodzimy z naszej "muzycznej świątyni". I na przeciwko tym "problemom" właśnie wychodzi iFi ze swoim xDSD. Można już na wstępie powiedzieć "cały system w jednej kieszeni". BUDOWA: xDSD już w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie solidnej konstrukcji, wręcz pancernej i odpornej na wszelkie ewentualne wypadki w trakcie podróży. Obudowa urządzenia jest z ciemnego stopu aluminium i magnezu. Na stronie producenta przeczytamy: wzbudza podziw i pewność. I trzeba się z tymi słowami w pełni zgodzić. Obudowa swoim wykonaniem i użytymi materiałami daje użytkownikowi pewność, że cokolwiek nie wydarzy się w trakcie użytkowania, środek - czyli "serce" urządzenia - nie zostanie w żaden sposób naruszone. Przedni panel stanowi połączenie funkcjonalności i jednocześnie prostoty. Oczywiście umowna prostota wynika z faktu funkcjonalności urządzenia, czyli konieczności rozmieszczenia potrzebnych przełączników/wskaźników, które ułatwiają nam codzienne użytkowanie xDSD. Na przednim panelu znajdziemy: Po środku pokrętło, które pełni nie tylko funkcję regulacji głośności, ale także włącza i wyłącza urządzenie. Centralna część pokrętła świeci kolorami uzależnionymi od ustawienia głośności. Czytelnie i funkcjonalnie. Po lewej mamy gniazdo słuchawkowe, diodę sygnalizującą z którego wejścia aktualnie korzystamy oraz diodę sygnalizującą jak gęste pliki obecnie są przez nas używane. Dla każdej gęstości pliku osobny kolor (w sumie aż 7 barw), jest więc co pamiętać... lub odpuścić sobie i cieszyć się muzyką oraz jej jakością. Po prawej stronie znajdziemy diodę sygnalizującą włączone dodatkowe filtry (3D+ oraz XBass+, na marginesie, co oni mają w obecnych czasach z tymi plusami 😉 ), oraz przycisk wyboru źródła. A tych jest całkiem sporo: USB, S/PDIF i wspomniany na początku Bluetooth. Przyznam szczerze, że brzmi to gorzej niż wygląda i wydaje się bardziej zagmatwane niż jest w codziennym użytkowaniu. Dla przeciętnie zorientowanej w urządzeniach audio osoby kontakt 2-3 minutowy z urządzeniem da odpowiedź na praktycznie każde pytanie o przedni panel. Tył urządzenia jest klasycznym miejscem przeznaczonym do tego, by wszystko co musi wejść do urządzenia w postaci naszych plików i wymaga podłączonego kabla podłączyć z tyłu. Jest więc główne gniazdo USB typu A (3.0), jest gniazdo coaxial S/PDIF, jest też gniazdo zasilania i ładowania baterii naszego urządzenia. Znajdziemy też przełącznik aktywatora filtra cyfrowego. Urządzenie jest zgrabne, lekkie (127g) i mieści się w przeciętnej kieszeni spodni. FUNKCJONALNOŚĆ: Częściowo o funkcjonalności wspomniałem już powyżej w momencie opisu budowy urządzenia. Jego obsługa jest banalnie prosta i nie wymaga zagłębiania się w dziesiątki stron instrukcji. Od strony użytkownika nie wymaga się wiedzy tajemnej, w zamyśle ma to być urządzenie, które jeśli przychodzi taka potrzeba - łapiemy do ręki i o ile pamiętamy, by je ładować - w dowolnej chwili może z nami udać się na naprawdę długie wycieczki bez potrzeby zapamiętywania o co w tym wszystkim chodzi. Jedynym elementem, który dla niektórych osób będzie bardzo istotny, a wymaga zapamiętania - to kolory diody informującej o gęstości plików i źródle z jakiego aktualnie korzystamy. Jak przypuszczam 99% osób nie będzie sobie nawet zaprzątać tym głowy i oglądać w kieszeni jaki obecnie kolor ma dioda na przednim panelu. Urządzenie doskonale współpracuje z telefonami i tabletami, komputerami (Win i macOS) oraz można do niego podłączyć wszystko to, co posiada wyjście coaxial S/PDIF (odtwarzacze CD, telewizory). Z komputerem łączy się rzecz jasna poprzez port USB. Jako użytkownik macOS praktycznie po wpięciu urządzenia do portu zapomniałem, że wymaga się użytkownika jakiś dodatkowych czynności. System rozpoznał prawidłowo urządzenie, a i programy do odtwarzania plików (w moim przypadku Audirvana+) nie miały z nim żadnego problemu. Do xDSD firmy iFi podłączone zostały także: iPhone Xs max oraz iPad Pro 2018 z najnowszym systemem. Pokrętło głośności działa wyśmienicie, potencjometr daje się wyczuć i zwiększa głośność drobnymi krokami, nie ma w jego działaniu wrażenia zbyt dużych przeskoków czy nagłego nasilania się głośności. Wg. producenta urządzenie w temacie regulacji głośności, urządzenie działa pod kontrolą kości cyfrowej, zapewniającej idealne wysterowanie (skok o jedną decybelę). WNĘTRZE: Producent już na pudełku dumnie informuje nas, że urządzenie działa pod kontrolą kości Burr-Brown od Texas Instruments, która odpowiada za wsparcie dla wszystkich chyba możliwych formatów audio, w tym MQA. Poszukując dodatkowych informacji dowiadujemy się, że kością tą jest Burr-Brown multibit DSD1793 DAC. I znów śmiem twierdzić, że w obecnych czasach dla większości użytkowników informacja o samej kości i jej oznaczenie ma tyle znaczy, co budowa wirówki służącej wzbogacaniu uranu, ale dla maniaków wszelkich technicznych informacji w sieci, na temat w/w kości rozpisywano się już chyba z tysiąc razy. W większości lub w samej większości zawsze pozytywnie. W temacie funkcjonalności warto wspomnieć o samej baterii. Ta działa dłużej, niż większość dostępnych telefonów na rynku. Tak więc możecie być spokojni o czas pracy urządzenia poza domem. Przewodowo poprzez port Lightning iPad'a xDSD pracował po pełnym naładowaniu 6 godzin i 13 minuty. To czas, który należy uznać za bardzo dobry. Wg. producenta czas może zostać znacznie wydłużony kiedy przejdziemy z przewodowego na bezprzewodowe połączenia via BT. Bateria wewnątrz naszego wzmacniacza/DAC'a jest litowo-polimerowa o parametrze pracy 3.8V / 2200mAh. Transmisja Bluetooth z jakiej możemy skorzystać w urządzeniu, to także pełne wsparcie dla aptX. Można więc być spokojnym o jakość muzyki wybierając ten rodzaj transmisji danych pomiędzy naszymi urządzeniami. BRZMIENIE, czyli czy warto: Po wpięciu xDSD do tabletu/telefonu czy komputera przewodowo (USB) dostajemy już od pierwszych chwil czysty, wręcz soczysty i mocny dźwięk. Nie jest przesadnie narzucający się, ale wypełniony I bardziej rozbudowany o elementy brzmienia, które zostały wręcz "wykastrowane" przez telefon/ tablet czy głośniczki laptopa. Zastosowanie filtrów analogowych w postaci 3D Holographic Sound+ i XBass+ jak się okazało w praktyce, nie było przypadkowe i w jednym, konkretnym przypadku przyniosło wręcz znaczną poprawę jakości słyszanej muzyki. Urządzenie testowane było z trzema różnymi słuchawkami, różniącymi się pod względem budowy, przeznaczenia i samej ceny: 1. MEZE AUDIO 99 CLASSICS (w domu) 2. Denon AH-D1200 (w terenie i domu) 3. Sony MDR-XD150 (w domu) To, co dało się zauważyć już w pierwszych chwilach odsłuchu i to bez względu na podpięte słuchawki , to szeroka scena. W przypadku Sony koniecznie z funkcją 3D+, ale o tym poniżej. Scena na tyle szeroka, że w sposób prawie dosłowny instrumenty przestają nam "dudnić w głowie". Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dzięki xDSD od iFi wreszcie zakładając słuchawki na głowę siadamy przed instrumentami, nie instrumenty wkładamy sobie do głowy. Jest więc bardzo muzykalnie, całość nie jest zbytnio uspokojona, ale znika całkowicie krzykliwość niektórych instrumentów. Odsłuchując album "Miłość" Sorry Boys muzyka zyskała na swoistej gładkości wokalu, przy tym "odkleiły" się od siebie poszczególne instrumenty. Inaczej, kiedy wpinałem słuchawki wprost do MacBook'a Pro - prezentacja muzyki była bardziej atakująca nasze uszy swoistym zlepkiem niektórych instrumentów, po zastosowaniu xDSD instrumenty te stały się osobnymi bytami tworzącymi jedną całość przekazu. Na każdym instrumencie można było z osobna skupić swoją uwagę słysząc smaczki, o których można zapomnieć w momencie rezygnacji z urządzenia marki iFi. Pod względem muzykalności pomimo czystego, mocnego dźwięku jest on bliższy neutralnemu przekazowi, delikatnie zmierzając ku tej chłodniejszej stronie. Nie ma poczucia ociężałości i braku życia w muzyce. Przypomniałem sobie w trakcie odsłuchu xDSD sytuację z innym (o podobnej nawet cenie) już nie produkowanym (i słusznie) wzmacniaczu znanej, audiofilskiej marki. Pozbyłem się go po kilku tygodniach bez żalu, klucha zamiast muzyki i obdarcie wszystkiego co trafiało do słuchawek z życia i przyjemności odsłuchu. W przypadku obecnie testowanego urządzenia nie mamy przesadzonego i zbyt atakującego przekazu, ale nie popełniono błędu idąc w stronę nadmiernego uspokajania słuchanej muzyki. Udało się czerpać wiele przyjemności z odsłuchów, bez względu na słuchany album i gatunek muzyczny. W subiektywnym odczuciu najlepiej wypadła muzyka z dużą ilością instrumentów i dużymi składami. Po włączeniu albumu Dave Brubeck Quartet nie dało się oderwać od muzyki! Fantastyczna wręcz prezentacja sceny i ustawienie muzyków. Zadałem sobie pytanie, czy to urządzenie naprawdę kosztuję niecałe 2000 złotych. Tak, tyle dokładnie kosztuje dając przy tym frajdę, jakby kosztowało co najmniej 2 razy więcej! Na dalszy odsłuch poszły albumy: Jean Michel Jarre "Geometry Love", Roxy Music "Siren" i trzy płytowy soundtrack Vangelis'a z filmu "Blade Runner". Kiedy włączyłem "Spotkanie z Matką" wiersz Gałczyńskiego deklamowany przez Polańskiego był namacalny w każdym słowie, dosłownie czuło się fizyczną obecność. A trzeba napisać wprost, że niektóre duże, stacjonarne zestawy za znacznie większe pieniądze nie radzą sobie z tym utworem, który obnaża ich powierzchowność przekazu. W przypadku urządzenia od iFi było to odczucie wręcz realne, ale nie kłujące nasze uszy. W miejscach przygaszania słów były one odpowiednio uspokajane i łagodnie prowadzone. Po prostu mistrzostwo! Jak urządzenie wypada po przełączeniu się w transmisję bluetooth? I tutaj niestety obnażona została niedoskonałość samego protokołu BT. Pomimo zastosowania aptX, przejście na bezprzewodowy odsłuch ugasiło wiele przyjemności ze słuchanej po USB muzyki. Trzeba przy tym już na wstępie zaznaczyć wprost, że jest to nadal ZNACZNY KROK w przód pod względem poprawy jakości brzmienia względem np.: bezpośredniego parowania słuchawek BT z telefonem. Niestety zanikła w sporej, ale nie całkowitej części ta fantastyczna muzykalność, gęstość przekazu. xDSD i tak bije na głowę swoim przekazem muzyki podawanym do urządzenia bezprzewodowo względem klasycznych rozwiązań (parowanie bezpośrednie słuchawek do urządzeń mobilnych), jest znacznie więcej wszystkiego w tym co słyszymy, a na dodatek mamy nadal obszerną scenę. Jeśli jednak macie wybór, bezwzględnie starajcie się korzystać z połączenia przewodowego! Zależność pomiędzy klasą zastosowanych słuchawek, a jakością muzyki w przypadku tego urządzenia jest znacząca. Pozwoliłem sobie nawet na swoisty mezalians i do urządzenia podpięte zostały bardzo tanie słuchawki nauszne - Sony MDR-XD150. W przypadku tych konkretnych słuchawek doskonale sprawdziło się włączenie na xDSD funkcji 3D+. Słuchawki zyskały na przestrzenności i w czytelny sposób poprawiła się szerokość sceny. Im droższe słuchawki - tym lepiej, jednocześnie całkowicie znika potrzeba stosowania funkcji 3D+. Do testów jak wymieniłem powyżej posłużyły też doskonałe MEZE AUDIO 99 CLASSICS (wersja walnut silver). To już słuchawki dające więcej niż dźwięk zbliżony do audiofilskiego. W połączeniu z testowanym wzmacniaczem zgrały się rewelacyjnie, dając poczucie rzeczywistego uczestnictwa w muzycznym wydarzeniu ("Take Five" Dave Brubeck Quartet). Słuchawki testujemy też z myślą o najbliższym artykule w Magazynie AudioStereo, więc do szerszego opisu MEZE AUDIO jeszcze przyjdzie czas. Na pewno słuchawki te w połączeniu z xDSD dają prawdziwą ucztę melomanom, szukającym prywatności w swoich odsłuchach. Rzecz jasna trudno poruszać się z tego typu konstrukcją po mieście (z drugiej strony - kto zabroni;) ), więc do testów tak "w terenie" jak i w domu posłużyły nam konstrukcje Denon AH-D1200. PODSUMOWANIE: xDSD od iFi to urządzenie na wskroś nowoczesne i świetnie wykonane. Dorównuje jakością wykonania mojemu ulubionemu PHA-3AC. To już powinna być rekomendacja sama w sobie. Dodatkowo jakość prezentowanej muzyki nie pozostawia wiele do życzenia, a patrząc na cenę - jest rewelacyjna. Wzmacniacz z funkcją DAC'a na miarę XXI wieku, któremu nie straszne są nawet najbardziej gęste formaty, można by nawet napisać, że wiele z nich stanowi raczej ciekawostkę niż rzeczywistą potrzebę. Wielkość i waga urządzenia to kolejny atut przemawiający za xDSD. Jeśli kochacie dobre brzmienie poza domem i nie potraficie rozstać się ze swoją ulubioną muzyką, xDSD zagwarantuje Wam wszędzie gdzie tylko zapragniecie muzyką na poziomie bardzo dobrej klasy zestawu Hi-Fi. Dla sporej części użytkowników sprzęt ten stanie się jednym z głównych elementów układanki domowych odsłuchów na słuchawkach. W takim przypadku zdecydowanie łączcie iFi poprzez USB. Patrząc na możliwości xDSD, nie odmówi on współpracy z naprawdę droższymi słuchawkami i do tego wymagającymi. Sam producent zapewnia, że jego urządzenie bez trudu wysteruje nawet bardzo wymagające modele jakie można dostać na rynku słuchawkowym. Urządzenie marki iFi wpisuje się w obecne trendy "muzyka może być słuchana gdziekolwiek tylko się da". Na dodatek dzięki swoim możliwością i jakości uzyskiwanego brzmienia, zrywa ze smutną tradycją marnej jakości plików mp3 "bo słuchamy w drodze". Nasze telefony mają coraz większą ilość pamięci, co umożliwia zabranie ze sobą czasem kilkadziesiąt ulubionych albumów w najwyższej jakości (w tym Hi-Res). Warto to wykorzystać, życie jest zbyt krótkie na byle jakość, a xDSD w sposób zdecydowany wprowadzi Was w świat dobrego brzmienia, gdziekolwiek byście nie byli ze swoją muzyką. Cena 1990 złotych za urządzenie tej klasy nie wydaje się być przesadzona. Funkcjonalność, jakość wykonania i najważniejsze - jakość brzmienia zdecydowanie przemawiają za zakupem xDSD. Dodatkowo czas działania gwarantujący nawet długie odsłuchy w podróży jest atutem ZA nie do odrzucenia. ZAWARTOŚĆ (co dostajemy w pudełku): Całość spakowana jest na miarę 2019 roku. W dzisiejszych czasach wszystko musi być poukładane i w przemyślany sposób spakowane. Tak jest w przypadku produktu iFi. Po otwarciu pudełka dostajemy wszystko, co gwarantuje bezproblemowe korzystanie z urządzenia w naszym codziennym kontakcie z xDSD. Poza samym urządzeniem dostajemy przewody USB do transmisji danych i podpięcia urządzeń mobilnych, wtyk do gniazda S/PDIF, pokrowiec na urządzenie oraz podkładki zabezpieczające. DANE TECHNICZNE: Sygnał USB: PCM768kHz & DSD512 (24.6/22.6MHz) Sygnał S/PDIF Coaxial i Optical: do 192kHz/24Bit Zakres dynamiczny: > 113dB (A) Kontrola głośności: od -101dB do 0dB w krokach o 1dB Moc wyjściowa: 2.82V/500 mW przy 16 Ohm 3.7V/270mW przy 50 Ohm 3.8V/48 mW przy 300 Ohm 3.8V/24 mW przy 600 Ohm Sygał line-out: > 2.1V przy 0dBFS Poziom zniekształceń THD (1V/16R): < 0.005% Impedancja wyjściowa: < 1 Ohm Bateria: 3.8V/2200mAh Wymiary: 95 (dł.) x66.5 (szer.) x19 (wys.) mm Waga: 127g AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Urządzenie do testów dostarczyła firma audiomagic.pl z siedzibą w Warszawie, dystrybutor m.in. takich marek jak: iFi i MEZE AUDIO. Audiomagic.pl ul. Sienna 61 00-820 Warszawa https://www.audiomagic.pl
  11. 1 point
    Jeśli cofniemy się o 15 lat wstecz w temacie Motörhead, przypomnimy sobie świetny koncert kapeli pod wodzą Iana „Lemmy’ego” Kilmistera. Lemmy w Düsseldorfie krzyknął "We are Motörhead. We play rock and roll"... to gdzie ta "trema"? Zapewne takim gigantom mocnego brzmienia wolno przewrotnie definiować swoje odczucia, jakie towarzyszą im w trakcie występów na żywo. Nikt bowiem z fanów nie uwierzy, że po tylu latach ktokolwiek z Motörhead czuje wielką tremę przed czy w trakcie występów. Do tego takich występów! Stage Fright to nie tylko zapis koncertu legendarnej formacji Motörhead jaki odbył się w Dusseldorf Philipshalle w 2004 r. Tak naprawdę to według opinii wielu osób - zapis niesamowitych emocji jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Wystarczy wspomnieć o pierwszym utworze, tuż na wejściu - "Dr. Rock" z albumu "Orgasmarton". Motörhead w trakcie koncertu zarazili wszystkich niesamowitą energią, a utwory są mocne, wciągające i do bólu autentyczne. Jeśli ktoś chciałby zrobić zarzut, że Motörhead od lat jest takie same, oczywiście pełna zgoda. Pytanie tylko czy taki "zarzut" dotyczy tylko Motörhead. Bo obok można na szybko wymienić z tuzin kapel, które z każdą kolejna płytą nadal są... takie same. Z drugiej strony po co cokolwiek zmieniać, skoro Motörhead od lat są w miejscu akceptowanym przez siebie i fanów. Nie ma rozczarowań, nie ma eksperymentowania. Formuła kapeli, która wychodzi na scenę lub nagrywa płytę brzmiącą tak, jak tego oczekuje świat - wydaje się być najlepsza. Przy czym warto to napisać - wychodzi na scenę i porusza cały tłum! Zapis koncertu z 2004 roku ma wiele ciekawych momentów i wiele naprawdę wartych zauważenia kawałków. Jak to usłyszałem swego czasu od kolegi - kolejnego fana zespołu "Motörhead nie pierdzielą się w temacie - grają aż urywa d.pę". I taki też jest zapis Stage Fright - kopie emocjami, wciąga jak bagno gdzieś na Mazurach... wystarczy popatrzeć na solo Mikkeya Dee w "Sacrifice" i nie pozostaje nic, poza opadem szczęki. Takie same emocje, jakie towarzyszyły koncertowi, takie też emocje towarzyszą oglądaniu koncertu na DVD lub (najlepiej ze względu na jakość) na Blu-Ray. Spośród wielu znanych i cenionych utworów świetnie wypadają "I Got Mine" ( album "Another Perfect Day") czy "In The Name Of Tragedy" z albumu "Inferno". Zresztą ten pierwszy wymieniony z 1983 w mojej osobistej kolekcji zyskał status wyjątkowej, a nawet kultowej i za każdym razem, kiedy tylko ekipa „Lemmy’ego" sięga po utwory z tego albumu, jest to dla mnie wyjątkowe odczucie. Zapis koncertu dostaniemy w wersjach na CD, DVD czy Blu-Ray i zapewne zdecydowana większość sięgnie po nośnik CD oraz Blu-Ray. Ze względu na jakość niedoścignionym w tym temacie wydaje się Blu-Ray (DTS-HD MASTER AUDIO 5.1 i DTS-HD MASTER AUDIO 2.0) i taki też Wam nośnik proponuję ze swojej strony. Bez względu jednak na to, na jakim nośniku przyjdzie Wam oglądać i słuchać Tremę - gwarantuję, że emocji będzie sporo. A niektórym może nawet urwać przysłowiowo d.pę. Wystarczy cierpliwie poczekać do 28 czerwca, kiedy to "Stage Fright" oficjalnie ukaże się w sklepach. Polecam AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Motörhead Stage Fright - występ legendarnej formacji jaki miał miejsce w Dusseldorf Philipshalle (2004 rok). Lista Utworów: Dr. Rock Stay Clean Shoot You In The Back Love Me Like A Reptile Killers Metropolis Over The Top No Class I Got Mine Tragedy Dancing On Your Grave Ramones Sacrifice Power Brazil Killed By Death Iron Fist Whore House Blues Ace Of Spades Overkill
  12. 1 point
    Dziś już oficjalnie możemy Was powiadomić o podjęciu w szerszym zakresie współpracy AudioStereo z całym zespołem Studia U22. Dzięki wzajemnym staraniom i poszerzeniu zakresu współpracy, AudioStereo stało się oficjalnym partnerem i objęło swoją działalnością wsparcie medialne dla wydarzeń jakie będą odbywać się na Alejach Ujazdowskich 22 w Warszawie. Oczywiście z naszej strony postaramy się zapewnić w najszerszym możliwym zakresie relacje ze spotkań mających miejsce w U22, informując Was o tym co dzieje się na Ujazdowskich w Studio U22. W tym miejscu szczególne podziękowania dla Daniela za pomoc w realizacji naszych projektów, wyrozumiałość i inspiracje. Jeśli jeszcze nie obserwujecie nas na FB i Studio U22 - warto to zrobić, bo tuż po wakacjach będzie działo się naprawdę sporo. Możecie spodziewać się wejściówek, unikatowych płyt z autografami artystów i mnóstwa reportaży (w tym video na naszym kanale YT). https://www.facebook.com/audiostereo/ https://www.facebook.com/studiou22/ Nasz kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UC3pTKO4lxespX5SiY28p-Tw Studio U22 Warszawa, Aleje Ujazdowskie 22 https://studio-u22.com AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
  13. 1 point
    Kiedy przychodzi moment rozmowy o Stingu, zaczynamy się zastanawiać nad tym, która tak naprawdę płyta jest najlepsza. Już nie utwór, a płyta ze względu na dorobek tego nietuzinkowego artysty. Jego płyty to szereg wspaniałych utworów i co za tym idzie - wysyp nagród, w tym aż 17 krotne Grammy! W dorobu artysty są też Złote Globy czy Brit Awards. Sting we wrześniu 1981 zadebiutował jako solista podczas koncertu dla Amnesty International. Zaśpiewał wówczas solowo do dziś uznane za jedne z największych hitów takie utwory jak „Message in a Bottle” czy „Roxanne”. Oczywiście utwory znane już wcześniej z repertuaru zespołu The Police, ale solowe wykonanie Stinga nie umniejszyło kompletnie nic tym świetnym kompozycjom. Sting okazał się świetnym artystą na scenie nie tylko w zespole, ale i podczas solowych występów. To, co ważne w przypadku tych piosenek - są one uznane za hity nie tylko zespołu The Police czy samego Stinga, ale są to kompozycje uznane za jedne z największych hitów współczesnej muzyki. Nie bez powodu wspominam dziś o Stingu (czy przy tej okazji także o zespole The Police). Już na dniach w sklepach pojawi się nowy album - kompilacja największych hitów Stinga. "My Songs" i jego zawartość to jednak nie jest wierna kopia starszych wydań, to spojrzenie na nowo artysty na swój dorobek artystyczny. Sam Sting mówi o swoim nowym projekcie tak: "My Songs to moje życie opowiedziane piosenkami. Niektóre z nich powstały na nowo, inne nieznacznie zmienione, ale każda z nich brzmi współcześnie." Wszystkie utwory jakie trafiły na nowe wydawnictwo zostały dostosowane do obecnych czasów, co ważne z perspektywy fanów - nie tracą ducha oryginałów. Na płycie znajdziemy takie znane utwory jak powyżej już wspomniane "Message In A Bottle", "Roxane", ale także "Every Breath You Take" czy przepiękne "Fields Of Gold" Do albumu dołączono są osobiste notatki artysty, w których Sting odkrywa wiele ciekawych historii związanych z powstawaniem konkretnych utworów. Nowy album jest więc nie tylko odświeżeniem znanych i lubianych kompozycji, ale swoistą celebracją twórczości Stinga. Zarówno solowej, jak i z The Police. Płyta wydana zostanie na winylu i CD. Polecam! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za inspirację do napisania tekstu dziękujemy p. Kamilowi z Łódzkiej firmy Gandalf, w którym to już wkrótce będziecie mogli kupić nowy album Stinga https://www.gandalf.com.pl/m/my-songs-pl/ Sting "My Song's" (2019) Lista utworów: 1. Brand New Day 2. Desert Rose 3. If You Love Somebody Set Them Free 4. Every Breath You Take 5. Demolition Man 6. Can't Stand Losing You 7. Fields Of Gold 8. So Lonely 9. Shape Of My Heart 10. Message In A Bottle 11. Fragile 12. Walking On The Moon 13. Englishman In New York 14. If I Ever Lose My Faith in You 15. Roxanne (Live)
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.