Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 07/12/20 in Artykułów

  1. 6 points
    W walce z wibracjami nie dość, że wszystkie chwyty są dozwolone, to każde z akcesoriów sprawdza się raz lepiej a raz gorzej i to nie tylko w zależności od konkretnego systemu, co również od destynacji, czyli pod czym wyląduje. Ponadto o ile doskonale wiadomo, że pasożytnicze rezonanse nigdzie nie są mile widziane, to najwięcej szkód są one w stanie wyrządzić wszędzie tam, gdzie odczyt danych odbywa się w sposób czysto mechaniczny, czyli w źródłach, ze szczególnym uwzględnieniem tych analogowych. Jeśli zatem posiadacie w swych systemach jakiś gramofon z pewnością zdążyliście już się zorientować jak kluczowym zagadnieniem jest oprócz jego ustawienia również posadowienie, a dokładnie nie tyle gdzie, co na czym powinien on stanąć. Dlatego też w ramach niniejszej epistoły zajmiemy się platformą antywibracyjną IsoAcoustics Delos 1815M1. Choć rodzimy dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, a po prawdzie śmiało można założyć, iż jest to ewidentny przejaw radosnego słowotwórstwa działu marketingu, usilnie stara się zaklinać rzeczywistość górnolotnymi określeniami w stylu „cokół izolacyjny” sam producent aż takiego parcia na szkło i weny nie ma, woląc nazywać rzeczy po imieniu. Krótko mówiąc Delos 1815M1 to nic innego jak klasyczny blok rzeźniczy wzbogacony o firmowe stopy antywibracyjne, z którymi to de facto mieliśmy już przyjemność się zaznajomić podczas testów modelu Orea Bordeaux. Mamy zatem do czynienia z ciężką, odporną na rezonanse, między innymi poprzez klejenie profili drewnianych różnymi przekrojami, platformą nośną i wielowarstwowe, świetnie odsprzęgające od podłoża stopy. Oczywiście w materiałach informacyjnych znajdziemy nad wyraz sugestywne odwołania do mitologii greckiej i dryfującej po wzburzonym Morzu Egejskim wyspie … Delos, jednak tym razem wszelkich miłośników bajkopisarstwa odeślę do dzieła Jana Parandowskiego a sam skupię się na faktach. Tytułowa platforma oferowana jest w dwóch wersjach materiałowych – z końcówką M oznaczającą użycie w roli budulca drewna klonu i W z wykorzystaniem drewna orzecha. Jakby tego mało sama grubość platformy nośnej może wynosić 45 mm (1-ka na końcu), bądź 76 mm (2-ka na końcu). Ponadto nabywca może wybierać miedzy wersjami wyposażonymi w cztery, bądź sześć stóp antywibracyjnych, choć akurat to pociąga ze sobą również wzrost powierzchni samej platformy z 18”x15” (455 x 380 mm) na 22”x16” (560x405 mm). Całe szczęście nazewnictwo poszczególnych wersji jest na tyle czytelne, że bez trudu można się w nim połapać. I jeszcze jedno – użycie drewna klonowego i orzechowego oprócz oczywistych różnic kolorystycznych niesie ze sobą zmiany natury fizycznej. Klon bowiem jest nieco twardszym gatunkiem, więc i wpływem na brzmienie powinny się różnić. Piszę powinny a nie, że się różnią, gdyż do recenzji otrzymaliśmy jeden, klonowy egzemplarz. Tym razem z bratobójczego pojedynku nici, może następnym razem, o ile tylko uda nam się pozyskać np. Delosa 2216W2 zdolnego przyjąć na swe barki ponad 40 kg obciążenie. Przystępując do testów, a dokładnie w ich pierwszej fazie używałem Delosa zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli pod swoją dyżurną Kuzmą Stabi S wyposażoną w ramię Kuzma Stogi i wkładkę Dynavector DV-10X5. Od razu zwróciłem uwagę, iż pomimo pozornie miękkiego zawieszenia kwestia prawidłowego wypoziomowania gramofonu nie stanowiła najmniejszego problemu. Jeśli zaś chodzi o wpływ na brzmienie, to z niekłamaną ulgą stwierdziłem, iż przesiadka z twardo odsprzęgniętej – ustawionej na czterech regulowanych kolcach, górnej półki masywnego stolika Rogoz Audio 4SM bynajmniej nie spowodowała zamulenia, czy też ociężałości dźwięku. Jedynie lekkiemu uprzywilejowaniu uległa średnica przy subiektywnym wzroście energetyczności ww. podzakresu. Nawet dość siermiężny i garażowo kanciasty album „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy zabrzmiał bardziej … analogowo (?). Nie chodzi bynajmniej w tym momencie o jakąś porażającą woltę, czy też „zlampizowanie” ostrego metalowego łojenia, lecz raczej dosaturowanie i wypełnienie nieco suchych brył. Dźwięk stał się jakby gęstszy, bardziej treściwy, tym samym mniej forsujący. Całe szczęście prog-rockowy „Hunt” Amaroka, pełen zwiewnych i onirycznych gitarowych pasaży nie stracił nic ze swojej baśniowej eteryczności, więc trudno w tym momencie zarzucać amerykańskiej platformie jakiekolwiek kombinacje z obniżaniem równowagi tonalnej. Przesiadka na elektronikę spod znaku Depeche Mode ("Violator") i Madonny („Ray of Light”) tylko powyższe obserwacje pogłębiła i je potwierdziła, gdyż jakiekolwiek obniżenie tonacji, bądź też podkręcenie najniższych składowych automatycznie spowodowałoby mówiąc potocznie „przewalenie” basu i trudne do zniesienia monotonne dudnienie a nijakich podobnych anomalii nie dane mi było odnotować. Nawet z założenia nie tyle ciemny, co wręcz mroczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena pozostał na swój sposób chrapliwy, a że niejako przy okazji głos nieodżałowanego barda stał się nieco bardziej namacalny i czarujący, to chyba tylko wieczni malkontenci mogliby z tego powodu kręcić nosem. Przestawienie platformy zarówno pod CD (lampowy Ayon CD-35 Preamp + Signature), jak i tranzystorową końcówkę mocy Bryston 4B³ dało bardzo zbliżone do ww. wyniki. W głównej mierze dotyczyły one podkreślenia walorów brzmieniowych średnicy bez zbytniej ingerencji w resztę pasma, bądź co najwyżej eliminację ewentualnego rozedrgania i granulacji najwyższych składowych. Patrząc na rynek wszelakiej maści akcesoriów antywibracyjnych i porównując bohatera niniejszej epistoły do oferty konkurencji śmiało można uznać IsoAcoustics Delos 1815M1 za wielce namacalny przejaw altruizmu graniczącego z próbą wprowadzenia iście dumpingowych cen. Chociaż nie, to nie jest dumping, lecz rczej coraz rzadziej spotykany szacunek dla inteligencji nabywcy, przy jednoczesnym braku wciskania kitu poprzez dorabianie górnolotnych pojęć, czy wręcz bajek z mchu i paproci. Tutaj nie ma miejsca na voodoo. Jest za to całkiem sensowny rachunek ekonomiczny, gdyż nawet chcąc wykonać coś podobnego własnym sumptem, czyli nabywając cztery sztuki Orea Bordeaux i pasujący wymiarami blok rzeźniczy moglibyśmy mieć problem zmieścić się w budżecie, a warto byłoby jeszcze uwzględnić kwestię złożenia elementów składowych w sensowną tak pod względem mechanicznym, jak i estetycznym całość. Dlatego też zamiast kombinować i wyważać już dawno otwarte drzwi śmiało można sięgnąć po produkty nie tyle komercyjne, co przede wszystkim nieprzypadkowe – sprawdzone i powtarzalne, do których właśnie IsoAcoustics Delos 1815M1 bezdyskusyjnie należy. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 899 PLN (M1 – klon / W1 – orzech) Dane techniczne Wymiary (S x G x W): 455 x 380 x 45 mm Ilość izolatorów: 4 Udźwig: 29,5 kg Twardość (mierzona metodą Janki): 1450 M1 – klon / 1100 W1 – orzech Materiał (M1 – klon / W1 – orzech)
  2. 5 points
    Spendor Classic to kolejna odsłona, a raczej odświeżenie jednej z najbardziej klasycznych linii rozwojowych sprzętu, jakim są Brytyjskie monitory o „grających” ściankach. Wywodzi się ona z lat 70 tych, gdy BBC zleciło zaprojektowanie kolumn optymalnie nadających się do wykorzystania w studio, kładących nacisk na naturalny, a jednocześnie niemęczący odbiór dźwięku. Liczyła się łatwość w ustawieniu w małym pomieszczeniu, zachowanie rytmu i timmingu nagrania, bez utraty naturalności brzmienia ludzkiego głosu. Tak powstały konstrukcje ze stajnie Hartbeth, Graham i wielu innych przedstawicieli tej szkoły tworzenia kolumn. Z tej też szkoły wywodzi się, również Brytyjski Spendor i podobnie jak jej inni przedstawiciele, także stawia na drobną ewolucję swoich produktów, zamiast na gwałtowną rewolucję. Dla laika wygląd tych kolumn kojarzyć się będzie z produktem archaicznym – przecież tak wyglądały kolumny w latach 70-80tych – ale właśnie w ten sposób widzi sposób konstrukcji Spendor. Wynika z tego, że wbrew pozorom przez taki kawał czasu wcale tak wiele w technice głośnikowej nie posunęło się do przodu. Te techniki, które znakomicie sprawdzały się przeszło pół wieku temu, nadal mają zastosowanie dziś – i to z równą skutecznością. Spendor (w odróżnieniu od chociażby Harbetha) przynajmniej nie neguje innych metod do podejścia w audio i wypuszcza znacznie bardziej postępową serię A (m.in. modele A1, A2, A5, A7). Gdyby popatrzeć na to z boku, to konstrukcja głośnika dynamicznego ma już sto lat na karku, prawa fizyki się nie zmieniają, więc w zasadzie rozwój kolumny może wynikać jedynie z rozwoju i ulepszenia samego przetwornika lub innego sposobu strojenia. Strojenie i dogmaty przyjęte w latach 70tych dla Brytyjskich kolumn nadal pozostają aktualne — patrząc na ewenement, jakim jest ciągłe istnienie na rynku produktów mających korzenie pół wieku temu – potwierdzany ciągle portfelem konsumentów. Patrząc na to z tego punktu widzenia, zaczynamy rozumieć, czemu zmiany w kolejnych generacjach są tak małe i czemu nadal tak wiele — wydawałoby się prymitywnych – rozwiązań ciągle zdaje swoją rolę. Techniczny opis Spendora 2/3 należałoby zacząć od rozwinięcia i wytłumaczenia, nieco mylącego stwierdzenia, którego użyłem we wstępie tego tekstu, a mianowicie „grające” ścianki obudowy. Jak powszechnie wiadomo, problem obudowy kolumny głośnikowej polega na tym, że jej rola – czyli wytłumienie fali akustycznej powstającej z tylnej części membrany, powoduje jednocześnie, że obudowa sama zaczyna drgać (poprzez absorbcję wytłumianej energii). Drgając, sama obudowa wytwarza niekorzystną falę akustyczną, którą odbieramy jako nieprzyjemne dla ucha zniekształcenia. Jednym ze sposobów radzenia sobie z problemem jest w ogóle pozbawienie obudowy – na takiej zasadzie działa odgroda, która swą wielkością „oddziela” falę akustyczną przedniej strony membrany od tylnej. Oczywiście prócz zalety pozbawienia rezonansów własnych, takie rozwiązanie ma szereg innych z kolei wad, nad którymi nie będę się tu rozwodził. Najczęstsza metoda, po jaką sięgają konstruktorzy (koronnym przykładem niech będzie B&W) to zwiększenie masywności obudowy, mocne i grube ścianki, wzmocnienia wewnątrz – to zdecydowanie poprawia sytuację, ale nie rozwiązuje jej do końca, jednocześnie generując inne problemy – bardzo duża masa i znaczne zwiększenie kosztów produkcji, transportu itd. Jest jednak jeden bardzo sprytny zabieg, do którego uciekają konstruktorzy Spendora czy Harbetha. Odpowiednie wyliczenie rezonansów własnych obudowy i zaprojektowanie jej tak by rezonanse te wybiegały poza pasmo akustyczne głośników – na tyle na ile to możliwe. Tak więc twierdzenie o „grających” obudowach nie jest do końca prawdzie, owszem obudowa drga, ale drga, tak by nie interferować z pasmem słyszalnym. Nie działa to na zasadzie – często powtarzanej, lecz błędnej teorii – że obudowa drewniana drga i z tego drgania wychodzą dźwięki „dosładzające” średnicę. Jest dokładnie na odwrót. To tyle mianem sprostowania, obiegowo krążącej historii o grających ściankach. Analizując dalej budowę tych kolumn, widzimy, że są wyjątkowo masywne i ciężkie jak na ten typ konstrukcji – ścianki 22 mm oraz kilka, drewnianych wzmocnień wewnątrz obudowy. Dwa rodzaje forniru – od zewnątrz mający funkcję tylko estetyczną, natomiast fornir wewnątrz obudowy ma za zadanie zmniejszyć naprężenia ścianek, by uniknąć wypaczenia oraz by zmienić stosunek odbić i pochłanialności wewnętrznej strony obudowy. Następnie grube maty filcowe i dwa rodzaje wytłumienia z grubej gąbki. Zwrotnica osadzona bezpośrednio do tylnej ścianki na gwincie grubych gniazd przyłączeniowych składa się z cewek nawiniętych na grubym drucie i słusznej wielkości rdzeniach. Kondensatory to przyzwoite foliowe polipropyleny, oprócz tego jeden rezystor wysokiej mocy. Przewody to srebrzona miedź dostarczana przez Van den Hula. Jak na Brytyjskie kolumny zwrotnica wydaje się wyjątkowo ascetycznie i z większą dbałością o jakość elementów niż u konkurencji. Głośniki pochodzą od Norweskiego SEASa. Wysokotonowy to poczciwy to 22 TFF z serii Prestige – na pierwszy rzut oka bez żadnych modyfikacji, chociaż możliwe, że użyto innej impregnacji membrany lub w jakiś inny sposób zmodyfikowano. Głośnik nisko-średnio tonowy również pochodzi od SEASa, ale jest to już produkt robiony całkowicie wedle specyfikacji Spendora i nie da się go zamówić na rynku. To 21-centymetrowy odlewany klosz przypominający inne SEASy z serii Prestige — z dużym magnesem, czarna, polimerowa membrana i metalowy stożek fazowy. Obudowa zewnętrzna to klasyczna bryła prostopadłościanu, z dużą przednią ścianką. Dostępna w dwóch wykończeniach w naturalnym fornirze: wiśnia lub ciemny orzech. Maskownica wchodzi we frez w przedniej ściance, ale dodatkowo jest trzymana małymi magnesami – w obudowie nie ma żadnych otworów montażowych na nią. Z przodu kolumny znajduje się rura bas-reflexu. Z tyłu solidne gniazda w układzie Bi-wire. Osobiście nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, wolałbym jedną parę, szczególnie że blaszka łącząca oba terminale nie wygląda zbyt solidnie – myślę, że nawet kawałek miedzianego drutu ze ściągniętą izolacją sprawdzi się lepiej, niż to, co fabrycznie dał producent… Bardzo ważną sprawą w takiej typie kolumny jest stand, na jakim je położymy. Z racji tego, że rezonanse własne obudowy są pieczołowicie wyliczone i uwzględnione w strojeniu, postawienie ich na ciężkich, masywnych standach i — nie daj Boże – przyklejenie bluetackiem po prostu je przestroi. Więc tak jak w przypadku chyba wszystkich klasycznych Brtyjskich monitorów stawiamy je na lekkich standach, które nie mogą być w żaden sposób przymocowane do kolumny, a punkt styku powinien być jak najmniejszy. Alternatywny sposób to położenie ich na regale z książkami – stąd oryginalna Brytyjska nazwa dla tego typu kolumn „Bookshelf Speakers”. Ta archaiczna metoda to raczej ciekawostka (zwłaszcza że największy sens miałaby w typowym Brytyjskim budownictwie), optymalnym ustawieniem wg producenta jest użycie dedykowanych standów ażurowych w ustawieniu trójkąta równobocznego. Od strony podłogi wkręcamy kolce, poziomujemy i wbijamy w dywan ew. używamy podkładek pod kolce, jeśli nie chcemy niszczyć drewnianej podłogi. Od strony kolumny wypuszczone są cztery nóżki, na których opiera się kolumna, wykonane są one z grafitu i po wypoziomowaniu standów, docieramy je papierem ściernym przed ustawieniem kolumny (to ostatni etap poziomowania). Jest w tym trochę magii i zabobonu – ale wierzcie lub nie, tak grają najlepiej. Bez dobrze pomyślanych standów, nie polecam w ogóle brać się za przymiarki do tych kolumn (i żadnych innych z serii Classic Spendora). Przechodząc do odsłuchu podobnie jak w większości Brytyjskich monitorów, o takiej konstrukcji (Graham, Harbeth itp.) główny aspekt kładziony jest na rytmiczność i przyjemność przekazu. Doszukiwanie się niesamowitych efektów przestrzennych, wybitnych detali raczej nie ma sensu. Filozofia strojenia jest taka, by słychać było wszystko co zostało nagrane, ale podane w taki sposób, by nie odwracało słuchacza od głównego przekazu muzycznego — zarówno, jeśli chodzi o drobne szczegóły dźwiękowe, jak i efekty budowania źródeł pozornych. Z kolei rytm i równość grania są czymś co definiuje te konstrukcje (i wszystkie inne z serii Classic). Słuchając muzyki, ciężko przestać nogą wybijać rytm muzyki, doskonale nadają się do muzyki rockowej, zwłaszcza że posiadają mocno dociążenie w dolnych rejestrach pasma. Jeśliby porównać bas Spendora do analogicznych konstrukcji od konkurencji, to jest on twardszy i lepiej kontrolowany. Wokale i średnie tony są bliższe naturalności i neutralności niż w innych konstrukcjach tego typu. Góra bez złagodzeń, ale nie dominuje ilością – niczego z nagrania nie przeoczymy, ale nie będziemy atakowani natłokiem informacji. Z racji swego nieco surowego charakteru grania bardzo dobrze zgrywają się ze wzmacniaczami lampowymi – chociaż liczyć się trzeba z mocnymi konstrukcjami, Single Ended, nawet mocne triody odpadają. To musi być „lampowo” brzmiący Push Pull na lampach KT120, EL34 lub podobnych. Wtedy oprócz równego i rzetelnego grania, z fantastycznym timingiem i wciąganiem w muzykę, otrzymamy piękną barwę i lampową holografię. Gorąco polecam posłuchać takich konfiguracji. Typ: kolumna podstawkowa Skuteczność: 88 dB Moc: 200 W Impedancja: 8 Ω Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 25 kHz Budowa: 2-drożna, bass-reflex Przetworniki: Głośnik wysokotonowy: 22 mm kopułkowo-pierścieniowy, chłodzony cieczą Głośnik nisko-średniotonowy: 220 mm, membrana polimerowa Spendor Wymiary: 543 x 273 x338 mm Waga: 14.5 kg/szt. Cena: 14900 zł Za dostarczenie do testów dziękujemy: Nautilius https://salony.nautilus.net.pl
  3. 1 point
    Ostatnimi czasy miałem przyjemność zostać zaproszonym na prezentację, bardzo ciekawych kolumn, jakże uznanej marki jaką jest Focal. Mowa nowym modelu Focal Sopra Nº3 który, jak się wydaje jest mniejszą kopią czy wariacją na temat topowych Utopi. Już na pierwszy rzut oka widać podobieństwo tej kolumny, a także szereg rozwiązań konstrukcyjnych jawnie nawiązują do topowego modelu. To co odróżnia, to prócz gabarytów, to zdecydowanie bardziej przyziemna cena, która w tej kategorii kolumn mieści się widełkach cenowych, nie wymagających od potencjalnego nabywcy bycia milionerem. Ale, wracając do wyglądu – od razu trzeba przyznać, że prócz wartości użytkowej, jest to również element wystroju uzupełniający wystrój salonu czy pokoju audio-video – o ile wybraliśmy nowoczesny design. Błyszcząca struktura lakieru, szklane powierzchnie, zaokrąglenia w każdej płaszczyźnie – wielu laików mogłoby stwierdzić, że bliżej tej kolumnie do nowoczesnej rzeźby i ozdobnika, bogatego salonu, niż do kolumny. Lecz za tym butikowym wyglądem stoi jednak bardzo zaawansowana. Dość powiedzieć, że Focal (jak jeden z nielicznych producentów kolumn) korzysta w swoich produktach z głośników w pełni swojej produkcji. Począwszy od projektu, przez wykonanie klosza, po materiał membrany – wszystko to odbywa się w fabrykach Focala. Dzięki temu, w projektowaniu kolumn ogranicza ich jedynie fantazja – zarówno w sferze wizualnej, jak i technicznej/głośnikowej mogą zrobić wszystko co sobie zapragną. Korzystając z tych możliwości, wszystkie przetworniki użyte w Focal Sopra Nº3 stworzone zostały specjalnie tylko dla tej kolumny. Głośnik wysokotonowy membranę wykonaną ma z berylu i pracuje w tunelu, tak że część jego energii wytłumiana jest w odpowiedniej komorze, ale pozostała część wydobywa się z ujścia tunelu i wzmaga efekty przestrzenne. Głośnik średniotonowy ma 16,5 cm średnicy, a membrana wykonana jest ze sprasowanej pulpy papierowej, wzmocnionej syntetycznymi włóknami – to technologia wypracowana przez Focala. Podobne głośniki, lecz odpowiednio większe, znajdują się również w sekcji basowej, która pracuje w układzie bas reflex. Kolumny te spięliśmy z Lumin – D2 (DAC i transport) oraz wzmacniaczem Rega Aethos, a poniżej kilka akapitów o tym wzmacniaczu z artykułu z naszej strony (był już u nas testowany wcześniej). „Dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa, do naszych testów trafiło najnowsze urządzenie brytyjskich konstruktorów. Wzmacniacz zintegrowany, który ma za zadanie pełnić rolę flagowego modelu firmy Rega od pierwszych chwil sprawia wrażenie więcej niż solidnej konstrukcji. Design jest rzeczą względną, jednak Aethos pomimo niewielkich jak na wzmacniacz gabarytów (1/2 wysokości klasycznego wzmacniacza) już przy pierwszym kontakcie pokazuje, że nie należy do wagi lekkiej. I w rzeczywistości tak też jest, ważący 17,5 kilograma wzmacniacz pokazuje czym jest nowoczesny design w świecie audio, fantastycznie wykonany i dopasowany w każdym elemencie, do tego sprawiający wrażenie niepozornego mocarza mającego więcej niż potrzeba do zaoferowania w temacie mocy. I tak też jest w rzeczywistości - 156 W RMS na oba kanały przy 6Ω to już nie przelewki. Wzmacniacz ten jest zdolny do napędzenia praktycznie większości obecnie dostępnych kolumn na rynku (abstrahując od wynalazków i cudów techniki wartych dwie nerki i dwa płuca) z małymi wyjątkami (niestety). I w tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół - informacje producenta co do wydajności urządzenia w trakcie współpracy z różnymi kolumnami. Otóż firma Rega zastrzega, że w przypadku długiej pracy wzmacniacza przy nazwijmy to "niesprzyjających" warunkach w postaci bardzo wymagających kolumn. Jak czytamy w instrukcji "ciągłe użytkowanie na wysokim poziomie przy 6Ω może prowadzić do rozgrzania obudowy do temperatury o 40°C wyższej od warunków otoczenia i spowodować automatyczne wyłączenie termiczne". Nam ta sztuka nie udała się, ale taka uwaga producenta powinna ze strony potencjalnego nabywcy wymusić tzw. "czerwone światło" i wzmacniacz powinniśmy bezwzględnie testować w docelowym systemie z posiadanymi kolumnami. W trakcie naszych testów posiadany wzmacniacz ani przez moment nie wyłączył się, bez względu na podpinane do niego kolumny, ale nie oznacza to tego, że w określonych sytuacjach takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. Tył wzmacniacza wypełniają w całości wejścia oraz wyjścia RCA. 7 wejść analogowych (w tym Direct Input i Record Input) oraz 3 wyjścia RCA w tym jedno do podłączenia końcówki mocy. Zero cyfrowego świata? Jest w tym jakiś sens, w końcu cała konstrukcja ma służyć wzmocnieniu. Wszystkie funkcje jakie gwarantują przetworniki cyfrowo-analogowe czy streamery uzyskamy podpinając do Aethos'a posiadane/wybrane do systemu urządzenia. Aethos po podpięciu do całego systemu okazał się być wzmacniaczem uniwersalnym w rozumieniu gatunków muzycznych. To, co gwarantuje w temacie kultury prezentowanego brzmienia i to bez względu na wybrany gatunek muzyczny przypomina bardziej brzmienie lampowe, niż brzmienie wzmacniacza tranzystorowego. Wzmacniacz to w pełni konstrukcja dual mono, której od strony walorów fonicznych trudno cokolwiek zarzucić. Oczywistym jest, że cena jaką przychodzi nam zapłacić za Aethos'a gwarantuje już co najmniej bardzo dobre brzmienie, ale ten wzmacniacz potrafi dać z siebie więcej niż wskazywałaby na to jego wielkość czy cena. Brzmienie w całym zakresie jest delikatne, miękkie i pozbawione wyostrzeń. Nie oznacza to, że pozbawione jest blasku czy odpowiedniej szybkości. Nic z tych rzeczy, wysokie tony są odpowiednio czytelne i nasycone, ale wszystko odbywa się w granicach naturalnego przekazu. Bogactwo detali w tym zakresie uzależnione jest bardziej od samego nagrania niż sztucznej prezentacji kreowanej przez wzmacniacz. Brytyjski wzmacniacz charakteryzuje nie fenomenalną kontrolą niskich tonów, z odpowiednią szybkością, ale i właściwą masą. Niskie tony są bardzo zróżnicowane, właściwie oddane w swej wielkości oraz współgrające z resztą przekazu. Pomimo możliwości jakie daje nam wzmacniacz (jego moc), wszystko odbywa się w granicach poprawności prezentacji tak poszczególnych zakresów jak i całości nagrania. Brzmienie jakie oferuje ten wzmacniacz powinno się podobać sporej grupie melomanów, średnica jest fenomenalna, jest plastyczna i o odpowiednich proporcjach. Szczególnie żeńskie wokale brzmią przekonywująco, są naturalnej barwy i odpowiednio prowadzone. Zresztą średnica wzmacniacza Aethos należy do tych mocniejszych stron brzmienia. Z odpowiednio dobranymi kolumnami możemy uzyskać wysokiej klasy brzmienie, gdzie dostaniemy nie tylko niskie tony o odpowiedniej masie i zróżnicowaniu, ale współgrająca z resztą średnicą oraz bogactwem detali wysokich tonów, gdzie bez trudu dostrzeżemy w nagraniach nawet najdelikatniejsze dźwięki. Moc tego wzmacniacza gwarantuje spore możliwości w zakresie budowania muzycznego przekazu nawet dużych składów, muzyka rockowa czy metal zyskują na odpowiedniej masie i sile, całość nie jest obarczona brutalną siłą powodującą utratę jakości uzyskiwanego brzmienia. To ten rodzaj wzmacniacza, który sprawdzić się może w bardzo szerokim repertuarze bez względu na preferowane gatunki muzyczne.” W prezentacji użyte zostały: wzmacniacz - Rega Aethos kolumny – Focal Sopra Nº3 DAC i transport - Lumin – D2 kondycjoner pasywny - Gigawatt PC1 Za zorganizowanie odsłuchów dziękujemy: https://audiotrendt.com.pl
  4. 1 point
    Pomimo zauważalnego spadku popularności, a tym samym rozpoznawalności na naszym rynku, mając niejako na uwadze sentyment z dawnych lat do jednego z wielu moich ówczesnych obiektów westchnień, staram się w miarę regularnie zaglądać do portfolio, a gdy koniunkcja planet temu sprzyja również posłuchać we własnych czterech kątach, wyrobów jednego z przedstawicieli „starej gwardii” europejskiego Hi-Fi, czyli duńskiego Coplanda. Młodszym akolitom audiofilskich doznań nazwa ta może niewiele mówić, ale proszę mi wierzyć, że jeszcze pod koniec ubiegłego tysiąclecia była ona równie mocnym graczem co obecnie Ayon, czy Octave. Ba, tak po prawdzie nadwiślańskie równiny znajdowały się wtenczas pod wpływem takich lampowych graczy jak Audio Note, VTL, Jolida, Conrad Johnson czy właśnie Copland, a z lokalnych wytwórców audiofilską brać elektryzowały Amplifon i stricte undergroundowy Art-Line. Co ciekawe z powyższego grona miano najbardziej analitycznych, bardzo często porównywanych do „lampowych tranzystorów” przypisywano Duńczykom. Lata jednak lecą, oczekiwania rynku ewoluują i kto za nimi nie nadąża, bądź po prostu stoi w miejscu licząc na cud, najoględniej mówiąc wypada z obiegu. Całe szczęście Copland z obiegu nie wypadł a odsłuchy integry CTA 405-A, końcówki CTA 506 i wyśmienitego DAC-a/wzmacniacza słuchawkowego DAC 215 tylko podkreśliły, zintensyfikowały dementi, jakoby „źle się działo w państwie duńskim”. Biorąc pod uwagę moją słabość do skandynawskiej marki nie powinien nikogo dziwić fakt, iż gdy tylko światło dzienne ujrzał najnowszy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany CSA 100, uznałem za stosowne zasygnalizować wieloletniemu dystrybutorowi Duńczyków - Sieci Salonów Top HiFi & Video, że z chęcią nausznie sprawdzę cóż też ta nowalijka potrafi. Po zdecydowanie bardziej absorbujących gabarytowo, w pełni lampowych kopenhaskich piecach, widok dzisiejszej hybrydy może budzić pewne obawy, czy aby taki maluch to jest prawdziwe Hi-Fi, czy tyko jego namiastka. Prawda jest jednak taka, że z 100-ką wszystko jest w jak najlepszym porządku a jej rozmiary są w pełni znormalizowane, gdyż przy 435 mm szerokości, 370 głębokości i 135 wysokości idealnie wpisuje się w pełnowymiarowy mainstream, a jedynie jej starsze, ponadnormatywnie wyrośnięte rodzeństwo niejako podświadomie rozbudziło u mnie, bazujące na wcześniejszych doświadczeniach oczekiwania. Całe szczęście charakterystyczny – łączący typowy skandynawski minimalizm z ponadczasową elegancją design nie uległ zmianie nawet o jotę. Nadal mamy bowiem do czynienia z masywnym, szczotkowanym aluminiowym frontem z symetrycznie umieszczonymi dwiema solidnymi i fenomenalnie wykonanymi gałkami – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą regulacji głośności. I tutaj od razu „duński smaczek”, czyli skala, która rozpoczyna się nie standardowo od zera a od … nieskończoności. Dziwne? Niekoniecznie – raczej logiczne, gdyż we wzmacniaczach zintegrowanych potencjometr pełni przecież rolę tłumika limitującego pełną moc konstrukcji, zatem w tym wypadku skala pokazuje zmniejszanie tłumienia, a co za tym idzie wzrost głośności. W centrum, na planie koła o średnicy zgodnej z właśnie wspomnianymi pokrętłami ulokowano oczko czujnika IR otoczone aureolką siedmiu diod sygnalizujących wybrane wejście i stan pracy mplifikacji. W tym momencie należałoby wspomnieć o pewnym, służącym zachowaniu spójności z rodową spuścizną konsekwencją. Otóż do czasu pojawienia się na rynku DAC-a 215 Copland wydawać by się mogło niespecjalnie interesował się tematyką przetworników cyfrowo-analogowych, z iście stoickim spokojem obserwując ogarniające branżę szaleństwo i bardzo często bezmyślny wyścig na coraz to pojawiające się kości DAC. Dlatego też stosunkowo późno wypuścił 215-kę a widząc jakie zainteresowanie, oraz pochlebne opinie zbiera skorzystał ze zdobytej wiedzy i postanowił co nieco z ww. wyrafinowanego malucha przetransplantować do tytułowej integry. Dlatego też w ramach swoistego podkreślenia owego novum sekcja cyfrowa otrzymała dedykowany, ulokowany w lewym dolnym narożniku pięciopozycyjny obrotowy selektor. Wystarczy zatem kręcąc lewą gałą, lub za pomocą dołączonego, również aluminiowego pilota wybrać wejście D (od digital) na wybieraku głównym a następnie mniejszym selektorem stosowny interfejs. Dla osób niespecjalnie przywiązujących wagę do dołączanych przez producentów materiałów dydaktycznych potocznie zwanych instrukcjami obsługi pragnąłbym jedynie wspomnieć, iż pierwsza nastawa – BT (Bluetooth) dostępna jest jako dodatkowo płatna opcja. Idźmy jednak dalej. Ofertę frontu uzupełniają dwa niewielkie przyciski - aktywujący pętlę magnetofonową i usypiający/wybudzający ze stand by, oraz wyjście słuchawkowe. Wykonaną w formie czernionego ceownika – zabezpieczająca również boki, pokrywę całkiem solidnie ponacinano w jej przedniej części zapewniając tym samym cyrkulację powietrza wewnątrz trzewi wzmacniacza. Ściana tylna 100-ki, to kolejny przykład skandynawskiego porządku. Patrząc od lewej mamy sekcję przedwzmacniacza gramofonowego MM z zaciskiem uziemienia, cztery wejścia analogowe (trzy RCA i jedno XLR), wyjście pętli magnetofonowej i z przedwzmacniacza, orz nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową z wejściem koaksjalnym, parą optycznych i USB. Pojedyncze terminale głośnikowe umieszczono nad ww. interfejsami, więc warto mieć to na uwadze i albo decydować się na okablowanie zakonfekcjonowane bananami, bądź widły przykręcać od góry. Wyliczankę zamykają włącznik główny i trójbolcowe gniazdo zasilania IEC. Zaglądając do trzewi naszego dzisiejszego bohatera mówiąc kolokwialnie „nie ma lipy”, jest za to kawał starego dobrego Hi-Fi i to w budzącym zaufanie wykonaniu. Wzrok od razu przyciąga odpowiedzialne za zasilanie potężne toroidalne 700 VA trafo Noratela i bateria sześciu kondensatorów Nichicona o łącznej pojemności 60 000 µF, oraz pracująca w sekcji przedwzmacniacza urocza podwójna trioda ECC88 Electro-Harmonixa, Stopień wyjściowy zrealizowano na tranzystorach bipolarnych On Semi MJL3281G/MJL1302A zdolnych oddać po 100W przy obciążeniu 8Ω na kanał, a regulację głośności oparto na klasycznym zmotoryzowanym Alpsie. I oczywiście DAC, czyli znany z 215-ki 32-bitowy układ ESS Sabre ES9018 w konfiguracji quad-mono radzący sobie zarówno z sygnałami PCM do 32 bit / 384 kHz, jak i DSD128. A jak z brzmieniem? Śmiem twierdzić, że CSA 100 gra nawet lepiej niż wygląda a uczciwie trzeba przyznać, że wygląda przecież świetnie. Mamy zatem firmowe, nader udane połączenie skandynawskiej świeżości i niepozwalającej na spokojne usiedzenie w fotelu motoryki. Próżno przy tym doszukiwać się tu jakiejś nerwowości, czy też usilnych prób sztucznego podkręcania tempa. O nie, i wbrew obiegowej opinii o hybrydach wcale nie mamy syntezy wad obu technologii, lecz wręcz przeciwnie. To nad wyraz liniowy a zarazem angażujący przekaz, w którym lampa jedynie nadaje gładkości i wyrafinowania a całą resztą zajmują się tranzystory. Kreowana scena mile zaskakuje zarówno swoją obszernością, jak i uporządkowaniem, co sprawia, że nawet na tak skomplikowanym i rozbudowanym materiale jak „The Hobbit - The Desolation Of Smaug” Howarda Shore’a nic się nie zlewało i nie gubiło w dalszych rzędach. Z niekłamanym zadowoleniem odnotowałem w swym recenzenckim kajecie kilka uwag o dynamice, oraz sposobie prowadzenia linii basu. O ile chodzi o pierwszą kwestię, to Copland jest świetnym przykładem na to, że jak się chce to można pokazać wszystko co potrzeba zarówno na polu mikro, jak i makro i to niezależnie od poziomu głośności, bowiem jest to konstrukcja świetnie sprawdzająca się nawet przy niskich poziomach głośności, co z pewnością docenią nocne marki. Oczywiście spora w tym zasługa świetnej rozdzielczości Duńczyka, jednakże zarówno przy niemalże koncertowych, jak i niezobowiązujących, wieczorno-nocnych dawkach decybeli wyraźnie różnicowane są skoki dynamiki, co automatycznie przekłada się na nasze zaangażowanie w odbiór. Jeśli zaś chodzi o bas, to na tle swojego starszego rodzeństwa jest nieco bardziej krągły, to szalenie daleko mu do przysłowiowej buły, czy zmulenia i spowolnienia. Najoględniej można powiedzieć, że jest to ukłon w stronę szerszego rynku, gdzie zbytnia chrupkość dołu pasma mogłaby zostać odebrana jako przesunięcie równowagi tonalnej w górę i odchudzenie, więc takie lekkie pogrubienie kreski przy jednoczesnej dbałości o zwięzłość i timing pozwoliło upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. W dodatku dzięki powyższemu zabiegowi nawet te niezbyt audiofilskie nagrania mają szansę zyskać na atrakcyjności. Przykładowo „The Sickness (20th Anniversary Edition)” Disturbed nie tylko nie męczyło nawet przy daleko przekraczających dobrosąsiedzkie stosunki poziomach głośności, lecz pokazywało bogactwo drugo i trzecioplanowych smaczków, jakimi ów album został naszpikowany. Z kolei nader wiekowy, lecz niemający najmniejszej ochoty się zestarzeć genialny i śmiało zapuszczający się w rejony wirtuozerskiego jazz rocka i Fusion, nagrany pod czujnym okiem samego George'a Martina (tak, tak, to nie zbieżność nazwisk – chodzi właśnie o tego George'a Martina - producenta The Beatles) album „Blow By Blow” Jeffa Becka zwrócił moją uwagę na jeszcze jeden atut naszego dzisiejszego gościa. Chodzi bowiem o zupełnie naturalną prezentację różnic pomiędzy tym co zelektryfikowane a tym co owego wspomagania niespecjalnie potrzebuje. Przykładowo konsystencja dźwięków reprodukowanych np. przez gitarę/bas i perkusję, gdzie gitary oferowały charakterystyczny zaśpiew, a bas dodatkowo gęste i pulsujące „body”, natomiast uderzenia w werbel brzmiały niczym wystrzały – z właściwą sobie suchością. Jeśli dodamy do tego gościnny występ grającego w „Thelonius” https://tidal.com/browse/track/119965924 na klawinecie Steviego Wondera, czy przemycone przez Martina orkiestracje. mamy prawdziwy majstersztyk i wszystko co w roku i jazzie najlepsze w niezwykle lekkostrawne a jednocześnie dalekiej od banalności formie. A Copland potrafi to w sposób niezwykle angażujący pokazać, za co należą mu się w pełni zasłużone brawa. Na koniec kilka uwag natury użytkowej. Otóż po raz kolejny, przynajmniej w moim systemie wyszło na to, że jeśli producent był łaskaw swój produkt wyposażyć w XLR-y to warto zrobić z nich stosowny użytek. Tak też było i tym razem, gdyż właśnie po XLR-ach CS 100 zaoferował lepszą kontrolę, energetyczność przekazu i przede wszystkim rozdzielczość. Jeśli zaś chodzi o interfejsy cyfrowe to prym wiedzie wśród nich USB, które w sposób iście bestialski, z racji obsługi gęstych plików, rozprawia się z możliwościami pozostałych „dziurek”. Pozwolę sobie też w tym momencie na małą dygresję i porównanie z konkurencyjną ofertą, również skandynawskiego, choć głównie z racji lokalizacji kwatery głównej a nie produkcji jako takiej, Hegla, którego kilka konstrukcji miałem okazję krócej, bądź dłużej u siebie gościć i właśnie na podstawie niemalże bezpośrednich sparringów śmiem twierdzić, iż Norwegowie mają jeszcze do kogo równać. Z kolei w przypadku tak sekcji przedwzmacniacza gramofonowego, jak i wyjścia słuchawkowego warto po prostu odnotować fakt ich obecności i gdy nadarzy się ku temu okazja z nich korzystać, jednak cudów spodziewać się nie można. Ot, sprawdzą się podczas sporadycznych odsłuchów, jednak miłośnicy wyższej klasy tak słuchawek, jak i gramofonów powinni rozejrzeć się za zewnętrznymi wspomagaczami. W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, iż Copland swoją integrą CSA 100 wraca do gry i w dodatku może w swojej „lidze” sporo namieszać psując przy tym krew zdecydowanie lepiej rozreklamowanej konkurencji. Jeśli zatem rozglądacie się za „wszystkomającą” integrą a jednocześnie nie chcecie zbytnio nadwyrężyć domowego budżetu rzućcie lepiej uchem na tytułowego Duńczyka. Marcin Olszewski – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM – Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 14 999 PLN Dane techniczne Moc wyjściowa: 2 x 100W / 8Ω , 2 x 180W / 4 Ω Minimalna impedancja obciążenia: 2 Ω Wejścia analogowe: para XLR, 3 pary RCA Wejścia cyfrowe: coax S/PDIF, 2 xoptical S/PDIF, USB, aptX HD Bluetooth (Opcja) Wyjścia: para RCA, para RCA pre-out Impedancja wejść liniowych: 50 kΩ Impedancja wejściowa Phono: 47 kΩ (MM) Pojemność wejściowa Phono: 200 pF Czułość wejść liniowych: 250 mV Czułość wejściowa Phono: 2.6 mV Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz -3dB T.H.D: > 0.06 % Odstęp sygnał/szum: > 90dB Faza: Odwrócona Wzmacniacz słuchawkowy Wzmocnienie: 22 dB @ 100 Ω Impedancja wyjściowa: 40 Ω T.H.D: > 0.05 % Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz / -3dB Zastosowana lampa: 6922 Pobór mocy: Max.700 W Wymiary (S x W x G): 435 x 135 x 370 mm Waga: 14 kg
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.