Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 10/19/16 in Artykułów

  1. 7 points
    Jak wiemy od wielu miesięcy, w dniach 21.07, Arena Gliwice i 23.07, ERGO Arena - miały odbyć się koncerty zespołu Scorpions. Niestety z ostatniej chwili do fanów zespołu dotarł bardzo zły komunikat. Otóż Klaus Meine, który na koncert w Gliwicach miał zamiar ściągnąć swoją żonę Gabi i swojego syna Christiana - odwołał swój przyjazd. Powodem jak donoszą osoby z bliskiego otoczenia zespołu - jest fatalna zagrywka organizatora imprezy w Gliwicach. Poza ceną biletu, organizator zażądał dopłatę w wysokości 25 złotych (to nie żart!) za miejsce parkingowe wokół Ergo Areny! Żona Klausa, która wraz z synem i bliskimi muzyka miała przybyć na koncert - czuje się oburzona sytuacją, w której pomimo bezpłatnej wejściówki na koncert - zmuszona jest zapłacić (po przeliczeniu) około 6 Euro za sam parking! Doszło wręcz do małego skandalu, bo z jednej strony traktowanie VIP jest zgoła inne od "zwykłego szaraczka", na którym organizator imprezy postanowił dodatkowo zarobić, to z drugiej - skoro miejsca parkingowe są płatne dla wszystkich, bez względu na status - Gabi będzie/byłaby zmuszona wraz z bliskimi (podobno liczono na 6 aut) zapłacić za każdy parkujący pojazd! Jak wybrnie organizator i czy uda się wyjść z krępującej, i zalatującej skandalem sytuacji? Obecnie nie wiadomo. Jak donoszą życzliwe wiewiórki - sytuacja może się wyjaśnić już 2 kwietnia... pozostaje więc czekać w niepewności co dalej. Jak dla mnie sytuacja jest kuriozalna i dalszy komentarz zbędny. Za prasą codziennie - niecodzienną. AudioRecki, Magazyn Kulturalny. Czekamy na Wasze komentarze co zrobi Klaus z Gabi. Za najciekawszy (wybrany polubieniami przez innych forumowiczów) post - czeka płytowa nagroda - niespodzianka!
  2. 6 points
    Płyta "nie nowa" każdy mógłby powiedzieć, bo "Final Call" wydana została nakładem "domo" w 2013. Jednak nie bez powodu wracam do tego jakże wymownego albumu mistrza elektroniki i New Age z Kraju Kwitnącej Wiśni. Powody powrotu do w/w wydania są tak naprawdę aż dwa. Pierwszy dzięki uprzejmości sklepu Winylownia.pl zamówiona płyta nader szybko dotarła do mnie (poprzedni mój egzemplarz gdzieś przepadł), a drugi powód - znacznie większy - to obecna sytuacja z jaką nasza planeta mierzy się odnośnie pożarów Amazonii. Temat świadomego niszczenia "płuc Ziemi" przez człowieka jest znany nie od dziś, jednak obecna skala ludzkiej działaności na obszarach często nietkniętych ręką człowieka jest przerażająca. Amazonia stanowi jeden z podstawowych elementów naszego istnienia na tej planecie, więc dziw bierze nieodpowiedzialne zachowanie osób odpowiedzialnych za dbanie o ten obszar. Padnie pytanie o to, co ma wspólnego w/w album z opisywaną sytuacją w Brazylii. Otóż Kitaro od lat znany jest ze swych muzycznych projektów, będących będąca wyrazem troski o naszą planetę. Właśnie taką płytą jest "Final Call" japońskiego mistrza. Album ten jest wręcz jego osobistym manifestem mającym na celu ukazanie jak cenna jest nasza planeta. Sam Kitaro kilka lat temu wypowiedział jakże trafne i znane przez wielu zdanie, że to człowiek jest jej największym wrogiem ziemi, dewastując ją nieustannie. Utwory z albumu Final Call to nie tylko manifest na rzecz obrony planety Ziemia, ale od strony muzycznej to fenomenalne połączenie takich gatunków jak New Age, Electro czy muzyki etno. Zresztą Kitaro od lat znany jest z tego, że pełnymi garściami czerpie z własnej kultury, łącząc ją z nowoczesnymi formami muzycznymi. "Final Call" nie tylko doskonale buduje misterium dalekowschodnich klimatów, ale w sposób fenomenalny oddaje bogactwo barw instrumentów elektronicznych. Niech za świetny przykład posłuży utwór "Traveller": "Final Call" śmiało można uznać za jego jedną z lepszych płyt. Może ciężko oczekiwać przełomu czy fenomenu takich albumów jak "Tenku" czy "Silk Road", ale płyta oferuje swoim przekazem, obrazami muzycznymi i żywym instrumentarium bardzo wiele - nie tylko maniakom mistrza Kitaro, ale wszystkim lubującym się w muzyce gatunku New Age. Kolejnym muzycznym "obrazem" jest przejmujący "After Glow". Obok tego utworu ciężko wręcz przejść obojętnie! Jego siła nie tkwi w żywiołowości czy bogactwie użytych instrumentów, ale w sposobie budowania nastroju Płyta zdecydowanie dla tych melomanów, którzy poszukują czegoś wręcz osobistego w przeżywaniu muzyki. Album dla takich osób wręcz obowiązkowy! Kto nie miał styczności lub zastanawia się nad zakupem - zdecydowanie polecam! AudioRecki Za dostarczenie w/w albumu serdecznie dziękuję firmie Winylownia.pl https://winylownia.pl Kitaro "Final Call" (2013) Final Call Jupiter's Beam Yo-en Shadow of the Moon Traveler Valley Of The Spirit After Glow Wind From The Desert Moment Circle Whispering Shore Solar Eclipse
  3. 5 points
    Kolumny Harbeth 30.1 są średniej wielkości, dwudrożnymi monitorami wykonanymi w układzie Bass Reflex. Obudowa zrobiona jest ze sklejki oraz MDF-u i dostępna w czterech, wariantach wykończenia: (Cherry, Eucaliptus, Rosewood, Tiger Ebony). Obudowa, z czego zresztą Harbeth słynie, jest „grająca”. Projektant wyszedł z założenia, że każda obudowa, wpada w rezonans własny. Harbeth wypracował własny sposób na radzenie sobie z tym problemem. Wiodąca obecnie metoda, zakłada rozwiązanie problemu, poprzez tworzenie jak najsolidniejszej obudowy, z materiałów o różnej twardości i ze wzmocnieniami wewnątrz (np. słynne serie Matrix produkcji B&W). Alan Shaw (właściciel i główny projektant Harbeth) obrał inną drogę. Nie neguje wprawdzie szkodliwego wpływu rezonansu obudowy, ale uważa, że nawet najmocniejsza obudowa i tak nie będzie wolna, od pasożytniczych rezonansów własnych. Zamiast więc z nimi walczyć, spróbował je okiełznać. Uznał, że skuteczniejszym rozwiązaniem jest pieczołowite pomierzenie rezonansów obudowy i dostrojenie jej tak, by rezonanse zostały przeniesione, poza pasmo akustyczne generowane przez przetworniki. Przede wszystkim skupiono się na tym, by w jak największym stopniu oddalono je od pasma 300 Hz - 3 kHz, czyli pasma, w jakim operuje ludzki głos. To pasmo jest w oczkiem głowie projektanta. Po pierwsze, na ten zakres pasma, ludzki słuch jest najbardziej wyczulony i zniekształcenia w tym zakresie są najbardziej drażliwe. Po drugie, protoplasta obecnych Harbethów, był monitorem używanym w studiach BBC, gdzie prócz muzyki, spora ilość materiału opiewała na audycje mówione, stąd też priorytet ustalony na jak najlepszą reprodukcję ludzkiego głosu. Wykonanie kolumn nie zostawia nam nic do zarzutu, ładny fornir, dobre spasowanie oraz równe frezy. Maskownice zasłaniają cały front kolumny i naciągnięte są na metalowym stelażu. Wewnątrz obudowy, wytłumienie cienką gąbką oraz bardzo rozbudowana (jak na dwudrożną konstrukcję) zwrotnica, wykonana ze standardowych elementów elektronicznych, bez żadnych stricte audiofilskich elementów. Alan Shaw uważa, iż strojenie zwrotnicy powinno polegać tylko i wyłącznie na dopracowanym projekcie, wykonanym podczas szeregu pomiarów. W jednym z wywiadów, z pobłażaniem wspomina o firmach, gdzie strojenie polega na „wyciąganiu z wiadra losowych elementów elektronicznych i strojenie na ucho” – czyżby znał zaplecze techniczne, naszych rodzimych manufaktur? Mimo wszystko, sam Producent przyznaje, że finalny efekt, czyli powstały prototyp jest bardzo wnikliwe odsłuchiwany, tyle że dominującym czynnikiem są jednak pomiary. Stąd też kolejna cecha charakterystyczna Harbethów i jeden z sekretów firmy – materiał Radial, z którego wykonywane są membrany głośników nisko-średnio tonowych. Wg producenta, w trakcie ulepszania swoich konstrukcji doszedł do ograniczeń, jakim okazał sam się sam przetwornik. Nie mogąc znaleźć żadnego producenta głośników, który spełniłby Jego wymagania, postanowił stworzyć swój autorski głośnik. W trakcie projektowania i (a jakże) pomiarów, udało mu się wyselekcjonować, najlepszy materiał, z jakiego powinna być zrobiona membrana głośnika. Materiał ten (tworzywo sztuczne) jest obecnie jednym z sekretów firmy i dla użytkownika zewnętrznego znany jest jedynie pod nazwą handlową – Radial. Odsłuch Harbethów to przede wszystkim niesamowita spójność dźwięku. Już po chwili zdajemy sobie sprawę, że ortodoksyjne podejście projektanta i skupienie się na jak najlepszym zestrojeniu „średnicy” owocuje, wyjątkową naturalnością tego pasma. Ciężko zdefiniować, czy wokale są „ciepłe” czy „chłodne” – są po prostu naturalnie brzmiące, przyjemne w odbiorze i zachęcające do wielogodzinnych odsłuchów. Słuchając z tych kolumn, utwory wykonywane a cappella, stają się niezwykle wciągające i pozwalają nam docenić siłę ludzkiego głosu, jako środka wyrazu artystycznego. Jestem w stanie założyć, że nawet kilkugodzinne słuchanie, mówionych audycji radiowych nie zmęczy odbiorcę – dźwięk ludzkiego głosu brzmi tak wiernie i naturalnie, że nie odbieramy go jako syntetycznie odtwarzanego, lecz jako dźwięk wymawiany przez osobę z krwi i kości. Podobną sytuację mamy w zakresie wysokich tonów, są równe, dźwięczne i detaliczne. Niczego nie ukrywają, mamy wgląd w każdy detal nagrania, ale bez zarzucenie słuchacza nadmierną ilością informacji i zdominowania tego zakresu pasma – co często odbierane jest jako „detaliczne” granie… Wysokich tonów jest dokładnie tyle ile powinno być, by usłyszeć każdy szczegół, ale by nie zamęczyć słuchacza. Nie uświadczymy podkolorowania wysokich tonów, więc dla części słuchaczy góra, może wydać się trochę za sucha. Jednakże, po kilku godzinach słuchania i po przywyknięciu do brzmienia Harbethów, zaczynamy właśnie doceniać ten lekko surowy przekaz, jako bliższy naturalnemu. Podsumowując, góra pasma niczego nie ukrywa, ale też i nie dominuje. Brzmienie jest łagodne i naturalne, ale bez niepotrzebnego podkolorowania. Przewodnią cechą Harbethów, jest to, że nie narzucają swojego charakteru. Zasadniczo jest to prawdą, z jedną, małą poprawką na bas. Odniosłem wrażenie, że w tym zakresie jednak słychać charakter, jaki narzucają głośniki – nie jest to w żadnym stopniu wada, gdyż bas posiada odpowiednie wypełnienie i masę, jest dostatecznie szybki i konturowy, ale czuć w nim firmowy charakter Harbetha. Wydaje mi się, iż projektując te kolumny, celem było stworzenie basu, który byłby jak najbardziej uniwersalny i łatwy do okiełznania, zarówno dla pomieszczenia jak i wzmacniacza. Do wysterowania Harbeth 30.1 nada się nawet mocna trioda Single Ended lub lampowy Push Pull o mocy powyżej 30W. Wzmacniacze tranzystorowe powyżej 100W radziły sobie całkiem sprawnie z tymi kolumnami. Bardzo wyraźną zmianę brzmienia uzyskamy w zależności od zastosowanych standów. Mi znacznie bardziej pasował wariant z lekkimi drewnianymi standami – średnica stawała się jeszcze przyjemniejsza, ale kosztem trochę słabszej kontroli na basie. Z kolei solidne, dociążone, metalowe standy poprawiały dolny zakres pasma, przy czym lekko cierpiała na tym średnica. Każdy musi ocenić jaki wariant bardziej mu pasuje, jednak polecam sprawdzić obie opcje przed wyborem standów. Często, w kontekście marki Harbeth słyszę, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Osobiście ciężko mi się z tym zgodzić. Moim zdaniem można je kochać – za spójność, za wspaniałą średnicę. Na pewno znajdą się osoby, których nie oczarują, ale nie mogę się zgodzić z tym, że ktoś mógłby je nienawidzić. Nikt, kto słucha muzyki i czerpie z tego radość, nie jest w stanie nie docenić tych głośników. To po prostu bardzo dobre kolumny, a silna pozycja marki, utrzymująca się od czterech dekad, tylko to potwierdza. Specyfikacja techniczna: - Budowa: dwudrożny monitor, bass reflex - Pasmo przenoszenia: 50 Hz - 20 kHz - Impedancja: 6 Ohm - Skuteczność: 85 dB / 1 W / 1 m - Rekomendowana moc wzmacniacza: najlepiej od 25 W - Moc: 150 W - Terminale: pozłacane, 4 mm, możliwość bi-wiringu - Wymiary (wys. x szer. x głęb): 460 x 277 x 285 mm - Waga: 13,4 kg Dystrybucja: Audio System, cena 13500 (za parę) Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  4. 5 points
    Audiolab został stworzony latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przez Philipa Swifta i Dereka Scotlanda. Podbili rynek i serca słuchaczy, zintegrowanym wzmacniaczem, modelem Audiolab 8000A. Wzmacniacz cechował prosty, lecz schludny design, mały rozmiar, relatywnie niska cena i… fantastyczny dźwięk jaki kreował. Wzmacniacz ten okazał się olbrzymim sukcesem komercyjnym. Dodatkowym atutem było wyposażenie go w bardzo udany moduł przedwzmacniacza gramofonowego, który w tamtych czasach, mógł decydować o sukcesie lub porażce produktu na rynku. W umiarkowanych pieniądzach klient dostawał dobry preamp RIAA (który można było użyć niezależnie podłączając do oddzielnej końcówki mocy), bardzo muzykalnie grający wzmacniacz, który potrafił przekazać zarówno rytm jak i detal nagrania. A jak wygląda sytuacja Audiolaba po czterech dekadach? Czy nadal zachowali ducha swego przodka z ery winyla i taśmy? Z biegiem czasu, firma z rąk swych twórców przeszła do potężnej, dalekowschodniej spółki IAG (obecnie właściciele Brytyjskich marek m.in. Mission, Castle, Quad, Wharfedale). Audiolab MDAC+, to pełnoprawny przetwornik cyfrowo analogowy, dodatkowo zoptymalizowany pod produkty Apple (oficjalne wsparcie Appla) oraz z możliwością podłączenia pod PC oparty o system operacyjny macOS lub Windows. Oczywiście, jak na klasyczne urządzenie segmenty Hi-Fi przystało, posiada wejścia SPDIF (dwa komplety), wejście optyczne (także dwa komplety), a co nieco zaskakujące w tej klasie urządzeniu - również wejście AES/EBU. Na tylnej ściance, oprócz solidnego gniazda zasilającego IEC znajdziemy oczywiście wyjścia sygnału analogowego RCA i kolejne zaskoczenie, ponieważ urządzenie posiada także wyjścia zbalansowane sygnału analogowego. Ponadto, gniazdo USB A (do podłączenia IPod oraz IPhone), USB B (do podłączenia komputera), złącze Trigger oraz IR do połączenia z innymi urządzeniami z tej serii, a także dwa wyjścia sygnału cyfrowego (jedno SPDIF i jedno optyczne). Urządzenie swym wyglądem nawiązuje do klasycznych sprzętów Audiolaba, prosta w formie aluminiowa obudowa i dwie okrągłe gałki. Po środku czytelny, ale nieprzeszkadzający w odsłuchu wyświetlacz (białe napisy na czarnym tle), włącznik ON/OFF oraz wyjście słuchawkowe na duży Jack, pod którym znajduje się dyskretna czerwona dioda, sygnalizująca pracę urządzenia. Bardzo solidnie wykonania i spasowana obudowa, sprzęt sprawia ważenie solidnego, waży też więcej niż wskazywałby na to jego kompaktowe rozmiary. Po uruchomieniu urządzenia, gałką wybieramy wejście, z którego będziemy korzystać i w przeciągu kilku sekund możemy zacząć odsłuch. Jak gra Audiolab MDAC+? Brzmieniowo, również w dużym stopniu nawiązuje do swych korzeni. Dźwięk jest równy, bez podbicia żadnego z pasm, dużą uwagę przyłożono do rytmiczności przekazu, czyli to cechuje klasyczne „Brytyjskie” granie. W odróżnieniu do starej szkoły Audiolaba, obecnie większy nacisk położono na detaliczność poszczególnych dźwięków, przez co można odbierać go jako bardziej sterylny, ale też dający lepszy wgląd w nagranie. Bardzo dobrze wypadły wokale, są nasycone, mają odpowiednią masę i brzmią bardzo naturalnie – rzadko kiedy udaje się zachować tak brzmiące wokale, w urządzeniach które grają precyzyjnym i detalicznym dźwiękiem – tutaj się to udało i odbieram to jako duży plus. Nie jest bowiem sztuką stworzyć sprzęt detaliczny kosztem chudego i metalicznego wokalu i vice versa, stworzyć sprzęt grający nasyconym, barwnym dźwiękiem, ale kosztem szczegółowości. Sztuką jest pogodzić te dwa aspekty i w opisywanym urządzeniu się to udało. Kolejną mocną stroną DACa Audiolaba, są niskie tony. Bas jest konturowy, szybki i z solidnym wypełnieniem. Kolejny raz udało się pogodzić cechy, które w wielu sprzętach się wykluczają, tj. szybki bas i mocny bas. Tu mamy oba czynniki zachowane, oczywiście o ile pozwoli nam na to reszta toru. Jeśli chodzi o górę pasma, jest ona poprawna, niczym nie narzucająca, nie dominuje, ale też w żaden sposób nie odczuwamy braku informacji w zakresie wyższych tonów. O ile na basie i średnicy udało się producentowi pogodzić najbardziej pożądane cechy w tych zakresach pasma, o tyle jeśli chodzi o wysokie tony, aż tak miłego zaskoczenia nie mamy. Owszem, wysokie tony są klarowne i czyste (choć znam urządzenia lepsze pod tym względem) to jednak wkrada się w nie lekka sterylność. Gdyby podobnie jak udało się to w innych zakresach pasma przenoszenia, również w zakresie wysokich tonów uzyskać lepszą barwę, to temu DACowi, naprawdę ciężko byłoby zarzucić coś w kategorii uzyskiwanego dźwięku. Jeszcze krótko opiszę, jak zmieniały się poszczególne aspekty brzmienia, w zależności od trybu pracy urządzenia. Moim zdaniem najlepsze efekty uzyskuje się korzystając z klasycznego wejścia SPDIF lub AES/EBU. Podpięcie za pośrednictwem USB, daje lekką, aczkolwiek słyszalną różnicę in minus. Sprzęt staje się trochę bardziej detaliczny, barwa nie jest już ta. Testowałem połączenie na dwóch komputerach Appla: Macbook Air oraz Macbook Pro, w przypadku tego drugiego, znacznie bardziej zaawansowanego urządzenia, różnice w stosunku do SPDIF były już bardzo małe. Pojawia się więc pytanie, czy utrata jakości wynika z samej architektury DACa, czy raczej w jakości PCeta. Szczególnie, że bardzo wyraźną poprawę w zakresie wyższych częstotliwości udało się uzyskać, podpinając lepszy kabel, niż klasyczny komputerowy USB w tym przypadku był to przewód Tellurium Q Blue USB. Istnieje również możliwość podpięcia urządzeń mobilnych: telefonu iPhone oraz tableta iPad. Odbywa się to za pośrednictwem klasycznego przewodu Appla, czyli do DACa wchodzimy przez USB-A. Niestety w tym przypadku pogorszenie jakości dźwięku jest wyraźne, trudno jednak spodziewać się by telefon komórkowy czy tablet nadążył jakością za pełnowartościowym transportem. Jeśli chodzi o konfigurację, ta odbywa się natychmiastowo po podpięciu urządzenia, wszystko działa na zasadzie plug & play. Producent deklaruje zgodność z modelami iPhone do modelu 6, a tablety do modeli Air 2, jednak nawet najnowsze modele urządzeń Ipad Pro oraz iPhone X nie ma najmniejszych problemów z współpracą z DACiem Audiolaba. Na froncie urządzenia, znajduje się gniazdo słuchawkowe duży Jack, nie jest dodane tylko dla ozdoby, jako wzmacniacz słuchawkowy urządzenie sprawdza się bardzo przywozicie. Po podpięciu słuchawek, DAC automatycznie przełącza się w tryb słuchawkowy, poziom głośności sterujemy gałką głośności lub ze zgrabnego, aczkolwiek solidnego pilota. Podsumowując, jest to bardzo solidnie wykonany sprzęt, wizualnie i dźwiękowo znajdziemy w nim dużo, ze starych, klasycznych urządzeń Audiolaba. Widać ewidentnie, że wraz z zadomowieniem się materiałów cyfrowych jako wiodących formatów zapisu muzyki, delikatnie zmieniono akcenty w strojeniu urządzeń Audiolaba, nie ma już zaokrągleń poszczególnych dźwięków jakimi cechował się „stary” Audiolab. To bardzo dobrze maskowało niedociągnięcia analogowych systemów Hi-Fi, bądź co bądź z budżetowego segmentu, czasach cyfrowych nośników odbiorcy już tego nie wymagają. Dzisiaj, gdy jakość materiału nagrana w pliku jest tak dobrej jakości, strojenie zostało zmienione, by jak najwięcej informacji i smaczków z nagrania wyciągnąć. Nie ma już strachu, że zaakcentujemy również szumy i trzaski, stąd też inne strojenie sprzętów ery cyfrowej i ery analogowej. Urządzenie to oceniam wysoko i śmiało mogę polecić, z tą jedną uwagą, że moim zdaniem jest sprzęt trudny w aplikacji i wymaga doświadczenia by dobrze wpasować w system. Raczej nie będzie wybaczał błędów reszty systemu i chyba najlepiej czuje się z towarzystwem sprzętów ze znacznie wyższej półki cenowej. Natomiast jeśli tylko uda Nam się uzyskać pełnie Jego możliwości, możemy cieszyć się naprawdę dobrym graniem. Do testów użyto: Unison Research Simply 845, Harbeth 30.1, Sonic Froniters SFT – 1, Tellurium Q Blue USB Tellurium Q Black II głośnikowy 2x2,5m Albedo Flat One głośnikowy 2x2,5m Albedo Monolith Monocrystal RCA Dystrybucja: q21 Cena: 3999zł Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  5. 3 points
    Poniżej krótki opis, popularnych obecnie przewodów z kategorii budżetowej. Uważam, że pisanie pełnej recenzji przewodu jest zadaniem bardzo ryzykownym – to, jak odbierzemy dźwięk poszczególnego kabla, uzależnione jest od tak wielu wypadkowych, że łatwo o zakłamanie. Zamiast więc skupiać się na każdym detalu, nad każdą zmianą, jaką daje poszczególny kabel, tylko po to by stworzyć kilkustronicową recenzję, postanowiłem pójść inną drogą. Każdy z przewodów odsłuchałem w kilku różnych systemach i konfiguracjach, tam gdzie udało mi się wyłapać jednoznaczne wnioski, opisałem to. Starałem się pisać ogólnikowo i dać tylko lekkie naświetlenie tematu i kierunek, w jakim dźwięku idą poszczególne przewody po to, by ułatwić poszukiwania osobom wybierającym okablowanie do swojego systemu. Nie chcę, by poprzez recenzję czytelnik podjął pochopną decyzję, dlatego świadomie nie będę opisywał zbyt szczegółowo, by skłonić tym do posłuchania w swoim systemie i wyrobieniu własnych wniosków. Albedo Flat One głośnikowy 2x2,5m (2760zł) Jest kierunkowym kablem głośnikowym, wykonanym ze srebra. Wersja dostarczona do testów posiadała oryginalną konfekcję typu banan. Zamiast potężnych wtyków, wykorzystano cienkie miedziane tuleje, osobiście jestem zwolennikiem takiego wykonania. Moim zdaniem przesadzony wielkością wtyk jest większą przeszkodą dla sygnału niż cienka tuleja miedziana. Oczywiście wygląda niepozornie, ale jestem przekonany, że z punktu widzenia przesyłu sygnału takie rozwiązanie jest korzystniejsze. Wykonanie nie daje żadnych powodów do narzekań, konfekcja solidnie zamocowana i zabezpieczona rurkami termokurczliwymi, na ciemnoczerwony kolor izolacji nałożony czarny nylonowy oplot. Na przewodzie zamieszczono małą, metalową tabliczkę znamionową z logiem producenta, a także strzałką wskazującą kierunkowość kabla. Brzmieniem przypomina stereotypowe srebro ze wszystkimi zaletami i wadami tego materiału. Łagodna góra, ale z mocniejszymi akcentami pojedynczych dźwięków w tym zakresie pasma. Bas krótki i konturowy bez przesadnej masy. Średnica łagodna i lekka. Raczej polecałbym ten przewód do systemów, gdzie równowaga tonalna przesunięta jest w ciepłą stronę i z rozlazłym basem – w takich konfiguracjach przewód ten może się dobrze sprawdzić. Tellurium Q Black II głośnikowy 2x2,5m (1400zł) Kabel głośnikowy, Brytyjskiej marki Tellurium wygląda niepozornie – cienki, czarny przewód o prostokątnym przekroju, przypominającym taśmę. Wygląd niepozorny, ale taki niepretensjonalny wygląd mi akurat pasuje. Głównym zadaniem przecież jest przesyłanie informacji, a nie wizualne upiększanie systemu. Podobnie jak opisywany wyżej Albedo, tutaj także jako konfekcję zastosowano banany uformowane z cienkiej tulei miedzianej. Pierwsze co zwraca uwagę po wpięciu w systemie, to oddech w nagraniu i sporo informacji na średnicy. Otwarta i wyraźnie zaznaczona góra. Duża ilość dolnych zakresów pasma. Polecam aplikować go w spowolnionych systemach z chudym basem. Albedo Monolith Monocrystal RCA (3600zł 1m) Jest kablem sygnałowym RCA, wykonanym ze srebra, przez producenta określonego jako monokryształ. Wykonanie typowe dla Albedo, czyli izolacja dodatkowo zabezpieczona jest nylonowym oplotem, a na przewodzie umieszczona jest tabliczka z logiem producenta, modelem przewodu oraz zaznaczoną kierunkowością. Wtyki wykonane z rodowanej miedzi berylowej. Jego charakterystyka jest dosyć neutralna. Nie narzuca swojego charakteru, nie czuć w nim srebra, nie faworyzuje żadnego z pasm. Pozytywnie zaskoczyła mnie wielobarwność na basie, jaką uzyskałem po wpięciu do systemu. Polecam spróbować u siebie. Tellurium Q Blue USB (950zł 1m) W porównaniu do zwykłego kabla komputerowego uzyskujemy wyraźną poprawę w zakresie mikro informacji ukrytych w wyższych zakresach pasma przenoszenia. Wyraźniej rysuje efekty przestrzenne, tło nagrania, pogłosy. Dzięki temu odtwarzana muzyka staje się bardziej barwna, muzycy w nagraniu stają się namacalni, odnosi się wrażenie obecności muzyków w pokoju. Różnice nie są duże, ale po przesłuchaniu materiału z tym kablem, powrót do zwykłej komputerowego przewodu zaczyna doskwierać. Osobiście dążę zawsze do ominięcia standardu USB w systemie, ale jeśli ktoś jest zwolennikiem tego standardu, przewód ten na pewno pokaże więcej w systemie, niż zwykły przemysłowy kabel komputerowy USB. ----------------------------- Tellurium Q Blue USB – cena 950 zł, dystrybucja: SZYMAŃSKI AUDIO Tellurium Q Black II głośnikowy – cena 1400 zł za 2x2,5m, dystrybucja: SZYMAŃSKI AUDIO Albedo Flat One głośnikowy – cena 2760 zł za 2x2,5m, dystrybucja: AUDIO-CONNECT Albedo Monolith Monocrystal RCA – cena 3600 zł za 1m, dystrybucja: AUDIO-CONNECT Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  6. 3 points
    O marce Pylon Audio można napisać dużo i będą to w większości pozytywne opinie. Od 2011 roku firma coraz śmielej konkuruje nawet z największymi markami, zdaniem niektórych melomanów - nie odstając od konkurencji nawet na krok. To powoduje, że przez ostatnią prawie dekadę uzbierała się spora rzesza miłośników konstrukcji Pylon Audio, przy okazji było także sporo pozytywnych recenzji kolumn tej firmy. Jak widać na przestrzeni tych zaledwie kilku lat, Pylon Audio pracuje nad coraz ciekawszymi konstrukcjami oraz co nie mniej ważne - poszerza dzięki nowym konstrukcjom rzeszę swoich odbiorców wśród melomanów i audiofilii. Tym razem firma postanowiła zaskoczyć wszystkich swoją całkowicie nową konstrukcją, która już od pierwszego wejrzenia potrafi przyciągnąć swoim designem i fantastyczną jakością wykonania. Dzięki uprzejmości Pylon Audio i firmy Audiotrendt z Krakowa mieliśmy przyjemność testować (przedpremierowo) model Ruby 30. Czas leci nieubłaganie więc nadszedł ten dzień, w którym można już oficjalnie zaprezentować nową kolumnę podłogową i nie bez przesady napiszę, że jest to jeden z tych momentów, które mogą wpisać się w plany zakupowe wielu klientów kolumn na rok 2019. Nie będzie nawet odrobiny nadużycia stwierdzenie faktów, że kolumny są f a n t a s t y c z n e w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzecz jasna w naszych warunkach nie pokazały jeszcze pełnię swoich możliwości (za pewne zbyt krótko je posiadamy), ale już od pierwszego momentu zaprezentowały dźwięk na bardzo wysokim poziomie. Dźwięk zrównoważony, kreują niesamowicie pełny dźwięk w pełnym zakresie, fantastyczny jest dół - bardzo różnorodny i przy tym schodzi naprawdę nisko. Warto w temacie niskich tonów zaznaczyć, że w żadnym momencie nie dochodzi do zakrywania pozostałych pasm. Góra nie czaruje i nie oszukuje - jeśli więc ktoś kocha przesadnie nasycony górny zakres częstotliwości, wręcz zahaczającą o nienaturalną prezentację - niech szuka dalej. Ruby 30 nie będą udawać, że staną się "mistrzami wysokich tonów", raczej pokażą to wszystko co w danej muzyce zostało zarejestrowane, nie wyciągając niczego "ponad". Ale dzięki temu zapunktowały w bardzo istotnej rzeczy, która w momencie wyboru kolumn bywa jednym z głównych elementów przeważających co do zakupu danej konstrukcji. Nie są w żaden sposób męczące, słuchanie muzyki na Pylon Audio Ruby 30 jest wręcz ogromną przyjemnością, a do tego potrafią w pełni oddać instrumenty (szczególnie dobrze wypadły duże składy zespołów oraz muzyka zarejestrowana na żywo), wokale są namacalne, ciepłe i bardzo bliskie naturalności. Rzecz jasna absolutnie wszystko jest rzeczą subiektywną i nie sposób opisać w pełni konstrukcji tak, by każdy w pełni odniósł to do swoich oczekiwań czy wyborów. Jeśli jednak planowaliście lub planujecie w najbliższym czasie zakup kolumn podłogowych - koniecznie posłuchajcie Ruby 30, kolumny warte są "grzechu" ze względów na brzmienie godne najlepszych konkurentów na rynku, jakość wykonania i fantastyczny design. Zapewne za kilka kolejnych dni nowa konstrukcja Pylona Audio odkryje jeszcze kilka interesujących smaczków, co tylko zachęca do dalszych odsłuchów na tych kolumnach. Okazuje się także, że ten model bardzo podoba się płci pięknej i pomimo faktu, że nie jest to najmniejsza kolumna - została ciepło przyjęta za swój wygląd. Na szczegółowe testy, recenzje i opinie zapewne jeszcze przyjdzie czas. Kolumny dopiero wchodzą na rynek i przed nimi długa droga, by w pełni pokazać swoje możliwości, jednak przyznam subiektywnie szczerze - Ruby 30 mają szansę zaskarbić sobie spore grono wielbicieli. Dla wielu osób kolumny te mogą stać się doskonałym towarzyszem do posiadanego zestawu audio na kilka najbliższych lat! Pytanie czy więc warto było czekać na nową konstrukcję rodzimej marki? Naszym zdaniem jak najbardziej tak, ale co oczywiste - żadne testy, recenzje, czy reklama nie oddają prawdziwości tego, co oferuje dany produkt na żywo. Warto więc poświęcić swój czas i posłuchać (najlepiej we własnym systemie) w/w konstrukcji. AudioRecki Do testów wykorzystane zostały: wzmacniacze: Fezz Audio "Titania" , Moon 250i odtwarzacz plików: Ayon S-3 (wraz z programem Audirvana Plus) Muzyka: Anne-Sophie Mutter & John Williams Across The Stars (Ltd. Digipack) Max Richter OST: My Brilliant Friend God Is An Astronaut: Age of the Fifth Sun Za przedpremierowe dostarczenie kolumn do "posłuchania" specjalnie dla Magazynu audiostereo serdeczne podziękowania dla p. Jurka z firmy audiotrendt i całej ekipy Pylon Audio! https://audiotrendt.com.pl http://www.pylonaudio.pl
  7. 3 points
    Po trzydziestu latach (jak ten czas leci) od wydania pierwszej płyty pod tytułem "Ogród Króla Świtu" Marek Biliński oddaje w ręce fanów nowe wydanie w/w albumu. Reedycja została w szczególny sposób przygotowana od podstaw, jak sam artysta mówi był odświeżona z dużą empatią, dostosowana do współczesnego High-End'u: "Starałem się (stosując najnowocześniejszą technologię), nie zniszczyć lekkości , szczegółowości i powietrza zawartego w nagraniu. Nie stosowałem kompresorów, które degradują brzmienie, ani żadnych innych uzdatniaczy dźwięków, tak aby jak najwierniej przekazać brzmienie z taśmy matki." W poszukiwaniu jak najlepszego brzmienia Marek Biliński posługiwał się m.in: fantastycznie brzmiącym gramofonem TransRotor Zet-3, który pracował z wkładką Shelter 501 MK III. Ciekawostką jest, że gramofon ten posłużył do analizy kilkudziesięciu płyt winylowych, specjalnie dobranych pod kontem brzmienia i czasu wydania. Celem było z jednej strony jak najwierniejsze oddanie brzmienia z taśmy matki, z drugiej strony poddano analizie płyty wydane 30-40 lat temu i obecnie wydawane. Analizy te stanowiły podstawę do wypracowania współczesnego modelu pasma częstotliwości, dynamiki i szczegółowości nagrania. W rezultacie końcowym obecnie wydawana płyta posiada ciepłe, aksamitne i głębokie brzmienie z szerokim pasmem stereofonicznym. Wznowienie na winylu pierwszej płyty Marka Bilińskiego "Ogród Króla Świtu" jest początkiem całej serii wydawniczej. "Planuję wydać wszystkie płyty na winylu, aż do koncertowego albumu "Life is Music", który ukaże się jako podwójny album. Kolekcja zostanie zakończona premierowym wydaniem mojego nowego albumu, który najpewniej ukaże się w czwartym kwartale 2020 roku" -informuje M. Biliński. Cała kolekcja powstaje przy współudziale i pomocy takich firm jak WM FONO oraz krakowski Nautilus. Jest też dobra informacja dla wielbicieli cyfrowych wydań! Jak się okazuje wszystkie albumu Marka Bilińskiego powrócą również w wersji cyfrowej w wersjach fizycznych nośników oraz zostaną opublikowane we wszystkich popularnych serwisach streamingowych! Premiery w wersji cyfrowej będą miały miejsce w tym samym czasie co ich analogowe wersje. Jeśli komuś byłoby mało... wielbiciele cyfrowych wersji będą mogli nabyć w edycji specjalnej, zawierające nie publikowane do tej pory utwory artysty! AudioRecki
  8. 3 points
    Na rynku audio temat kolumn wydaje się niekończącym spektaklem poszukiwań, przy tym częstym wyborem melomanów padają konstrukcje znane i cenionych marek. Melomani dokonując takiego, a nie innego wyboru decydują się na wybór kolumny "X" , bo liczy się w głównej mierze świadomość stosowanych technologii i zdobytego doświadczenia na przestrzeni często wręcz dekad. Ale rynek nie znosi próżni, a pomysłowość oraz pęd ku polepszaniu pewnych rozwiązań i przy okazji rozwijanie własnych pomysłów, powoduje powstawanie nowych, przy tym całkiem udanych konstrukcji. Taką "nową drogą" i "nowym pomysłem na uzyskiwane brzmienie" jest firma Fyne Audio. Marka ta nie jest całkiem nowa, a i jej podstawy oparte są na znacznie starszej i przy tym bardzo cenionej marce. Fyne Audio została powołana przez ludzi, którzy dysponują olbrzymim doświadczeniem zdobytym w szkockiej firmie Tannoy. Tak więc nie mam mowy o garażowych wygłupach "pana Mietka", który oferuje "high end'owe konstrukcje" lutując kabelki i strojąc na ucho każdą kolumnę z osobna. Nic z tych rzeczy! Fyne Audio to konstrukcje od podstaw zaprojektowane przez inżynierów mających ogromny zasób wiedzy, przy okazji w swoich kolumnach stosujący wiele doskonałych, autorskich rozwiązań. Zaznaczmy przy tym bardzo wyraźnie, ludzie ci posiadają przy tym odpowiednie zaplecze produkcyjne i pomiarowe, gwarantujące produkt powtarzalny, jednocześnie będący doskonale wykonany. Do naszych testów dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa oraz dystrybutora marki na Polskę firmy EIC, otrzymaliśmy kolumny oznaczone symbolem F702. Patrząc na ofertę firmy dostrzeżemy, że F702 są konstrukcjami z górnej - topowej serii, lecz nie najwyższej. Nad testowanym modelem pozostaje jeszcze jedna konstrukcja, high end'owe F1-10. Wracając do naszych testowanych F702, sam producent określa je jako "ekskluzywne kolumny". Pojawia się przy tym informacja, że kolumny te oparte są w dużym stopniu o topowy model: "przeanalizowano wszystkie technologie i rozwiązania techniczne zastosowane we flagowym modelu Fyne Audio F1, stworzono ich odpowiedniki, a te wykorzystano w najnowszych konstrukcjach, których ceny są znacznie przystępniejsze niż cena pierwowzoru". Czy wobec tego za "w miarę" przystępną cenę do rąk klienta trafia produkt dobrze brzmiący, zbudowany w oparciu o najlepsze rozwiązania i doświadczenie ludzi wychodzących z dużej i cenionej marki? Pozostaje więc sprawdzić jak wygląda to w praktyce. Do naszych testów (obok F702) użyliśmy jako sprzęt towarzyszący: - wzmacniacz zintegrowany MOON 340I X - odtwarzacz sieciowy AYON S-3 - wzmacniacz lampowy Audio-Hungary - okablowanie głośnikowe: Chord Signature Reference - okablowanie RCA: Zacznijmy (w telegraficznym skrócie) od użytych technologii w F702. Fyne Audio stawia w głównej mierze na takie rozwiązania jak IsoFlare i port BassTrax Tractrix. IsoFlare oznacza współosiową konstrukcję głośnika, tworzoną przez dwa zintegrowane przetworniki. Jest to nic innego jak w pewnym stopniu nawiązanie do konstrukcji firmy Tannoy, ale przy okazji Fyne Audio stosuje własne (czyt. inne) rozwiązania. Mowa tutaj o samym zawieszeniu głośnika oraz jego budowę. Port BassTrax Tractrix z kolei wg. zapewnień inżynierów firmy ma powodować zdecydowanie lepsze rozprowadzanie niskich tonów, przy okazji gwarantując użytkownikowi znacznie swobodniejsze ustawienie kolumn w pokoju odsłuchowym. Technologie i zapewnienia producenta to jedno, zasadnicze pytanie "jak to wszystko brzmi brzmi i czy Fyne Audio F702 na ciasnym rynku kolumn mają szansę na odniesienie przynajmniej w minimalnym stopniu sukcesu?" WYKONANIE: F702 są naprawdę spore (1111 mm) i nawiązują swoimi gabarytami oraz wykonaniem do najlepszych konkurentów na rynku. Nie są przy tym w żaden sposób przytłaczające i w razie potrzeb lub osobistych preferencji można je ulokować w pomieszczeniu o średnim metrażu. Rzecz jasna głównym miejscem tego modelu powinny być pokoje o ciut większej powierzchni, ale i w mniejszych pokojach powinny się sprawdzić. To, co rzuca się na pierwszy plan to doskonałe wykonanie, w przypadku testowanego egzemplarza czarny połysk (fortepianowa czerń) robi pozytywne wrażenie, a bliższy kontakt z kolumną tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kolumny nie bez powodu określane są przez producenta jako "ekskluzywne". Jeśli tylko klientowi pasuje wykończenie w postaci czarnego połysku, nie zawiedzie się w żadnym przypadku na jakości wykonania F702. Na osobne kilka zdań zasługuje cokół kolumn Fyne Audio. Ważną kwestią jest wkręcenie do niego dostarczonych kolcy. O tyle jest to czynność ważna, że ma ogromny wpływ na uzyskiwane końcowe brzmienie. Kolejną kwestią (nie pomijalną w tym przypadku) jest jakość cokołu i jego wykonanie. Nie ma mowy o jakimkolwiek oszczędzaniu na czymkolwiek. Cokół wykonano dbając o najwyższą jakość i funkcjonalność tego jakże ważnego elementu w przypadku tych kolumn. Z tyłu znajdziemy wysokiej klasy podwójne przyłącze do podpięcia okablowania bi-wire. BRZMIENIE: Podłączaliśmy w czasie testów kolumny do 2 posiadanych wzmacniaczy, w jednym przypadku był to wzmacniacz lampowy, w drugim konstrukcja firmy MOON z serii Nēo. Za źródło posłużył świetnie brzmiący streamer AYON S-3, który odtwarzał w trakcie testów pliki "zwykłe" jak i oznaczone jako Hi-Res. To, co słychać już od pierwszej chwili to niesamowita przestrzeń. Kolumny grają tak, jakby były rozsunięte zdecydowanie bardziej, niż w są rzeczywistości. Kolejną dla tych kolumn cechą wysuwająca się na pierwszy plan jest dynamika brzmienia i zdolność do prezentacji poszczególnych instrumentów. Są doskonale czytelne, nie następuje w żadnym przypadku maskowanie jednego dźwięku przez drugi. Nie bez znaczenia w sferze tonów średnich jest wokal. Jego naturalność i swoboda prezentacji w pełni oddaje to, co zostało zawarte w nagraniu. Średnica w pewnym stopniu przypomina brzmienie kolumn marki Tannoy, ale nie jest to w żadnym przypadku zarzut, a swoisty komplement pod adresem tych kolumn. Wysokie tony grają tak, by nie zmęczyć słuchacza już od pierwszej chwili, z drugiej strony w absolutnie żadnym momencie nie mamy poczucia ich nieobecności czy idąc w drugą stronę - narzucania się. Wysokie w dużym uproszczeniu prezentują formę nowoczesnej prezentacji tego zakresu dającą się polubić, nie tworząc przy tym odrębnego przekazu oderwanego od całości. Są przy tym bardzo precyzyjne tam, gdzie ich zadaniem jest zaznaczać swoją obecność w nagraniach. Niskie powinny być opisane w osobnym temacie. Ich masywny charakter nie powinien nikogo dziwić. Sama kolumna nie jest mała, co w efekcie powoduje wrażenie dźwięku dużego z naciskiem swobodę przekazu. Z jednej strony mamy kolumny zdolne do przenoszenia sporych mocy i tworzenia sporej wielkości planów (wręcz koncertowe brzmienie), z drugiej strony nie ma żadnych problemów, by wykorzystywać je do wieczornych odsłuchów muzyki mniejszych składów, muzyki stonowanej i budowanej na emocjach wynikających z detali. Jednak F702 pokochają w głównej mierze fani rock'a, dla których gitara musi brzmieć autentycznie, a riffy muszą mieć sporą siłę przekazu w dużej mierze wysuwającą się w pewnych momentach na pierwszy plan. Nie jest to kolumna w 100% uniwersalna, bas prezentowany prze te kolumny jest świetnie dociążony i doskonale kontrolowany (bez względu na poziom głośności). Ogromny wpływ na jakość niskich tonów ma BassTrax Tractrix. Całość przekazu zamyka się także w bardzo dobrze odwzorowanej scenie, każdy słuchający tych kolumn bez trudu rozpozna instrumenty i ich umiejscowienie. Nie bez znaczenia w tym przypadku jest prezentacja instrumentów zgodnie z ich wielkością. Bez względu na rodzaj nagrania (gatunek muzyczny) nie mamy poczucia zaburzonej wielkości poszczególnych instrumentów. Gdybym jednak miał wybrać najlepsze z możliwych gatunków dla tych kolumn, wybrałbym dla nich rock'a, dobrze brzmiącą elektronikę (i pochodne) oraz większe składy jazzowe. Kolumny tej wielkości i z taką żywiołowością w przypadku muzyki o małej ilości instrumentów nie będą (pomimo oczywistej poprawności prezentacji nagrań) w pełni pokazywać swoich atutów. A do nich należy zaliczyć świetną dynamikę, głębię i szerokość sceny. To kolumna w głównej mierze kierowana do osób szukających muzyki "z prądem", ale co ważne - w chwilach potrzeby wybrania spokojniejszych nagrań - nie zawiodą właściciela. I nie oszukujmy się... do małych pomieszczeń zdecydowanie modele niższe, F702 nie będą dobrym wyborem dla osób ustawiających kolumny na małej przestrzeni pomiędzy szafą, a regałem z TV. PODSUMOWANIE: Dostarczone do testów kolumny Fyne Audio pokazują, że na rynku jest miejsce dla nowych pomysłów i nowych konstrukcji - pod warunkiem, że kolumny te mają coś do zaoferowania klientom, a nie tylko udają konkurencję dla istniejących marek. W przypadku F702 nie ma mowy o nudzie czy niezadowoleniu z ich wyboru, byle świadomie dobrać je do wielkości swojego pomieszczenia i rodzaju słuchanej muzyki. Ważnym elementem jest dobór elektroniki towarzyszącej do tych głośników. Wzmacniacze o małej mocy nie pokażą w pełni możliwości F702 w temacie prezentacji instrumentów. Z drugiej strony pomimo faktu, że kolumna nie jest w 100% uniwersalna - z odpowiednią elektroniką będziemy mieli możliwość kreowania odpowiedniego dźwięku (wg. własnych oczekiwań). Po Fyne Audio F702 powinni w głównej mierze sięgać melomani mający prąd zamiast krwi, a muzyka jaka uspokaja ich po całym "trudzie dnia" opiera się o solidną porcję gitar czy dobrej elektroniki. Świadomy audiofil uzyska z tych kolumn doskonałe brzmienie, często jakością brzmienia ponad to, za ile przyjdzie nam zapłacić za F702. AudioRecki Do testów kolumny dostarczone zostały przez Polskiego dystrybutora marki Fyne Audio - firmę EIC oraz autoryzowanego sprzedawcę Fyne Audio, firmę Audiotrendt z Krakowa. https://audiotrendt.com.pl https://www.eic.com.pl Moc ciągła: 100 W Skuteczność: 92dB (2.83 Volt @ 1m) Zalecana moc wzmacniacza :30- 200 W Impedancja: 8 Ω Pasmo przenoszenia: 30 - 34 000 Hz Wymiary (W x G x S) 1111 x 384 mm x 440 mm
  9. 3 points
    Kiedy myślimy o Polskim jazzie nie sposób pominąć Krzysztofa Komedy. Pionier jazzu nowoczesnego w Polsce, twórca znanych na całym świecie standardów jazzowych i muzyki filmowej. Filmowej powinienem wręcz podkreślić kilka razy - OBOWIĄZKOWO, bo Komeda napisał muzykę do 65 filmów, w tym głośnego i obecnie kultowego już tytułu Romana Polańskiego - Dziecko Rosemary (1968r.). Dlaczego Komeda i dlaczego takie to ważne? Mamy przyjemność zaprosić Was do odsłuchu nowej płyty. Zaznaczę przy tym - nie byle jakiej płyty i nie byle jakiego odsłuchu. Otóż zapraszamy na Record Store Day, czyli na święto niezależnych sklepów muzycznych. Co istotne - na świecie obchodzone będzie po raz dwunasty, w Polsce oficjalnie PO RAZ PIERWSZY! Do polskiej edycji Record Store Day przystąpiły w tym roku 24 sklepy muzyczne z całej Polski. Są to w pełni niezależne sklepy stacjonarne, ponieważ jednym z warunków uczestnictwa w Record Store Day jest prowadzenie tego rodzaju działalności. W RSD nie mogą uczestniczyć sklepy sieciowe, internetowe czy hurtownie muzyczne. Z okazji Record Store Day ukaże się pierwszy oficjalny polski album sygnowany znakiem RSD. Będzie to „Astigmatic” Krzysztofa Komedy. Jest to czwarty album studyjny artysty uważany zarówno przez krytyków, jak i słuchaczy za jedno z największych osiągnięć polskiej szkoły jazzowej i jedną z najważniejszych płyt w historii jazzu. Jakże istotnym - płyta ta oczywiście wydana na winylu ukaże się w formie edycji limitowanej "Coloured Vinyl" sygnowane dopiskiem "50th Anniversary Of the Dead Of Krzysztof Komeda". To nie wszystko! W trakcie odsłuchu jaki odbędzie się w Warszawski STUDIO U22 (Aleje Ujazdowskie 22) prowadzącym spotkanie będzie Paweł Brodowski - redaktor naczelny Jazz Forum, a gościem specjalnym Zbigniew Namysłowski, który współpracował swego czasu z Komedą! Dla naszych czytelników - dzięki uprzejmości U22 - mamy do rozdania 3 wejściówki (wraz z osobą towarzyszącą) na to wyjątkowe spotkanie, będące jednocześnie okazją do odsłuchu nie mniej wyjątkowej płyty. Warunek otrzymania zaproszenia - wystarczy wejść na FB, odnaleźć konto audiostereo oraz polubić z prostym komentarzem niniejszy news. Pierwsze 3 osoby otrzymają wejściówki dla siebie i bliskiej osoby, z którą o 20:00 już 16 kwietnia będą mieli okazję spędzić wyjątkowo miły wieczór. Odsłuch odbędzie się w STUDIO U22 - Al. Ujazdowskie 22, Warszawa. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszamy w imieniu organizatora! Zapowiada się naprawdę wyśmienita uczta dla wielbicieli jazzu - w doborowym gronie i co istotne, przy wybitnej muzyce Komedy. Polecamy gorąco! Za zaproszenia dla naszych forumowiczów i inspirację dziękujemy Danielowi ze Studio U22 Studio U22 Warszawa Al. Ujazdowskie 22 https://studio-u22.com AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo) KRÓTKA HISTORIA RECORD STORE DAY I JEGO ZASADY Record Store Day jest coroczną imprezą zainaugurowaną w kwietniu 2008 roku. Odbywa się w kwietniową sobotę i w „Black Friday”. Ideą tego święta jest promowanie kultury niezależnych sklepów muzycznych. W 2007 roku doszło do spotkania właścicieli niezależnych sklepów płytowych, którzy chcieli stworzyć wydarzenie podobne do popularnego w Stanach Zjednoczonych Free Comic Book Day, podczas którego pomaga się czytelnikom i wspiera niezależne sklepy z komiksami. Tak wykształciła się idea Record Store Day. Po tym spotkaniu Eric Levin, Michael Kurz, Carrie Colliton, Amy Dorfman i Don Van Cleave założyli Record Store Day, którego koncepcja w ciągu 11 lat została zaadoptowana na rynki Europy, Azji i Australii. Pierwszy oficjalny Record Store Day odbył się 19 kwietnia 2008 roku i został zainaugurowany przez zespół Metallica. Co roku wybierany jest ambasador Record Store Day. W tym roku został nim zespół Pearl Jam. W latach poprzednich byli to między innymi: Dave Grohl oraz Jack White.
  10. 2 points
    Już na wstępie można napisać, że zespół Tool albo się kocha, albo nigdy nie słyszało. Fani twórczości Maynarda Jamesa Keenana przez te 13 lat posuchy chyba już zdążyli przetrzeć swoje winyle igłami na wylot, a w oczekiwaniu na nowy album tworzyli w swojej głowie wyobrażenie o tym, jak wielki i niepowtarzalny będzie ten nowy album, który (być może) kiedyś nadejdzie. I o to jest! W (prawie) ostatnim dniu sierpnia, na muzycznym rynku wydawniczym ukazało się nowe dzieło zespołu Tool. O samym zespole pisać nie mam zamiaru, bo jak na wstępie wspomniałem - świat dzieli się na tych, co zespół Tool kochają lub nigdy go nie słyszeli. Ci pierwsi historię zespołu znają doskonale, reszcie wpierw polecam zapoznać się z ich dyskografią. Wracając do nowego dzieła amerykańskiego zespołu - albumu "Fear Inoculum" przyznam szczerze, że mam mocno mieszane uczucia. I jak się okazuje-nie tylko ja. Z jednej strony kilka naprawdę ciekawych kompozycji, dla których warto wydać każdy Dolar, Euro czy Złoty (czymkolwiek płacicie). Z drugiej płyta... nie do końca jest równa. Mając w pamięci płytę "Lateralus", która dla wielu była wręcz fenomenalna... a tłumy jakie ustawiały się m.in.: w Spodku w 2002 roku mówiły więcej niż słowa, po nowym "dziecku" Tool spodziewałem się po prostu "więcej". I nie bym krytykował cały album, jednak spośród kilku naprawdę świetnych kompozycji można też wybrać te, które po prostu "są" i zapewne "jedynie będą". Kompletnie niezrozumiałe dla mnie jest niemiłosiernie długie (wręcz do znudzenia) budowanie nastroju (?) już w pierwszym utworze zbyt rozciągniętymi elementami dźwięków perkusji. Gitary, które nadają fantastyczny klimat temu kawałkowi wydają się czasem zbyt przesadnie przeciągnięte w oczekiwaniu na? Właściwie ciężko napisać na co, bo po kilku minutach ma się wrażenie, że w dziwny sposób utwór sam się zapętlił w naszym odtwarzaczu. Za to już kolejny utwór na płycie zatytułowany "Pneuma" wciąga niemiłosiernie. Warto tylko dla tego utworu nabyć płytę, bo w tym jednym kawałku ukryta jest kwintesencja fenomenu zespołu Tool: Słuchając płytę w dalszej części natrafiamy na "Culling Voices", który mógłbym słuchać praktycznie każdego wieczoru. Rzecz jasna utwór posłużyłby jako fenomenalna ścieżka dźwiękowa dla praktycznie każdego filmu bez względu na gatunek, ale siła tego utworu tkwi właśnie w budowanym nastroju i dzięki temu tworzy wyjątkową siłę przekazu. Jeśli doczekacie do 6 minuty i 42 sekundy - będziecie usatysfakcjonowani w 100%: Album posiada rzecz jasna kilka mocnych stron, na pewno trafi w gusta wielu słuchaczy, a tym bardziej fanów zespołu. W żadnym przypadku ci drudzy nie powinni rezygnować z zakupu z "Fear Inoculum", nawet jeśli uznają album za nierówny lub posiadający kilka zbędnych "zapychaczy". Podsumowując w całości, wydana w tym roku płyta warta jest zakupu, bo najważniejsze z tego co znamy przez pryzmat poprzednich albumów zostało zachowane. Duch zespołu Tool da się czuć i jest obecny na "Fear Inoculum" a to, że nie w każdym utworze do końca tak przedstawiony... może po blisko trzynastu latach oczekiwaliśmy zbyt wiele? Kolejny ciekawym utworem, na pewno wybijającym się z całego albumu jest fenomenalny, a nawet pisząc "bluźnierczo" boski - "7empes" Rozmawiając z kilkoma osobami lubiącymi od lat zespół Tool - dosłownie każdy zwraca uwagę w tym albumie na coś innego. Dochodząc więc do podsumowania zdajemy sobie sprawę z jednego... nie da się zadowolić wszystkich, a nawet jeśli jest to bliskie do zrealizowania -każdemu do gustu przypadnie całkowicie co innego. I tak jest z nowym "dzieckiem" zespołu Tool. Absolutnie każdy odnajdzie w nim coś dla siebie i coś, czego słuchać (być może) nie będzie. Ważne jednak jest to, że wśród siedmiu utworów zawartych w nowym albumie znajdziemy sporo emocji trafiających do nas w szczególny sposób i może się okazać, że te emocje zbudujemy w oparciu o dosłownie 2-3 utwory, które nie pozwolą nam rozstać się z płytą przez kilka długich wieczorów. W tym miejscu chciałbym w szczególny sposób podziękować całej ekipie ze sklepu Winylownia.pl za inspirację i pomoc w "ogarnięciu" zamówienia! https://winylownia.pl AudioRecki Tool "Fear Inoculum" (2019) 1. Fear Inoculum 2. Pneuma 3. Invincible 4. Descending 5. Culling Voices 6. Chocolate Chip Trip 7. 7empest
  11. 2 points
    Można przyjąć jako pewnik, że stare to jest dobre wino i skrzypce oraz... muzyka Freddiego Mercury’ego. Wiedzą o tym praktycznie wszyscy melomani, nie tylko fani Queen czy nieżyjącego wokalisty. W przyszłym miesiącu do sklepów trafi nagrany w 1985 pierwszy solowy album frontmana zespołu Queen. Album o tyle interesujący, że każdy zawarty na wydawnictwie utwór został poddany procesowi remasteringu. Dodajmy przy tym, że proces ten odbywał się przy użyciu oryginalnych taśm matek, tak więc zgodnie z zapowiedzią wydawcy - jakość nagrań ma być zrealizowana na najwyższym poziomie. Album zawiera kilka naprawdę świetnych kawałków, które pomimo upływającego czasu są nadal bezsprzecznie jednymi z najlepszych utworów w historii muzyki. Na płycie znajdziemy więc takie hity Freddiego jak „Living On My Own”, "Your Kind Of Lover", "Love Me Like There's No Tomorrow" czy fenomenalne „The Great Pretender” Album „Mr. Bad Guy” ukaże się w pierwszej połowie października tego roku. AudioRecki Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy właścicielowi firmy Winylownia.pl https://winylownia.pl „Mr. Bad Guy” Freddie Mercury (I wydanie: 1985) remaster 2019 Tracklista: 1. Let's Turn It On 2. Made In Heaven 3. I Was Born To Love You 4. Foolin' Around 5. Your Kind Of Lover 6. Mr. Bad Guy 7. Man Made Paradise 8. There Must Be More To Life Than This 9. Living On My Own 10. My Love Is Dangerous 11. Love Me Like There's No Tomorrow
  12. 2 points
    “Rozmawialiśmy już w odniesieniu do trasy z lat 2013-2015, że powinna ona być ostatnią w naszej karierze, ale kiedy umarł Pádraig, podjęliśmy decyzję, że następna trasa musi być tą ostatnią i wyjątkową podróżą. I żeby tej pożegnalnej podróży towarzyszyła płyta, zdecydowaliśmy się wydać antologię ’In a Lifetime’, która mamy nadzieję zostawi fanów z dziedzictwem naszej muzyki.” 13 marca 2020 roku BMG wyda antologię Clannad "In A Lifetime". Wydawnictwo będzie podsumowaniem 50 letniej kariery zespołu i przekrojem utworów z 16 albumów Clannad oraz co warte wspomnienia już dziś - zawierać będzie specjalne utwory. Na płycie znajdzie się 38 utworów, w tym największe przeboje Clannad, m.in.: "Hourglass", "Theme From Harry's Game" (utwór był na ścieżce dźwiękowej do filmu "Czas patriotów' z Harrisonem Fordem): "Robin (The Hooded Man)" (pochodzący z popularnego w Polsce serialu tv "Robin z Sherwood"): "I Will Find You" (utwór z filmu "Ostatni Mohikanin" z 1992 roku): "In A Lifetime" (z udziałem Bono z U2). Fani zespołu Clannad zapewne wiedzą, że Bono jest wielkim fanem tego zespołu i wielokrotnie wypowiadając się o nim dosłownie komplementował ich twórczość. Swego czasu frontman U2 powiedział: "głos Moya Brennan to jeden z najwspanialszych głosów w historii ludzkości". Clannad to jeden z najbardziej znanych na świecie irlandzkich zespołów, którego twórczość zainspirowała kilka generacji fanów i muzyków. Zespół miał ogromny wpływ na popularyzację muzyki irlandzkiej i języka irlandzkiego na całym świecie. Łącząc elementy muzyki tradycyjnej i współczesnej muzyki folkowej oraz elementów new age, jak i rocka. Poniżej znajdziecie link do przedsprzedaży. Dostępne będą wersje podwójny CD, podwójny CD wersja deluxe, podwójny winyl, podwójny winyl wersja deluxe i deluxe box set, będący rozszerzoną wersją wydań deluxe, zawierający ponad 100 utworów. Utwory zostały wybrane w porozumieniu z członkami zespołu. Polecam AudioRecki Link do przedsprzedaży: https://www.clannad.ie Serwisy streamingowe: https://clannadband.lnk.to/IALTPR Podziękowania dla p. Filipa Sarniaka za informacje i szczególną pomoc przy powstaniu tego artykułu.
  13. 2 points
    RHA Audio to brytyjska firma z siedzibą w Glasgow, zajmująca się produkcją słuchawek. Kupując produkty RHA możemy się liczyć z gwarancją dobrego dźwięku, jakością wykonania i designem. Do tej pory miałam okazję słuchać przewodowe modele tej marki, np. RHA MA 750. Kilka dni temu dzięki audiomagic.pl dostałam do testów słuchawki bezprzewodowe RHA Trueconnect. W komplecie otrzymujemy: - słuchawki - etui, które pełni role ładowania - kabelek USB – USB „c” - komplet wkładek dousznych w różnych rozmiarach - instrukcję Słuchawki wykonane są z tworzywa, pokrytego czarną, matową, miłą w dotyku powłoką. RHA Trueconnect zakończone są trzpieniem, który pomaga w lepszym trzymaniu się słuchawek w uszach, a na jego końcu umieszczono mikrofon. Na każdej słuchawce znajduje się przycisk sterujący. Wciśnięcie przycisku prawej słuchawki na 5 sekund, paruje zestaw z telefonem. Dodatkowo prawa słuchawka steruje głośnością: dwukrotne kliknięcie zwiększa głośność, a trzykrotne zmniejsza. Lewa słuchawka kontroluje odtwarzanie muzyki, dwukrotne kliknięcie zmienia utwór na kolejny, a trzykrotne cofa. Pojedyncze kliknięcie prawej lub lewej słuchawki to pauza. Etui jest wykonane z aluminium, częściowo pokrytego gumowaną powłoką. Na dole obudowy znajduje się pojedynczy port ładowania USB-C. Jest też biała dioda wskaźnika baterii, która pokazuje ilość pozostałej baterii w obudowie. Połączenie USB-C pozwala na pełne naładowanie etui w ciągu dwóch godzin, a wbudowana funkcja szybkiego ładowania pozwala ładować słuchawki do 50% w zaledwie 15 minut. Słuchawki bez „ładowarki” wytrzymają około 5 godzin, natomiast w etui mamy jeszcze zapas prądu na kolejne 4 ładowania. Zaczynając odsłuchy, byłam przekonana, że są to słuchawki dla osób uprawiających sport lub dojeżdżających do pracy komunikacją miejską, niekoniecznie wsłuchujących się w wyrafinowane brzmienie. Jednak kilka godzin słuchania zmieniło moje podejście. RHA Trueconnect to połączenie wygody z audiofilską ambicją producenta. Te słuchawki naprawdę brzmią dobrze, dźwięk jest gęsty i ciepły z dużą ilością basu, bez utraty szczegółów w górnych rejestrach. Grają dynamicznie, z dużą ilością energii, góra nie męczy i nie syczy (brak sybilantów) Działają dobrze z większością gatunków, świetnie na nich wypada Mark Knopfler czy Eric Clapton, co nie znaczy, że odstają w jazz, pop czy R'n'B . Ogólnie tonalność Trueconnect jest ciepła i przyjemna taka do słuchania godzinami. W czasie testów połączenie bluetooth spisywało się niezawodnie, trzymając telefon w kieszeni czy torebce, możemy być spokojni o stabilność działania, nawet oddalenie się do 10 metrów nie powoduje zerwania łacznosci. [email protected] Specyfikacja: · Przetwornik dynamiczny 6 mm · Zakres częstotliwości: 20-20 000 Hz · Zasięg (bez przeszkód): 10m · Ładowanie (od 0%): 15m do 50% · 1h40 do 100% · Odporność na pot / splash: IPX5 · Waga (wkładki douszne): 13g · Gwarancja producenta: 3 lata Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena: 749
  14. 2 points
    Noble Audio to amerykańska firma produkująca słuchawki dokanałowe uniwersalne jak i modele na zamówienie . Jest to stosunkowo młoda marka, która powstała zaledwie sześć lat temu. W swojej ofercie ma modele kosztujące 2000 $ jak i modele tańsze np. Trident 399 $ lub Savanna 499 $. Dzięki firmie audiomagic.pl dotarły do mnie do przetestowania słuchawki Trident. Akcesoria: Przy zakupie słuchawek dostajemy w komplecie: - zestaw tipsów - futerał z tworzywa w kształcie skrzynki - materiałowy woreczek - karabińczyk - szczoteczkę do czyszczenia - silikonowe opaski Wygląd i budowa: Zewnętrzna strona słuchawki wykonana jest ze srebrnego aluminium, na którym jest wygrawerowane logo firmy w kształcie korony. Pozostała część to szare tworzywo mieniące się brokatem. Pleciony kabel jest wpinany do słuchawek za pomocą dwóch pinów i zakończony wtykiem 3,5 mm. Za dźwięk „trójzębu” odpowiadają trzy przetworniki armaturowe. Słuchawka dobrze układa się w uchu, a dzięki różnym rodzajom tipsów, możemy ją dokładnie dopasować i wytłumić. Trident jest niesamowicie lekki, co pozwala na długie sesje odsłuchowe bez najmniejszego śladu zmęczenia ucha. Dźwięk: Po podłączeniu słuchawek do Fiio Q5 nie od razu byłam przekonana do brzmienia. Brakowało mi obiecanego przez Noble basu - takiego mocniejszego „kopnięcia”. Po dwóch dniach dźwięk się zdecydowanie zmienił. Jak się okazało Tridenty warto wygrzać, dać im trochę czasu, a rozwiną zdecydowanie swoje skrzydła i uderzą obiecanym basem. Ten model gra podkreślonymi skrajami pasma - góra i niskie tony są wyszczególnione, a średnica lekko wycofana. Noble Audio poleca swoje dziecko miłośnikom popu i rzeczywiście tak jest. Słuchawki są bardzo szybkie i melodyjne, muzyka brzmi żwawo, ciężko usiedzieć na miejscu słuchając “Love Never Felt So Good” Michaela Jacksona czy “Colling All My Lovelies” Bruno Marsa. Bas jest mocny, szybki i dobrze kontrolowany. Średnica jest zrównoważona, mniej podkreślona niż góra, mająca więcej blasku. Wysokie tony są miękkie, nie kłują w uszy, nie męczą, a czarują rozdzielczością. Ten styl grania sprawdzi się też dobrze w muzyce elektronicznej, hip-hopowej i reggae. Tridenty to słuchawki o niskiej impedencji, łatwo je napędzimy smartfonem, ale wpięcie dac/amp zdecydowanie poprawia brzmienie. Tu musimy jednak trochę uważać na podbicie gain, ponieważ jako czułe słuchawki szumią. Podsumowanie: Jeśli lubisz pop, reggae czy muzykę elektronicznę to są to słuchawki, które przyniosą Ci wiele radości ze słuchanej muzyki. Model Trident to typowe "V-ki" podkreślony dół i wysokie tony, średnica cofnięta. To słuchawki łatwe do napędzenia i przyjemne do słuchania. [email protected] Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 1.790,- PLN
  15. 2 points
    Marka Bilińskiego nie trzeba przedstawiać. Mistrz muzyki elektronicznej od kilku dekad w sposób znaczący zaznacza swoją obecność na rynku muzycznym, poprzez swoje większe i mniejsze dzieła. Od wielu już lat w całej dyskografii kompozytora jest jeden album, który w sposób wyjątkowy wywołuje zainteresowanie melomanów. W głównej mierze tych wszystkich pamiętających lata 80, w których to "Ogród Króla Świtu" bez żadnego "ale" królował pod igłami naszych gramofonów (później też w odtwarzaczach CD). Płyta "Ogród Króla Świtu" jest szczególnym wydawnictwem. Nie tylko z powodu faktu, że był to pierwszy album w dyskografii mistrza, ale w głównej mierze z powodu zawartych na nim fantastycznych kompozycji. Któż nie słyszał takich utworów jak „Ogród w przestworzach” czy „Błękitne Nimfy”? Lata lecą, a muzyka z pierwszej płyty nadal pobudza serca melomanów, co dało doskonały pretekst do ponownego wydania albumu sprzed 36 lat. Wydania wyjątkowego, bo dostosowanego do dzisiejszych możliwości technik rejestracji oraz co nie mniej ważne - technologii sprzętu audio. Jak już domyślacie się Marek Biliński zabrał się za remastering albumu "Ogród Króla Świtu" , by dostosować go do jakości poziomu odtwarzania XXI wieku! Prace nad albumem zmierzają ku końcowi, a zwieńczeniem całości ma być ukazanie się na rynku albumu jeszcze w sierpniu tego roku. Z nowości to jednak nie koniec! Dzięki wsparciu, a nawet osobistemu zaangażowaniu właściciela firmy Nautilus, p. Robertowi Szklarzowi - Marek Biliński udzieli ekskluzywnego wywiadu dla naszego Magazynu AudioStereo. Dodatkowo planowane są ekskluzywne spotkania z artystą, podczas których będzie można porozmawiać z muzykiem, nabyć nowy album (rzecz jasna na osobiste życzenie sygnowany). Spotkania mają odbyć się już w sierpniu, dokładny termin wydarzeń podamy już wkrótce, na dziś pewne są już miejsca spotkań. Będą to firmowe salony Nautilus (Warszawa ul. Kolejowa 45 i Kraków ul. Malborska 24). Jedną z dodatkowych atrakcji ma być cały system audio przygotowany stricte pod odsłuch nowego albumu. High End'owy zestaw marzeń w akcji z remasterowaną płytą "Ogród Króla Świtu"? Dlaczego nie! O dokładnych terminach wydarzeń poinformujemy Was już w najbliższym czasie. Szczególne podziękowania dla firmy Nautilus za patronat nad wydarzeniami oraz wsparciem w kwestii organizacji całego wywiadu z Markiem Bilińskim. Dziękujemy! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://nautilus.net.pl
  16. 2 points
    Kiedy otwierałem średniej wielkości paczkę zawierającą wzmacniacz, nie nastawiałem się na konkretne brzmienie sprzętu będącego w sporej nawet części środowiska melomanów czy audiofilii swoistą zagadką. Na przeciw takich marek jak Brytyjski Cambridge czy Arcam, ONIX brzmi co najmniej egzotycznie i wręcz nierozpoznawalnie. Czy słusznie, że sprzęt określany jako typowe "BRITISH SOUND" nie gości tak często w domu melomanów, pokaże poniższy tekst. Wzmacniacz zintegrowany stanowi w sporej części użytkowników sprzętu audio produkt częściej wybierany, niż systemy dzielone na przedwzmacniacze i końcówki mocy. Zresztą w pewnym zakresie cenowym sens stosowania takiej dzielonej konstrukcji byłby niemożliwy i wręcz nieopłacalny. ONIX wpisuje się ze swoim A55 w określony segment sprzętu i konkurować powinien tak budową, jak i ceną z konkretnymi produktami marek bardziej rozpoznawalnych. Cena za jaką oferowana jest integra "rodem z Wysp" otwiera już spore możliwości wyboru i zazwyczaj nie jest zakupem dokonywanym "z przypadku". Kwota ciut ponad 5500 złotych to już spore pole do popisu dla przeciętnego melomana i sprzęt musi mieć "to coś", by stanowił rzecz pożądaną. ONIX A55 MKI wyglądem nawiązuje do swoich wyższych modeli i poza znanym oraz przez wielu ulubionym złotem pokrętłem - jego wygląd niewiele odbiega od tego, co znajdujemy w konstrukcjach droższych firmy ONIX. Przedni panel wykonany jest z grubego akrylu. Czarny piano wygląda ciekawie i stanowi w pewnym zakresie wyróżnik "ekskluzywności" wobec innych marek. Cały przedni panel nie jest tak efektowny jak w modelach wyższych, gdzie wrażenie na in plus potęgują świetnie wykonane w kolorze złota pokrętła. W A55 MKI zastąpiono kolor złoty - matowym srebrem, który może nie jest właśnie tak efektowny, za to pokrętło nadal jest świetnie wykonane. Działa pewnie, dając pełną kontrolę nad uzyskiwaną głośnością. Na przednim panelu znajdziemy także po lewej stronie gniazdo słuchawkowe, odbiornik IR do pilota. Co ciekawe sam pilot nie jest dostarczany w komplecie (???) i stanowi "wyposażenie dodatkowe". Skąd ten pomysł... ciężko to wytłumaczyć logicznie, może producent dba o ruch melomanów i w ten sposób wymusza na nich potrzebę wstawania do A55? Dla piszącego te słowa uzasadnienie braku pilota (jakiekolwiek by nie było), jest co najmniej dziwne. Ale zostawmy to na boku, widocznie "tak być musi". Po prawej stronie znajdziemy rząd przycisków, każdy wyraźnie oznaczony co do rodzajów używanych wejść. Czysto i bardzo schludnie rozlokowane przyciski nie burzą designu, jaki może się podobać w obecnych czasach. To, co rzuca się w pierwszym kontakcie z przednim panelem i przyciskami wyboru źródła, to przycisk PHONO. Tak, ta zgrabna integra ma wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM. I nie jest to jak się okazuje jedynie "dodatek na siłę" do całości. Tylny panel można zamknąć dosłownie w dwóch zdaniach. Gniazda RCA przypisane konkretnym źródłom, gniazda do podłączenia kolumn i... dziękujemy Państwu za uwagę. Mało? No tak, "British Sound" oznacza także minimalizm i pomimo ceny przekraczającej 5 tysięcy złotych zapomnijcie o możliwości podłączenia cyfrowych urządzeń do A55. Analogowo od A do Z. I słusznie, melomani kochający cyfrowe źródła i tak prędzej czy później wybierają zewnętrzne przetworniki, dające im znacznie większy potencjał i możliwości, niż wbudowane w integrach układy DAC. Od góry zobaczymy minimalizm i niespecjalnie rzucające się w oczy odpowiednio wycięte otwory. Do czego służą nie trzeba nikomu tłumaczyć. Ważne, że nie psują optycznie pozytywnego wrażenia jakie A55MKI robi swoim wyglądem. Sam wzmacniacz w trakcie pracy nagrzewa się do akceptowalnych poziomów, praktycznie nie dając żadnych powodów do niepokoju o temperaturę panującą wewnątrz urządzenia. Podpinamy ONIX A55 do wybranego zestawu kolumn. Monitor Audio Gold 300 są konstrukcjami, które nie powinny sprawić naszej integrze większego problemu. Do integry podpinamy odtwarzacz CD i... ruszamy po wybranych albumach, w tym odsłuch "zalicza" najnowsze dziecko zespołu Rammstein. I napiszę... "poszło"! "Ausländer" kopie tak , jak lubią to fani mocnego brzmienia. Riffy gitarowe ani na moment nie tracą oddechu, jest czysto i wyraziście. Wokal nie gubi się w gęstym klimacie całego utworu, pomimo zaznaczonej perkusji, na której „Doom” nawet na moment nie oszczędza się. ONIX też nie traci wigoru i nawet ciut mocniejsze podkręcenie głośności nawet na moment nie powoduje zadyszki u tej niewielkiej integry. Raz jeszcze zerkam do specyfikacji... 2x55W (8 Ohm). Można by sądzić, że jest znacznie więcej. Puszczamy świetne "Diamant" i dostajemy sporą porcję melodyjności, czystego wokalu i bardzo dobrze prezentowanej sceny. Jest szeroko na tyle, by nie czuć jakiś ograniczeń w trakcie odsłuchu ulubionej muzyki. Ale by to sprawdzić "na własnej skórze" do odtwarzacza trafia kolejny album. Tym razem damski wokal w wersji LIVE. Anna Maria Jopek "płynie" gładko niczym Otylia na olimpiadzie, bez żadnej nerwowości... czy po medal - jeszcze się okaże. Wzmacniacz zintegrowany daje fantastyczny pokaz możliwości prezentacji wielu instrumentów. Nic się nie gubi i nic nie zostaje zakryte. Na pierwszy plan w sposób spokojny i oczekiwany wychodzi wokal Ani. Jest dobrze ulokowany na scenie i pomimo minimalnie wysuniętej prezentacji w stosunku do reszty składu - całość brzmi wyjątkowo spójnie. Nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił jak zawsze do testów utworu "Spotkanie z Matką". Pisałem o tym wielokrotnie, że utwór ten potrafi albo zniszczyć radość z posiadania sprzętu audio, albo przekonać nas do niego. Jak wypada A55MKI? Będę szczery do bólu, w przedziale ceny do 5K słyszałem o wiele... gorzej grających wzmacniaczy, które wprost "kładły się" i tworzyły nieczytelny zlepek muzyki Vangelisa i deklamacji Polańskiego. Ludzie odpowiedzialni za testowany wzmacniacz słusznie zrobili, rezygnując z sekcji cyfrowej i całe swoje zaangażowanie (by nie napisać środki) włożyli w analogowy charakter urządzenia. Zyskało na tym brzmienie i jego czytelność przekazu. Polańskiego głos nie brzmiał jak na sprzęcie za kilka razy więcej, ale był wystarczająco czytelny, a muzyka nie nachodziła zbytnio na to, co istotne w przekazie. Utwór ten w sposób fantastyczny ukazuje przygaszanie słów w trakcie deklamacji, budowanie nastroju i współgranie z muzyką jest istotnym elementem całości. Nie wymieniając z nazwy konkurentów, w tym przedziale kwoty sporo wzmacniaczy radzi sobie z tym średnio. ONIX przebrnął bez powiedzmy "większych trudności", dając nie tyle czystość bezwzględną i czytelność absolutną, co przyjemność pozbawioną wrażenia oszukiwania i odbierania muzyce najważniejszych elementów. ONIX ma jeszcze jeden, do tego solidny atut przemawiający za jego zakupem. Wspomniany powyżej przedwzmacniacz gramofonowy może nie jest "mistrzostwem świata", ale bez trudu i wstydu będzie stanowił świetnego kompana dla każdego gramofonu, gdzie została zamontowana odpowiednia wkładka MM. Po wrzuceniu na talerz gramofonu REGA P3 (na marginesie świetnego) albumu "PORTRETY", perkusja była w sposób barwny i z odpowiednią dynamiką prezentowana w całym możliwym dla tego przedziału cenowego zakresie. Było rzecz jasna w tym wszystkim odrobinę oszukiwania i czarowania, jednak bez zbędnej nerwowości i nadmiernej sztuczności. Za to płyta ROMA zespołu Sorry Boys urzekała fantastycznym wokalem i w tym przypadku znów złapaliśmy wzmacniacz na delikatnym czarowaniu i ukrywaniu swoich niemożliwości, ale całość brzmiała świetnie i nie było poczucia, że ktoś nas zaczął nagle oszukiwać w trackie słuchania czarnej płyty. Sprzęt firmy ONIX ma niełatwe zadanie na rynku, obok wielkich i znanych marek, czasem niezauważany - ma jednak spory potencjał. Jeśli szukamy kompana do odtwarzania muzyki na poziomie nie tylko akceptowalnym, ale poziomie już dającym spore zadowolenie - powinniście dać mu szansę w trakcie odsłuchów. Nie zaskoczy Was dobitnością i szaleństwem, nie postawi na baczność dużych i wymagających kolumn. Wszędzie tam, gdzie liczy się muzyka i zdrowy rozsądek w poszukiwaniu sprzętu dla melomana, ONIX może spokojnie wyjść z podniesioną głową w przypadku konfrontacji z bardziej znanymi i częściej kupowanymi wzmacniaczami. ONIX A55MKI gwarantuje po pierwsze przyjemność słuchania muzyki, nie zapomina przy tym o pewnych niuansach i smaczkach zawartych w utworze. Po drugie zapewnia odsłuchy uwzględniające odpowiedni klimat, nie wprowadza nerwowości w trakcie odsłuchów, jakie są częstą bolączką wzmacniaczy w tym przedziale cenowym. Brak sekcji cyfrowej to jak widać właściwy kierunek wybrany w trakcie konstruowania tej niepozornej integry. Wzmacniacze tego typu producentów często są niesłusznie pomijane przy wyborze, pokutuje przy tym przekonanie "im więcej dostanę, tym lepiej". Testowany wzmacniacz nie stroi się w piórka, nie obiecuje cudów i kilkunastu bajerów świata cyfrowego. Za kwotę na jaką zostaje wyceniony, wydaje się być interesującym wyborem i przy tym uczciwie wyliczonym. No może poza jednym... jak będę chciał pobiegać, znam kilka świetnych klubów, gdzie stoi kilka rzędów solidnych bieżni. Niedaleko mojego domu jest też park, gdzie mogę biegać. Niekoniecznie jest to przyjemne w pokoju odsłuchowym, gdzie pilot hmmm... po prostu powinien być i już! Wzmacniacz firmy ONIX może być kolejnym krokiem w świecie audio dla tych, którzy szukają czegoś nietuzinkowego, często sprzętu nie będącego "na świeczniku" każdego salonu audio. Jeśli znudziły Was kolorowe naklejki u konkurencji, krzyczące ile to funkcji i jaki to gęsty plik dany wzmacniacz nie obsługuje, szukacie solidnej do tego analogowej konstrukcji mającej potencjał do dobrego brzmienia - bierzcie bez obaw do testów A55 MKI. Wielu z Was nie będzie już szukać czegoś więcej na tym etapie drogi i przy tym przedziale cenowym. Nie dziwię się, że wzmacniacz ten otrzymał tytuł najbardziej opłacalnego zakupu. Analog za takie pieniądze, do tego z takim brzmieniem... świetny wybór! Czy na złoty medal niczym złoto Otylii? Sądzę, że nie bez powodu pokrętło głośności nie jest złote... srebro uczciwie zdobyte! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Sprzęt do testów dostarczyła firma Audiotrendt z Krakowa. Audiotrendt ul. Sołtysowska 35A / LU 1, 31-589 Kraków. +48 509 188 477 +48 791 063 315 e-mail: [email protected] https://audiotrendt.com.pl Technicznie "sadystycznie": Tranzystory mocy 2SC2837/2SA1186 na kanał. Kondensatory Nichicon „Gold Tune” 2 x 10000 uF/63 V Transformator toroidalny Plitron “Audio” 300 W Zmotoryzowany potencjometr Alps „Blue Velvet” Specyfikacja: Mocy wyjściowa: 2 x 55W RMS (8 Ohm) – 2 x 100W RMS (4 Ohm) Pasmo przenoszen: 10Hz – 30kHz (-0,5dB) Czułość wejściowa: 350mV/47Kohm Stosunek sygnał/szum: >88dB (A weighted) Separacja kanałów: >51dB THD: 0,005% (3W/8Ohm) Wymiary (S x G x W): 430 x 372 x 91 mm Waga: 8,7 Kg Pobór mocy: 300W Napięcie zasilania: 220V-240V AC Przedwzmacniacz gramofonowy: Gain: 37 db Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/-0,25dB Stosunek sygnał/szum : – 83 dB THD: <0,03% Odchyłka RIAA: +/- 0,5% Napięcie wyjściow: 250 mV Impedancja wyjściowa: 100 Ohm Czułość/impedancja/pojemność wejścia: 3,5 mV / 47K Ohm / 220Pf Overload: 22 dB Rekomendowane napięcie wkładki: from 2,5 mV to 5 mV output
  17. 2 points
    Maj za nami, mamy czerwiec a wraz z nim małe podsumowanie tego, co działo się w Magazynie. Ze względu na ilość materiałów jakie trafiają do Magazynu, nie sposób przedstawić wszystko, co miało miejsce w Magazynie, a obejmuje ostatni miesiąc. Wybraliśmy więc kilka najważniejszych tematów z całego maja, które zasługują na szczególne wyróżnienie. Na początek chcemy raz jeszcze pochwalić się rozpoczęciem (już oficjalnie) współpracy z zespołem Studia U22 z Warszawy. Staliśmy się dzięki wzajemnym staraniom oficjalnym partnerem medialnym dla wydarzeń, jakie mają miejsce na Alejach Ujazdowskich 22. Rzecz jasna idą za tym nie tylko reportaże pisane, ale także nasza obecność m.in. z kamerami i aparatami w trakcie najciekawszych wydarzeń. W tym także z miejsc zaprzyjaźnionych, a obejmujących promocję muzyki i artystów. W maju AudioStereo zawitało z aparatami i kamerami do Studia U22 i Warszawskiego Klubu SPATiF : Było sporo rozdanych wejściówek oraz płyt, w tym rewelacyjny album zespołu Metallica "Ride The Light" Oczywiście dziękujemy Wam wszystkim za udział w dyskusji, a zwycięzcy raz jeszcze gratulujemy. Mamy nadzieję, że czarna płyta umila wieczory z muzyką. Pisaliśmy też o świetnym (już trzecim) albumie formacji Chonabibe. Jest warty polecenia i umieszczenia go w swojej kolekcji Marcin jak zawsze rzeczowo i w temacie. Tym razem pod lupę poszedł NAD C658. Czy warty zakupu... warto zapoznać się z testem: Nie obyło się bez nowinek ze świata gadżetów audio. Ludzie szukają prostoty i funkcjonalności, do tego chyba wszyscy nagle pokochali urządzenia bezprzewodowe: AudioStereo sprzętem stoi i na pewno w tym temacie się nic nie zmieni, a wręcz przeciwnie. Jak donoszą zaprzyjaźnione wiewiórki - wszystko jest na dobrej drodze, by ilość recenzji czy testów wzrosła na niespotykaną skalę. Dzięki staraniom Administracji w tym samego Właściciela, już za kilka dni w Magazynie ruszy ogromna ilość opisów testów. Będą to nie tylko pisane recenzje z zawartymi zdjęciami, AudioStereo wchodzi w świat cyfrowych mediów i zamierzamy przygotowywać dla Was wideo recenzje z najciekawszych - wybranych testów czy premier. Dlatego też uruchomiliśmy dla naszych czytelników kanał YouTube, na którym już wkrótce znajdziecie m.in.: testy sprzętu audio (Hi-Fi, High End) i akcesoriów, ale także sporą dawkę muzyki: https://www.youtube.com/channel/UC3pTKO4lxespX5SiY28p-Tw Na naszym kanale można też będzie znaleźć wywiady z wybranymi artystami i zapisy ciekawych koncertów oraz wydarzeń kulturalnych. Byliśmy z aparatami na GREEN ZOO FESTIVAL, który jak co roku zauroczył wszystkich swoim klimatem: Od początku poważnej reaktywacji Magazynu AudioStereo w marcu tego roku odwiedziliście nas łącznie ponad 10 tysięcy razy! Dziękujemy Wam za udział w życiu Magazynu i liczymy na Wasze pomysły, podpowiedzi i propozycje rozwoju. Jesteśmy otwarci na Wasze wszystkie pomysły i sugestie. Czerwiec zapowiada się wyjątkowo pracowicie, nie odpoczywamy i nadal będziemy dokładać starań, by Magazyn rozwijał się w jak najbardziej szerokim zakresie. Raz jeszcze dziękujemy Wam za odwiedziny i... do podsumowania czerwca 2019! AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
  18. 2 points
    Mieliśmy ostatnio okazję testować i recenzować dla Was system składający się z przetwornika cyfrowo-analogowego i wzmacniacza hybrydowego. Do dziś jesteśmy pod wrażeniem możliwości brzmieniowych sprzętu, który zaskoczył nas na odsłuchach swoimi możliwościami. Cały tekst znajdziecie tu: Obecnie dzięki uprzejmości Dystrybutora na nasz kraj produktów firmy Lector, mamy możliwość zobaczyć jak prezentował się sprzęt Włoskiej marki w Monachium. Trzeba przyznać, że w tym roku produkty marki Lector prezentowały się świetnie i zachęcały do bliższego poznania oraz odsłuchu. Na dniach przyjdzie nam gościć i testować odtwarzacz CD Włoskiej manufaktury. Dodatkowo dzięki uprzejmości p. Asi i p. Kamila z Lector Audio Polska trafią do nas akcesoria odpowiedzialne za walkę z wibracjami w świecie audio. Będzie więc sporo się działo, a w najbliższym czasie podzielimy się z Wami naszymi spostrzeżeniami z tych testów na łamach Magazynu AudioStereo oraz zostanie opublikowany na naszym nowym kanale YT film, prezentujący dostarczony nam sprzęt i akcesoria. AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Zdjęcia: Dystrybucja Lector Audio na Polskę http://www.lectoraudio-poland.pl
  19. 2 points
    Z czym kojarzą się Włochy? Z dobrą kuchnią - koniecznie spaghetti czy z szybkimi autami - zdecydowanie czerwone Ferrari! Jest jeszcze karnawał w Wenecji i wspaniałe zabytki. Od dziś, komu będzie mało tych wszystkich Włoskich wspaniałości - do listy powinien dodać jedną pozycję - dobre granie spod znaku Lector Audio. Na próżno chodząc po sklepach z elektroniką audio szukać produktów oznaczonych tym logo. Ktoś zapewne stwierdzi "jeśli byłoby to takie dobre, to każdy by oferował ten sprzęt w swoim sklepie". A ja zapytam, czy w każdym mieście jest salon wspomnianej marki Ferrari? Czy w każdym mieście serwują prawdziwą, tą wyborną Włoską kuchnię? No właśnie! Dobre rzeczy nie wymagają narzucania się w każdej witrynie sklepu, wręcz przeciwnie - ich wyjątkowość polega na budowaniu swoistej aury tajemniczości i niedostępności. Tu oczywiście zaznaczę, że każdy może stać się właścicielem systemu, czy poszczególnych elementów z logo Lector, bo nie są to produkty reglamentowane (jak swego czasu cukier na kartki). Polski dystrybutor zapewne spełni każdą możliwą zachciankę klienta w temacie produktów firmy, ale (i słusznie) przyjął podejście założyciela firmy i jednocześnie swoistego guru audio - jako wyznacznik dystrybucji sprzętu - "dobre rzeczy trafiają do świadomych klientów, dla których nie sklepowa witryna czy półka jest istotna, a możliwości brzmieniowe sprzętu audio". Dr Claudio Romagnoli nie jest "kolejnym" człowiekiem, który pewnego dnia zapragnął zawładnąć rynek audio i buduje plan ekspansji na wszystkich możliwych rynkach. To człowiek wyjątkowy nie tylko w rozumieniu świata audio, ale w swej niezwykłej codzienności. Wykłada na Uniwersytecie w Szwajcarii matematykę i fizykę kwantową. Jest przy tym jednym z członków stowarzyszenia Swiss Engineering. Jego współpraca w świecie audio obejmuje takie znane nam marki jak Pearl Evo czy Sonus Faber. Komu będzie mało - niech dołoży do tego projekt układu wydechowego Maserati i projekt pokoju odsłuchowego sygnowany logo Ferrari. Rzecz jasna test nie obejmuje popisu założyciela marki Lector, bez względu na to jak nietuzinkowym jest człowiekiem. I zapewne można by o nim napisać nie jeden artykuł, a całą książkę. Dziś jednak tak mały wycinek informacji o założycielu firmy musi wystarczyć, by już na wstępie zaakceptować fakt niezwykłości jednego człowieka, który swoją niezwykłą osobowość przelewa na swoje produkty. I tu wracamy do pytania "dlaczego sprzęt z logo firmy Lector nie jest dostępny w każdym sklepie". Bo wyjątkowość tego sprzętu nie wymaga takiej formy sprzedaży. Od tego mamy osoby od podstaw zaznajomione z każdym szczegółem produktu, historią marki i doskonałą wiedzą o założycielu Lector Audio Strumenti. Z takimi też osobami przyszło nam kontaktować się przez ostatnie kilka tygodni. Ludzie absolutnie oddani pasji do audio i oddani dobremu brzmieniu, pani Asia i pan Kamil to osoby przenoszące swoją miłość do sprzętu wyjątkowego i jednocześnie są to osoby potrafiące nie tylko obronić swój wybór argumentami, ale co najważniejsze - zarazić innych tą miłością do Lector'a i dobrego brzmienia. Jeśli wstęp wydał się komuś za długi, lub jest niecierpliwy - proponuję przejść do podsumowania. Niestety nie da się wyjątkowych produktów, sprzętu szytego pod oczekiwania osób szukających dobrego brzmienia - opisać w dwóch zdaniach. Dlatego też i nasz test wyjątkowo trwał dłużej niż zwykle, za co w tym momencie raz jeszcze serdecznie dziękujemy w/w osobom z Lector Audio Polska. Dodam tylko, że pomimo wszystko warto przysiąść nad całym tekstem - nie ze względu na artykuł i słowo pisane, ale ze względu na istotne informacje, jakie staraliśmy się zawrzeć o tym interesującym sprzęcie i samej firmie. Od 1982 roku w firmie Lector panuje złota zasada "żadnego marketingu!". I tak też podeszliśmy do tego testu, nie z obowiązku przedstawienia produktu czy (co byłoby gorsze) wypromowania jakiejś firmy i znalezienia na produkt klientów. Nic z tych rzecz! Cały artykuł potraktowaliśmy jako podzielenie się swoimi wnioskami występując w roli (czasowych) użytkowników systemu Lector, zaznaczmy używając słów dystrybutora w Polsce - "systemu szytego na miarę osoby szukającej dobrego brzmienia". Do naszych testów trafił system składający się ze wzmacniacza hybrydowego Lector ZXT-70 oraz przetwornika cyfrowo-analogowego Digitube S-192. Otrzymaliśmy też do podłączenia okablowanie w postaci przewodu głośnikowego Black Cat Cable seria Matrix 3232 (2.5 metra) i interkonekt RCA 3202 (1 metr). Zgodnie z tym, co już wspominałem w/w przewody wg. słów dystrybutora miały zapewnić synergie, oddać w pełni możliwości systemu Lector. Mówi się "zobaczymy i sprawdzimy". Tak wzmacniacz hybrydowy jak i DAC dotarły do nas w słusznej wielkości kartonach. Sprzęt opakowany na czas transportu solidnie i nie pozostawiający absolutnie żadnych wątpliwości co do bezpieczeństwa na czas transportu. Wszystko na swoim miejscu. Nasz popularnie ostatnio nazywany unboxing rozpoczęliśmy od hybrydowego wzmacniacza. Ta ręcznie składana we Włoszech hybryda (warte zaznaczenia - każdy sprzęt Lector'a składany jest ręcznie na zamówienie, żadnych fabryk w Chinach - żadnych oszczędności) już przy pierwszym kontakcie wzrokowym sprawia pozytywne wrażenie. Już na sam początek design urządzenia jest inny, niż modelu ZXT-60. Pozbawiony drewnianych boczków stał się przy tym po bokach obły, na swój sposób nowoczesny i mniej nawiązujący do klasyki audio lat 80 XX wieku. Czy to dobrze, czy źle - każdy oceni wg. własnych potrzeb i własnego gustu. Na pewno nie należy w kwestii wyglądu czynić zarzutów - jest nowoczesny na tyle, by przyciągał wzrok. Jednocześnie nie jest zbyt wymyślny i w swej formie nazbyt krzykliwy, by po kilku latach stanowił powód do utyskiwania. Wyciągamy i... waga. Ta może nie zrobi wrażenia na posiadaczach wielkich monobloków, ale jak na gabaryty - waga wskazuje na realną zawartość elektroniki, nie audiofilskiego powietrza - 13 kg więc jest co wyciągać z pudła. Przechodzimy do panelu przedniego. Dwa dosyć duże, chromowane pokrętła w postaci selektora wejść oraz ustawienia głośności może nie dominują w sposób nader przesadny, ale stanowią bardzo istotny element na frontowej ściance. Tu znów należy się odwołać do osobistych gustów, jednak w przekonaniu większości z osób jakie w ciągu tych kilku tygodni miały okazję oglądać (i słuchać) wzmacniacz - całość wygląda bardzo nowocześnie i jest miłe dla oka. Chromowe pokrętła umieszczone na czarnym, przednim panelu prezentuje się bardzo interesująco. Pozytywne natomiast wrażenie sprawia ich praca - czuć opór, co powoduje w przypadku użytkowania oczywiste ułatwienie. Jesteśmy w stanie dosyć precyzyjne ustawić wymaganą głośność. Jest to kompletnie odmienne podejście do tak istotnej kwestii z punktu codziennego użytkowania od ostatnio recenzowanego Cambridge Audio Edge, w którym pokrętło głośności scalone z selektorem źródeł sprawia wrażenie, że za chwilę odpadnie lub zostanie nam w rękach (ze względu na zbyt duże luzy). W przypadku testowanego ZXT-70 pokrętło głośności działa w sposób precyzyjny i przewidywalny, dając nam już od pierwszych chwil pełną kontrolę nad tym, z jaką głośnością chcemy słuchać muzykę. Na przednim panelu znajdziemy też świecącą diodę sygnalizującą pracę wzmacniacz, ta bardziej "jest" i siłą świecenia oraz barwą nie przeszkadza nawet przy odsłuchach późną porą. Tylny panel zdecydowanie przemawia do audiofilii kochających z jednej strony minimalizm, z drugiej zaletę posiadania odrobinę więcej ilości przyłączy. Ilość gniazd RCA jest więcej niż wystarczająca, a ich jakość nie pozostawia żadnych zastrzeżeń. Mamy więc aż pięć wejść, dwa wyjścia oznaczone jako TAPE oraz co będzie dla niektórych osób ważne - pasywne przejście do kolejnych urządzeń audio. Sporo jak na codzienne oczekiwania nawet wymagającego użytkownika. Mamy też (jak to w przypadku wzmacniaczy bywa) porządnej klasy przyłącze do przewodów głośnikowych. Ilość pozostawionego wolnego miejsca wokół gwarantuje podłączenie nie tylko solidnych i grubych przewodów głośnikowych, ale bezproblemowe podłączenie przewodów konfekcjonowanych z myślą o np. Bi-Wiring. Po prawej klasyczne gniazdo przeznaczone do kabli zasilających - nic nowego, rzecz oczywista. Cały design może się podobać, nie jest przesadny w swej formie, delikatnie robi ukłon w stronę ludzi szukających odrobinę zmiany i delikatny powiew nowoczesności. Od góry znajdziemy bardzo ładnie wycięte otwory wentylacyjne, które więcej dodają niż odejmują górnemu panelowi. Pozostają nam obłe boczki. O ile sam ich kształt jak już pisałem powyżej - jest miłym dla oka akcentem XXI wieku, o tyle włącznik urządzenia znajdujący się z lewej strony rodem z taniego radyjka - mnie nie przekonał. Gotów byłbym zrobić wszystko, by przenieść go bliżej tyłu niż zostawić w obecnej formie (blisko przedniego panelu), ale może to swoiste skrzywienie osoby, dla której symetria w przedmiotach codziennego żytku oraz w otoczeniu jest bardzo istotna. No cóż, nie ma w życiu idealnych rzeczy zobaczymy więc, czy zrekompensuje to odsłuch. Dla naszej dziennej wygody otrzymujemy pilot. Niewielki i sprawiający wrażenie, że w swej wielkości może nie jest dopasowany do stojących na półce urządzeń. Lecz uwierzcie mi na słowo - sprawuje się wyśmienicie. Zapewne ideą przy tworzeniu pilota była jego prostota i minimalizm na rzecz czystej funkcjonalności. Jeśli ktoś chciałby stawiać temu zarzut - niech powstrzyma się, na rynku bowiem małe piloty stanowiły już nie raz powód do zachwytu, a w przypadku niektórych - próbowano wręcz kopiować design. Tu nie mamy ani kopii, ani dużego pilota. Jest tyle, by nie zabierało nam zbytniej przestrzeni na stole czy obok nas w trakcie odsłuchów. Drugim z urządzeń jest przetwornik cyfrowo-analogowy Digitube S-192. Ten DAC pracujący w czystej klasie A idealnie kształtem nawiązuje do wzmacniacza ZXT-70 i obydwa urządzenia są idealnie stworzone dla siebie pod względem designu. Przód jest prosty i czytelny. Nie wymaga nawet długiego czasu do namysłu, by wiedzieć "o co chodzi". Mamy niewielki przycisk INPUT, którym dokonujemy wyboru źródła z jakim DAC ma pracować, każde z nich oznaczone jest kolejną cyfrą i diodą w kolorze identycznym jak te użyte we wzmacniaczu. Po prawej - wyświetlacz sygnalizujący nam tryb pracy. Jak na tego typu urządzenie - więcej z przodu oczekiwać wręcz nie wypada. Tył za to cieszy oczy od pierwszej chwili! Mamy wszystko, co chcieć powinniśmy. Jest podwójne wejście COAXIAL, AES/EBU, mamy TOSLINK. Do tego USB do podłączenia komputera jako źródła. Przy okazji mamy także wyjście cyfrowe w standardzie COAXIAL. Po prawej gniazda wyjścia RCA do wysłania sygnału wprost do wzmacniacza. Na tylnej obudowie znajdziemy informację, że w naszych rękach posiadamy konwerter 32 bitowy o maksymalnej częstotliwości 192 kHz. W obecnych czasach może wydawać się to na tle konkurencji "niewiele", ale z ręką na sercu - ilu z czytających te słowa korzysta z plików o znacznie wyższych parametrach? A najistotniejsze pytanie brzmi - w jak dużym stopniu przekłada się to na rzeczywistą jakość brzmienia. Boczki jak w hybrydowym wzmacniaczu - akcentują swoją nowoczesność i stanowią formę miłą dla oka. Po lewej stronie natrafiamy na już opisany we wzmacniaczu przełącznik. No cóż, nie będę się pastwił (nad sobą?) nad urządzeniem, ale teraz przynajmniej jak postawię przetwornik z prawej strony - uzyskam pseudo symetrię (istnieje coś takiego?), mając obydwa przełączniki z tej samej strony. Obydwa urządzenia z logo Lector'a podłączamy dostarczonym nam okablowaniem. Black Cat Cable seria Matrix 3232 okazały się być nowe, więc postanowiliśmy nie męczyć siebie i dać im czas na wygrzanie. Przewody RCA wpięliśmy pomiędzy wzmacniacz, a DAC - dając im ten sam dodatkowy czas pracy na wygrzanie. Dodatkowe elementy systemu to w głównej mierze kolumny, które zmienialiśmy w trakcie trwania testu oraz źródła w postaci komputera i odtwarzacza CD. Test rozpoczęliśmy od wsłuchania się w najbardziej nam znane "kawałki muzyczne". Nie budowaliśmy w swojej głowie żadnego wyobrażenia przed odsłuchami, pozwoliliśmy na to, by muzyka po prostu płynęła. Za źródło w pierwszej kolejności posłużył nam komputer (MacBook Pro) z zainstalowanym programem Audirvana+. I... i byłbym nieuczciwy wobec samego siebie, gdybym napisał, że muzyka właśnie nie płynęła. Nie siliła się, nie mocowała z głośnikami. Wzmacniacz spokojnie budował scenę na tyle, by poczuć się jak w przytulnym klubie. Klubie, w którym z przyjemnością przychodzimy posłuchać muzyki, gdzie czas spędzamy ze świadomością tego, ile znaczy dla nas muzyka. W świecie Lector Audio Strumenti nie liczą się perfekcyjnie zagrane wysokie tony, tam ich nie znajdziecie. Tak wzmacniacz jak i DAC przekonuje nas (do tego słusznie), że perfekcja w muzyce zawsze oznacza całkowicie coś innego. I nie jest to zarezerwowane dla drogich urządzeń, nie oznacza to też potrzeby inwestowania majątku w dziesiątki pośrednich urządzeń w systemie, by poczuć muzykę. Tutaj wszystko po prostu gra. Górne zakresy dają się słyszeć, nie atakuja nas i nie męczą. Nie mamy poczucia ataku naszych uszu i nie musimy też zapraszać naszych czworonożnych pupili do drugiego pokoju w obawie o ich słuch. Nic z tych rzeczy! Muzyka w zakresie górnych częstotliwości układała się z resztą pasma, serwując delikatnie smaczki, nie opuszczając niczego co istotne. Więcej, wzmacniacz nie zabierał nam nic z prezentacji droższych systemów, jednak mieliśmy poczucie nie tyle mniejszej ilości detali - co ich uspokojenia. Poukładanie muzyki - tak można ująć w dwóch słowach prezentację muzyczną systemu Lector. Jeśli na początku wspominaliśmy o Ferrari i Wenecji, to zamiast toru wyścigowego z super szybkim autem - wyobraźcie sobie Wenecję. Gdzie płynąc w gondoli macie poczucie czerpania przyjemności z każdej chwili. ZXT-70 jak gondolier, zdaje się przy tym nie męczyć, nie śpieszyć i daje nam czas na czerpanie przyjemności z wycieczki po świecie muzyki. Średnie są umiejscowione w sposób należyty na scenie, ale bez wychodzenia do przodu. Tutaj nie oczekujmy wokali sprawiających wrażenie, że artystka śpiewa nam wprost do ucha. W kinie cecha pożądana, gdzie lektor musi być czytelny i niezagłuszony efektami specjalnymi. W muzyce wokal jest częścią - nie sednem prezentacji. Oczywiście są utwory skupiające naszą uwagę na głosie artysty i tutaj hybryda Lector'a realizuje to w sposób jak najbardziej właściwy. Jedyne czego nie znajdziecie to ogromnej sceny, po której artysta poruszałby się niczym Mercury po Wembley. No cóż, koncertowe granie to nie jest, pora więc wrócić na ziemię i usiąść wygodnie w naszym ulubionym klubie, gdzie muzyka płynie tak, jak to lubimy najbardziej. Kiedy odsłuchiwałem Annę Marię Jopek z jej rewelacyjnego albumu "Farat", dało się czuć klimat i wyrażane emocje. Wybór zresztą świadomy, bo gdybym miał dziś wybrać się do klubu i poczuć emocje - Ani głos i repertuar albumu "Farat" byłby idealny, by poczuć to, co w muzyce najważniejsze - emocje. Tak, system Lector'a buduje klimat i daje emocje przez duże "E". Jeśli przychodzi mu zmierzyć się z perkusją - realizuje to w sposób adekwatny do rodzaju muzyki i samego nagrania. Tam, gdzie realizator dołożył "swoje 3 gorsze" i niskie mają zatrząść fotelem - Lector nie udaje i nie serwuje nam na pół gwizdka niskich. Jest moc, jest powietrze, są niskie. Wszystko zależy od samych głośników, bo wzmacniacz sprawiał w testach wrażenie, że nie zabraknie mu mocy nawet przy solidnie zaznaczonych niskich, gdzie stopa perkusisty nie oszczędzała się. Niskie to szereg różnych składowych na całość, nie mamy wrażenia jednolitości i zlepku dźwięków. Jest ta wręcz oczekiwana różnorodność. Oczywiście nie daliśmy wzmacniaczowi zadań niemożliwych do zrealizowania. Nasze kolumny głośnikowe nie należały do przesadnie wymagających i sięgających niebotycznego pułapu cenowego. Ale też nie taki był cel testu, by zamęczyć wzmacniacz konstrukcjami kilka razy droższymi i wymagającymi dużych oraz prądożernych końcówek mocy. Wzmacniacz pokazywał co oznacza muzyka w naszym sercu, niekoniecznie jako wyobrażenie w naszej głowie. I piszę o tym w rozumieniu na plus dla konstrukcji. W głowie zazwyczaj każdy z nas ma "wyrobioną" prezentację i kreuje oczekiwania brzmienia. Wystarczy przejść się do dobrego klubu czy na koncert z kameralnym klimatem. Nasze wyobrażenie znika, wciągamy się coraz bardziej w muzykę naszym sercem. Tak, Lector Audio Strumenti oferuje swoiste narzędzia do pokochania muzyki, nie sprzęt audio mający nas zaskakiwać swoją koncertową prezentacją czy kinowymi efektami każdych instrumentów. Bohemian Rhapsody w formie koncertowego wydarzenia musicie pozostawić innym urządzeniom, lub najlepiej udać się do dobrego kina. Dobry wieczór przy muzyce? Na odsłuch wzięliśmy Rhye i album "Woman". Utwór "Last Dance" wywołał ogromną porcję pozytywnych emocji. Odpłynąć z muzyką - to chyba największa rekomendacja dla urządzenia. I może gdybym przy tym był sam... ale w odsłuchach brała udział większa ilość osób. Za każdym razem wracaliśmy do kilku utworów sprawdzić, czy rzeczywiście "tak to dobrze brzmi", czy może to urok minionego dnia. No cóż... i te słowa kieruję do dystrybutora na Polskę - Panie Kamilu, zabiera Pan dorosłym mężczyznom "zabawkę" dającą niesamowitą przyjemność ze słuchania muzyki. Jeśli mi ktoś nie wierzy, proszę posłuchać "Verse" z w/w albumu! Pora na zmianę, z głośników Harbeth przechodzimy do konstrukcji o odmiennej filozofii budowy i samej prezentacji muzyki. To, co znów na plus - nawet zmiana na najnowszą konstrukcję firmy Monitor Audio model 300 Gold nie przynosi "uszczerbku" na przyjemności ze słuchania muzyki. Może nie jest tak przytulnie i miękko, a wstęga dodaje ciut więcej niż "normalne" konstrukcje "swojego" w brzmieniu. Nadal jednak czujemy klimat dobrego grania, gdzie muzyka ma nas nie tyle czarować efektownymi wstawkami, ile oczarować swoją różnorodnością. Nie bylibyśmy sobą, gdyby nie wyciągnąć naszego okablowania i wpiąć zamiast (nazwijmy to) "dedykowanego" i zalecanego przez dystrybutora. Bo w końcu po to czasem służy sprzęt, by szukać odpowiedzi "jak zagra" z czym innym. Zmieniła się w niewielkim stopniu barwa. Wpływ na to ma sam przewodnik - z miedzi na srebro, nie oszukujmy się - różnice musiały być i były słyszalne. Przyznam rację dystrybutorowi - synergia pomiędzy urządzeniem, a okablowaniem jest istotna i nie może być pomijana kwestia tego, jakie kable są wpięte w nasz system. Oczywiście, nasze poszukiwanie ograniczyło się do zmiany okablowania z jednego producenta na drugiego. Być może włączając w system jeszcze inne okablowanie - kolejnej marki - mielibyśmy szansę odkryć coś nowego, zapewne też inaczej brzmiącego. Pytanie tylko na co odkrywać koło na nowo, skoro system złożony z tego, co proponuje Lector Audio Polska zgrał się wyśmienicie, czego dowodem była zmiana jaką uzyskaliśmy po wpięciu naszych (zaznaczmy - droższych) kabli. Po zmianie okablowania nie poszliśmy ani na krok do przodu pod względem jakości, otworzyła się w stopniu minimalnym góra i uzyskaliśmy nieznacznie bardziej otwartą średnicę. Lecz brzmienie ze względu na srebro jako przewodnik w naszym odczuciu - wiele straciło. Na tyle, że z przyjemnością wróciliśmy do poprzednich konfiguracji z Black Cat Cable. DAC Lector'a to przetwornik, który spisuje się wyśmienicie nie tylko w połączeniu ze wzmacniaczem tej samej firmy. Mieliśmy okazję podłączyć go do wzmacniaczy innych firm (w tym Moon'a). Pozostaje napisać - "klasa A sama w sobie". Nie czujemy cyfrowej naleciałości czy swoistej nerwowości. W sumie ciężko nawet napisać, z czym by się nie sprawdził ten przetwornik, bo jakość uzyskiwana na wyjściu jest tak duża, że na pewno sporo doda pod względem jakości w Waszych systemach. Nie będzie ujmował niczego w posiadanym systemie. Łącząc DAC z odtwarzaczem CD (który miał wbudowany DAC) słychać było różnicę w jakości. Nie dziwmy się więc, że sporo osób decyduje się na rezygnację z wbudowanych przetworników w swoich odtwarzaczach, na rzecz osobnych elementów w torze audio. Tutaj płaci się za to, co jest namacalne i słyszalne. Odtwarzacz CD po podłączeniu do Digitube S-192 zyskał na barwie, na dociążeniu i masie. Zeszła swoista suchość nagrania, która dominuje w przypadku tańszych odtwarzaczy. Zamiast "grania" odtwarzacz podał dane cyfrowe, a DAC od Lector'a zrobił to, czego oczekujemy od dobrej klasy przetworników - pokazał muzykę. Przyszedł ten moment, w którym należy wstać i wyjść z klubu, i to pomimo tego, że muzyka tak ujmuje nas i nasze serce. Przychodzi więc i taki czas, kiedy trzeba wszystko spakować i czekać na kuriera... a sprzęt mający tak wielki potencjał rozkochiwania ludzi w muzyce - musi wrócić do dystrybutora. Smutny niestety to czas. Tak, to nie jest sprzęt, w którym zakochacie się "bo jest w każdym sklepie". To nie jest sprzęt, w którym zakochacie się, bo koncerty AC/DC zabrzmią na nim, jak koncert tego zespołu w Poznaniu. Nic z tych rzeczy. Nie wykreujecie sceny 40 metrowej w szerz z ZXT-70, nie będziecie przy tym mieli poczucia wielkości sali koncertowej niczym w trakcie finału Konkursu im. Fryderyka Chopina. Wzmacniacz jak na hybrydę tej klasy przystało - zagra nawet ciężkie brzmienie - nie udając przy tym tego, czym nie jest. Lector okaże Wam muzykę - z całym drivem w przypadku rocka, z nutką emocji i nostalgii (jak na albumach u Ani Jopek). Płyty Vangelisa czy Vollenwaidera zaskoczą wszystkich bogactwem różnorodności brzmienia, bogactwem dźwięków. Dźwięków, które wydają się bliższe faktycznym, bardziej neutralne - ale nie pozbawione emocji. Jeśli miałbym postawić tak wzmacniacz jak i DAC po jednej ze stron ciepła czy zimna - byłaby to zdecydowanie strona ta cieplejsza. Ale nie sztucznie zmiękczana i usilnie nas przekonująca "nie potrzeba w muzyce życia". Jest blask w tym brzmieniu i swoboda kreowania tego. Ale nie dominuje to nad przekazem, stanowi swoiste zaznaczenie i pokazanie "muzyka jest różnorodna". PODSUMOWANIE: Lector to przygoda z muzyką, to gondola nieśpieszna wrażeń od pierwszej chwili. Jesteśmy zaproszeni do swoistej podróży po "Wenecji" naszych marzeń, gdzie czas przemija wolniej, a wszystko co cenne i zapewne do tej pory ukryte - nagle zdaje się nabierać prawdziwej wartości. W systemie przygotowanym przez Lector Polska taką wartością jest muzyka. Ta prawdziwa, nie wykreowana przez nasze oczekiwania. Kupując tak wzmacniacz jak i DAC (a najlepiej wspólnie) otrzymujecie bilet do bardzo długiej podróży, gdzie nie skupiacie się na sztucznie generowanych emocjach przez tłum nas otaczający. Poznacie wartości ważniejsze, spokój i piękno z płynącej muzyki. I tylko wieczorem nie przesadzajcie z pokrętłem głośności. Faith no More potrafiło pomimo delikatnego oporu chromowanego pokrętła pompować masę powietrza, a opór był tylko pozorny i to tylko ze strony błyszczącego - chromowanego pokrętła. Wzmacniacz nie stawiał najmniejszego oporu i zdawał się przy tym nie czuć nawet odrobinę "zmęczony". Można napisać - bawił się dźwiękami tym bardziej, im bardziej my czerpaliśmy z tego przyjemność. Są urządzenia drogie i tanie, jest ogromny wybór na rynku. Jak na kramie "dla każdego coś dobrego". I jest Lector, który nie kocha się w strojeniu piórek na bazarze. On będzie stał dumnie w salonie każdego melomana, który zna pojęcie "dobra muzyka". Ten sprzęt nie potrzebuje ładnego baneru reklamowego, kolorowych wystaw. Teraz już wiecie dlaczego Lector nie konkuruje na sklepowych półkach z innymi markami o kawałek podłogi? Nie musi o to zabiegać, zauroczy Was nie tyle sobą co muzyką. Na tyle, że na koniec naszej (w tym mojej) przygody z tym sprzętem - zapomniałem jak bardzo psioczyłem na początku na przełącznik zasilania. Po kilkunastu godzinach nie było to istotne i gdyby nawet zdecydowano się umieścić go z przodu - jakoś bym to przeżył. Z bólem serca, ale w tym wszystkim to muzyka stanowiła by sedno mojej zapewne długiej przygody z Lector Audio Strumenti. Czy kochacie Włoską kuchnie czy nie, zapewne pokochacie sprzęt ze znaczkiem "Lector". Włosi to nie tylko przygoda z czerwonym Ferrari i wycieczki gondolą po Wenecji. Od 1982 roku to muzyka przez duże "M" i właśnie emocje z nią związane. Może pora przestać szukać brzmienia i skupić się na muzyce, jeśli taki macie plan w życiu - wiecie więc gdzie zadzwonić i zrealizować swoje plany. Zatęsknimy za sprzętem Lector Audio, to pewne. Ale cóż stoi na przeszkodzie by zwolnić miejsce i przed długimi, zimowymi wieczorami nie przygotować w swoim domu prywatnego klubu z muzyką, dobrą muzyką. Nie trzeba będzie nigdzie wychodzić, a z Lector'em umilającym nam czas - znajomi sami będą przychodzić! Cena katalogowa: ZXT 70 - 8500 złotych. DAC Digitube S-192 - 9500 złotych. Coś od technicznej strony: Wzmacniacz posiada w pre 2 lampy 6922/Ecc88 Moc wyjściowa: przy 8 ohm - 70 Watt na kanał i aż 100 Watt przy 4 ohm. DAC Digitube S-192 pełne wyjście lampowe klasa A. lampy wyjściowe ECC 81 i ECC 83. Pomiary (za Lector Audio): http://www.lector-audio.com/DTS192.htm Sprzęt godny polecenia wszystkim zmęczonym wiecznym poszukiwaniem "lepszego brzmienia". Dla tych, którym muzyka gra w sercu od dłuższego czasu, a nie siedzące w głowie wyobrażenie o muzyce. Świetna także propozycja dla wszystkich początkujących melomanów, którzy chcą uniknąć niepewnych inwestycji i ciągłego gonienia za mitycznym króliczkiem. Za sprzęt do testów dziękujemy dystrybutorowi marki Lector. Wielkie podziękowania dla p. Asi i p. Kamila za cierpliwość. http://www.lectoraudio-poland.pl AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
  20. 2 points
    Ostatnio wspominaliśmy o nowym teledysku, piękne wykonanym i równie kontrowersyjny - pod wymowną nazwą "Deutschland". Co oczywistym, materiał filmowy zapowiadał nadejście nowego albumu formacji dowodzonej przez Tilla Lindemanna. I tak też się stało, że po 8 latach oczekiwania do rąk fanów zespołu trafi nowy album zespołu. W trackie wywiadu jaki miał miejsce kilka miesięcy temu, Kruspe (gitarzysta Rammstein) przyznał, że materiał na nową płytę był miksowany przez Rocha Costey'a (współpracował mn. z MUSE). Richard zapowiedział przy tej okazji, że zespól zamierza nakręcić 5 nowych teledysków związanych z planowanym na ten rok albumem. Jest więc mocna zapowiedź po 8 latach oczekiwania! Nowy album o nader (jakby) oryginalnej nazwie "Rammstein", to materiał nad którym zespół pracował od 2015 roku. Trochę więc czasu zespół poświęcił i z pierwszych materiałów jakie mamy - jest na co czekać. Czy jednak nowe utwory zyskają taką popularność, jak: "Amerika", "Pussy" czy rewelacyjne "Du Hast"... zobaczymy. Album ukaże się w połowie maja (dokładnie 17), a za dystrybucję w naszym kraju odpowiada Universal Music. Płytę obecnie znajdziecie w przedsprzedaży. Polecamy! Rammstein - "Rammstein" (2019) Tracklista: 1. DEUTSCHLAND 2. +ADI+ 3. ++++ DICH 4. A+S+Ä+D+R 5. ++X 6. P+PP+ 7. +AS +CH ++E++ 8. +IA+AN+ 9. WE++ WE+ 10. +A++OO 11. +ALL++ANN AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  21. 2 points
    Jak zapewne zauważyliście nasz Magazyn się zmienia. Strona główna jest teraz bardziej przejrzysta. Dostęp do podziału według kategorii jest nadal dostępny. Napiszcie proszę jak Wam się podoba. Sprawdzamy różne widoki szablonów: Jednak pozostaniemy chyba przy tym, którego obecnie używamy. Oczywiście będzie jeszcze dopracowany.
  22. 1 point
    O ile mnie pamięć nie myli obiekt dzisiejszej recenzji jest bodajże pierwszą konstrukcją o napędzie bezpośrednim jaka do tej pory zagościła w naszej redakcji. Oczywiście na samym forum frakcja akolitów czysto vintage’owych, bądź stanowiących raz mniej, raz bardziej udane wariacje na temat kultowych Technicsów jest nad wyraz aktywna, jednak na same testy nic takowego do nas nie dotarło. Co ciekawe, nawet w pełni zautomatyzowana Audio-Technica AT-LP3 posiadała napęd paskowy. Kiedyś jednak musi być ten pierwszy raz, więc niepotrzebnie nie przeciągając wstępniaka pozwolę sobie jedynie zaanonsować, iż tytułowy, sygnowany przez Audio Technicę model AT-LP120XUSB może pochwalić się właśnie Direct-Drivem, a tym samym niejako otwiera nowy rozdział naszego magazynu. I jeszcze tylko w ramach niezobowiązującej dygresji młodszym miłośnikom analogu pragnąłbym przypomnieć, iż oprócz ww. sposobów przenoszenia napędu na talerz historia zna jeszcze trzecią metodę – poprzez kółko pośredniczące czyli „iddler drive” obecne np. w cieszącym się w pełni zasłużoną popularnością Lenco L75. Uwspółcześniona, bo warto dodać iż AT-LP120XUSB jest udoskonaloną wersją AT-LP120-USB (mniej uważnym czytelnikom wyjaśniam, iż chodzi nie tylko o „X” w nazwie, lecz również inne rozmieszczenie przycisków, lampki i wkładkę – dotychczas AT-95E), 120-ka utrzymana jest w nazwijmy to „klasycznie DJ-skiej” stylistyce. W budzącej zaufanie swą wysokością plincie zamontowano nowy silnik DC, na którego oś zakładamy solidny, odlewany aluminiowy talerz i dedykowaną filcową matę. Ramię to aluminiowa „eSka” uzbrojona we wkładkę AT- VM95E Dual Magnet zamontowaną na firmowym headshellu AT-HS6. Od strony ergonomicznej trudno o większą intuicyjność. Lewy róg okupuje obrotowy włącznik główny z czerwonym stroboskopowym wskaźnikiem prędkości i trudny do przeoczenia przycisk Start/Stop, oraz dwa mniejsze odpowiedzialne za wybór prędkości obrotowej, za regulację której odpowiada z kolei usytuowany wzdłuż prawej krawędzi suwak obsługujący zakres +/-8% lub +/-16% a o blokadę dba stabilizowany kwarcowo Pitch Lock. Miłym dodatkiem jest niewielka lampka montowana w gnieździe „słuchawkowym” (jack) oświetlająca obszar umieszczania wkładki na płycie. W stosownej wnęce na „plecach” plinty umieszczono parę wyjść analogowych RCA, zacisk uziemienia i port USB, gdyby kogoś naszła ochota na digitalizację posiadanej płytoteki. Do wykonania tej operacji Audio-Technica zaleca darmowe oprogramowanie Audacity, ale nic nie stoi na przeszkodzie sprawdzić w boju produkty konkurencji. Niby jest z tym nieco więcej zabawy aniżeli w przypadku praktycznie bezobsługowego Denona DP-450USB https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-zrodla/denon-dp-450usb-r695/ , ale biorąc pod uwagę blisko dwukrotną różnicę w cenie nie ma co drzeć szat. Konstrukcję posadowiono na czterech plastikowych elastycznych a jednocześnie umożliwiających w miarę precyzyjne wypoziomowanie nóżkach a w komplecie nie zabrakło praktycznej, uchylnej akrylowej pokrywy. Bardzo pozytywne wrażenie robi również zaskakująco masywny i solidny zasilacz. Jak to zwykle u Japończyków bywa gramofon przychodzi nie tylko świetnie zapakowany, co w stanie gwarantującym, że od momentu rozpieczętowania pudła, do chwili uruchomienia bez zbędnego pośpiechu nie powinien upłynąć nawet kwadrans. Montaż jest w pełni intuicyjny, dokładnie rozrysowany (oczywiście w instrukcji) i nawet osobom wkraczającym w świat analogu nie powinien nastręczać najmniejszych trudności. Ot po wypakowaniu zarówno napędu, jak i wszystkich poukrywanych we wnękach styropianowego profilu akcesoriów wystarczy wypoziomować korpus, założyć na oś silnika talerz i matę a następnie uzbroić ramię w fabrycznie zamontowaną na headshellu wkładkę, ustawić przeciwwagę i anty-skating. Następnie ogarnąć kabelkologię, wybrać, czy będziemy korzystali z zewnętrznego, czy wbudowanego phonostage’a i zabrać się do słuchania. A właśnie słuchanie. Ponieważ dostarczony przez dystrybutora - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design egzemplarz wydawał się być fabrycznie „nieśmiganą” nówką pierwszych kilkanaście „przebiegów” wykonałem na sucho – w tzw. międzyczasie słuchając innego źródła a zamontowaną na 120-ce wkładkę docierając na którymś z wydanych przez węgierski Hungaroton albumie „Omegi”. Dopiero po takiej rozgrzewce zabrałem się do bardziej krytycznych sesji z nieco bardziej współczesnymi tłoczeniami i repertuarem. Na pierwszy ogień poleciały trzy granatowe krążki – dwupłytowy „Wasteland” Riverside i „Cure For Pain” Morphine. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z rodzimym, wyśmienicie podanym i zagranym prog-rockiem z wszelkim dobrodziejstwem inwentarza, czyli zarówno z zagmatwanymi tempami, jak i osadzonymi we floydowskiej stylistyce łkającymi gitarami. Nie da się ukryć, że przy tego typu muzyce źródło pozbawione umiejętności stworzenia odpowiednio napowietrzonej i obszernej sceny, przy jednoczesnym pamiętaniu o solidnym basowym fundamencie nie ma za bardzo czego szukać. Tymczasem uzbrojona w nową wersję 95-ki Audio-Technica całkiem dziarsko sobie radziła z rzucanymi jej pod nogi muzycznymi kłodami. Oczywiście w skali bezwzględnej bardziej ambitne przetworniki MC mają zdecydowanie więcej w tej materii do zaoferowania, lecz proszę mieć na uwadze, iż mowa o wkładce za około 250 PLN a nie przynajmniej dziesięciokrotność owej kwoty. Dlatego też z twardo będę stał przy zdaniu, iż za te pieniądze efekt jest zaskakująco pozytywny. Jest drive, mikro i makro dynamika a bas przyjemnie masuje trzewia. Nieco wyżej poprzeczkę stawia trudna do definiowania mieszanka Rocka, jazzu i bluesa spod znaku Morphine, gdzie prócz w miarę normalnej perkusji, bas potrafi mieć tylko dwie struny a pierwsze skrzypce gra … saksofon barytonowy. Tutaj bowiem akcent postawiony został na feeling, flow i barwę, z czym budżetowy Japończyk również nie miał najmniejszych problemów, oferując gęsty i mocny przekaz z sugestywnie wyeksponowaną średnicą i soczystymi barwami. W podobnej stylistyce zaprezentowany został „You Want It Darker” Leonarda Cohena z niezwykle namacalnie poprowadzonym wokalem i świetną równowagą pomiędzy jedwabistością i chrypką nieodżałowanego barda. Pół żartem pół serio przy tak nastrojowym materiale detale natury technicznej przestają mieć jakiekolwiek znaczenie a dla osób chcących poczuć odmieniana ostatnimi czasy przez wszystkie przypadki „magię analogu” trudno o lepszy przykład. Powyższe uwagi dotyczą grania z fabrycznie zamontowanego phonostage’a, gdyż przesiadka na zewnętrzną, wyższej klasy jednostkę wprowadza ww. konstrukcję na zdecydowanie wyższy pułap. Oczywiście w dalszej perspektywie wydaje się rozsądnym pomyśleć również o wymianie samej wkładki, co powinno zapewnić użytkownikom długie lata względnego spokoju i mozolnego budowania własnej płytoteki. Śmiem twierdzić, iż Audio Technica AT-LP120XUSB jest konstrukcją ze wszech miar bardziej przyjazną nieopierzonym akolitom czarnej płyty aniżeli oparte o napęd paskowy modele. Jej montaż i kalibracja nie wydaje się bardziej skomplikowana od zestawu popularnych duńskich klocków z przedziału wiekowego 12+ a solidność wykonania daje nadzieję na długą i bezawaryjną pracę. Ponadto nie należy zapominać o dźwięku, który w tym segmencie jest naprawdę bardzo konkurencyjny i wart zainteresowania. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³; Accuphase P-4500 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 199 PLN (czarny), 1 099 PLN (srebrny) Dane techniczne Wkładka: AT-VM95E (MM) Headshell: AT-HS6 Typ: manualny Silnik: DC Napęd: bezpośredni Dostępne prędkości: 33-1/3 RPM, 45 RPM, 78 RPM Regulacja obrotów: +/-8% lub +/-16% Talerz: odlew aluminiowy Nierównomierność obrotów:: <0.2% WRMS (33 RPM) Odstęp sygnał/szum: >50 dB Pre-amp “PHONO”: 4 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wyjście liniowe: 240 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wzmocnienie wbudowanego przedwzmacniacza: 36 dB, krzywa RIAA Pobór mocy: 2.75 W Wymiary (W x S x G): 141,6 x 452 x 352 mm Waga: 8.0 kg
  23. 1 point
    Krakowski Klub RE przygotował w najbliższym czasie "wysyp" imprez, które w jesienne (oby nie zimne) wieczory zapewne przypadną do gustu wszystkim tym, dla których muzyka na żywo stanowi numer jeden w obcowaniu z muzyką. Do tego fantastyczna atmosfera Klubu RE i... mamy świetne pomysły na udane wieczory. Zgodnie ze słowami osoby związanej z RE: "różnorodna propozycja zapewne zainteresuje spore grono wielbicieli dobrego grania, na pewno warto pojawić się osobiście w klubie RE". A kto na scenie? 07.10 - Pvssymantra x enjoy life presents: Into the Light https://www.facebook.com/events/499568347289236/ 10.10 - Sean Nicholas Savage https://goingapp.pl/evt/2146919/sean-nicholas-savage-ca?fbclid=IwAR3qhAiDedIWjkdqK0JaEl_5gw5rcfSKQ8bA5NYRz9rvcaLoLg8SvuSH-Bc 18.10 - Enchanted Hunters https://goingapp.pl/evt/2144493/enchanted-hunters?fbclid=IwAR3quuW5C7w-lAOnSUur8YDv__sn5geJ4-vmfIsZTdcKdBv47Pdwr0YQm_E 19.10 - Wynik Współpracy Showcase https://goingapp.pl/evt/2151855/wynik-wspolpracy-showcase?fbclid=IwAR0BtG7KMcTl-A-XGRze427fkNlkzHsYqApQUXj88b7b5t1JwLhUB6Wsteo 23.10 - BNNT is Jacek Sienkiewicz + Kee Avil https://goingapp.pl/evt/2162908/bnnt-is-jacek-sienkiewicz-kee-avil-ca?fbclid=IwAR10SKEpXSULwUB_I35rPLEuZeM9YsRrNeaWlXECubVsZeopUEzqWZDhhpM 26.10 - Dziewczęta + mona polaski + Nowomowa https://goingapp.pl/evt/2162909/dziewczeta-mona-polaski-nowomowa?fbclid=IwAR0TJlxfTkBSHYrnc2w_zystLhY0qFUiMG9j_NmfGuLAs2AtvnVELuz1Vnw AudioRecki Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy Cyprianowi z https://www.frontrowheroes.com
  24. 1 point
    50 lat temu 8 sierpnia nikt nie spodziewał się, że wydawałoby się zwykły spacer jednego z najsłynniejszych zespół świata przejdzie do historii pop kultury. Członkowie zespołu The Beatles wyszli tego dnia z EMI Recording Studios (Londyn) i przechodząc przez przejście dla pieszych zostali sfotografowani przez Iain'a Macmillan'a. Dziś już to kultowe zdjęcie trafiło na okładkę albumu „Abbey Road”, który to w tym roku doczekał się jubileuszowej reedycji. Kolejnym jakże znaczącym faktem dla historii zespołu i zapewne historii muzyki faktem było to, że album „Abbey Road” był ostatnim , którym John, Paul, George i Ringo nagrali razem jako zespół. Na dwóch płytach znajdziemy takie utwory jak "Come Together", "Oh! Darling", "I Want You (She’s So Heavy)" czy "Maxwell’s Silver Hammer" Nowa edycja „Abbey Road” to kolejne z cyklu wznowień, które obejmowały już takie pozycje jak „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” oraz „The Beatles”. Album będzie dostępny w sprzedaży od 27 września. Za inspirację do powstania materiału dziękujemy firmie Winylownia.pl https://winylownia.pl AudioRecki Abbey Road (50th Anniversary Edition) CD/CD+Blu-Ray/Płyta winylowa (2019) CD 1: 2019 Stereo Mix 1. Come Together 2. Something 3. Maxwell’s Silver Hammer 4. Oh! Darling 5. Octopus’s Garden 6. I Want You (She’s So Heavy) 7. Here Comes The Sun 8. Because 9. You Never Give Me Your Money 10. Sun King 11. Mean Mr Mustard 12. Polythene Pam 13. She Came In Through The Bathroom Window 14. Golden Slumbers 15. Carry That Weight 16. The End 17. Her Majesty CD 2: Sessions 1. Come Together (Take 5) 2. Something (Studio Demo) 3. Maxwell’s Silver Hammer (Take 12) 4. Oh! Darling (Take 4) 5. Octopus’s Garden (Take 9) 6. I Want You (She’s So Heavy) (Trident Recording Session & Reduction Mix) 7. Here Comes The Sun (Take 9) 8. Because (Take 1 Instrumental) 9. You Never Give Me Your Money (Take 36) 10. Sun King (Take 20) 11. Mean Mr Mustard (Take 20) 12. Polythene Pam (Take 27) 13. She Came In Through The Bathroom Window (Take 27) 14. Golden Slumbers/Carry That Weight (Takes 1–3 / Medley) 15. The End (Take 3) 16. Her Majesty (Takes 1–3)
  25. 1 point
    W telegraficznym skrócie - jak "wiewiórki" donoszą w Krakowie wszystko gotowe na jutrzejszy przyjazd naszego mistrza elektroniki - Marka Bilińskiego. Wydarzenie to związane jest z promocją reedycji pierwszej płyty artysty "Ogród Króla Świtu". Dotarły do nas informacje, że tak sama oprawa jak i sprzęt, na którym będzie odtwarzana muzyka ma być najwyższych lotów. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić widząc to, co już zostało zrobione. O wydarzeniu w Nautilusie wspominaliśmy już na łamach naszego Magazynu, a o samym wydawnictwie informowaliśmy Was już kilka tygodni temu Trzeba przyznać, że scenografia przygotowana z myślą o spotkaniu z muzykiem nawet na samych zdjęciach robi wrażenie, a na żywo po prostu wygląda obłędnie! Dla nieobecnych, którym z różnych przyczyn nie będzie dane uczestniczyć w jutrzejszym wydarzeniu - na miejscu będzie "nasz aparat". Dzięki pomocy Rafała przygotujemy w Magazynie audiostereo fotorelację z całej imprezy. Wszystko wskazuje na to, że będą to wyjątkowe chwile dla fanów muzyka i jego twórczości. Za pomoc w realizacji materiału i udostępnienie zdjęć dziękujemy właścicielowi firmy https://nautilus.net.pl AudioRecki
  26. 1 point
    Początek września to dla małoletnich koniec letniej laby i powrót do szkolnego kieratu a dla dorosłych nad wyraz bolesne zderzenie z szarą rzeczywistością, permanentnymi korkami i perspektywą jesiennej depresji. Nie inaczej było dzisiaj, gdy Warszawa stanęła w gigantycznym zatorze, jaki ku uciesze ogółu zafundowały służby odpowiedzialne za organizację wizyty Wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednym słowem istny Armagedon. Całe szczęście powyższe przeciwności losu nie pokrzyżowały misternych planów Audio Klanu, który właśnie na pierwszy poniedziałek września przygotował oficjalną premierę najnowszego wzmacniacza zintegrowanego norweskiej marki Hegel – modelu H120, którą poprowadził dyr.ds. sprzedaży i marketingu Anders Ertzeid. W telegraficznym skrócie pozwolę sobie na krótką charakterystykę 120-ki, której oficjalne wprowadzenie na rynek planowane jest co prawda dopiero w okolicach czwartego kwartału b.r., jednak jak widać na niniejszym przykładzie, machina marketingowa już nabiera rozpędu. Tytułowa integra jest bowiem następcą Röst-a, na co z resztą wskazują m.in. iście bliźniaczy wygląd, jak i większość parametrów technicznych. Pozory jednak mylą, gdyż choć H120 bazuje na platformie, którą wykorzystywał Röst, to poddano ją dość gruntownej modyfikacji a największy nacisk położono na sekcję cyfrową. Otóż „dawcą organów” przetwornika cyfrowo-analogowego w 120-ce jest „starszy stopniem” H190, co stanowi znaczną poprawę w stosunku do Röst-a. Niby nadal nie doczekaliśmy się znanej z H390 i H590 obsługi DSD i MQA, a i sam proces dekodowania, przynajmniej na razie, nie jest bit-perfect, ale podobnie jak u jego starszych braci możliwa jest aktualizacja oprogramowania przez Internet, oraz za pomocą menu ekranowego. A skoro wspomniałem o GUI, to z jego poziomu bez najmniejszego problemu można uzyskać zarówno adres IP (konieczny przy instalacjach z obszaru domowej „intelihgencji”), jak i dokonać indywidualnej konfiguracji wszystkich wejść, ustawić maksymalny i początkowy poziomu głośności dla wyjścia słuchawkowego oraz głośników głośnika a nawet aktywować wybudzanie za pośrednictwem sieci lokalnej. Krótko mówiąc użytkownicy Spotify i AirPlay mają do niego dostęp „po sieci”. H120 wykorzystuje również autorski system Hegel SoundEngine 2 zapewniający wysoki współczynniku tłumienia (pow. 2000) przy wyjątkowo niskim poziomie zniekształceń (< 0,01%). Sam wzmacniacz prezentuje się można by rzec „firmowo”, gdyż oczywista unifikacja formy i dopasowanie do starszego rodzeństwa nie pozwoliło na zbytnią ekstrawagancję . I tak, zwartą bryłę o lekko wypukłym froncie ozdobionym czytelnym, błękitnym wyświetlaczem i dwiema gałkami – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą za głośność usadowiono na trzech nóżkach. Na ścianie przedniej znajdziemy jeszcze wyjście słuchawkowe (układ o znacznie obniżonym poziomie szumów w stosunku do tego znanego z Röst-a). Płytę górną nad wyraz szczodrze ponacinano, gdyż zbalansowany stopień wejściowy pracuje w klasie A, a i całemu układowi warto zapewnić odpowiednią cyrkulację powietrza. Ściana tylna odzwierciedla zmieniające się czasy i oczekiwania docelowych odbiorców. Wejścia analogowe są trzy – para XLRów i dwie pary RCA supportowane przez wyjścia (RCA) z przedwzmacniacza na zewnętrzną końcówkę mocy, za to domenę cyfrową reprezentuje „złota piątka” - Coax, 3 x Toslink, USB i Ethernet. Krótka próbka możliwości brzmieniowych 120-ki nad wyraz dobitnie wykazała, że norweskie 2 x 75 W / 8 Ω potrafi wygenerować zarówno niezwykle sugestywną ścianę dźwięku, jak i czarować delikatnością i eterycznością. W przygotowanym przez organizatorów torze, oprócz MacBooka Andersa z zainstalowanym Roonem, znalazły się: przwwód USB Nordost Tyr2, przewód zasilający AudioQuest Firebird High Current, głośnikowe AudioQuest Robin Hood Zero i kolumny Bowers&Wilkins 703 s2. Biorąc pod uwagę wybitnie obiadową porę prezentacji Organizatorzy oprócz doznań natury duchowej zadbali również o sferę cielesną, zapewniając możliwość uzupełnienia tak płynów, jak i spalonych podczas podróży kalorii. Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, jeśli na zakończenie wspomnę, iż Anders Ertzeid zapowiedział swoją obecność na listopadowym Audio Video Show, więc będzie okazja, by spotkać się z Nim i porozmawiać zarówno o 120-ce, jak i pozostałej ofercie Hegla. Marcin Olszewski Charakterystyka techniczna: Moc wyjściowa: 2 x 75 W / 8 Ω Minimalne obciążenie: 2 Ω Wejścia analogowe: 1 zbalansowane XLR i 2 niezbalansowane RCA Wejścia cyfrowe: Coax, 3 x Toslink, USB, Ethernet Wyjście pre-out: para RCA Pasmo przenoszenia: 5 Hz - 100 kHz Stosunek sygnału do szumu: >100 dB Przesłuch: < -100dB Zniekształcenia: < 0,01% przy 50 W, 8 Ω 1 kHz Intermodulacja: < 0,01% (19 kHz + 20 kHz) Współczynnik tłumienia: > 2000 Wymiary ze stopami (W x S x G): 10 x 43 x 31 cm Waga: 12 kg
  27. 1 point
    Spotkania z muzykami stanowią swoistą odskocznie od muzyki odsłuchiwanej tak w domu, jak i tej na koncertach. Nie ma chyba nic cenniejszego dla melomana, jak możliwość spotkania się z artystą, zamienienia kilku słów czy możliwość sygnowania posiadanego albumu przez jego twórcę (czy twórców). A im bardziej kameralna atmosfera, tym spotkanie wydaje się być bliższe naszym oczekiwaniom. Tym razem na przeciw wszystkim tym, dla których tak muzyka Marka Bilińskiego jest bardzo bliska, wychodzi firma Nautilus. Dzięki staraniom i ścisłej współpracy z mistrzem markiem wszyscy zainteresowani mają okazję wziąć udział w niecodziennym wydarzeniu. Niecodziennym z kilku powodów, jednym z powodów jest samo miejsce - wyjątkowe ze względu na możliwości prezentacji muzycznej (sprzęt i akustyka), drugim powodem spotkania z mistrzem jest zbieżność terminów wydania reedycji pierwszego albumu Marka Bilińskiego "Ogród króla Świtu". Pomimo kameralnej atmosfery, spotkanie ma charakter otwarty i każdy zainteresowany twórczością Marka Bilińskiego, reedycją "Ogrodu Króla Świtu czy możliwością odsłuchu muzyki na wysokiej klasy sprzęcie audio jest mile widziany w progach salonów audio firmy Nautilus. Oddajmy więc "głos" osobie, dzięki której udało się doprowadzić do spotkań z Polskim prekursorem muzyki elektronicznej" "Szanowni Państwo Chcieliśmy zaprosić na wyjątkowe spotkanie z p. Markiem Bilińskim, które odbędzie się w naszym salonie w Warszawie oraz w Krakowie. Spotkania odbędą się w miłej dla każdego melomana i jednocześnie kameralnej atmosferze. Prosimy uprzejmie o potwierdzenie obecności oraz miejsca w którym chcą Państwo wziąć udział w wydarzeniu." Spotkania z mistrzem Markiem odbędą się w dwóch różnych terminach i dwóch miastach. Szczegóły na infografice: AudioRecki
  28. 1 point
    Faceci w maskach potrafią wciągnąć swoją muzyką nawet osoby nie do końca preferujące cięższe brzmienie. Tym bardziej po 5 latach posuchy z ich strony informacja o nadchodzącej płycie jest warta odnotowania. Napisać trzeba szczerze, bez względu na to jak dobrym okazał się album ".5: The Gray Chapter" (a album jest naprawdę doskonały), zapewne większości fanów kapeli Slipknot już się mocno osłuchał. Nadchodzący, szósty już w dyskografii zespołu album "We Are Not Your Kind" zapowiada się nie mniej interesująco i jak się przy okazji premiery okazuje, prace nad nim powierzono naprawdę kilku znanym nazwiskom. Czyżby kolejny hit i tytuły "złotej płyty" lub notowania na szczytach listy "Billboardu"? Wszystko wskazuje, że nowa płyta ma ogromne szanse na wielki sukces. Nad brzmieniem nowej płyty pracował sam Greg Fidelman, a Jim Root tak mówi o płycie: "Nigdy wcześniej nie mieliśmy tyle czasu na pracę nad płytą i wspólne jej dopracowanie. Tym razem jedną z głównych inspiracji dla mnie byli artyści, którzy myśleli w kontekście całych albumów, nie tylko pojedynczych piosenek. Choć przemysł muzyczny zmierza w stronę singli, Slipknot idzie wbrew temu trendowi. Zależy nam na doświadczeniu przez fanów całej płyty". Nowe wydawnictwo zawiera 14 świetnie skomponowanych i zagranych kawałków, a sprzedaż w naszym kraju rozpoczyna się już za 3 dni - 9 sierpnia. Polecam AudioRecki Slipknot "We Are Not Your Kind" (2019) lista utworów: 1. Insert Coin 2. Unsainted 3. Birth Of The Cruel 4. Death Because Of Death 5. Nero Forte 6. Critical Darling 7. Liar’s Funeral 8. Red Flag 9. What’s Next 10. Spiders 11. Orphan 12. My Pain 13. Not Long For This World 14. Solway Firth
  29. 1 point
    Kiedy pada nazwa zespołu KORN na myśl przychodzą ich doskonałe „Freak on a Leash”, „Here to Stay” oraz fenomenalne "Right Now!". Czas jednak leci, a KORN nie pozostawia złudzeń, że te wszystkie wygrane, nominacje i zajmowane miejsca w różnych rankingach nie są przypadkiem. Zespół w ostatnim czasie mocno pracował nad nowym materiałem, co w efekcie końcowym przyniosło na światło dzienne nowe wydawnictwo muzyczne. Nowy album "Nothing" zapowiada się jeszcze lepiej od poprzedniej płyty, a wartym odnotowania jest fakt, że następca "The Serenity Of Suffering" został ponownie wyprodukowany przez Nicka Raskulinecza. Premierę płyty "The Nothing" zaplanowano na 13 września tego roku. Kto lubi ciężkie brzmienie powinien bezwzględnie zaplanować sobie w swoich wydatkach w/w album, zapowiada się naprawdę świetny album. Wystarczy posłuchać materiału promującego nową płytę: Jonathan Davis o albumie: „Głęboko wewnątrz Ziemi żyje nadzwyczajna siła. Tylko nieliczni są świadomi wielkości/ważności i znaczenia tego miejsca, gdzie dobro/zło, ciemność/jasność, błogość/cierpienie, strata/zysk oraz nadzieja/rozpacz istnieją jako jedność, wyrywając nam każdy moment z naszego życia. Jest to miejsce, gdzie jasne i ciemne moce przytwierdzają się do naszej duszy i wpływają na nasze emocje, wybory, postrzeganie i w końcu na całe nasze istnienie. Jest to małe królestwo i jedyne miejsce, gdzie istnieje balans pomiędzy tymi dynamicznymi siłami – gdzie dusza znajduje swoje schronienie. Witajcie w „The Nothing”.” AudioRecki KORN "Nothing" (2019) Tracklista: 1. The End Begins 2. Cold 3. You’ll Never Find Me 4. The Darkness IS Revealing 5. Idiosyncrasy 6. The Seduction Of Indulgence 7. Finally Free 8. Can You Hear Me 9. The Ringmaster 10. Gravity Of Discomfort 11. [email protected] 12. This Loss 13. Surrender To Failure
  30. 1 point
    Czwartkowy dzień to wyjątkowe dla nas wydarzenie, które można określić jako "spotkanie z muzyką", przy czym nie z taką muzyką, jaką sobie wyobrażamy. Firma z tradycją w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale co istotne - jednocześnie łącząca nowoczesność - zaprosiła Magazyn AudioStereo, by podpatrzeć produkcję płyt z muzyką. Nie byle jakich płyt - bo płyt winylowych, które od pewnego czasu przeżywają swoją drugą młodość i słusznie. Do WM Fono zaproszeni zostaliśmy wraz z prezesem D. Skrzypczakiem, który w swoim zwyczaju, już na miejscu przygotował "właściwy grunt" pod rozmowy obejmujące "dalsze plany współpracy". Nie przeszkadzając "górze" w rozmowach, dzięki uprzejmości p. Kasi i nieocenionej pomocy p. Daniela - udałem się z aparatem do części produkcyjnej budynku. Już na pierwszy rzut oka doszło do mnie, że budynek WM Fono z zewnątrz nie wydaje się tak duży, jakim jest w rzeczywistości. Labirynt korytarzy, pomieszczeń i magazynów. Do tego ludzie - pracujący przy maszynach oraz wędrujący z wózkami pełnych płyt. Pomimo hałasu maszyn, szumu sprężonego powietrza - każdy uśmiechnięty i co równie miłe - pozdrawiający "obcego przybysza" w swojej firmie. Piszę o tym nie bez powodu, bo po przywitaniu z p. Adamem, który odpowiada za część produkcji płyt winylowych - zwrócił mi uwagę na ważną dla WM Fono sprawę. Jest to firma ludzi, którzy tworzą dla ludzi. Tak, pomimo z jednej strony nowoczesnych rozwiązań, w tej firmie stawia się na człowieka jako ważny element przy powstawaniu płyt. I nie jest to bez znaczenia dla końcowego produktu, ale o tym za chwilę. WM Fono to firma ze sporymi tradycjami posiadająca nie mało, bo aż 28 lat historii i doświadczenia. Od prawie trzech dekad oferuje usługi w zakresie tłoczenia nośników optycznych CD oraz DVD. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale firma jest jedyną tłocznią winyli w Warszawie oraz pierwszą, istniejącą od lat 90. w Polsce. Z tradycjami i odniesieniem do tradycji wiąże się jeszcze jedna kwestia - WM Fono stawia na sprawdzone i najlepsze rozwiązania, przy tym odwołując się wprost (w przypadku winyli) do złotej ery "czarnej płyty". W budynku WM Fono znajdziecie unikaty na skalę światową, jedyne takie maszyny używane do produkcji naszych ulubionych płyt. Maszyny z "duszą", które pamiętając lata 60 przypominają nam, że w dobie cyfrowych platform i świata plików - analogowe brzmienie muzyki daje i dziś ogromną przyjemność. Produkcja płyty winylowych w WM Fono odbywa się na maszynach Hamilton i Lened inc., przy pełnej kontroli jakości ludzi przy nich pracujących. I tu znów wracamy do roli człowieka w Warszawskiej tłoczni, który na różnych etapach odpowiada za najwyższą jakość końcowego produktu. W trakcie rozmowy padło wiele szczegółów co do kolejnych etapów kontroli, w których to wyklucza się ewentualne wadliwe egzemplarze. Słowo "jakość" wydawało się, że pada nader często, przechodząc jednak do poszczególnych etapów okazywało się, że jest ono uzasadnione. Ale przedstawmy szczegóły, kontrola jakości podzielona jest na trzy etapy. Pierwszy to moment tłoczenia, w którym to osoba pracująca przy maszynie dokonuje wstępnej selekcji jakości otrzymanej z prasy płyty. Ważnym na tym etapie jest też fakt, że matryca jaką używa WM Fono jest typu DMM, a więc droższa ale dająca znacznie lepszą jakość tłoczenia. Oczywiście "nie tylko DMM", ale taka jest preferowana i za tym idzie konkretne uzasadnienie oraz "siła wielu argumentów". Kolejnym (zaznaczmy na tym etapie produkcji) elementem jest górna granica 500 sztuk wytłoczonych płyt z każdej matrycy. Rzecz jasna matryca umożliwia wykonanie znacznie więcej kopii (okolice 700 sztuk), ale stawiając na jakość - przyjęto graniczną liczbę na poziomie 500 kopii. Kolejnym, już drugim etapem kontroli tłoczenia płyt jest pokój dźwiękowca i jego "poświęcenie". Co 50 płyta trafia na jego ręce, by sprawdzić od strony użytkowej - przy odsłuchach - jakość uzyskiwanych kopii. Zapewne wielu z melomanów ucieszyłoby się na taką pracę... osobiście nie jestem przekonany, czy chciałbym przesłuchiwać raz za razem tą samą płytę przy okazji skupiając się na detalach i szczegółach - wyłapując ew. błędy. Trzecim i ostatnim elementem kontroli jakości jest strefa konfekcji. Osoby odpowiedzialne za pakowanie płyt (ręcznie, nie maszynowo!) sprawdzają z ogromną dokładnością każdą z pakowanych płyt. To na tym etapie następuje odrzucenie wszystkich tych, które mogłyby posiadać nawet najdrobniejsze ryski czy zawierać wady produkcyjne. Widząc zaangażowanie całego zespołu w uzyskanie jak najwyższej klasy nośnika śmiem wątpić, czy jakaś "wadliwa" sztuka "przemknie" przez tak gęste sito kontroli. Ważnym też i nie do pominięcia elementem w trakcie produkcji jest stygnięcie każdej z płyt. Produkcja oparta jedynie o maszyny w dużym stopniu upraszcza ten moment, jak się okazuje - mający wielkie znaczenie dla jakości samego nośnika. W WM Fono każda z płyt leżakuje aż 3 doby przed pakowaniem, by umożliwić jej w pełni odparowanie i uzyskanie od strony chemicznej - jednolitej struktury. "Nic na skróty" jak usłyszałem w trakcie rozmowy, a za tymi słowami padło "bo liczy się jakość i zadowolenie klienta". Po wizycie w tłoczni zdajemy sobie sprawę ile tak naprawdę zależy od człowieka, by produkt trafił do nas możliwie jak najlepszej jakości. A muzyka dla melomana stanowi sedno jego życiowej pasji. Nie dziwmy się więc w sklepach i kiedy sięgając po konkretne wydanie widząc ciut większą cenę niż innych płyt zerknijmy na to, gdzie płyta była tłoczona. Ma to ogromne znaczenie dla jakości i naszego zadowolenia, cena po prostu wynika z zaangażowania sztabu wykwalifikowanych ludzi, cena jest w tym przypadku gwarancją otrzymywanej jakości. Ktoś, kiedyś powiedział bardzo mądrze, że "życie za krótkie jest na byle jakość". Bycie melomanem to często nieustanne poszukiwanie czegoś wyjątkowego, czegoś co gwarantuje najwyższą jakość. Sięgając po płyty oznaczone logo WM Fono możecie być pewni, że tłoczą je maszyny "z duszą", a pracujący przy nich oraz na dalszych etapach produkcji ludzie dbają o najmniejszy szczegół, by klient końcowy - każdy meloman i fan dobrego brzmienia - otrzymał płyty najwyższej jakości. Wizyta w Warszawskiej tłoczni przebiegła w miłej atmosferze, w pewnym momencie nawet szum sprężonego powietrza i hałas maszyn wydał się nieistotny (a nawet niezauważalny). Skupiony na poznawaniu tego, jak powstaje nasza ulubiona "czarna płyta" i przyglądając się z jakim oddaniem pracują te wszystkie osoby przy każdym egzemplarzu płyty dostrzegłem zapomniałem o ilości tych wszystkich maszyn i pomieszczeń firmy. Czarna płyta stała się jeszcze bardziej bliska i "ludzka" od wszystkich plików, serwowanych tym wszystkim - dla których muzyka jest jedynie kolejnym plikiem i w ich przesadnie wielkich zbiorach zajmujących dziesiątki gigabajtów na dyskach. I może dla wielu z osób winyl jako nośnik muzyki stanowi swoisty "wymysł obecnych czasów", ale przy tym jak bliski w tym wszystkim jest człowiek i jak wiele musi się zdarzyć, by taka płyta trafiła do naszych rąk. Jeśli tylko poczujecie potrzebę czegoś więcej w muzyce, swoistego oddania się tej pasji, nie posiadacie przy tym gramofonu - dajcie się namówić na "starą, dobrą - czarną płytę". Nie zapomnijcie też sięgnąć po wydania (tylko) dobre, a te z logo WM Fono zapewne zagwarantują Wam na 100% jakość i raz jeszcze jakość muzyki. Za spotkanie w wyśmienitej atmosferze oraz oprowadzenie po całej firmie dziękuję raz jeszcze w imieniu całego AudioStereo. AudioRecki
  31. 1 point
    "The Eagle Has Landed" to pierwsza koncertowa płyta tego legendarnego zespołu i jakby nie patrzeć, zespół SAXON przez ostatnie dekady w pełni na miano legend sobie zasłużył. Kapela założona w 1976 roku do dziś wydała taką ilość albumów, że w kolekcji niejednego melomana zajmuje spokojnie jeśli nie jedną to co najmniej połowę półki z płytami. Panowie tworzą do dziś całkiem udane kompozycje, cieszące ich fanów i w ogóle fanów cięższego brzmienia oraz gitarowych riffów. Ich ostatni album studyjny "Thunderbolt" wydany w 2018 roku cieszył się całkiem sporą popularnością, zajmując np. w Niemczech aż 5 pozycje na liście. Każdy zapewne zna takie hity kapeli jak "Wheels of Steel", "Princess of the Night" czy "747 Strangers In The Nihgt", które stanowią swoistą wizytówkę zespołu SAXON, ale nie są to jedyne utwory zespołu cieszące się popularnością. Co ciekawe - większość kompozycji tego brytyjskiego zespołu cieszy się sporym uznaniem co zawsze przekładało się na spore zainteresowanie ich koncertami. I nie bez powodu, utwory SAXON w wersji koncertowej mają swój niezaprzeczalny klimat - w jeszcze większym stopniu przyciągając i czarując także w trakcie domowych odsłuchów. Wracając do "The Eagle Has Landed". Album oryginalnie wydany był w 1982 roku i odniósł wielki sukces i już w sierpniu ukaże się reedycja i to w wyjątkowej, specjalnej formie. Z okazji jubileuszu 40-lecia premiery zostało przygotowanych aż 40 utworów, osobiście wybranych przez frontmana kapeli - Biff'a Byford'a. Co warte zauważenia w przypadku utworów zamieszczonych na wydawnictwie - nie tylko wybranych przez Biff'a, ale wszystkie zostały określone jako specjalne edycje. Reedycja "The Eagle Has Landed" w nowej formie z okazji jubileuszu? Jak najbardziej! Patrząc na zawartość - będzie niezła gratka dla maniaków SAXON oraz fanów gatunku. Na rynku ukaże się potrójne CD w sześciopanelowym digipacku z 16-stronicową książeczką. Ukazać się ma także i winyl, a fani czarnego krążka dostaną możliwość wybrania box'u z pięcioma 180 gr. krążkami. Wszystkie płyty bedą zapakowane w świetnie wykonane pudełko z podnoszonym wiekiem, a w środku dodatkowo szczęśliwi nabywcy znajdą replikę tour passa, 40-stronicową książkę oraz kod do ściągnięcia materiału w formie plików cyfrowych. "The Eagle Has Landed" na naszym rynku do nabycia już 2 sierpnia 2019 roku. AudioRecki Tracklista (CD): CD 1 1. State Of Grace (Berlin 2007) 2. Red Star Falling (Berlin 2007) 3. Attila The Hun (Berlin 2007) 4. If I Was You (Sheffield 2007) 5. Witchfinder General (Berlin 2009) 6. Demon Sweeney Todd (Berlin 2009) 7. The Letter + Valley Of The Kings (London 2009) 8. Machine Gun (London 2009) 9. Live To Rock (Berlin 2009) 10. Hammer Of The Gods (Berlin 2011) 11. Back In '79 (Berlin 2011) 12. I've Got To Rock (To Stay Alive) [Berlin 2011] 13. Call To Arms (Berlin 2011) 14. Rock 'N' Roll Gypsy (Berlin 2011) 15. Chasing The Bullet (Berlin 2011) 16. Play It Loud (Berlin 2011) CD 2 1. Sacrifice (BYH Balingen 2013) 2. Night Of The Wolf (BYH Balingen 2013) 3. Conquistador + Drum Solo (BYH Balingen 2013) 4. Stand Up And Fight (BYH Balingen 2013) 5. Crusader (Wacken Open Air 2014) 6. Battalions Of Steel (Wacken Open Air 2014) 7. The Eagle Has Landed (Wacken Open Air 2014) 8. Power And The Glory (Wacken Open Air 2014) 9. Dallas 1PM (Wacken Open Air 2014) 10. Princess Of The Night (Wacken Open Air 2014) 11. Denim And Leather (Wacken Open Air 2014) CD 3 1. Eye Of The Storm (Zoetemeer 2015) 2. 747 (Strangers In The Night) With Phil Campbell (Helsinki 2015) 3. Killing Ground (London 2016) 4. Ace Of Spades With "Fast" Eddie Clarke (London 2016) 5. 20,000 FT. With Andy Sneap (San Antonio 2018) 6. Thunderbolt (San Antonio 2018) 7. Sons Of Odin (Los Angeles 2018) 8. This Town Rocks (Los Angeles 2018) 9. Nosferatu (The Vampire's Waltz) [Manchester 2018] 10. Predator (Manchester 2018) 11. They Played Rock And Roll (Stockholm 2018) 12. The Secret Of Flight (London 2018) 13. Battering Ram (London 2018)
  32. 1 point
    Gramofony z logo firmy Rega od lat stanowią znaczącą część rynku, gdzie płyta winylowa stanowi sedno audiofilskiego świata. Można wręcz napisać, że P3 istnieje na rynku tyle lat, ile zazwyczaj lat mają melomani "ciut młodszego" pokolenia. Czy za konstrukcją mającą już ponad trzy dekady idzie coś więcej, niż tylko doświadczenie firmy w budowie danego modelu? Czy jednak to wszystko, a w głównej mierze zaufanie klientów do marki i modelu przekłada się na rzeczywistą wartość brzmieniową i dobrze wykonaną konstrukcję? Dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa, mieliśmy możliwość sprawdzić co ma do zaoferowania Rega P3. Konstrukcja gramofonu nie odbiega znacząco od konkurencji w tym zakresie cenowym. Nie znajdziemy tutaj masywnej, ciężkiej konstrukcji opartej na automatyce, firma postawiła na minimalistyczną budowę opartą jednak o wysoką jakość wykonania, łącząc to wszystko z doskonałym brzmieniem. W stosunku do poprzedniego modelu przeprojektowano łożyska. Według producenta zwiększono jego trwałość poprzez wykonanie elementów wewnętrznych z mosiądzu. Kolejną jakże istotną i już na sam początek rzucającą się w oczy zmianą, jest niskopojemnościowy przewód zakończony dobrej klasy wtykami firmy Neutrik. Sam talerz wykonano ze szkła optycznego, a jego grubość pomimo faktu, że nie szokuje w stosunku do najdroższych modeli, jest całkowicie słuszna i zapewnia odpowiednią sztywność oraz niwelując ewentualne drgania. Grubość talerza wynosząca 12 mm w przypadku gramofonu z tego segmentu cenowego jest całkowicie akceptowalna i nie stanowi żadnego powodu do narzekań. Plinta gramofonu też nie jest masywna i nie tworzy wrażenia, że gramofon musi stać na specjalnym, równie masywnym stoliku przeznaczonym stricte pod gramofon. Pomimo relatywnie niewielkiej masy i grubości uzyskano doskonałą sztywność. Rdzeń znajdujący się wewnątrz jest pokryty kilkoma warstwami żywicy, a z zewnątrz całość pokryta jest akrylem. Daje to nie tylko gwarancję solidności wykonania, ale jednocześnie (tak jak w przypadku testowanego modelu) kolor czarny świetnie wygląda, zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach. Całość została od dołu i góry "spięta" metalową klamrą, której wizualnie nic nie można zarzucić. Stanowi wręcz swoistą ozdobę gramofonu i dodaje mu (subiektywnie) uroku. Kolejną zmianą jest ramię, obecna konstrukcja posiada oznaczenie RB330 i jeśli miałbym określić w jakim aspekcie zachodzą zmiany w stosunku do starszej wersji... musiałbym się sporo nagłowić. Zmiany bowiem są, ale jak dla mnie rzekłbym kosmetyczne i pomimo rzeczywistego wpływu na codzienną pracę (np. regulacja nacisku na igłę działająca odrobinę lepiej) można by stwierdzić, że Rega pozostawiła wszystko co dobre "bez większych zmian". I słusznie, bo dobre rzeczy nie należy (na siłę) zmieniać na rzecz "lepszego". Poprawki ułatwiające pracę ramienia czy zwiększającą kontrolę pracy nacisku są zawsze mile widziane, ale poza tym rzeczy sprawdzone i działające nie potrzeba wbrew pozorom zmieniać. Mała ewolucja, żadna rewolucja w przypadku tego elementu gramofonu. O samym ramieniu w materiałach reklamowych czytamy, że zostało "zaprojektowane z wykorzystaniem najnowszych technologii 3D CAD&CAM", a także pada deklaracja, że "jest kulminacją ponad 35 letniego doświadczenia w projektowaniu ramion gramofonowych." Tak więc zmiany są, ale nie odkryto niczego nowego i zaskakującego, co budziło by nasz zachwyt. Budowa całego gramofonu wydaje się więc nie odbiegać znacząco od tego, co już znamy od lat i zawsze było kojarzone z Brytyjską marką. Jakie więc zmiany dokonały się w samym brzmieniu? Tutaj jednym z najbardziej istotnych elementów mających na to wpływ jest wkładka. Przez wiele lat obcowania z gramofonami i maniakami "czarnych płyt" słyszałem wręcz opinię o tym, że to wkładka może ożywić muzykę z gramofonu... lub jej po prostu nie będzie. I przyznam szczerze, że w wielu sytuacjach tak właśnie było. W tej klasie sprzętu nie doszukujmy się drogiej wkładki, jednak to, co dostajemy już na start wydaje się być dla tego typu konstrukcji optymalnym rozwiązaniem. Oczywiście zawsze można lepiej i zachęcam do eksperymentowania z różnymi wkładkami, jednak otrzymany zestaw w tej kwocie nie budzi żadnych zastrzeżeń - Rega Elys2 sprosta większości wyzwaniom, jakie przeciętny meloman będzie stawiał tej konstrukcji w codziennej eksploatacji. Brzmienie, to ono decyduje o naszym wyborze gramofonu i/oraz wkładki. W tym przypadku piszemy o całości jako gotowym zestawie i na tym skupimy się w swoich odsłuchach. Do testów posłużyły płyty: Sorry Boys "ROMA", album z gatunku ambientu i muzyki eksperymentalnej Tomka Mreńca, Pink Floyd "The Division Bell"(180g) oraz muzyka z rodzaju ciężkiego brzmienia Metallica "Master of Puppets". Odsłuchy przeprowadzone zostały na wbudowanym pre we wzmacniaczu zintegrowanym ONIX (testowany już wcześniej w naszym magazynie) oraz wpinając w system przedwzmacniacz gramofonowy Rega Aria MM/MC i podpinając go do pre EDGE NQ firmy Cambridge Audio. Zabieg ten był celowy, bo w codziennej konfiguracji do systemu EDGE wpięty jest gramofon Alva TT, cenowo ustawiony znacznie wyżej od testowanej Regi P3. Zależało nam na bezpośrednim porównaniu zachodzących zmian w brzmieniu i stwierdzeniu jak dalece uda nam się dojść w temacie brzmienia z różnymi konfiguracjami systemu, gdzie "główne skrzypce" gra w/w gramofon firmy Rega. Łącząc P3 z ONIX A55 mamy równą i świetnie prowadzoną średnicę. Nie jest to jeszcze granie na wielu planach, gdzie wokal i instrumenty w tym zakresie stanowią odrębne byty, ale też nie ma wrażenia całkowite zlepienia się brzmienia w jedną całość. Jest przestrzeń, jest zachowana pewna holografia, która nawet dla mało wprawionego ucha jest dosyć czytelna. Ale daleko takiemu połączeniu do tego, co chcielibyśmy otrzymać w temacie brzmienia naszych analogowych płyt. Wiemy z doświadczenia, że można znacznie lepiej i szukamy rozwiązania. Góra jest swobodna, nie dominuje, nie stara się tworzyć własnej (sztucznej prezentacji), jest zgrana ze średnicą i stanowi zasadniczo odrębny "byt" ale współgrający z pozostałymi zakresami. Góra nie błyszczy, nie ma tendencji do nadmiernego wychodzenia przed szereg. Można ją pochwalić za naturalność... jednak czasem chciałoby się ciut więcej. Za to niskie zaskakują już od samego początku, nie jest to silenie się i udowadnianie, że można dać więcej czegoś, czego nie ma. Bas jest jednak odpowiednio masywny, umiejętnie tworząc zróżnicowany przekaz, odpowiedni do gatunku muzyki czy samego nagrania. W połączeniu ze wzmacniaczem firmy ONIX gramofon P3 zdawał się dawać więcej, niż moglibyśmy oczekiwać w tej konkretnej konfiguracji. Brakowało odrobiny blasku górnym pasmom, całość była delikatnie złagodzona - lecz nie uśpiona. W przypadku albumu ROMA (gatunek art rock) wydawało się, że po prostu nie można chcieć niczego więcej. Było to wszystko, czego można w tym segmencie oczekiwać od gramofonu... ale czy na pewno? W trakcie testów pomimo wszystko było wrażenie, że można jeszcze lepiej, a wrażenie to wzmogło się w trakcie odsłuchu albumu zespołu Metallica. Brakowało swoistego "dokończenia" brzmienia gitar, w sposób nader czytelny brakowało swoistej kropki nad "i" kiedy w utworze Welcome Home (Sanitarium) wsłuchiwaliśmy się w partie gitarowe. W trackie testów przyjęte zostało (i słusznie), że można lepiej. Rega P3 została podpięta do pre Aria tego samego producenta oraz sygnał poszedł do EDGE NQ+EDGE W. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę, muzyka odżyła, wszystkie niedopowiedzenia jakie tylko można było dostrzec w poprzednim zestawieniu odeszły na bok. Gitary zabrzmiały tak, jak lubimy. Otworzyła się przestrzeń nie tylko na boki, nagle muzyka zaczęła docierać do naszych uszu na wielu płaszczyznach. To, co stanowiło wspólne/spójne i sobie bliskie elementy utworu - zaczęły prezentować wielobarwność, muzyka zagrała w sposób czytelniejszy i znacznie bardziej zróżnicowany. W sposób absolutnie słyszalny i nie podlegający podważeniu. W przypadku góry blachy zaczęły może nie błyszczeć w sposób bezwzględny, ale perkusja dostała nowego życia. Poprawił się też w całym zakresie dolnego pasma przekaz, było momentami ciężko i właściwie budowane w przypadku ciężkiego brzmienia. Znawcy gatunku powiedzieliby, że muzyka dostała "kopa", a gramofon odkrył nieznane dotąd pokłady energii. Rzecz jasna ostatnia konfiguracja była zagraniem nie fair wobec samego A55, bo to nie ta liga - a za kwotę jaką przychodzi nam zapłacić za wzmacniacz firmy ONIX, pre gramofonowe nie jest wcale takie złe, wręcz przeciwnie. Ale test ten dowodzi jednej, jakże istotnej kwestii - Rega P3 ma spory potencjał i można go wykorzystać w pełni, zestawiając ją w systemach droższych - używając np. dobrej klasy pre gramofonowego. To dobrze świadczy o konstrukcji gramofonu i tylko stanowi wartość dodaną do całości w momencie wyboru gramofonu/jego zakupu. Rega P3 w pełni spełnia oczekiwania melomanów, a dając jej za kompana dobrej klasy pre gramofonowy oraz lepszej klasy wzmacniacz - odwdzięczy się brzmieniem bogatszym i pełniejszym, zdecydowanie wybiegającym poza to, na co wskazuje kwota jaką przyjdzie nam zapłacić za ten gramofon. Czy w całej tej konstrukcji są jakiekolwiek wady? Tak, nie jest ich wiele, ale jednak są i warte są odnotowania. Przewód znów jest zintegrowany... Panowie Inżynierowie, może przestańcie uszczęśliwiać ludzi na siłę?! Naprawdę każdy z nas może dobrać sobie przewód pod siebie i swoje oczekiwania. Może i chcecie dobrze... ale zawsze można lepiej (czego dowodzą modyfikacje starszych modeli tego gramofonu). Kolejnym minusem jest pokrywa, a raczej system zawiasów. Widziałem wiele gorszej jakości rozwiązań i w przypadku tego gramofonu "nie jest to najgorzej rozwiązane", ale nie do końca w trakcie testów czułem w 100% pewność, co do wytrzymałości montażu zawiasów do akrylowej pokrywy. Jestem gotów przyznać, że to w pełni subiektywne odczucie i w codziennym użytkowaniu nie wystąpią żadne problemy, jednak osobiście obchodziłbym się z pokrywą delikatniej "na wszelki wypadek". Czy Rega P3 z montowaną fabrycznie wkładką warta jest "grzechu"? Tak, pomimo wszystko cena za jaką przychodzi nam kupić ten gramofon daje już sporo przyjemności ze słuchania "czarnych płyt". Analog przez duże "A" za niewielkie pieniądze? Jak najbardziej można tak napisać, rzecz jasna Rega P3 nie porwie nikogo w przestworza High End'u i nie odkryje jakości winylu na poziomie muzyki Hi-Res, ale w zamian za to muzyka będzie autentyczna, intrygująca w swym przekazie, a brzmienie przyciągające na naprawdę długie wieczory. Płyty winylowe będą brzmiały tak, jakbyśmy właśnie tego oczekiwali od tej klasy sprzętu. "Lepiej" też jest w zasięgu ręki dla tej konstrukcji, postarajcie się o dobrej klasy "towarzystwo" w całym systemie, a będziecie mile zaskoczeni co potrafi ten gramofon. Polecam AudioRecki Za dostarczenie nam do testów gramofonu Rega dziękujemy firmie Audiotrendt z Krakowa. https://audiotrendt.com.pl
  33. 1 point
    18 czerwca zapadnie w pamięci na naprawdę bardzo długi czas. Dzięki wsparciu Mecenasów "Tylko Dobra Muzyka" - dwóch firm: Q21 z Pabianic i dystrybutora sprzętu - firmie AudioCenter z Krakowa, mieliśmy przyjemność spotkać się z niekwestionowanym autorytetem Polskiej sceny jazzowej i nie tylko! Bo Marcin Oleś jest nie tylko artystą nietuzinkowym, człowiekiem dla którego piękno muzyki osadzone jest w naturalnym jej brzmieniu. To także dusza piękna realizująca się jako kompozytor, autor muzyki teatralnej i filmowej, a także dyrygent małych składów. Zapewne pamiętacie słynny solowy album Marcina "Ornette on Bass", który był pierwszym w Polsce albumem na kontrabas solo, do tego była to pierwsza na świecie transkrypcja nagrań Ornette Colemana na solowy kontrabas. Świadomie wspominam o tym albumie, bo w nim właśnie zawarte jest wyjątkowe piękno muzyki i tego, jak artysta chce pokazać nam swój muzyczny świat, świat artysty wyjątkowego i cenionego. Z Marcinem mieliśmy okazję spotkać w przemiłej atmosferze przedpołudnia, tuż przy Zamku Królewskim w Krakowie. Już pierwsze chwile i zamienione luźne kilka zdań wprowadziło nas na tory muzyki, brzmienia... a nawet sprzętu audio. Jak się okazuje nawet dla artysty tego pokroju, który interpretuje muzykę, tworzy ją i czaruje swoimi kompozycjami rzeszę oddanych fanów, sprzęt audio też jest w kręgu zainteresowań. I trzeba przyznać to wprost, Marcin w temacie sprzętu jak na muzyka - wiedzę o "lampkach", wzmacniaczach, kolumnach i całych tych audiofilskich klimatach - wiedzę ma ogromną. Rzecz jasna nie było niczyim celem zanudzać Marcina o wzmacniaczach czy kablach, więc dyskusję sprowadziliśmy na zgoła inne tory - o muzyce tworzonej przez Marcina i jego brata. I to stanowi sedno naszego artykułu - mini relacji z naszego spotkania z artystą. Otóż bracia Oleś w najbliższym czasie planują wydać nowy, wyjątkowy album. Kolejny projekt i kolejny raz nietuzinkowy! Otóż album już nie tylko w swojej formie muzycznej, ale od strony podjęcia się całości projektu stanowi niesamowite przedsięwzięcie. Pod sporo mówiącym tytule "Alone Together" dwaj muzycy z krwi i kości realizują wspólną płytę, w którym ani razu nie dochodzi do wspólnego... grania. Płyta ma stanowić podział pomiędzy część przeznaczoną dla perkusji, a kontrabasu. Projekt więc zakłada spojrzenie na muzykę z jednej strony prezentowaną przez bliskie sobie osoby, z drugiej... całkowicie odrębną w formie przekazu oraz użytych instrumentów. Album na rynku planowany jest obecnie na okres "po wakacjach", więc pozostaje dużo czasu na domysły i rozbudzanie ciekawości. Jestem przekonany po rozmowie z Marcinem, że płyta przyniesie (zresztą jak zawsze) pozytywne opinie i sporą rzeszę osób zainteresowanych. W trakcie spotkania czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka (a nawet dwie, ale o tej drugiej już wkrótce!), za którą chciałbym serdecznie podziękować Marcinowi. Otrzymaliśmy dla Was do wygrania płytę projektu Sefardix - "Maggid". Płyta jest sygnowana przez Marcina i do wygrania w naszym mini konkursie. Wystarczy w komentarzach pod artykułem zostawić krótki komentarz, w którym zostanie zawarta informacja, z jakimi muzykami Marcin do tej pory grał (występował). Posty mogą powielać nazwiska czy nazwy projektów! Termin pozostawiania komentarzy mija 30 czerwca. Zapraszamy do konkursu!
  34. 1 point
    Dziś nie ma chyba takiej osoby, która nie znałaby takie tytuły jak rewelacyjny "Brudny Harry", doskonałe i do tego bawiące do dziś "Złoto dla zuchwałych" czy nieśmiertelny "Bullitt", w którym główną rolę zagrał Steve McQueen i równie rozpoznawalny przez ostatnie dekady samochód... Mustang. Filmy te przeszły już do kanonu klasyków i zapewniły sobie niekwestionowane miejsce w światowej kinematografii. Jednak nie o samych filmach dziś przychodzi nam wspomnieć, a o muzyce jaka zagościła na tych i wielu innych obrazach. Za budowanie niepowtarzalnego klimatu od strony muzycznej odpowiada nie kto inny jak Lalo Schifrin. Człowiek, który swoja muzyką tchnął wręcz drugie życie obok już istniejącego, a składającego się z doskonałych obrazów, dialogów oraz samej gry aktorskiej. I co chyba najistotniejsze... dokonał tego w ogromnej ilości filmów, więc to nie mógł być przypadek, a pisząc wprost fenomen i geniusz muzyki filmowej. Skąd w naszym Magazynie AudioStereo pomysł na wspomnienie o wielkim kompozytorze? Otóż ostatnio mieliśmy przyjemność gościć w Krakowskim Nautilusie, gdzie w świetnej atmosferze rozmów o muzyce... padła propozycja posłuchania soundtrack'u z filmu Bullitt. Tym bardziej, że przeglądając setki dostępnych w salonie czarnych płyt, "Bullitt" na winylu aż prosił się o "wrzucenie" na talerz stojącego nieopodal gramofonu. System przygotowany w pokoju odsłuchowym zdawał się prezentować muzykę tak, że obrazy z filmu nasuwały się wprost same. Kiedy z czarnego krążka popłynął utwór "Shifting Gear" sceny pościgu na ulicach San Franciso stały się niesamowicie realne, wręcz namacalne. Oczywiście nie o sprzęcie mowa i muszę tutaj niektóre osoby już teraz zaskoczyć, a nawet zawieść - nie padną żadne marki audio, żadne konkretne modele sprzętu. Nic z tych rzeczy, bo nie o sprzęcie będzie w dalszej części artykułu mowa. Każdy bowiem, kto interesuje się sprzętem i rynkiem audio ma świadomość, co znajduje się w ofercie firmy Nautilus. A kto nie wie i byłby bardzo ciekaw, na dole pod tekstem znajdzie logo firmy i link do jej strony internetowej. Dziś temat ten jest swoistym uznaniem dla wspaniałego dorobku Lalo Schifrin'a, bez którego kto wie... czy właśnie Bullitt byłby tak wyrazisty, tak dosmakowany i przekonywujący. Muzyka Lalo zasadniczo jest odrębnym bytem, jeśli oczywiście przyjmiemy za fakt to, że bez względu na to jaki wybierzemy tytuł albumu jest on bez obrazu nadal przekonywujący, wciągający i po mistrzowsku budujący klimat. Rozmawiając przy muzyce i o muzyce Lalo Schifrin'a padało sporo tytułów, można też przyjąć jako oczywistość - ciężko będzie melomanom obeznanym w muzyce mistrza, wybrać jedną "najlepszą" płytę spośród całej jego dyskografii. Bo jeśli przyjmiemy, że będzie to soundtrack z filmu "Bullitt": to nikt absolutnie nie może negować faktu, że "Enter The Dragon" także od strony muzycznej po prostu powala: W przypadku twórczości Lalo nie można pominąć jakże rewelacyjnej muzyki przygotowanej dla filmu THX 1138. Ten klasyk gatunku, uznany za jeden z najlepszych obrazów George’a Lucasa, nie tylko wciąga swoją fabułą i grą aktorską. To również wyjątkowy klimat tworzony właśnie dzięki muzyce: Pozostaje jeszcze wspomnieć o Brudnym Harrym, dzięki któremu "każdy kolejny dzień staje się lepszy": Jednak sam Schifrin zyskał tak naprawdę największą popularność i rozpoznawalność jako kompozytor dzięki serialowi nadawanemu 7 lat przez CBS. Mowa rzecz jasna o Mission: Impossible z fantastycznym P. Graves'em, który grał rolę Jima Phelpsa. Jak widać, po wręcz bardzo małym wycinku tytułów jakie wyszły spod ręki mistrza - muzyka filmowa "złotych czasów kina" miała także swoich bohaterów od strony muzycznej. I niezaprzeczalnie jednym z nich pozostanie już na zawsze Lalo Schifrin. Wielki kompozytor, twórca wspaniałych kompozycji, bez których świat po prostu byłby znacznie uboższy. Odsłuchy płyt winylowych w firmie Nautilus zabrały nam masę czasu, dając też przy okazji powód do ciekawej dyskusji i wymiany poglądów w temacie m.in. muzyki filmowej. Rzecz jasna sama muzyka nie brzmiałaby tak dobrze bez całego systemu audio, przygotowanego specjalnie dla nas przez Grzegorza - za co mu serdecznie w tym miejscu dziękuję. Jeśli lubicie muzykę Lalo Schifrin'a i Waszym zdaniem są utwory zasługujące w tym temacie na wspomnienie o nich (a zapewne tak jest), z przyjemnością dzielcie się swoimi uwagami, pomysłami i opiniami. Linkujcie muzykę z YT, bo warto przybliżać dobrą muzykę, która od wielu już dekad daje melomanom powody do spędzania wolnego czasu przed swoim sprzętem audio. AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za przyjęcie AudioStereo oraz czas jaki spędziliśmy w przemiłej atmosferze z muzyką - dziękujemy firmie Nautilus z Krakowa. https://nautilus.net.pl
  35. 1 point
    Jeszcze nie tak dawno wspominałem o nowym albumie Diamond Head. Zapowiedź ich nadchodzącego "The Coffin Train" ukazała się w naszym Magazynie nie tylko z obowiązku, ale powodem w głównej mierze było to, że zespół ten stanowi swoisty filar muzycznego nurtu New Wave of British Heavy Metal i nie sposób pominąć tak ważnej premiery na rynku wydawniczym. Otóż kiedy w moje ręce w dniu wczorajszym wpadł krążek CD zespołu Diamond Head, słuchałem go z ogromną uwagą i nie ukrywając swojego wrażenia - wart jest więcej niż tylko jednej poświęconej mu godziny! Album już na wstępie zapowiada się wyśmienicie. W utworze "Belly Of The Beast" gitary od pierwszych sekund nie dają wytchnienia, a wokalista Rasmusem B. Andersen prezentuje się od najlepszej strony ze swoim świetnym wokalem. I kiedy wydaje się, że pierwszy utwór potrafił wciągnąć bez pamięci - nadchodzi "The Messenger": Pierwsze półtorej minuty to doskonała gra instrumentów, gdzie nie ma absolutnie mowy o nudzie czy wrażeniu powtarzalności. Wszystko dopracowane i mocno wciągające. Tak jest z każdym kolejnym utworem na płycie, cały bowiem album potrafi zaskoczyć (pozytywnie) i zapewne każdy fan mocnego brzmienia znajdzie w nim coś dla siebie. Jestteż jedna istotna ciekawostka w temacie nowej płyty i kapeli Diamond Head. W nagraniach (po raz pierwszy z zespołem) brał udział basista Dean Ashton. Jak słychać - ekipa sformowała się od każdej strony i daje radę. Całość albumu w temacie oceny poszczególnych utworów pozostawiam Wam, jednak w mojej subiektywnej ocenie - jednym z najlepszych kawałków na całej płycie jest "Death By Design": Mamy dla Was jeden egzemplarz płyty do wygrania, wystarczy w postach pod artykułem zostawić krótki komentarz z informacją, który Waszym zdaniem z utworów zawartych na najnowszej płycie Diamond Head jest najlepszy. Spośród pozostawionych komentarzy wylosujemy jeden, a jego właściciel otrzyma wprost do domu płytę CD "The Coffin Train". Na podzielenie się swoimi opiniami/spostrzeżeniami macie czas do 16 czerwca. Zapraszamy do udziału! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za płytę do odsłuchów oraz do konkursu (wraz z inspiracją do napisania artykułu) dziękujemy firmie Gandalf z Łodzi. https://www.gandalf.com.pl Diamond Head "The Coffin Train" (2019) Lista utworów: 1. Belly of the Beast 2. The Messenger 3. The Coffin Train 4. Shades of Black 5. The Sleeper (Prelude) 6. The Sleeper 7. Death by Design 8. Serrated Love 9. The Phoenix 10. Until We Burn
  36. 1 point
    Rynek audio od lat niezmiennie kieruje się swoimi prawami. Są duże firmy od lat cenione za którymi idą niezliczone rzesze wiernych klientów, są też małe manufaktury, które starają się obok tych wielkich pokazać, że ich konstrukcje też nie są gorsze. Za wielkimi firmami zawsze przemawiają argumenty w postaci wieloletnich badań, dużego zespołu inżynierów, możliwości rozwoju i co najważniejsze - patenty i technologie, często stanowiące wyróżnik na in plus. Tak też jest z firmą Monitor Audio, od lat cenioną i stanowiącą jedną z głównych sił na ciasnym rynku kolumn. Produkty sygnowane znaczkiem firmy cieszyły się zainteresowaniem, bo ciężko przejść obojętnie wobec produktu świetnie wykonanego, dobrze grającego i z głową wycenionego. Monitor Audio swoją ofertę kieruje do wybranej grupy klientów, w pewien naturalny sposób tworząc segment produktu i docelową grupę odbiorców. Spośród całej rodziny głośników wyróżniają się modele oznaczone jako "Platinum". Największa z jaką przychodzi nam się zmierzyć, to kolumna oznaczona symbolem 500, przeznaczona do najdroższych, najbardziej rozbudowanych systemów audio, do tego zainstalowanych w sporej wielkości pokojach odsłuchowych. My w naszym teście dzięki uprzejmości i wsparciu dwóch firm q21 oraz dystrybutora na Polskę - firmę Audiocenter Poland mamy okazję przetestować dla Was model o jedno oczko niższy - 300. Z całej serii Platinum "trzysetka" wydaje się być modelem idealnym do średnich i dużych pomieszczeń, jej gabaryty i możliwości gwarantują z jednej strony swobodne rozmieszczenie w każdym docelowym pokoju odsłuchowym, z drugiej strony mają ogromny potencjał, by zapełnić muzyką nawet większe pomieszczenia odsłuchowe. Kolumna PL300II nie jest modelem najnowszym na rynku, ale nadal produkowana i dlatego godnym przypomnienia z racji swoich możliwości. Na dodatek nie tak dawno była okazja posłuchać tych kolumn wraz z elektroniką jubileuszową firmy Cambridge - serią EDGE, która zaskakuje swoim wykonaniem i brzmieniem. Do naszych testów posłużyliśmy się setem: 1. Monitor Audio PL300II Ebony 2. Cambridge Audio EDGE Streamer + końcówka mocy 3. Okablowanie głośnikowe: Purist Audio Design Aqueous Aureus 4. XLR + zasilanie Wireworld Silver Eclipse 8 Jak już wspomniałem Monitor Audio Platinum 300 II nie są konstrukcją nową, w sieci gdzie można było - tam już recenzenci "rozebrali je" od strony technicznej i opisali występujące w tych kolumnach warte zauważenia m.in.: technologie. Wyróżnikiem na sam początek (od strony technicznej) Monitor Audio PL300II wobec konkurencji, jest stosowanie własnej technologii "C-CAM" - membran aluminiowo-magnezowych, pokrywanych ceramiką. Wg. producenta technologia ta ma gwarantować doskonałą sztywność i jednocześnie lekkość, które jak wszyscy wiemy daje nam w założeniu gwarancję uzyskiwania doskonałego brzmienia. Przetwornik wysokotonowy MPD (Micro Pleated Diaphragm), to także zaprojektowany specjalnie dla serii Platinum II element - wyróżnik na rynku. Para (rzecz jasna) kolumn głośnikowych dotarła do nas w odpowiedni sposób opakowana. Na sporych rozmiarów pudłach znajdziecie dwa ostrzeżenia (jakże ważne): zalecane 5 osób do wypakowania kolumn i wagę brutto - ciut ponad 70 kg! Sztuka... Nie lekceważcie proszę tych zaleceń, bo zdziwienie może być spore w trakcie transportu i najważniejszego - rozpakowywania. Kolumny są odpowiednio solidnie opakowane, tak więc właściwy transport nie wpłynie na ich kondycję. Panowie kurierzy tymi "paczkami" sobie już nie porzucają. Spokojna głowa o przewóz kurierem, za to kto byłby chętny na odbiór osobisty - nie zdziwcie się, to wymaga zabrania naprawdę sporej wielkości auta i odpowiedniej liczby osób. Po rozpakowaniu i ustawieniu na kolcach PL300II są kolumnami "widocznymi", a ich gabaryty po prostu nie mogą być inne, niż są. Powodem jest zastosowanie dwóch głośników 20 calowych i jeszcze pozostawienie z każdej strony sporej ilości wolnego miejsca na froncie. Jeśli komuś wydaje się, że w ten sposób kolumna stała się przesadnie "gruba" - jest w błędzie. Rzecz jasna zapomnijcie o kolumnie sprawiającej wrażenie smukłej i chowającej się w każdym możliwym kącie czy kawałku przestrzeni pomiędzy meblami. Nic z tych rzeczy, "trzysetki" już na dzień dobry pokazują swoim użytkownikom, że wymagają poważniejszego podejścia do tematu ustawienia i znalezienia im odpowiedniej przestrzeni do "życia". Wykonanie nie może być inne! Wspaniała stolarka w połączeniu z frontem ze skóry, kapitalnie wykonana płyta podstawy do zamocowania kolcy. Wszystko najwyższa jakość i już na pierwszy rzut oka dająca odpowiedź w jakim segmencie seria Platinum upatruje ze swoim modelem 300 swoich klientów. Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko jest rzeczą umowną, High-End dla jednego może kończyć się na kwocie mniejszej, dla innego na kwocie znacznie wyższej. Ale w zdecydowanej większości każdy zgodzi się, że wyróżnikiem tego, co określimy jako High-End jest wykonanie i podejście producenta do produktu. Tak - PL300II to najprawdziwszy High-End tak od strony wykonania, jak i od strony brzmienia (a o tym za chwilę). Wykonanie tych kolumn pokazuje, że nawet za niespełna 50K złotych za parę możemy dostać produkt wręcz luksusowy, na każdym kroku udowadniający "można lepiej" i pokazujący ile pracy oraz staranności włożono, by nasze "trzysta" wyglądały po prostu pięknie. W naszym przypadku wybór padł na kolumny w wersji EBONY, które wyglądają moim zdaniem najbardziej dystyngowanie i nawet w nowoczesnym wnętrzu odnajdują się bez żadnych zastrzeżeń. Po odpowiednim ustawieniu w pokoju odsłuchowym stworzyły świetny obraz całości systemu audio. Kolumny Monitor Audio dotarły do nas nowe, więc wymagały cierpliwości i odpowiedniego wygrzania. Daliśmy im odpowiednią ilość czasu poświęcając im na wstępie uwagę odnośnie ich budowy. Obudowa jest nie tyle nowoczesna, co raczej stylowa i elegancka, mająca jednak współczesne akcenty wpisujące się w nowoczesność formy. Powodem są przyjemne dla oka ale i spełniające określone funkcje w brzmieniu zaokrąglenia. Najciekawiej i najnowocześniej przy tym wypada tylna ścianka, jej kształt w głównej mierze ma pewne z góry narzucone zadania dotyczące brzmienia, ale forma jaką przy tym uzyskano może się podobać. Każdy najdrobniejszy szczegół jest przemyślany tak od strony wizualnej jak i rozwiązań stricte użytkowych. Gruby, gięty MDF z którego wykonano obudowy jest bardzo sztywny, waga jak widać nie bierze się "z powietrza". Obudowa pokrywana jest naturalnym fornirem, który został polakierowany w sposób wręcz mistrzowski . Jedyna rzecz jaka zastanawia, to umieszczone z tyłu kolumny dwa dosyć małe otwory BR. Ich "wielkość" przy witej konstrukcji. Czy na pewno podołają w trakcie pracy głośników, zapewniając odpowiedni przepust powietrza? Maskownica jak w dzisiejszych czasach większości kolumn, została do frontu "zamocowana" za pomocą niewidocznych magnesów, jak się okazało w trakcie odsłuchów, jej wpływ na brzmienie jest zasadniczo żaden (co tylko dobrze świadczy o ich konstrukcji). Odsłuch kolumn został zaplanowany na 3 kolejne etapy. Pierwszy - obejmujący zasadniczo wszystko, co słuchamy na codzień na swoim sprzęcie. Drugi - wybrane utwory z wybranych utworów. Trzeci - skupiając się na różnicach brzmieniowych w stosunku do znanych nam i mocno już osłuchanych kolumn z serii GOLD, w tym nowych konstrukcji oznaczonych 5G. Każdy z odsłuchów odbywał się w całkowicie innym dniu, dając nam pełną swobodę przyzwyczajenia się do prezentacji muzycznej Platinum. W pierwszym, nazwijmy go "niezobowiązującym kolumny do niczego wielkiego" odsłuchu, gdzie w ruch poszły albumy Schiller "Atemlos", Yellow "Touch", Suede "A New Morning" oraz Seal "Best 1991-2004". Już przy pierwszym kontakcie słychać, jak Platinum 300 II niepośpiesznie i bez zbędnego wysiłku kreują dolne zakresy, pompując spore ilości powietrza w pokoju odsłuchowym. To, co warte zaznaczenia to właśnie wspaniałe, zróżnicowane niskie tony. Ich barwa nasuwa już na sam początek poczucie uczestnictwa w odtwarzanej muzyce wręcz namacalnej perkusji. Średnica i wokale są prezentowane czysto, maksymalnie zbliżając nas do naturalnie brzmiącego ludzkiego głosu. Nie jest to absolut i są konstrukcje o wiele lepiej radzące sobie pod tym względem, ale też trzeba napisać wprost - są to konstrukcje droższe. Góra dzięki zastosowanemu głośnikowi błyszczy i daje popis pełnych swoich możliwości. Jest czysto, jest wysoko, a talerze perkusji oddawane są wręcz z fantazją. Tak, głośnik wstęgowy nie każdemu musi przypaść do gustu. Producent podaje górny zakres do 100 kHz... pytanie tylko kto to usłyszy. Można więc przyjąć, że jeśli nawet nikt nie usłyszy - to góra jest tutaj o ile nie wiodąca, bo cały przekaz jest doskonale spójny, to jest mocno zaznaczona i nakreślona bez żadnego udawania. Jeśli jednak komuś przyszłoby do głowy uznać, że wysokie w tym modelu firmy Monitor Audio są męczące, narzucające się lub za bardzo wysuwające się na pierwszy plan - to jest w błędzie. To nie zakres kolumn do kilku tysięcy złotych, tutaj producent ma świadomość wad i zalet stosowania pewnych rozwiązań, a całość przygotowana jest w taki sposób, by muzyka brzmiała jak najbardziej naturalnie, nie natrętnie czy oszukując słuchacza poprzez sztuczne kreowanie "smaczków" brzmieniowych. Nic z tych rzeczy. W Platinum 300 II muzyka otwiera się, ma ogromny "oddech", lśni i potrafi bez żadnych zdaje się ograniczeń zaznaczać momenty istotne w odtwarzanym utworze. Dźwięk strun gitar Estas'a Tonne z drugiego dnia odsłuchu brzmiały fantastycznie. Każde wręcz muśnięcie w strunę oddane było tak, jakbyśmy stali obok Estas'a gdzieś w trakcie jego ulicznych koncertów. Kolumny Monitor audio nie czarowały, nie ubarwiały strun, niosły muzykę lekko tak, jakbyśmy fizycznie znajdowali się blisko artysty. Kolejny do odsłuchu poszedł Ørganek i album "Czarna Madonna". Świadomie i z premedytacją, bo kilka tygodni wcześniej miałem okazję połsuchać tego albumu na konstrukcjach znacznie większych i do tego znacznie droższych. Nie rozpisując się o "konkurencie", bo tutaj raczej pole do popisu powinno być oddane najwyższemu modelowi Platinum 500, testowane "trzysetki" w utworze "Rilke" stopę perkusji prowadziły wyśmienicie. Nie czuło się żadnych braków, a jej wybrzmienia, wygaszenia i swoboda prezentacji wprost zachwyca! A skoro tak świetnie zabrzmiała kapela Tomka, to co usłyszymy wrzucając Smashing Pumpkins i ich świetne "Zero"? A usłyszymy to, co fani mocnego brzmienia lubią najbardziej. Doskonale prowadzone gitary, niskie... to już pisałem powyżej. Do tego doszedł mega czytelny, wręcz namacalny wokal Corgan'a! Scena raz jeszcze scena, te kolumny nie boją się grac z rozmachem i to ich kolejna może wada, a może zaleta. Rzecz jasna nie kreują sztucznie przesadnie dużej sceny, nie tworzą z klubowego wybrzmienia wrażenia koncertu na Wembley. Nic z tych rzeczy, jest za to dużo przestrzeni, instrumenty często są fizycznie obecne, mamy głębie prezentacji ukazującą nam, że muzyka jest przed, na linii i za linią kolumn. Jest ta poszukiwana trójwymiarowość brzmienia. I kolejna ważna uwaga, nie szukajcie sztuczek w postaci kreowania sceny "za słuchaczem", a przynajmniej z odsłuchiwanych albumów nie udało nam się trafić na takie "cuda". I dobrze, stereo to nie kino domowe. Dopuściliśmy do głosu Hooverphonic z ich doskonale przygotowanego albumu "Hooverphonic With Orchestra". Co mam napisać... to trzeba posłuchać! "Mad About You" przeskoczyło moja osobistą skalę fascynacji tym utworem. Pamiętam nawet KEF Blade Two, które ze względu na specyfikę brzmienia Uni-Q grały interesująco... ale to PL300II porwały (wreszcie) i tym utworem porwały nas gdzieś wysoko. Noémie Wolfs swoim wokalem zabrzmiała tak, że pomyślałem "gdzie to ci wspaniali Belgowie będą teraz koncertować". Trzeci dzień odsłuchowy to porównanie do innych kolumn jakie przewinęły się przez ostatni czas. I trzeba powiedzieć sobie wprost, Monitor Audio oferuje produkt w cenie... którą wbrew pozorom cieżko uzna za mało atrakcyjną. Jeszcze kilka lat temu za konstrukcje tak wykonane, z takim pietyzmem wykończone oraz tak brzmiące - w tej kwocie nie było szans dostać! Rynek się zmienia, wymagania klientów też, a technologie z coraz wyższych grup dostają mniejsi bracia. pisze to świadomie, bo na tym samym repertuarze i z tą samą elektroniką mierzył się ostatnio też model "trzysta" ale serii GOLD. Tak, tej najnowszej. I.. i nie oszukujmy się, cena nie bierze się z sufitu u księgowych. Nie da się wrzucić na rynek konstrukcji dwa razy tańszych, grających tak samo dobrze, jak istniejące i nadal oferowane modele wyższe. Ta gonitwa i równanie do modeli wyższych jest oczywiście widoczna i zauważalna, jednak nie da się zestawić i zrównać ze sobą brzmienia GOLD 300 5G z testowanym modelem. Platinum maja wszystkiego więcej i lepiej, jest w tych większych jakby nie patrzeć obudowach z jednej strony znacznie więcej mocy... ale połączonej z lekkością formy. Brzmienie jest bardziej poukładane, a niskie w PL300II są niedoścignione dla niższej wersji GOLD. Tak... GOLD 300 5G są blisko, w niektórych szczegółach zbliżają się, gdzieś ocierają brzmieniem o referencję Monitor Audio. Jednak to nie jest 1:1 i tego też nie oczekujcie z żadnej strony. Poprzeczka Platinum 300 II jest wysoko zawieszona, brzmienie, budowanie sceny, zdolności prezentacji na wielu płaszczyznach muzyki jest doskonała. Czy perfekcyjna? To już pozostawiam innym do oceny subiektywnej, w moim odczuciu potrzeba sporo więcej wydać, by uzyskać krok... czy w przód, lepiej - tu byłbym ostrożny z takim twierdzeniem. Na pewno będzie to "inaczej", będzie zdecydowanie w innej formie przedstawione. Tak, PL300II od Monitor Audio to High End za rozsądne pieniądze, sprzęt na lata dla ludzi kochających kolumny widoczne, ale nie kolosalne. Jeśli posiadacie pokój odsłuchowy co najmniej średniej wielkości, dacie tym kolumnom miejsce do "oddechu" - odwdzięczą się świetną prezentacją muzyki, z niesamowitym poczuciem fizycznej obecności sporej części składu zespołu. I te wokale... Monitor Audio w cenie niespełna 24 tysięcy złotych za sztukę spokojnie znajdzie nabywców. W tej cenie pomimo sporej oferty na rynku, tej klasy głośniki i do tego z takim brzmieniem poradzą sobie bez trudu. A kolejną nie do odrzucenia wartością dodaną jest mistrzowskie wykonanie PL300II. Do testów sprzęt trafił dzięki wsparciu firm: Q21 z Pabianic oraz dystrybutorowi marki Monitor Audio na Polskę, firmie Audiocenter Poland z Krakowa. Dziękujemy! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://www.audiocenter.pl https://www.q21.pl Specyfikacja techniczna: - Trój-drożna, cztero-głośnikowa, kompaktowa kolumna podłogowa - 2x głośnik niskotonowy 8" RDT II - głośnik średnitonowy 4" we własnej obudowie - głośnik wysokotonowy MPD - Pasmo przenoszenia: (-6dB - IEC 268-13) 28Hz - 100kHz - Czułość: ([email protected]) 90dB - Maximum S.P.L. 117.8dBA (para) - Nominalna Impedancja 4Ω (4.2Ω min. @ 111Hz) - Wytrzymałość mocowa: (RMS) 300W - Rekomendowana moc wzmacniacza: (RMS) 100 - 300W - Częstotliwość podziału: 3.4kHz / 500Hz - Wymiary: (H x W x D) 1113 x 410 x 470mm - Waga: (sztuka) 54.52kg
  37. 1 point
    Jak informowaliśmy Was już kilka dni wcześniej, czwartek należał bezsprzecznie do czarnej płyty, czarnego brzmienia i Hirka Wrony, który jak zawsze w sposób wyjątkowy "oprowadził" słuchaczy po wybranym skrawku historii muzyki, która odcisnęła piętno na kolejnych pokoleniach i gatunkach muzycznych. Spotkanie miało miejsce w Sailing Poland Yacht Club i przyznam bez bicia, atmosfera miejsca i jakby nie patrzeć - dobrego brzmienia udzieliła się wszystkim. Do tego należy dodać fakt, że ekipa Nautilusa wykonała kawał solidnej pracy. Przygotowany set przez Piotra, który odpowiedzialny był za zestrojenie wszystkiego pod prezentowaną muzykę pokazał dobitnie zebranym, czym jest dobrej klasy zestaw audio. Muzyka z czarnej płyty i do tego wybór repertuaru spowodował u większości z obecnych szybsze bicie serca. Zmierzyliśmy się z pewnym wycinkiem historii "czarnej muzyki", a poczuliśmy się w pewnym momencie uczestnikami życia tamtego okresu, specyficznego klimatu i niesamowitych kawałków granych przez artystów, dziś uznanych za wręcz wybitnych czy kultowych. Część prezentowanych utworów była wydana pod czujnym okiem wytwórni Motown Records, która od prawie samego początku była legendarnym miejscem i przyczyniła się wręcz do kulturowej rewolucji w Stanach. A skoro tak... nie było mowy w żadnym przypadku o nudzie. Hirek Wrona wciągnął wszystkich zebranych w podróż po fantastycznych bezdrożach muzyki, która jest jak krew i pot Czarnej Ameryki. Każdy utwór prezentowany tego wieczora mógłby służyć wręcz za odrębną historię zasługująca na więcej niż jedną stronę książki. Dlatego też Hirek nie oszczędzał nam smaczków, jego wprowadzenia do każdego kolejnego utworu potęgowały nastrój zaciekawienia i wyczekiwania wszystkich zebranych osób "co dalej". Ekipa Studia U22 jak zawsze trafiła w samą dziesiątkę z formułą imprezy, a dobór sprzętu... no cóż, pozostaje tylko wzdychać i chwalić za świetnie dobrany i ustawiony set. Jeśli ktoś uważa, że winyle odchodzą do lamusa to pora, by kolejnym razem zasiadł wygodnie w fotelu i wsłuchał się w muzykę, która wręcz żyje i nie pozostaje obojętna słuchaczowi. Chciałbym w tym miejscu w szczególny sposób podziękować właścicielowi firmy Nautilus, za objęcie patronatem naszej relacji z czwartkowego spotkania z Hirkiem Wroną. Dziękujemy za okazaną nam pomoc! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Patronat: Firma Nautilus, ul. Malborska 24, 30-646 Kraków. https://nautilus.net.pl
  38. 1 point
    WSTĘP (jak zawsze przydługi 😉 😞 Pamiętam jeszcze jak kilka lat temu na rynku pojawiła się oferta iFi. Od pierwszej chwili jej głównym celem było dostarczenie sprzętu niezawodnego, trwałego i spełniającego swoje podstawowe zadanie - poprawę brzmienia naszej muzyki w świecie komputerowego audio. Dziś, kiedy muzyka w dużej mierze stanowi element nierozłączny z systemami komputerowymi, potrzeba polepszania brzmienia muzyki z komputera jest tak oczywista, jak używanie myszki komputerowej czy touchpad'a. Firma iFi w zakresie poprawy jakości muzyki z PC ma nie tylko bardzo bogate doświadczenie, ale ich produkty spełniają (często z nawiązką) pokładane oczekiwania. Do naszych testów trafiło urządzenie, będące wręcz małym kombajnem. iFi xDSD to przenośny wzmacniacz słuchawkowy zasilany z wbudowanej w środku (pojemnej, ale to tym za chwilę) baterii, mogący także pełnić funkcję stacjonarnego wzmacniacza (słuchawkowego) i jednocześnie rozbudowany przetwornik cyfrowo-analogowy. Dodatkowo sprawdza się wyśmienicie jako odbiornik Bluetooth, mający za zadanie polepszyć to, co słyszymy dzięki transmisji BT aptX w naszych słuchawkach. Samo urządzenie wpisuje się w trend obecnych czasów czyli wsparcie dla plików Hi-Res, tak więc możecie być spokojni o nawet bardzo wymyślne formaty, z jakimi możecie się spotkać w codziennym użytkowaniu plików. Kolejną rzeczą istotną A.D. 2019 dla sporej rzeszy plikowych maniaków - jest też pełne wsparcie dla MQA. Czyli jest wszystko, czego chcieć można, a nawet więcej. O ile w domowym zaciszu większość z nas (wg. własnych możliwości i oczekiwań) buduje swój system oparty na stacjonarnych urządzeniach, o tyle problem pojawia się w momencie, kiedy wychodzimy z naszej "muzycznej świątyni". I na przeciwko tym "problemom" właśnie wychodzi iFi ze swoim xDSD. Można już na wstępie powiedzieć "cały system w jednej kieszeni". BUDOWA: xDSD już w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie solidnej konstrukcji, wręcz pancernej i odpornej na wszelkie ewentualne wypadki w trakcie podróży. Obudowa urządzenia jest z ciemnego stopu aluminium i magnezu. Na stronie producenta przeczytamy: wzbudza podziw i pewność. I trzeba się z tymi słowami w pełni zgodzić. Obudowa swoim wykonaniem i użytymi materiałami daje użytkownikowi pewność, że cokolwiek nie wydarzy się w trakcie użytkowania, środek - czyli "serce" urządzenia - nie zostanie w żaden sposób naruszone. Przedni panel stanowi połączenie funkcjonalności i jednocześnie prostoty. Oczywiście umowna prostota wynika z faktu funkcjonalności urządzenia, czyli konieczności rozmieszczenia potrzebnych przełączników/wskaźników, które ułatwiają nam codzienne użytkowanie xDSD. Na przednim panelu znajdziemy: Po środku pokrętło, które pełni nie tylko funkcję regulacji głośności, ale także włącza i wyłącza urządzenie. Centralna część pokrętła świeci kolorami uzależnionymi od ustawienia głośności. Czytelnie i funkcjonalnie. Po lewej mamy gniazdo słuchawkowe, diodę sygnalizującą z którego wejścia aktualnie korzystamy oraz diodę sygnalizującą jak gęste pliki obecnie są przez nas używane. Dla każdej gęstości pliku osobny kolor (w sumie aż 7 barw), jest więc co pamiętać... lub odpuścić sobie i cieszyć się muzyką oraz jej jakością. Po prawej stronie znajdziemy diodę sygnalizującą włączone dodatkowe filtry (3D+ oraz XBass+, na marginesie, co oni mają w obecnych czasach z tymi plusami 😉 ), oraz przycisk wyboru źródła. A tych jest całkiem sporo: USB, S/PDIF i wspomniany na początku Bluetooth. Przyznam szczerze, że brzmi to gorzej niż wygląda i wydaje się bardziej zagmatwane niż jest w codziennym użytkowaniu. Dla przeciętnie zorientowanej w urządzeniach audio osoby kontakt 2-3 minutowy z urządzeniem da odpowiedź na praktycznie każde pytanie o przedni panel. Tył urządzenia jest klasycznym miejscem przeznaczonym do tego, by wszystko co musi wejść do urządzenia w postaci naszych plików i wymaga podłączonego kabla podłączyć z tyłu. Jest więc główne gniazdo USB typu A (3.0), jest gniazdo coaxial S/PDIF, jest też gniazdo zasilania i ładowania baterii naszego urządzenia. Znajdziemy też przełącznik aktywatora filtra cyfrowego. Urządzenie jest zgrabne, lekkie (127g) i mieści się w przeciętnej kieszeni spodni. FUNKCJONALNOŚĆ: Częściowo o funkcjonalności wspomniałem już powyżej w momencie opisu budowy urządzenia. Jego obsługa jest banalnie prosta i nie wymaga zagłębiania się w dziesiątki stron instrukcji. Od strony użytkownika nie wymaga się wiedzy tajemnej, w zamyśle ma to być urządzenie, które jeśli przychodzi taka potrzeba - łapiemy do ręki i o ile pamiętamy, by je ładować - w dowolnej chwili może z nami udać się na naprawdę długie wycieczki bez potrzeby zapamiętywania o co w tym wszystkim chodzi. Jedynym elementem, który dla niektórych osób będzie bardzo istotny, a wymaga zapamiętania - to kolory diody informującej o gęstości plików i źródle z jakiego aktualnie korzystamy. Jak przypuszczam 99% osób nie będzie sobie nawet zaprzątać tym głowy i oglądać w kieszeni jaki obecnie kolor ma dioda na przednim panelu. Urządzenie doskonale współpracuje z telefonami i tabletami, komputerami (Win i macOS) oraz można do niego podłączyć wszystko to, co posiada wyjście coaxial S/PDIF (odtwarzacze CD, telewizory). Z komputerem łączy się rzecz jasna poprzez port USB. Jako użytkownik macOS praktycznie po wpięciu urządzenia do portu zapomniałem, że wymaga się użytkownika jakiś dodatkowych czynności. System rozpoznał prawidłowo urządzenie, a i programy do odtwarzania plików (w moim przypadku Audirvana+) nie miały z nim żadnego problemu. Do xDSD firmy iFi podłączone zostały także: iPhone Xs max oraz iPad Pro 2018 z najnowszym systemem. Pokrętło głośności działa wyśmienicie, potencjometr daje się wyczuć i zwiększa głośność drobnymi krokami, nie ma w jego działaniu wrażenia zbyt dużych przeskoków czy nagłego nasilania się głośności. Wg. producenta urządzenie w temacie regulacji głośności, urządzenie działa pod kontrolą kości cyfrowej, zapewniającej idealne wysterowanie (skok o jedną decybelę). WNĘTRZE: Producent już na pudełku dumnie informuje nas, że urządzenie działa pod kontrolą kości Burr-Brown od Texas Instruments, która odpowiada za wsparcie dla wszystkich chyba możliwych formatów audio, w tym MQA. Poszukując dodatkowych informacji dowiadujemy się, że kością tą jest Burr-Brown multibit DSD1793 DAC. I znów śmiem twierdzić, że w obecnych czasach dla większości użytkowników informacja o samej kości i jej oznaczenie ma tyle znaczy, co budowa wirówki służącej wzbogacaniu uranu, ale dla maniaków wszelkich technicznych informacji w sieci, na temat w/w kości rozpisywano się już chyba z tysiąc razy. W większości lub w samej większości zawsze pozytywnie. W temacie funkcjonalności warto wspomnieć o samej baterii. Ta działa dłużej, niż większość dostępnych telefonów na rynku. Tak więc możecie być spokojni o czas pracy urządzenia poza domem. Przewodowo poprzez port Lightning iPad'a xDSD pracował po pełnym naładowaniu 6 godzin i 13 minuty. To czas, który należy uznać za bardzo dobry. Wg. producenta czas może zostać znacznie wydłużony kiedy przejdziemy z przewodowego na bezprzewodowe połączenia via BT. Bateria wewnątrz naszego wzmacniacza/DAC'a jest litowo-polimerowa o parametrze pracy 3.8V / 2200mAh. Transmisja Bluetooth z jakiej możemy skorzystać w urządzeniu, to także pełne wsparcie dla aptX. Można więc być spokojnym o jakość muzyki wybierając ten rodzaj transmisji danych pomiędzy naszymi urządzeniami. BRZMIENIE, czyli czy warto: Po wpięciu xDSD do tabletu/telefonu czy komputera przewodowo (USB) dostajemy już od pierwszych chwil czysty, wręcz soczysty i mocny dźwięk. Nie jest przesadnie narzucający się, ale wypełniony I bardziej rozbudowany o elementy brzmienia, które zostały wręcz "wykastrowane" przez telefon/ tablet czy głośniczki laptopa. Zastosowanie filtrów analogowych w postaci 3D Holographic Sound+ i XBass+ jak się okazało w praktyce, nie było przypadkowe i w jednym, konkretnym przypadku przyniosło wręcz znaczną poprawę jakości słyszanej muzyki. Urządzenie testowane było z trzema różnymi słuchawkami, różniącymi się pod względem budowy, przeznaczenia i samej ceny: 1. MEZE AUDIO 99 CLASSICS (w domu) 2. Denon AH-D1200 (w terenie i domu) 3. Sony MDR-XD150 (w domu) To, co dało się zauważyć już w pierwszych chwilach odsłuchu i to bez względu na podpięte słuchawki , to szeroka scena. W przypadku Sony koniecznie z funkcją 3D+, ale o tym poniżej. Scena na tyle szeroka, że w sposób prawie dosłowny instrumenty przestają nam "dudnić w głowie". Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dzięki xDSD od iFi wreszcie zakładając słuchawki na głowę siadamy przed instrumentami, nie instrumenty wkładamy sobie do głowy. Jest więc bardzo muzykalnie, całość nie jest zbytnio uspokojona, ale znika całkowicie krzykliwość niektórych instrumentów. Odsłuchując album "Miłość" Sorry Boys muzyka zyskała na swoistej gładkości wokalu, przy tym "odkleiły" się od siebie poszczególne instrumenty. Inaczej, kiedy wpinałem słuchawki wprost do MacBook'a Pro - prezentacja muzyki była bardziej atakująca nasze uszy swoistym zlepkiem niektórych instrumentów, po zastosowaniu xDSD instrumenty te stały się osobnymi bytami tworzącymi jedną całość przekazu. Na każdym instrumencie można było z osobna skupić swoją uwagę słysząc smaczki, o których można zapomnieć w momencie rezygnacji z urządzenia marki iFi. Pod względem muzykalności pomimo czystego, mocnego dźwięku jest on bliższy neutralnemu przekazowi, delikatnie zmierzając ku tej chłodniejszej stronie. Nie ma poczucia ociężałości i braku życia w muzyce. Przypomniałem sobie w trakcie odsłuchu xDSD sytuację z innym (o podobnej nawet cenie) już nie produkowanym (i słusznie) wzmacniaczu znanej, audiofilskiej marki. Pozbyłem się go po kilku tygodniach bez żalu, klucha zamiast muzyki i obdarcie wszystkiego co trafiało do słuchawek z życia i przyjemności odsłuchu. W przypadku obecnie testowanego urządzenia nie mamy przesadzonego i zbyt atakującego przekazu, ale nie popełniono błędu idąc w stronę nadmiernego uspokajania słuchanej muzyki. Udało się czerpać wiele przyjemności z odsłuchów, bez względu na słuchany album i gatunek muzyczny. W subiektywnym odczuciu najlepiej wypadła muzyka z dużą ilością instrumentów i dużymi składami. Po włączeniu albumu Dave Brubeck Quartet nie dało się oderwać od muzyki! Fantastyczna wręcz prezentacja sceny i ustawienie muzyków. Zadałem sobie pytanie, czy to urządzenie naprawdę kosztuję niecałe 2000 złotych. Tak, tyle dokładnie kosztuje dając przy tym frajdę, jakby kosztowało co najmniej 2 razy więcej! Na dalszy odsłuch poszły albumy: Jean Michel Jarre "Geometry Love", Roxy Music "Siren" i trzy płytowy soundtrack Vangelis'a z filmu "Blade Runner". Kiedy włączyłem "Spotkanie z Matką" wiersz Gałczyńskiego deklamowany przez Polańskiego był namacalny w każdym słowie, dosłownie czuło się fizyczną obecność. A trzeba napisać wprost, że niektóre duże, stacjonarne zestawy za znacznie większe pieniądze nie radzą sobie z tym utworem, który obnaża ich powierzchowność przekazu. W przypadku urządzenia od iFi było to odczucie wręcz realne, ale nie kłujące nasze uszy. W miejscach przygaszania słów były one odpowiednio uspokajane i łagodnie prowadzone. Po prostu mistrzostwo! Jak urządzenie wypada po przełączeniu się w transmisję bluetooth? I tutaj niestety obnażona została niedoskonałość samego protokołu BT. Pomimo zastosowania aptX, przejście na bezprzewodowy odsłuch ugasiło wiele przyjemności ze słuchanej po USB muzyki. Trzeba przy tym już na wstępie zaznaczyć wprost, że jest to nadal ZNACZNY KROK w przód pod względem poprawy jakości brzmienia względem np.: bezpośredniego parowania słuchawek BT z telefonem. Niestety zanikła w sporej, ale nie całkowitej części ta fantastyczna muzykalność, gęstość przekazu. xDSD i tak bije na głowę swoim przekazem muzyki podawanym do urządzenia bezprzewodowo względem klasycznych rozwiązań (parowanie bezpośrednie słuchawek do urządzeń mobilnych), jest znacznie więcej wszystkiego w tym co słyszymy, a na dodatek mamy nadal obszerną scenę. Jeśli jednak macie wybór, bezwzględnie starajcie się korzystać z połączenia przewodowego! Zależność pomiędzy klasą zastosowanych słuchawek, a jakością muzyki w przypadku tego urządzenia jest znacząca. Pozwoliłem sobie nawet na swoisty mezalians i do urządzenia podpięte zostały bardzo tanie słuchawki nauszne - Sony MDR-XD150. W przypadku tych konkretnych słuchawek doskonale sprawdziło się włączenie na xDSD funkcji 3D+. Słuchawki zyskały na przestrzenności i w czytelny sposób poprawiła się szerokość sceny. Im droższe słuchawki - tym lepiej, jednocześnie całkowicie znika potrzeba stosowania funkcji 3D+. Do testów jak wymieniłem powyżej posłużyły też doskonałe MEZE AUDIO 99 CLASSICS (wersja walnut silver). To już słuchawki dające więcej niż dźwięk zbliżony do audiofilskiego. W połączeniu z testowanym wzmacniaczem zgrały się rewelacyjnie, dając poczucie rzeczywistego uczestnictwa w muzycznym wydarzeniu ("Take Five" Dave Brubeck Quartet). Słuchawki testujemy też z myślą o najbliższym artykule w Magazynie AudioStereo, więc do szerszego opisu MEZE AUDIO jeszcze przyjdzie czas. Na pewno słuchawki te w połączeniu z xDSD dają prawdziwą ucztę melomanom, szukającym prywatności w swoich odsłuchach. Rzecz jasna trudno poruszać się z tego typu konstrukcją po mieście (z drugiej strony - kto zabroni;) ), więc do testów tak "w terenie" jak i w domu posłużyły nam konstrukcje Denon AH-D1200. PODSUMOWANIE: xDSD od iFi to urządzenie na wskroś nowoczesne i świetnie wykonane. Dorównuje jakością wykonania mojemu ulubionemu PHA-3AC. To już powinna być rekomendacja sama w sobie. Dodatkowo jakość prezentowanej muzyki nie pozostawia wiele do życzenia, a patrząc na cenę - jest rewelacyjna. Wzmacniacz z funkcją DAC'a na miarę XXI wieku, któremu nie straszne są nawet najbardziej gęste formaty, można by nawet napisać, że wiele z nich stanowi raczej ciekawostkę niż rzeczywistą potrzebę. Wielkość i waga urządzenia to kolejny atut przemawiający za xDSD. Jeśli kochacie dobre brzmienie poza domem i nie potraficie rozstać się ze swoją ulubioną muzyką, xDSD zagwarantuje Wam wszędzie gdzie tylko zapragniecie muzyką na poziomie bardzo dobrej klasy zestawu Hi-Fi. Dla sporej części użytkowników sprzęt ten stanie się jednym z głównych elementów układanki domowych odsłuchów na słuchawkach. W takim przypadku zdecydowanie łączcie iFi poprzez USB. Patrząc na możliwości xDSD, nie odmówi on współpracy z naprawdę droższymi słuchawkami i do tego wymagającymi. Sam producent zapewnia, że jego urządzenie bez trudu wysteruje nawet bardzo wymagające modele jakie można dostać na rynku słuchawkowym. Urządzenie marki iFi wpisuje się w obecne trendy "muzyka może być słuchana gdziekolwiek tylko się da". Na dodatek dzięki swoim możliwością i jakości uzyskiwanego brzmienia, zrywa ze smutną tradycją marnej jakości plików mp3 "bo słuchamy w drodze". Nasze telefony mają coraz większą ilość pamięci, co umożliwia zabranie ze sobą czasem kilkadziesiąt ulubionych albumów w najwyższej jakości (w tym Hi-Res). Warto to wykorzystać, życie jest zbyt krótkie na byle jakość, a xDSD w sposób zdecydowany wprowadzi Was w świat dobrego brzmienia, gdziekolwiek byście nie byli ze swoją muzyką. Cena 1990 złotych za urządzenie tej klasy nie wydaje się być przesadzona. Funkcjonalność, jakość wykonania i najważniejsze - jakość brzmienia zdecydowanie przemawiają za zakupem xDSD. Dodatkowo czas działania gwarantujący nawet długie odsłuchy w podróży jest atutem ZA nie do odrzucenia. ZAWARTOŚĆ (co dostajemy w pudełku): Całość spakowana jest na miarę 2019 roku. W dzisiejszych czasach wszystko musi być poukładane i w przemyślany sposób spakowane. Tak jest w przypadku produktu iFi. Po otwarciu pudełka dostajemy wszystko, co gwarantuje bezproblemowe korzystanie z urządzenia w naszym codziennym kontakcie z xDSD. Poza samym urządzeniem dostajemy przewody USB do transmisji danych i podpięcia urządzeń mobilnych, wtyk do gniazda S/PDIF, pokrowiec na urządzenie oraz podkładki zabezpieczające. DANE TECHNICZNE: Sygnał USB: PCM768kHz & DSD512 (24.6/22.6MHz) Sygnał S/PDIF Coaxial i Optical: do 192kHz/24Bit Zakres dynamiczny: > 113dB (A) Kontrola głośności: od -101dB do 0dB w krokach o 1dB Moc wyjściowa: 2.82V/500 mW przy 16 Ohm 3.7V/270mW przy 50 Ohm 3.8V/48 mW przy 300 Ohm 3.8V/24 mW przy 600 Ohm Sygał line-out: > 2.1V przy 0dBFS Poziom zniekształceń THD (1V/16R): < 0.005% Impedancja wyjściowa: < 1 Ohm Bateria: 3.8V/2200mAh Wymiary: 95 (dł.) x66.5 (szer.) x19 (wys.) mm Waga: 127g AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Urządzenie do testów dostarczyła firma audiomagic.pl z siedzibą w Warszawie, dystrybutor m.in. takich marek jak: iFi i MEZE AUDIO. Audiomagic.pl ul. Sienna 61 00-820 Warszawa https://www.audiomagic.pl
  39. 1 point
    Jeśli cofniemy się o 15 lat wstecz w temacie Motörhead, przypomnimy sobie świetny koncert kapeli pod wodzą Iana „Lemmy’ego” Kilmistera. Lemmy w Düsseldorfie krzyknął "We are Motörhead. We play rock and roll"... to gdzie ta "trema"? Zapewne takim gigantom mocnego brzmienia wolno przewrotnie definiować swoje odczucia, jakie towarzyszą im w trakcie występów na żywo. Nikt bowiem z fanów nie uwierzy, że po tylu latach ktokolwiek z Motörhead czuje wielką tremę przed czy w trakcie występów. Do tego takich występów! Stage Fright to nie tylko zapis koncertu legendarnej formacji Motörhead jaki odbył się w Dusseldorf Philipshalle w 2004 r. Tak naprawdę to według opinii wielu osób - zapis niesamowitych emocji jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Wystarczy wspomnieć o pierwszym utworze, tuż na wejściu - "Dr. Rock" z albumu "Orgasmarton". Motörhead w trakcie koncertu zarazili wszystkich niesamowitą energią, a utwory są mocne, wciągające i do bólu autentyczne. Jeśli ktoś chciałby zrobić zarzut, że Motörhead od lat jest takie same, oczywiście pełna zgoda. Pytanie tylko czy taki "zarzut" dotyczy tylko Motörhead. Bo obok można na szybko wymienić z tuzin kapel, które z każdą kolejna płytą nadal są... takie same. Z drugiej strony po co cokolwiek zmieniać, skoro Motörhead od lat są w miejscu akceptowanym przez siebie i fanów. Nie ma rozczarowań, nie ma eksperymentowania. Formuła kapeli, która wychodzi na scenę lub nagrywa płytę brzmiącą tak, jak tego oczekuje świat - wydaje się być najlepsza. Przy czym warto to napisać - wychodzi na scenę i porusza cały tłum! Zapis koncertu z 2004 roku ma wiele ciekawych momentów i wiele naprawdę wartych zauważenia kawałków. Jak to usłyszałem swego czasu od kolegi - kolejnego fana zespołu "Motörhead nie pierdzielą się w temacie - grają aż urywa d.pę". I taki też jest zapis Stage Fright - kopie emocjami, wciąga jak bagno gdzieś na Mazurach... wystarczy popatrzeć na solo Mikkeya Dee w "Sacrifice" i nie pozostaje nic, poza opadem szczęki. Takie same emocje, jakie towarzyszyły koncertowi, takie też emocje towarzyszą oglądaniu koncertu na DVD lub (najlepiej ze względu na jakość) na Blu-Ray. Spośród wielu znanych i cenionych utworów świetnie wypadają "I Got Mine" ( album "Another Perfect Day") czy "In The Name Of Tragedy" z albumu "Inferno". Zresztą ten pierwszy wymieniony z 1983 w mojej osobistej kolekcji zyskał status wyjątkowej, a nawet kultowej i za każdym razem, kiedy tylko ekipa „Lemmy’ego" sięga po utwory z tego albumu, jest to dla mnie wyjątkowe odczucie. Zapis koncertu dostaniemy w wersjach na CD, DVD czy Blu-Ray i zapewne zdecydowana większość sięgnie po nośnik CD oraz Blu-Ray. Ze względu na jakość niedoścignionym w tym temacie wydaje się Blu-Ray (DTS-HD MASTER AUDIO 5.1 i DTS-HD MASTER AUDIO 2.0) i taki też Wam nośnik proponuję ze swojej strony. Bez względu jednak na to, na jakim nośniku przyjdzie Wam oglądać i słuchać Tremę - gwarantuję, że emocji będzie sporo. A niektórym może nawet urwać przysłowiowo d.pę. Wystarczy cierpliwie poczekać do 28 czerwca, kiedy to "Stage Fright" oficjalnie ukaże się w sklepach. Polecam AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Motörhead Stage Fright - występ legendarnej formacji jaki miał miejsce w Dusseldorf Philipshalle (2004 rok). Lista Utworów: Dr. Rock Stay Clean Shoot You In The Back Love Me Like A Reptile Killers Metropolis Over The Top No Class I Got Mine Tragedy Dancing On Your Grave Ramones Sacrifice Power Brazil Killed By Death Iron Fist Whore House Blues Ace Of Spades Overkill
  40. 1 point
    Kiedy przychodzi moment rozmowy o Stingu, zaczynamy się zastanawiać nad tym, która tak naprawdę płyta jest najlepsza. Już nie utwór, a płyta ze względu na dorobek tego nietuzinkowego artysty. Jego płyty to szereg wspaniałych utworów i co za tym idzie - wysyp nagród, w tym aż 17 krotne Grammy! W dorobu artysty są też Złote Globy czy Brit Awards. Sting we wrześniu 1981 zadebiutował jako solista podczas koncertu dla Amnesty International. Zaśpiewał wówczas solowo do dziś uznane za jedne z największych hitów takie utwory jak „Message in a Bottle” czy „Roxanne”. Oczywiście utwory znane już wcześniej z repertuaru zespołu The Police, ale solowe wykonanie Stinga nie umniejszyło kompletnie nic tym świetnym kompozycjom. Sting okazał się świetnym artystą na scenie nie tylko w zespole, ale i podczas solowych występów. To, co ważne w przypadku tych piosenek - są one uznane za hity nie tylko zespołu The Police czy samego Stinga, ale są to kompozycje uznane za jedne z największych hitów współczesnej muzyki. Nie bez powodu wspominam dziś o Stingu (czy przy tej okazji także o zespole The Police). Już na dniach w sklepach pojawi się nowy album - kompilacja największych hitów Stinga. "My Songs" i jego zawartość to jednak nie jest wierna kopia starszych wydań, to spojrzenie na nowo artysty na swój dorobek artystyczny. Sam Sting mówi o swoim nowym projekcie tak: "My Songs to moje życie opowiedziane piosenkami. Niektóre z nich powstały na nowo, inne nieznacznie zmienione, ale każda z nich brzmi współcześnie." Wszystkie utwory jakie trafiły na nowe wydawnictwo zostały dostosowane do obecnych czasów, co ważne z perspektywy fanów - nie tracą ducha oryginałów. Na płycie znajdziemy takie znane utwory jak powyżej już wspomniane "Message In A Bottle", "Roxane", ale także "Every Breath You Take" czy przepiękne "Fields Of Gold" Do albumu dołączono są osobiste notatki artysty, w których Sting odkrywa wiele ciekawych historii związanych z powstawaniem konkretnych utworów. Nowy album jest więc nie tylko odświeżeniem znanych i lubianych kompozycji, ale swoistą celebracją twórczości Stinga. Zarówno solowej, jak i z The Police. Płyta wydana zostanie na winylu i CD. Polecam! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Za inspirację do napisania tekstu dziękujemy p. Kamilowi z Łódzkiej firmy Gandalf, w którym to już wkrótce będziecie mogli kupić nowy album Stinga https://www.gandalf.com.pl/m/my-songs-pl/ Sting "My Song's" (2019) Lista utworów: 1. Brand New Day 2. Desert Rose 3. If You Love Somebody Set Them Free 4. Every Breath You Take 5. Demolition Man 6. Can't Stand Losing You 7. Fields Of Gold 8. So Lonely 9. Shape Of My Heart 10. Message In A Bottle 11. Fragile 12. Walking On The Moon 13. Englishman In New York 14. If I Ever Lose My Faith in You 15. Roxanne (Live)
  41. 1 point
    Jak zaprzyjaźnione wiewiórki donoszą, już wkrótce jeden z najstarszych i najbardziej znanych sklepów ze sprzętem audio Studio HiFi w Katowicach, planuje przenosiny w nowe miejsce. To nie wszystko, kolejną informacją jaką uzyskaliśmy to fakt, że dzięki uprzejmości właściciela firmy p. Jacka - AudioStereo będzie miało okazję brać udział w oficjalnym otwarciu salonu. Nowy salon to jak mówi szef firmy - nowe możliwości, a co za tym idzie - nowe marki, większy i nowocześniejszy pokój odsłuchowy oraz znacznie bogatsza oferta sprzętowa. W tym, jak dowiedzieliśmy się w dniu wczorajszym - część z oferty nowego salonu trafi do recenzji naszego Magazynu AudioStereo. I nie będą to suche, pisane recenzje! Magazyn AudioStereo wychodzi bowiem na przeciw oczekiwaniom naszych czytelników i sprzęt testowany dla Was będzie także prezentowany w postaci materiału filmowego i udostępniany na naszym kanale YT. Dziękujemy już dziś szefostwu firmy i oczywiście przyjmujemy zaproszenie na ten szczególny event firmy Studio HiFi w Katowicach. Zapraszamy do obserwowania Magazynu, w którym będzie sporo niespodzianek, wiele interesujących testów i materiału audio-video. AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
  42. 1 point
    Natalię Sikorę zapewne znacie dzięki sukcesowi, jaki był jej udziałem w programie Voice of Poland. Część z Was zapewne poznała też artystkę dzięki świetnemu bluesowo-rockowemu albumowi „Bezludna Wyspa Bluesa”. Natalia od lat ciężko pracuje na swój sukces i ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym. Realizuje się nie tylko jako aktorka, ale też stara się podbijać coraz większą ilość serc słuchaczy swoim głosem. Obecnie dużymi już krokami zbliża się premiera jej kolejnego albumu "Ailatan!". Z tej okazji już, w najbliższy wtorek w zaprzyjaźnionym Studio U22 w Warszawie odbędzie się przedpremierowy odsłuch nowej płyty artystki. Czym tym razem zaskoczy w swoich kompozycjach, będziecie mogli przekonać się 21 maja. Dzięki uprzejmości Studia U22 mamy dla Was 3 podwójne wejściówki. Wystarczy w postach zgłosić chęć swojego udziału w tym wyjątkowym spotkaniu. Kameralna atmosfera panująca na Al. Ujazdowskich 22 wręcz zachęca do udziału i przedpremierowym odsłuchu płyty. Impreza rozpoczyna się o godzinie 19:00, a Natalii towarzyszyć będzie Darek Kozakiewicz, związany m.in. z zespołem Perfect. Zapraszamy serdecznie! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://studio-u22.com
  43. 1 point
    Kiedy otrzymałem album do rąk pomyślałem "ok, będzie jak z St Germain, czyli będzie (jakby) dobrze". Otóż wszelkie tego typu projekty przecinające wiele gatunków - w tym co najważniejsze - jazz, potrafią sprawić recenzującemu wiele problemów. Są to problemy natury subiektywnego odbioru muzyki, bo czym jest muzyka? Czy z góry narzucone style i sztywne ich trzymanie się już jest muzyką, czy może jednak prawdziwą muzyką nazwiemy wszystko, co jest poszukiwaniem nowego wyrazu i sposobem dotarcia do słuchacza czymś niebanalnym. Gdzie jest granica czegoś nowego, na ile muzyka w dobie tylu utartych i ustalonych z góry brzmień jest nadal otwarta na poszukiwanie, i eksperymentowanie? Można by stwierdzić wprost, że każdy dźwięk stanowi muzykę, a jedynie umiejętne budowanie tych dźwięków daje sukces. Pójdę dalej w swoich rozważaniach - cisza też jest muzyką. Dlaczego recenzja płyty Gniewomira Tomczyka i projektu Live zaczyna się w tak nietypowy sposób? Otóż album jaki dostałem, nie jest jak każdy inny. To nie są muzycznie utarte ścieżki, na które wchodząc wiemy skąd wychodzimy i dokąd docieramy. W przypadku recenzowanego albumu muzyka jest przygodą z dźwiękami ale i ciszą. Dokładnie tak, budowanie nastroju i klimat kompozycji wynika z umiejętnego (nad wyraz) operowania wieloma dźwiękami, wokalem i czasem też właśnie ciszą. Operowanie wieloma gatunkami na potrzeby budowania nastroju i tworzenia niesamowitego klimatu - to pierwsze co rzuca się w przypadku tego albumu. Pierwszy z brzegu utwór "The City", trwający dokładnie 8 minut i 21 sekund jest świetnym tego przykładem. Siadając w domowym zaciszu, znikając w fotelu z głową otwartą na muzykę, na dźwięki - ten dokładnie utwór wprost udowodni nam, że muzyka jako sztuka nie umarła. Na płycie znajdziemy kawałki bliższe stricte jazzowym klimatom, ale nie tylko i słusznie. Takim bliższym jest dla przykładu "Antoher Vision". Są też kompozycje od początku dobitnie trafiające do słuchacza, wprost atakujące bogactwem dźwięków i oddalające się od jazzowych "standardów". "Twinkle" odrywa nas od klimatu spokojnego klimatu, mamy tutaj zderzenie się i mieszkankę wielu gatunków - przy tym drum'n'bass jest swoistą wisienką na torcie. Gniewomir nie pozostawia w tym przypadku żadnych złudzeń - zaprasza nas do swojego "drum królestwa". Słuchając płytę mamy poczucie, że za każdym razem możemy zostać zaskoczeni zgoła czymś innym tak w samej dynamice, jak i w łączonych stylach muzycznych. Do tego dochodzi wokal, jaki zasługuje na osobną pochwałę. I dobrze ta mieszanka gatunków wychodzi, skoro album ma stanowić taką podróż, gdzie Gniewomir ze swoimi zespołem zaprasza nas na swoistą przygodę bez z góry ustalonych zasad - wchodzimy w to i naprawdę w pełni czujemy. Oczywiście byłbym skłamał, gdybym nie przyznał - w tej przygodzie z muzyką zawartą na "Quality Jazz Live" jest kilka z góry ustalonych zasad. Poza kreatywnością artysty i świetną swobodą w operowaniu nie tylko gatunkami, ale i dźwiękami - mamy właśnie wspomniane powyżej doskonałe poczucie budowania atmosfery w każdym utworze. Jazz nie wymaga komplementacji, jazz się czuje i kocha - lub nieświadomie omija szerokim łukiem. Kolejną zasadą jaka panuje na płycie - każde nagranie od strony prezentacji muzycznej jest realizowane na wysokim poziomie. 7th Horizon (Live) z części bonusowej pokazuje jak cały zespół bawi się rytmami i brzmieniem. Jak ważny przy tym jest słuchający i jak ważne jest wciągnięcie go w muzykę dowodzi kolejny utwór "B.Y.O.C." (wraz z The Blu Mantic). Tym utworem bawimy się na całego z zespołem, tutaj wszyscy żyją muzyką i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Komu polecam płytę? Jeśli kochacie jazz łączony z innymi gatunkami, lub jazz we wszelkich jego odmianach - zdecydowanie tak. Jeśli szukacie czegoś niebanalnego, gdzie muzyka jest sztuką i macie przy tym czas na w pełni oddanie się dźwiękom płynącym z głośników - płyta obowiązkowa. Melomani kochający dobre realizacje (nie tylko obejmujące jazz) znajdą w tym albumie świetnego kompana do wieczorów z muzyką przez duże "M". Ostrzegam jednak tych, którzy muzyką nie bawią się i nie czują jej. Dla których eksperymentowanie z dźwiękiem czy nieprzewidywalność kompozycji jest nie do przyjęcia - płyta może nie wpłynąć pozytywnie na Wasze zrozumienie czym jest muzyka. Zacząłem od wspomnienia na początku o swoistym projekcie St Germain - Ludovica Navarre'a. Nie przez przypadek, przez ponad 2 dekady muzyka francuskiego artysty znajduje wielu odbiorców. Tak, jak to bywało w przypadku Navarre'a, tak jest obecnie w przypadku Gniewomira i jego projektu, i trzeba napisać to wprost - album "Quality Jazz Live" to fascynująca mieszanka wielu gatunków muzycznych i wysmakowanego jazzu. Absolutnie też proszę nie stawiać równości w brzmieniu czy formie muzycznej tych dwóch artystów! To zgoła odmienne podejście do słuchacza, ale mianownik praktycznie wspólny. Tak, album Gniewomira będzie się podobał tym wszystkim, którzy są świadomymi odbiorcami muzyki, dla których wyjście do klubu na koncert nie oznacza własnego zaszufladkowania. To album dla tych, którzy poszukują kontaktu z muzyką, nie utożsamiają się poprzez koszulki czy fryzury z jakimś gatunkiem muzycznym czy wykonawcą. Jeśli kochacie dobrą muzykę, macie za sobą (dosłownie) wypady na koncerty dla zasady "bo kocham muzykę", bez zwracania uwagi kto gra i dlaczego, kochacie spontaniczność w takich wypadach - musicie kupić opisywany album Gniewomira. Projekt ten zabierze Was gdzieś... i chyba tylko sami będziecie w stanie określić dokąd dotarliście. Ale całą muzyczną podróż macie zagwarantowaną na bardzo wysokim poziomie. Z muzyką przez duże "M". GNIEWOMIR TOMCZYK – perkusista, perkusista hybrydowy, pedagog. Absolwent Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu, w klasie perkusji jazzowej prowadzonej przez prof. Krzysztofa Przybyłowicza. Laureat I Nagrody na Ogólnopolskim Festiwalu Rytmu Drum Battle. Założyciel oraz lider zespołu: Gniewomir Tomczyk / Project. Współpracuje na stałe m.in. z zespołem elektronicznym XXANAXX, producentką MIN t czy wokalistką Patrycją Zarychtą. Występował oraz współpracował z wieloma znakomitymi artystami. Dla osób kochających muzykę i poszukujących kolejnych wrażeń z różnymi gatunkami muzycznymi - dzięki uprzejmości Agencji IMAGE TEAM - mamy do przekazania jedną płytę (https://www.facebook.com/imageteam.net) Wystarczy pozostawić pod artykułem swój komentarz, w którym podacie przynajmniej jednego artystę (lub zespół), z którym współpracował Gniewomir Tomczyk. Już na wstępie podpowiem, że dorobek w karierze artysty jest naprawdę imponujący, zadanie więc macie dosyć proste. Na Wasze posty czekamy do 5 maja. Spośród wszystkich (nawet powielajacych się) odpowiedzi, wybierzemy jedną, a jej autor otrzyma wprost do domu album "Quality Jazz Live". Zapraszamy do udziału i polecamy album! AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo).
  44. 1 point
    W Stanach muzyka R&B od wielu dekad nie traci na popularności. W Europie (co widać po sprzedaży) też trafia na spore zainteresowanie. Spośród wielu znanych nazwisk jedno zasługuję na szczególne przypomnienie - Mary Jane Blige. Przez jednych nazywana królową R&B, przez innych "ciocią Mary„, artystka od prawie 3 dekad w znaczący sposób zaznacza swoją obecność na scenie muzycznej. Jej pierwsze albumy "What's the 411?", "My Life" czy "Share My World" zyskały status w USA potrójnej platyny. Ostatni okres artystki to w głównej mierze związanie się ekranem (tym dużym jak i małym) i gra aktorska. Wystąpiła w mn.: "Rock of Ages" (jako Justice) czy obecnie w serialu Netflix - "The Umbrella Academy" (2019) Fani Mary J. Blidge jako piosenkarki już powinni zacierać ręce - artystka bowiem oficjalnie zapowiedziała powrót do studia i rozpoczęcie pracy nad... dwoma kolejnymi albumami. Jak sama stwierdziła, jej nowe albumy mają odzwierciedlać całe życie kobiety, które są szefami dla siebie i w pełni mając tego świadomość - wprost mogą to wyrażać światu, że "są teraz szefami". Przekaz może i skomplikowany, ale kto by tam zrozumiał kobietę? To oczywiście żart, bo królowa R&B doskonale trafia ze swoim muzycznym przekazem do sporej grupy fanów (w tym mężczyzn). Jest więc na co czekać! AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  45. 1 point
    Marilyn Manson ostatni album wydali nie tak dawno, bo w 2017 roku. "Heaven Upside Down" okazał się jednym z lepszych albumów zespołu Mansona "ever", a na pewno najlepszym z ostatnich lat. Chodziły wręcz słuchy, że Manson nie tylko zatracił duszę, ale także stracił całkowicie kreatywność. Na samym byciu "dyżurnym Antychrystem" niestety dłużej pociągnąć się nie da. Musiało przyjść więc coś więcej i przyszło. "Heaven Upside Down" to płyta dobra, a miejscami bardzo dobra. Nie pobiła rzecz jasna absolutnego mega-hitu płytowego "The Golden Age of Grotesque", ale okazała się bardzo udana i przyniosła spore zainteresowanie na rynku muzycznym. Tak więc "Heaven Upside Down" to album artystycznie świeży i perfekcyjnie zrealizowany. Sam Marylin Manson postanowił jednak nie odpoczywać i ukazała się zapowiedź kolejnego albumu. Co więcej - nowy album, który ma szansę ukazać się jeszcze w tym roku, ma być współtworzony z uwaga... Shooter Jenningsem. OK, każdy wie kim jest właściwie Jennings? I słusznie, w naszym kraju c.a. 90% nie ma pojęcia kim jest ten muzyk i pojęcia mieć nie może. Ale za to w USA sytuacja ulega całkowitej zmianie. Otóż pan Jennings jest bardzo popularnym muzykiem country, który na swoim koncie ma już 10 całkiem udanych albumów. Tak, dobrze czytacie - Marylin Manson i kompozytor oraz muzyk country podjęli się wspólnej współpracy, by stworzyć nowy album. No dobra, to nie żart na pierwszego kwietnia - poważnie! Najlepszym komentarzem w tym miejscu niech będą słowa samego "Antychrysta": "Poczułem, że to dobry czas na zmianę i zaprzyjaźniłem się z Shooterem. On jest geniuszem muzycznym. Przypomina mi Dude'a z filmu "Big Lebowski". Mamy inne wibracje, ale nie muszę mu ciągle mówić, co myślę." No więc... jeśli Shooter jest jak Lebowski, przepraszam - ale "wchodzę w to" i czekam na płytę. Nie mam wręcz pojęcia co z takiej mieszanki wyjdzie, ale na samo hasło "Dude" i "Big Lebowski" z automatu jestem na "tak". Jak sam Manson wyznaje, jego nowy album będzie brzmiał jak mieszanka krążka "Diamond Dogs" Davida Bowiego z 1974 i brzmienia brytyjczyków z Killing Joke. Napiszę tylko tyle: "niezła jazda" i "czekamy więc". (AudioRecki, Magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  46. 1 point
    Czasem w rozmowie o muzyce pada pytanie o "tego kolejnego", wielkiego gitarzystę z Pink Floyd... i młodsze pokolenie ma duże problemy, by wymienić wszystkich z nich. Bardziej osłuchana młodzież powie "Waters", czasem uda się wspomnieć Gilmour'a. A o Snowy White wspomina naprawdę niewielu. Kiedy siadając z takim młodym człowiekiem do odsłuchu płyt puścimy Bird Of Paradise lub Midnight Blues pada często "znam to!" I słusznie, bo dobrych muzyków (więcej - bardzo dobrych muzyków) należy znać. Muzyka jest sztuką i jako taka rozwija nas w wielu wymiarach, kształci świadomość i potrzeby (często także te duchowe). Dlaczego taki wstęp? Bo każdy, kto z melomanów odpłynął w trakcie odsłuchu w/w utworów White'a wie o czym piszę. Muzyka, w tym taka jaką prezentuje wspomniany muzyk, jest sztuką przez duże "S", do tego często dająca okazję do poznania samego siebie. Terence Charles "Snowy" White to legenda bluesa i rocka. Koniec kropka. Swego czasu poza grą z kapelą Pink Floyd grał także z Thin Lizzy. Na przestrzeni lat nie unikał jednak solowych kompozycji i albumów wydawanych pod swoim nazwiskiem. Zresztą z bardzo ciepłym i dobrym odbiorem słuchaczy. Jeszcze nie tak dawno, bo kilkanaście miesięcy temu była okazja zapoznania się z kolejnym albumem artysty przewodzącemu The White Flames - Reunited. Album ten nie był w żadnym calu przełomowy, ale jakże wpisujący się w oczekiwania fanów klimatycznego bluesa oraz ciepłego w głosie, wręcz melodycznie recytującego słowa White'a. Utwór "Have I Got Blues For You" wpisuję się w takie klimaty idealnie i nie pozostawia złudzeń, że płyta zabiera nas w długą, klimatyczną podróż. Wystarczy posłuchać pierwszych dźwięków gitary i wszystko jasne. Muzyka sztuką - jak najbardziej! Rozpisałem się o tym co było... ale nie sposób pominąć tak ważnych informacji, kiedy piszemy o takiej postaci jak Snowy White. Jednak nie o czasie przeszłym, a o przyszłym mowa. I to wcale nie takim odległym! W tym miesiącu na rynku ma się ukazać nowa płyta muzyka wraz z zespołem. Zapowiedziany na ten miesiąc album "The Situation" ma przyciągnąć na kolejne długie wieczory słuchaczy. Nie ma w zapowiedziach stanowić milowego kroku, ale po tak wielkich muzykach nikt w końcu nie spodziewa się czegoś takiego. Jako frontman White tworzy idealną całość ze swoim zespołem i kolejne 12 pozycji na nowym albumie zapowiada się więcej niż wyśmienicie. Na pewno płyta absolutnie każdemu wpadnie w ucho, bez względu na preferencje muzyczne. A wielbiciele gatunku - no cóż, mają kolejny powód do zakupów bowiem płyta zapowiada się wybornie! Snowy White and The White Flames - The Situation (2019) Lista utworów: 1. The Situation 2. This Feeling 3. L. A. Skip 4. Can't Seem To Do Much About It 5. Crazy Situation Blues 6. Blues In My Reflection 7. Why Do I Still Have The Blues? 8. You Can't Take It With You 9. Migration 10. The Lying Game 11. Hard Blues 12. I Can't Imagine AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  47. 1 point
    Już niespełna dwa miesiące, kiedy na naszym rynku ukaże się w postaci CD oraz "czarnulki" mini album zespołu Vader. Ta pochodząca z Olsztyna kapela metalowa na rynku muzycznym to już swoista marka sama w sobie. Jedyne co mnie od zawsze zaskakiwało to częstotliwość zmiany składu zespołu. Kto tam już nie był... a raczej kogo nie było. Jeśli sięgnę pamięcią i do swojego osobistego zbioru muzyki - to ze wszystkich wydanych do tej pory albumów - najbardziej przypadł mi do gustu szósty album studyjny "The Beast". Moim zdaniem najlepsze na tej płycie okazały się partie solowe Maurycego „Mausera” Stefanowicza, zresztą sięgając po muzykę zespołu - dziecka "Mausera" czyli Dies Irae, też czuć jego wyjątkowo pozytywny i osobisty wkład muzyczny. No ale to czasy przeszłe, a wracając do samego tytułu "Thy Messenger" to mini album zespołu Vader, który pod koniec maja zagości na półkach sklepowych. Na mini płycie znajdziemy pięć pozycji z czego jedna - to klasyczna przeróbka utworu "Steeler" Judas Priest. I znawcom zespołu Vader nie trzeba nawet tłumaczyć pod jak ogromnym wpływem artystycznym Brytyjczyków byli i są chłopaki z Olsztyna. Wzorce solidne, a i zespół Vader to nie byle kapela metalowa. Może nie dostaniemy normalnej długości albumu, na EP'ce zobaczymy powrót do znanego od dwóch dekad Litany (w nowej wersji), możemy też utyskiwać na zbyt mocne, a nawet nazbyt brutalne brzmienie (aż niepodobne do tego, co znamy z innych albumów) - jednak to pierwszy album po blisko trzy letniej przerwie pokazujący, że ekipa z Olsztyna pomimo tylu lat na scenie, tylu zmian w składzie (obecnie znów kapela zaskakuje osobowo) - nie zapomniała jak się gra mocną, do tego dobrą muzykę heavy metalową. EP'kę (CD i winyl) będzie można nabyć pod koniec maja w każdym dobrym salonie muzycznym. Mocno polecam fanom gatunku... reszta no cóż, musi zrozumieć - nie wszystko jest dla wszystkich. Tracklista: 1. Grand Deceiver 2. Litany 3. Emptiness 4. Despair 5. Steeler AudioRecki (magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  48. 1 point
    Podobno nic tak nie napędza zainteresowania w obecnym świecie, jak kontrowersje i skandale. Im większy głos sprzeciwu, tym podobno "lepiej". Znamy to z naszego rodzimego "podwórka", gdzie wszelkiej maści celebryci i pseudo gwiazdeczki wychodzą z założenia - "nie ważne jak, byle mówiono". Rzecz jasna wszelkiej maści plotki i ploteczki o życiu pseudo gwiazdek nie są w zainteresowaniu Magazynku Kulturalnego AudioStereo, pozostawimy to odpowiednim tytułom prasowym czy portalom w sieci. Jest jednak powód powstania tego tematu. Otóż nasi zachodni sąsiedzi (a w szczególności politycy oraz wtórujący im przedstawiciele środowisk żydowskich zza Odry) uznali jako nie do przyjęcia wyrażanie swojego zdania artystycznego w takiej formie, w jakiej uczynić to miał zespół Rammstein. Ich zapowiedź jaka miała miejsce jeszcze nie tak dawno ( pół minutowy klip) wywoła istną falę krytyki na zespół, wręcz mówiono o skandalu. Czy faktycznie mamy powód do tak daleko idącej - negatywnej oceny nowego utworu? Czy klip "Deutschland" jaki zaserwował swoim fanom zespół Tilla Lindemanna zasłużenie podlega krytyce? Pozostawiam to już do Waszej oceny. Zapraszam do komentarzy, czy Waszym zdaniem były/są powody do uznania materiału muzyczno-filmowego zespołu za skandal? Czy teledysk oraz zawarta w nim treść jest jeszcze wyrazem artystycznym na pewne poglądy, czy już przekroczono wszelkie dopuszczalne granice, po których słowa skandal i kontrowersja są jedynymi - właściwymi, by opisać to, co przychodzi nam oglądać i słuchać. Zespół Rammstein jak zapowiedział tak zrobił. Właśnie opublikowano wg. niektórych kontrowersyjny klip. Zapraszam do oglądania i... komentowania! UWAGA! Treści prezentowane w filmie są oznaczone na YouTube jako niewłaściwe dla każdej grupy wiekowej odbiorców! Zespół zawita do Chorzowa już 24 lipca tego roku. Trasa koncertowa ma promować najnowszy album zespołu. Będzie się więc działo w Kotle Czarownic! AudioRecki (Magazyn Kulturalny, AudioStereo)
  49. 1 point
    "Chcielibyśmy, aby więcej osób znajdowało swoją równowagę w trakcie słuchania muzyki, ponieważ muzyka łagodzi obyczaje" (Arkadiusz Harych, właściciel ZigZag). To prawda. Świat jest zabiegany, człowiek gdzieś gna przed siebie każdego dnia. Są jednak w naszym życiu takie chwile, w których oddajemy się swoim pasjom. Zatrzymujemy się na moment i odcinamy od zgiełku naszej codzienności. Sięgamy wtedy po wszystko to, co w naszym zrozumieniu jest "dla nas najlepszym", dającym nam przy tym zwykłą przyjemność posiadania. Staramy się często w takich momentach sięgać po rzeczy dobre i sprawdzone, których sama obecność w naszym otoczeniu daje ogromną przyjemność. Pewne jest jedno, dla takich chwil, dla siebie i bliskiego nam otoczenia szukamy rzeczy praktycznych, trwałych i do tego pięknie wykonanych. Jak to wygląda w praktyce wie każdy z nas. Niestety nie zawsze udaje nam się znaleźć to wszystko, lub poszukiwania takich rzeczy zajmują sporo czasu. Często w wyniku pośpiechu czy nawet naszej niecierpliwości - stawiamy na rzeczy niesprawdzone, nie mające realnego wpływu na nasze życie i często po prostu brzydkie. Dziś dzięki uprzejmości właścicieli firmy ZigZag Acoustic z Wrocławia, mamy możliwość przedstawienia miejsca, w którym realne osoby, mające podobne pasje i podobne potrzeby w życiu - odpowiedzialne są za produkcję przedmiotów w swej formie pięknych, a powstających właśnie z połączenia pasji do muzyki i miłości do rzeczy nietuzinkowych, i trwałych. Przyznam szczerze, że wywiad ten przyniósł mi ogromną osobistą przyjemność i wyciągnąłem zaskakujące wnioski. Otóż trafiłem do ludzi, dla których w relacjach „firma-produkt-klient” - to klient i jego potrzeby stanowią najważniejszy element całej układanki. Produkt jest jakże ważny w w/w firmie, ale jak się okazuje - traktowany jest jak przedmiot na który przelano wszystko, co najważniejsze w relacjach między ludźmi. Nie dziwię się już dlaczego z takim zaangażowaniem i pieczołowitością dba się tutaj o każdy szczegół. Ciężko bowiem jak widac dać coś niedopracowanego, a jednocześnie ma to być przedmiot oddający osobiste zaangażowanie konkretnych ludzi, którzy poświęcają się temu i oddają część siebie. W firmie ZigZag zrozumiałem, skąd ta istotna zmiana pomiędzy ich produktami, a produktami konkurencji. Zaczyna się od podstaw - od podejścia właścicieli do ludzi, życia, otaczającego nas świata i samych przedmiotów. Zainteresowanych odpowiedzią na pytanie „czy można dostać zaangażowanie w lepszy świat drugiej osoby w przedmiotach” zapraszam do poniższego wywiadu. Magazyn AudioStereo (dalej M-AS): Witaj Arku. Siedzę i patrzę na te wszystkie rzeczy dookoła, i zastanawiam się nad jednym. Czy są one bardziej praktyczne, czy może bardziej jednak są piękne. Mam dylemat, bo im bliższy i dłuższy z nimi kontakt, tym nie sposób od niektórych z nich oderwać wzrok. Mam kilka pytań o Waszą firmę, o produkty i o Twoją codzienność tak zawodową, jak i prywatną. Może na sam początek przybliżmy naszym czytelnikom Waszą firmę. Arku jesteś właścicielem firmy, która zajmuje się? Arkadiusz Harych, właściciel ZigZag (dalej Arek, ZigZag): Mamy szeroki wachlarz oferty dla klientów indywidualnych i instytucjonalnych. Zajmujemy się projektowaniem pomieszczeń użytkowych, tak w mieszkaniu i domu, jak i w firmach. Projektowaniem rzecz jasna w kontekście wyposażenia mn. w niebanalne meble czy przedmioty codziennego użytku. Jak domyślam się, w głównej jednak mierze dziś rozmawiać będziemy o akustyce i wszystkim co z tym związane w naszej firmie? M-AS: Tak, to jest cel naszego spotkania i rozmowy. Skąd pomysł na tego typu firmę? Arek, ZigZag: Sporo wody minęło od czasu, kiedy popularnego Kasprzaka zamieniłem na wieże Diory (midi), a w jej magnetofonie wymieniłem głowice na oryginalną - stożkową Alps'a. Od tego czasu dużo się zmieniło i sporo rzeczy wydarzyło - zbudowałem kolumny, wraz ze szwagrem udało nam się z powodzeniem zbudować całkiem udany wzmacniacz lampowy. Podkręcałem moc lasera, żeby płyty się dobrze odtwarzały (żeby nie przeskakiwały). Po tych wszystkich osobistych doświadczeniach, dalej gdzieś szukałem tego mitycznego ideału brzmienia. Aż pewnego dnia doszedłem do jednego wniosku. Żeby zbliżyć się do przyjmijmy "doskonałości brzmienia" nie wystarczy tylko dobry sprzęt, odpowiednio dobrane kable, czy dobrze nagrana płyta. Potrzebne jest coś więcej. Zrozumiałem, że potrzeba zadbać o wnętrze w którym słuchamy muzykę. Uświadomiłem sobie, że dobrze przygotowane akustycznie wnętrze, jest równie ważne co pozostała reszta! Przemyślane działania na polu akustycznym dają często znacznie większe zmiany, niż wymiana jakiegoś elementu w torze audio. Oczywiście sporo ludzi jest przekonanych o tym, że dobry sprzęt całkowicie wystarczy, by muzyka "dobrze brzmiała". Uważają oni wręcz, że nic poza dobrej klasy sprzętem nie jest potrzebne i w taki sposób da się słuchać muzyki na odpowiednim (jakościowo) poziomie. Można się z tym zgodzić po części, bo nikt nie zaprzeczy, że dobry sprzęt jest bardzo ważny. Bez sprzętu audio rzecz jasna nie ma mowy o dobrym brzmieniu i jest to podstawa. Jednak nie oszukujmy się - bez odpowiedniego przygotowania pomieszczenia, w którym słucha się muzyki - nie ma szans na to, żeby się zbliżyć do "ideału". Okazuje się w życiu, że dopiero wytrawni i z dużym bagażem doświadczenia (opartego o ogromną ilość odsłuchów) audiofile czy melomani zaczynają interesować się akustyką. Ci wszyscy, którzy przetestowali już dziesiątki, jak nie setki zestawów audio - zaczynają wreszcie doceniać znaczenie odpowiedniej adaptacji akustycznej swoich pomieszczeń. W oparciu o własne i znajomych doświadczenia, obserwując rynek i potrzeby osób szukających kolejnego kroku w przód (w temacie poprawy jakości brzmienia) - powstała nasza firma ZigZag. M-AS: Czyli zajmujecie się nie tylko produkcją wszystkiego, co związane z akustyką , ale także jak rozumiem zajmujecie się kompleksowo akustyką pomieszczeń? Arek, ZigZag: Zgadza się. A nic tak nie uczy właśnie, jak własne doświadczenie (szczery uśmiech Arka, red.) Wiemy, jak ważne jest akustycznie dopasowane pomieszczenie. Nasze pierwsze kroki w temacie akustyki i kontakty z tego typu produktami oraz z pomieszczeniami przeznaczonymi do odsłuchów audio zaczęły się już wiele lat temu. Kontakty te powiedzmy wprost, nie zawsze dawały pozytywne wrażenia i szukaliśmy czegoś "więcej i lepiej" wykonanego. Mamy bardzo bogate doświadczenie zakresie akustyki i co istotne - poparte obecnie konkretnymi wynikami. Również dzięki temu, że tak bardzo rozwinęła się technologia CNC - ułatwiło nam to budowę swoich ustrojów akustycznych. Wreszcie możemy to zrobić na takim poziomie jakościowym i materiałowym, że oferujemy naszym klientom produkt taki, jaki sami widzielibyśmy u siebie. M-AS: Rozmawiamy o produktach, gdzie w tym wszystkim klient. Co odróżnia Waszą firmę od innych na tym polu? Arek, ZigZag: Z każdym klientem rozmawiamy indywidualnie. Staramy się zrozumieć i zaradzić problemom oraz wyjść na przeciw oczekiwaniom. Oczywiście zlecenia niemożliwe do zrealizowania wymagają więcej czasu (śmiech, red.), ale nie pozostajemy obojętni wobec żadnego z naszych klientów i jego problemów. M-AS: Pracujecie dla klientów w kraju. Czy jakieś doświadczenie z klientami za granicą? Arek, ZigZag: Oczywiście. W swoim portfolio mamy wykonane prace dla klientów mn.: z Włoch, Niemiec czy USA. Nie ograniczamy się jedynie do rodzimego odbiorcy. M-AS: Czy jest różnica w pracy dla klienta z Polski, a tego spoza naszego kraju? Jakieś zasadnicze różnice w oczekiwaniach i wykonaniu? Arek, ZigZag: Oczekiwania są praktycznie takie same. Produkt musi spełniać najwyższą jakość pod względem użytkowym ale i materiałowym. Szczegóły jakie mogą różnić poszczególnych klientów wg. kraju skąd pochodzi - bardziej wynikają ze specyfiki indywidualnego zamówienia, niż z samego faktu różnic w naszym podejściu do klienta. Jeśli chcesz mnie zapytać, czy nasi rodzimi audiofile otrzymują inne produkty, niż te oferowane naszym zagranicznym klientom - to absolutnie nie ma o tym mowy! Oferujemy tylko i wyłącznie produkty na najwyższym - światowym poziomie. I nie ma dla nas znaczenia zasobność portfela naszego klienta czy kraj z którego pochodzi. Nie bawimy się w półśrodki. M-AS: Czyli klienci powinni być pewni Waszych produktów... Arek, ZigZag: Absolutnie tak. Od momentu projektowania i powstawania w naszej pracowni (na etapie rysunku, red.), aż po końcowy „szlif” każdego z wykonywanych przedmiotów. M-AS: Rozmawiamy już jakiś czas, widzę Twoje zaangażowanie w firmę, w dbałość o produkt i samego klienta… czas na dom, rodzinę? Arek, ZigZag: Wiele z tego co osiągnąłem na płaszczyźnie zawodowej jest także sporym udziałem mojej żony Asi (Joanna Szpakowska). Jej poczucie estetyki (wiadomo, kobieta), zdroworozsądkowe podejście do pewnych tematów i zaangażowanie nie mniejsze niż moje wprost przekłada się na mój, nasz wspólny sukces. Dzielimy sukcesy i mniejsze lub większe porażki (tych, co tylko dobrze świadczy) na razie jest mało. Czas prywatny... oczywiście poświęcamy naszym wzajemnym zainteresowaniom, co nie wyklucza faktu, że czasem za dużo żyjemy firmą - nawet w czasie uznanym jako czas prywatny. M-AS: Jakiś przykład takiego zaangażowania ponad miarę? Joanna Szpakowska (prywatnie żona właściciela, dalej Asia, ZigZag): Najgorsze są momenty tych zleceń, które wymagają bardzo poważnego zaangażowania ze strony całego zespołu. Jesteśmy wtedy skupieni na danym kliencie i nie ukrywamy tego, staramy się poświęcić jak najwięcej (nawet z wolnego czasu), by w efekcie końcowym klient otrzymał jak najlepszy produkt. Żyjemy tym wszystkim, dajemy siebie - więc dajemy też często swój wolny czas na realizowanie marzeń naszych klientów. M-AS: Asiu zapytam więc, widząc i Twoje zaangażowanie. Do kogo wychodzicie ze swoją ofertą? Bo mam wrażenie, że klient przychodząc do Was traktowany jest jak ktoś z rodziny... Asia, ZigZag: To jest tak. Pracujemy nie po to by stworzyć jakiś konkretny przedmiot i zamknąć zlecenie. Być może pozwalamy wyjść z pudełka nie tyle przedmiotom jako takim, ale przedmiotom szczególnym w świecie osób kochających muzykę. Chcemy swoją pracą, ofertą i podejściem do ludzi zmienić punkt widzenia, postrzegania świata. Chcemy mieć swój mały udział w szczęściu innych ludzi. Arek, ZigZag: To są rzeczy dla osób, które potrafią się w życiu zatrzymać i czas postoju przeznaczyć na refleksje. Doceniamy takie postawy w życiu. Dzięki temu, że klienci decydują się na zakup naszych produktów, nie czujemy się sami i czujemy swoistą przynależność do grupy, które odczuwają to samo co my. Możemy dzięki naszym produktom na swój sposób przebywać z nimi. I to jest chyba w tym wszystkim najlepsze uczucie. Być może spotkamy się z zarzutami, że to wszystko jest dla nas jak „religia”. Być może. Ale powiedzmy to wprost - nie da się do tego podejść inaczej. To swoista odpowiedź na ten zgiełk, na pośpiech życia, swoiste zapomnienie o kłopotach. Budowanie firmy mającej w swojej ofercie produkt bliski dla konkretnej grupy ludzi, nie może odbywać się bez tych ludzi! Asia, ZigZag: Panele akustyczne (na takiej początkujących ścieżce) uważa się za akustyczne aranżacje, muzycznie - jako jedynie dodatek. A to nie jest wbrew pozorom jedynie dodatek. Panele akustyczne nie służą tylko do aranżowania pomieszczeń i do słuchania muzyki, ale też zamontowane w pomieszczeniu w odpowiedni sposób emanują ciszą. Tak, cisza też jest muzyką - na swój sposób. Więc nie tylko poprzez produkt w postaci np.: paneli dajemy zdecydowaną poprawę brzmienia, ale dajemy też szansę na ucieczkę przed otaczającym nas światem, szansą na zanurzenie się w świecie przedmiotów ładnie wykonanych, dających do tego tak te wymierne jak i niewymierne, i nie do przecenienia walory użytkowe. ("w świecie przedmiotów ładnie wykonanych", ZigZag) Arek, ZigZag: Mało mówi się o naszych zmysłach w temacie świata audio, lub czasem unika tego tematu. M-AS: Jak myślisz dlaczego? Asia, ZigZag: Ludzie często swoje pasje, swoiste drugie ja chowają przed innymi. Może boimy się zaszufladkowania, a może niezrozumienia innych? Dlatego każdy klient z jakim rozmawiamy, może być pewnym zrozumienia i otwartego podejścia do jego osoby. M-AS: Arku przed chwilą wspomniałeś coś o ludzkich zmysłach. To jak Twoim zdaniem akustyka wpływa na ludzki umysł, na nasze zmysły. Arek, ZigZag: Oj, w zasadniczy sposób (tu znowu uśmiech, red.). Weźmy za przykład ludzki słuch. Słuch jak wiemy wszyscy, jest bardzo wrażliwym zmysłem, obok węchu, dotyku i wzroku. Ale dbanie o jego pozytywne doznania jest pomijane i niestety często ignorowane. Mózg jest bombardowany milionami bodźców słuchowych. Niestety w większości w tym świecie - w negatywny sposób. Świadomie przy tym rejestrujemy malutki skrawek tych bodźców. A i tak mózg je przetwarza, blokuje, stara się z nim coś zrobić. Nadmiar wrażeń słuchowych powoduje nerwowość, stres każdego z nas Przychodząc do naszego domu chcemy jak najszybciej uciec od tego, poszukujemy oazy do wyciszenia i zmiana akustyki pomieszczenia jest doskonałym na to sposobem. Wręcz wskazanym. M-AS: Często na spotkaniach słyszę zdanie „wystarczy zmienić końcówkę, źródło i zagra lepiej”. Co Ty na to? Arek, ZigZag: Do pewnego stopnia jest to jakaś droga. Pytanie czy ta droga prowadzi do właściwego celu? Dom jest miejscem, w którym żyjemy. W przestrzeni naszego domu poruszamy się my i cała nasza rodzina. O tym też musimy pamiętać. Zmiany jakie my ze swojej strony oferujemy, to nie zmiana jako taka samego brzmienia, to poprawa tego, co uzyskujemy w naszych systemach. Poprawa dla melomana, ale co nie mniej ważne - poprawa dla jego rodziny. Zmierzamy ze swoją ofertą do tego, aby nasze produkty (jeżeli mają być do pomieszczenia dedykowanego do odsłuchu współdzielonego z rodziną), były dyskretne, żeby miały porządny design, by w końcu były wykonane estetycznie. Nasz klient musi mieć poczucie, że do domu wprowadzi produkt wysoce specjalistyczny… ale też taki, który doskonale wkomponuje się w jego codzienność, otoczenie w którym żyje wraz z rodziną. I tutaj spora w tym też zasługa Asi. M-AS: Jestem pozytywnie zaskoczony tym, o czym i w jaki sposób rozmawiamy. Z naszej rozmowy nie wyłania się relacja - firma, produkt, klient, kasa fiskalna. Wyłania się na pierwszy plan człowiek - realna osoba, jego życie i potrzeby. Produkt, Wasza oferta - to odpowiedź na jego poszukiwania czegoś, co daje poczucie swoistego spełnienia. Dobrze to zrozumiałem? Asia ZigZag: Jednocześnie z rozwijaniem się w tematach akustyki pomieszczeń, interesujemy się / studiujemy równolegle psychikę i psychologię człowieka. Wpływ muzyki na człowieka, na rozwój osobisty, na jego zbilansowanie energetycznie. A-MS: Czyli mamy (dosłownie) podróż w głąb każdego z nas - dzięki połączeniu (dobrej, red.) muzyki i akustyki. Nie każdy klient jednak szuka tak dalece i oczekuje takich nazwijmy to "doznań". Skupia się czasem na prostych potrzebach, np. "jedynie i aż" na polepszaniu tego, co już osiągnął w wymiarze sprzętowym. W przypadku takich klientów też macie dobrą receptę, swoisty „lek” na każde zło? Asia, ZigZag: Osobom, które w swoim życiu uwielbiają muzykę bez budowania wokół tego czegoś głębszego, osobistego w innym wymiarze - chcemy zaoferować i podzielić się możliwością podróżowania po świecie muzyki na wyższym poziomie, niż doświadczali tego do tej pory. Mamy także - co widać - mocno emocjonalne podejście do czystej muzyki. Rozumiemy praktycznie każde osoby, bez względu na ich motywację do potrzeb zmian i poszukiwania poprawy brzmienia. Pomimo, że panele akustyczne są tłem i jest to element pasywny – są one jednak wręcz niezbędnym elementem całej tej układanki: A-MS: Czyli bez względu na potrzeby, czy to klient szukający swoistego misterium w obcowaniu z muzyką, czy klient oddany pasji do dobrego brzmienia, czy nawet całe rodziny, szukający kompromisu pomiędzy pasją jednego z domowników, a resztą rodziny - wszyscy znajdą dzięki ZigZag Acoustic i Waszemu całemu Zespołowi - skuteczne lekarstwo na swoje problemy? Arek, ZigZag: Patrząc na dotychczasowych klientów, ich zadowolenie i opinie - możemy powiedzieć z dużą dozą pewności, że tak. Gdyby było inaczej, nasze produkty, oferta i my sami - nie bylibyśmy zapewne tak przyjmowani przez klientów i rynek - jak to ma obecnie miejsce. A-MS: To prawda, macie duże grono klientów, które w samych superlatywach wyraża się o Was i Waszej firmie. Mam pytanie - co polecacie naszym forumowiczom i czytającym te słowa? Może Asia niech będzie pierwsza, przywilej kobiety. Asia, Zig Zag: Dbałość o akustykę wnętrz trafia do świadomości coraz większej liczby osób, tak jak zdrowe odżywianie. I zdrowy tryb życia. Nowoczesne trendy w aranżacjach wnętrz wymuszają zaopiekowanie się mieszkaniem czy domem od strony akustycznej. Każda z osób poszukujących odpowiedzi „co mogę lepiej” czy doszukujący się rozwiązań zmierzających do poprawy tego, co obecnie posiadają - niech wiedzą, że ze swoimi problemami i pytaniami nie są sami. Z przyjemnością porozmawiamy, doradzimy i znajdziemy rozwiązania takie, które dadzą wymierny efekt w ich codziennym życiu.. Arek, ZigZag: Trzeba pamiętać, że aranżacje akustyczne w pomieszczeniach np.: biurowych stają się obecnie standardem. Jeszcze 5 - 10 lat temu nie było o tym mowy, dziś stanowi to swego rodzaju oczywistość. Dbałość o nasze samopoczucie czy zdrowie daje wymierne efekty w pracy. Warto o tym pamiętać, organizując sobie czy swoim pracownikom miejsce, w którym spędzają często jedną trzecią swojego życia. A dom… no cóż, tu chyba zostało powiedziane jeśli nie wszystko, to na pewno najważniejsze. Nie idźmy po prostu na skróty kiedy poszukujemy rozwiązań istotnych dla naszej codzienności w domu z bliskimi, czy uciekając w swoją samotnie - poszukując odrobiny dla siebie wytchnienia. Ładowanie swoich „baterii” lepiej wychodzi stosując właściwie wykonane i przygotowane produkty, nie półśrodki - które często zamiast pomagać… no cóż, jedynie odpowiednio kosztują. A-MA: Półśrodki mówisz, brzmi to często koszmarnie, ale czy nie kuszą takie rzeczy w naszym życiu. Mówimy sobie „nie mozna mieć wszystkiego, za to jest niska cena”. Cena potrafi skusić, by nie napisać "przekonać" do zakupu. Jakie jest Wasze zdanie? Arek, ZigZag: I to podstawowy błąd wielu osób. Można mieć produkt dostosowany do naszego portfela i dający satysfakcję. Rzecz jasna nie da się otrzymać wszystkiego za najniższą cenę, to jest niewykonalne. Dlatego w naszej firmie stosujemy materiały dobrej jakości, bez względu na poziom cenowy. Absolutnie wszystkie są o bardzo dobrych parametrach akustycznych. Poczynając od materiałów wibroizolacyjnych, tłumiących po kleje do ich łączenia czy tkaniny oblekające. Na każdym etapie powstawania przedmiotu, materiały jakie używamy posiadają odpowiednie atesty i certyfikaty. Stosujemy metody produkcji oparte o rozwiązania ekologiczne i przyjazne dla naszego środowiska. W końcu jakby nie patrzeć, dbamy o miejsce w którym żyjemy my, nasze rodziny, nasi pracownicy i co nie mniej ważne - nasi klienci ze swoimi rodzinami! A-MA: Na koniec mam pytanie o Wasze plany rozwoju firmy. Arek, ZigZag: Chcemy budować świadomość istotnego wpływu akustyki na to, w jaki sposób postrzegamy muzykę, ale też wpływu akustyki na nasze codzienne życie. Docieramy do szerokiego grona klientów, wszystkich tych dla których jest to albo początek, albo wręcz postawienie kropki nad „i” w temacie "akustyka" i "dobre brzmienie". Nie zamykamy się na potrzeby ludzi i ich pomysły. Jesteśmy jak widzisz otwarci na nowe - w tym na osoby z Forum AudioStereo. To kolejny krok na swoiste docieranie do zainteresowanej grupy ludzi. Jak wiemy - z ogromnym doświadczeniem, celnymi uwagami i konkretnymi wymaganiami. Asia, ZigZag: Tak, cieszy nas możliwość zaprezentowania siebie i naszej oferty przed tak licznym gronem melomanów i audiofilii. Zapraszamy ich do aktywnego włączenia się w poszukiwanie kolejnych poziomów poprawy brzmienia, rozwijania naszej pasji i tego co słyszymy, i jak słyszymy. A-MA: Czyli rozumiem jest to zaproszenie do podróży z produktami Waszej Firmy, do zapoznania się nie tylko z Wami, ale i z tym co produkujecie i jak produkujecie? Arek, ZigZag: Jak najbardziej! Jeśli to w jakimś stopniu pomoże (a nasze doświadczenie wskazuje często, że tak jest) osobom pozytywnie zakręconym i poszukującym tego, o czym mówiła Asia - jesteśmy do Waszej dyspozycji. A-MA: Wobec tego przyjmuję zaproszenie i już dziś umawiam się na prezentację, tym razem nie tyle Waszej firmy ile samych produktów. Tego co macie do zaoferowania naszym forumowiczom z Waszej oferty, pod jakże wymowną nazwą „Acoustic”. Arek, ZigZag: Będzie nam miło i postaramy się w jak najszerszym stopniu przedstawić naszą ofertę pod kątem użytkowym i technicznym, ale także zwracając uwagę na walory estetyczne. A-MA: Asiu, Arku - dziękuję za ten wywiad, za przybliżenie Waszej firmy i Was samych. Rozmowa z Wami stanowi ogromną przyjemność i nie sposób oderwać się od tej rozmowy. Cieszę się na nasze następne spotkanie i do zobaczenia! Asia, Arek, ZigZag: Dziękujemy za wizytę i rozmowę. Jest nam miło trafić do tak licznego i jakby nie patrzeć - znanego w naszym kraju grona osób skupionego wokół Forum AudioStereo. Pozdrawiamy serdecznie Forumowiczów i czytelników Magazynu AS! Raz jeszcze dziękuję za rozmowę i za poświęcony swój czas Właścicielowi firmy ZigZag i jego żonie Asi. Obydwoje zaczarowali mnie swoim pozytywnym nastawieniem oraz pasją do tego co robią. Nie ukrywam, mocno zasiali w mojej głowie potrzebę spojrzenia na swoje otoczenie w temacie akustyki pod innym kątem. Firma ZigZag powstała jak mówi właściciel z "chęci dzielenia się możliwością podróżowania po świecie muzyki na wyższym poziomie”, a każda inna osoba dzięki firmie ZigZag może poprawić komfort życia swojego i swoich bliskich. ZigZag stawia na rozwój osobisty, poszerzanie wiedzy w zakresie akustyki. Zespół doświadczonych i wysoko wykwalifikowanych osób gwarantuje profesjonalne i kreatywne podejście do każdego zlecenia. Bez względu na poziom zaawansowania projektu, firma gwarantuje wykonanie usług i przedmiotów na najwyższym obecnie dostępnym poziomie. Osobiste zaangażowanie właścicieli w każdy projekt, z perspektywy klienta daje gwarancję, że każdy otrzyma produkt zgodny z jego oczekiwaniem. Mając przyjemność rozmowy z Asią i Arkiem doszedłem do wniosku, jak dużo brakuje wielu firmom na naszym rynku. Traktujemy firmy wykonujące nam pewne usługi czy kupując dane przedmioty bezosobowo. Patrząc na swoje i swoich znajomych doświadczenie - powodem jest to, że sami też często tak jesteśmy traktowani. W firmie ZigZag mamy kompletnie odwrotną sytuację. Właściciele nie podchodzą do nas jak do „zła koniecznego”, widzą w każdym kliencie partnera z którym trzeba przejść swoistą drogę ku poprawie tego, co dla niego jest istotne. Słuchając ich wypowiedzi czuje się troskę nie tylko o nasze hobby i pasję grona melomanów, ale miłość do muzyki, czy bardzo mocne zaangażowanie w polepszanie życia codziennego każdego z nas i naszej rodziny. Bo skoro da się lepiej - mając na uwadze polepszenie naszej codzienności w wymiarze muzycznym, akustyki i tego wszystkiego co z tym związane - dlaczego nie iść tą drogą?! W końcu w życiu należy dokonywać dobrych wyborów, a życie polega na świadomym stawianiu na właśnie rzeczy jakościowo dobre, nie na ilość i bylejakość! Już dziś napiszę, że postaram się w najbliższym czasie przybliżyć Forumowiczom AudioStereo kilka wybranych produktów z szerokiej oferty ZigZag. Zainteresowanych portfolio ZigZag - odsyłam na ich firmową stronę, a osoby zainteresowane poprawą brzmienia oraz akustyką swoich pomieszczeń - zachęcam do kontaktu z właścicielem firmy. Jeśli nawet nie znajdziecie raju na ziemi w ofercie tej firmy, to na pewno po zapoznaniu się z ich produktami - zmieni się Wasze postrzeganie na świat akustyki i przedmiotów z tym związanych. Okaże się, że można w swoim otoczeniu postawić produkt realnie poprawiający brzmienie, realnie wpływający na poprawę naszego życia i co istotne - wykonany w najwyższej jakości. A pamiętając o tym, że nawet najtrudniejsze zlecenia są dla ludzi z ZigZag do zrealizowania, na pewno nie odejdziecie "z kwitkiem"! Firma ZigZag z siedzibą we Wrocławiu. W swej szerokiej ofercie posiada spory asortyment paneli akustycznych, pułapek, dyfuzorów czy elementów wygłuszających wszelkie pomieszczenia. Ceniona od lat za jakość i trwałość produktów. ZIG ZAG Wrocław 52-316 Wrocław ul. Cukrowa 11/16 tel: +48 533 233 539, tel: +48 883 944 605 https://zigzagshop.eu AudioRecki, Magazyn AudioStereo. Materiały fotograficzne użyte w materiale - za zgodą firmy ZigZag.
  50. 1 point
    Już 28 marca w Polsce, odbędzie się premiera płyty Erasure. Płyta "Wild!" bo o niej mowa, to wydanie Deluxe składające się z dwóch płyt kompaktowych. Zreamsterowany album tej jakże cenionej kapeli synth-popowej pierwotnie ukazał się UWAGA - 30 lat temu! I w taki sposób obecne wydanie jest prezentowane - jako edycja z okazji 30 lecia "Wild!" Ta czwarta płyta studyjna zespołu Erasure dotarła w tamtym okresie na same szczyty brytyjskich list. Co warte odnotowania - dwukrotnie pokryła się platyną. Wersja Deluxe albumu "Wild!" to twarda oprawa, 2 płyty CD zawierające mn. takie utwory jak: "Drama!" czy "Star", rzadkie zdjęcia duetu Vince Clarke'a i Andy Bell'a oraz niepublikowane do tej pory notatki o albumie. Jest też duży bonus! Na dodatkowym krążku znajdziemy chociażby nowy remiks Richarda Norrisa ("The Grid / Beyond The Wizard's Sleeve"), odnaleziony i niepublikowany nigdy wcześniej miks "How Many Times?". Jest też kilka dodatków, które wielbicielom Erasure przypadną do gustu. Także warto zapoznać się z albumem ze względu na jego wyjątkowe pozycje - wcześniej nigdzie nie prezentowane materiały. Z ciekawostek... już za miesiąc (25 kwietnia) wokalista Erasure, Andy Bell obchodził będzie swoje 55 urodziny. Erasure "Wild!", wyd. Warner Music (2019) http://www.warnermusic.pl Lista utworów: CD 1 1. Piano Song (Instrumental) ( 2019 - Remaster) 2. Blue Savannah (2019 - Remaster) 3. Drama! (2019 - Remaster) 4. How Many Times? (2019 - Remaster) 5. Star (2019 - Remaster) 6. La Gloria (2019 - Remaster) 7. You Surround Me (2019 - Remaster) 8. Brother And Sister (2019 - Remaster) 9. 2000 Miles (2019 - Remaster) 10. Crown Of Thorns (2019 - Remaster) 11. Piano Song (2019 - - Remaster) CD 2 1. Sweet Sweet Baby (The Moo-Moo Mix) (2019 - Remaster) 2. Drama! (Richard Norris Mix) (2019 - Remaster) 3. Blue Savannah (Mark Saunders 12" Remix) (2019 - Remaster) 4. Piano Song (Live At The London Arena) (2019 - Remaster) 5. Runaround On The Underground (Remix) (2019 - Remaster) 6. How Many Times? (Alternative Mix) (2019 - Remaster) 7. Supernature (Daniel Miller & Phil Legg Mix) (2019 - Remaster) 8. Star (Soul Mix) (2019 - Remaster) 9. No G. D. M. (Unfinished Mix) (2019 - Remaster) 10. Drama! (Act 2) (2019 - Remaster) 11. Brother And Sister (Live At The London Arena) (2019 - Remaster) 12. Dreamlike State (7" Acappella Mix) (2019 - Remaster) 13. You Surround Me (Gareth Jones Mix) (2019 - Remaster) 14. 91 Steps (6 Pianos Mix) (2019 - Remaster) Sporo czasu minęło od powstania zespołu, co widać na poniższych fotografiach: Erasure – brytyjska grupa muzyczna, powstała w 1985 w Londynie. Zespół został stworzony z inicjatywy Vince’a Clarke’a, który wcześniej grał i był współzałożycielem Depeche Mode, Yazoo i The Assembly
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.