Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 05/18/12 in Artykułów

  1. 11 points
    Zacznę tradycyjnie od podziękowań dla Dawida Skrzypczaka za wymierne wsparcie forumowiczów związanych z forumowym diy, a także dla organizatora wystawy Adama Mokrzyckiego, forumowego Elberota, za umożliwienie pokazania światu niekomercyjnych urządzeń audio. Przed napisaniem tego tekstu sięgnąłem pamięcią do poprzednich lat. Gdy osobiście organizowałem nasz forumowy pokój starałem się skrupulatnie opisać wszystkie urządzenia, oraz przedstawić ich konstruktorów. Można było śledzić nasze poczynania krok po kroku, zobaczyć zmagania i rozterki związane z wyborami jakie przed nami stały. Ciężko było wybierać pomiędzy poszczególnymi elementami, bo łączyła nas więź emocjonalna. Później gdy organizację przejął @Tomek 1685, mogłem roztrząsać kwestie związane z samą ideą diy, oraz sposobem jej pokazania szerszej publiczności. Było sporo pomysłów, jednak zwyciężył ten, który od początku uważałem za słuszny, czyli prezentowanie najlepiej dobranych ze sobą komponentów. Urządzenia mniej pasujące do reszty stanowią ekspozycje stałą. Po dwóch kolejnych latach Tomek poczuł się spełniony w swojej roli i zrezygnował na rzecz innych. Problem w tym, że nie było chętnych do podjęcia się tego niełatwego zadania. Muszę powiedzieć, że jest to rola niewdzięczna, wymagająca twardego charakteru i kosztująca sporo zdrowia oraz czasu. Tak więc niezmiernie się cieszę, że znalazł się człowiek, który zdecydował się to pociągnąć dalej. @Seyv (Seweryn), bo o nim mowa, przejął pałeczkę i zrobił to w naprawdę świetny sposób. W pokoju zabrzmiała muzyka wysokiej próby. Słyszałem dwa systemy i oba prezentowały się bardzo dobrze na tle komercyjnych prezentacji. Nie będę tu opisywał składowych dźwięku, nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie musimy ścigać się z nikim, a mimo to, lub właśnie dlatego, udaje nam się osiągnąć tak dobre brzmienie. Czytam poprzednie zdanie i uśmiecham się pod nosem, tak, tak, wciąż czuję się częścią zespołu, stąd wkradło mi się słowo „nam”. Tak widać ma być, więc niech zwrot ten pozostanie na swoim miejscu. Wracając do Seweryna i pozostałych członków zespołu powiem krótko w imieniu wielu osób, dzięki chłopaki, dobra robota! To co uderza mnie gdy myślę o forumowym pokoju, to przyjaźnie jakie się nawiązały pomiędzy jego członkami. To naprawdę jest wartość sama w sobie, ważniejsza niż dźwięk czy ciepłe słowa zwiedzających. Jasne, że to ostatnie buduje człowieka, ale trwa to tylko chwilę, przyjaźnie pozostają na lata. Wiem ilu z nas ma kontakt ze sobą, telefonuje a także się odwiedza. Wciąż trwa wymiana wiedzy, ale są to także kontakty towarzyskie. Po prostu spotykają się podobne osobowości, nadające na tych samych falach. To uważam za najcenniejsze. Widziałem osoby które po raz pierwszy brały udział w tej zabawie, nieśmiałe, pełne obaw o to jak zostaną odebrani. Później obserwowałem jak rosną, nabierają werwy, walczą o osiągnięcie wspólnego celu, czyli dobry dźwięk. Często chowające własne ambicje gdzieś głęboko, gdy okazywało się, że ich dziecko nie spasowało się z resztą urządzeń. Niepowodzenie nie gasiło ich, pozostawali na stanowisku nadal nas wspierając, myśląc nad zmianami lub nowymi konstrukcjami które zagoszczą na następnej edycji imprezy. W kolejnych latach ciesząc się ze spotkania, już spokojnie, wiedząc, że będzie ciekawie i konstruktywnie. Najbardziej zaangażowani odwiedzają nasz pokój z nostalgią i zaciekawieniem w kolejnych latach. Mówię wam to wszystko, żeby pokazać jak to wciąga, oraz chcę zachęcić kolejne osoby do uczestnictwa w tej przygodzie. To naprawdę wyjątkowa sprawa, jedna z największych przygód mojego życia. Nigdy nie zapomnę tych wspólnie zawalonych nocy, narad, dyskusji, smutków i radości. I wpisu w pamiątkowej księdze- Sosia 5 lat. Poniżej oddaję głos Sewerynowi, który w tej edycji imprezy znakomicie zarządzał pokojem: "W tym roku udało nam się zebrać i pokazać naprawdę różne konstrukcje. Jeśli chodzi o rodzaje obudów głośnikowych to grały kolumny z bas refleksem, obudowy zamknięte oraz odgrody. Każda z konstrukcji była filtrowana w inny sposób i napędzana innym rodzajem wzmacniacza. Były to autorskie projekty forumowiczów co pokazuje, że DIY nie ogranicza się wyłącznie do klonowania innych i chęci zrobienia czegoś co już istnieje taniej. I tak, grały kolumny tubowe z głośnikiem średnio tonowym w obudowie open baffle ze zwrotnicą wykonaną w technologii DSP napędzane ośmiokanałowym amplitunerem Arcama. System wspierany był trzema subwooferami w obudowach zamkniętych. Kolejną prezentowaną konstrukcją były prawie dwumetrowej wysokości aktywne kolumny w których każdy głośnik był sterowany wzmacniaczem w klasie D. Była to konstrukcja czterodrożna. Trzecim systemem były pasywne kolumny tubowe napędzane lampowym wzmacniaczem na pojedynczej lampie 6S4S. Źródłem sygnału był lampowy dac. Wszystkie lampy w tym systemie to NOSy - większość miała ok 60 lat od daty produkcji. Jako czwarte były prezentowane kolumny typu open baffle wykonane na samych papierowych głośnikach które napędzała 2 W lampa (kolega @zorge może podpowie jakie bo zapomniałem). Jako źródła mieliśmy MacBooka oraz transporty CD które były podłączone do daca za pomocą kabla coaxialnego. Oczywiście mieliśmy również skrzynkę różnych kabli które sprawdzaliśmy we wszystkich systemach jakie grały. Aby zaspokoić ciekawość napiszę, że w każdym systemie ich zmiana była mniej lub bardziej zauważalna." Dziękuję i czekam co przyniosą kolejne lata Robert Trzeszczyński
  2. 8 points
    W obecną naszą codzienność wpisana jest świadomość odpowiedzialności za swoje zdrowie ale i osób przebywających w naszym otoczeniu. Świat stanął na głowie i poszukujemy w tej "niecodziennej naszej codzienności" sposobu na normalne życie. Jednym z nich jest możliwość dokonywania zakupów sprzętu audio z uwzględnieniem wszystkich możliwych środków, jakie mogą nas chronić przed ewentualnym zarażeniem się COVID19. Sprawa jest dosyć poważna patrząc na mapę świata pod względem ilości nowych zachorowań i ich skutków: https://www.trackcorona.live W dniu dzisiejszym nie czekając na kuriera postanowiłem odebrać osobiście sprzęt zamówiony do testów w krakowskim salonie Audiotrendt. Oczywiście różnica jaką już na samym początku dostrzegamy zapisana jest w słowie "odebrać", nie jak do tej pory "spotkać" się w salonie celem odsłuchu konkretnego sprzętu. Odpowiedzialność czyli świadomość jakie niesie za sobą ryzyko zachorowania wymusza na właścicielach salonów do tej pory niestosowanych w handlu działań. Przykładem niech będzie właśnie w/w firma. Klienci są jak zawsze mile widziani pod warunkiem "zero odsłuchów", "zero płatności gotówką", "utrzymujemy bezpieczną strefę z naszymi klientami". Jak się okazuje - część klientów nie czeka na możliwość realizacji zamówienia via kurier/paczkomat, lecz decyduje się na odbiór zamówionego przedmiotu osobiście. Miłym zaskoczeniem jest, że drzwi sklepu są otwarte także i dla takich klientów, ale należy spodziewać się "już od progu" działań i środków mających zapewnić nam w miarę bezpieczne dokonanie/odbioru zakupu. Wprowadzone środki zaradcze z jakimi przychodzi nam się spotkać to: całkowity brak możliwości wykonania odsłuchów w pokoju odsłuchowym salonu, płatność tylko kartą, utrzymanie bezpiecznej odległości (wyznaczenie bezpiecznej strefy dla klienta). Jak się okazuje (i tu wielkie brawa dla właścicieli), to pracownicy wykonują tylko pracę zdalną - korzystając w domu ze wszystkich do tego im służących narzędzi. Za to sprzęt zamówiony wydawany jest jedynie przez właścicieli firmy, którzy jak mówią "odpowiedzialność za zdrowie naszych pracowników i klientów jest dla nas najważniejsza". Jestem ciekaw jak w Waszej okolicy i w Waszych ulubionych salonach rozwiązano kwestię sprzedaży/wydawania zamówionego sprzętu. Liczę po cichu, że w każdym tego typu sklepie zdrowy rozsądek wziął górę i podjęto odpowiednie działania mające na celu wykluczyć możliwość przenoszenia wirusa z jakim zmaga się praktycznie cały świat. A tak to wygląda w krakowskiej firmie Audiotrendt: Pamiętajcie o tym, że najważniejsze jest właściwie stosowanie się do środków zaradczych, jakie mają uchronić nas i naszych bliskich przed ewentualnym zarażeniem się koronawirusem. Jeśli nie musicie - nie wychodźcie ze swoimi bliskimi z domów, utrzymujcie odpowiedni dystans z osobami sobie nieznanymi lub nawet z tymi bliskimi, z którymi nie przebywacie na codzień. Generalnie - dbajcie o siebie i swoich bliskich KONIECZNIE. Macie teraz okazję nadrobić wszystkie muzyczne zaległości? Warto więc wykorzystać ten czas dla rodziny i swojego hobby. Trzymajcie się zdrowo! AudioRecki
  3. 6 points
    Płyta "nie nowa" każdy mógłby powiedzieć, bo "Final Call" wydana została nakładem "domo" w 2013. Jednak nie bez powodu wracam do tego jakże wymownego albumu mistrza elektroniki i New Age z Kraju Kwitnącej Wiśni. Powody powrotu do w/w wydania są tak naprawdę aż dwa. Pierwszy dzięki uprzejmości sklepu Winylownia.pl zamówiona płyta nader szybko dotarła do mnie (poprzedni mój egzemplarz gdzieś przepadł), a drugi powód - znacznie większy - to obecna sytuacja z jaką nasza planeta mierzy się odnośnie pożarów Amazonii. Temat świadomego niszczenia "płuc Ziemi" przez człowieka jest znany nie od dziś, jednak obecna skala ludzkiej działaności na obszarach często nietkniętych ręką człowieka jest przerażająca. Amazonia stanowi jeden z podstawowych elementów naszego istnienia na tej planecie, więc dziw bierze nieodpowiedzialne zachowanie osób odpowiedzialnych za dbanie o ten obszar. Padnie pytanie o to, co ma wspólnego w/w album z opisywaną sytuacją w Brazylii. Otóż Kitaro od lat znany jest ze swych muzycznych projektów, będących będąca wyrazem troski o naszą planetę. Właśnie taką płytą jest "Final Call" japońskiego mistrza. Album ten jest wręcz jego osobistym manifestem mającym na celu ukazanie jak cenna jest nasza planeta. Sam Kitaro kilka lat temu wypowiedział jakże trafne i znane przez wielu zdanie, że to człowiek jest jej największym wrogiem ziemi, dewastując ją nieustannie. Utwory z albumu Final Call to nie tylko manifest na rzecz obrony planety Ziemia, ale od strony muzycznej to fenomenalne połączenie takich gatunków jak New Age, Electro czy muzyki etno. Zresztą Kitaro od lat znany jest z tego, że pełnymi garściami czerpie z własnej kultury, łącząc ją z nowoczesnymi formami muzycznymi. "Final Call" nie tylko doskonale buduje misterium dalekowschodnich klimatów, ale w sposób fenomenalny oddaje bogactwo barw instrumentów elektronicznych. Niech za świetny przykład posłuży utwór "Traveller": "Final Call" śmiało można uznać za jego jedną z lepszych płyt. Może ciężko oczekiwać przełomu czy fenomenu takich albumów jak "Tenku" czy "Silk Road", ale płyta oferuje swoim przekazem, obrazami muzycznymi i żywym instrumentarium bardzo wiele - nie tylko maniakom mistrza Kitaro, ale wszystkim lubującym się w muzyce gatunku New Age. Kolejnym muzycznym "obrazem" jest przejmujący "After Glow". Obok tego utworu ciężko wręcz przejść obojętnie! Jego siła nie tkwi w żywiołowości czy bogactwie użytych instrumentów, ale w sposobie budowania nastroju Płyta zdecydowanie dla tych melomanów, którzy poszukują czegoś wręcz osobistego w przeżywaniu muzyki. Album dla takich osób wręcz obowiązkowy! Kto nie miał styczności lub zastanawia się nad zakupem - zdecydowanie polecam! AudioRecki Za dostarczenie w/w albumu serdecznie dziękuję firmie Winylownia.pl https://winylownia.pl Kitaro "Final Call" (2013) Final Call Jupiter's Beam Yo-en Shadow of the Moon Traveler Valley Of The Spirit After Glow Wind From The Desert Moment Circle Whispering Shore Solar Eclipse
  4. 5 points
    Jak zapytamy, z czym kojarzy nam się Dania, większość na pewno jednym tchem wymieni Kopenhagę, Andersena, klocki lego, Hamleta, wikingów, wiatraki i piwo. Ale jak to samo pytanie zadamy audiofilowi to z pewnością, usłyszymy: Lyngdorf, Aavik, Gato Audio, Buchardt, Jamo, Dali, Audiovector, Dynaudio, Gryphon. Jedne marki są bardziej, inne mniej popularne, czy to za sprawą dostępności, czy polityki marketingowej, ale wiele z nich możemy spotkać na corocznych targach Audio Video Show w Warszawie. Podobnie było w moim przypadku ze sprzętem Gato Audio, który to właśnie na AVS 2018 pierwszy raz miałam okazję posłuchać. Pamiętam, że był to pokój Skybox 102, wzmacniacz DIA-400 s i małe, ale z jakim „powerem” grające monitorki FM-8. Bardzo spodobał mi się ten sprzęt wizualnie i dźwiękowo, dlatego ucieszyłam z możliwości przetestowania wzmacniacza Gato Audio DIA-250S NPM, który dostarczył mi dystrybutor tej marki Q21 z Pabianic. Gato Audio to młoda marka, pojawiła się na rynku w 2007 r. Od samego początku działalności firmy, kluczowym elementem jest najwyższa jakość w każdym szczególe – od wyboru podzespołów, aż do wsparcia posprzedażowego. Grupę projektową Gato Audio tworzą duńscy specjaliści odpowiedzialni za każdą z dziedzin istotnych z punktu widzenia konstrukcji audio: zasilania, technologii obwodu, projektu mechanicznego, akustyki, produkcji i logistyki. W tym momencie trzeba wymienić takie nazwiska jak: Poul Rossing, Frederik Johansen i Kresten Dinesen. W zasadzie cały test i opis może zawrzeć się w jednym stwierdzeniu – ten wzmacniacz jest piękny, kunsztowne wzornictwo i doskonała jakość wykonania. Obudowa ma charakterystyczny dla Gato kształt przypominający ósemkę czy znak nieskończoności. Panel przedni wykonany jest z grubego szczotkowanego aluminium w kolorze srebrnym. Na środku znajduje się duża gałka głośności, a po jej obu bokach wyświetlacz, który pokazuje głośność i wejście w standardzie, ale podczas odtwarzania źródeł cyfrowych prawy panel można ustawić tak, aby pokazywał częstotliwość próbkowania wejściowego, przez kilka sekund za pomocą pilota lub domyślnie za pomocą przycisku przyciemniania wyświetlacza na tylnym panelu. Pod nim mamy dwa przyciski umieszczone na skrajach panelu, power i selektor źródeł. Wyokrąglone boki wykonane są z jednego kawałka aluminium i sprawiają wizualne wrażenie, że są pokryte drobnymi listewkami. To jednak nic innego jak, sprytnie wkomponowane radiatory odprowadzające ciepło. Górna pokrywa to lite drewno lakierowane na wysoki połysk, do wyboru w kolorze, czarnym, białym czy też ciemny orzech. Patrząc na wzmacniacz, sprawia on wrażenie sprzętu minimalistycznego, ale jednocześnie bardzo eleganckiego z dopracowanym każdym detalem. Za to tył wzmacniacza „usiany” jest gniazdami, jest ich dużo i są gęsto osadzone. Mamy zarówno wejścia cyfrowe, jak i analogowe. W panelu cyfrowym są dostępne trzy podstawowe gniazda: USB, coaxialne oraz optyczne. Dwa pierwsze przyjmują sygnały PCM o rozdzielczości 24 bit/192 kHz, ostatnie jest ograniczone do 96 kHz. Wzmacniacz nie akceptuje sygnałów DSD. W sekcji analogowej mamy 2 wejścia RCA oraz XLR i analogowe wyjścia z przedwzmacniacza-zarówno RCA, jak i XLR. Pilot jest płaski z zaokrąglonymi brzegami w całości wykonany z aluminium. Dopisek w nazwie NPM oznacza, iż Gato dodało swój moduł NPM (moduł odtwarzacza sieciowego), otwierając nam zupełnie nowy świat cyfrowego przesyłania strumieniowego. W górnej części tylnego panelu znajduje się terminal śrubowy do podłączenia anteny Bluetooth z aptx HD, port ethernet i gniazdo USB-A, do którego można włożyć dostarczony dongle Wi-Fi. Wejście USB, to jeden z najlepszych odbiorników – XMOS, natomiast przetwornik C/A to układ Burr Brown PCM1794. Gato Audio DIA-250S NPM to w zasadzie wzmacniacz „all in one”, wystarczy podpiąć do niego kolumny i mamy gotowy system do streamingu muzyki z dysku NAS lub serwisów: Tidal, Spotify, Qobuz, które możemy obsługiwać za pomocą aplikacji mConnect dostępnej zarówno na urządzeniach z systemem android, jak i iOS. Gato posiada pełną certyfikację i współpracę z Roon, a więc jest to urządzenie ROON Ready, oczywiście musimy mieć zainstalowany na komputerze czy NAS-ie Roon Core i wykupioną licencję . Ponieważ cenię sobie wygodę i funkcjonalność Roona, właśnie od tego źródła rozpoczęłam odsłuchy Gato DIA-250S NPM. Po uruchomieniu aplikacji roon i wejściu w ustawienia audio wzmacniacz jest od razu widoczny i gotowy do odsłuchów. Wzmacniacz gra gęsto, dźwięki są nasycone, głębokie, ale jednocześnie energetyczne, to nie jest misiowaty, rozlazły bas. Dołu jest dużo, bas uderza, kiedy trzeba z potęgą i dynamiką, naprawdę schodzi nisko. Rytmiczność i dynamikę wyraźnie odczujemy w utworze Aura zespołu Bicep. Granie Gato jest neutralne, nie ma tu podbarwienia któregoś pasma, czy wypchnięcia do przodu. Góra jest klarowna, bardzo czysta, ale nie drażni nas suchością czy szeleszczeniem. Wokale są ciepłe i barwne. Wzmacniacz radzi sobie świetnie we wszystkich gatunkach muzycznych, dzięki swojej neutralności. W utworze Sim on Nao Till Brönner & Kurt Elling, fortepian gra rytmicznie, wspierany przez bas i perkusję. Pokusiłabym się o porównania tego wzmacniacza do brzmienia Vincenta czy Brighta ze stajni Haiku ale z wyższą kulturą. Tu ukłon w stronę Klubu Miłośników Audio Academy, myślę, że by się Wam spodobał ten wzmacniacz. Funkcje sieciowe wzmacniacza działają niezawodnie, czy to przez Roon czy Mconnect Control. Dla leniwych mamy bluetooth, który gra zaskakująco dobrze. Mniej osłuchana osoba nie wychwyci różnicy między tym, bezprzewodowym połączeniem czy analogiem. Duńczykom udało się stworzyć, kompaktowy wzmacniacz z dac i modułem sieciowym, zamknięty w oryginalnej, stylowej obudowie, wykonany z kunsztem i precyzją. Małgorzata Rutkowska-Mamica Specyfikacja techniczna: - 2 x 250 W przy 8 Ω / 2 x 500 W przy 4 Ω - Stopień wyjściowy Class D - Moduł Bluetooth 4.0 aptX - Wbudowany przetwornik C/A 192 kHz/24 bity z nadpróbkowaniem - Współosiowe i asynchroniczne cyfrowe wejście USB aż do 192 kHz/24 bitów, optyczne do 96 kHz/24 bity - Akceptuje cyfrowe strumieniowanie bezpośrednio z iPhona i iPada - Dwa wejścia niezbalansowane i jedno zbalansowane - Niemagnetyczna obudowa - Funkcja Direct; możliwość wykorzystania w systemie kina domowego - Pasmo przenoszenia 20 Hz – 20 kHz - Stosunek sygnał/szum > 110 dB - Zniekształcenia THD < 0,001% - Wejścia analogowe RCA, XLR - Wymiary (S x W x G) mm 325 x 105 x 420 - Waga kg 10 Dystrybutor: Q21 cena 13 800 PLN
  5. 5 points
    Przyszedł ten długo wyczekiwany moment w którym (wreszcie) usiadłem i w spokoju postanowiłem na wirtualny papier przenieść swoje przemyślenia o produkcie nietuzinkowym , mało znanej i dopiero co wchodzącej na Polski rynek manufaktury, ale co istotne z bogatym doświadczeniem i już istniejącą bazą zadowolonych klientów. Kolumny tej właśnie firmy były wystawiane na AVS w Warszawie, potem zjeździły kilka miejsc odsłuchowych (także i u nas), by wreszcie trafić do ulubionego pokoju odsłuchowego w Krakowie. Nie jednak miejsca i ich przygotowanie w tym wszystkim były/są istotne, a same kolumny głośnikowe, jakie było nam dane testować. Miałem je okazje porównać po odsłuchach w Krakowskiej firmie Audiotrend z równie zacnymi konstrukcjami znanych i cenionych marek, i... chylę czoła przed naszą rodzimą myślą! Recenzję pora zacząć: marAim w nowej 3.3 odsłonie pora zaprezentować Szanownemu Państwu! A co ważne... jesteśmy PIERWSI w Magazynie audiostereo.pl w temacie opisu tych głośników, co też jest pewnym wyróżnikiem dla nas, za co serdecznie dziękujemy. marAim jako firma ale i konstruktor na swojej stronie nie stroni od bogatych opisów "co i jak", tak w dziedzinie niuansów samych konstrukcji, ale i wpływu zastosowanych rozwiązań na uzyskiwane brzmienie. Bardziej zapaleni audiofile czy melomani mają dodatkowo możliwość zapytania konstruktora o detale, bo człowiek ten nie tylko buduje jak się okazuje fantastycznie brzmiące ale i doskonale wyglądające kolumny, przy tym jest fenomenalną skarbnica wiedzy, mega życzliwą osobą i świetnym kompanem do dyskusji. Absolutnie każdy, komu więc będzie mało naszego opisu, może jak się okazuje skontaktować z konstruktorem i... dowiedzieć się wszystkiego od A do Z (w tym miejscu pozdrawiam sympatycznego Kolegę Piotra, wbrew pozorom rozumiemy jego dociekania i cenimy za podejście do poszukiwania odpowiedzi na pewne detale czy niuanse w każdych konstrukcjach). My nadmienimy kilka ciekawostek o samej konstrukcji by uchylić kilka "tajemnic", resztę jednak odkryjecie wchodząc na stronę producenta (podana na samym dole recenzji). marAim Weles 3.3 to po pierwsze nowe podejście w stosunku do starszych konstrukcji w temacie podziału miedzy sekcjami. Szeroka ścianka przednia z dużymi skosami oraz zastosowanie tylnego głośnika wysokotonowego pracującego tylko w najwyższych częstotliwościach o regulowanej głośności otwierają sporo możliwości w temacie kreowania samego dźwięku, nie tracą przy tym "firmowego" charakteru. Okazuje się, że kolumna ta określana jest przez producenta jako 2 drożna (pomijając tylny głośnik wysokotonowy który pełni rolę pomocniczą i pracuje równolegle do głośnika przedniego). Dlaczego tak, nie inaczej... na to producent ma bardzo rzeczową odpowiedź i jak się okazuje sprawdzającą się w praktyce odsłuchów. Zagłebiając się w opis przedstawiony przez firmę marAim dowiadujemy się m.in.: "Cechą Weles na którą wszyscy zwracają uwagę jest obecność tylnego głośnika wysokotonowego. Dla osób bliżej związanych z techniką głośnikową może to budzić wątpliwości, ponieważ wiadomym jest wysokie częstotliwości (czyli krótkie fale) są rozpoznawane kierunkowo i powinny promieniować z jednego miejsca. Jest tak w istocie, co więcej – jest to jedna z najważniejszych cech Weles – z podziałem 1500Hz między głośnikami przednimi, najważniejszy z punktu widzenia lokalizacji źródeł pozornych, budowy sceny zakres częstotliwości jest promieniowany punktowo przez kopułkę Bilesma , (notabene warto zwrócić uwagę na różnicę w pojęciu promieniowania punktowego i koaksjalnego (współosiowego)). Jak to się ma do istnienia tylnej kopułki pracującej równolegle z przednią? Po pierwsze pracuje ona tylko od częstotliwości 10kHz a najbardziej kierunkowymi dla człowieka częstotliwościami są zakresy niższe (co ma związek z relacją długości fali do odległości między uszami). Po drugie promieniowanie w kierunku przeciwnym do słuchacza powoduje że odbieramy dźwięk dodatkowej kopułki z przesunięciem fazowym będącym wielokrotnością pełnych cykli, co odbieramy nie jako zafałszowanie sygnału, a jako „uprzestrzennienie” i nadanie głębi. Aby taki efekt uzyskać przesuniecie czasowe między tylną projekcją a przednią powinno wynosić minimum 5ms (wartość ta ma też związek z długością fali – stąd praca tylko w najwyższej oktawie) oraz sygnał tylny powinien być znacznie cichszy. Dla tego głośnik tylny ma regulowaną głośność – przy odległości od ściany tylnej 70-100cm powinien raczej grać w dolnych zakresach regulacji a przy odległości mniejszej od 50cm powinien zostać wyłączony. Na regulację ta wpływa tez stopień pochłaniania dźwięku przez powierzchnię ściany." Oczywiście sam opis budowy głośników, jak i wyjaśnienia każdego aspektu jest znacznie dłuższy i bardziej szczegółowy. Ten krótki wycinek zamieszczony powyżej pokazuje jedynie z jaką mamy dokładną analizą każdego szczegółu w trakcie budowy i konstruowania tych kolumn. Czy to wszystko (realnie) przenosi się na uzyskiwane brzmienie? Najlepszą odpowiedzią są nasze uszy i materiał muzyczny. Jak zawsze nasze odsłuchy oparte były o kilka zamiennych "elementów" systemu (zamiennie wg. potrzeb), by test był jak najpełniejszy od strony praktycznej. Do naszych testów posłużyły konstrukcje znane i cenione, wielokrotnie zresztą podłączane w firmie Audiotrendt z różnymi kolumnami. Nie było więc zdziwienia i zaskoczenia co do samych systemów, ton nadawały całości kolumny (i o to chodziło). Do testów zaprzęgnięto wzmacniacz tranzystorowy (Bladelius Tyr III ), który swoja mocą 2 × 125 W 8 Ohm potrafi rozpędzić znacznie większe kolumny, przy tym fenomenalnie budując scenę oraz wykorzystaliśmy lampowy AUDIO HUNGARY QUALITON CLASSIC APX 200, od którego ze względu na całościowe brzmienie trudno się oderwać. Okablowanie wykorzystane do testów to znane i cenione ze względu na neutralność TELLURIUM Q BLACK II. W naszych prywatnych testach użyty został dodatkowo streamer marki Ayon, który jest niedocenionym pomocnikiem w takich sytuacjach. WYGLĄD: Nie każdemu tego typu konstrukcja przypadnie "do gustu". To co rzuca się już na pierwszy rzut oka to zmienione względem współczesnych konstrukcji wymiary. Jest więcej "w bok" niż w głąb, czego powodem jest sama budowa i zamysł konstrukcyjny. Jak się okazuje nic nie pozostawiono przypadkowi, całość ma tak wyglądać bo... "służy to dźwiękowi". Wspominam nie bez powodu o samym wyglądzie, bo ostatnimi czasy jedynie konstrukcje nawiązujące do złotych lat audio (dziś zwane vintage) są tak konstruowane. Jak jednak kolumny trafią już do systemu... okazuje się, że taka budowa ma swój urok, nagle stwierdzamy "wszystko idealnie się wpasowało w nasz pokój". Czyli tego typu konstrukcje to kwestia samego nastawienia czy przestawienia się mentalnie. Jak się okazuje w trakcie odsłuchów... z zyskiem dla samego brzmienia Kolumna jest ciężka jak... 2 "klasyczne" u konkurencji. Każde nasze ustawienie "na nowo" celem uzyskania jak najlepszego brzmienia (o tym poniżej) pokazywała gdzie poszło to zdrowe drewno z Puszczy Białowieskiej (żart). Jednak każdy taki bliski kontakt pokazywał z jaką dokładnością wykonany jest dosłownie każdy detal. Nie można zarzucić absolutnie nic, czy to spasowanie ścian czy podstawa - wszystko jak na prawdziwy High-End przystało! Kolorystyka jak się okazuje "dopasowana pod klienta", tak więc każdemu wedle potrzeb i pomysłów. Jak wyglądają... zapraszam do galerii: BRZMIENIE: Z pomocą przychodzi podpowiedz konstruktora "im bliżej ściany, tym mniej wysokotonowego!" I słusznie, bo usytuowanie tych kolumn ma ogromne znaczenie, są niesamowicie podatne na wszelkiej maści zmiany ustawień. Jest to też zaleta, bo w efekcie końcowym uzyskaliśmy przepiękną scenę, z bardzo naturalną górą pełną detali i smaczków jakie były w nagraniach. Warto więc poeksperymentować w zakresie ustawień tych konstrukcji w naszym pokoju odsłuchowym. Po znalezieniu "złotego środka" oraz odpowiednim przestawieniu gałki regulacji wysokotonowego (która znajduje się z boku) przed nami otwiera się bogactwo brzmienia, jakie z trudnością znaleźć w większości konstrukcji w tym przedziale cenowym! Jedno co od samego początku pokazały te kolumny, to fantastyczne zgranie z nagraniami bogatymi w wokale oraz wszelkiej maści repertuar muzyczny takich gatunków jak jazz (i pochodne), blues oraz alternatywny rock. Nie było nagrania, które nie byłoby przedstawione w sposób fantastycznie naturalny, bogaty w detale i zbudowany na dużej przestrzeni. Co istotne - nie było w tym wszystkim przesady, każdy instrument oparł się potrzebie dominacji i tworzył zespół tam, gdzie faktycznie wspólnie kilka instrumentów budowało muzykę. Bezbłędnie oddane też zostały wielkości instrumentów. Ostatnio mając okazję być na koncercie (mała scena, kameralna atmosfera) specjalnie wsłuchiwałem się w poszczególne instrumenty i ich wzajemne oddziaływanie na całość przekazu. marAim może nie sięgają nieba i nie udowadniają nam, że to już nirwana, ale potrafią zbliżyć się do naturalności przekazu na tyle, by dawać więcej niż namiastkę prawdziwej sali koncertowej. Aby jednak uzyskać właściwe proporcje w przekazie (szczególnie w temacie wysokich tonów) każdy nabywający Weles 3.3 będzie zmuszony do poświecenia im znacznie dłuższej chwili niż tylko zwyczajowe "kilkanaście minut". To jak ze strojeniem instrumentu. każdy szczegół ma ogromne znaczenie i warto eksperymentować, by nie przesadzić z górnym pasmem, ale też by nie poczuć niedosytu. Jeśli poświęcimy im odpowiednią uwagę podczas "instalacji" góry rozświetli nagranie w sposób naturalny, pozbawiony natarczywości czy nerwowości w przekazie, przy tym nie zapominając o takich detalach jak fantastyczne oddanie miotełek perkusyjnych zarejestrowanych w nagraniu. Średnica to największa zaleta tych konstrukcji. Naturalna, bogata w różnorodność, wokale o odpowiedniej wielkości i barwie. Sandy Denny z albumu "Rendezvous" brzmiała (szczególnie w połączeniu z "lampowcem") wręcz magicznie! Utwór "I'm Dreamer" można by słuchać bez przerwy. Zresztą w tym utworze słychać było też doskonałą prezentację niskich tonów. Ich bogactwo i wielobarwny przekaz - spójny, bez przesady w ilości czy tendencji do zbytniego wychodzenia "do przodu". marAim zaskakują spójnością przekazu, są w swym zamyśle i tym co słyszymy konstrukcją dojrzałą, choć jak się okazuje - dopiero przecierają szlaki na Polskim rynku tej marce. Ich fenomen w temacie brzmienia można opisać słowami "wiem jak powinna brzmieć moja muzyka, którą kocham", bo jeśli tylko wpiszą się w Wasze potrzeby i oczekiwania - ciężko będzie zastąpić je innymi konstrukcjami. Odsłuchy pokazały też, że jeśli podejdziemy z sercem do tematu ustawienia ich w swoim pomieszczeniu - świetnie wpiszą się w posiadany system bez względu na to, czy mamy wzmacniacz lampowy czy tranzystorowy. Jeśli kochamy więc muzykę i staniemy się szczęśliwymi posiadaczami tych kolumn głośnikowych - okaże się, że w naszym pokoju stanie prawdziwy instrument muzyczny. Za testy i przygotowanie pokoju odsłuchowego dziękuję jak zawsze firmie Audiotrendt. https://audiotrendt.com.pl Za pomoc w przygotowaniu materiału, miłą oraz rzeczową rozmowę dziękuję konstruktorowi i właścicielowi firmy marAim. https://maraim.eu AudioRecki
  6. 5 points
    Audio Academy, jest Polską firmą założoną w 2001 roku. Jako manufaktura tworząca kolumny (początkowo hobbistycznie) funkcjonuje od połowy lat dziewięćdziesiątych. Od tego czasu przeszła długą drogę, od produktu garażowego do pełnoprawnej marki: z własnym dystrybutorem, całkowitą powtarzalnością produktu, ładnie wykonanymi obudowami dostępnymi w kilku wariantach wykończenia, no i oczywiście z firmowym brzmieniem, czyli charakterystyką strojenia spójną we wszystkich kolumnach. Kolumny 9th Moon są najnowszym modelem Audio Academy, w momencie pisania tego tekstu, nie ma ich nawet jeszcze na stronie producenta. Cieszy mnie fakt, że jako jeden z pierwszych mam możliwość przetestowania tego produktu. 9th Moon jest kolumną podłogową przeznaczoną do małych i średnich pomieszczeń 15 m do 25 m. Układ dwudrożny z bass reflexem, 17 cm głośnik nisko-średnio tonowy (najprawdopodobniej Visaton W170), oraz aluminiowy głośnik wysokotonowy (zakładam, że to SEAS 27) - jest to solidna średnia półka, jeśli chodzi o jakość samych przetworników. Wykonanie obudowy — jak na ten segment — zrobione na piątkę. Bardzo ładny naturalny fornir, poszczególne liście forniru idealnie do siebie spasowane. Lakier położony równo, bez żadnych zacieków, cienka warstwa nie maskuje naturalnej struktury drewna. Frezy precyzyjnie wykonane, bez szpar przy głośnikach. Wymyślna maskownica, mocowana na magnesach neodymowych, zasłania same głośniki. Przetwornik wysokotonowy oryginalnie chroniony jest przez metalową siateczkę, ale dodatkowo możemy nałożyć na niego małą maskownicę. Z tyłu znajdziemy otwór bass reflex oraz przyzwoitej jakości gniazda głośnikowe. W komplecie zestaw kolców, które wkręcimy w nagwintowane, metalowe tuleje znajdujące się pod spodem obudowy. Dyskretne logo u dołu prostej i eleganckiej bryły. Design surowy, prosty, niepretensjonalny – w mój gust trafił. Pasować będą zarówno do nowoczesnego wystroju, jak i nieco bardziej klasycznego. Brzmienie nowych kolumn Audio Academy – nie zaskakuje. To typowe dla tej marki granie, z dużą ilością informacji, pozwalających wgłębić się w nagranie, wyłapać detale i znajdujące się w tle informacje – dobrze oddaje to slogan firmy „see the sound”. Nie ma mowy o ciepłym czy misowatym dźwięku, producent dążył do neutralności i w dużym stopniu mu się to udało uzyskać, choć trzeba jasno sobie powiedzieć, że kolumny wymagają wzmacniacza o określonej specyfikacji brzmieniowej, by stworzyć rzetelny dźwięk. Tak więc jeśli chodzi o wysokie tony, dużo się tu dzieje, ale nie uświadczymy wyostrzeń czy sybilantów. Góra jest dźwięczna, dźwięki odseparowane i czytelne, budowa sceny na dobrym poziomie. Średnica jest równa, o neutralnej barwie, ładnie zszyte są z sobą głośniki – widać, że producent spędził trochę czasu nad zwrotnicą i pomiarami. To, czego mi brakuje, to lekkiego nasycenia tego pasma – przynajmniej jak na mój gust, można by troszkę podkoloryzować zakres średnich tonów– nawet kosztem neutralności. Dolne rejestry są konturowe i z całkiem dobrą szybkością, jednak o bardzo małej masie. Tutaj dochodzimy do największej bolączki tych kolumn – basu po prostu jest za mało. Jest on dobrej jakości, ale nawet w 15m pomieszczeniu, można odczuwać niedosyt. Rozwiązanie tego problemu znalazł dystrybutor tych kolumn w Polsce - Q21. Proponują, by łączyć je ze wzmacniaczem Haiku Audio opartego o lampę 6550 – z którym ponoć świetnie się zgrywają. Jest to połączenie proponowane zarówno przez producenta, jak i dystrybutora. Poprosiłem więc by do testów razem z kolumnami, użyczyć mi wyżej wspomniany wzmacniacz (na dniach opublikuję oddzielny opis rzeczonego Haiku). Po spięciu z tym wzmacniaczem mogę śmiało podpisać się pod opinią, że to trafiony duet. Nagle doskwierające najmocniej bolączki tych kolumn znikają. Ilość basu wprawdzie nie powala, ale pojawia się go znacznie większa ilość i nie można powiedzieć, by bardzo doskwierał jego brak. Początkowo obawiałem się, że wzmacniacz z obszernym basem, doprowadzi do zbytniego poluźnienia i wzbudzania się dolnych rejestrów, ale nic takiego się nie stało. Bas nabrał sprężystości, masy i ilości, a nadal pozostał całkiem szybki i punktowy. Zero buczenia. Kolejna poprawa, choć już nie tak spektakularna, to trochę lepsze nasycenie średnicy, jakie uzyskujemy po spięciu Haiku z 9th Moon. Nadal, daleko do stereotypowego brzmienia lampy, ale można to równie dobrze uznać za wadę, jak i zaletę – kwestia gustu. Skoro producent reklamuje swój produkt jako dążący do neutralności, takie strojenie wydaje się uzasadnione i dopasowane do oczekiwań konsumentów, przyzwyczajonych do szkoły grania Audio Academy. Zwykle w teście nie zajmuję się takimi sprawami, ale z racji tego, że mam doczynienia z małą, polską manufakturą, chce zwrócić uwagę na kilka rzeczy – które w przypadku dużych, zagranicznych marek, są oczywiste, a w przypadku naszej rodzimej produkcji już nie zawsze. Tak więc, kolumny AA przyjeżdżają w fabrycznych kartonach, zabezpieczonych styropianami. Kolumny robione są ze stuprocentową powtarzalnością – zwrotnica w każdym modelu jest taka sama. Marka jest na rynku już dobrych kilka lat, więc przy odsprzedaży nie będzie większych problemów. Kolumny są sprzedawane w salonie audio, z dokumentem sprzedaży oraz pisemną gwarancją. Są dostępne od ręki, istnieje możliwość wypożyczania do odsłuchów. Mówiąc wprost, zakup odbywa się w cywilizowany sposób. Podsumowując, 9th Moon to ciekawy produkt. Wykonanie jest na bardzo wysokim poziomie, zadbano o detale, takie jak kolce, maskownice itd. Kolumna gra w sposób, w jaki przyzwyczaiło nas Audio Academy, czyli dźwięk detaliczny z dużą ilością informacji, neutralną średnicą i małym, ale za to szybkim i punktowym basem. W żadnym aspekcie dźwięku kolumna ta nie jest wybitna — ale też nie ma co się oszukiwać, w tej kategorii cenowej nie znajdziemy takiej kolumny. Z drugiej strony nie można też powiedzieć, by w którymś z aspektów była wyjątkowo słaba – każdy aspekt trzyma raczej równy poziom, pod warunkiem, że odpowiednio dobraliśmy wzmacniacz, szczególnie pod kątem basu. Trudno pominąć fakt, że wybredność w stosunku do wyboru wzmacniacza zaletą nie jest – w przyszłości, przy ewentualnej zmianie wzmacniacza lub kolumn mogą pojawiać się kłopoty z dopasowaniem innego produktu. Uczciwie trzeba przyznać, że 9th Moon nie jest jedyną na świecie kapryśną kolumną. Co do aspektu cenowego, kolumny te wycenione mają być na 7500 zł. Znając realia prowadzenia firmy w naszym kraju i kosztów z tego wynikających, faktu, że produkt ten kupujemy w salonie audio, a nie z bagażnika poloneza na targu, mamy gwarancję, fakturę, powtarzalny produkt itd. Łatwo wyliczyć, że cena musi być na takim poziomie i dużo niżej zejść się nie da. Jakby na to nie patrzeć, jest produkt entry level, a dla przeciętnego zjadacza chleba, nawet taka kwota, na pierwsze poważne głośniki to wcale nie tak mało… Zwłaszcza że wybór w przedziale cenowym 5-7,5tyś jest spory. Szczególnie wśród większych firm, które fabryki przeniosły do Azji, a skalą produkcji są w stanie uzyskać niski koszt jednostkowy i mogą zaoferować ciekawy produkt w niskiej cenie. Czasy, kiedy wybór polskiej manufaktury podyktowany był niską ceną, już bezpowrotnie minął. Obecnie trzeba się liczyć z tym, że za produkt stworzony u nas w kraju po prostu trzeba zapłacić trochę więcej. Cieszymy się, że nie musimy pracować za miskę ryżu, musimy więc zaakceptować to, że owoce naszej pracy, również nie są najtańsze na rynku. Na pewno docenić należy fakt, że z kilkunastu działających przed laty manufaktur, Audio Academy, jest jedyną która działa nieprzerwanie, wypracowała model powtarzalnej produkcji, z racji ciekawego produktu i uczciwej sprzedaży nawiązała stałą współpracę z dystrybutorem. Oczywiście, to wszystko nie stałoby się, gdyby produkt nie miał solidnej wartości muzycznej. Polecam posłuchać, a sam z zaciekawieniem czekam na kolejne produkty Audio Academy, o których wiem, że wkrótce mają powstać. --------------------- Dystrybucja: Q21, przewidywana cena 7500 (za parę) Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie Q21 www.q21.pl
  7. 5 points
    Wystawa odbyła się w dużym, prestiżowym hotelu w centrum miasta. Zaraz po przywitaniu na recepcji, otrzymujemy opaski, a także płytę CD z samplami, wydaną specjalnie na tą okazję. Po rejestracji możemy rozpocząć zwiedzanie. W pierwszym i największym pokoju, od razu trafiamy na najbardziej promowaną prezentację. Kolumny Wilson Audio Chronosonic XVX. Napędzane topowymi monoblokami Goldmunda – łącznie ważącymi ponad pół tony i o mocy 640W każdy, jako źródło transport Metronome Kalista, preamp z topowej serii Goldmund. Jak to zwykle bywa w tego typie prezentacji, polegającej na prężeniu muskułów topowością urządzeń, jak i topowością cen — każdy przybiegł, zrobił zdjęcie i zaspokojony, że słuchał system za milion+, mógł udać się dalej. A jeśli komuś przypadkowo chciało się analizować jeszcze dźwięk tego zestawu, to nie było się do czego doczepić, prócz moim zdaniem niezbyt wybitnej muzykalności. Oczywiście za ułamek tej ceny można złożyć wiele Hi-Endowych systemów, ale topowość byłaby już nie ta… Bardzo dobre granie, ale czy to szczyt marzeń? No i czy warte tej ceny? Każdy to musi już indywidualnie ocenić. Kolejne warte wspomnienia zestawienie to Dynaudio Confidence 60 – flagowiec serii Confidence, z elektroniką Chord. Tutaj grało znacznie bardziej muzykalnie, system mądrze złożony i dający wykorzystać potencjał obu marek. Gramofon Sikora, kolumny ESD Acoustic Panda, z relatywnie tanią elektroniką KECES – grało bardzo przyjemnie, kopułka średnio tonowa – obecnie rzadko stosowana – dała bardzo mile brzmiące wokale. W kolejnym pomieszczeniu Falcon LS 3/5a położne jedne na drugie, dwie pary. Prezentacja ta na celu miała pokazać jakie różnice w dźwięku wprowadza sterowanie silnikiem gramofonu, o różnym momencie obrotowym. Zachowana była ta sama ilość obrotów, ale wprowadzane były na zmianę dwa warianty – silnik zasilany tak, że miał mały moment obrotowy, a w drugim wariancie, ten sam silnik, ta sama ilość obrotów, ale zasilany w taki sposób, że jego moment obrotowy był znacznie większy. Co ciekawe (prócz tego, że faktycznie różnice były od razu słyszalne) to wbrew moim oczekiwaniom, wcale górą nie okazał się wariant z większym momentem obrotowym. Daje to trochę do myślenia bawiącym się w gramofony DIY – gdzie zawsze jest pęd: mocniej, ciężej, więcej. Sam nausznie zauważyłem, że nie zawsze musi to być prawdą. Według prowadzącego prezentację, moment obrotowy silnika powinno się dobrać do rezonansu własnego talerza, jak i do jego masy. Diapsaon KARIS WAVE – pokazują, w jakim kierunku idzie obecnie audio… Niestety, dźwięk spada na drugi plan, uwaga producenta skupia się na ekstrawaganckim wyglądzie i użytych materiałach (rzeźbione w bloku drzewa), no i oczywiście odpowiednio ekskluzywnej cenie… Gościem wystawy była Tersa Tang, popularna w Chinach piosenkarka, o której ja sam nigdy nie słyszałem. Jej występ cieszyl się bardzo dużym zainteresowaniem — w kolejce na salę trzeba było stać prawie godzinę. Repertuar klasycznych chińskich utworów folklorystycznych, nie jest zbyt bliski moim gustom. Więc oprócz krótkiej wizyty i wykonaniu zdjęć udałem się dalej. Bardzo ciekawy pokój Furutecha. Jako wzmacniacz do testów użyto BENCHMARK AHB2, relatywnie tani (2999$), na pierwszy rzut oka nie wzbudził wielkiego zaufania i wygórowanych oczekiwań (nigdy wcześniej nie miałem z nim do czynienia). Kolumny (wielokrotnie droższe) Magico S1 i znów relatywnie tani MYTEK BROOKLYN BRIDGE w roli transportu. Oczywiście gwoździem programu miały być kable i ustroje Furutecha – być może stąd dobór tak małych gabarytowo urządzeń, by oglądający skupił swój wzrok na przewodach podwieszonych na wymyślnych podpórkach. Niezależnie od motywacji doboru sprzętu, jakość dźwięku, na zaskakująco wysokim poziomie. Oczywiście, w rozmowie wystawca skromnie przypisał zasługi, udanej dźwiękowo prezentacji produktom Furutecha. Ja pomimo nieskrywanej sympatii, do tej marki (którą w dużej mierze sam okablowałem własny system), raczej optowałbym za tym, by sekretem udanego dźwięku tej prezentacji uznać zmyślne dobranie podzespołów tego systemu. Dla nielicznej grupy odbiorców kolumn Magico, w naszym kraju polecam sprawdzić opisane wyżej urządzenia, a szczególnie wzmacniacz. Całościowo system opisałbym jako posiadający bardzo głęboki wgląd w nagranie, z olbrzymią ilością informacji, detalem, konturem, ale równocześnie podane w taki sposób, by nie męczyło odbiorcy. Odpowiednie dociążenie średnicy i dołu nadawało rytm i ładnie współgrało w bogatą w detal resztą pasma. Myślę, że to zestawienie znalazłoby się w pierwszej trójce najciekawszych dźwiękowo prezentacji tej wystawy, a na pewno dla mnie było największym zaskoczeniem (pozytywnym). Jak prezentowały się przewody Furutecha, można pooglądać na poniższych fotografiach. Kolumny B&W 802 D3, łączono z elektroniką Cambridge Audio z topowej serii Edge. Niestety, pomimo sympatii do B&W, jednak należę do grupy fanów wyżej ceniących stare konstrukcje tej firmy… Natomiast jeśli chodzi o CA Edge, jest to jedno z ciekawszych urządzeń, zwłaszcza w kontekście fantastycznego wykonania i stosunkowi jakości do ceny. Wprawdzie na wystawie był promowany u kilku wystawców, ale sprzęt ten znam jeszcze z Polski, gdzie słuchałem go zaraz po premierze i polecam się z nim zapoznać – naprawdę może miło zaskoczyć. W kolejnym pomieszczeniu mała niespodzianka – Polski akcent, a mianowicie LampizatOr. Podpięty pod referencyjny PC do audio oraz do gier – jak zapewniał mnie wystawca. Komputer pomimo kilku (nastu?) wiatraczków zdawał się być całkiem cichy. Oświetlał dyskotekowym światłem neonów cały pokój odsłuchowy (kilka kolorów do wyboru). To ciekawe towarzystwo uzupełniał chiński, hybrydowy wzmacniacz Vincent z lampami na wejściu. Porównując z pamięci, wydaje mi się, że słyszałem LampizatOra w lepszych zestawieniach. W rozmowie z wystawcą dowiedziałem się, że w Azji, odbiorcy LampizatOra wysoko cenią sprzęty polskiej marki, ze względu na niezawodność. Wg Niego jakość wykonania i trwałość LampizatOra jest wyższa niż transportów Esoterica. Trzeba przyznać, że świat jest dziwnym miejscem, ludzie z Azji ściągają niezawodne sprzęty z Polski, a ludzie z Polski za synonim niezawodności uważają Japońskie marki i stamtąd sprowadzają sprzęty typu Esoteric… Ważne, że odbiorcy na obu częściach naszej planety znaleźli odpowiadające ich oczekiwaniom urządzenia. Na pewno trzeba oddać Panu Łukaszowi Fikusowi (właściciel LampizatOra), że umiejętnie wprowadził swój produkt na zagraniczne rynki. Jego urządzenia cieszyły się dużym zainteresowaniem odwiedzających i wyraźnie było widać, że nie jest to pierwszy kontakt z tym produktem. Gratulacje! Jeśli już jesteśmy przy polskich markach, to kolejnym rodzimym produktem, jaki udało mi się zaobserwować na tych targach, były przewody Albedo. Znam kilka produktów z serii Monolith Monocrystal i są to jedne z ciekawszych srebrnych przewodów, z jakimi się spotkałem. Cieszę się, że również poza naszym kontynentem spotkały się z zainteresowaniem. Będąc już przy okablowaniu – ciekawy trend, który jeszcze nie dotarł do Polski, a mianowicie sprzedawcy kabli, którzy oferowali stare, magazynowe leżaki kabli takich marek jak np. Mitsubishi, General Electric i podobnych. Z podaną ilością lat „leżakowania”, opis stanu, opis oplotu – przypominało to recenzję wina. Odczucia mam trochę mieszane, wprawdzie miałem już kontakt z takimi przewodami i o ile uda się je tanio kupić na zagranicznych portalach aukcyjnych, warto spróbować, bo grają całkiem dobrze. To jednak cała ta otoczka, z jaką się spotkałem, wydaje mi się przerostem formy nad treścią. Każdego pokoju nie sposób spisać, wrzucam trochę zdjęć – mimo wszystko wystawa bardziej służy do oglądania niż słuchania, więc fotografie mogą być namiastką wizyty na tych targach. Co do pytania, które zakładam, że u części czytających może się pojawić – jak wypadają te targi w dalekiej Azji, w porównaniu do polskiego AVS? Na pewno impreza odbywająca się w Warszawie cechuje się większym rozmachem – myślę, że ilość wystawców, jak i sprzętu jest co najmniej trzy razy większa. Obie imprezy są trzydniowe, ale tą w Singapurze może zwiedzić całkowicie w jeden długi dzień. AVS raczej jest to nie wykonalne i trzy pełne dni mogą nie wystarczyć. W kwestiach technicznych, czy organizacji, obie imprezy na podobnie wysokim poziomie. Natomiast podczas rozmowy z wystawcami, wielu z Nich kojarzyło Warszawskie AVS, część z Nich w poprzednich latach się wystawiało u nas w kraju i twierdzili, że z punktu widzenia wystawcy, lepiej zorganizowane było AVS. Więc można uznać, że trzecią polską marką, jaka została pozytywnie dostrzeżona w Azji, było polskie Audio Video Show.
  8. 5 points
    Jak co roku składamy życzenia naszym Forumowiczom, Klubowiczom i Czytelników Magazynu. Wam i Waszym bliskim z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia:
  9. 5 points
    Świat audio żyje dopiero co zakończoną imprezą Audio Video Show 2019, sporo obecnie w związku z tym komentarzy w sieci, reportaży filmowych i fotograficznych. Masa opinii, spostrzeżeń, a nawet oczekiwań co do przyszłorocznej edycji AVS. Można więc przyjąć, że wszystko co w temacie audio w tym tygodniu obejmuje zakończoną w niedzielę imprezę. Z naszej strony dorzucamy kilka zdjęć z naszym zdaniem najciekawszych miejsc. Pozostawimy wszystkie zdjęcia bez naszego komentarza, niech same zdjęcia będą wymową tego co było i jak było. AudioRecki
  10. 5 points
    Kolumny Harbeth 30.1 są średniej wielkości, dwudrożnymi monitorami wykonanymi w układzie Bass Reflex. Obudowa zrobiona jest ze sklejki oraz MDF-u i dostępna w czterech, wariantach wykończenia: (Cherry, Eucaliptus, Rosewood, Tiger Ebony). Obudowa, z czego zresztą Harbeth słynie, jest „grająca”. Projektant wyszedł z założenia, że każda obudowa, wpada w rezonans własny. Harbeth wypracował własny sposób na radzenie sobie z tym problemem. Wiodąca obecnie metoda, zakłada rozwiązanie problemu, poprzez tworzenie jak najsolidniejszej obudowy, z materiałów o różnej twardości i ze wzmocnieniami wewnątrz (np. słynne serie Matrix produkcji B&W). Alan Shaw (właściciel i główny projektant Harbeth) obrał inną drogę. Nie neguje wprawdzie szkodliwego wpływu rezonansu obudowy, ale uważa, że nawet najmocniejsza obudowa i tak nie będzie wolna, od pasożytniczych rezonansów własnych. Zamiast więc z nimi walczyć, spróbował je okiełznać. Uznał, że skuteczniejszym rozwiązaniem jest pieczołowite pomierzenie rezonansów obudowy i dostrojenie jej tak, by rezonanse zostały przeniesione, poza pasmo akustyczne generowane przez przetworniki. Przede wszystkim skupiono się na tym, by w jak największym stopniu oddalono je od pasma 300 Hz - 3 kHz, czyli pasma, w jakim operuje ludzki głos. To pasmo jest w oczkiem głowie projektanta. Po pierwsze, na ten zakres pasma, ludzki słuch jest najbardziej wyczulony i zniekształcenia w tym zakresie są najbardziej drażliwe. Po drugie, protoplasta obecnych Harbethów, był monitorem używanym w studiach BBC, gdzie prócz muzyki, spora ilość materiału opiewała na audycje mówione, stąd też priorytet ustalony na jak najlepszą reprodukcję ludzkiego głosu. Wykonanie kolumn nie zostawia nam nic do zarzutu, ładny fornir, dobre spasowanie oraz równe frezy. Maskownice zasłaniają cały front kolumny i naciągnięte są na metalowym stelażu. Wewnątrz obudowy, wytłumienie cienką gąbką oraz bardzo rozbudowana (jak na dwudrożną konstrukcję) zwrotnica, wykonana ze standardowych elementów elektronicznych, bez żadnych stricte audiofilskich elementów. Alan Shaw uważa, iż strojenie zwrotnicy powinno polegać tylko i wyłącznie na dopracowanym projekcie, wykonanym podczas szeregu pomiarów. W jednym z wywiadów, z pobłażaniem wspomina o firmach, gdzie strojenie polega na „wyciąganiu z wiadra losowych elementów elektronicznych i strojenie na ucho” – czyżby znał zaplecze techniczne, naszych rodzimych manufaktur? Mimo wszystko, sam Producent przyznaje, że finalny efekt, czyli powstały prototyp jest bardzo wnikliwe odsłuchiwany, tyle że dominującym czynnikiem są jednak pomiary. Stąd też kolejna cecha charakterystyczna Harbethów i jeden z sekretów firmy – materiał Radial, z którego wykonywane są membrany głośników nisko-średnio tonowych. Wg producenta, w trakcie ulepszania swoich konstrukcji doszedł do ograniczeń, jakim okazał sam się sam przetwornik. Nie mogąc znaleźć żadnego producenta głośników, który spełniłby Jego wymagania, postanowił stworzyć swój autorski głośnik. W trakcie projektowania i (a jakże) pomiarów, udało mu się wyselekcjonować, najlepszy materiał, z jakiego powinna być zrobiona membrana głośnika. Materiał ten (tworzywo sztuczne) jest obecnie jednym z sekretów firmy i dla użytkownika zewnętrznego znany jest jedynie pod nazwą handlową – Radial. Odsłuch Harbethów to przede wszystkim niesamowita spójność dźwięku. Już po chwili zdajemy sobie sprawę, że ortodoksyjne podejście projektanta i skupienie się na jak najlepszym zestrojeniu „średnicy” owocuje, wyjątkową naturalnością tego pasma. Ciężko zdefiniować, czy wokale są „ciepłe” czy „chłodne” – są po prostu naturalnie brzmiące, przyjemne w odbiorze i zachęcające do wielogodzinnych odsłuchów. Słuchając z tych kolumn, utwory wykonywane a cappella, stają się niezwykle wciągające i pozwalają nam docenić siłę ludzkiego głosu, jako środka wyrazu artystycznego. Jestem w stanie założyć, że nawet kilkugodzinne słuchanie, mówionych audycji radiowych nie zmęczy odbiorcę – dźwięk ludzkiego głosu brzmi tak wiernie i naturalnie, że nie odbieramy go jako syntetycznie odtwarzanego, lecz jako dźwięk wymawiany przez osobę z krwi i kości. Podobną sytuację mamy w zakresie wysokich tonów, są równe, dźwięczne i detaliczne. Niczego nie ukrywają, mamy wgląd w każdy detal nagrania, ale bez zarzucenie słuchacza nadmierną ilością informacji i zdominowania tego zakresu pasma – co często odbierane jest jako „detaliczne” granie… Wysokich tonów jest dokładnie tyle ile powinno być, by usłyszeć każdy szczegół, ale by nie zamęczyć słuchacza. Nie uświadczymy podkolorowania wysokich tonów, więc dla części słuchaczy góra, może wydać się trochę za sucha. Jednakże, po kilku godzinach słuchania i po przywyknięciu do brzmienia Harbethów, zaczynamy właśnie doceniać ten lekko surowy przekaz, jako bliższy naturalnemu. Podsumowując, góra pasma niczego nie ukrywa, ale też i nie dominuje. Brzmienie jest łagodne i naturalne, ale bez niepotrzebnego podkolorowania. Przewodnią cechą Harbethów, jest to, że nie narzucają swojego charakteru. Zasadniczo jest to prawdą, z jedną, małą poprawką na bas. Odniosłem wrażenie, że w tym zakresie jednak słychać charakter, jaki narzucają głośniki – nie jest to w żadnym stopniu wada, gdyż bas posiada odpowiednie wypełnienie i masę, jest dostatecznie szybki i konturowy, ale czuć w nim firmowy charakter Harbetha. Wydaje mi się, iż projektując te kolumny, celem było stworzenie basu, który byłby jak najbardziej uniwersalny i łatwy do okiełznania, zarówno dla pomieszczenia jak i wzmacniacza. Do wysterowania Harbeth 30.1 nada się nawet mocna trioda Single Ended lub lampowy Push Pull o mocy powyżej 30W. Wzmacniacze tranzystorowe powyżej 100W radziły sobie całkiem sprawnie z tymi kolumnami. Bardzo wyraźną zmianę brzmienia uzyskamy w zależności od zastosowanych standów. Mi znacznie bardziej pasował wariant z lekkimi drewnianymi standami – średnica stawała się jeszcze przyjemniejsza, ale kosztem trochę słabszej kontroli na basie. Z kolei solidne, dociążone, metalowe standy poprawiały dolny zakres pasma, przy czym lekko cierpiała na tym średnica. Każdy musi ocenić jaki wariant bardziej mu pasuje, jednak polecam sprawdzić obie opcje przed wyborem standów. Często, w kontekście marki Harbeth słyszę, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Osobiście ciężko mi się z tym zgodzić. Moim zdaniem można je kochać – za spójność, za wspaniałą średnicę. Na pewno znajdą się osoby, których nie oczarują, ale nie mogę się zgodzić z tym, że ktoś mógłby je nienawidzić. Nikt, kto słucha muzyki i czerpie z tego radość, nie jest w stanie nie docenić tych głośników. To po prostu bardzo dobre kolumny, a silna pozycja marki, utrzymująca się od czterech dekad, tylko to potwierdza. Specyfikacja techniczna: - Budowa: dwudrożny monitor, bass reflex - Pasmo przenoszenia: 50 Hz - 20 kHz - Impedancja: 6 Ohm - Skuteczność: 85 dB / 1 W / 1 m - Rekomendowana moc wzmacniacza: najlepiej od 25 W - Moc: 150 W - Terminale: pozłacane, 4 mm, możliwość bi-wiringu - Wymiary (wys. x szer. x głęb): 460 x 277 x 285 mm - Waga: 13,4 kg Dystrybucja: Audio System, cena 13500 (za parę) Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  11. 5 points
    Audiolab został stworzony latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przez Philipa Swifta i Dereka Scotlanda. Podbili rynek i serca słuchaczy, zintegrowanym wzmacniaczem, modelem Audiolab 8000A. Wzmacniacz cechował prosty, lecz schludny design, mały rozmiar, relatywnie niska cena i… fantastyczny dźwięk jaki kreował. Wzmacniacz ten okazał się olbrzymim sukcesem komercyjnym. Dodatkowym atutem było wyposażenie go w bardzo udany moduł przedwzmacniacza gramofonowego, który w tamtych czasach, mógł decydować o sukcesie lub porażce produktu na rynku. W umiarkowanych pieniądzach klient dostawał dobry preamp RIAA (który można było użyć niezależnie podłączając do oddzielnej końcówki mocy), bardzo muzykalnie grający wzmacniacz, który potrafił przekazać zarówno rytm jak i detal nagrania. A jak wygląda sytuacja Audiolaba po czterech dekadach? Czy nadal zachowali ducha swego przodka z ery winyla i taśmy? Z biegiem czasu, firma z rąk swych twórców przeszła do potężnej, dalekowschodniej spółki IAG (obecnie właściciele Brytyjskich marek m.in. Mission, Castle, Quad, Wharfedale). Audiolab MDAC+, to pełnoprawny przetwornik cyfrowo analogowy, dodatkowo zoptymalizowany pod produkty Apple (oficjalne wsparcie Appla) oraz z możliwością podłączenia pod PC oparty o system operacyjny macOS lub Windows. Oczywiście, jak na klasyczne urządzenie segmenty Hi-Fi przystało, posiada wejścia SPDIF (dwa komplety), wejście optyczne (także dwa komplety), a co nieco zaskakujące w tej klasie urządzeniu - również wejście AES/EBU. Na tylnej ściance, oprócz solidnego gniazda zasilającego IEC znajdziemy oczywiście wyjścia sygnału analogowego RCA i kolejne zaskoczenie, ponieważ urządzenie posiada także wyjścia zbalansowane sygnału analogowego. Ponadto, gniazdo USB A (do podłączenia IPod oraz IPhone), USB B (do podłączenia komputera), złącze Trigger oraz IR do połączenia z innymi urządzeniami z tej serii, a także dwa wyjścia sygnału cyfrowego (jedno SPDIF i jedno optyczne). Urządzenie swym wyglądem nawiązuje do klasycznych sprzętów Audiolaba, prosta w formie aluminiowa obudowa i dwie okrągłe gałki. Po środku czytelny, ale nieprzeszkadzający w odsłuchu wyświetlacz (białe napisy na czarnym tle), włącznik ON/OFF oraz wyjście słuchawkowe na duży Jack, pod którym znajduje się dyskretna czerwona dioda, sygnalizująca pracę urządzenia. Bardzo solidnie wykonania i spasowana obudowa, sprzęt sprawia ważenie solidnego, waży też więcej niż wskazywałby na to jego kompaktowe rozmiary. Po uruchomieniu urządzenia, gałką wybieramy wejście, z którego będziemy korzystać i w przeciągu kilku sekund możemy zacząć odsłuch. Jak gra Audiolab MDAC+? Brzmieniowo, również w dużym stopniu nawiązuje do swych korzeni. Dźwięk jest równy, bez podbicia żadnego z pasm, dużą uwagę przyłożono do rytmiczności przekazu, czyli to cechuje klasyczne „Brytyjskie” granie. W odróżnieniu do starej szkoły Audiolaba, obecnie większy nacisk położono na detaliczność poszczególnych dźwięków, przez co można odbierać go jako bardziej sterylny, ale też dający lepszy wgląd w nagranie. Bardzo dobrze wypadły wokale, są nasycone, mają odpowiednią masę i brzmią bardzo naturalnie – rzadko kiedy udaje się zachować tak brzmiące wokale, w urządzeniach które grają precyzyjnym i detalicznym dźwiękiem – tutaj się to udało i odbieram to jako duży plus. Nie jest bowiem sztuką stworzyć sprzęt detaliczny kosztem chudego i metalicznego wokalu i vice versa, stworzyć sprzęt grający nasyconym, barwnym dźwiękiem, ale kosztem szczegółowości. Sztuką jest pogodzić te dwa aspekty i w opisywanym urządzeniu się to udało. Kolejną mocną stroną DACa Audiolaba, są niskie tony. Bas jest konturowy, szybki i z solidnym wypełnieniem. Kolejny raz udało się pogodzić cechy, które w wielu sprzętach się wykluczają, tj. szybki bas i mocny bas. Tu mamy oba czynniki zachowane, oczywiście o ile pozwoli nam na to reszta toru. Jeśli chodzi o górę pasma, jest ona poprawna, niczym nie narzucająca, nie dominuje, ale też w żaden sposób nie odczuwamy braku informacji w zakresie wyższych tonów. O ile na basie i średnicy udało się producentowi pogodzić najbardziej pożądane cechy w tych zakresach pasma, o tyle jeśli chodzi o wysokie tony, aż tak miłego zaskoczenia nie mamy. Owszem, wysokie tony są klarowne i czyste (choć znam urządzenia lepsze pod tym względem) to jednak wkrada się w nie lekka sterylność. Gdyby podobnie jak udało się to w innych zakresach pasma przenoszenia, również w zakresie wysokich tonów uzyskać lepszą barwę, to temu DACowi, naprawdę ciężko byłoby zarzucić coś w kategorii uzyskiwanego dźwięku. Jeszcze krótko opiszę, jak zmieniały się poszczególne aspekty brzmienia, w zależności od trybu pracy urządzenia. Moim zdaniem najlepsze efekty uzyskuje się korzystając z klasycznego wejścia SPDIF lub AES/EBU. Podpięcie za pośrednictwem USB, daje lekką, aczkolwiek słyszalną różnicę in minus. Sprzęt staje się trochę bardziej detaliczny, barwa nie jest już ta. Testowałem połączenie na dwóch komputerach Appla: Macbook Air oraz Macbook Pro, w przypadku tego drugiego, znacznie bardziej zaawansowanego urządzenia, różnice w stosunku do SPDIF były już bardzo małe. Pojawia się więc pytanie, czy utrata jakości wynika z samej architektury DACa, czy raczej w jakości PCeta. Szczególnie, że bardzo wyraźną poprawę w zakresie wyższych częstotliwości udało się uzyskać, podpinając lepszy kabel, niż klasyczny komputerowy USB w tym przypadku był to przewód Tellurium Q Blue USB. Istnieje również możliwość podpięcia urządzeń mobilnych: telefonu iPhone oraz tableta iPad. Odbywa się to za pośrednictwem klasycznego przewodu Appla, czyli do DACa wchodzimy przez USB-A. Niestety w tym przypadku pogorszenie jakości dźwięku jest wyraźne, trudno jednak spodziewać się by telefon komórkowy czy tablet nadążył jakością za pełnowartościowym transportem. Jeśli chodzi o konfigurację, ta odbywa się natychmiastowo po podpięciu urządzenia, wszystko działa na zasadzie plug & play. Producent deklaruje zgodność z modelami iPhone do modelu 6, a tablety do modeli Air 2, jednak nawet najnowsze modele urządzeń Ipad Pro oraz iPhone X nie ma najmniejszych problemów z współpracą z DACiem Audiolaba. Na froncie urządzenia, znajduje się gniazdo słuchawkowe duży Jack, nie jest dodane tylko dla ozdoby, jako wzmacniacz słuchawkowy urządzenie sprawdza się bardzo przywozicie. Po podpięciu słuchawek, DAC automatycznie przełącza się w tryb słuchawkowy, poziom głośności sterujemy gałką głośności lub ze zgrabnego, aczkolwiek solidnego pilota. Podsumowując, jest to bardzo solidnie wykonany sprzęt, wizualnie i dźwiękowo znajdziemy w nim dużo, ze starych, klasycznych urządzeń Audiolaba. Widać ewidentnie, że wraz z zadomowieniem się materiałów cyfrowych jako wiodących formatów zapisu muzyki, delikatnie zmieniono akcenty w strojeniu urządzeń Audiolaba, nie ma już zaokrągleń poszczególnych dźwięków jakimi cechował się „stary” Audiolab. To bardzo dobrze maskowało niedociągnięcia analogowych systemów Hi-Fi, bądź co bądź z budżetowego segmentu, czasach cyfrowych nośników odbiorcy już tego nie wymagają. Dzisiaj, gdy jakość materiału nagrana w pliku jest tak dobrej jakości, strojenie zostało zmienione, by jak najwięcej informacji i smaczków z nagrania wyciągnąć. Nie ma już strachu, że zaakcentujemy również szumy i trzaski, stąd też inne strojenie sprzętów ery cyfrowej i ery analogowej. Urządzenie to oceniam wysoko i śmiało mogę polecić, z tą jedną uwagą, że moim zdaniem jest sprzęt trudny w aplikacji i wymaga doświadczenia by dobrze wpasować w system. Raczej nie będzie wybaczał błędów reszty systemu i chyba najlepiej czuje się z towarzystwem sprzętów ze znacznie wyższej półki cenowej. Natomiast jeśli tylko uda Nam się uzyskać pełnie Jego możliwości, możemy cieszyć się naprawdę dobrym graniem. Do testów użyto: Unison Research Simply 845, Harbeth 30.1, Sonic Froniters SFT – 1, Tellurium Q Blue USB Tellurium Q Black II głośnikowy 2x2,5m Albedo Flat One głośnikowy 2x2,5m Albedo Monolith Monocrystal RCA Dystrybucja: q21 Cena: 3999zł Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  12. 4 points
    Z niektórymi brandami jest tak, że ich jedyną słabą stroną jest brak rozpoznawalności na rynku i co za tym idzie, brak sporej rzeszy użytkowników. Czas jednak pracuje (w przypadku niektórych z nich) na ich korzyść, bo jak wiemy "wszystko co dobre, samo się na rynku broni". Dziś postaramy się Wam przybliżyć produkt nie wpisujący się z kilku powodów w normy rynku audiofilskiego. Otóż znana wszystkim i ceniona firma EIC, która do tej pory działała w naszym kraju jako dystrybutor kilku marek audio - postanowiła iść o krok dalej. Rzecz jasna profil samej firmy nie uległ zmianie, ale do całej plejady "wielkich" EIC dokłada swoją markę, pod którą oferuje kolumny (z założenia) szyte na miarę możliwości każdego melomana i audiofila. I to nie wszystko ( a to dopiero wstęp!), kolumny głośnikowe mają nie tylko podbić rynek świetną ceną, ale najlepszym z możliwych stosunkiem ceny do tego, co dostajemy w temacie jakości brzmienia. Audiosymptom ma być nowym hitem, absolutnym czarnym koniem i ma zadowolić sporą rzeszę melomanów od każdej możliwej strony. Czy to jest możliwe i czy kupujący w tej marce odnajdą te wszystkie obietnice? Aby odpowiedzieć na te pytania, firma EIC dostarczyła nam na długie testy ich średniej wielkości kolumny oznaczone symbolem i6. Audiosymptom i6... pora zaczynać! Produkty nieznane do tej pory na rynku uznaje się często niesłusznie za mało atrakcyjne, i6 przeczą tym opinią nie tylko ceną. Jest aż 6 powodów dla których warto nie tylko poświęcić się na ich odsłuch, ale by je po prostu kupić do swojego systemu. Kolumny do zainteresowanego nabywcy dostarczane są w klasycznym, kartonowym pudle na tyle opakowane solidnie (pianki), by w sposób bezpieczny dotarły do kupującego. Nie odkryto tutaj ameryki na nowo, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Wartym zauważenia jest po porostu fakt, że kolumny budżetowe często traktowane są w temacie bezpieczeństwa transportu po macoszemu. Tutaj... nic z tych rzeczy! Przyłożono się solidnie do tego tematu uznając, że produkt musi dotrzeć cały do klienta ku jego zadowoleniu. I tak też jest, możecie być pewni dostarczenia przesyłki w stanie nienaruszonym. Jak wspomniałem już w długim (a może przydługim wstępie) można by rzec, że i6 Audiosymptom to aż sześć powodów do kupna tych kolumn. Pierwszym z nich jest wykonanie. W środku solidnie przyłożono się w temacie wygłuszenia oraz grubości ścianek. Odpowiednia grubość MDF'u, wszystko spasowane w jak najlepszym stopniu... Klasyczna forma, znane rozwiązania i świetne wykonanie. Powód pierwszy - ten produkt nie ma czego się wstydzić (w temacie wykonania środka) na tle często znacznie droższej konkurencji! Budowa i rozwiązania techniczne może nie aspirują tutaj do poziomu high-endowych konstrukcji, ale w tym przedziale cenowym wręcz zachęcają, na pewno nie są powodem do wstydu. Kolumny zostały solidnie wzmocnione licznymi ożebrowaniami, a to daje gwarancję odpowiedniej sztywności konstrukcji, redukując przy tym wszelkie możliwe rezonanse obudowy. Nie środek jednak jest naszą codziennością w kontakcie ze sprzętem audio, a bardziej skupiamy się na tym jak wygląda z zewnątrz i jak brzmi. W przypadku pierwszego elementu - wygląd zewnętrzny - producent przyjął formę klasycznej obudowy, cała konstrukcja została w niewielki sposób odchylona do tyłu, co ma znaczenie praktyczne ale też powoduje, że kolumna świetnie prezentuje się w salonie. Jej wykonanie nie budzi żadnych zastrzeżeń, w tej cenie naprawdę trudno o lepiej wykonany produkt. Mamy do wyboru dwie wersje kolorystyczne: czarną oraz orzech. Okleina imitująca fornir jest dobrej jakości, a poświęcając ciut więcej uwagi w temacie wykonania - jest porządnie spasowana i ciężko zarzucić cokolwiek producentowi w tym temacie. Maskownice należą również do tych z gatunku "solidnych", a ich mocowane rozwiązano coraz częściej stosowaną metodą "na magnesy". Dzięki temu nie musimy się martwić, że maskownice albo "są", albo mamy szpecące otwory na kołki na froncie kolumny głośnikowej. Po ściągnięciu maskownicy rzucającym się w oczy jest tubowy głośnik wysokotonowy. Producent zastosował w tym przypadku odwróconą kopułkę tytanową o średnicy 34 mm, która ma zapewnić czysty dźwięk, spójny z pozostałymi głośnikami. Poniżej zastosowano parę 6" głośników nisko-średniotonowych. Z racji tego, że głośniki te zbudowane są w oparciu m.in.: o membrany z nasączanej plecionki celulozowej, charakteryzuje się sztywnością oraz lekkością. Mając z tymi kolumnami dłuższy czasowo kontakt nie sposób zarzucić im słabej jakości wykonania, jakichkowliek oszczędności czy braku "atrakcyjności" w temacie designu. Powód drugi - jakość wykonania i6 zasługuje na wyróżnienie w tym przedziale cenowym. Kupujący może być pewny, że Audiosymptom w pełni spełni jego oczekiwania w temacie jakości wykonania, trwałości i wyglądu. Pisząc o tym, że budowa kolumny polegająca na delikatnym odchyleniu w tył całej konstrukcji, wpływa w głównej mierze na spójność dźwięku jest prawdą, czego dowodem jest brzmienie modelu i6. I to tutaj najwięcej kolumny mają do powiedzenia. Często nie wygląd, a jakość brzmienia ma istotne znaczenie co do podjęcia decyzji o zakupie danego produktu. Już od pierwszych chwil i6 zaskakują przestrzenią na miarę znacznie większych ale i droższych konstrukcji. Przy tym nie silą się i nie udają niczego! To jest ten typ naturalnego rozmachu, w którym kolumny oddają wszystko to, co jest możliwe do zaprezentowania w danym materiale muzycznym. Nie wprowadzają przy tym sztucznie emocji, tworząc jedynie "wrażenie" oddanie w przestrzeni sceny. Nie przesadzają też w żadną stronę z rozmiarami instrumentów, oddając ich wielkość czy lokalizację w miarę precyzyjnie. Jest spora przestrzeń, a nawet trójwymiarowość, co przy odpowiednim materiale muzycznym wpływa korzystnie na to w jaki sposób słuchamy i jak odbieramy naszą muzykę. Świetnym przykładem niech będzie głos Sarah Brightman w utworze "Fly to Paradise" . Tak głos wokalistki, jak i instrumenty współgrały w całości, nie tworząc przy tym jednej masy. Doskonale wyczuwalna jest przestrzeń dla każdego instrumentu czy pasma. W tym przedziale cenowym to fenomen. Ostatnio miałem okazję odsłuchiwać kilka konstrukcji konkurencyjnych marek (nieznacznie droższych) i prawda jest taka, że i6 wypadły przy nich najlepiej w tym temacie. Powód trzeci - scena, lokalizacja instrumentów oraz czystość brzmienia całości przekazu. Powód czwarty - fantastyczne niskie tony. Ich barwa i różnorodność przypominają raczej konstrukcje większe i znacznie droższych marek. Jeśli oczekujecie high endu to niestety nie ta droga, jeszcze nie to brzmienie inie te możliwości. Powodem zapewne jest to, że kolumny zbyt blisko ustawione ściany mogą generować zbyt dużo niskich tonów, a nawet zaczynają sprawiać problem w tym temacie. Powodem jest tylny bass reflex, mając jednak to na uwadze i znajdując odpowiednią ilość miejsca od ściany - i6 niskimi tonami zaskakują na in plus w każdym aspekcie. Powodem piątym jest średnica, a zwłaszcza wszystkie wokale. "Summertime" (George Gershwin) można odnieść wrażenie, że przed nami stoją konstrukcje warte nie 2500 złotych (za parę!), a znacznie więcej i to za jedną sztukę. Wśród odsłuchiwanych kawałków nie zabrakło repertuaru Bill Evans Trio. "Cold Breeze" zabrzmiało tak, jakbyśmy siedzieli w niewielkiej salce, gdzie grupa muzyków czaruje nas swoimi umiejętnościami, popisuje się i bawi muzyką nie mniej niż słuchacze. Nie było w tym brzmieniu udawania czy przesady, a instrumenty brzmiały nader czysto i czytelnie. Zero efekciarstwa - rzetelne brzmienie, muzyka prawdziwa jak tylko się da. Powód szósty... cena. Tak, cena jest tym ostatnim powodem, dla którego każdemu poszukującemu średniej klasy kolumn głośnikowych w tym przedziale cenowym i6 powinny być oferowane jako "numer 1". Brzmieniem biją na głowę niektóre konstrukcje bardziej znanych marek od lat oferowanych w tym segmencie cenowym, a scena czy prezentacja instrumentów ociera się jakością o nieznacznie droższe konstrukcje. Produkt idealny? Nie ma takiego na rynku i niestety nikt tutaj nie ma monopolu na takie cuda. Muzyka jest czymś tak subiektywnym w odbiorze, że "wszystkim nie dogodzisz", ale na pewno jest to brzmienie, które może się podobać i przyciągać naszą uwagę na długie godziny. Audiosymptom i6 w tym temacie świetnie bronią się, dając znacznie więcej niż sugerowałaby cena. Magia? Niekoniecznie, powodem niższej ceny jest... przyjęcie strategii sprzedaży tego produktu. Audiosymptom jako marka ma być oferowana bez "zbędnych" pośredników, którzy co oczywiste musieliby dołożyć swoje "trzy grosze". Nie tylko świat audio zna takie przypadki, bo z takim modelem sprzedaży w świecie rowerów wiele lat temu wystartowała firma Canyon, dziś uznawana za jedną z lepszych. Czy Audiosymptom ma szansę na rynku? Z takim produktem i w takiej cenie - tak! Nie ma w tym przesady czy chęci naciągania klienta, solidna jakość, świetne brzmienie w przystępnej cenie. Kupując i6 możecie być pewni, że nikt nie oferował Wam "okazji na siłę". Konstrukcje te zestawiałbym jednak z cieplejszymi wzmacniaczami, góra potrafi rozświetlać wszystko na tyle, że jest jej sporo bez udziału tak grającego wzmacniacza. Nie jest jej przesadnie dużo, wszystko trzymane jest pod kontrolą i z umiarem, ale w tym temacie wysokich tonów jest tyle, że warto do i6 wstawić dobrą lampkę. Produkt ma szansę na dobry odbiór i wart jest posłuchania w swoim systemie. Nam przypadł do gustu i gdyby przyszła myśl budowy systemu opartego o kolumny w tym przedziale cenowym - byłby to jeden z tych świadomych wyborów, bez obaw o to co dostajemy i jak usłyszymy naszą muzykę. To konstrukcja od A do Z przemyślana w każdym calu, pozbawiona wszelkiej maści wodotrysków czy "ulepszaczy". Jeśli unikacie w swoim hobby "niezdrowej żywności" opartej o wszelkie "E-dodatki" , Audiosymptom i6 są właśnie jak zdrowa żywność, wszystko to, co najlepsze. Audiosymptom i6, cena 2.500 złotych za komplet! https://www.audiosymptom.eu/?gclid=EAIaIQobChMIgZKEpNa65wIVhuAYCh395gEnEAAYASAAEgI3i_D_BwE Do testów kolumny dostarczyła firma EIC https://www.eic.com.pl Garść informacji technicznych: Impedancja: 6 Ohms Moc nominalna: 120 W Moc muzyczna: 200W Pasmo przenoszenia: 36 Hz - 20 kHz Czułość: 92 dB Głośnik niskośredniotonowy: 2 x 6" Wymiary (SxWxG): 28x95x42 cm
  13. 4 points
    Audio Video Show to jak co roku wielka gratka dla miłośników słuchawek. Na 1200 metrach kwadratowych mieściła się strefa słuchawkowa, a na niej swoje urządzenia zaprezentowało ponad 50 producentów oraz dystrybutorów urządzeń audio z całego świata. Wiele stoisk było dosłownie obleganych, aby wypróbować sprzęt, trzeba było cierpliwie czekać w kolejce. Oczywiście najdłuższa ustawiła się do HiFiMan Susvara ze wzmacniaczem EF1000, czyli sprzętem kosztujący 80.000 Pln, prezentowanym przez sklep.RMS.pl. Było to jedno z większych stoisk na targach: słuchawki, kable, wzmacniacze, głównie NuPrime, Acoustic Research. Warto było również odwiedzić stoisko audiomagic.pl, gdzie z nowości prezentowane były słuchawki Meze Rai Solo czy droższe Meze Rai Penta. Oczywiście nie zabrakło takich marek jak Noble Audio (test), RHA, Fiio. Z nowości audiomagic.pl zaprezentowało wysokiej klasy chiński odtwarzacz Cayin N6 II (mam nadzieję, że niedługo dostanę go do testów). Jestem go bardzo ciekawa ze względu na wbudowany przetwornik AK4497EQ AKM, który obsługuje rozdzielczość 32/384 PCM, 256 DSD oraz ma obsługę MQA, który to format ma tylu samo zwolenników, co i przeciwników, dlatego jestem ciekawa jak sobie tu radzi DAC. Nie zabrakło budżetowych nowości od IFI Zen DAC i Zen Blue. Nie sposób w krótkiej relacji opisać wszystkich wystawców, dlatego wspomnę tylko, iż były też produkty takich firm jak Audio-Technica, Topping Audio, Astell&Kern, Mee Audio, IFI, JBL, Beyerdynamic, Campfire Audio, SMSL i wiele innych. Ze względu na to, iż bardzo cenię sobie polskich producentów i uważam, że prezentują oni wysoką jakość wykonania, pozwolę sobie na małą „prywatę”. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o Lucarto Audio, czy Feliks Audio. Pan Łukasz jak zawsze piękny design (drewniane wykończenie) i jakość dźwięku na wysokim poziomie. Można było przetestować lampowy Songolo HPA300SE połączony z DAC Songolo D300SE lub tańszy wzmacniacz Alberto. Natomiast Feliks zaprezentował specjalną wersję flagowego wzmacniacza Euforia Anniversary Edition, jubileuszowe wykończenie oraz opracowane na nowo komponenty. AVS to największa tego typu impreza w Europie, to święto „audiofili”, „audioholików” czy „zakręconych inaczej”, ale to, też świetna atmosfera w pokojach odsłuchowych, to czas na rozmowy, wymianę doświadczeń, a wreszcie na poznanie w "realu" forumowych przyjaciół. [email protected]
  14. 4 points
    Słowem wstępu - w odbiorze tak muzyka, jak i sprzęt audio jest czymś bardzo subiektywnym. W poniższej krótkiej relacji nie silę się na obiektywizm, bo ten ciężko zachować przy tylu pokojach i systemach, gdzie gwar i szum oraz często zbyt głośna muzyka nie oddają tego, co prawdopodobnie mógłby nie jeden system pokazać. Zapraszam do komentarzy O SAMEJ IMPREZIE i sprzęcie wystawianym na AVS'19 nie o subiektywnych opiniach piszącego poniższe słowa Jeśli przyszło komuś w ostatni piątek, sobotę i niedzielę rozmawiać z audiofilem i/lub melomanem, na pewno poruszony został temat "Audio Video Show". Impreza od lat przyciąga masę wystawców i jeszcze więcej zainteresowanych sprzętem i muzyką osób. Jeśli ktoś mówi, że branża AV jest w zapaści... to ja nie wiem jak wyglądała by wystawa w najlepszym okresie zainteresowania produktami audio video! Trzy dni i chyba trzy dni za mało - to najczęściej słyszana opinia wśród zwiedzających. Ilość sprzętu, ilość i różnorodność imprez towarzyszących AVS'19 jest nie do ogarnięcia "z marszu" i dlatego nie dziwię się, że większość zainteresowanych udaje się wpierw do pokoi tych firm i marek, które są im najbliższe lub którymi są zainteresowani. Trzy dni imprezy pokazały jednak coś bardzo istotnego z perspektywy użytkowników produktów różnych marek - z jednej strony spore zainteresowanie światem analogowego brzmienia, gdzie prym wiedzie płyta winylowa i gramofon... z drugiej strony coraz mocniejsze zaznaczenie na rynku audio streamingu muzyki. Pamiętam odwieczną walkę "CD umarło" vs "CD nie umarło". Otóż trzeba przyznać, że muzyka na CD... stanowiła najmniejszy udział w trakcie odsłuchów. Wystawcy w głównej mierze decydowali się albo na klasyczne rozwiązanie w postaci "czarnych płyt" lub muzyka była puszczana wprost z tabletów/odtwarzaczy sieciowych. Oczywiście muzyka na CD nie umarła i nikt nawet nie myślał formułować takich zdań, jednak pliki opanowały na tyle świadomość/codzienność świata audio, że nawet najdroższe systemy nie unikały takiego połączenia jak streamer czy tablet. Impreza została podzielona pomiędzy Stadion Narodowy i Hotel Sobieski, gdzie w zależności od indywidualnych oczekiwań czuło się lub nie klimat dobrego brzmienia. Przyznam wprost, że każda tego typu impreza, która ma zostać opisana w sposób jak najbardziej rzetelny - zawsze będzie obarczona subiektywną oceną i osobistymi preferencjami. Nie sposób też obejść wszystkiego i nagle obiektywnie stwierdzić "to było/grało najlepiej". W głównej mierze (i takie było założenie od samego początku) chciałem w ramach "misji audiostereo" odwiedzić te marki i tych wystawców, którzy reklamują się na naszym Forum. Było to bardzo oczywiste, sprawdzić na ile reklama przekłada się na to, co oferuje dana marka w rozumieniu "muzyka, raz jeszcze muzyka". Po tej wydawałoby się misji niemożliwej do zrealizowania ze względu na wielkość imprezy, udałem się do kilku znanych marek i wystawców, by "podglądnąć" co też słychać u nich "w dosłownym tego słowa znaczeniu". W trakcie całej imprezy warto było (i to kilka razy) odwiedzić pokój audiostereo. Działo się sporo, osób wchodziła cała masa i... zainteresowanie DIY było nie mniejsze od zainteresowania produktami wielkich marek. I dobrze, bo słuchając kilku konstrukcji można było spokojnie zestawić je z drogimi i cenionymi konstrukcjami tych wszystkich znanych marek. Wracając do "wielkich tego świata", na pierwszy ogień poszły pokoje Audio Klan (lub jak kto woli Top Hi-Fi). W każdym pokoju można znaleźć było coś dla siebie, tak od strony brzmienia jak i formy wykonania. Jedną z ciekawszych konstrukcji jaka była prezentowana to malutkie głośniki bezprzewodowe marki Devialet. Jak na wielkość pomieszczenia oraz rodzaj muzyki - starały się jak mogły by pokazać, że w "małym ciele wielkie serce do muzyki". I przyznam bez bicia, że jest to ten rodzaj sprzętu, który w małych pomieszczeniach ma rację bytu nie tylko ze względu na małe gabaryty, ale także ze względu na uzyskiwane brzmienie. Devialet Phantom Reactor zapewne nie zastąpią klasycznego systemu audio bo nie jest to ich rolą, ale bez trudu uzyskamy z nich dobrej klasy brzmienie w małych i średnich pomieszczeniach. Jest to ten minimalizm, który może się podobać w praktycznie każdy domu. Z cyklu "małe może dużo" jak zawsze KEF w swoim pokoju zaprezentował swoje doskonałe głośniki bezprzewodowe (i nie tylko bezprzewodowe, ale o tym za chwilę). Małe głosniki bezprzewodowe nie silą się na udawane brzmienie, potrafią wypełnić całkiem sporą powierzchnię dynamicznym brzmieniem, przy tym bardzo spójnym i mającym sporo do zaoferowania tym wszystkim, dla których liczy się kompletny minimalizm. Przyznam, że na AVS widziałem sporo tego typu konstrukcji, ale to te dwie zaintrygowały mnie (subiektywnie) najbardziej (ze względu na formę wykonania, łatwość obsługi i uzyskiwane brzmienie). Świetnie te prezentuje się nowa seria R oferując im "więcej i lepiej" w temacie muzyki w stosunku do poprzedniej serii. I nie ma co ukrywać, obecna seria zrobiła krok do przodu w tym zakresie. Znajdziemy w ich brzmieniu sporo muzyki barwnej, przy tym bardzo poukładanej. Dla osób szukających kolumn zdolnych poruszyć niebo i ziemię muzyką nasyconą, barwną, nakreśloną (ale bez przesady) KEF sprawdzą się wyśmienicie Nie każdy jednak skusi się na "małe też jest piękne" co widać było na imprezie w pokojach odsłuchowych. Szczególne zainteresowanie wywołały kolumny marki Fyne Audio. F1 to już audiofilska pierwsza klasa i tak też dźwięk z nich pochodzący był oceniany przez praktycznie każdą osobę, która miała okazję posłuchać muzyki z tych kolumn. Sporej wielkości, przepięknie wykonane w każdym detalu. Pokazały, że muzyka może uszczęśliwiać ludzi.Było też sporo porównań do bliźniaczej marki Tannoy i nie bez powodu. Z drugiej strony takie porównania dla nowej jakby nie patrzeć marki i jej produktów stanowią komplement. Fyne Audio było już u nas recenzowane i także w naszym odczuciu w trakcie testów, kolumny te stanowią produkt wart wstawienia w każdy pokój melomana, gdzie oczekujemy brzmienia na naprawdę wysokim poziomie. Doskonale prezentował się system firmy Musical Fidelity. Pamiętając ich starsze serie byłem zaskoczony tym, jakie zmiany zaszły (na ogromny plus) w uzyskiwanym brzmieniu z nowych konstrukcji tego producenta. Muzyka żyła w pełnym tego słowa znaczeniu! Jak zawsze jakość wykonania sprzętu MF na najwyższym poziomie. Kolejną ciekawostką są produkty NuPrime Audio. Sprzęt robi wrażenie swoją nowoczesną formą i całkiem sporymi możliwościami. Z kilku centymetrowego wzmacniacza z wbudowanym przetwornikiem zdolnym obsłużyć pliki DSD uzyskujemy prawie 200W na kanał! Jak to dokładnie brzmi... przyjdzie nam przetestować w najbliższym czasie dzięki uprzejmości dystrybutora w naszym kraju. IDA-16 (bo o tym urządzeniu mowa) ma spore szanse na zaistnienie w domach sporej części melomanów. Sprzęt kusi atrakcyjnym wzornictwem, brzmieniem i stosunkowo niewielką ceną. Wbudowany DAC ma być przy tym całkiem niezłym elementem kuszącym melomanów. Kolejnym maleństwem pokazywanym na AVS, a przy tym dającym radę nawet sporej wielkości kolumnom głośnikowym był NAD M10. Moda na niewielkich rozmiarów sprzęt opanowała jak widać nawet audiofilskie marki ale to, co zrobił NAD w postaci M10 to mistrzostwo świata! Z niewielkiej bryły dźwięk w kolumnach był pełen rozmachu, stworzony po to, by docierać do uszu nawet w sporej wielkości pomieszczeniu. A to nie wszystko, ten mikrus posiada przy tym sporej wielkości ekran dotykowy, zaznaczmy - bardzo czytelny ekran. Sprzęt sprzętem, a bez muzyki nie ma audio. Okazuje się, że ilość osób kupująca muzykę na "czarnych płytach" pokazuje, że to nie jest chwilowa moda na "retro granie". Stoiska zapełnione były sporą ilością płyt, każdy zainteresowany mógł bez trudu nabyć interesujący go album lub zamówić bezpośrednio u sprzedawcy. Przeglądając ofertę kilku sprzedawców oraz rozmawiając z kupującymi płyty największym zainteresowaniem cieszą się wydawnictwa płyt już wcześniej wydawanych na rynku (wznowienia) oraz co najważniejsze - wydania limitowane lub oznaczone jako 180 gr. W mniejszym stopniu znaczenie ma to, czy płyta jest barwiona na czarno czy w innym kolorze. Kupujący płyty nie cieszą oczy kolorowymi dodatkami , a uszy muzyką z dobrze tłoczonych płyt. Wracając do samego sprzętu wystawianego na Audio Video Show ciężko było przejść obojętnie obok sprzętu bezprzewodowego, przy czym obecnym standardem dla audio jest budowanie wielu stref. System składający się z kilku głośników przeznaczonych do wielu pomieszczeń naszego domu nie stanowi już nowinki samej w sobie, obecnie producenci raczej skupiają się i kuszą kupujących łatwością obsługi całego systemu czy integracją z asystentem SI. Trwałość użytych materiałów oraz design stanowi ważny element całej układanki głośników bezprzewodowych, jak widać nie tylko brzmienie ale i wykonanie też jest ważne. Nie dziwią oczekiwania klientów, coraz częściej urządzenia tego typu mają za zadanie "nie przeszkadzać" w naszym domu, a dawać prostą przyjemność z ich posiadania i słuchania z nich muzyki. Codzienny kontakt z muzyką z sieci, przy tym bez zbędnego zastawiania domu czy mieszkania. Czy tak wygląda przyszłość każdego melomana... czas przyniesie odpowiedź. Każda firma na Audio Video Show prezentowała swoje systemy z przekonaniem o tym, że ich system o ile nie jest "najlepiej brzmiącym" to na pewno najbardziej trafiającą w gusta pod względy oferty propozycją. Fantastycznie prezentował się Harman-Kardon ze swoją serią Citation, ale i Yamaha przyciągała spore grono osób zainteresowanych produktami marki. Zresztą producent ten w swojej ofercie ma tyle produktów, że trudno nie znaleźć czegoś dla siebie w temacie audio. Warto było odwiedzić część Narodowego, który został przeznaczony maniakom słuchawek. I słowo "maniacy" używam nie bez powodu patrząc na ilość osób obwieszonych gości słuchawkami, przy okazji poszukujących coraz lepszych (wyższych) modeli słuchawek. Przy okazji, ferta z jaką można było się zapoznać na AVS'19 w temacie słuchawek i sprzętu im towarzyszącego była naprawdę spora. O najciekawszych z nich zapewne w osobnym artykule wspomni @Rucia1, która w tym roku w imieniu audiostereo na Audio Video Show tematy słuchawek ogarniała jak nikt inny, za co jej serdecznie dziękuję. Padło już kilka razy w powyższym tekście słowo "subiektywny", ciężko bowiem osobom osłuchanym i znającym specyfikę rynku audio opowiadać rzeczy niestworzone lub co gorsze, wciskać przysłowiowy kit mając z drugiej strony monitora osoby ze świadomością audio znacznie powyżej średniej. Sprzęt audio jak i muzyka jest rzeczą ocenianą w sposób bezwzględnie osobisty, nie byłoby to uczciwe wobec czytających ten artykuł, by przez swój pryzmat narzucać "to było najlepsze". Na pewno na ogromne brawa zasługuje organizator Audio Video Show. Świetnie skomunikowano Narodowy z Sobieskim, co osobom bez własnego transportu ułatwiło życie. Poruszanie się po Narodowym dzięki sporej ilości osób udzielających informacji z ramienia organizatora też stanowiło nie lada ułatwienie. Na kilka rozmów z osobami mającymi pomagać ogarnąć ten ogrom ludzi tylko jedna sprawiała wrażenie, jakby przybyła z innej planety-nie wiedziała nic. Tak bywa, samo życie. Pozytywnym akcentem w Sobieskim był set przygotowany przez firmę Nautilus z Krakowa. Ich konfiguracje znam m.in.: z eventów w Warszawie, gdzie często prezentowane są ich firmowe konfiguracje (tak w przypadku spotkań z Hirkiem Wroną czy w Studio U22). I tak jak na każdej z tych imprez brzmienie zawsze stoi na naprawdę bardzo wysokim poziomie, tak i w ostatni weekend firma z Krakowa przygotowała od strony brzmieniowej naprawdę kawałek świetnego zestawu audio. Spendor zagrał rewelacyjnie, naturalnie w całym zakresie, przepiękne i poukładane brzmienie. W temacie głośników marki Dynaudio prezentowanych na AVS słyszało się same pozytywy. Fantastycznie prezentował się pokój audiostereo od strony przygotowanego sprzętu. Można rzecz jasna odrzucać DIY jako "niesprawdzalny" w domu ustatkowanego pana, który ma rodzinę i musi zaprezentować ładny... no właśnie czy musi? Zdaniem wielu nic nie musi! W audio liczy się brzmienie, a te usłyszane w naszym pokoju było bardzo dobrze oceniane. Tak więc DIY na pewno nie umarł i jak sądzę jeszcze sporo dobrego przed tego typu projektami! Brawo panowie! Miłym zaskoczeniem był też pokój przygotowany przez dwie rodzime firmy. Jedną z nich jest już bliżej znana naszym czytelnikom firma ZIG ZAG (akustyka pomieszczeń), a drugą zapewne mniej znaną jest firma MARAIM, która pokazała fantastycznie brzmiące kolumny oznaczone symbolem Weles 3.3. Zaczynając od firmy ZIG ZAG - swego czasu miałem przyjemność gościć w siedzibie firmy i pół roku od tego czasu zrobiło swoje! Kolejny progres i to nie o krok, a kilka do przodu. Niektóre projekty pod względem estetyki wykonania to małe arcydzieła. Za to firma MARAIM zaskoczyła nie tylko mnie ale i sporą część osób odwiedzających ten konkretny pokój. Wraz z towarzyszącą elektroniką przenosiła słuchaczy w świat muzycznych doznań na najwyższy poziom. Okazuje się, że można pokazać produkt dopracowany pod absolutnie każdym szczegółem, jednocześnie konkurujący brzmieniem w każdym aspekcie z najlepszymi konstrukcjami znanych manufaktur. Cóż można napisać, jedynie "tak trzymać" - rodzimy rynek jak się okazuje nie ma się czego wstydzić na tle zagranicznej konkurencji. Pozytywnie odbierane były też przez zwiedzających kable firmy Tellurium Q, co jest pozytywnym sygnałem od samych zainteresowanych osób. Według ich opinii po zapoznaniu się z produktami Tellurium Q naprawdę dobre kable nie muszą kosztować majątku by świetnie brzmiał cały system. Dobrze dobrane pod system ułatwią poszukiwanie właściwej prezentacji muzyki na różnych systemach audio. Z Sobieskiego przenosząc się na Narodowy świat audio wielkich firm stał "otworem" i spośród wielu subiektywny wybór padłby na kilka bliskich mi marek. Nie ma rzecz jasna sensu opisywać ich w szczegółach, bo każdy kto był wyrobił sobie zdanie o tym czy innym sprzęcie oraz marce. Ci co nie byli i tak powinni polegać w głównej mierze na własnych uszach w trakcie odsłuchów w swoim domu lub podczas wizyty w salonach audio, a reportaż z AVS'19 traktować jedynie w kategoriach informacji na co warto w przypadku zakupów sprzętu audio zerknąć. Jeśli więc pada takie pytanie "co było warte polecenia", może ułatwieniem będzie krótkie video z wybranych (naszym zdaniem najciekawszych) pokoi. Było kilka pokoi, które można było polecić melomanom i audiofilom do zapoznania się z ofertą kilku marek. Niestety nie dane nam było z kilku powodów wykonać materiał filmowy (np.: ilość gości odwiedzających dany pokój), na pewno zostaną one ujęte w materiale w przyszłym roku. Audio Video Show w tym roku był jedną z największych imprez tego typu na świecie i prawdopodobnie największą w Europie. Patrząc na zainteresowanie sprzętem audio i muzyką można śmiało napisać, że rekord frekwencji jeszcze przed nami. Za szczególna pomoc w realizacji materiału chciałbym w tym miejscu podziękować firmom (alfabetycznie): Audioklan, Audiotrendt, EIC, Horn, Nautilus i Rafko. Dziękujemy także wszystkim za tak liczne odwiedziny pokoju Forum audiostereo.pl i pozytywne o nas opinie. Rozmowy z niektórymi osobami wychodzącymi z naszego pokoju pokazywały, że nasze forum nie bez powodu jest coraz liczniejsze, a rozpoznawalność tego miejsca największa w sieci (Polska). To rzecz jasna mobilizuje nas do coraz lepszej pracy i obiecujemy już dziś przygotować dla Was w przyszłym roku znacznie szerszą relację video (z wywiadami na Audio Video Show 2020) oraz postaramy się zawitać w przyszłym roku z kamerami w Monachium. Forum audiostereo Powyższy tekst i materiał filmowy nie powstałby bez udziału naszej redakcyjnej koleżanki @Rucia1. Serdeczne dziękuję jej za pomoc i wsparcie logistyczne w trakcie przygotowywania materiału.
  15. 4 points
    TRIANGLE to znany francuski producent kolumn i słuchawek. Firma została nagrodzona 18 złotymi Diapazonami za bezkompromisowy dźwięk, który łączy w sobie piękno i emocje muzyki. Na rynku właśnie ukazała się nowa seria kolumn Borea. Miała ona swoją oficjalną premierę w maju, w Monachium, podczas wystawy High End 2019, natomiast do sprzedaży trafiły pod koniec września. W skład serii wchodzą trzy kolumny wolnostojące – BR09, BR08 oraz BR07, dwie podstawkowe BR03 i BR02 oraz głośnik centralny BR01. Kolumny są dostępne w trzech kolorach: biały, czarny i orzech. Do mnie na testy przyjechała najmniejsza kolumna z serii Borea – BR02 w kolorze czarnym. Pierwsze, co się rzuca w oczy to, jakość wykonania. Obudowa ma klasyczny kształt wykonany z solidnego mdf, pokrytego jesionową powłoką. Wszystko jest idealnie spasowane, mocowanie zrealizowane jest bez widocznych śrub, maskownice pełne, łączone są za pomocą magnesów. Kolumna jest ekonomiczną wersją Esprit EZ, zastosowano tu te same szybkie przetworniki z mocnymi systemami napędowymi, ze zoptymalizowanymi pod względem przepływu powietrza, koszami. Membrany wykonano z pulpy celulozowej przy użyciu innowacyjnego systemu redukcji wibracji o nazwie DVAS (Driver Vibration Absorption System). Jak podaje producent głośnik wysokotonowy serii Borea oparty jest na 25-milimetrowej kopułkowej membranie z jedwabiu z korektorem fazy opracowanym tak, aby wyrównać pasmo przenoszenia głośnika i poprawić rozproszenie fali dźwiękowej poza osią główną. Dzięki temu, mamy otrzymać dobry dźwięk niezależnie od miejsca odsłuchu. Kopułka umieszczona jest w tubie, co zmniejsza odbicia fali dźwiękowej. Przetwornik jest napędzany silnym magnesem neodymowym, ale o kompaktowych rozmiarach. Jest on połączony z systemem chłodzącym, co pozwala na osiągnięcie wyższej mocy. Głośnik średniotonowy to w 100 procentach celulozowa membrana, opracowana i produkowana przez firmę Triangle. Głośnik niskotonowy wyposażone zostały w membrany z włókna szklanego. Przed odsłuchami daję kolumnom kilka dni na wygrzanie, „plumkają” sobie w moim gabinecie ze wzmacniaczem NAD 3020 D. Po takiej akomodacji Triangle zasłużyły na większą dawkę prądu, wpinam je do mojego głównego systemu odsłuchowego, opartego o Haiku Audio Bight mk4. We wszelkich wzmiankach reklamowych producent opisuje te kolumny, jako szybkie, precyzyjne z dużą ilością detali. Wystarczy chwila słuchania, żeby przekonać się, że rzeczywiście tak jest. Po przesłuchaniu mojej testowej listy (notabene powstała ona po zeszłorocznych AVS 2018), wyraźnie czuć, że te kolumny spodobają się fanom mocniejszego brzmienia. Kolumny grają skrajami pasma, wysokie tony są podkreślone, wyraźne i rozdzielcze. Można powiedzieć, że góra jest krystaliczna, jednocześnie nie męczy, nie syczy. Podobnie niskie tony, są żywe, bardzo szybkie i dynamiczne. Uderzenie basu jest na tyle optymalne, by wiarygodnie oddać brzmienie gitary basowej. Średnica natomiast jest lekko stonowana, przez co brzmienie jest lżejsze, bardziej przejrzyste. Scena muzyczna jest dosyć szeroka i mamy wrażenie oderwania dźwięku od kolumn. Ciekawie brzmi gitara w utworach Catfish Blues – Jimmy „Duck” Holmes czy Goodbye Baby – Dave Alvin and Jimmie Dale Gilmore. Poza rockiem takie strojenie kolumn dobrze sprawdzi się też w muzyce R&B, reggae czy pop. Natomiast niekoniecznie zestawiłabym je z jazzem, gdzie, dominuje wokal i średnica. Należy też wspomnieć, że są to najmniejsze kolumny z serii Borea i producent zaleca je do pomieszczeń do 20 metrów kwadratowych. W większym pomieszczeniu może nam brakować basu. Tak było u mnie, gdy ustawiłam kolumny w salonie 35 metrowym. Wszystko było niby ok, przestrzeń, rozdzielczość, ale grało to chudo, brakowało tzw „mięcha”. Po powrocie kolumn do gabinetu, który ma około 12 metrów, Triangle w duecie z Haiku Bright pokazały, co potrafią, zagrały z dobrym dociążeniem, detalami i drivem. Jeśli szukamy budżetowych kolumn z pazurem i zadziorem muzycznym, a przy tym wykonanych w nowoczesnym i neutralnym stylu, który będzie pasował do każdego wnętrza to warto rozważyć zakup Triangle Borea. [email protected] System testowy: Pliki: Raspberry PI4 + Allo DigiOne Signature z wgranym MoodeAudio, Roon Bridge oraz laptop z programem Foobar 2000 DAC: Hegel HD25, Aune X1s 10th anniversary Wzmacniacz: Haiku Audio Bright MK 4 lampy Genalex - Gold Lion ; NAD 3020D Interkonekty: Haiku Audio, Albedo Flat One Kabel USB: Lucarto Audio, Taga Harmony TUD Sieciówki: Lucarto Audio PC -2EVO, Futurech Specyfikacja techniczna: Konstrukcja : 2 - drożna Budowa kolumny: pasywna Przetworniki: dynamiczne Głośniki wysokotonowe: 1x 1cal (254mm) membrana jedwabna z systemem EFS, korektorem fazy, napędzania wysokiej klasy cewką i magnesem neodymowym Głośniki średniotonowe: 1x 5.25 cala (1x 130mm) dedykowany głośnik z wyprofilowanym stożkiem z masy celulozowej i z półzawiniętym zawieszeniem wykonanym z unikalnego połaczenia gumy i pianki Bas-refleks: tył Impedancja: 3 Ohm, 6 Ohm Skuteczność: 89 dB Moc ciągła (RMS): 80W Pasmo przenoszenia: 51 - 22.000Hz Wysokość: 31cm Szerokość: 17.6cm Głębokość: 27.4cm Waga: 5.18kg Dystrybucja: Rafko https://rafko.com/pl/ cena: 1595
  16. 3 points
    "Mamo pamiętasz jak pytałem cię czemu otacza mnie ściana?" (Pink Floyd, album "The Wall"). Album The Wall to dla wielu melomanów nie tylko arcydzieło nie mające sobie równego, ale także wybitna i jedyna w swoim rodzaju pozycja z całej dyskografii zespołu. Nie bez znaczenia na samo dzieło jest fakt, że to praktycznie muzyczna autobiografia Rogera Watersa. Pink, który jest bohaterem całego albumu i jednocześnie jest muzykiem rockowym, przybliża nam obraz swojego życia. Od pierwszych chwil album nawiązuje w dużym stopniu do życia Waters'a, jednego z muzyków zespołu. The Wall to życie, to całość doświadczeń człowieka wrażliwego, które okazują się zbyt wielkim ciężarem do udźwignięcia dla jednej osoby. Każda kolejna cegła w "The Wall" to kolejne doświadczenie, by wznieść mur obojętności, zniechęcenia i potrzeby ucieczki przed tymi wszystkimi, którzy przyczynili się do wzniesienia tego muru. Udział w tym wszystkim miała nadopiekuńcza matka (Mother), nauczyciele dla których dzieci-uczniowie stanowią idealny obiekt wyładowania swoich frustracji czy związek oraz kontakty z kobietami. Co istotne od strony tak muzycznej czy treści album "The Wall" nie zmienia się pomimo swoich już lat i swoistej dojrzałości (a nawet sporej dorosłości, rok wydania 1979). Słuchając płyty przeżywamy fantastyczną podróż przez życie pełne wzlotów i upadków, zawierające także ciemne strony kariery i sławy. Dla każdego słuchającego "The Wall" doznania tak muzyczne, ale i te emocjonalne będą subiektywne, jednak na pewno nie obojętne i co ważne zawsze nieobojętnie odbierane. Warto pomimo tylu lat powrócić do albumu, a okazja jest ku temu jeszcze większa, bo obecnie "The Wall" w limitowanej wersji znajdziecie w mega promocji. Promocja obejmuje końcówkę już praktycznie wyprzedanego zestawu limitowanego "The Wall", który ukazał się w 2012 roku nakładem EMI. Jak czytamy w opisie oferty: " Nie jest to jeden z tych "jarmarcznych" boxów, który zawiera od naszywki, aż po majtki, czy też 4 calowe monitorki. Mamy tu samą muzykę. CD zawierają zremasterowaną wersję albumu oraz wersje koncertowe, jednak prawdziwym smaczkiem są demówki, oraz surowe wersje znanych już numerów. DVD zawiera odnowione video, dokumenty, wywiady i wcześniej niepublikowane video z koncertów." Limitowany BOX jest tym, który warto nabyć do swojej kolekcji i pomimo wielu już wydań "The Wall" jakie miały miejsce na przestrzeni ostatnich lat, to wydanie jest warte nie tylko zauważenia, ale na pewno zakupu. Tym bardziej, że na Winylownia można to wydawnictwo nabyć w mega okazyjnej cenie (z 499 złotych na 299 złotych!). AudioRecki Artysta: Pink Floyd Tytuł: The Wall Label: EMI Numer katalogowy: Dane wydania: 2012 Format: 6CD + DVD The Original Album, Remastered In 2011 CD1-1 In The Flesh? CD1-2 The Thin Ice CD1-3 Another Brick In The Wall, Part 1 CD1-4 The Happiest Days Of Our Lives CD1-5 Another Brick In The Wall, Part 2 CD1-6 Mother CD1-7 Goodbye Blue Sky CD1-8 Empty Spaces CD1-9 Young Lust CD1-10 One Of My Turns CD1-11 Don't Leave Me Now CD1-12 Another Brick In The Wall, Part 3 CD1-13 Goodbye Cruel World The Original Album, Remastered In 2011 CD2-1 Hey You CD2-2 Is There Anybody Out There? CD2-3 Nobody Home CD2-4 Vera CD2-5 Bring The Boys Back Home CD2-6 Comfortably Numb CD2-7 The Show Must Go On CD2-8 In The Flesh CD2-9 Run Like Hell CD2-10 Waiting For The Worms CD2-11 Stop CD2-12 The Trial CD2-13 Outside The Wall Is There Anybody Out There? The Wall Live 1980-1981 Part 1, Remastered In 2011 CD3-1 MC: Atmos CD3-2 In The Flesh? CD3-3 The Thin Ice CD3-4 Another Brick In The Wall, Part 1 CD3-5 The Happiest Days Of Our Lives CD3-6 Another Brick In The Wall, Part 2 CD3-7 Mother CD3-8 Goodbye Blue Sky CD3-9 Empty Spaces CD3-10 What Shall We Do Now? CD3-11 Young Lust CD3-12 One Of My Turns CD3-13 Don't Leave Me Now CD3-14 Another Brick In The Wall, Part 3 CD3-15 The Last Few Bricks CD3-16 Goodbye Cruel World Is There Anybody Out There? The Wall Live 1980-1981 Part 2, Remastered In 2011 CD4-1 Hey You CD4-2 Is There Anybody Out There? CD4-3 Nobody Home CD4-4 Vera CD4-5 Bring The Boys Back Home CD4-6 Comfortably Numb CD4-7 The Show Must Go On CD4-8 MC: Atmos CD4-9 In The Flesh CD4-10 Run Like Hell CD4-11 Waiting For The Worms CD4-12 Stop CD4-13 The Trial CD4-14 Outside The Wall The Wall Work In Progress Part 1, 1979 Programme 1, Excerpts From Roger Waters Original Demo CD5-1 Prelude (Vera Lynn) CD5-2 Another Brick In The Wall, Part 2 CD5-3 Mother CD5-4 Young Lust CD5-5 Another Brick In The Wall, Part 2 CD5-6 Empty Spaces CD5-7 Mother CD5-8 Backs To The Wall CD5-9 Don't Leave Me Now CD5-10 Goodbye Blue Sky CD5-11 Don't Leave Me Now CD5-12 Another Brick In The Wall, Part 3 CD5-13 Goodbye Cruel World CD5-14 Hey You CD5-15 Is There Anybody Out There? CD5-16 Vera CD5-17 Bring The Boys Back Home CD5-18 The Show Must Go On CD5-19 Waiting For The Worms CD5-20 Run Like Hell CD5-21 The Trial CD5-22 Outside The Wall Programme 2, Roger Waters Original Demo And Band Demos CD5-23 Prelude (Vera Lynn) - Roger Waters Original Demo CD5-24 Another Brick In The Wall, Part 1 - Band Demo CD5-25 The Thin Ice - Band Demo CD5-26 Goodbye Blue Sky - Band Demo CD5-27 Teacher, Teacher - Band Demo CD5-28 Another Brick In The Wall, Part 2 - Band Demo CD5-29 Empty Spaces - Band Demo CD5-30 Young Lust - Band Demo CD5-31 Mother - Band Demo CD5-32 Don't Leave Me Now - Band Demo CD5-33 Sexual Revolution - Band Demo CD5-34 Another Brick In The Wall, Part 3 - Band Demo CD5-35 Goodbye Cruel World - Band Demo Programme 3, Band Demos CD5-36 In The Flesh? - Band Demo CD5-37 The Thin Ice - Band Demo CD5-38 Another Brick In The Wall, Part 1 - Band Demo CD5-39 The Happiest Days Of Our Lives - Band Demo CD5-40 Another Brick In The Wall, Part 2 - Band Demo CD5-41 Mother - Band Demo The Wall Work In Progress Part 2, 1979 Programme 1, Roger Waters Original Demos And Band Demos CD6-1 Is There Anybody Out There? - Roger Waters Original Demo CD6-2 Vera - Roger Waters Original Demo CD6-3 Bring The Boys Back Home - Roger Waters Original Demo CD6-4 Hey You - Band Demo CD6-5 The Doctor (Comfortably Numb) - Band Demo CD6-6 In The Flesh - Band Demo CD6-7 Run Like Hell - Band Demo CD6-8 Waiting For The Worms - Band Demo CD6-9 The Trial - Band Demo CD6-10 The Show Must Go On - Band Demo CD6-11 Outside The Wall - Band Demo CD6-12 The Thin Ice Reprise - Band Demo Programme 2, Band Demos CD6-13 Outside The Wall - Band Demo CD6-14 It's Never Too Late - Band Demo CD6-15 The Doctor (Comfortably Numb) - Band Demo Programme 3, Band Demos CD6-16 One Of My Turns - Band Demo CD6-17 Don't Leave Me Now - Band Demo CD6-18 Empty Spaces - Band Demo CD6-19 Backs To The Wall - Band Demo CD6-20 Another Brick In The Wall, Part 3 - Band Demo CD6-21 Goodbye Cruel World - Band Demo Programme 4, David Gilmour Original Demos CD6-22 Comfortably Numb - David Gilmour Original Demo CD6-23 Run Like Hell - David Gilmour Original Demo Audio-Visual Material DVD-1 The Happiest Days Of Our Lives (Pink Floyd The Wall - Earls Court, 1980) DVD-2 Another Brick In The Wall, Part 2 (Promotional Video - Restored In 2011) DVD-3 Behind The Wall - Documentary DVD-4 Gerald Scarfe Interview
  17. 3 points
    Ayon Scorpio XS jest stereofonicznym, zintegrowanym wzmacniaczem mocy. Każdy ze stopni wzmocnienia oparty jest o lampy elektronowe – jest to w pełnoprawny wzmacniacz lampowy, gdyż całość amplifikacji oparto o lampy — tor audio nie ma żadnego kontaktu z elementami półprzewodnikowymi, takimi jak tranzystory czy opampy. Architektura wzmacniacza to klasyczny Push-Pull. Każdy z kanałów, oparty jest na parze pentod EL34 oraz trzech połówkach duotriod 12au7 (ecc82). Łącznie we wzmacniaczu użyto 4 szt lamp EL34 oraz 3 szt 12au7. Wzmacniacz, jak każdy znany mi produkt Ayona, wykonany jest niezwykle solidnie – anodowane na czarno, grube płyty aluminium, spasowane są bardzo dokładnie. Łączenia, frezy, detale nic nie pozostawiają do życzenia, wszystko wygląda bardzo precyzyjnie. Solidna obudowa i słusznej grubości profile aluminiowe, użyte do budowy przekładają się na zadziwiająco wysoką wagę, jak na tej klasy sprzęt. Żaden wzmacniacz oparty o lampy EL34 z którym miałem do czynienia, nie ważył tak dużo. Przykładowo, od lat nieprodukowany model Jadis Orchestra, w konfiguracji z lampami EL34 waży około 20 kg, a omawiany tutaj Ayon prawie 30kg… Oczywiście sam ciężar nijak nie przekłada się na jakość urządzenia, ale nie od dziś wiadomo, że poważne konstrukcje, raczej do lekkich nie należą. Genezy pancernej budowy modelu Scorpio XS doszukiwałbym się w jego protoplaście, czyli modelu Scorpio (bez XS). Różnica w nazwie mała, a urządzenia dzieli bardzo wiele. Przede wszystkim, starszy brat oparty został o lampy mocy KT88. Da się nimi uzyskać większą moc, ale oczywiście wymagają bardziej wydajnego zasilania, a także generują więcej ciepła, którego nadmiar trzeba odprowadzić. Najnowszy model Scorpio XS, oparty o lampy EL34 przejął więc od bardziej wydajnego brata zasilanie i pancerną obudowę. Rozwiązanie to korzystne jest zarówno dla producenta, który w ten sposób jest w stanie optymalizować koszty, ale przede wszystkim dla konsumenta, który dostaje wzmacniacz z przewymiarowanym zasilaniem – jak wiadomo, we wzmacniaczu prądu nigdy nie za wiele. Co do ergonomii używania Scorpio XS, to producent wyposażył urządzenie w cztery pary wejść analogowych, pilota, za pomocą którego możemy kontrolować głośność oraz tryb pracy. Na front panelu, dyskretnie i nastrojowo podświetlane logo producenta. Ciemnoczerwony kolor, przebijający się zza bakelitowej wstawki, nie przeszkadza rażąc w oczy, wręcz przeciwnie — przyjemnie współgra z żarzącymi się lampami. Selektor oparty o przekaźniki działa precyzyjnie. Solidne gałki, jak każdy element obudowy urządzenia, wykonano z metalu. Wzmacniacz pracuje w trybie autobias, ale układ ten wymaga oddzielnej uwagi, z racji tego, iż jest znacznie bardziej zaawansowanym rozwiązaniem niż zwykle stosowane we wzmacniaczach lampowych. Z tyłu urządzenia zamontowano malutki wyświetlacz pokazujący prąd lamp oraz przycisk inicjalizujący proces ustawienia BIASu lamp. Wszystko odbywa się automatycznie i raz, że jest niezwykle wygodne, a dwa, że znacznie bardziej precyzyjne niż ustawienie ręczne. Kolejnym plusem takiego rozwiązania jest to, iż w klasycznym układzie autiobiasu, generowane są pewne straty i wzmacniacz nie jest tak wydajny, jak w wariancie ręcznego ustawienia biasu. Tutaj zastosowano pewną hybrydę, bo technicznie rzecz biorąc, BIAS ustawiany jest „ręcznie” tyle, że robi to układ scalony, zamiast człowieka z miernikiem. Tak rozbudowany układ kontroli pracy lamp daje wiele możliwość i producent z tego skorzystał. Na przykład w sytuacji, gdy lampy w urządzeniu osiągną zbyt niski stopień emisji, wzmacniacz sam przejdzie w tryb serwisowy i nie pozwoli uruchomić urządzenia ze zużytymi lampami, które narażałby pracę samego wzmacniacza. Nadmienię tylko iż większość usterek urządzeń lampowych, spowodowanych jest właśnie wadliwymi lampami, więc funkcja ta może oszczędzić wielu osobom nieplanowanych wizyt w serwisie. Kolejnym elementem układu wzmacniacza, pilnującego by urządzenie pracowało w jak najbardziej optymalnych warunkach, jest procedura startu i wygaszania samego wzmacniacza. Zarówno start, jak i wyłączenie wiąże się z 60-sekundowym okresem oczekiwania. Najpierw rozgrzewane są lampy samym żarnikiem, następnie stopniowo podawane jest napięcie anodowe i zwiększany BIAS. Podczas wyłączenia, procedura działa w odwrotnej kolejności. Może jest to trochę uciążliwe, każdokrotnie odczekiwanie kilkudziesięciu sekund na start i wyłączenie, ale uczciwie trzeba przyznać, że dla pracy lamp takie warunki są idealne i z pewnością będzie to procentować wydłużeniem czasu ich życia. Odsłuch Scorpio XS Wyraźnie słychać sygnaturę lampy EL34, dźwięk jest nasycony, barwny i „lampowy”. Bas jest sprężysty, ale również punktowy i z dobrą kontrolą. Zarówno stopa perkusji, jak i kontrabas brzmią naturalnie. Nie będziemy narzekać na brak dolnych rejestrów, a dodatkowo są one naprawdę dobrej jakości. Większość wzmacniaczy opartych o tą lampę ma właśnie kłopot ze zbytnim poluźnieniem basu, w Scorpio XS tego nie uświadczymy – być może to właśnie zasługa mocnego zasilania. Średnica czaruje, wokale są nasycone i odpowiednio dociążone, to akurat nie jest wielkie zaskoczenie, tak zwykle gra lampa EL34 i tutaj ten pozytywny aspekt tejże lampy udało się wykorzystać. Tony wysokie są wyraźne, dźwięczne, ale nie narzucające się. Ogólnie wzmacniacz cechuje się zachowaną równowagą tonalną, gra bardzo równo, bez faworyzowania któregokolwiek z pasm. Jak często bywa w aplikacjach lampy EL34, producent wyposażył wzmacniacz w możliwość wyboru pracy: triodowy i ultralinearny. Tu również, żadnego zaskoczenia nie ma, tryb triodowy gra ciut wolniej, lecz z większą ilością barwy na średnicy, tryb ultralinearny jest szybszy, lepsze wydźwięki, troszkę lepsza kontrola na basie. Osobiście, bardziej do gustu przypadł mi drugi tryb, gdyż nawet w nim barwa jest ładna i wcale nie potrzebuje dodatkowego wspomagania, a nie tracimy nic na szybkości i detalu. Myślę, że z obecnie produkowanych wzmacniaczy, jest to chyba najciekawszy model dostępny na rynku o ile szukamy wzmacniacza opartego na lampie EL34. Ma wszystkie zalety tej lampy, ale dodatkowo gra z całkiem niezłą werwą i kontrolą na basie, co nie każdej aplikacji EL34 się udaje. Cenowo, też wygląda bardzo ciekawie, gdyż jest to najtańszy model z oferty Ayona. Polecam posłuchać. Sprzęt do testów dostarczył: https://nautilus.net.pl Typ układu: pentoda, klasa A Lampy wyjściowe: 4 × EL34 Impedancja obciążenia: 4-8 Ω Moc wyjściowa: 2 × 40 W – tryb pentodowy, 2 × 25 W – tryb triodowy Pasmo przenoszenia: 15 Hz - 40 kHz Czułość wejściowa (pełna moc): 330 mV • Impedancja wejściowa (1 kHz): 100 kΩ • NFB: 0dB Regulacja siły głosu: Tak Pilot zdalnego sterowania: Tak Wejścia: 4 × RCA Wymiary (WxDxH): 460 × 340 × 260 mm • Waga: 29 k Cena: 11 900 zł
  18. 3 points
    Haiku Audio Selene 6550 A RC, jest lampowym wzmacniaczem mocy, opartym o topologię Push – Pull. Zbudowany na bazie dwóch triod mocy 6550, sterowanych stopniem wstępnym na lampach 6SN7. W stopniu wstępnym użyto trzech duotriod 6SN7 – w każdej bańce znajdują się dwie triody – stąd nazwa duotrioda. Na każdy kanał przypada więc trzy połówki lampy 6SN7 oraz para Triod mocy 6550. Wzmacniacz jest konstrukcją w pełni lampową, w torze sygnału nie znajdziemy, żadnych elementów półprzewodnikowych typu tranzystor, czy opamp. Całość amplifikacji oparta jest więc o lampy elektronowe. Układ Push – Pull jest, bardzo dobrze znanym rozwiązaniem w technice lampowej, pozwala on uzyskać znacznie większą moc urządzenia niż w układzie single ended. Jednak takie rozwiązanie ma kilka ograniczeń, powszechnie uważa się, że z układu PP mniej słychać „czaru” lampy, a dwa wymaga też od konstrukcji wysokiego spasowania zarówno lamp, jak i podzespołów wzmacniacza. Oglądając, w jaki sposób wzmacniacz został wykonany, widzimy, że konstruktor był doskonale świadomy tych faktów i odpowiednio się przygotował do tego, by układ funkcjonował prawidłowo. Wszystkie rezystory są dobrane z małą tolerancją błędu, ponadto użyto rezystorów metalizowanych (wyższej jakości niż węglowe), droga sygnału i zasilania dla obu kanałów identyczna, montaż przestrzenny, kondensatory elektrolityczne wysokiej jakości. Kilka słów o samym wykonaniu, bo zasługuje na dłuższą wzmiankę. Przede wszystkim montaż przestrzenny jest znacznie trudniejszy i bardziej pracochłonny w wykonaniu niż układ zmontowany na płytce drukowanej. Stosuje się go w wysokiej klasy urządzeniach lampowych, ponieważ korzyści wynikające z takiego układu, to słyszalnie czystszy dźwięk, lepsza eliminacja przydźwięku sieciowego (przy poprawnym wykonaniu), krótsza droga sygnału. Wykonanie urządzenia w takiej topologii jest pracochłonne, ale wymaga też dużej schludności montera, a także cierpliwości. Stąd trafne wydaje się porównanie takiej pracy, do którejś z japońskich sztuk manualnych typu uprawa bonsai, czy poezji haiku, gdzie przy użyciu jak najmniejszej ilości słów, chcemy zawrzeć jak największą ilość informacji. Nie wiem, czy taka była idea nazwy firmy – Haiku Audio, ale tak ja ją odbieram. Patrząc na pietyzm i schludność montażu takie skojarzenie pojawia się od razu. Co do wykonania, osoba z wykształceniem elektrycznym, od razu dostrzeże, że wykonanie urządzenia jest w stu procentach zgodnie ze sztuką elektryczną. Nie ma co się oszukiwać, wśród niektórych, naszych rodzimych twórców sprzętu audio, można czasem znaleźć tak niechlujne wykonanie, że nie wiem jakim cudem sprzęt jest dopuszczony do sprzedaży w ogóle… Na szczęście Haiku Audio jest na całkiem drugim biegunie i nie dość, że nie ma się do czego doczepić, jeśli chodzi o wykonanie i montaż, to można stawiać jako wzór i przykład poprawnie wykonanego urządzenia lampowego. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć uwagę w tej kwestii to pilot. Wprawdzie jest wygodny i łatwo się nim reguluje poziom głośności, ale sterownik i pilot, jaki został użyty, daje możliwość obsługi funkcji ON/OFF, zmianę kanału, MUTE, oraz głośności – natomiast producent wykorzystał tylko opcję regulacji głośności, pozostałe przyciski po wciśnięciu nie dają, żadnego efektu. W żaden sposób to nie przeszkadza ani jakoś szczególnie nie razi, ale wypada o tym fakcie wspomnieć. Ostatni element budowy wzmacniacza, a tak naprawdę najdroższy i mający kluczowe znaczenie na jakość dźwięku to transformator. Nie mam stuprocentowej pewności, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa wiem kto jest producentem tych transformatorów. Jeśli moje podejrzenie jest prawdziwe są to wysokiej klasy trafa głośnikowe. W zasilaniu użyto albo dwóch traf (oddzielnych dla sekcji wejściowej i stopnia mocy) lub wspólnego trafa zasilającego plus spory dławik – bez rozebrania wzmacniacza ciężko mi to stwierdzić, w każdym razie, który z wariantów nie byłby prawdziwy, widać, że na zasilaniu nie oszczędzano. O ile montaż sprzętu i podejście do wykonania kojarzą mi się z Japonią, to trzymając się nadal takiego porównania, dźwiękowo od razu skojarzył mi się z „Amerykańskim” brzmieniem. Wzmacniacz gra raczej gęsto i ciepło, każdy zakres jest dociążony, bas ma moc i wykop, ale nie dominuje nad resztą pasma. Analizując bas, można powiedzieć, że dodaje masy przekazowi muzycznemu. Ciężko powiedzieć by był referencyjnie szybki czy konturowy, ale trudno oczekiwać tego od wzmacniacza lampowego, zwłaszcza z tej półki cenowej. Na pewno można uznać, że jest dobry pod tym względem, bo nie odczuwamy by bas był zlepiony czy bułowaty. Przy dobrej klasy źródle i dobrze dobranych kolumnach nie ma mowy o buczeniu, a szybkość i atak na dobrym poziomie. Jeśli więc pojawiłby się u Państwa problemy z basem w Selene 6550, problemu raczej doszukiwałbym się w reszcie sprzętu towarzyszącego. W przypadku sprzętu grającego dociążonym dźwiękiem istnieje ryzyko, że całość przekazu będzie zbyt stłumiona. Na szczęście, tutaj udało się uniknąć tego ryzyka, wysokie tony i wyższa średnica, są wyraźnie zaznaczone, przez co finalnie przekaz muzyczny cechuje się zarówno pazurem, jak i przyjemnym gęstym dźwiękiem. Tak więc zarówno góra, jak i dół wzmacniacza wypadają pozytywnie. Jeśli chodzi o tony średnie, udało się dobrze wyważyć równowagę między pozostałymi pasmami, przez co przekaz odbierzemy jako spójny. Wokale brzmią żywo i naturalnie, chciałoby się mieć trochę więcej „holografii” i smaczków, jakie pozwala dać lampa, ale nie ma co ukrywać PP 6550 w tej kwestii nie będzie grał jak na przykład 300B (wzmacniacze w oparciu na 300B Haiku Audio również ma w ofercie, więc można spróbować takiego podejścia także). Żałuję, że trochę nie przyłożyłem się do testów bardziej i nie wsadziłem jako lamp 6sn7 jakiś ciekawych NOSów, na pewno średnica zyskałaby na tym dodatkowego czaru. Gdybym miał tak jednym zdaniem podsumować, jak gra Selene 6550, powiedziałbym, że przypomina mi ciepłe, mocne granie Amerykańskich marek takich jak na przykład Pass. Dużo mocy, dobra wydajność prądowa, solidnie wykonany. Na pewno jest to ciekawy i warty posłuchania sprzęt. Specyfikacja techniczna: - Moc wyjściowa: 30 W - Klasa pracy: A - Lampy: 3x6SN7, 4x6550 - Pasmo (-1 dB): 14 Hz–35 kHz - Pasmo (-3 dB): 7 Hz–50 kHz - Ilość wejść: 4 pary RCA - Ilość wyjść: 1 para - Pobór mocy: 200 W - Wymiary: 45 x 32 x 19 cm - Waga: 20 kg - Cena: 10900 zł. Warunki gwarancji: Sprzęt marki Haiku Audio objęty jest 2-letnią gwarancją, realizowaną w systemie door-to-door przez autoryzowany centralny serwis. Za dostarczenie do testów, dziękujemy sklepowi Q21: www.q21.pl
  19. 3 points
    Konstrukcja o której postanowiłem popełnić kilka słów w Magazynie audiostereo nie jest nowością na rynku, ale też czas jaki już minął od wprowadzenia głośników Cheviot na rynek powoduje, że można o nich podyskutować w szerszym zakresie. Jak sądzę część osób ma z nimi styczność lub miała, więc tym bardziej doświadczenie każdej z nich może dużo wnieść w dyskusję o ich brzmieniu w różnych systemach. Nasze na potrzeby tego tekstu odsłuchy Legacy Cheviot, odbyły się w znanym już pokoju firmy Audiotrendt z Krakowa, gdzie mieliśmy okazję testowania kilku innych setów i zdecydowanie ułatwiło to nam bliższe poznanie brzmienia głośników firmy Tannoy. Kolumny głośnikowye Cheviot przez niektórych uważane są za replikę modeli HDP, które w latach 70 zyskały spore grono wielbicieli. Nie jest to do końca prawda, ale też nie można całkowicie odrzucić takiej opinii. Jak zawsze w życiu to bywa - "różnice tkwią w szczegółach". Obecne kolumny otrzymały klasyczny wygląd, który wprost przywołuje na myśl lata minione (przez niektórych zwane złotym okresem audio), ale same rozwiązania techniczne obejmują najlepsze osiągnięcia ostatnich kilku dekad. Firma Tannoy nie ukrywa tego, że chciała połączyć ze sobą dwa zdawałoby się różne świat - fantastyczne brzmienie klasyków z trwałością i możliwościami współczesnej elektroniki. Firma dodatkowo chwali się, że "każda obudowa wykonana jest ręcznie w Coatbridge w Szkocji", co ma pokazać zwracanie uwagi do najdrobniejszych szczegółów w trakcie powstawania tych kolumn. Przyglądając się z bliska Cheviot faktycznie ciężko odmówić im nie tylko solidności ale i niesamowitej jakości wykonania. Prawie 30 kg. fantastycznej stolarki, stylowego wyglądu i brzmienia mającego nas przyciągnąć na długie godziny. Każdy, kto miał okazję z bliska poznać produkty Szkockiej firmy wie, że jej konstrukcje oparte są o głośniki współosiowe mające za zadanie w jak najbardziej naturalny ale i niepozbawiony dynamiki sposób prezentować naszą ulubioną muzykę. W modelu Cheviot zastosowano 12 calowy agregat Dual Concentric, którego zaletą ma być całkowity brak podbarwień - dosłownie biorąc słowa konstruktorów do serca- brzmienie jakie otrzymujemy z tych głośników ma nas przybliżyć do studyjnej jakości muzyki. Ale z ręką na sercu... który z producentów tego nie obiecuje i nie zapewnia o takim właśnie brzmieniu jego kolumn? Która z konstrukcji nie ma nas przybliżyć do świata prawdziwego brzmienia? A jednak nie każdemu producentowi się to udaje i nie każdy jest w stanie sprostać oczekiwaniom klienta w szerszym tego słowa zakresie. Czy więc Tannoy znalazł sposób na dotarcie do serca melomanów i audiofilii? Jestem pewny, że wszystko - absolutnie wszystko zależy od indywidualnych oczekiwań każdego z nas, ale patrząc z szerszej perspektywy na ofertę sprzętu na rynku audio - Tannoy Cheviot ma w sobie "to coś", co przyciągnie jeśli nie wszystkich (a zapewniam, że nie), to na pewno sporo osób (pod pewnym i warunkami). PLUSY DODATNIE I PLUSY UJEMNE... jak łatwo rozminąć się z oczekiwaniami "wielu" nie tylko w temacie budowy kolumn ale i samej recenzji pokazuje życie. O ile w recenzji można pokusić się swobodę w wyrażaniu subiektywnych odczuć i wniosków (będąc przy tym szczerym wobec osoby czytającej dany tekst), o tyle w trakcie budowy kolumn każdy, nawet najdrobniejszy element wprowadzony lub odjęty, a wynikający z subiektywnej oceny końcowego brzmienia wpływa na zainteresowanie lub jego brakiem danym produktem. Tannoy jak zawsze bardzo mocno uchwycony "firmowego brzmienia" z "górnej półki" zapewnia, że nic nie zostało dodane i nic nie zostało ujęte by w zbliżyć nas do tego, co już znamy od wielu lat. To plus "dodatni", bo siadając do odsłuchów Tannoy Cheviot nie rozczarujemy się i nie zaskoczymy w żadnym (negatywnym) stopniu. Dostajemy brzmienie znane od lat, wręcz oczekiwane kiedy widzimy logo tej marki. Niestety czego jestem przykładem takie retro lub vintage wzornictwo nie wpisze się w oczekiwanie każdej osoby, rozmiar skrzynek jest mało ergonomiczny i niestety nie jest to idealna budowa do każdego pokoju, gdzie słuchamy muzyki. Nie bez powodu wspomniałem o "plisach ujemnych", bo budowa taka właśnie, a nie inna w tym przypadku nie tylko jest konieczna (wielkość głośnika i jego konstrukcja) ale ze względu na fizykę - ma ogromny sens. Jak wiemy z każdej rozmowy z naszą "lepszą połówką - "dobre brzmienie wymaga pewnych poświęceń" i w tym przypadku wszystkie "plusy ujemne" sprowadzają się do tego samego. Oczekując dobrego brzmienia idziemy na pewne kompromisy i Tannoy z modelem Cheviot właśnie takich kompromisów po prostu wymaga. Fantastyczne wykonanie z dbałością o detale, styl vintage "złotej ery audio", brzmienie określane jako charakterystyczne dla tej marki... Sukces murowany? Legendarny przetwornik Tannoy Dual Concentric "robi dobrą robotę" od samego początku, a i sama technologia koncentryczna zapewnia doskonałe wyniki akustyczne. Wystarczy sięgnąć do testu w naszym Magazynie głośników marki KEF, gdzie jeden Uni-Q wraz z kwartetem niskotonowych w sposób fantastyczny przenosi nas tak do małych jak i tych największych sal koncertowych. Ale z Dual Concentric sytuacja jest zgoła inna, to brzmienie pomimo także doskonałych efektów pod względem akustycznych możliwości, należy do innego rodzaju prezentacji. KEF to naturalność w połączeniu z żywiołowością, barwą i masą. Tannoy Cheviot to brzmienie oparte o inną prezentację, to brzmienie wypełnione środkiem, gdzie wszystko bliższe jest cieplejszej stronie, mając na celu wciągnięcie nas w odsłuch na wiele godzin - bez poczucia zmęczenia czy potrzeby poszukiwania innego repertuaru. Brzmienie Legacy Cheviot to delektowanie się, ekspresja wyrażania brzmienia bez nuty przesady. Jeśli szukacie żywiołowości i przebojowości to Tannoy nie da Wam tego w rozumieniu ataku dźwiękiem, prezentowania szczegółów konkretnych pasm kosztem innych. Nie będzie Wasza uwaga odciągana od całości przekazu w trakcie odsłuchu detalami wyskakującymi i budowanymi po to, by zrobić "wrażenie". Każdy najdrobniejszy nawet element jaki znajduje się w zarejestrowanym materiale ma stanowić jedną substancję z całością przekazu, nie wychodzić i nie zostawać gdzieś z tyłu. Zaraz pojawić się mogą zarzuty, że o to konstrukcja ta oceniana jest jako kolumna grająca wszystko ze sobą zlepione, bez umiejętności prezentowania różnorodności instrumentów w samym nagraniu. Nic z tych rzeczy, kiedy słuchamy Cheviot Tannoy'a przychodzi nam jedna myśl, fantastyczna równomierność przekazu ze zdolnością prezentacji poszczególnych smaczków i częstotliwości w samym nagraniu. W tych nie małych konstrukcjach czuć lekkość brzmienia i zdolność do naturalnego przedstawiania górnego pasma (nie jego kreowania i sztucznie podbarwiania), pomimo sporej wielkości samego głośnika w trakcie odsłuchu znika nam sprzed oczu ich wielkość i masa. Pozostaje muzyka, fantastycznie wyważona i w sposób niezwykle umiejętny przedstawiona. 30 cm niskotonowego nie narzuca niczego, ale potrafi wypełnić w sposób różny i wielowymiarowy nasz pokój odsłuchowy. Są przy tym doskonale kontrolowane i utrzymywane w ryzach - nie pokazują w brzmieniu tego, czego nie ma w nagraniu. Wokale są odpowiedniej wielkości, wychodzą bardziej w przód zachowując przy tym prawidłową wielkość w stosunku do reszty. Na całej szerokości sceny nie trudno wychwycić różnice wynikające z barwy poszczególnych instrumentów czy ich usytuowanie w nagraniu (jeśli tylko realizator na to pozwolił). Muzyka z tych głośników porównywalna może być z jazdą samochodem oznaczonym literą "L", który pod maską posiada odpowiednią ilość mocy z 10 cylindrów, ale niczego przy tym nie musi udowadniać. Czujemy się wtedy jak pasażerowie na jachcie, który bez względu na wielkość fal utrzymuje idealną równowagę, dając nam poczucie niesamowitej przyjemności pływania. Tannoy Cheviot to brzmienie godne droższych konstrukcji tej marki w odmianie dla osób o mniejszych potrzebach rujnowania własnego portfela. Kolumny te lekko ocieplają pewne detale i smaczki w nagraniu, robią to subtelnie i z wyważeniem, dając przyjemność i nie pozbawiając nas sensu całego przekazu. Tworzą przekaz, który ma jedną niezaprzeczalną zaletę - można po całym długim dniu gonitwy usiąść przy nich i oddać się jedynie muzyce. Nie męczą, nie krzyczą do nas, nie udowadniają nam niczego. Potrafią wciągnąć detalami nie robiąc z nich głównego przekazu, nie będą w żadnym z momentów w trakcie odsłuchów nas zaskakiwać błyskotkami czy koloryzować cokolwiek. Ale nadal nie będzie to pozbawione zaangażowania potrzebnego do tego, by muzyka sprawiała nam przyjemność. Tannoy Cheviot - do takiego brzmienia należy dorosnąć i umieć czerpać z niego przyjemność - takie są fakty. Życie pokazuje, że naturalność jest najlepszym dla nas wyborem, ale w swej przewrotności zawsze będziemy szukać czegoś bardziej kolorowego, doprawionego czy błyszczącego. Kto nie kocha szaleństwo w szybkim 600 konnym coupe? Ale powiedzmy sobie szczerze, ile można czerpać przyjemności z ciągłego szaleństwa i emocjach opartych o skrajne doznania? Po okresie szaleństwa przychodzi moment potrzeby delektowania się życiem - w tym przypadku muzyką. I tak musicie podejść do tych kolumn, nie zaskoczą Was od pierwszej chwili efektami, nie będą udowadniać niczego na siłę. Ale jeśli usiądziecie przed nimi, oddacie się bez pośpiechu muzyce granej przez te głośniki... dojdziecie do wniosku, że możecie tak delektować się bez końca i nie chcecie niczego zmieniać. Brzmią fenomenalnie, obfitym ale nie podbarwionym brzmieniem, pokazują sztukę gry i emocje muzyczne, nie epatują szaleństwem i nie udowadniają niczego w żadnym paśmie. Wadami są wielkość skrzyni i ich wygląd, zapewne spora część kobiet kazałaby je wynieść do piwnicy czy garażu będąc oburzona jak można sprowadzić taki "coś" do domu. Ale dobre brzmienie wymaga poświęceń warto więc w życiu coś poświęcić, by delektować się muzyką w pełnym tego słowa znaczeniu. Z mojej strony nie oczekujcie rekomendacji kolumn, które same w sobie bronią się i trafiają do świadomego muzycznie odbiorcy. To jest ten zakup, który dokonywany jest przez osoby mające pewien dorobek sprzętu i lat za sobą, przez osoby dla których dobrej klasy brzmienie i same głośniki są jak dżentelmen, który wszystko może, ale niczego nie musi udowadniać. Odsłuch Tannoy Cheviot pokazał, że Szkoci potrafią zbudować kolumny dające przyjemność z obcowania z muzyką, gdzie wartością samą w sobie jest naturalność w każdym calu. Test jak i odsłuch mógł zostać zrealizowany dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa, której serdecznie dziękuję. https://audiotrendt.com.pl Konstrukcja: 2-drożna Głośniki wysokotonowe: 1x 1.3 cala (33 mm) kopułka wysokotonowa wykonana ze stopu magnezu i aluminium z cewką głosową Głośniki średnioniskotonowe: 1x 12 cali (300mm) papierowy z 2 calową (52 mm) cewką głosową Bas-refleks: Przód, podwójny. Pasmo przenoszenia: 38-30.000Hz Wym.: 86cmx44.8cmx26cm Waga:29kg
  20. 3 points
    Poniżej krótki opis, popularnych obecnie przewodów z kategorii budżetowej. Uważam, że pisanie pełnej recenzji przewodu jest zadaniem bardzo ryzykownym – to, jak odbierzemy dźwięk poszczególnego kabla, uzależnione jest od tak wielu wypadkowych, że łatwo o zakłamanie. Zamiast więc skupiać się na każdym detalu, nad każdą zmianą, jaką daje poszczególny kabel, tylko po to by stworzyć kilkustronicową recenzję, postanowiłem pójść inną drogą. Każdy z przewodów odsłuchałem w kilku różnych systemach i konfiguracjach, tam gdzie udało mi się wyłapać jednoznaczne wnioski, opisałem to. Starałem się pisać ogólnikowo i dać tylko lekkie naświetlenie tematu i kierunek, w jakim dźwięku idą poszczególne przewody po to, by ułatwić poszukiwania osobom wybierającym okablowanie do swojego systemu. Nie chcę, by poprzez recenzję czytelnik podjął pochopną decyzję, dlatego świadomie nie będę opisywał zbyt szczegółowo, by skłonić tym do posłuchania w swoim systemie i wyrobieniu własnych wniosków. Albedo Flat One głośnikowy 2x2,5m (2760zł) Jest kierunkowym kablem głośnikowym, wykonanym ze srebra. Wersja dostarczona do testów posiadała oryginalną konfekcję typu banan. Zamiast potężnych wtyków, wykorzystano cienkie miedziane tuleje, osobiście jestem zwolennikiem takiego wykonania. Moim zdaniem przesadzony wielkością wtyk jest większą przeszkodą dla sygnału niż cienka tuleja miedziana. Oczywiście wygląda niepozornie, ale jestem przekonany, że z punktu widzenia przesyłu sygnału takie rozwiązanie jest korzystniejsze. Wykonanie nie daje żadnych powodów do narzekań, konfekcja solidnie zamocowana i zabezpieczona rurkami termokurczliwymi, na ciemnoczerwony kolor izolacji nałożony czarny nylonowy oplot. Na przewodzie zamieszczono małą, metalową tabliczkę znamionową z logiem producenta, a także strzałką wskazującą kierunkowość kabla. Brzmieniem przypomina stereotypowe srebro ze wszystkimi zaletami i wadami tego materiału. Łagodna góra, ale z mocniejszymi akcentami pojedynczych dźwięków w tym zakresie pasma. Bas krótki i konturowy bez przesadnej masy. Średnica łagodna i lekka. Raczej polecałbym ten przewód do systemów, gdzie równowaga tonalna przesunięta jest w ciepłą stronę i z rozlazłym basem – w takich konfiguracjach przewód ten może się dobrze sprawdzić. Tellurium Q Black II głośnikowy 2x2,5m (1400zł) Kabel głośnikowy, Brytyjskiej marki Tellurium wygląda niepozornie – cienki, czarny przewód o prostokątnym przekroju, przypominającym taśmę. Wygląd niepozorny, ale taki niepretensjonalny wygląd mi akurat pasuje. Głównym zadaniem przecież jest przesyłanie informacji, a nie wizualne upiększanie systemu. Podobnie jak opisywany wyżej Albedo, tutaj także jako konfekcję zastosowano banany uformowane z cienkiej tulei miedzianej. Pierwsze co zwraca uwagę po wpięciu w systemie, to oddech w nagraniu i sporo informacji na średnicy. Otwarta i wyraźnie zaznaczona góra. Duża ilość dolnych zakresów pasma. Polecam aplikować go w spowolnionych systemach z chudym basem. Albedo Monolith Monocrystal RCA (3600zł 1m) Jest kablem sygnałowym RCA, wykonanym ze srebra, przez producenta określonego jako monokryształ. Wykonanie typowe dla Albedo, czyli izolacja dodatkowo zabezpieczona jest nylonowym oplotem, a na przewodzie umieszczona jest tabliczka z logiem producenta, modelem przewodu oraz zaznaczoną kierunkowością. Wtyki wykonane z rodowanej miedzi berylowej. Jego charakterystyka jest dosyć neutralna. Nie narzuca swojego charakteru, nie czuć w nim srebra, nie faworyzuje żadnego z pasm. Pozytywnie zaskoczyła mnie wielobarwność na basie, jaką uzyskałem po wpięciu do systemu. Polecam spróbować u siebie. Tellurium Q Blue USB (950zł 1m) W porównaniu do zwykłego kabla komputerowego uzyskujemy wyraźną poprawę w zakresie mikro informacji ukrytych w wyższych zakresach pasma przenoszenia. Wyraźniej rysuje efekty przestrzenne, tło nagrania, pogłosy. Dzięki temu odtwarzana muzyka staje się bardziej barwna, muzycy w nagraniu stają się namacalni, odnosi się wrażenie obecności muzyków w pokoju. Różnice nie są duże, ale po przesłuchaniu materiału z tym kablem, powrót do zwykłej komputerowego przewodu zaczyna doskwierać. Osobiście dążę zawsze do ominięcia standardu USB w systemie, ale jeśli ktoś jest zwolennikiem tego standardu, przewód ten na pewno pokaże więcej w systemie, niż zwykły przemysłowy kabel komputerowy USB. ----------------------------- Tellurium Q Blue USB – cena 950 zł, dystrybucja: SZYMAŃSKI AUDIO Tellurium Q Black II głośnikowy – cena 1400 zł za 2x2,5m, dystrybucja: SZYMAŃSKI AUDIO Albedo Flat One głośnikowy – cena 2760 zł za 2x2,5m, dystrybucja: AUDIO-CONNECT Albedo Monolith Monocrystal RCA – cena 3600 zł za 1m, dystrybucja: AUDIO-CONNECT Za dostarczenie do testów, dziękujemy firmie q21 www.q21.pl
  21. 3 points
    O marce Pylon Audio można napisać dużo i będą to w większości pozytywne opinie. Od 2011 roku firma coraz śmielej konkuruje nawet z największymi markami, zdaniem niektórych melomanów - nie odstając od konkurencji nawet na krok. To powoduje, że przez ostatnią prawie dekadę uzbierała się spora rzesza miłośników konstrukcji Pylon Audio, przy okazji było także sporo pozytywnych recenzji kolumn tej firmy. Jak widać na przestrzeni tych zaledwie kilku lat, Pylon Audio pracuje nad coraz ciekawszymi konstrukcjami oraz co nie mniej ważne - poszerza dzięki nowym konstrukcjom rzeszę swoich odbiorców wśród melomanów i audiofilii. Tym razem firma postanowiła zaskoczyć wszystkich swoją całkowicie nową konstrukcją, która już od pierwszego wejrzenia potrafi przyciągnąć swoim designem i fantastyczną jakością wykonania. Dzięki uprzejmości Pylon Audio i firmy Audiotrendt z Krakowa mieliśmy przyjemność testować (przedpremierowo) model Ruby 30. Czas leci nieubłaganie więc nadszedł ten dzień, w którym można już oficjalnie zaprezentować nową kolumnę podłogową i nie bez przesady napiszę, że jest to jeden z tych momentów, które mogą wpisać się w plany zakupowe wielu klientów kolumn na rok 2019. Nie będzie nawet odrobiny nadużycia stwierdzenie faktów, że kolumny są f a n t a s t y c z n e w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzecz jasna w naszych warunkach nie pokazały jeszcze pełnię swoich możliwości (za pewne zbyt krótko je posiadamy), ale już od pierwszego momentu zaprezentowały dźwięk na bardzo wysokim poziomie. Dźwięk zrównoważony, kreują niesamowicie pełny dźwięk w pełnym zakresie, fantastyczny jest dół - bardzo różnorodny i przy tym schodzi naprawdę nisko. Warto w temacie niskich tonów zaznaczyć, że w żadnym momencie nie dochodzi do zakrywania pozostałych pasm. Góra nie czaruje i nie oszukuje - jeśli więc ktoś kocha przesadnie nasycony górny zakres częstotliwości, wręcz zahaczającą o nienaturalną prezentację - niech szuka dalej. Ruby 30 nie będą udawać, że staną się "mistrzami wysokich tonów", raczej pokażą to wszystko co w danej muzyce zostało zarejestrowane, nie wyciągając niczego "ponad". Ale dzięki temu zapunktowały w bardzo istotnej rzeczy, która w momencie wyboru kolumn bywa jednym z głównych elementów przeważających co do zakupu danej konstrukcji. Nie są w żaden sposób męczące, słuchanie muzyki na Pylon Audio Ruby 30 jest wręcz ogromną przyjemnością, a do tego potrafią w pełni oddać instrumenty (szczególnie dobrze wypadły duże składy zespołów oraz muzyka zarejestrowana na żywo), wokale są namacalne, ciepłe i bardzo bliskie naturalności. Rzecz jasna absolutnie wszystko jest rzeczą subiektywną i nie sposób opisać w pełni konstrukcji tak, by każdy w pełni odniósł to do swoich oczekiwań czy wyborów. Jeśli jednak planowaliście lub planujecie w najbliższym czasie zakup kolumn podłogowych - koniecznie posłuchajcie Ruby 30, kolumny warte są "grzechu" ze względów na brzmienie godne najlepszych konkurentów na rynku, jakość wykonania i fantastyczny design. Zapewne za kilka kolejnych dni nowa konstrukcja Pylona Audio odkryje jeszcze kilka interesujących smaczków, co tylko zachęca do dalszych odsłuchów na tych kolumnach. Okazuje się także, że ten model bardzo podoba się płci pięknej i pomimo faktu, że nie jest to najmniejsza kolumna - została ciepło przyjęta za swój wygląd. Na szczegółowe testy, recenzje i opinie zapewne jeszcze przyjdzie czas. Kolumny dopiero wchodzą na rynek i przed nimi długa droga, by w pełni pokazać swoje możliwości, jednak przyznam subiektywnie szczerze - Ruby 30 mają szansę zaskarbić sobie spore grono wielbicieli. Dla wielu osób kolumny te mogą stać się doskonałym towarzyszem do posiadanego zestawu audio na kilka najbliższych lat! Pytanie czy więc warto było czekać na nową konstrukcję rodzimej marki? Naszym zdaniem jak najbardziej tak, ale co oczywiste - żadne testy, recenzje, czy reklama nie oddają prawdziwości tego, co oferuje dany produkt na żywo. Warto więc poświęcić swój czas i posłuchać (najlepiej we własnym systemie) w/w konstrukcji. AudioRecki Do testów wykorzystane zostały: wzmacniacze: Fezz Audio "Titania" , Moon 250i odtwarzacz plików: Ayon S-3 (wraz z programem Audirvana Plus) Muzyka: Anne-Sophie Mutter & John Williams Across The Stars (Ltd. Digipack) Max Richter OST: My Brilliant Friend God Is An Astronaut: Age of the Fifth Sun Za przedpremierowe dostarczenie kolumn do "posłuchania" specjalnie dla Magazynu audiostereo serdeczne podziękowania dla p. Jurka z firmy audiotrendt i całej ekipy Pylon Audio! https://audiotrendt.com.pl http://www.pylonaudio.pl
  22. 3 points
    Po trzydziestu latach (jak ten czas leci) od wydania pierwszej płyty pod tytułem "Ogród Króla Świtu" Marek Biliński oddaje w ręce fanów nowe wydanie w/w albumu. Reedycja została w szczególny sposób przygotowana od podstaw, jak sam artysta mówi był odświeżona z dużą empatią, dostosowana do współczesnego High-End'u: "Starałem się (stosując najnowocześniejszą technologię), nie zniszczyć lekkości , szczegółowości i powietrza zawartego w nagraniu. Nie stosowałem kompresorów, które degradują brzmienie, ani żadnych innych uzdatniaczy dźwięków, tak aby jak najwierniej przekazać brzmienie z taśmy matki." W poszukiwaniu jak najlepszego brzmienia Marek Biliński posługiwał się m.in: fantastycznie brzmiącym gramofonem TransRotor Zet-3, który pracował z wkładką Shelter 501 MK III. Ciekawostką jest, że gramofon ten posłużył do analizy kilkudziesięciu płyt winylowych, specjalnie dobranych pod kontem brzmienia i czasu wydania. Celem było z jednej strony jak najwierniejsze oddanie brzmienia z taśmy matki, z drugiej strony poddano analizie płyty wydane 30-40 lat temu i obecnie wydawane. Analizy te stanowiły podstawę do wypracowania współczesnego modelu pasma częstotliwości, dynamiki i szczegółowości nagrania. W rezultacie końcowym obecnie wydawana płyta posiada ciepłe, aksamitne i głębokie brzmienie z szerokim pasmem stereofonicznym. Wznowienie na winylu pierwszej płyty Marka Bilińskiego "Ogród Króla Świtu" jest początkiem całej serii wydawniczej. "Planuję wydać wszystkie płyty na winylu, aż do koncertowego albumu "Life is Music", który ukaże się jako podwójny album. Kolekcja zostanie zakończona premierowym wydaniem mojego nowego albumu, który najpewniej ukaże się w czwartym kwartale 2020 roku" -informuje M. Biliński. Cała kolekcja powstaje przy współudziale i pomocy takich firm jak WM FONO oraz krakowski Nautilus. Jest też dobra informacja dla wielbicieli cyfrowych wydań! Jak się okazuje wszystkie albumu Marka Bilińskiego powrócą również w wersji cyfrowej w wersjach fizycznych nośników oraz zostaną opublikowane we wszystkich popularnych serwisach streamingowych! Premiery w wersji cyfrowej będą miały miejsce w tym samym czasie co ich analogowe wersje. Jeśli komuś byłoby mało... wielbiciele cyfrowych wersji będą mogli nabyć w edycji specjalnej, zawierające nie publikowane do tej pory utwory artysty! AudioRecki
  23. 3 points
    Na rynku audio temat kolumn wydaje się niekończącym spektaklem poszukiwań, przy tym częstym wyborem melomanów padają konstrukcje znane i cenionych marek. Melomani dokonując takiego, a nie innego wyboru decydują się na wybór kolumny "X" , bo liczy się w głównej mierze świadomość stosowanych technologii i zdobytego doświadczenia na przestrzeni często wręcz dekad. Ale rynek nie znosi próżni, a pomysłowość oraz pęd ku polepszaniu pewnych rozwiązań i przy okazji rozwijanie własnych pomysłów, powoduje powstawanie nowych, przy tym całkiem udanych konstrukcji. Taką "nową drogą" i "nowym pomysłem na uzyskiwane brzmienie" jest firma Fyne Audio. Marka ta nie jest całkiem nowa, a i jej podstawy oparte są na znacznie starszej i przy tym bardzo cenionej marce. Fyne Audio została powołana przez ludzi, którzy dysponują olbrzymim doświadczeniem zdobytym w szkockiej firmie Tannoy. Tak więc nie mam mowy o garażowych wygłupach "pana Mietka", który oferuje "high end'owe konstrukcje" lutując kabelki i strojąc na ucho każdą kolumnę z osobna. Nic z tych rzeczy! Fyne Audio to konstrukcje od podstaw zaprojektowane przez inżynierów mających ogromny zasób wiedzy, przy okazji w swoich kolumnach stosujący wiele doskonałych, autorskich rozwiązań. Zaznaczmy przy tym bardzo wyraźnie, ludzie ci posiadają przy tym odpowiednie zaplecze produkcyjne i pomiarowe, gwarantujące produkt powtarzalny, jednocześnie będący doskonale wykonany. Do naszych testów dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa oraz dystrybutora marki na Polskę firmy EIC, otrzymaliśmy kolumny oznaczone symbolem F702. Patrząc na ofertę firmy dostrzeżemy, że F702 są konstrukcjami z górnej - topowej serii, lecz nie najwyższej. Nad testowanym modelem pozostaje jeszcze jedna konstrukcja, high end'owe F1-10. Wracając do naszych testowanych F702, sam producent określa je jako "ekskluzywne kolumny". Pojawia się przy tym informacja, że kolumny te oparte są w dużym stopniu o topowy model: "przeanalizowano wszystkie technologie i rozwiązania techniczne zastosowane we flagowym modelu Fyne Audio F1, stworzono ich odpowiedniki, a te wykorzystano w najnowszych konstrukcjach, których ceny są znacznie przystępniejsze niż cena pierwowzoru". Czy wobec tego za "w miarę" przystępną cenę do rąk klienta trafia produkt dobrze brzmiący, zbudowany w oparciu o najlepsze rozwiązania i doświadczenie ludzi wychodzących z dużej i cenionej marki? Pozostaje więc sprawdzić jak wygląda to w praktyce. Do naszych testów (obok F702) użyliśmy jako sprzęt towarzyszący: - wzmacniacz zintegrowany MOON 340I X - odtwarzacz sieciowy AYON S-3 - wzmacniacz lampowy Audio-Hungary - okablowanie głośnikowe: Chord Signature Reference - okablowanie RCA: Zacznijmy (w telegraficznym skrócie) od użytych technologii w F702. Fyne Audio stawia w głównej mierze na takie rozwiązania jak IsoFlare i port BassTrax Tractrix. IsoFlare oznacza współosiową konstrukcję głośnika, tworzoną przez dwa zintegrowane przetworniki. Jest to nic innego jak w pewnym stopniu nawiązanie do konstrukcji firmy Tannoy, ale przy okazji Fyne Audio stosuje własne (czyt. inne) rozwiązania. Mowa tutaj o samym zawieszeniu głośnika oraz jego budowę. Port BassTrax Tractrix z kolei wg. zapewnień inżynierów firmy ma powodować zdecydowanie lepsze rozprowadzanie niskich tonów, przy okazji gwarantując użytkownikowi znacznie swobodniejsze ustawienie kolumn w pokoju odsłuchowym. Technologie i zapewnienia producenta to jedno, zasadnicze pytanie "jak to wszystko brzmi brzmi i czy Fyne Audio F702 na ciasnym rynku kolumn mają szansę na odniesienie przynajmniej w minimalnym stopniu sukcesu?" WYKONANIE: F702 są naprawdę spore (1111 mm) i nawiązują swoimi gabarytami oraz wykonaniem do najlepszych konkurentów na rynku. Nie są przy tym w żaden sposób przytłaczające i w razie potrzeb lub osobistych preferencji można je ulokować w pomieszczeniu o średnim metrażu. Rzecz jasna głównym miejscem tego modelu powinny być pokoje o ciut większej powierzchni, ale i w mniejszych pokojach powinny się sprawdzić. To, co rzuca się na pierwszy plan to doskonałe wykonanie, w przypadku testowanego egzemplarza czarny połysk (fortepianowa czerń) robi pozytywne wrażenie, a bliższy kontakt z kolumną tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kolumny nie bez powodu określane są przez producenta jako "ekskluzywne". Jeśli tylko klientowi pasuje wykończenie w postaci czarnego połysku, nie zawiedzie się w żadnym przypadku na jakości wykonania F702. Na osobne kilka zdań zasługuje cokół kolumn Fyne Audio. Ważną kwestią jest wkręcenie do niego dostarczonych kolcy. O tyle jest to czynność ważna, że ma ogromny wpływ na uzyskiwane końcowe brzmienie. Kolejną kwestią (nie pomijalną w tym przypadku) jest jakość cokołu i jego wykonanie. Nie ma mowy o jakimkolwiek oszczędzaniu na czymkolwiek. Cokół wykonano dbając o najwyższą jakość i funkcjonalność tego jakże ważnego elementu w przypadku tych kolumn. Z tyłu znajdziemy wysokiej klasy podwójne przyłącze do podpięcia okablowania bi-wire. BRZMIENIE: Podłączaliśmy w czasie testów kolumny do 2 posiadanych wzmacniaczy, w jednym przypadku był to wzmacniacz lampowy, w drugim konstrukcja firmy MOON z serii Nēo. Za źródło posłużył świetnie brzmiący streamer AYON S-3, który odtwarzał w trakcie testów pliki "zwykłe" jak i oznaczone jako Hi-Res. To, co słychać już od pierwszej chwili to niesamowita przestrzeń. Kolumny grają tak, jakby były rozsunięte zdecydowanie bardziej, niż w są rzeczywistości. Kolejną dla tych kolumn cechą wysuwająca się na pierwszy plan jest dynamika brzmienia i zdolność do prezentacji poszczególnych instrumentów. Są doskonale czytelne, nie następuje w żadnym przypadku maskowanie jednego dźwięku przez drugi. Nie bez znaczenia w sferze tonów średnich jest wokal. Jego naturalność i swoboda prezentacji w pełni oddaje to, co zostało zawarte w nagraniu. Średnica w pewnym stopniu przypomina brzmienie kolumn marki Tannoy, ale nie jest to w żadnym przypadku zarzut, a swoisty komplement pod adresem tych kolumn. Wysokie tony grają tak, by nie zmęczyć słuchacza już od pierwszej chwili, z drugiej strony w absolutnie żadnym momencie nie mamy poczucia ich nieobecności czy idąc w drugą stronę - narzucania się. Wysokie w dużym uproszczeniu prezentują formę nowoczesnej prezentacji tego zakresu dającą się polubić, nie tworząc przy tym odrębnego przekazu oderwanego od całości. Są przy tym bardzo precyzyjne tam, gdzie ich zadaniem jest zaznaczać swoją obecność w nagraniach. Niskie powinny być opisane w osobnym temacie. Ich masywny charakter nie powinien nikogo dziwić. Sama kolumna nie jest mała, co w efekcie powoduje wrażenie dźwięku dużego z naciskiem swobodę przekazu. Z jednej strony mamy kolumny zdolne do przenoszenia sporych mocy i tworzenia sporej wielkości planów (wręcz koncertowe brzmienie), z drugiej strony nie ma żadnych problemów, by wykorzystywać je do wieczornych odsłuchów muzyki mniejszych składów, muzyki stonowanej i budowanej na emocjach wynikających z detali. Jednak F702 pokochają w głównej mierze fani rock'a, dla których gitara musi brzmieć autentycznie, a riffy muszą mieć sporą siłę przekazu w dużej mierze wysuwającą się w pewnych momentach na pierwszy plan. Nie jest to kolumna w 100% uniwersalna, bas prezentowany prze te kolumny jest świetnie dociążony i doskonale kontrolowany (bez względu na poziom głośności). Ogromny wpływ na jakość niskich tonów ma BassTrax Tractrix. Całość przekazu zamyka się także w bardzo dobrze odwzorowanej scenie, każdy słuchający tych kolumn bez trudu rozpozna instrumenty i ich umiejscowienie. Nie bez znaczenia w tym przypadku jest prezentacja instrumentów zgodnie z ich wielkością. Bez względu na rodzaj nagrania (gatunek muzyczny) nie mamy poczucia zaburzonej wielkości poszczególnych instrumentów. Gdybym jednak miał wybrać najlepsze z możliwych gatunków dla tych kolumn, wybrałbym dla nich rock'a, dobrze brzmiącą elektronikę (i pochodne) oraz większe składy jazzowe. Kolumny tej wielkości i z taką żywiołowością w przypadku muzyki o małej ilości instrumentów nie będą (pomimo oczywistej poprawności prezentacji nagrań) w pełni pokazywać swoich atutów. A do nich należy zaliczyć świetną dynamikę, głębię i szerokość sceny. To kolumna w głównej mierze kierowana do osób szukających muzyki "z prądem", ale co ważne - w chwilach potrzeby wybrania spokojniejszych nagrań - nie zawiodą właściciela. I nie oszukujmy się... do małych pomieszczeń zdecydowanie modele niższe, F702 nie będą dobrym wyborem dla osób ustawiających kolumny na małej przestrzeni pomiędzy szafą, a regałem z TV. PODSUMOWANIE: Dostarczone do testów kolumny Fyne Audio pokazują, że na rynku jest miejsce dla nowych pomysłów i nowych konstrukcji - pod warunkiem, że kolumny te mają coś do zaoferowania klientom, a nie tylko udają konkurencję dla istniejących marek. W przypadku F702 nie ma mowy o nudzie czy niezadowoleniu z ich wyboru, byle świadomie dobrać je do wielkości swojego pomieszczenia i rodzaju słuchanej muzyki. Ważnym elementem jest dobór elektroniki towarzyszącej do tych głośników. Wzmacniacze o małej mocy nie pokażą w pełni możliwości F702 w temacie prezentacji instrumentów. Z drugiej strony pomimo faktu, że kolumna nie jest w 100% uniwersalna - z odpowiednią elektroniką będziemy mieli możliwość kreowania odpowiedniego dźwięku (wg. własnych oczekiwań). Po Fyne Audio F702 powinni w głównej mierze sięgać melomani mający prąd zamiast krwi, a muzyka jaka uspokaja ich po całym "trudzie dnia" opiera się o solidną porcję gitar czy dobrej elektroniki. Świadomy audiofil uzyska z tych kolumn doskonałe brzmienie, często jakością brzmienia ponad to, za ile przyjdzie nam zapłacić za F702. AudioRecki Do testów kolumny dostarczone zostały przez Polskiego dystrybutora marki Fyne Audio - firmę EIC oraz autoryzowanego sprzedawcę Fyne Audio, firmę Audiotrendt z Krakowa. https://audiotrendt.com.pl https://www.eic.com.pl Moc ciągła: 100 W Skuteczność: 92dB (2.83 Volt @ 1m) Zalecana moc wzmacniacza :30- 200 W Impedancja: 8 Ω Pasmo przenoszenia: 30 - 34 000 Hz Wymiary (W x G x S) 1111 x 384 mm x 440 mm
  24. 3 points
    Miał być klasyczny wywiad, w którym pada (jak to w wywiadzie) kilka pytań i co oczywiste kilka odpowiedzi. Jednak już od pierwszych minut wiadomym było, że z klasycznego wywiadu nic nie będzie. Nie dlatego, że Marek Biliński wywiadów nie udziela lub nie było o co pytać, nic z tych rzeczy! Po prostu atmosfera spotkania, samo miejsce oraz co chyba najważniejsze - usposobienie mistrza do każdej osoby, którą wita w swoich progach - zdawało się wymuszać całkowicie inny charakter tej wizyty. Reportaż w sumie powinien zaczynać się zdaniem "pośród uroków Mazowieckiej wsi, gdzie stoją nadal stu letnie dęby - mieszka Wielki Pan Elektronik", bo to co najmniej (na początek) zaskakujące połączenie i de facto w pełni oddaje jakim jest właściwie człowiekiem i artystą nasz wielki multiinstrumentalista. Marek Biliński, człowiek dla którego w latach 80 ubiegłego stulecia wielu z nas (w tym i moja skromna osoba) "niszczyła" sobie oczy przed TV, by oglądać jego jeden z najbardziej znanych teledysków. Oglądać i słuchać fantastycznej kompozycji muzyki elektronicznej. Nie Jarre , nie Vangelis, nie Kitaro... to nasz Polski Marek Biliński, "Wielki Pan Elektronik" zachwycał w TV swoją muzyką. Spotkanie w podwarszawskiej wsi nie było przypadkowe, bo planowane od dłuższego czasu i do tego wynikające wprost z kilku zbliżających się, jakże ważnych wydarzeń (ale o tym w szczegółach za chwilę). Wizyta u p. Marka zbiegła się z pracami nad reedycją jego pierwszej płyty "Ogród Króla Świtu", a zainicjowana została w pewien sposób dzięki p. Robertowi Szklarzowi, właścicielowi firmy Nautilus. To jego (jak się okazało spory wkład osobisty) przyczynił się do dalszych działań nad albumami. Po pierwsze, co nie jest bez znaczenia w temacie reedycji pierwszego albumu - podjęte zostały starania dopasowania całości brzmienia na tym wydawnictwie do dzisiejszych standardów i rzecz jasna uzyskanie jakości odpowiadającej obecnym możliwościom technicznym sprzętu. Wyjście na przeciw tym melomanom i audiofilom, dla których technika w dzisiejszych czasach daje wręcz niespotykane możliwości pod względem uzyskiwanej jakości brzmienia ich ulubionych albumów. I tutaj na pierwszy plan wysuwa się osoba p. Roberta, który będąc wielbicielem dobrego (i tylko dobrego) brzmienia - dostarczył naszemu mistrzowi wspaniały gramofon, który służy w głównej mierze do pracy nad reedycją w/w albumu (i nie tylko tego albumu). Za tym działaniem poszło kilka innych decyzji i działań, w tym moje spotkanie w domu i w studio p. Marka. Przedpołudnie dosyć upalne, urokliwa wieś z kilkoma zbiornikami wodnymi, lasy i po środku tego wszystkiego domek, a przed nim nasz gospodarz. Kilka zdań o okolicy, ciepłych i pełnych malowniczych opisów jakie padły z ust p. Marka pokazało wprost, że nasz mistrz jest człowiekiem niezwykle oddanym temu gdzie żyje, jak żyje i co robi. Miłość do muzyki zdaje się dzielić z miłością do miejsca w którym mieszka. Jak sam za chwilę mówi "moja muzyka pomimo wszystko jest sercem i duszą taka polska, bliska tym wszystkim klimatom, ludziom i temu, co dookoła nas". I nie można zaprzeczyć było tym słowom w kontekście tego w jaki sposób gospodarz opowiadał o tym dlaczego wybrał to miejsce, a nie inne do zamieszkania. Mając na uwadze jego wspaniałe kompozycje, w tym jedną z moich ulubionych, w których czuć ten cały klimat o którym mówił: Marek Biliński to dusza artysty ze wszech miar kompletnego, dającego poznać się w pełni w swoich kompozycjach, a spotkanie twarzą w twarz z kompozytorem i multiinstrumentalistą tylko potwierdziło mnie w przekonaniu, że muzyka nistrza jest całym jego światem, a cały jego świat jest zamknięty w jego utworach. Jak widać z powyższego opisu, musiałbym wręcz zmusić się w tym dniu aby przeprowadzić wywiad (na który de facto byliśmy przygotowani), zamieniłem się więc w biernego słuchacza i odnotowywałem to wszystko, co istotne z perspektywy fana muzyki Marka Bilińskiego. Z malowniczych opisów rzeczywistości w jakiej obecnie żyje mistrz i co interesujące dalej komponuje, przeszliśmy do jego studia. Miejsca nie mniej urokliwego jak sam gospodarz. Kiedy wchodzimy do miejsca pracy p. Marka nie sposób poczuć klimatu minionych lat. Obok nowoczesnych elementów wyposażenia znajdziemy wiele perełek świata muzyki lat 70 i 80. I to nie byle jakich! Bo jak przejść obojętnie obok takich perełek jak wspaniale zachowany Minimoog? Bez tego instrumentu ciężko dziś wyobrazić sobie muzykę elektroniczną tamtych lat! Warsztat oddaje w pełni naturę Marka Bilińskiego. Po pierwsze niesamowity porządek! Wszystko wręcz ułożone co do milimetra, z dbałością o każdy możliwy detal. To tak jak z jego muzyką, dbałość o każdy element i siłę przekazu - nic nie jest przypadkowe! Okazuje się, że w studio obok tych wszystkich klawiszy, komputerów i przetworników... stoi "powód do pracy nad nowymi reedycjami". Gramofon firmy Transrotor, który podpięty jest m.in. do komputera (i to nie byle jakiego!) pomaga doprowadzić starsze nagrania do obecnych standardów, umożliwiając pracę nad reedycjami wszystkich kolejnych albumów. Tak, każda płyta jaka ukazała się do tej pory podlega analizie i delikatnym poprawom na miarę XXI wieku, następnie każda z nich ma ujrzeć światło dzienne i zostanie oddana do rąk fanów w dwóch różnych pozycjach wydawniczych. Wydanie limitowane na tzw. nośniku "natural" winyl (bez żadnych barwników) oraz jako klasyczny winyl w ciut większym nakładzie. Kolejna istotna informacja z naszego spotkania - premiera albumu "Ogród Króla Świtu" odbędzie się już w sierpniu, a każdy zainteresowany będzie miał okazję do spotkania z mistrzem oraz nabyciem w/w płyt. Firma Nautilus (jak wiewiórki donoszą) ma być organizatorem spotkań i brać udział w tzw. premierach albumu . Wpierw w Warszawskim salonie firmy, a tydzień później spotkanie odbędzie się w Krakowie, także w pokoju odsłuchowym firmy Nautilus. W trakcie spotkania będzie okazja odsłuchu reedycji wspomnianego albumu, w tym takich utworów jak "Fontanna Radości" czy "Błękitne Nimfy": W trakcie odsłuchów będą prowadzone dyskusje z p. Markiem na temat jego muzyki, będzie można co oczywiste swój egzemplarz płyty nabyć i sygnować autografem kompozytora. Reedycja wszystkich płyt ma odbyć się na przestrzeni najbliższych kilkunastu miesięcy (może ciut dłużej), a zakończy się kolejną perłą, swoistą kropką nad "i" w temacie ostatnich prac mistrza - zostanie wydany całkiem nowy album! Spotkanie przebiegło w fantastycznej atmosferze, dyskusje o muzyce i kompozycjach nie miały końca, gospodarz raczył nas coraz to nowymi porcjami porównań i wykonanych analiz jakie zostały przeprowadzone celem poprawy tego, co wydane zostało kilka dekad wcześniej. Przyznaję bez bicia - jako wielki fan muzyki elektronicznej ale i przy okazji fan p. Marka, ucieszyłem się widząc ile pracy zostało już włożone w to, co ma nadejść lada chwila. Dlatego też zachęcam absolutnie wszystkich do rezerwacji miejsca w najbliższym czasie w Warszawskim lub Krakowskim salonie firmy Nautilus. Będzie się działo naprawdę sporo! AudioRecki Foto własne.
  25. 2 points
    Leben CS 1000 to lampowa, stereofoniczna końcówka mocy. W stopniu wejściowym i odwracaczu fazy znajdują się po dwie lampy ECC88 oraz kolejna para 6CG7. Lampy mocy to tetrody pośrednio żarzone KT120. Wzmacniacz jest zbudowany w układzie Push Pull, jest to mniej purystyczny układ niż lampa Single Ended, ale główną zaletą takiego rozwiązania jest znacznie lepsza efektywność układu, a co za tym idzie – uzyskiwana moc końcowa. Mocy, mało nie jest, to aż 100W na kanał z lampy, pracującej w klasie AB. W połączeniu z dużą wydajnością prądową, jaką ogólnie cechuje się amplifikacja lampowa oraz transformatorami głośnikowymi posiadającymi odczepy z możliwością regulacji od dwóch do szesnastu ohm (z pozycjami pośrednimi przy czterech i ośmiu ohm). Daje nam to wzmacniacz, może niedający radę napędzić każdych dostępnych na rynku kolumn, ale bez wielkiej przesady można przyjąć, że bez problemu poradzi sobie z 90% dostępnymi kolumnami głośnikowymi. Tylko najbardziej prądożerne konstrukcje i pomieszczenia powyżej 50 metrów mogą okazać się zbyt dużym wyzwaniem dla tego urządzenia. Natomiast w typowych warunkach domowych po prostu poradzi sobie z wszystkim. Wzmacniacz wizualnie kojarzy mi się bardziej ze sprzętem estradowym, niż stricte audiofilskim – można by rzec, że to przeciwieństwo przerostu formy nad treścią - Leben to sama treść w bardzo oszczędnej formie. Jednakże od razu należy przyznać, że forma choć oszczędna, to bardzo wysublimowana i z dbałością o każdy detal. Gałki, przełączniki, złote ozdobne pierścienie wokół lamp mocy – wszystko jest zrobione z taką dokładnością i precyzją, że pierwsze kilkadziesiąt minut po rozpakowaniu sprzętu, prawdopodobnie spędzimy na oglądaniu go i bawieniu się przełącznikami – które pracują jak marzenie. Sama ta dokładność i schludność wykonania, dodaje temu wzmacniaczowi majestatu. Prosta, szara, metalowa obudowa, malutka gałka potencjometru nastawnego sygnału wejściowego (opartego na skokowym potencjometrze ALPS). Na chassis urządzenia znajdziemy lampy sterujące oraz mocy, czarny, zaimpregnowany transformator zasilania, a pod metalową puszką, schowane transformatory głośnikowe oraz dławik. Prostowanie napięcia odbywa się przy pomocy mostka prostowniczego opartego o półprzewodniki, więc nie ma potrzeby stosowania lamp prostowniczych. Regulacja pracy lamp i ustawienia prądu spoczynkowego jest ręczna – czyli nie ma to układu auto-bias. Moim zdaniem to bardzo duży plus – nie ma co ukrywać, ten sprzęt trafi w ręce doświadczonego audiofila i ustawienie prądu pracy lamp, nie będzie dla użytkownika wyzwaniem. A dzięki temu unikamy strat mocy, jakie wiążą się z wykorzystaniem układu autobias – czasem jest to aż kilkanaście procent mocy wytracanej w ciepło… Poza tym sam proces regulacji prądów - jak każda operacja przy Lebenie - jest przyjemnością. W chassis wbudowany jest analogowy amperomierz, mały selektor mierzonej lampy i cztery potencjometry nastawne, którymi operujemy przy pomocy małego śrubokręta. Ustawienie trwa kilka sekund, nie potrzeba rozbierać sprzętu, podpinać mierników ani żadnych innych większych operacji wykonywać. Podczas pracy wzmacniacza mamy na bieżąco podgląd do prądu płynącego przez lampę, więc jakiekolwiek zmiany pracy lamp, wyłapiemy od razu. Pod delikatnie podświetlonym na żółto okienku z amperomierzem znajduje się jeszcze malutki, podświetlony na biało slogan „a motion sound”. Ostaniem elementem wizualnym są drewniane boczki (drewno naturalne) dodające nieco życia, surowemu designowi tej końcówki mocy. Oczywiście ocena wyglądu to rzecz względna, ale moim zdaniem, ze smakiem wypośrodkowano elementy nowoczesności (podświetlane motto) elementy ekskluzywności (naturalne drewno, pozłacane elementy ozdobne) z ogólnym surowym i technicznym czy wręcz estradowym wyglądem końcówki mocy. Dużo więcej za to dzieje się z tyłu urządzenia, bo oprócz odczepów głośnikowych dostarczanych przez WBT, solidnych gniazd RCA od Canare, znajdziemy jeszcze przełącznik dopasowania traf głośnikowych do impedancji kolumn. Porządne gniazdo IEC, gniazdo bezpiecznika oraz potężny hebelkowy przełącznik pracy trioda / pentoda wzmacniacza. Wzmacniacz wyposażony jest w kratkę ochronną na lampy, co chroni zarówno lampy jak i użytkownika przed oparzeniem – choć wzmacniacz z założoną osłoną, wizualnie nieco traci według mnie, to dobrze, że producent zadbał o ten aspekt bezpieczeństwa. Sprzęt stoi na nadzwyczajnie dużych i masywnych, aluminiowych nóżkach. Te kilka centymetrów podniesienia urządzenia pomaga zwiększyć cyrkulację powietrza i oddać spore pokłady ciepła do atmosfery. W środku montaż przestrzenny – point to point, do którego Leben zdążył już przyzwyczaić swoich fanów, topowe rezystory, elementy elektroniczne z tolerancjami rzędu 1%, chociaż nie uświadczymy tam audiofilskiej biżuterii – postawiono na przemyślany dobór elementów zamiast montażu drogich, audiofilskich kondensatorów. Ja osobiście wolałbym mieć jedno i drugie, ale też nic nie stoi na przeszkodzie by nie zlecić montażu jakiś audiofilskich kondensatorów dealerowi, nie tracąc przy tym gwarancji. Problem z kondensatorami „audiofilskimi”, a w zasadzie ich cechą jest to, że grają w specyficzny dla siebie sposób. I podobnie jak przyprawy, każdy dobiera je pod siebie i pod swój gust. Stąd też, porządne podzespoły elektroniczne jakie użył Leben, dają bardziej bezpieczny i przewidywalny dźwięk – to moim zdaniem główna przyczyna takiej decyzji. Wewnątrz urządzenia, po odkręceniu pokrywy ukazuje się nam niesamowita schludność i porządek w projekcie i montażu – ale pisanie o tym w przypadku Lebena to tylko formalność – ta firma z tego słynie. Po uruchomieniu sprzętu, transformator zasilający jest kompletnie cichy, z głośników również nie uświadczymy brumienia (pod warunkiem, że nie doda go preamp czy inny element toru). Odsłuch CS1000P to spora dawka mieszaniny energii i mocy z muzykalnością oraz łagodnością dźwięku. Nie jestem w stanie określić czy to ciepło grający sprzęt – raczej nie. Ale z pewnością nie jest to sprzęt grający chłodno. On po prostu gra. Gra tak, że płynie muzyka, gra tak, że czujemy rytm, gra tak, że kolumny – zasilane tak dużą dawką mocy - się nie gubią. Ciężko zdefiniować neutralnie grający sprzęt, ale jeśli ta kategoria faktycznie isntnieje to Leben CS1000 z pewnością do niej należy. Może inaczej. Jeśli mamy system grający jasno i ostro, to po wpięciu CS1000, system dalej tak będzie grał. Jeśli mamy system, przygaszony, zmulony to po wpięciu Lebena, dalej system będzie tak grał. No chyba, że problem był w mocy – wtedy Leben może być lekarstwem, ale poza tym przypadkiem, liczyć się trzeba z tym, że system musi być dobrze przemyślany, bo jakiś spektakularnych zmian równowagi tonalnej, tak neutralnie grającym sprzętem nie osiągniemy. Oceniając końcówkę mocy, taka cecha jest zaletą, brzmienie będziemy modelować preampem i źródłem, a przejrzysta końcówka mocy nie będzie komplikować składania systemu. Bardziej wnikliwy opis brzmienia znajdą Państwo w opublikowanej u nas recenzji, dedykowanego preampa Leben RS-28CX – gdyż analiza grania tej końcówki mocy bez preampa mija się z celem. Z każdym preampem gra inaczej, ale finalnie, po przetestowaniu kilku urządzeń, definitywnie jestem przekonany, iż najlepszym kompanem tej końcówki mocy jest dedykowany preamp ze stajni Lebena. Nie żeby było to jakieś zaskoczenie, przecież wiadomo, że oba sprzęty były pod siebie strojone, stąd taka synergia jest oczywista. Na koniec jedna uwaga, teoretycznie końcówkę można by podłączyć bezpośrednio do źródła – przecież na wejściu jest potencjometr i w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie by uruchomić to urządzenie bez preampa. Przestrzegam jednak przed tym, ponieważ testy przeprowadzone z kilkoma źródłami, uświadomiły mi, że bez preampa nie ma co podchodzić do tego sprzętu. Dźwięk robi się nerwowy, traci łagodność i szlachetność, a jednocześnie traci na dynamice, szybkości i ataku. Wokale robią się suche i metaliczne. Oczywiście nadal jest to całkiem dobry dźwięk, ale dopiero z dedykowanym preampem widzimy jak wiele więcej to urządzenie ma do zaoferowania. Lampy wyjściowe: KT120 Specyfikacja techniczna: - Lampy: 4 x KT-120, 6922/6DJ8(ECC88) x 2, 6CG7/6FQ7 x 2 - Moc wyjściowa: (stereo) 100 W x 2 (pentoda) 70W x 2 (trioda) - Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz - Czułość wejściowa: 0.4 V przy 50 W - THD: 0,4% - Impedancja wejściowa: 100 kΩ - Impedancja wyjściowa: 4/6/8/16 Ω - Wymiary: 455 x 200 x 335 mm - Waga: 23.5 kg Cena: 37900 zł Za dostarczenie do testów dziękujemy: Sklep Nautilius www.nautilus.net.pl
  26. 2 points
    Dynaudio Evoke 20, to średniej wielkości (około 20 litrowe), dwudrożne monitory, Duńskiej marki – Dynaudio. Pasmo nisko-średnio tonowe przetwarza 18cm głośnik, produkcji własnej Dynaudio, a za górny zakres odpowiada, 28 milimetrowa, tekstylna kopułka – również własnej produkcji Dynaudio. Obudowa wykonana jest z MDFu, dostępna w czterech wariantach wykończenia: fornir drzewa orzechowego lub jasny fornir o nazwie „blond”. Dwa kolejne warianty, to modne ostatnio wykończenia na wysoki połysk – do wyboru czarny lub biały kolor lakieru. Design kolumn jest spokojny, klasyczny bez silenia się na zbytnią ekstrawagancję. Obły kształt frontu, oprócz wizualnego złagodzenia bryły, która dzięki temu nie przypomina klocka drewna, ma na celu również zmniejszenie odbić fali akustycznej od frontowej ścianki. Tunel Bass Reflex umieszczony jest na tylnej ściance, to korzystne rozwiązanie, gdyż niweluje problem docierania dźwięku pracy mechanicznej samych przetworników. Oczywiście wymaga to odsunięcie kolumny od ściany w większym stopniu niż otwór z przodu kolumny, ale należy pamiętać, że o ile Bas Reflex będzie poprawnie pracował już przy odległości pół metra, to nadal to za mało by dać rozwinąć skrzydła głośnikowi wysokotonowemu. Zwężenie ścianek bocznych ku tylnej ściance, ma na celu zminimalizowania problemu fal stojących wewnątrz obudowy. Podstawa kolumna ma kształt trapezu, ścianki boczne nie są w stosunku do siebie równoległe, co jest korzystne dla radzenia sobie z falami stojącymi. Jakość forniru jest dobra, wykończenia na wysoki połysk, również nie daje nam żadnych powodów do narzekań – wszystko do siebie ładnie pasuje, słoje forniru są dopasowane, frezy równe, otwory dobrze pasujące pod przetworniki. Maskownice, mocowane są na magnesach, dzięki czemu kolumny bardzo ładnie prezentują się bez maskownic – nie ma otworów pod kołki, co wizualnie działa na korzyść tych kolumn. Co mnie trochę zdziwiło, to dosyć niska waga monitorów – niecałe 10kg. Natomiast dostarczone do testów standy Dynaudio, są wyjątkowo ciężkie i bardzo porządnie wykonane, mogę je polecić jako całkiem ciekawy produkt, nie tylko do kolumn Dynaudio. Odsłuch modelu Evoke 20 jest lekkim zaskoczeniem. Przede wszystkim nie grają, tak jak zwykło się myśleć o „firmowym” graniu Dynaudio. Nadal jest to granie łagodne, ale nie jest tak mocno po ciepłej stronie, jak zdążyło przyzwyczaić nas Dynaudio. Bas jest raczej szybki, konturowy i grający w punkt. Zero dudnienia, buczenia czy przesadzonego podbicia. W porównaniu do starszych i bardzo udanych Dynaudio Special 25 jest on po prostu lepszy. Średnica jest łagodna, bardziej naturalna i grająca mniej efekciarsko niż w starszych modelach Dynaudio. Wokale są nasycone i barwne, ale fani mocno „dopalonej” średnicy mogą się rozczarować, prezentacją tego zakresu w najnowszym modelu monitora Dynaudio. Zdecydowano się na bliższą realności prezentację, ale oczywiście nadal jest to łagodne i delikatne ocieplone granie. Wysokie tony, również lekko odbiegają od firmowego brzmienia, góra jest bardzo równa i liniowa, chociaż jeśli chodzi o mikro detale i smaczki w tle muzyki to, wspomniane wyżej Special 25 bardziej mi się podobały. Zaznaczyć trzeba jednak, że obecne Evoki są znacznie tańsze i plasowane niżej w katalogu Dynaudio. Podsumowując brzmienie, Evoke 20 grają znacznie bardziej neutralnie, a przez to naturalnie niż wiele z wcześniejszych, starszych produktów Dynaudio. Mi osobiście takie podejście odpowiada, ale to oczywiście kwestia prywatnych preferencji. Być może część starszych fanów marki, nie będzie zachwycona takim podejściem, ale na pewno teraz Dynaudio otwarte jest na nowych odbiorców. Dynaudio Evoke 20, to bardzie ciekawe monitory, cena nie jest wygórowana, marka znana i ceniona od lat, bardzo neutralne i dojrzałe podejście do dźwięku, naprawdę warte polecenia i posłuchania. Dane techniczne: Kolumny podstawkowe Skuteczność:86 dB Moc:180 W Impedancja: 6 Ω Pasmo przenoszenia: 40 Hz – 23 kHz Budowa typu bass-reflex Woofer: 18 cm MSP; Tweeter: 28 mm Wymiary: 215 x 380 x 307 mm Waga: 9.9 kg Cena: 8490 zł Za dostarczenie do testów dziękujemy firmie Nautilus https://nautilus.net.pl
  27. 2 points
    Ida-16 to pierwszy wzmacniacz powstałej w 2014 roku Firmy Nuprime. Sześć lat stażu na rynku audio, a wzmacniacz prezentuje się świetnie, zarówno pod względem wizualnym, jak i technicznym. Aluminiowa obudowa ma zaledwie 6,5 cm wysokości, 43 cm szerokości i 38 cm głębokości. Przedni panel ma charakterystyczne dla NuPrime ścięcie, które nadaje mu surowej elegancji. Na górnej krawędzi znajduje się sześć przycisków, zaczynając od lewej selektor wejść, power, regulacja głośności i wyciszenie. Pod rzędem przycisków dioda po prawej stronie wskazuje poziom głośności, a diody po lewej wskazują, które źródło jest wybrane: U, C, C, O, O lub A, które odpowiednio oznaczają USB, Coax 1, Coax 2, optyczne 1, optyczne 2 i analogowe. Podświetlenie wskaźników w kolorze niebieskim jest dyskretne i dobrze dobrane pod względem wizualnym. Panel tylny to głównie wejścia cyfrowe jest ich, aż pięć i tylko jedno analogowe. Patrząc na ilość wejść cyfrowych, wielu z nas pokusiłoby się, nazwać IDĘ-16 wzmacniaczem cyfrowym, tak zresztą określa ten wzmacniacz producent, ale zagłębiając się w jego budowę, chociaż by w sposób regulacji siły głosu, stwierdzimy, że jest to wzmacniacz analogowy, regulacja odbywa się w 99 krokach z precyzją 0,5 dB i można ją ustawić niezależnie dla danego wejścia. Końcówka mocy w IDA-16 jest opracowaniem własnym firmy. To potężny wzmacniacz analogowy, oddający 200 watów na kanał. Ida posiada wbudowany przetwornik C/A, który przetwarza dźwięk z cyfrowego na analogowy. Przy USB pracuje układ XMOS, a dalej mamy przetwornik ESS9018 (ESS Sabre) o rozdzielczości dla sygnałów PCM 32 bit i częstotliwości próbkowania 384 kHz oraz dla sygnału DSD aż do DSD256, czyli o częstotliwości próbkowania 11,2 kHz. W zestawie ze wzmacniaczem znajduje się pilot zdalnego sterowania. Jego kształt jest inny niż tradycyjne piloty, jest wydłużony i ma przekrój sześciokąta. Wbrew pozorom trzyma się go wygodnie w ręce. Jest wykonany z metalu i dosyć ciężki. Pierwsze wrażenie… Mały, płaski, futurystyczny kształt, bez gałek. Klasa D, wiadomo, duża moc, przy małym zużyciu prądu. Wydaje mi się, że gra poprawnie, tak grzecznie bez werwy. Drugie wrażenie … Podkręcam głośność i wszystko się otwiera, jest moc i radość ze słuchania. Niskie tony są dynamiczne, szybkie potrafią uderzyć, kiedy trzeba, ale przy tym są dobrze kontrolowane. W utworze „Nie” z najnowszej płyty Igora Herbuta „Chrust” możemy się wsłuchać w instrumentalne popisy muzyków z nisko schodzącą stopą perkusji, gdzie wyraźnie słyszymy wielobarwność i zróżnicowanie niskich tonów. Średnica jest ciepła i aksamitna, czaruje nas swoją plastyką i separacją instrumentów na scenie. Rockowe czy bluesowe kawałki brzmią mocno i dynamicznie np. No Sanctuary Here w wykonaniu Chrisa Jones, czy Cat People Davida Bowie. Góra pasma jest naturalna, bez ociepleń czy ubarwień, może nie jest przejrzysta do bólu i nie rozkłada nagrania na poszczególne dźwięki z dokładnością lasera, ale całość jest dobrze zestrojona i daje nam dużą przyjemność ze słuchania muzyki. DAC, który znajduje się na pokładzie IDA-16 to ES9018 Sabre Reference, znany z niskich zniekształceń, na wejściu S/PDIF przyjmuje PCM 24 bit/192 kHz, natomiast na USB 24 bit/384 kHz PCM. Brzmienie plików dekodowanych na komputerze z wgranym odtwarzaczem Foobar 2000 i przesyłanych protokołem USB do wzmacniacza jest bardzo satysfakcjonujące. Jeśli mamy w swojej bibliotece pliki DSD to warto je słuchać na Nuprime, brzmia jeszcze głębiej niż flac. Dużo oczywiście zależy od źródła, które wepniemy do wzmacniacza. W kolejnej próbie do wejścia coaxialnego było wpięte raspberry z allo digione signature z wgranym snakeoil + roon i tu moim zdaniem poprawiła się rozdzielczość, wybrzmienia, scena się lepiej ułożyła. Mimo iż konstruktorzy Idy-16 położyli duży nacisk na sekcję cyfrową wzmacniacza, wejście analogowe RCA nie zostało potraktowane po macoszemu. Po wpięciu odtwarzacza CD wydaje mi się, że dźwięk nabrał więcej lekkości i bardziej została podkreślona góra pasma, która w sekcji cyfrowej była delikatnie wycofana. Jednakże są to już niuanse i na pewno można stwierdzić, że nie ma tu zwycięzcy. Podsumowanie… NuPrime Ida-16 to bardzo udany wzmacniacz, oferuje on dźwięk zwinny, szybki i konturowy, ale jednocześnie z basem schodzącym nisko i pod pełną kontrolą. Nie bójmy się podkręcić głośności, dajmy mu trochę prądu, a na pewno Was zaskoczy dźwiękiem. [email protected] Dane techniczne Znamionowa moc wyjściowa: 2 x 200 W (4/8 Ω) Moc wyjściowa w szczycie: 400 W Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 000 Hz Całkowite zniekształcenia harmoniczne + szumy (THD+N): 0,004 % Obsługiwane typy sygnału cyfrowego: wejście USB: - PCM 44,1 | 48 | 88,2 | 96 | 176,4 | 192 | 352,8 | 384 kHz/16 - 24 bity - DSD 2,8 | 5,6 | 11,2 MHz/1 bit - wejścia S/PDIF: PCM 44,1 | 48 | 88,2 | 96 | 176,4 | 192 kHz/16 - 24 bity Wymiary (S x W x G): 57 x 430 x 375 mm Masa: 7 kg Dystrybucja: RAFKO
  28. 2 points
    Kiedy mówimy bądź myślimy o jazzie, na pewno pierwsze co nam przychodzi na myśl to południowa część Stanów, Nowy Orlean i duszne, na wpół mroczne kluby tętniące życiem czarnej części społeczeństwa amerykańskiego (w głównej mierze czarnej). Ale w obecnym zestawieniu muzyki tego gatunku nie sposób pominąć Silje Nergaard, pochodzącą z Norwegii gwiazdę wokalistyki jazzowej. Na rynku muzycznym 29 maja ukaże się wydawnictwo wyjątkowe nie tylko dla samej artystki, ale także dla wielbicieli jej talentu (a także muzycznego gatunku). Album składać się będzie z dwóch płyt podzielonych na (umownie) okres twórczości Silje. Płyta pierwsza zawierać będzie największe przeboje w nowym opracowaniu (z towarzyszeniem fortepianu). Drugi album to osiem nowo napisanych utworów, przy czym w tym przypadku są to utwory zrealizowane wraz z zespołem (gitara, panno, bas, syntezator, perkusja). Silje Nergaard na przestrzeni dwóch dekad zdążyła już ugruntować swoją pozycję bezsprzecznej gwiazdy norweskiej (ale nie tylko) sceny muzycznej, jej popularność oraz zainteresowanie kolejnymi pozycjami wydawniczymi pokazuje, że artystka świetnie radzi sobie z gorącym jazzem w zimnych stronach Europy Północnej. Co ważne, jest w tej interesującej mieszance przekonywująca i bardzo lubiana. Ciekawostka, na jej cześć w Japonii nazwano jeden z gatunków wina, a ona sama do tej pory współpracowała z takimi muzykami jak Al Jarreau , Pat Metheny czy Toots Thielemanns. Silje Nergaard z albumem "Silje Nergaard" już pod koniec maja tego roku. AudioRecki Tracklista: CD 1 1. Be Still My Heart 2. Based On A Thousand True Stories 3. The Waltz 4. I Don't Wanna See You Cry 5. Mercy Street 6. Lullaby To Erle 7. Love Of My Life 8. Japanese Blue 9. En Og En 10. What A Wonderful World 11. Jeg Vil Takke Livet CD 2 1. Next Stop Hamar 2. The Train Now Standing 3. Never Happier Than This 4. Departure Times 5. The Railway Girl 6. Waiting Room 7. Train Of Fragile Hearts 8. The Night Traveller 9. Neste Stopp Hamar 10. Perrong 11. Ennĺ Underveis 12. Avgang 13. Togjenta 14. Tiden Det Tar 15. Et Lite Rykk 16. Nattoget
  29. 2 points
    Nadchodzący w maju album Renaty Przemyk będzie to wyjątkowy pod każdym względem. Po pierwsze koronujący sam jubileusz, po drugie zapowiadany od dłuższego czasu jako spore wydarzenie muzyczne. Patrząc na listę utworów oraz fakt, że sam jubileusz artystka obchodzi praktycznie od występu w Jarocinie (2019) i cały ten czas materiał jaki znajdzie się na płycie był "szlifowany" - jest szansa na coś naprawdę wyjątkowego. A co znajdziemy na samym wydawnictwie? Będą to największe przeboje w całkowicie nowych aranżacjach i w fantastycznych duetach. Na płycie znajdziemy więc m in.: Skubasa, Wojciecha Waglewskiego, Adama Nowaka, Johna Portera, Buslava, Czesława Mozila, Leskiego czy Marka Dyjaka. A trzeba pamiętać, że to nie cały skład muzyków towarzyszących artystce w trakcie nagrań! Nie bez powodu Renata Przemyk swoje 30 lecie kariery muzycznej rozpoczęła celebrować w zeszłym roku na Pol'and'Rocku w Jarocinie. To właśnie w 1989 roku artystka z zespołem Ya Hozna wystąpiła na zaproszenie Armii w Jarocinie i od razy zdobyła liczne serca słuchaczy. Otwarło jej to drogę do scen większych i mniejszych w całym kraju. Po rozwiązaniu Ya Hozny (1990 rok) artystka zaczęła solową karierą kontynuowaną do dziś. Jeden z jej najsłynniejszych utworów to "Babę zesłał Bóg", który będzie jednym z trzynastu jakie znajdziemy na "Renata Przemyk i Mężczyźni". Wiosna z Renatą Przemyk i jej 30 leciem artystycznym? Dlaczego nie! AudioRecki "Renata Przemyk i Mężczyźni" (2020) Tracklista: 1. Zero 2. Kłamiesz 3. Jakby nie miało być 4. Babę zesłał Bóg 5. Makijaż twarzy 6. Nie mam żalu 7. Odjazd 8. Come Wake Me [Niech mnie ktoś obudzi] 9. Bo jeśli tak ma być 10. Zazdrośni [Zazdrosna] 11. 7:05 12. Kochana 13. Ten taniec
  30. 2 points
    Dzięki "dniu faceta" czyli za sprawą mojej żony, trafiło w moje ręce wydanie wyjątkowe, pełne fantastycznych i do tego unikatowych dodatków. Pink Floyd "Wish You Were Here" IMMERSION BOX zawiera nie tylko dwa CD, dwa DVD oraz jeden BLUE-RAY,ale w głównej mierze interesujące każdego fana: reprodukcje memorabiliów, całkowicie nowe i te klasyczne wzory grafik i druków. Jest też kilka gadżetów w postaci np. wydawnictwa książkowego (bogatego w fotografie zespołu, w tym nigdzie wcześniej nie publikowanych). To, co jednak najciekawsze to sama muzyka oraz otoczka powstania samego albumu. Będąc po kilku godzinnym przeglądzie (odsłuchach) całej zawartości wróciłem przy okazji do całej historii powstania dziś uznawanego za arcydzieło muzyczne albumu "Wish You Were Here". Po uznawanym do dziś za najsławniejszy album w dziejach Pink Floyd "The Dark Side of The Moon", w styczniu 1975 roku muzycy Pink Floyd zebrali się w studiu Abbey Road i rozpoczęli pracę nad nowym albumem. Zespół skupił się na pracy nad nowym materiałem muzycznym. Pracy dodajmy wcale nie łatwej, bo obarczonej problemami samego zespołu. Dwa lata jakie minęły od wydania poprzedniej płyty, całkowicie zmieniły oblicze samego zespołu. Wniosło nowe pomysły (nie zawsze trafne) oraz kilka nowych wcześniej nie stosowanych przez Pink Floyd rozwiązań (też na początku powstawania albumu chybionych), przy Roger Waters skłócony z pozostałymi członkami zespołu nie stanowił dla nikogo ułatwienia. Ale to właśnie dzięki jego determinacji ten album ma taki, a nie inny kształt oraz przekaz muzyczny. Cały album stanowi swoisty hołd dla byłego gitarzysty i autora większości dotychczasowych tekstów - Syda Barretta. Nie jest tajemnicą, że jego choroba (psychiczna) i zachowania daleko odbiegające od tych, jakimi powinien kierować się członek już tak popularnego zespołu, uniemożliwiały dalszą współpracę Syda z całym składem Pink Floyd. To zmieniło cały zespół na wielu płaszczyznach, także tej muzycznej - czego dowodem jest właśnie "Wish You...". Według książki Saucerful of Secrets: The Pink Floyd Odyssey, Syd Barrett pojawił się w studiu w środku sesji nagraniowej. Było to 5 czerwca 1975 roku, właśnie nagrywane były chórki do "Shine On You Crazy Diamond". Był to także dzień ślubu Davida Gilmoura z jego pierwszą żoną, Ginger. Barrett przybył do studia niezapowiedzianie, a przytył tak, że niektórzy go nie rozpoznali. Był także całkowicie ogolony, łącznie z brwiami (aluzja do tego miała miejsce w The Wall). Jerry Shirley wziął go za członka sekty Hare Krishna. Reszta była bliska płaczu: Waters wyznał później, że uronił łzy. Zagrali dla niego jakiś utwór (Mason powiedział, że nie pamięta jaki, jednak wspomina że mogło to być "Shine On You Crazy Diamond"). Kiedy skończyli, Syd siedział bez ruchu. Kiedy ktoś zaproponował, żeby zagrali to ponownie, Barrett zapytał jaki jest sens w graniu ponownie tego, co przed chwilą słyszeli. Zagrali mu również "Wish You Were Here" i zapytali, co o tym sądzi, na co odparł: "Brzmi trochę staro". Zapytał jednocześnie, czy jest coś, co mógłby dla nich zrobić i oświadczył, że jeśli będzie potrzebny, jest pod ręką. Później tego samego dnia Phil Taylor, jeden z techników zespołu, widział Syda szukającego kogoś, kto podwiózłby go do domu. Unikając niezręcznej sytuacji, Taylor, by pozostać niezauważonym, schylił się w swoim samochodzie, gdy Syd przechodził obok. Nie wiadomo jak Barrett wrócił do domu. Przed tym wydarzeniem nie był widziany przez członków zespołu od 5 lat, nie był też widziany po tym wydarzeniu. Aby upamiętnić tę wizytę, Rick Wright cicho i delikatnie zagrał refren utworu "See Emily Play" w końcowych sekundach albumu. (źródło - https://pl.wikipedia.org/wiki/Wish_You_Were_Here) Zespół z jednej strony świętował popularność jaką dał mu poprzedni album, z drugiej członkowie zespołu zaczęli wątpić czy są w stanie kontynuować karierę na takim poziomie i z takim efektem jak poprzednio. Ekipa zaczęła popadać w marazm przekonania, że wszystko co najlepsze właśnie mają już za sobą i nie będą zdolni do powtórzenia sukcesu "The Dark Side of The Moon" bez względu na ilość włożonej pracy. Do tego doszedł stres związany ze sporymi oczekiwaniami ze strony wydawcy/producenta odnośnie nowego albumu. Przyjęto wstępnie, że nowy album zatytułowany "Wish You Were Here" będzie zawierać tylko trzy utwory, znane i lubiane z występów Pink Floyd na żywo. Skupiono się na trzech najbardziej popularnych: "Shine On", "Gotta Be Crazy" i "Raving and Drooling". W trakcie prac "Shine On" zmieniono na "Shine On You Crazy Diamond", a następnie Roger Waters wymusił na reszcie, że posiadany materiał ze studia w postaci kolejnych utworów nie zostanie dołożony do albumu nad którym są rozpoczęte prace. Utwory, które były już gotowe i nosiły nazwę "Dogs" i "Sheep" ukazały się dopiero na albumie "Animals". W ich miejsce Waters dołożył utwory odnoszące się do ówczesnego stanu zespołu, jak utwór tytułowy. Przy okazji na nowy album trafiły swoiste "protest songs", które w sposób karykaturalny przedstawiały otaczający muzyków przemysł świata muzycznego. "Welcome to the Machine" czy "Have a Cigar" z założenia miały ukazać zakłamanie i chory klimat całej branży. Płyta ma różne i często nierówne (dla wielu subiektywnie) oblicza. "Shine On You Crazy Diamond" jest dla wielu elementem ciut za długim. Pierwsza wersja grana na koncertach była znacznie krótsza, jednak na potrzeby nowej płyty została rozbudowana o wiele muzycznych elementów i podzielona na kilka części. Utwór pomimo, że ostatni w albumie, stanowi jego największą część i dla wielu jest dowodem na wielki kunszt gry gitarowej David'a Gilmour'a, który w tym utworze przechodzi sam siebie. Tekst został tak skonstruowany, by wprost odwoływał się do tragedii Baretta. Roger Waters w 1976 roku powiedział: "Shine On You Crazy Diamond" powstał dokładnie w ten sam sposób, jak w 1970 roku - "Echoes". Wszystko sprowadzało się do połączenia chaotycznych kawałków muzyki (...)"). Natomiast utwór tytułowy "Wish You Were Here" (tłum.: gdybyś tu był) został bezpośrednio skierowany do nieobecnego Syda. Dziś dla wielu fanów stanowi siłę całego albumu i ukazuje mocną więź oraz pokazuje pustkę w zespole po nieobecnym członku Pink Floyd. Cały album dla wielu stanowi kolejny przełom w twórczości kapeli, dla innych/nielicznych pewien krok w tył. Zdarzają się opinie, że zespół tym albumem wszedł w pewien "nowy rozdział", muzyka stała się łagodniejsza, z delikatniejszą linią melodyczną. Niepotrzebnie złagodzona - nie dorównuje sile i formie "Drak Side of The Moon". Tyle tylko, że płyta ta jak się okazuje nie była ani słaba, ani niepotrzebnie "złagodzona", co więcej - miała mieć w przyszłości spory wpływ na twórczość kilku innych kapel, w tym na niemiecki zespół Eloy (u nas bardziej znany z powodu dosłownie żywcem skopiowanego, by nie napisać ukradzionego im utworu przez Budkę Suflera). Jeszcze w latach 90 ubiegłego wieku angielska kapela Porcupine Tree wzorowała się na tym, co słyszymy i doświadczamy dzięki "Wish You...." Album dla jednych przełomowy i wybitny. Innym nie do końca przypadł do gustu. Jedno pewne, "Wish You Were Here" nie da się pominąć w dyskografii Pink Floyd, stanowi dowód na ogromny dorobek całego zespołu, pokazuje historię i wydarzenia tamtych lat. Nie da się go pominąć w żaden sposób, a w większości fanów uznaje go za jeden z tych, do których wraca najczęściej w trakcie odsłuchów. Z albumem wiąże się też jeszcze jedna ciekawostka - okładka albumu jak wiemy ukazuje dwoje ludzi podających sobie rękę, przy czym jeden z nich płonie.Do tego zdjęcia został namówiony Ronnie Rondell, który zasłynął w późniejszym czasie wyczynami kaskaderskimi w filmie "Terminator". Wracając do samego "Wish You Where Here", album jaki mam przyjemność słuchać i oglądać jest nie lada gratką dla fanów ale i kolekcjonerów - melomanów. Wydanie kolekcjonerskie, zawierające taką masę dodatków, rewelacyjny booklet oraz co istotne - muzykę i raz jeszcze muzykę - stanowi świetny nawet nie dodatek, ale wyróżnik całej naszej kolekcji muzycznej na fizycznych nośnikach. Obecnie dzięki sklepowi winylowania możemy nabyć egzemplarz tego wydawnictwa w promocyjnej cenie. Wszystkim gorąco polecam tym bardziej, że liczba egzemplarzy jest ograniczona, a całe wydawnictwo nie będzie pozycją wznawianą w tej formie. Polecam zdecydowanie AudioRecki Artysta: PINK FLOYD Tytuł: Wish You Were Here - Immersion Box Set Label: EMI Numer katalogowy: 50999 029435 2 7 Dane wydania: US 08 Nov 2011 Format: 2CD + 2DVD + Blue-Ray Opis: Seria „Immersion” oferuje fanom zespołu kompleksowe artystyczne doświadczenie. Ekskluzywne, solidne kwadratowe opakowanie o bokach długości 29 cm zawiera zremasterowane, dotychczas niepublikowane materiały audiowizualne, a także całe mnóstwo treści dodatkowych – reprodukcje memorabiliów, nowe i klasyczne wzory grafik i druków, gadżety dla kolekcjonerów, bogate booklety i wiele, wiele więcej... Tuż po tym, jak ujrzała światło dzienne w 1975 roku, płyta „Wish You Were Here” podbiła listy przebojów po obu stronach Atlantyku. Album, stanowiący zapis ówczesnych przemyśleń zespołu na temat przemysłu muzycznego oraz eksplorujący tematykę nieobecności, zawiera również klasyczny utwór „Shine On You Crazy Diamond”, będący hołdem dla członka-założyciela Pink Floyd, Syda Barretta. Limitowana wersja „Immersion” zawiera klasyczny, cyfrowo zremasterowany album studyjny, a także zapis dotychczas niepublikowanych materiałów audiowizualnych, jak również wielkoformatowy, 40-stronicowy booklet, album z oryginalnymi fotografiami edytowanymi przez Jilla Furmanovsky’ego, ekskluzywne gadżety oraz reprodukcje kolekcjonerskich memorabiliów. Tracklista: Disc 1 - Wish You Were Here (2011 Remaster) CD1-1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) CD1-2 Welcome To The Machine CD1-3 Have A Cigar CD1-4 Wish You Were Here CD1-5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) Disc 2 - Previously Unreleased Tracks CD2-1 Shine On You Crazy Diamond (Live At Wembley 1974) CD2-2 Raving And Drooling (Live At Wembley 1974) CD2-3 You've Got To Be Crazy (Live At Wembley 1974) CD2-4 Wine Glasses (From 'Household Objects' Project) CD2-5 Have A Cigar (Alternative Version) CD2-6 Wish You Were Here (With Stéphane Grappelli) Disc 3 - Multi-Channel Audio Mixes (Audio Only) DVD1-1 Wish You Were Here 5.1 Surround Mix (2009) (448kbps) DVD1-1.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) DVD1-1.2 Welcome To The Machine DVD1-1.3 Have A Cigar DVD1-1.4 Wish You Were Here DVD1-1.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) DVD1-2 Wish You Were Here 5.1 Surround Mix (2009) (640kbps) DVD1-2.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) DVD1-2.2 Welcome To The Machine DVD1-2.3 Have A Cigar DVD1-2.4 Wish You Were Here DVD1-2.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) DVD1-3 Wish You Were Here LPCM Original Stereo Mix (1975) DVD1-3.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) DVD1-3.2 Welcome To The Machine DVD1-3.3 Have A Cigar DVD1-3.4 Wish You Were Here DVD1-3.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) DVD1-4 Wish You Were Here 4.0 Quad Mix (1975) (448kbps) DVD1-4.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) DVD1-4.2 Welcome To The Machine DVD1-4.3 Have A Cigar DVD1-4.4 Wish You Were Here DVD1-4.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) DVD1-5 Wish You Were Here 4.0 Quad Mix (1975) (640kbps) DVD1-5.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) DVD1-5.2 Welcome To The Machine DVD1-5.3 Have A Cigar DVD1-5.4 Wish You Were Here DVD1-5.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) Disc 4 - Audio-Visual Material DVD2-1 Concert Screen Films, 1975 (LPCM Stereo 48kHz/24 Bit) DVD2-1.1 Shine On You Crazy Diamond (Part I) DVD2-1.2 Shine On You Crazy Diamond DVD2-1.3 Welcome To The Machine DVD2-2 Storm Thorgerson Short Film, 2000 (LPCM Stereo 48kHz/16 Bit) DVD2-3 Concert Screen Films, 1975 (5.1 Surround Sound Dolby Digital @ 448 Kbps) DVD2-3.1 Shine On You Crazy Diamond (Part I) DVD2-3.2 Shine On You Crazy Diamond DVD2-3.3 Welcome To The Machine Disc 5 - High Resolution Audio And Audio-Visual Material BD-1 Wish You Were Here 5.1 Surround Mix (2009) (96kHz/24 Bit) BD-1.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) BD-1.2 Welcome To The Machine BD-1.3 Have A Cigar BD-1.4 Wish You Were Here BD-1.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) BD-2 Wish You Were Here Original Stereo Mix (1975) (96kHz/24 Bit) BD-2.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) BD-2.2 Welcome To The Machine BD-2.3 Have A Cigar BD-2.4 Wish You Were Here BD-2.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) BD-3 Wish You Were Here 4.0 Quad Mix (1975) (96kHz/24 Bit) BD-3.1 Shine On You Crazy Diamond (Parts 1-5) BD-3.2 Welcome To The Machine BD-3.3 Have A Cigar BD-3.4 Wish You Were Here BD-3.5 Shine On You Crazy Diamond (Parts 6-9) BD-4 Concert Screen Films, 1975 (LPCM Stereo 48kHz/24 Bit) BD-4.1 Shine On You Crazy Diamond (Part I) BD-4.2 Shine On You Crazy Diamond BD-4.3 Welcome To The Machine BD-5 Storm Thorgerson Short Film, 2000 (LPCM Stereo 48kHz/16 Bit) BD-6 Concert Screen Films, 1975 (5.1 Surround Sound 48kHz/24 Bit) BD-6.1 Shine On You Crazy Diamond (Intro) BD-6.2 Shine On You Crazy Diamond BD-6.3 Welcome To The Machine
  31. 2 points
    Z okazji Dnia Kobiet wszystkim Paniom samych słonecznych dni, spełnienia marzeń oraz samych sukcesów w życiu osobistym i zawodowym! Życzy Administracja, Redakcja, Moderacja oraz wszyscy porządni (a tylko tacy są na Forum) pozytywnie zakręceni muzycznie faceci.
  32. 2 points
    Gregory Porter został okrzyknięty fenomenem muzycznym ostatnich lat. Jego debiut w postaci albumu "Water" z 2010 roku przyniósł artyście nominację do nagrody Grammy. Zgodnie z powiedzeniem "co się odwlecze..." trzeci album „Liquid Spirit”, nagrany w 2013 roku dla Blue Note Records, otrzymał Nagrodę Grammy 2014 w kategorii „Najlepszy Album Jazzowy”. Na poparcie tej nagrody przy okazji stał się jednym z najpopularniejszych albumów w sieci. Melomani korzystający ze streamingu jako źródła muzyki odsłuchiwali „Liquid Spirit” ponad 20 milionów razy! Jak widać po ilości odsłuchów w sieci, sprzedanych płyt oraz nagrodach, Gregory Porter cieszy się spora popularnością i uznaniem. Jego ciepły baryton został przez wielu uznany za jeden z najciekawszych głosów w takich gatunkach jak Soul, Jazz czy Gospel. Tym bardziej wiadomość o nadchodzącym nowym, już dziewiątym albumie artysty rozniosła się bardzo szybko w sieci. Zapowiadany na połowę kwietnia nowy album Gregory’ego Portera – „All Rise” ma nie tylko spełnić wszystkie oczekiwania "starych" fanów, a wręcz przyciągnąć nowych melomanów dla których artysta przygotował kilka naprawdę interesujących utworów. Album jest muzyczna fuzją takich gatunków jak jazz, soul, bluesa czy gospel, przy okazji treść kompozycji am w sposób bardzo emocjonalny podejmować różne tematy życia codziennego. Album w naszym kraju ukazać się ma 17 kwietnia dzięki wydawnictwu muzycznemu Universal Music Polska. Od kilku dnia można też posłuchać utwór "If Love Is" zapowiadający nadchodzący album. AudioRecki Gregory Porter "All Rise" (2020) Lista utworów: Standard Versions: 1. Concorde 2. Dad Gone Thing 3. Revival 4. If Love Is Overrated 5. Faith In Love 6. Merchants of Paradise 7. Long List of Troubles 8. Mister Holland 9. Modern Day Apprentice 10. Everything You Touch Is Gold 11. Phoenix 12. Merry Go Round 13. Thank You Deluxe Versions: 1. Concorde 2. Dad Gone Thing 3. Revival 4. If Love Is Overrated 5. Faith In Love 6. Merchants of Paradise 7. Long List of Troubles 8. Mister Holland 9. Modern Day Apprentice 10. Everything You Touch Is Gold 11. Phoenix 12. Merry Go Round 13. Real Truth 14. You Can Join My Band 15. Thank You
  33. 2 points
    Cayin to znana chińska firma o ugruntowanej pozycji w świecie Hi-Fi, producent sprzętu stacjonarnego, jak również przenośnego, głównie DAP. Pod koniec 2019 roku Cayin zaskoczył swoich fanów premierą pierwszych słuchawek dousznych o nazwie YB04. Jak na Cayin przystało mamy do czynienia z produktem premium. Słuchawki są umieszczone w czarnym, eleganckim pudełku, po otwarciu, którego ukazuje się nam akcesorium: - słuchawki - etui z brązowej skóry - klips do kabla - pędzel do czyszczenia - 12 par tipsów o różnych rozmiarach i różnym strojeniu: bas, wokal, zbalansowane i bi-flangi - kabel 1,3 m ze złączem 3,5 mm YB04 to zbalansowana konstrukcja składająca się z czterech przetworników armaturowych. Podwójne przetworniki Knowles odpowiadają za wyższe częstotliwości, a dwa przetworniki Soniona za niższy zakres. Obudowa jest wykonana ze szczotkowanego aluminium w kształcie wielokątów ze śrubami na przednim panelu, trochę przypominają mi Andromedy Campfire. Kabel jest solidny, wykonany ze srebra i miedzi, pleciony, łatwo się układa, zakończony wtykiem 3,5 mm. Połączenie kablowe odbywa się za pomocą standardowego 2-pinowego gniazda 0,78 mm. Ogólnie rzecz biorąc, słuchawki prezentują się bardzo ładnie, są eleganckie i widać, ze solidnie wykonane, a każdy szczegół dopracowany i przemyślany. Aby w pełni rozwinąć potencjał tych słuchawek, lepiej skorzystać z wysokiej jakości odtwarzacza lub daca. Ja do testów używałam głównie iFi Audio xDSD z laptopem z zainstalowanym odtwarzaczem Foobar2000. To, co zauważymy już po kilku chwilach słuchania to szeroka i wysoka scena z bardzo dobrym separowaniem i obrazowaniem instrumentów. Słuchawki grają naturalnie i równo w każdym paśmie. Bas jest szybki, wielobarwny, ale nie dominuje w nagraniach. To nie znaczy, że utwory brzmią szczupło, po prostu jest on naturalny, nieprzesadzony jak w niektórych „V” – kach. Środek pięknie wyważony, ciepły. Wokale to mocna strona Cayina, męskie i żeńskie brzmią świetnie. Dźwięki fortepianu, saksofonu czy gitary są wciągające i bardzo realistyczne. Kilka razy przesłuchałam moja ulubioną od jakiegoś czasu płytę „Humanite”, świetnego saksofonisty Kirka Whalum nagraną z różnymi międzynarodowymi artystami, takimi jak Liane Carroll, Keiko Matsui, Marcus Miller czy Afgan i za każdym razem brzmiała świetnie. Podobnie wysokie tony, które są szybkie i szczegółowe oraz doskonale, obrazują wspaniały dźwięk muzyczny, który porusza się wokół twojej głowy. To są słuchawki na długie odsłuchy, w nich nic nie męczy, można słuchać godzinami. Jeśli szukasz naturalnie brzmiącego, niemęczącego dźwięku i zależy Ci na doskonałej jakości wykonania i najlepszych akcesoriach, zdecydowanie posłuchaj YB04. Specyfikacja: Kabel 1,3m Impedancja: 30 Ohm Czułość: 113dB @1kHz Jack 3,5mm Wtyk: 2-pin 0,78m Pasmo: 18Hz~40kHz [email protected] System testowy: Pliki: Raspberry PI4 + Allo DigiOne Signature z wgranym MoodeAudio 6.3, Roon Bridge oraz laptop z programem Foobar 2000 DAC: IFI XDSD Wzmacniacz: Lucarto Audio Alberto HPA200, Aune X1s 10th anniversary Interkonekty: Haiku Audio, Albedo Flat One Kabel USB: Lucarto Audio, Taga Harmony TUD Sieciówki: Lucarto Audio PC -2EVO Słuchawki: VSONIC GR07X, FIIO FH1, CAYIN YB04 Dystrybucja: www.audiomagic.pl
  34. 2 points
    Ciężko nam wyobrazić sobie wygodę korzystania z portali społecznościowych czy streamingowych bez smartfona z dużym wyświetlaczem, który przenosi nas w wirtualny świat facebooka czy instagrama, ale jednocześnie jest nam mniej wygodnie trzymać telefon w kieszeni z podpiętymi słuchawkami, nie wspominając już o audiofilskich DAP ach, które swoje ważą. Jedni wybierają słuchawki bluetooh inni szukają alternatywnych rozwiązań, które w parze z wygodę dają też, świetną jakość dźwięku. Właśnie w to miejsce wpasowuje się najnowsze dziecko firmy FIIO – BTR 5, czyli, przenośny wzmacniacz Bluetooth Hi-Res i dac usb w kompaktowym wydaniu. Przy wadze zaledwie 43 gr i wielkości zapalniczki zmienia nasz zestaw w lekkie rozwiązanie, dzięki któremu możesz nosić tylko BTR 5 i słuchawki, a jednocześnie pozostać aktywnym, gdy DAP czy smartfon leży w pobliżu. W zestawie dostajemy: BTR5, przeźroczyste etui z klipsem, kabel USB A – C oraz instrukcję szybkiego startu. Obudowa Fiio jest prosta i minimalistyczna, wykonana z aluminium i szkła o wymiarach 72 mm × 32 mm × 11 mm . Na górze odbiornika znajdują się dwa wyjścia - 2,5 mm zbalansowane i 3,5 regularne, które obsługuje urządzenia głośnomówiące. Po prawej stronie mamy przycisk włączania ON/OFF, który jednocześnie służy do wywoływania funkcji menu przez dwa kliknięcia. Pod nim znajduje się, uniwersalny przycisk (odtwarzanie / pauza, przełącznik menu, parowanie bluetooth, a jeszcze niżej przełącznik głośności i przełączanie ścieżek. W dolnej części znajduje się wejście USB-C, które służy do ładowania lub podłączenia, jako USB-DAC. Specyfikacja BTR 5 jest imponująca, mamy tu podwójny DAC ESS SABRE ES9218P, interfejs USB - XMOS XUF208, interfejs bezprzewodowy CSR8675, Bluetooth: 5.0 z obsługą kodeków AAC, SBC, aptX, aptX LL, aptX HD, LDAC. Obsługa BTR5 jest prosta i intuicyjna, wystarczy sparować nasz telefon czy tablet z urządzeniem, podłączyć słuchawki i cieszyć się muzyką. Mamy do wyboru też wiele filtrów i ustawień, które możemy wywołać z menu, ale prościej i wygodniej jest zainstalować na naszym smatfonie aplikację FIIO Music i za jej pomocą dokonać konfiguracji. W menu aplikacji mamy do wyboru cztery zakładki: - status, gdzie możemy ustawić opcję zasilania, tryb samochodowy czy preferowane kodeki. - EQ, korektor graficzny, gdzie mamy do wyboru różne filtry, zmieniające charakter dźwięku, - Audio, gdzie znajduje się kalkulator słuchawek, regulacja głośności, filtry dolnoprzepustowe, - Czwarta zakładka to instrukcja obsługi. FIIO Btr5 nie zawodzi dźwiękiem, niskie tony są szybkie i dynamiczne, nie brakuje im rozdzielczości, ale to zasługa Ess Sabre, który nadaje szczegółowość reprodukcji poszczególnych nagrań. Tony średnie brzmią naturalnie, nie są podbarwione czy ocieplone, przez co wokale są czyste, rozdzielcze i detaliczne. Pozytywnie oceniam wysokie tony, przejrzyste, czyste bez szeleszczenia. BTR5 kreuje szeroką scenę dźwiękową, z dużą ilością powietrza, jest ona przejrzysta i dynamiczna. Można powiedzieć, że dzięki tej neutralnej, prezentacji, Fiio brzmi uniwersalnie, nie faworyzuje konkretnych gatunków muzycznych, charakter dźwieku będzie bardziej zależał od słuchawek jakie podłączymy do Fiio. Btr5 sprawdza się również bardzo dobrze, jako dac podłączony przez wejście USB do laptopa czy komputera, jakość dźwięku z pominięciem karty dźwiękowej windowsa, jest znacznie lepsza. Podsumowując, firmie Fiio udało się stworzyć odbiornik i wzmacniacz bluetooth o kompaktowych wymiarach, poprawiający wygodę użytkowania i dający nam jakość dźwięku dobrego odtwarzacz. Dane techniczne DAC: 2 × ES9218PC Interfejs USB: XMOS XUF208 Interfejs bezprzewodowy: CSR8675 Bluetooth: 5.0 z obsługą kodeków AAC, SBC, aptX, aptX LL, aptX HD, LDAC Maksymalna rozdzielczość (USB DAC): 384 kHz / 32 bity, DSD256 Ekran: 0,5 ″, monochromatyczny wyświetlacz OLED Bateria: 550 mAh Czas ładowania: ~ 1,5 godziny Czas odtwarzania (Bluetooth): ~ 9 godzin Waga: 44 g. Wymiary: 72 mm × 32 mm × 11 mm Moc wyjściowa: 80 mWt @ 32Ω THD + hałas: <0,003% Impedancja wyjściowa: ≤ 1 Ω Zalecane obciążenie impedancji: 16Ω ~ 100Ω Stosunek sygnału do szumu: ≥118 dB Zrównoważona wydajność Moc wyjściowa: 240 mWt przy 32 Ω THD + hałas: <0,002% Impedancja wyjściowa: ≤2Ω Zalecane obciążenie impedancji: 16Ω ~ 150Ω Stosunek sygnału do szumu: ≥122 dB [email protected] System testowy: Pliki: Raspberry PI4 + Allo DigiOne Signature z wgranym MoodeAudio 6.3, Roon Bridge oraz laptop z programem Foobar 2000 DAC: IFI XDSD Wzmacniacz: Lucarto Audio Alberto HPA200, Aune X1s 10th anniversary Interkonekty: Haiku Audio, Albedo Flat One Kabel USB: Lucarto Audio, Taga Harmony TUD Sieciówki: Lucarto Audio PC -2EVO Słuchawki: VSONIC GR07X, FIIO FH1, CAYIN YB04 Dystrybucja: www.audiomagic.pl
  35. 2 points
    Witamy serdecznie! Mamy zaszczyt zaprosić Państwa na podwójne, wielkie wydarzenie. Na początek przygotowaliśmy dla Państwa premierę płyty "Wolne loty" Pana Marka Bilińskiego. Jest nam szczególnie miło ponieważ Pan Marek skorzystał z naszej porady i podczas nagrywania w swoim studiu użył po raz pierwszy okablowania firmy Siltech z serii Classic Anniversary. Jest to dla nas duży zaszczyt i powód do radości; niezmiernie cieszy nas fakt, że muzykom coraz bardziej zależy na tworzeniu muzyki w najlepszej jakości. Tradycyjnie, od godziny 12 Pan Marek będzie gościem w naszym salonie przy ulicy Malborskiej. Chcielibyśmy również zaprosić na premierę wzmacniacza zintegrowanego Accuphase E-800. Będzie on porównywany w odsłuchu "w ciemno" z przedwzmacniaczem C-2450 napędzającym końcówkę mocy A-48. Integra E-800 jest pierwszym wzmacniaczem firmy Accuphase bezkompromisowo zawierającym te dwie powyższe jednostki. Po raz pierwszy dokonamy porównania zestawów w określonym budżecie cenowym, mianowicie pomiędzy 120, a 135 tys złotych. W tej kwocie zawierają się okablowanie oraz akcesoria audio. Mamy nadzieję, że uda się Państwu współuczestniczyć nam w czasie tego niecodziennego wydarzenia! -- Pozdrawiamy www.nautilus.net.pl
  36. 2 points
    W świecie audio niewątpliwie panuje przekonanie wśród wielu, że "muzykę gra tylko sprzęt audio". Niestety jest to błędne założenie, a jak bardzo - niech świadczą głosy doświadczonych audiofilii i melomanów, mających od lat styczność z dobrej klasy systemami audio, ale i odpowiednio przygotowanymi pokojami od strony akustycznej i... nie tylko akustycznej. Jednym z tych ważnych, a często lekceważonych przez "nowicjuszy" elementów są platformy antywibracyjne. Ile mogą one przynieść korzyści sprawdziło już wiele osób i zdecydowana większość rozumie sens ich stosowania w swoich systemach. Rzecz jasna są w świecie audio produkty dobre, bardzo dobre i takie, o których lepiej nie wspominać wcale. Każdy w swoim życiu musi przekonać się sam, że ten ostatni "gatunek" jest najprostszą drogą... do nikąd. Oczywiście jest to droga na skróty gdzie na koniec i tak trafiamy do... punktu wyjścia, posiadając jedynie mniejszy zasób gotówki w portfelu. Tak jest w tym naszym świecie audio hobby ze wszystkim, z głośnikami od domorosłych specjalistów szukających naiwnych, by kupili "cudowne głośniki", z których brzmienie przypomina nam "jak na żywo" tą uzyskiwaną w Filharmonii w Hamburgu... Odstawmy jednak żarty na bok i skupmy się na tych dwóch pierwszych "gatunkach" produktów w naszym systemie - dobrym i bardzo dobrym. Bez dwóch zdań w kategorii tych najlepszych będą produkty firmy ROGOZ Audio, która od wielu lat znana jest i ceniona wśród audiofilii, i melomanów. Produkty tej firmy pomagają wszystkim zainteresowanym zmierzyć się w swoich systemach z problemem wibracji pochodzącym nie tylko z samego otoczenia w jakim funkcjonuje nasz system, ale i z samego sprzętu. Firma nie ustaje w dążeniu do uzyskania jak najlepszego efektu i dostarczeniu swojemu klientowi produktu w pełni spełniającemu jego oczekiwania. Prace nad nowymi rozwiązaniami przyniosły oczekiwany skutek w postaci obecnie wprowadzonej na rynek platformy ROGOZ AUDIO FINALE/BBS FINALE/BBS to ten "gatunek" produktu, którego posiadanie już od pierwszej chwili czyli od strony wizualnej daje poczucie pewnego High Endu. Wykonanie na najwyższym poziomie w najdrobniejszym szczególe, gdzie każdy element, każdy detal pokazuje jak wiele pracy i uwagi przywiązuje się do efektu końcowego. ,Platforma AUDIO FINALE/BBS składa się z dwóch masywnych blatów o grubości 50 mm oraz trzech niezależnych podstaw, które pełnią funkcje stóp nośnych. Ich grubość wynosi 70 mm, a dodajmy jeszcze do tego stalowe kolce, podkładki pośredniczące wykonane z polimeru węglowego (w formie ruchomych półkul nakładanych na kolce), i stalowe soczewkowe łoża do ich oparcia, które firma nazywa w skrócie systemem BBS. Balancing Board System można by opisać w kilku zdaniach, jednak najprościej będzie zacytować opis systemu BBS, a także cytując samego konstruktora, który w bardzo czytelny sposób opisuje mechanizmu szkodliwego przenoszenia się drgań z kolumn na elektronikę cytując konstruktora: "Układ składa się ze stożka, wykonanego z wysokowęglowego stopu stali, zaopatrzonego w gwint pozwalający regulować wysokość, na który nakładane są dwa elementy - każdy z wewnętrznym łożem. Element pośredniczący (środkowy) wykonany jest z polimeru węglowego i podpiera kolejną część - wpuszczone w blat łoże stalowe. Punktowy kontakt między stalowym stożkiem a węglowym elementem pośredniczącym nie pozwala na przesuwanie się tych dwóch elementów w stosunku do własnej osi ale dopuszcza ruch wahadłowy. Natomiast kontakt między elementem pośredniczącym a łożem umocowanym w blacie dopuszcza ograniczony ruch toczenia oraz ruch ślizgowy. Połączono zatem zalety punktowego podparcia na stożkach (po zminimalizowaniu powierzchni styku energia kinetyczna zamienia się w energię termiczną - entropia) z efektami tłumienia drgań w skutek tarcia ślizgowego i oporu toczenia." ,,Głównym zadaniem wszystkich naszych układów antywibracyjnych (stolików, platform, standów głośnikowych) jest likwidowanie sprzężenia pomiędzy kolumnami głośnikowymi a sprzętem elektronicznym indukującym energię generowaną przez kolumny. Jest to tzw. dodatnie sprzęganie akustyczne – zjawisko polegające na tym, że sygnał końcowy toru muzycznego (dźwięk wytworzony przez kolumny) pojawia się ponownie na wejściu toru (w źródle, wzmacniaczach, kablach, itd.). Drgania generowane przez kolumny głośnikowe przenoszą się przez podłogę i strop na elektronikę, a następnie dodają się do oryginalnego sygnału zmieniając go. Dzieje się to na zasadach mikrofonowania oraz zamiany drgań mechanicznych na drgania elektryczne poprzez przetworzenie pojemnościowe i indukcyjne na wszystkich etapach przetwarzania sygnałów elektrycznych, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z ruchem cząstek obdarzonych ładunkiem, obojętnie, czy są to elektrony w kablach i transformatorach, czy jony w elementach inercyjnych (kondensatorach, cewkach)." Wbrew pozorom nie jest to zbyt skomplikowane w praktyce i w trakcie składania całej platformy poznajemy kilka ciekawych rozwiązań o jakich mowa w powyższym cytacie. W rzeczywistości przekładając całą powyższą treść (w skrócie): cały układ ma za zadanie minimalizować wszystkie drgania, te z samego urządzenia (lub kolumn, o tym za chwile), jak i z otoczenia w którym znajduje się nasz sprzęt audio. Ruchome blaty mają wygaszać drgania siłami bezwładu swoich mas (ujemne przyśpieszenie) oraz strukturą wewnętrzną użytego materiału (każdy blat to sandwicz składający się z trzech warstw sprasowanych ze sobą płyt MDF i HDF, z których każda posiada inną gęstość. Napisałem w zdaniu, że platforma firmy ROGOZ doskonale spełnia swoje zadanie jako podstawa tłumiąca drgania pochodzące wprost z kolumn, bo to prawda. Jej wielkość, masa a także wykonanie umożliwiają wykorzystanie ich jako podstaw pod nasze kolumny głośnikowe. Każdy zainteresowany znajdzie odpowiedni zapis w instrukcji, czym tylko przyprawi nabywce o kolejny zawrót głowy... bo zamiast jednej platformy pod konkretny sprzęt możemy zacząć kombinować z platformą i naszymi kolumnami. A tu do zabawy potrzebne są co oczywiste aż dwie sztuki. Warto o tym pamiętać, że cena platformy nie należy do tych najniższych, ale (o czym poniżej) jest w pełni uzasadniona. Do naszego testu otrzymaliśmy (niestety) tylko jedną sztukę FINALE/BBS, co w dużym stopniu ograniczyło nasze możliwości testowe. A do samych testów służył nam w głównej mierze gramofon Nottingham Analogue Spacedeck i nie bez powodu. Gramofon ten jest dostarczany w komplecie z platformą antywibracyjną, była więc okazja skonfrontowania fabrycznej z otrzymaną do testów. Czuliśmy się przy tym w dużym stopniu mało komfortowo, bo platforma cenowo zbliżała się do ceny gramofonu, ale ten swoisty mezalians postanowiliśmy i tak sprawdzić w akcji. Niestety droższy gramofon nie dotarł do nas na czas, więc pozostało nam rozpocząć i skończyć testy z tym, co mieliśmy "pod ręką" w swoim systemie. Zmieniając platformę fabrycznie dostarczoną wraz z Nottingham Analogue Spacedeck na FINALE/BBS od firmy ROGOZ Audio od pierwszej chwili można było wyłapać różnice w brzmieniu. Muzyka płynąca z albumu Ennio Morricone Collected (wersja clear, limitowana) była spójniejsza w całym zakresie, mniej nerwowa dająca przy tym poczucie większej detaliczności. Dźwięk z jednej strony bardziej uspokojony, z drugiej ciut bardziej otwarty na pewne detale i niuanse. By nie popaść w skrajność oceny postanowiliśmy wrócić do poprzedniej - fabrycznej platformy i różnica jednak była czytelna, nie na pograniczu błędu odsłuchu czy autosugestii. Po powrocie na platformę dedykowaną wszystko wróciło na in minus w wyżej opisanym zakresie. Firma ROGOZ Audio oddaje w nasze ręce produkt zbliżający nas do upragnionego celu jakim jest najlepsza z możliwych prezentacja nagrania zarejestrowanego na nośniku (w tym przypadku winylowym). Jak wiele zmian zaszło w samym brzmieniu przekonaliśmy się wraz z kolejną płytą. Anniele "After Midnight". Szczególnie w utworze "Full", gdzie słychać było najdrobniejsze smaczki w nagraniu, znacznie czytelniejsze ale i (jak powyżej) pozbawione pewnej nerwowości dźwięki. Tutaj może paść zarzut w naszą stronę, że gramofon kosztuje tyle, ile sama platforma (nie licząc dobrej klasy ramienia i wkładki). To prawda, ale dzięki temu jak na dłoni widać ile jeden element w całym secie może wnieść różnic na plus. Jaka więc różnica wynikałaby z zastosowania FINALE/BBS w przypadku znacznie droższego gramofonu... aż chciałoby się usłyszeć. Niezbędne do testów są też odpowiednie warunki i co istotne osłuchanie z posiadanym systemem, w przypadku platform antywibracyjnych nie ma mowy o uniwersalnym ich zachowaniu się czy identycznym efekcie końcowym w każdym systemie. Wartym jest jednak sprawdzenie czy i ile wnoszą w nasz system audio, bo może okazać się to świetną inwestycją w obecny, ale i co bardzo ważne przyszły posiadany system lub element (np. droższy gramofon). Wracając do samego wykonania platformy - pozostaje mieć życzenie wobec KAŻDEGO Polskiego producenta sprzętu, by przykładał taką uwagę do detali oraz efektu końcowego. Wbrew pozorom takiej jakości wykończenie MDF'u na wysoki połysk nie jest proste i zaraz przypomina mi to historię pewnego stolarza, który proponował (celem uzyskania BARDZO wysokiego połysku na innej platformie) użycie dużej ilości ręcznika papierowego i... Cifu 😉 Ta historia opisana jest z pewną przekorą ale nie bez powodu bo pokazuję, że nawet "starej daty" stolarze nie zawsze mogą sprostać naszym oczekiwaniom względem jakości. To, co oferują produkty firmy ROGOZ Audio od strony wykonania zasługuje na najwyższą ocenę i nie sposób tego pominąć w tej recenzji. Do naszych testów trafiła platforma biała, lakierowana na wysoki połysk. Producent zapewnia przy tym, że każdy klient otrzyma produkt pod swoje oczekiwania w temacie kolorystki, bez względu na indywidualne potrzeby. Mnogość barw i odcieni sięga ponad 2500, a gwarantuje to wykorzystanie barw z szerokiej oferty katalogu RAL ale i NCS, stworzonego przez Scandinavian Colour Institute. Chyba wszystkich nas marzeniem jest nie tyle słuchanie samej muzyki, ile w zaciszu domowym zbliżenie nas (na naszym sprzęcie) do "duszy muzyki", tego wszystkiego co nazywamy jak najprawdziwszym przekazem. Posiadany system w trakcie odtwarzania może nas bardzo oddalić od oczekiwanego efektu, a każdy nawet najdrobniejszy szczegół pominięty w systemie dołoży tą "złą cegiełkę". Warto więc budując od podstaw lub zmieniając swój system zwrócić uwagę na istotną rzecz w tej całej układance. Stoliki antywibracyjne czy właśnie platformy mogą wnieść naprawdę wiele na korzyść. Nie warto przy tym iść na kompromis i pomimo wydawałoby się nie małej kwoty za FINALE/BBS, jest to inwestycja na długie lata. Czy platforma antywibracyjna w trakcie testów przekonała nas na tyle, by z czystym sumieniem polecić ją każdemu? I tak i nie. Na pewno każdy meloman czy audiofil mający świadomość wybranego kierunku w budowaniu systemu audio premium doceni zalety konstrukcji FINALE/BBS. W dobrej klasy systemie, jako element towarzyszący będzie to jeśli nie kropka nad i, to na pewno znaczący wkład w cały system. W takim przypadku 6000 złotych wydaje się być nic nie znaczącym wydatkiem, a realnie wpływającym na jakość uzyskiwanego brzmienia. Nie poleciłbym ją natomiast tym wszystkim, dla których system opiera się w głównej mierze o wzmacniacze/wielokanałowe rozwiązania kina domowego czy wszelkie źródła cyfrowe nie sięgające pewnego pułapu cenowego. W takim przypadku będę brutalny nie dla samej konstrukcji firmy ROGOZ Audio, a dla takiego systemu - lepiej postawić na lepszej klasy wielokanałowy amplituner/wzmacniacz czy wyższej klasy odtwarzacz. To tu uzyskacie znacznie lepszą poprawę brzmienia i sensowniej wydacie swoje pieniądze, a dopiero po takich zmianach powinniście myśleć o inwestycji w platformę firmy ROGOZ Audio. Nie da się przeskoczyć pewnych rzeczy w świecie audio, tak w elektronice jak i samej fizyce - nie da się iść na skróty. FINALE/BBS to produkt premium z "krwi i kości", który przeznaczony jest dla konkretnego odbiorcy. Klienta świadomego swoich potrzeb i poszukującego produktu wysokiej klasy, uznanej od lat firmy i do tego realnie wpływającego na końcowe brzmienia w odpowiednim systemie audio. Niestety jednego nie jestem w stanie zagwarantować, że w absolutnie każdym wypadku zmiany będą bardziej lub mniej spektakularne. Na pewno one nastąpią i będą one szły w dobrym (czyt. oczekiwanym) kierunku, ale ich zakres zależy od wielu zmiennych. Warto więc zamówić do testów, posłuchać i... zapewne zostawić w swoim systemie. Zamawiając platformę przygotujcie się też na solidną porcję wysiłku fizycznego oraz (to chyba najlepszy pomysł) zaproście do rozpakowania kogoś bliskiego czy znajomego. W sporym opakowaniu, solidnie zabezpieczona do transportu platforma waży "swoje", ale też daje spore możliwości użytkowe. Jesteśmy w stanie bezpiecznie umieścić na niej sprzęt czy kolumny do 150 kg! Na koniec bardzo ważna informacja - zmiana barwy platformy nie wpływa na jej cenę końcową. Dodatkowo producent przewiduje pod indywidualne zamówienie zmianę wymiarów czy rodzaj blatów. Sporo. Rekomendacja? Niech za rekomendację posłuży fakt, że z przykrością rozstawaliśmy się z FINALE/BBS firmy ROGOZ Audio po okresie testów. Zdjęcia pochodzą od firmy ROGOZ Audio i zostały wykorzystane za zgodą właściciela firmy. W szerszym zakresie z samym produktem oraz całą ofertą ROGOZ Audio możecie zapoznać się wchodząc na stronę: https://www.rogoz-audio.com/Products/61/44/PLATFORMA-ANTYWIBRACYJNA-ROGOZ-AUDIO-FINALE-BBS.html#prettyPhoto AudioRecki DANE TECHNICZNE wysokość całkowita – 194 mm szerokość całkowita - 600 mm głębokość całkowita - 460 mm profile stop nośnych – sandwicz MDF + HDF blat wierzchni – sandwich MDF + HDF 600 x 460 x 50 mm blat pośredniczący – sandwich MDF + HDF 600 x 460 x 50 mm maksymalne obciążenie - do 150 kg W ZESTAWIE: 1 blat wierzchni 1 blat pośredniczący 3 stopy nośne stożki do regulowania poziomu podwójny układ BBS (6 punktów podparcia) ZASTOSOWANIE: odtwarzacze CD; gramofony analogowe; końcówki mocy; wzmacniacze zintegrowane; przedwzmacniacze; kolumny głośnikowe
  37. 2 points
    Najbardziej znane i cenione dzieło w historii tańca klasycznego? Absolutnie każdy powie, że "Jezioro Łabędzie" Piotra Czajkowskiego Prapremiera baletu miała miejsce w 1877 r. w Moskwie. Interesujący jest fakt, że prapremiera niestety nie odniosła większego sukcesu, co dziś wydaje się wręcz niemożliwe. Dopiero 7 lat później dzięki niezwykłej oprawie Mariusa Petipy oraz Lwa Ivanowa "Jezioro Łabędzie" pokazało całemu światu swoje prawdziwe piękno. Dzięki życzliwości firmy Audiotrendt z Krakowa mamy dla naszych czytelników i forumowiczów przepiękny prezent pod choinkę, a raczej osiem prezentów! Tymi prezentami są płyty Blu-Ray z zarejestrowanym w 2015 roku w Royal House Opera "Jeziorem Łabędzim". Spośród wszystkich, którzy pozostawią w swoim komentarzu odpowiedź na proste pytanie: na jakiej ulicy znajduje się salon Audiotrendt w Krakowie rozlosujemy aż 8 płyt Blu-Ray z tym arcydziełem! Zapraszamy do udziału i życzymy udanej zabawy! Zwycięzcy zostaną poinformowani poprzez PW o wygranej. Swoje odpowiedzi można pozostawiać maksymalnie do 28 grudnia, godz: 23:59 Dziękujemy firmie https://audiotrendt.com.pl za wsparcie i choinkowo-świąteczny prezent! AudioRecki
  38. 2 points
    Jakby się tak na spokojnie zastanowić, to żyjemy w czasach, gdy doszliśmy do momentu, w którym niedopowiedzenia a czasem wręcz ewidentne ułomności przyjmują status swoistych unikalności, wyjątkowości a tym samym mniej, bądź bardziej umiejętnie budowane są wokół nich potrzeby odbiorców. Weźmy na ten przykład segment telefonów komórkowych. Pamiętacie czasy, gdy „komórkę” wybierało się głównie pod kątem żywotności baterii? Kilka dni, tydzień bez ładowania? Proszę bardzo – modeli spełniających powyższe kryterium było praktycznie pod kolor oczu. A obecnie? Większość użytkowników popada w ekscytację, gdy ich wypasiony smartfon wytrzyma dobę, przez co widok „przyklejonych” na lotniskach, w centrach handlowych, czy ostatnio nawet w środkach komunikacji miejskiej do gniazdek nieszczęśników już nikogo nie dziwi. Jeśli zaś chodzi o audio, to słowem - kluczem jest bezprzewodowość. Znaczy się pozorna wolność od kabli i prawie pełna swoboda. Prawie? Oczywiście, przecież oprócz umożliwiających pracę przez kilkanaście/dziesiąt godzin głośników Bluetooth, jak np. Denon New Envaya, czy słuchawek Audio-Technica ATH-CKS5TW owych rzeczywistych przykładów bezprzewodowości de facto nie ma. Dlatego też z pewną pobłażliwością patrzę na wszelakiej maści stacjonarne systemy bezprzewodowe, gdzie okablowanie sygnałowe chciał/nie chciał zastąpiono zasilającym, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności, pomimo niewątpliwego rozwoju technologii perpetuum mobile jeszcze nie jest osiągalne dla zwykłych śmiertelników. Traf jednak chciał, że wraz z kolejnym dostarczonym na testy soundbarem przybyły dedykowane mu i stanowiące kompletny system głośniki efektowe, oraz subwoofer. Oczywiście okraszone sygnaturą wielokanałowej „bezprzewodowości”. Cóż to za cudo? To najbardziej rozbudowany set z serii Polk MagniFi z dopiskiem MAX SR. Dla porządku pragnąłbym jednak wyjaśnić pewien drobiazg. Otóż swojego zdania co do kina domowego nie mam zamiaru, przynajmniej w najbliższym czasie, zmieniać a umawiając się z Hornem - dystrybutorem marki na test uzgodniliśmy, że podeślą któryś z soudbarów. W nomenklaturę oczywiście nie wnikałem, gdyż nazewnictwo zmienia się w tym segmencie jak widok za oknem pędzącego TGV, podobnie z resztą jak niemalże sezonowa wymiana modeli. Ponadto, po ostatniej przygodzie z Yamahą YAS-109 https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-kolumny/yamaha-yas-109-r926/ spodziewałem się stosunkowo niewielkiej, podłużnej paczki i równie mało absorbującego przestrzennie wsadu spełniającego jedynie funkcję ratowniczą dla honoru cibkich jak opłatek i równie cienko brzmiących współczesnych telewizorów. Tymczasem, gdy u mych drzwi stanął mocno zasapany kurier taszczący pudło z powodzeniem mogące pomieścić co najmniej gitarę elektryczną z dedykowanym „piecykiem” w iście ekspresowym tempie musiałem zweryfikować własne wyobrażenia. Okazało się bowiem, że stawiając na jak największą „poręczność” producent zapakował wspomnianą we wstępniaku czterosegmentową zgraję w jeden, finezyjnie „połamany” karton w którym o dziwo nic nie latało. Szybka wiwisekcja wykazała, iż poszczególne głośniki otrzymały własne, solidnie zabezpieczone styropianowymi profilami komory, więc pomijając mało standardowe wymiary nawet przy korzystaniu z usług popularnych firm spedycyjnych szanse na to, że zamówiony w internetowym sklepie zestaw dotrze do nas w nienaruszonym stanie, wydają się całkiem spore. Przejdźmy jednak do szczegółów. Jak się z pewnością domyślacie rolę serca i centrum zarządzania całym systemem Polka jest MagniFi MAX, czyli wyposażony nie tylko w dekodery Dolby Digital i DTS, lecz również w siedem (!!) przetworników soundbar. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa niemalże całą jego widoczną powierzchnię pokrywa zamontowana na stałe tekstylna maskownica i praktycznie jedynie na skrajach, stanowiących jednocześnie ujście kanałów bas refleks znalazły się plastikowe profile. Na takim, przyodzianym w popielaty „sweterek” korpusie uwagę zwraca centralnie umieszczona na ścianie przedniej trapezoidalna ramka. Kryje ona dedykowaną ścieżkom dialogowym sekcję głośnika centralnego wspieranego własną amplifikacją i autorską technologią Polk VoiceAdjust® pozwalającą na indywidualne nastawy „intensywności” słyszalności prowadzonych przez bohaterów odtwarzanych materiałów rozmów. Warto zwrócić w tym momencie uwagę iż owej regulacji dokonujemy niezależnie od ogólnego poziomu głośności systemu. Sprytne, nieprawdaż? A właśnie za sterowanie odpowiedzialny jest umieszczony na ścianie górnej niewielki, siedmioprzyciskowy panel, choć jeśli mam być szczery zdecydowanie bardziej polecam znajdujący się w komplecie zaskakująco estetyczny i poręczny pilot zdalnego sterowania. Ściana tylna również dostarcza miłych niespodzianek, gdyż znajdziemy na niej aż trzy zgodne z technologii 4K wejścia i jedno wyjście HDMI, wejście optyczne, liniowe (3,5 mm mini jack) i nieodłączne w dzisiejszych czasach Ethernet. Całości dopełniają gniazdo serwisowe USB, dwa niewielkie przyciski umożliwiające reset bezprzewodowych ustawień sieciowych i łączności z satelitami, oraz subwooferem. A właśnie, znajdujący się w komplecie subwoofer od strony wizualnej wydaje się całkiem udanym połączeniem zaawansowanego nawilżacza powietrza ze „schodkiem” ułatwiającym dostęp do wyższych półek. To oczywiście niewinny żart, gdyż zaoblona na krawędziach, delikatnie zwężająca się ku górze popielata bryła prezentuje się całkiem atrakcyjnie, choć wykonanie korpusu z tworzywa sztucznego może nie wszystkim przypaść do gustu. Konstrukcję oparto na 20 cm celulozowym przetworniku niskotonowym umieszczonym w podstawie, wspomaganym znajdującym się tuż obok kanałem bas refleks. Z oczywistych, wynikających z deklarowanej bezprzewodowości względów interfejsy w jego przypadku graniczono do gniazd zasilającego i … przycisku umożliwiającego sparowanie z jednostką centralną. Podobnie sprawy się mają w przypadku satelitek SR1, z tą tylko różnicą, że za ich zasilanie odpowiadają wyposażone w całkiem długie przewody zasilacze wtyczkowe. Summa summarum do działania powyższego zestawu warto zabezpieczyć ni mniej ni więcej, jak cztery „kontakty”, znaczy się gniazda zasilające i to niekoniecznie zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie, gdyż o ile soundbar i sub jakoś da się ze sobą skomponować, to już satelitki wypadałoby ustawić/powiesić za miejscem odsłuchowym a przy okazji zadbać, aby domownicy nie potykali się o prowadzące do nich przewody zasilające. Ot i cały urok wspominanej bezprzewodowości w pełnej krasie. Za miły dodatek można uznać obecność w zestawie firmowym przewodu Toslink i HDMI, oraz szablonów umożliwiających dokonanie stosownych odwiertów umożliwiających zawieszenie soundbara i satelitek na ścianach. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze tylko, że tytułowy set zapewnia również bezprzewodową komunikację po Bluetooth i Wi-Fi a co za tym idzie obsługę technologii Chromecast. I jeszcze jedno - sama konfiguracja na dobrą sprawę ogranicza się do podpięcia wszystkich głośników do prądu i włączenie soundbara, reszta „robi się” praktycznie sama. Jak sami z pewnością zauważyliście dostarczony na testy zestaw nosił wyraźne ślady użytkowania, co oczywiście potwierdził sam Dystrybutor wyjaśniając iż nie dość, że Polki grały przez dłuższy czas w salonie i odbyły prawdziwy Tour de Pologne po branżowych redakcjach, to jeszcze dzielnie walczyły na PGE Narodowym podczas ostatniej edycji Audio Video Show. Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym warto pamiętać o tym, iż poza indywidulnym nastawom dotyczącym czytelności dialogów, obecności subwoofera i głośników efektowych do dyspozycji mamy trzy „presety” – profile dedykowane filmom, wydarzeniom sportowym i muzyce okraszone opatentowaną technologią Polk SDA® Surround. W praktyce oznacza to, że odsłuchy ulubionych nagrań muzycznych zlokalizowanych np. na lokalnym NAS-ie nie bolą. A to już duży postęp. Tzn. od razu zaznaczę, że najpierw należy zapomnieć o standardowym podejściu do tematu reprodukcji muzyki, gdzie jesteśmy w stanie zdefiniować scenę, czy też ustawienie w poszczególnych planach źródeł pozornych. Polk stawia bowiem na wielokanałowość nawet tam, gdzie jej de facto nie ma, więc dźwięki otaczają nas zewsząd a my lądujemy w samym centrum wydarzeń. Co jednak najistotniejsze po kilkugodzinnej akomodacji da się z takim sposobem prezentacji żyć a miłośnicy „Tubular Bells 2003” Mike’a Oldfielda dostępnych w wersji 5.1 powinni poczuć się wręcz wniebowzięci. Jednak swoje prawdziwe oblicze Polk MagniFi MAX SR pokazuje dopiero na hollywoodzkich superprodukcjach dając całkiem satysfakcjonującą namiastkę prawdziwej sali kinowej. Śmiem wręcz twierdzić, iż w niektórych przypadkach jest w stanie wypaść nawet lepiej, gdyż oszczędza nam irytującej obecności „niezorientowanych cywilizacyjnie” wpółoglądaczy i związanej z nimi wątpliwej urody mieszanki zapachów nachosów, popcornu i innych nie do końca strawionych potraw i napojów. Jednak ad rem. Po pierwsze wypada pochwalić spójność, koherencję i niezwykłą komunikatywność samego soundbara, który nawet w wersji „solo”, czyli bez satelitek i basowego wspomagacza niejako na starcie deklasuje pod względem wyrafinowania lwią część głośników wbudowanych w telewizory i to nawet te z półki premium. Po drugie sub, który nawet w optymalnym / neutralnym ustawieniu stara się zaznaczyć swoją obecność co i rusz mniej, bądź bardziej delikatnie pomrukując. Zdecydowanie mniej delikatnie było np. na „Live With The Plovdiv Psychotic Symphony” Sons Of Apollo, gdzie miał co robić. W dodatku w co bardziej dynamicznych fragmentach wytwarzane przez niego ciśnienie akustyczne wprawiało jego niezbyt masywny korpus w zauważalne wibracje, co skłoniło mnie do podjęcia stosownych środków zaradczych, co oznaczało po prostu dociążenie go dwiema opasłymi książkami kucharskimi (z granitową płytą wolałem nie ryzykować – w końcu tytułowy system miał wrócić do dystrybutora w stanie nie gorszym od tego, w jakim go otrzymałem), co zniwelowało pasożytnicze artefakty, poprawiło kontury dźwięków a tym samym pozytywnie wpłynęło na samą kontrolę najniższych składowych. Po ww. tuningu już nie miałem oporów przed niemalże koncertowymi poziomami głośności, ku uciesze zarówno mojej nastoletniej progenitury z lubością katującej niezliczone wersje Forzy Horizon, jak i całej rodzinki, gdy przypominaliśmy sobie m.in. „Fast Five” i „Bohemian Rhapsody”. Doskonale zdaję sobie sprawę, iż nie jest to kino moralnego niepokoju, ani rumuński dramat psychologiczny, ale skoro sam producent deklaruje „maksymalną wydajność prawdziwego dźwięku 5.1 surround”, to czułem się w obowiązku tego właśnie doświadczyć. I wiecie co? Polk MagniFi MAX SR właśnie taką intensywność doznań zapewnia. Na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że Polk MagniFi MAX SR jest kolejnym wcieleniem koszmarnych zestawów kina domowego jakie w momencie wielokanałowego boomu zalegały na hipermarketowych półkach. Okazuje się jednak, że Polk to zupełnie inna liga, gdzie ilość idzie w parze z jakością a biorąc pod uwagę kraj pochodzenia daje nabywcy niejakie wyobrażenie jak potrafią bawić się za oceanem. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 3 198 PLN Dane techniczne Moc szczytowa: 400 W (Sound Bar: 180 W, Subwoofer: 160 W, Surround: 60 W) Pasmo przenoszenia: 35 Hz - 20 kHz Dekodery: DTS, Dolby Digital MagniFi MAX Sound Bar Wykorzystane przetworniki: 4 szt 1" (2,54 cm) x 3" (7,62 cm) (owal) - przetwornik średnio / niskotonowy, 2 szt. 0,75 cala (1,91 cm) - przetwornik wysokotonowy, 1" (2,54 cm) - przetwornik średniotonowy Wi-Fi: 802,11 a / b / g / n / AC - 2,4 GHz i 5 GHz Wejścia: 3x4K HDMI, Toslink Optical, 3,5 mm mini jack (AUX), Ethernet Wyjścia: HDMI (ARC) Wymiary (WxSxG): 5,31x109,22x9,6 cm Waga: 2,74 kg Subwoofer Wykorzystane przetworniki: 8" (20,32 cm) Wymiary (WxSxG):36,93x37,13x30,76 Waga: 6,12 kg SR1 Bezprzewodowe głośniki surround Wykorzystane przetworniki: 3" (7,62 cm) średnio / niskotonowy Komunikacja: Bezprzewodowy streaming z soundbara MagniFi MAX
  39. 2 points
    Z głośnikami Wharfedale jest tak, że patrząc na typowo marketowe produkty tej marki ciężko doszukiwać się audiofilskiego polotu czy brzmienia godnego "starych wyjadaczy" świata audio. Ale to jedna strona medalu firmy, która trafia pod strzechy przeciętnego Kowalskiego jednocześnie oferując... no właśnie, oferując produkty zgoła niepodobne do podstawowych modeli tej firmy. I nie żebym coś miał do produktów niskobudżetowych! Tak jak rozumiem, że jest to strategia firmy obliczona na ilość sprzedawanych kolumn i co interesujące - wcale nie taką znowu słabą jakość brzmienia czy wykonania w stosunku do ceny. I może podniesie się głos sprzeciwu, że tanie Wharfedale nie mogą konkurować z dobrej klasy głośnikami innych (audiofilskich firm). Tak, tanie i amsowe nie mogą, za to nieznacznie droższe jak na warunki świata audiofilskiego i do tego w wersji limitowanej ze spokojem konkurują w swoim przedziale cenowym z naprawdę sporą ilością konkurentów. Mowa tu oczywiście o modelu Linton 85th, czyli jak sama nazwa wskazuje, jest to rocznicowe wydanie jakby "okrągłej" daty. Na naszym Forum powstał już osobny temat obejmujący te kolumny i przeglądając go nie trudno wywnioskować, że w większości kolumny te mają swoich zwolenników. Aby przekonać się o ich fenomenie udałem się do Krakowa gdzie swoją siedzibę ma firma Audiotrendt. Odpowiednio dobrany cały zestaw w (co nie mniej ważne) bardzo dobrze przygotowanym od strony akustycznej pokoju, zachęcał do zrobienia prawie 200 km w obydwie strony by posłuchać magicznych "85th". Tak, mogłem równie dobrze zabrać je do siebie i podpinać, ustawiać i dobierać cały system - tylko po co? Wchodząc do pokoju odsłuchowego z przygotowanymi "waflami" miałem do wyboru różne kable, różne źródła i ogromną ilość wzmacniaczy. Sam pokój jest mi od strony odsłuchowej znany nie od dziś, więc nie było niespodzianek od tej jakże ważnej dla recenzji strony. (Pokój przygotowany, obok bohaterów artykułu zestaw firmy Hungary Audio) Tyle przydługim słowem wstępu "jak, co i dlaczego". W tym miejscu zaznaczę, że artykuł ten powstał niejako z inicjatywy Was samych, Waszego udziału w istniejącym temacie i przyznaję bez bicia - byliście inspiracją do powstania tej recenzji. Link do toczącej się na audiostereo dyskusji o w/w kolumnach znajdziecie poniżej artykułu. Wharfedale jako firma pomimo wszystko ma znacznie więcej na swoim koncie sukcesów i uznania, niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka. Ogromny potencjał i zdolności do projektowania naprawdę udanych kolumn musiały przełożyć się na kolumny co najmniej dobre. Już na pierwszy rzut oka stoją przed nami kolumny niepodobne do współczesnego świata designu produktów audio. Klasyka, klasyka aż do bólu... ale jak pięknie wykonana! Patrząc na te całkiem spore kolumny tak z bliska jaki i z pozycji osoby odsłuchującej na nich muzykę jesteśmy przekonani o tym, że przyłożono uwagę do najdrobniejszych detali. A jeśli komuś byłoby mało estetycznych doznań - niech postawi Linton'y na dedykowanych standach. To wygląda nie tylko pięknie, to się po prostu chce mieć u siebie w domu! Każdy szczegół przemyślany w najdrobniejszych elementach... a nawet więcej. Poza retro pięknem dostajemy praktyczne rozwiązania, każda bowiem podstawa może służyć jako stojak na nasze płyty. I tu znów ukłon w stronę melomanów i audiofilii kochających dobre brzmienie obudowane stylem retro - stojaki są przeznaczone na płyty winylowe - tak, tak! Jak mówi stare przysłowie ludowe "historia kołem się toczy" - mamy więc w 100% powrót do świata analogu, świata kilku dekad przed tym, zanim internet zawładnął naszym życiem w sposób bezwzględny (nawet za toaletę można płacić telefonem). Czy w tym powrocie do przeszłości poza designem i odniesieniami do pewnych rozwiązań jest coś jeszcze? Czy w 2019 roku melomani dostają produkt w 100% grający tak, jak pamiętają to najstarsi z audiofilii? I tak i nie, i nie jest to ucieczka od odpowiedzi na najważniejsze pytanie "czy Wharfedale oddaje produkt nieprzystający do współczesnych czasów". Odpowiedź jest bardziej złożona i wymaga kilku zdań więcej w temacie samego brzmienia i odsłuchów jakie zostały przeprowadzone na tych kolumnach. Kolumny głośnikowe tego typu wyglądem albo się wpiszą w nasz pokój, albo nie i nie ma co udawać, że nie każdemu ich design przypadnie do gustu. Na przeciwko nowoczesnym konkurentom, którym obłe kształty, uwypuklenia czy wyprofilowane obudowy nadają nowoczesności... Luton'y wyglądają jak Polonez Caro. Ale to tylko pierwsze wrażenie i nawet jeśli nie kochacie się z tego typu kolumnami - bezwzględnie powinniście zastanowić się, czy nie warto coś zmienić w swoim domu, by takie właśnie konstrukcje trafiły do pokoju odsłuchowego. Ich design po kilkunastu minutach przestaje być pierwszoplanowy, odchodzi w dalszy, naprawdę dalszy plan. Nie ma znaczenia, a wręcz zaczynamy dostrzegać piękno całego vintage audio. Wiem coś o tym, jedna z osób która jest nie tylko wiecznie niespełnionym audiofilem, ale i moim przyjacielem tego typu design stanowił zawsze numer 1, do mnie to nigdy nie przemawiało. Aż do dziś. I powodów jest wiele... pierwszy to brzmienie. Wharfedale Linton to głośnik z historią sięgającą 1965 roku, a więc konstrukcja na wskroś dojrzała, przemyślana i dopracowana. Zamontowane w obudowach głośniki zostały zaprojektowane wyłącznie z myślą o Linton Heritage, tak więc w żadnej kolumnie głośnikowej z logo Wharfedale ich nie zobaczymy. A co pod maskownicą (trudno zdejmowalną)? Trójdrożna konstrukcja z 8" głośnikiem niskotonowym z kevlaru, 5" głośnik średniotonowy też z kevlaru i 1" głośniki wysokotonowym (tutaj materiał to miękka tkanina). Tył poza wyraźnym oznaczeniem, że to rocznicowe modele zawiera dwa porty basowe i doskonałej jakości zaciski. Technicznie jest więcej niż dobrze, 20 cm głośnik niskotonowy to już nie przelewki. Stawiamy, ustawiamy - wszystko z myślą o jak najlepszym brzmieniu. Wykorzystujemy więc fabryczne - dedykowane standy z logo W. Wygląda to pięknie (i pisze to ktoś, kto za audio vintage nie przepadał aż do dziś!). Do kolumn podłączamy okablowanie firmy Tellurium Q, przy czym uznajemy "bez przesady cenowej". Średnia półka, czyli wybór pada na model Black i takie też zostają wykorzystane do naszego zestawu. Za źródło świat cyfrowych multimediów (może trochę na przekór?), za to w torze już analogowo jak tylko się da - Hungary Audio pre i końcówka. Zapowiada się na dobre, muzyczne popołudnie. Kolumny są już rozgrzane na tyle, na ile było to możliwe przed samym odsłuchem. Szkoda, że nie było czasu na dłuższe ich rozgrzewanie, bo zapewne kolumny po dłuższym czasie zyskają znacząco na brzmieniu i tylko dodadzą smaczki do tego, co słyszeliśmy już teraz. Według producenta impedancja jest 6 omowa, ale obniża się do minimum 3,5 omów. Tak więc przeznaczenie kolumn Linton Heritage to współpraca ze wzmacniaczami zaprojektowanymi do współpracy z głośnikami o niskiej impedancji. Hungary Audio na tym polu ma sporo do zaoferowania, jest więc set ze sobą maksymalnie dobrany. Źródłem jest muzyka w jakości CD ale jak pisałem powyżej - są to pliki FLAC. Do odsłuchów wykorzystaliśmy: Anna Maria Jopek "Jasnosłyszenie", Andreas Vollenweider "Dancing with the Lion", Kirk Whalum "Humanité", Joe Satriani "Teh Extermist", Norah Jones "Begin Again" i Faithless album Reverence" (dlaczego Faithless - o tym poniżej). W trakcie odsłuchów od pierwszych momentów kolumny przekonywały swoją swobodą wybrzmienia, pomimo całkiem sporego niskotonowego głośnika nie ma mowy o przesadzonym i "rozlazłym" basie. Jest go dokładnie tyle, ile jest ujęte w samym nagraniu. Oczywiście niskie są zgoła inne niż w kolumnach w których niskotonowe głośniki są niewielkich rozmiarów i często muszą się dosłownie silić lub udawać, że schodzą bardzo nisko. Tutaj każde nawet najniższe zejście jest gładkie, niewysilone. Czuć masę i różnorodność, ale też nie ma dominacji nad resztą przekazu. Trzeba przy tym pamiętać, że niskotonowy nie jest przy tym tak szybki, jak w bardziej nowoczesnych rozwiązaniach z mniejszymi niskotonowymi głośnikami i dlatego nie oczekujmy w tym przypadku szybkości odpowiedzi głośnika, a raczej niepośpieszną ale zróżnicowaną i pewne siebie w przekazie brzmienie niskich zakresów (tam gdzie to ma być ukazane). (Tył jest wykonany nie mniej starannie od samego przodu kolumny) Środek pasma, a w szczególności ludzki głos to dla tych głośników swoisty pokaz umiejętności dobrego, poukładanego grania. Wszystko, co w temacie średnich lubicie w jak najbliższej naturalnemu brzmieniu formie, w tych kolumnach dostaniecie z nawiązką. Nie będzie to absolut znany z droższych - wręcz High End'owych konstrukcji i nie taki był zamiar konstruktorów tych kolumn. Ale w tym przedziale cenowym wręcz nie sposób oczekiwać czegoś więcej. Jest wręcz znacznie ponad to, co wynika z samej ceny głośnika. Góra jest zaznaczana ale w żadnym przypadku nie jest niewyostrzona, jest też bogata w detale. Trochę w tym wszystkim połączenia pewnej naturalności z małym niedopowiedzeniem, ale na tyle przyjemnie w odbiorze (subiektywnie), że zdaje się cały przekaz brzmieć spójnie bez żadnych braków. Góra pasma i związane z nią oczekiwania jest więcej niż satysfakcjonująca. Wysokie żyją w pełnej harmonii z resztą, czasem w określonych nagraniacj zaznaczą mocniej, ale tu też odbywa się to wszystko bez nadmiernego błyszczenia w przekazie. Ugrzecznione granie? Nie do końca, bo wystarczyło włączyć Joe Satriani'ego by wysokie tony zaczęły pokazywać, że mogą znacznie więcej. Ale w tym całym szaleństwie jest pewna metoda - takie granie, taka prezentacja góry nie ma prawa zmęczyć nawet przy długich odsłuchach! Tak więc te kolumny nie pokażą Wam więcej ponad to, co zostało zarejestrowane w nagraniu. Przykładem niech będzie przekorne z naszej strony włączenie Faithless i wybór pierwszego utwór (tytułowego zresztą) z albumu "Reverence".W utworze tym niskie tony mają za zadanie dosłownie masować nasz umysł, ciało i same płuca oraz wstrząsnąć kilka razy kurz z naszego audiofilskiego dywanu. I to prawda, że słyszałem już znacznie więcej niskich w tym utworze, ale na zgoła innych konstrukcjach i do tego kilka razy droższych. Ale to nie sama brutalna moc czy zdolność do poruszania powietrzem w tym przypadku przekonują co do zdolności budowania tak niskich tonów przez te głośniki, co ich miękkość i lekkość w prezentacji tego zakresu. Nie było to najniżej jak się dało, ale za to było to najbardziej niewymuszone i wręcz namacalnie realne. Takie granie musi się podobać nawet w dłuższych sesjach odsłuchowych. Dla kogo więc te wyjątkowe konstrukcje firmy Wharfedale? Na pewno dla ludzi kochających taki design i szukających jednocześnie kolumn grających prawdziwie, bez udawanego przekazu i silenia się. Na pewno nabywcami tych kolumn powinny zostać osoby, dla których prawdziwość przekazu w tym zakresie cenowym jest bardzo ważnym elementem. Głośniki nie silą się, nie udają, nie tworzą aury wspaniałości. To nie choinka na święta, która ma pięknie błyszczeć i przyciągać na kilka dni swoimi błyskotkami. Kolumn tych nie da się też postawić jako "rocznicowych eksponatów" dla potomnych, bo ich możliwości oraz jakość brzmienia nie pozwalają na obojętne postawienie ich bez słuchania na nich ulubionej muzyki. Ich granie ma być dowodem na to, że przez lata w firmie Wharfedale obok marketowych głośników powstają konstrukcje warte wydania znacznie więcej. Znacznie więcej, niż nawet wskazuje na to cennik! Te kolumny może kupić każdy, pod warunkiem zmieszczenia się w pierwszym tysiącu kupujących. Tak - rocznicowe wydania mają to do siebie, że nie są produkcją seryjną określoną na jakiś czas, ale są zamknięte w określonej liczbie wyprodukowanych egzemplarzy. I to jest drugi powód dlaczego kupiłbym je dla siebie. Obok naprawdę poukładanego brzmienia, którego przekaz jest kierowany do ludzi mających pojęcie czym są dobre, długie i niemęczące odsłuchy - mamy też wyróżnik w postaci limitowanej ilości wyprodukowanych egzemplarzy. Czy w całym tym uroku rocznicowych konstrukcji marki Wharfedale nie znalazłem ani jednej wady? W moim odczuciu (subiektywnie) jedyną wadą dla mnie byłby fakt, że model Linton 85th stałby u mnie bezczynnie jako egzemplarz kolekcjonerski, a tym samym zabrałbym komuś naprawdę dużo przyjemności z długich odsłuchów na nich. Reszta to same zalety! Za cenę 6 tysięcy złotych z podstawami trudno o tak przemyślaną i doskonale wykonaną konstrukcję! A ich brzmienie jest kolejnym atutem i to bardzo mocnym. Nie dziwę się więc skąd takie ożywienie na naszym Forum i interesująca dyskusja na temat tych kolumn. Są one warte nie tylko (z mojej perspektywy) przejechania autem 200 km by je posłuchać ale i ich zakupu. Warto przy tym uwzględnić posiadany system (wzmacniacz i okablowanie), zestawione Lintony w dniu odsłuchu z Tellurium Q Black i zestawem Hungary Audio zaprezentowały się wyśmienicie, ale jak znam życie sprawdzą się doskonale w innym zestawieniu. Szczerze polecam niezdecydowanym, bo za jakiś czas kwestia zakupu nie będzie tematem aktualny. Skoro coś jest limitowane - trwać w sprzedaży wiecznie nie będzie. Odsłuch kolumn odbyły się w siedzibie firmy Audiotrendt w Krakowie. https://audiotrendt.com.pl Za cierpliwość, pomoc i udostępnienie pokoju odsłuchowego dla naszego Magazynu serdecznie dziękuję. AudioRecki Dyskusję i uwagi samych użytkowników recenzowanych kolumn znajdziecie w poniższym linku. Zapraszamy wszystkich do tej ciekawej dyskusji.
  40. 2 points
    Tym razem materiał z lekkim przymrużeniem oka. Z okazji Halloween, na tapetę wziąłem coś luźniejszego i wymagającego trochę dystansu do otaczającego nas świata. Gadżety audio, które chcąc nie chcąc, prędzej czy później pojawiają się w naszej zabawie, często wzbudzają sporo kontrowersji. Na Halloween postanowiłem wybrać kilka z nich i przetestować jak (i czy w ogóle) działają – cukierek czy psikus? Zacznę, od czegoś niewywołującego skrajnych emocji. Acoustic Revive SPU-8 to zestaw ośmiu podkładek pod kolce – w domyśle stosowane pod kolce kolumn głośnikowych, ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by użyć je np. pod platformami antywibracyjnymi. Stosowanie podkładek pod kolce jest już pewnego rodzaju standardem, ale to, co wyróżnia produkt Acoustic Revive, to deklaracja producenta, że używa specjalnie selekcjonowany materiał, z których je wykonuje. Oczywiście selekcja pod kątem najlepszego efektu sonicznego. Materiał, na jaki finalnie padło, to stopu mosiądzu o bardzo dobrej charakterystyce opadania drgań. A jak wygląda to podczas odsłuchów? Podkładki testowałem w dwóch różnych systemach – w obu dało się zaobserwować słyszalne różnice. Moim zdaniem podkładka pracuje w duecie razem z podłogą, stąd też nie można jednoznacznie opisać charakteru, jaki wprowadza do dźwięku, gdyż w sporym stopniu zależy to od podłoża, z jakim musi współpracować. U mnie, na dębowym parkiecie, różnice, jakie zauważyłem to przede wszystkim większa ilość odcieni basu, a także wrażenie niżej schodzącego basu i ogólnie mniej „przewalenia” niskimi częstotliwościami. Dzięki wprowadzeniu większego porządku na dole pasma, bardziej czytelna staje się średnica i źródła pozorne, a przez to pośrednio również kreowanie sceny. Z mojego punktu widzenia, produkt konieczny, bo raz, że wniósł pozytywne elementy soniczne, a dwa – pozwala mi uniknąć niszczenia drewnianej podłogi przez kolce. Oczywiście jak z każdym elementem służącym do strojenia systemu, należy pamiętać, że wprowadza on zmiany, ale nie zawsze te zmiany są jednoznacznie korzystne. Właśnie na tym polega strojenie, by przetestować różne warianty i dopasować dźwięk pod siebie. Dla osób mających podłogi drewniane lub panele podłogowe i borykających się z problemem ze zbytnio „zlepionym” basem polecam sprawdzić u siebie, opisywane wyżej podkładki. Kolejny produkt to duet demagnetyzera do płyt CD: Acoustic Revive RD-3 oraz jonizatora do płyt CD Acoustic Revive RIO-5II. Tutaj oczywiście, znacznie większe kontrowersje, gdyż urządzenia wyjątkowo nietypowe. Owszem miałem kontakt z demagnetyzerami w audio, które od co najmniej pół wieku w systemach nagraniowych, jak i domowych mają (miały) swoje zastosowanie, ale raczej w kontekście urządzeń magnetofonowych, gdzie służyły np. do kasowania taśm. Robią to skuteczniej niż większość głowic kasujących wbudowanych w magnetofony. Zasada działania RD - 3 wydaje się podobna, tyle że w przypadku płyty CD, nie kasujemy żadnych danych, a jedynie ściągamy ładunki elektryczne z płyty CD, które mogą zakłócać poprawną pracę czytnika. Zarówno taśma magnetofonowa, jak i płyta CD wykonane są z niemagnetycznego tworzywa sztucznego. Na płycie CD napylona jest cienka warstwa metalu (stąd srebrny kolor płyty CD), a także – jak twierdzi producent urządzenia – szczątkowe ilości metali znajdują się w barwnikach w nadruku płyty CD. To tłumaczy jakim cudem plastikowy krążek daje się rozmagnesować i na jakiej zasadzie działa urządzenie. Z kolei Acoustic Revive RIO-5II jest jonizatorem płyt CD – urządzeniem, z jakim nie spotkałem się nigdzie w technice audio. Sposób jego działania wydaje się prosty: wkład z półszlachetnych kamieni (tourmalin) jest oświetlany (przez to podgrzewany) halogenem, co w efekcie doprowadza do ujemnego jonizowania, położonej na urządzeniu płyty CD. Nic więcej nie jestem w stanie Państwu powiedzieć na temat zasady działania tego sprzętu, wiadomo tylko, że generator jonów ujemnych jonizuje płytę i ma to mieć zbawienny wpływ na dźwięk. Jak to wygląda w praktyce? Najpierw kontrolnie odtworzyłem płytę CD, po kilku utworach wyciągnąłem i użyłem na początek demagnetyzer, a następnie jonizator. Płytę wsadzam z powrotem do odtwarzacza i z niedowierzaniem zauważam poprawę grania… Pojawia się więcej szczegółów, ale w sposób nienachalny, bez sztucznego wyostrzenia. Znacznie więcej barwy basu, w całkiem inny (moim zdaniem lepszy) sposób kreowane wokale – bardziej nasycone, namacalne… Zmiany są zaskakująco mocne i moim zdaniem jednoznacznie pozytywne. Nie mamy tu do czynienia z poprawą jednego aspektu kosztem innego, lecz każdy z elementów dźwięku doznaje poprawy. No cóż, więcej mogę napisać, jedyne co mi zostaje to polecić, przetestować w swoim systemie i rozwiać ewentualne wątpliwości – które muszą pojawiać się, przy tak egzotycznym urządzeniu. By upewnić się, czy nie popadam w autosugestię, sprzęt testowaliśmy w kilkanaście osób, w trzech całkowicie różnych systemach, przez kilka dni. Efekty u każdego testującego podobne, chociaż z różną siłą odbierane. Jeszcze raz polecam sprawdzić samemu i podzielić się swoimi opiniami. Wesołego Halloween! Acoustic Revive SPU-8, dystrybucja: Eter Audio, cena 590 zł komplet (8 sztuk) Acoustic Revive RD-3, dystrybucja: Eter Audio, cena 1890 zł Acoustic Revive RIO-5II, dystrybucja: Eter Audio, cena 4190 zł Za użyczenie do testów dziękujemy firmie Nautilius, www.nautilus.net.pl
  41. 2 points
    Little Dot MK II czyli „Mała kropka” to chiński wzmacniacz lampowy pracujący w klasie A. W komplecie otrzymujemy: kabel zasilający, kabel RCA oraz przejściówkę 6,3 mm. Fabrycznie wzmacniacz wyposażony jest dwie pary lamp: 6N6 zasilające i 6JI sterujące. Obudowa wzmacniacza jest wykonana z czarnego aluminium, to prosta konstrukcja, można powiedzieć surowa. Ja osobiście wolę taki styl podobny trochę do Naima czy Hegla, bez zbędnych udziwnień czy ozdobników. Jego wymiary to 210 x 110 x 130 mm i waga 2,5 kg. Na froncie mamy tylko pokrętło volume oraz wejście słuchawkowe. Z tyłu jest gniazdo zasilania z włącznikiem oraz dwie pary gniazd RCA na wejście i wyjście sygnału. Od spodu umieszczono 4 gumowe nóżki, dzięki czemu wzmacniacz stoi stabilnie i nie przesuwa się na blacie. Wzmacniacz może współpracować, z różnymi lampami 6JI, WE403A/B, GE5654, M8100, CV4010, EF95,a poprzez przełączaniu zworek również z EF92, CV131. Little Dot posiada też regulację wzmocnienia i możliwość dopasowania do słuchawek o odpowiedniej skuteczności. W tym celu musimy odkręcić spód obudowy, gdzie umieszczono dwa switche, których kombinacja pozwala ustawić odpowiedni gain i dopasować wzmocnienie do impedancji posiadanych słuchawek. (patrz instrukcja). Jak brzmi wzmacniacz kosztujący niespełna 600 zł ? Jesteście ciekawi? Ja bardzo. Po rozgrzaniu lamp zaczynam słuchać nowego albumu Kirka Whalum „Humanite” i powiem Wam, że dźwięk robi wrażenie, ciepły, wypełniony, barwny jak na lampę przystało. Bas schodzi nisko, jest dociążony, ale jednocześnie zróżnicowany i rozdzielczy. Wielobarwność niskich tonów jest wyraźnie słyszalna w „Standing on the stairs” Anjani. Średnica brzmi naturalnie, nie jest wypchnięta, ani wycofana, wzmacniacz nie koloryzuje jej. Mimo tego wokale brzmią barwnie, a zarazem realistycznie. Wysokie tony nie męczą, nie są krzykliwe, słyszymy wszystkie „przeszkadzajki” i ozdobniki. Pokusiłam się jeszcze o zmianę kabla zasilającego „ no name” na PC-2EVO firmy Lucarto Audio. Zmiana była słyszalna, poprawiła się przejrzystość wysokich tonów i średnich, zwiększyła rozdzielczość, ale nie zapominajmy, że ten kabel kosztuje więcej niż cały wzmacniacz. Sprzętem porównawczym w teście był Aune X1s 10th anniversary oraz Alberto – Lucarto Audio. Aune zagrał rozdzielczo, analitycznie z mocnym, szybkim basem, ale brakowało mu nasycenia i lampowego ciepła w stosunku do Little Dot MK II. Natomiast Alberto to przestrzeń, powietrze, szeroka scena połączona z lampowym nasyceniem i ciepłem. Byłabym jednak niesprawiedliwa, porównując wzmacniacz z wyższej półki i mówiąc, że Alberto wypadł dużo lepiej niż nasza testowana „mała kropka”. Uważam, że w odniesieniu cena do jakości wzmacniacz, jest bardzo dobrą propozycją i na pewno warto go posłuchać i brać pod uwagę szukając sprzętu słuchawkowego za rozsądne pieniądze. SPECYFIKACJA TECHNICZNA Typ: SEPP OTL Wejście: Pozłacane gniazda RCA Wyjście: Wyjście słuchawkowe jack 6,3 mm Lampy sterujące: 6JI Lampy mocy: 6N6 Pasmo przenoszenia: 20Hz - 50KHz (-1dB) THD+N: 0,1% (50mW przy 300 ohm) Odpowiednia impedancja słuchawek: 32 - 600 ohm Impedancja wejściowa: 50 tys. ohm impedancja wyjściowa przedwzmacniacza: 600 ohm Wzmocnienie przedwzmacniacza 3 - 10x (kontrolowane za pomocą przełączników wzmocnienia) Napięcie przedwzmacniacza: 10 V RMS Maksymalne napięcie wejściowe: 4 V RMS Obwód przedwzmacniacza zawiera zarówno lampy sterujące i lampy mocy Moc wyjściowa: 300 mW dla 300 ohm; 200 mW dla 120 ohm; 100mW dla 32 ohm Pobór mocy: 28 W (228V x 0,124 A) Wymiary: 210 x 110 x 130 mm Waga: 2,5 kg System testowy: Pliki: Raspberry PI4 + Allo DigiOne Signature z wgranym MoodeAudio 6.3, Roon Bridge oraz laptop z programem Foobar 2000 DAC: Hegel HD25, IFI XDSD Wzmacniacz: Lucarto Audio Alberto HPA200, Aune X1s 10th anniversary Interkonekty: Haiku Audio, Albedo Flat One Kabel USB: Lucarto Audio, Taga Harmony TUD Sieciówki: Lucarto Audio PC -2EVO Słuchawki: MEZE 99 Classic [email protected] Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 590,00 PLN
  42. 2 points
    Już na wstępie można napisać, że zespół Tool albo się kocha, albo nigdy nie słyszało. Fani twórczości Maynarda Jamesa Keenana przez te 13 lat posuchy chyba już zdążyli przetrzeć swoje winyle igłami na wylot, a w oczekiwaniu na nowy album tworzyli w swojej głowie wyobrażenie o tym, jak wielki i niepowtarzalny będzie ten nowy album, który (być może) kiedyś nadejdzie. I o to jest! W (prawie) ostatnim dniu sierpnia, na muzycznym rynku wydawniczym ukazało się nowe dzieło zespołu Tool. O samym zespole pisać nie mam zamiaru, bo jak na wstępie wspomniałem - świat dzieli się na tych, co zespół Tool kochają lub nigdy go nie słyszeli. Ci pierwsi historię zespołu znają doskonale, reszcie wpierw polecam zapoznać się z ich dyskografią. Wracając do nowego dzieła amerykańskiego zespołu - albumu "Fear Inoculum" przyznam szczerze, że mam mocno mieszane uczucia. I jak się okazuje-nie tylko ja. Z jednej strony kilka naprawdę ciekawych kompozycji, dla których warto wydać każdy Dolar, Euro czy Złoty (czymkolwiek płacicie). Z drugiej płyta... nie do końca jest równa. Mając w pamięci płytę "Lateralus", która dla wielu była wręcz fenomenalna... a tłumy jakie ustawiały się m.in.: w Spodku w 2002 roku mówiły więcej niż słowa, po nowym "dziecku" Tool spodziewałem się po prostu "więcej". I nie bym krytykował cały album, jednak spośród kilku naprawdę świetnych kompozycji można też wybrać te, które po prostu "są" i zapewne "jedynie będą". Kompletnie niezrozumiałe dla mnie jest niemiłosiernie długie (wręcz do znudzenia) budowanie nastroju (?) już w pierwszym utworze zbyt rozciągniętymi elementami dźwięków perkusji. Gitary, które nadają fantastyczny klimat temu kawałkowi wydają się czasem zbyt przesadnie przeciągnięte w oczekiwaniu na? Właściwie ciężko napisać na co, bo po kilku minutach ma się wrażenie, że w dziwny sposób utwór sam się zapętlił w naszym odtwarzaczu. Za to już kolejny utwór na płycie zatytułowany "Pneuma" wciąga niemiłosiernie. Warto tylko dla tego utworu nabyć płytę, bo w tym jednym kawałku ukryta jest kwintesencja fenomenu zespołu Tool: Słuchając płytę w dalszej części natrafiamy na "Culling Voices", który mógłbym słuchać praktycznie każdego wieczoru. Rzecz jasna utwór posłużyłby jako fenomenalna ścieżka dźwiękowa dla praktycznie każdego filmu bez względu na gatunek, ale siła tego utworu tkwi właśnie w budowanym nastroju i dzięki temu tworzy wyjątkową siłę przekazu. Jeśli doczekacie do 6 minuty i 42 sekundy - będziecie usatysfakcjonowani w 100%: Album posiada rzecz jasna kilka mocnych stron, na pewno trafi w gusta wielu słuchaczy, a tym bardziej fanów zespołu. W żadnym przypadku ci drudzy nie powinni rezygnować z zakupu z "Fear Inoculum", nawet jeśli uznają album za nierówny lub posiadający kilka zbędnych "zapychaczy". Podsumowując w całości, wydana w tym roku płyta warta jest zakupu, bo najważniejsze z tego co znamy przez pryzmat poprzednich albumów zostało zachowane. Duch zespołu Tool da się czuć i jest obecny na "Fear Inoculum" a to, że nie w każdym utworze do końca tak przedstawiony... może po blisko trzynastu latach oczekiwaliśmy zbyt wiele? Kolejny ciekawym utworem, na pewno wybijającym się z całego albumu jest fenomenalny, a nawet pisząc "bluźnierczo" boski - "7empes" Rozmawiając z kilkoma osobami lubiącymi od lat zespół Tool - dosłownie każdy zwraca uwagę w tym albumie na coś innego. Dochodząc więc do podsumowania zdajemy sobie sprawę z jednego... nie da się zadowolić wszystkich, a nawet jeśli jest to bliskie do zrealizowania -każdemu do gustu przypadnie całkowicie co innego. I tak jest z nowym "dzieckiem" zespołu Tool. Absolutnie każdy odnajdzie w nim coś dla siebie i coś, czego słuchać (być może) nie będzie. Ważne jednak jest to, że wśród siedmiu utworów zawartych w nowym albumie znajdziemy sporo emocji trafiających do nas w szczególny sposób i może się okazać, że te emocje zbudujemy w oparciu o dosłownie 2-3 utwory, które nie pozwolą nam rozstać się z płytą przez kilka długich wieczorów. W tym miejscu chciałbym w szczególny sposób podziękować całej ekipie ze sklepu Winylownia.pl za inspirację i pomoc w "ogarnięciu" zamówienia! https://winylownia.pl AudioRecki Tool "Fear Inoculum" (2019) 1. Fear Inoculum 2. Pneuma 3. Invincible 4. Descending 5. Culling Voices 6. Chocolate Chip Trip 7. 7empest
  43. 2 points
    Można przyjąć jako pewnik, że stare to jest dobre wino i skrzypce oraz... muzyka Freddiego Mercury’ego. Wiedzą o tym praktycznie wszyscy melomani, nie tylko fani Queen czy nieżyjącego wokalisty. W przyszłym miesiącu do sklepów trafi nagrany w 1985 pierwszy solowy album frontmana zespołu Queen. Album o tyle interesujący, że każdy zawarty na wydawnictwie utwór został poddany procesowi remasteringu. Dodajmy przy tym, że proces ten odbywał się przy użyciu oryginalnych taśm matek, tak więc zgodnie z zapowiedzią wydawcy - jakość nagrań ma być zrealizowana na najwyższym poziomie. Album zawiera kilka naprawdę świetnych kawałków, które pomimo upływającego czasu są nadal bezsprzecznie jednymi z najlepszych utworów w historii muzyki. Na płycie znajdziemy więc takie hity Freddiego jak „Living On My Own”, "Your Kind Of Lover", "Love Me Like There's No Tomorrow" czy fenomenalne „The Great Pretender” Album „Mr. Bad Guy” ukaże się w pierwszej połowie października tego roku. AudioRecki Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy właścicielowi firmy Winylownia.pl https://winylownia.pl „Mr. Bad Guy” Freddie Mercury (I wydanie: 1985) remaster 2019 Tracklista: 1. Let's Turn It On 2. Made In Heaven 3. I Was Born To Love You 4. Foolin' Around 5. Your Kind Of Lover 6. Mr. Bad Guy 7. Man Made Paradise 8. There Must Be More To Life Than This 9. Living On My Own 10. My Love Is Dangerous 11. Love Me Like There's No Tomorrow
  44. 2 points
    “Rozmawialiśmy już w odniesieniu do trasy z lat 2013-2015, że powinna ona być ostatnią w naszej karierze, ale kiedy umarł Pádraig, podjęliśmy decyzję, że następna trasa musi być tą ostatnią i wyjątkową podróżą. I żeby tej pożegnalnej podróży towarzyszyła płyta, zdecydowaliśmy się wydać antologię ’In a Lifetime’, która mamy nadzieję zostawi fanów z dziedzictwem naszej muzyki.” 13 marca 2020 roku BMG wyda antologię Clannad "In A Lifetime". Wydawnictwo będzie podsumowaniem 50 letniej kariery zespołu i przekrojem utworów z 16 albumów Clannad oraz co warte wspomnienia już dziś - zawierać będzie specjalne utwory. Na płycie znajdzie się 38 utworów, w tym największe przeboje Clannad, m.in.: "Hourglass", "Theme From Harry's Game" (utwór był na ścieżce dźwiękowej do filmu "Czas patriotów' z Harrisonem Fordem): "Robin (The Hooded Man)" (pochodzący z popularnego w Polsce serialu tv "Robin z Sherwood"): "I Will Find You" (utwór z filmu "Ostatni Mohikanin" z 1992 roku): "In A Lifetime" (z udziałem Bono z U2). Fani zespołu Clannad zapewne wiedzą, że Bono jest wielkim fanem tego zespołu i wielokrotnie wypowiadając się o nim dosłownie komplementował ich twórczość. Swego czasu frontman U2 powiedział: "głos Moya Brennan to jeden z najwspanialszych głosów w historii ludzkości". Clannad to jeden z najbardziej znanych na świecie irlandzkich zespołów, którego twórczość zainspirowała kilka generacji fanów i muzyków. Zespół miał ogromny wpływ na popularyzację muzyki irlandzkiej i języka irlandzkiego na całym świecie. Łącząc elementy muzyki tradycyjnej i współczesnej muzyki folkowej oraz elementów new age, jak i rocka. Poniżej znajdziecie link do przedsprzedaży. Dostępne będą wersje podwójny CD, podwójny CD wersja deluxe, podwójny winyl, podwójny winyl wersja deluxe i deluxe box set, będący rozszerzoną wersją wydań deluxe, zawierający ponad 100 utworów. Utwory zostały wybrane w porozumieniu z członkami zespołu. Polecam AudioRecki Link do przedsprzedaży: https://www.clannad.ie Serwisy streamingowe: https://clannadband.lnk.to/IALTPR Podziękowania dla p. Filipa Sarniaka za informacje i szczególną pomoc przy powstaniu tego artykułu.
  45. 2 points
    Cambridge Audio od lat kojarzona jest głownie jako producent sprzętu ze świetnym stosunkiem jakości w odniesieniu do ceny produktu. I można czasem utyskiwać na pewne "niedogodności" typu "sprzęt Made in China", ale kto tak dziś nie robi? Nawet najwięksi z segmentu High End okupują jeśli nie fabryki w Krainie Wielkiego Smoka, to dostawców z tego kraju poszczególnych elementów elektroniki. Jak by ktoś powiedział "taki mamy klimat" i wobec powyższego ciężko doszukiwać się w tym przypadku jakiś niezrozumiałych lub nie do przyjęcia praktyk. Tak, cała seria jest Made in China, co oznacza tylko tyle - tworzymy w Wlk. Brytanii sprzęt od podstaw, trzymając się od lat wypracowanych wysokich standardów, a następnie produkujemy to wszystko w Chinach by nie zniszczyć kieszeni klienta. Gdyby tak inni o tym pamiętali, mój iPhone nie kosztowałby więcej, ile cała testowana elektronika firmy Cambridge. Tak, cały system - wzmacniacz zintegrowany i odtwarzacz CD. Już na wstępie zaznaczmy, że najwyższy model wzmacniacza zintegrowanego w całej nowej rodzinie AX (oznaczenie AXA35), oraz najwyższy model odtwarzacza Compact Disc o oznaczeniu AXC35. Tak więc czy Cambridge Audio udało się podtrzymać "tradycję", gdzie elektronika za rozsądne pieniądze gra jak najbardziej przekonywująco? Wzmacniacz zintegrowany AXA35 tak jak i odtwarzacz płyt CD AXC35 swoją budową nawiązują do nowego designu firmy. Rzecz jasna nie jest to nawiązanie w pełni do najwyższej - High End'owej serii Edge, ale i w najniższej serii znajdzie się kilka elementów, które wprost powielają (i słusznie) design droższych modeli firmy. Obydwa urządzenia kolorystycznie wprost wpisują się w ostatnio bardzo modny trend i posiadają (w przypadku naszego, testowego zestawu) kolor ciemnego aluminium. Można by rzec, że jest to idealny kompromis pomiędzy czarnym kolorem, a jasnym srebrnym (nie każdemu pasujący do pokoju). Fronty w obydwu przypadkach są solidnie wykonane z jednolitego kawałka aluminium, a jego grubość 10 mm gwarantuje odpowiednią sztywność i trwałość. Front tak wzmacniacza jak i odtwarzacza jest czytelna, i minimalistyczna wręcz do bólu. Tyle tylko, że to nie jest "ból głowy" od bezsensownej ilości przycisków, gałek i różnej maści wejść. Wszystko zostało przemyślane, każdy element w najdrobniejszy sposób dopracowany i zbudowany w oparciu o zasadę "funkcjonalność, czytelność oraz wygląd - najważniejsze". I mając w pamięci wiele innych urządzeń trzeba przyznać, że minimalizm proponowany w obecnej serii AX jest jak najbardziej na plus! O niczym co istotne nie zapomniano, całość ma prezentować się nowocześnie i schludnie. Przyciski pracują z największą dokładnością, ich jakość też nie podlega dyskusji - są wykonane solidnie do tego z trwałego materiału (aluminium). Wyświetlacze są czytelne i pomimo braku jakiś wodotrysków (jednowierszowy) - w codziennym kontakcie oraz użytkowaniu - spisują się bardzo dobrze. Tył tak wzmacniacz zintegrowanego jak i odtwarzacza CD to chyba wszystkim znana kombinacja wejść i wyjść analogowych z małym (a może dużym) "ale". AXC35 jest dokładnie odtwarzaczem płyt i posiada wbudowany przetwornik C/A Wolfson Microelectronics WM8524. Czyli tył odtwarzacza został "uzbrojony" w klasyczne - analogowe wyjście RCA oraz dla posiadających wyższej klasy DAC - wyjście cyfrowe S/P DIF. Za to zaglądając na tylny panel wzmacniacza dostrzeżemy kilka wejść analogowych (dokładnie cztery), wyjście do nagrywania (REC OUT) oraz... wejście gramofonowe obsługujące wkładki MM. I to jest to (subiektywnie) "duże ale", bo jak się okazało w praktyce/testach, pre gramofonowe świetnie sobie radzi nawet w połączeniu z lepszymi gramofonami i absolutnie nie stanowi słabego punktu wzmacniacza. Od góry w przypadku "integry" mamy tzw. "grill" ze słuszną informacją, że górna część nagrzewa się. Nie są to może temperatury nie do przyjęcia, ale absolutnie nie proponuję stawiać na wzmacniacz innych elementów systemu. Elektronika ze względu na dosyć niską budowę wzmacniacza wręcz dochodzi pod górną część, co wymusza niejako na użytkowniku dbanie o kwestie swobodnego przepływu powietrza wewnątrz obudowy AXA35. Budowa (zewnętrzna) tak wzmacniacza jak i odtwarzacza jest typowa dla Cambridge Audio, nie można przyczepić się czegokolwiek, tak jak ciężko doszukiwać się jakiś "mankamentów". Wszystko doskonale spasowane i sztywne, całość w jak najlepszym wykonaniu. To, co jednak najważniejsze w codziennym użytkowaniu systemu serii AX, to jego brzmienie. Test podzieliliśmy dosłownie na kilka mniejszych, skupiając się jednak w głównej mierze na całości, gdzie obydwa elementy zestawione były ze sobą i stanowiły "nieodłączny system". Pozostałe testy niejako powstały "przy okazji" i wynikały z naszej czystej ciekawości. Główny test posiadał bohaterów w postaci wzmacniacza zintegrowanego AXA35 i odtwarzacza CD AXC35, a także: 1. RCA Wireworld LUNA 7 2. Ultraviolet Digital Audio 3. Zasilające Wireworld Mini-Aurora z wtykiem typu 8 (CD) 4. Wireworld Stratus 7 5. Wireworld głośnikowy serii Oasis 8 6. Kolumny głośnikowe Monitor Audio Silver 200 Płyty CD: Tomasz Mreńca "Peak" Jean Michel Jarre "Equinoxe" Sting "Mercury Falling" Röyksopp "The Understanding" (Deluxe Edition) (Japan) Marylin Manson "The Golden Age Of Grotesque" (Japan) W dodatkowych testach użyto gramofonu Pro-Ject 2-Xperience Primary Clear Acryl z wkładką Ortofon 2M-RED oraz AXC35 poprzez wyjście cyfrowe został podłączony do EDGE NQ Cambridge Audio. Brzmienie "fabrycznego" zestawienia: Wzmacniacz wraz z odtwarzaczem tworzą idealny duet do praktycznie każdego rodzaju muzyki. O ile szukamy w tym zestawieniu różnorodności brzmienia w zależności od rodzaju/gatunku muzyki, o tyle dostajemy ją za każdym razem. Zaskoczeni? Ja też! Obydwa urządzenia połączone ze sobą grają absolutnie bez żadnych niedomówień. Dźwięk jest bogaty, oczywiście całą prezentację zestawu nie odbieram w kategoriach absolutu i wprost od pierwszych momentów słychać pewną interpretację, ale wszystko odbywa się w zakresie tego wszystkiego, z czym od lat spotykamy się z produktami firmy Cambridge. Ciężko też mówić o jakimś "firmowym brzmieniu", a już na pewno nadużyciem byłoby stwierdzić, że jest to "jedynie" poprawiona seria "Topaz", więc musi brzmieć tak samo. Absolutnie byłaby to nieprawda. W temacie brzmienia Cambridge może z serią AX nie dokonał rewolucji, ale na pewno zrobił krok do przodu w każdym możliwym aspekcie. Jeśli w serii Topaz brakowało Wam czegokolwiek - dziś można wprost napisać, że możecie z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że seria AX (a na pewno modele 35) zagra o wiele lepiej, spójniej i ze znacznie prawdziwszym i jednocześnie żywszym przekazem. Sięgam więc do płytoteki i do ręki biorę album Tomka Mreńca. Zestaw poradził sobie... wróć, zaprezentował w sposób barwny, żywy i z absolutną wręcz perfekcją oddał głębię i dynamikę utworów z płyty "Peak". Najważniejsze w tym, co wzmacniacz z odtwarzaczem pokazał, to szczegółowość nagrania oraz barwa instrumentarium jakiego używa Tomek. Utwór "Viral" swoim klimatem dosłownie rozszedł się po pokoju odsłuchowym, a wzmacniacz nie miał absolutnie żadnych trudności w tworzeniu szerokiej sceny, budując przy tym klimat adekwatny do tego, co zostało zawarte na srebrnym krążku. Jean Michel Jarre to klasyka sama dla siebie, a Equinoxe chyba nie trzeba nikomu opisywać. Equinoxe Part 2 zostało oddane z najdrobniejszymy szczegółami, budowany nastrój dorównywał ostatnio testowanemu droższemu wzmacniaczowi, również z Wysp Brytyjskich. Każdy niuans zestaw starał się prezentować w sposób czytelny w każdym paśmie, z zaznaczeniem jednym. AXA35 doskonale dociążał subtelne w tym utworze, ale jadnak występujące elementy niskich zakresów. Wzmacniacz i odtwarzacz za relatywnie niewielkie pieniądze radził sobie z muzyką elektroniczną bez żadnych trudności. Wysokie były prezentowane z oddaniem nawet drobnych detali, rzecz jasna nikt nie spodziewał się detaliczności na poziomie wzmacniaczy zbliżających się kwotą powyżej tego, ile kosztuje AXA35. Ale możecie być spokojni, że w cenie za jaką przyjdzie Wam zapłacić za ten wzmacniacz trudno będzie o godniejszego konkurenta. Dźwięk systemu jest spójny, średnica oddana w barwie bliżej jej naturalnemu brzmieniu, bez ubarwiania i różnej maści sztuczek. Scena jaką otrzymujemy jest bardziej w szerz niż w głąb, oczywiście wzmacniacz buduje "plany" w głębi i jeśli tylko w taki sposób została przygotowana płyta, set od Cambridge Audio poradzi sobie i z tym. Nie będzie to jednak poziom godny audiofilskiego grania, a solidne - nawet wykraczające delikatnie poza to, co znamy z tego przedziału cenowego. Sting - a może duet od Cambridge Audio w utworze "Valparaiso" najbardziej zaskoczył wokalem. Skąd my to znamy... Czyżby seria AX sięgnęła po zdobycze wyższej serii już od kilku ładnych lat dostępnej w Azur? Brzmienie AXA35 może nie jest tak dynamiczne i nie ma tego rozmachu jaka jest słyszalna w serii Azur, jednak w temacie wokalu i naturalności - jest to wszystko, czego chcieć możemy od dobrej klasy sprzętu Hi-Fi. Wzmacniacz nie gubi się nawet w części perkusyjnej utworu, gdzie wszystko wybrzmiewa odpowiednio łagodnie, nie siląc się na żadną sztuczność. Czyżby Cambridge Audio stworzył sprzęt wynikający z potrzeb audiofilskich, jednak przeznaczony dla melomana z określonym budżetem? Röyksopp i utwór "What Else Is There" może nie czarował jak to potrafi zrobić seria EDGE, jest jednak pewne "ale" - przepaść cenowa. I jeśli tylko sprawdzimy jaka występuje różnica pomiędzy najdroższymi "klockami" czyli serią EDGE, a serią AX nie powiemy żadnego złego słowa. Tak brzmi rasowe, porządne Hi-Fi i bez względu na to, ile przerzucimy albumów w odtwarzaczu AXC35, za każdym razem muzyka będzie przekonywująca i prezentowana z nawet drobniejszymi szczegółami. Rzeczywistość jest rzecz jasna brutalna, nikt od tej serii nie oczekuje poziomu absolutu i jeśli tylko komuś przyszłaby ochota na takie "zabawy" ostrzegam, seria AX pomimo faktu, że nie dorówna zestawowi za 3 krotność swojej wartości, potrafi od strony barwy instrumentów, szerokości planu czy właśnie wokali - przeskoczyć o oczko wyżej, równając czasem do droższych konkurentów. Ale nie będzie to nadal poziom zestawu za kilkadziesiąt tysięcy. Jednak zejdźmy na ziemię, tutaj nic nie bierze się z przypadku. Sprzęt wygląda i co ważniejsze - GRA - lepiej niż kosztuje! Po testach z systemem AXA35+AXC35 do wzmacniacza podłączyliśmy w/w gramofon. Po pierwsze zdolność dociążania dźwięku i lekkość prezentacji góry. Album Pink Floyd "The Division Bell" (Limited Edition) zabrzmiał może nie bajecznie, ale autentycznie. "Marooned" subtelnie i z przekonaniem wciągnął w klimat, a delikatne wejście perkusji było więcej niż dobrze czytelne. Góra dała o sobie znać w sposób jasny, ale nie krzykliwy. Przyjemność i raz jeszcze przyjemność ze słuchania muzyki. AXC35 włączony został w system EDGE jako transport CD. Tutaj CD w sumie niewiele miał do powiedzenia, wszystko to, co można od niego wymagać, z jego strony zrealizował z nawiązką. Delikatnie już porysowaną płytę tłoczoną (oryginał) jak i mocno zarysowaną nagrywaną - odczytał bez większych trudności. Na testowej (nagranej płycie) przeskoczył w miejscu, gdzie praktycznie wszystkie testowane CD przeskakują dalej lub co niektóre potrafią nawet... zatrzymać się lub starając się w nieskończoność odczytać uszkodzony sektor "wiszą". AXC35 bez żadnej uprzejmości czy silenia się - przeskoczył do kolejnych miejsc (już dobrych), nie robiąc z porysowanej części CD żadnego problemu. Brzmienie AXC35 jako transportu dla EDGE rzecz jasna zyskało w każdym możliwym aspekcie, tak więc jeśli szukacie dobrego transportu, radzącego sobie nawet z trudnymi i porysowanymi płytami - odtwarzacz ten spełni pokładane w nim nadzieje. Nawet jako kompan do droższych urządzeń. Czy są minusy, bo za chwilę pójdą w świat głosy, że zamiast recenzji i "rzetelnego testu" - wystawiliśmy w Magazynie "laurkę pochwalną" dla nowej serii AX. Po pierwsze - nie jest winą recenzenta, że dany sprzęt po prostu dobrze brzmi, solidnie i do tego przekonywująco za taką cenę. Po drugie, nie jest też naszą winą, że ekipa z Cambridge Audio nie bierze więcej za tak dobrze grający sprzęt. Za to pretensje jako recenzent mam do ludzi z CA za pilota. Patrząc na konstrukcje lat minionych, a nawet na ten z obok stojącego CXUHD, to obecny pilot pomimo faktu, że uniwersalny dla całej serii AX... sprawia wrażenie, jakbyśmy go dostali za karę. Rzecz jasna pilot działa poprawnie, jego konstrukcja oraz przycisku w codziennym użytkowaniu nie sprawiają większego problemu, ale nauczeni "można lepiej" nawet w produktach Cambridge Audio. W zamian jednak słabego pilota użytkownik otrzymuje całkiem przyjemnie grający wzmacniacz słuchawkowy w AXA35. Można uznać, że wybierając lepsze słuchawki do wieczornych odsłuchów, wzmacniacz ten spokojnie zadowoli każdego melomana, dla którego słuchawki są sprawą drugorzędną. Nie będzie to słuchanie obarczone "bólem zębów", wręcz przeciwnie. Ważne jednak, by słuchawki dobrać (co oczywiste) pod siebie, z mojej strony rekomenduję te, grające po tej "cieplejszej stronie mocy". Sytem AX ale też i pojedyncze jego elementy, w tym przypadku wzmacniacz zintegrowany AXA35 oraz CD AXC35 mogą w zupełności wystarczyć melomanom podchodzącym do muzyki jako codziennego hobby, nie angażującego nadto budżet domowy. Można spokojnie przyjąć, że każdy zainteresowany muzyką w rozumieniu dowolnego gatunku, każda osoba kochająca muzykę - wybierając nową serię AX odnajdzie swój świat. Świat, który w zupełności wystarczy do skupianiu się na słuchaniu muzyki, gdzie pieniądze przeznaczane są na kolejne płyty, nie na kable czy "grające" podstawki. Seria AX to świetnie brzmiące Hi-Fi, do tego jak zawsze rzetelnie podliczone i za uczciwe pieniądze oferowana. Świetny stosunek jakości (brzmienia) do ceny? Jak najbardziej! AudioRecki Za sprzęt do testów dziękujemy dystrybutorowi marki Cambridge Audio na Polskę, firmie Audio Center Poland oraz autoryzowanemu dealerowi, firmie Q21 z Pabianic. https://www.audiocenter.pl https://www.q21.pl Dane techniczne: AXA35: Moc: 35W (8 ohm) Wejścia analogowe: 4 x RCA Wejście Aux: Front 3,5mm Wyjście: Rec Przedwzmacniacz gramofonowy: MM Wyjście słuchawkowe: 6,3mm Wyświetlacz Cena: 1490pln AXC35: Wyjście analogowe: RCA Wyjście cyfrowe: coaxial Odtwarzanie gapless Kompatybilność z WMA i MP3 Wyświetlacz Cena: 1490pln
  46. 2 points
    Noble Audio to amerykańska firma produkująca słuchawki dokanałowe uniwersalne jak i modele na zamówienie . Jest to stosunkowo młoda marka, która powstała zaledwie sześć lat temu. W swojej ofercie ma modele kosztujące 2000 $ jak i modele tańsze np. Trident 399 $ lub Savanna 499 $. Dzięki firmie audiomagic.pl dotarły do mnie do przetestowania słuchawki Trident. Akcesoria: Przy zakupie słuchawek dostajemy w komplecie: - zestaw tipsów - futerał z tworzywa w kształcie skrzynki - materiałowy woreczek - karabińczyk - szczoteczkę do czyszczenia - silikonowe opaski Wygląd i budowa: Zewnętrzna strona słuchawki wykonana jest ze srebrnego aluminium, na którym jest wygrawerowane logo firmy w kształcie korony. Pozostała część to szare tworzywo mieniące się brokatem. Pleciony kabel jest wpinany do słuchawek za pomocą dwóch pinów i zakończony wtykiem 3,5 mm. Za dźwięk „trójzębu” odpowiadają trzy przetworniki armaturowe. Słuchawka dobrze układa się w uchu, a dzięki różnym rodzajom tipsów, możemy ją dokładnie dopasować i wytłumić. Trident jest niesamowicie lekki, co pozwala na długie sesje odsłuchowe bez najmniejszego śladu zmęczenia ucha. Dźwięk: Po podłączeniu słuchawek do Fiio Q5 nie od razu byłam przekonana do brzmienia. Brakowało mi obiecanego przez Noble basu - takiego mocniejszego „kopnięcia”. Po dwóch dniach dźwięk się zdecydowanie zmienił. Jak się okazało Tridenty warto wygrzać, dać im trochę czasu, a rozwiną zdecydowanie swoje skrzydła i uderzą obiecanym basem. Ten model gra podkreślonymi skrajami pasma - góra i niskie tony są wyszczególnione, a średnica lekko wycofana. Noble Audio poleca swoje dziecko miłośnikom popu i rzeczywiście tak jest. Słuchawki są bardzo szybkie i melodyjne, muzyka brzmi żwawo, ciężko usiedzieć na miejscu słuchając “Love Never Felt So Good” Michaela Jacksona czy “Colling All My Lovelies” Bruno Marsa. Bas jest mocny, szybki i dobrze kontrolowany. Średnica jest zrównoważona, mniej podkreślona niż góra, mająca więcej blasku. Wysokie tony są miękkie, nie kłują w uszy, nie męczą, a czarują rozdzielczością. Ten styl grania sprawdzi się też dobrze w muzyce elektronicznej, hip-hopowej i reggae. Tridenty to słuchawki o niskiej impedencji, łatwo je napędzimy smartfonem, ale wpięcie dac/amp zdecydowanie poprawia brzmienie. Tu musimy jednak trochę uważać na podbicie gain, ponieważ jako czułe słuchawki szumią. Podsumowanie: Jeśli lubisz pop, reggae czy muzykę elektronicznę to są to słuchawki, które przyniosą Ci wiele radości ze słuchanej muzyki. Model Trident to typowe "V-ki" podkreślony dół i wysokie tony, średnica cofnięta. To słuchawki łatwe do napędzenia i przyjemne do słuchania. [email protected] Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 1.790,- PLN
  47. 2 points
    Marka Bilińskiego nie trzeba przedstawiać. Mistrz muzyki elektronicznej od kilku dekad w sposób znaczący zaznacza swoją obecność na rynku muzycznym, poprzez swoje większe i mniejsze dzieła. Od wielu już lat w całej dyskografii kompozytora jest jeden album, który w sposób wyjątkowy wywołuje zainteresowanie melomanów. W głównej mierze tych wszystkich pamiętających lata 80, w których to "Ogród Króla Świtu" bez żadnego "ale" królował pod igłami naszych gramofonów (później też w odtwarzaczach CD). Płyta "Ogród Króla Świtu" jest szczególnym wydawnictwem. Nie tylko z powodu faktu, że był to pierwszy album w dyskografii mistrza, ale w głównej mierze z powodu zawartych na nim fantastycznych kompozycji. Któż nie słyszał takich utworów jak „Ogród w przestworzach” czy „Błękitne Nimfy”? Lata lecą, a muzyka z pierwszej płyty nadal pobudza serca melomanów, co dało doskonały pretekst do ponownego wydania albumu sprzed 36 lat. Wydania wyjątkowego, bo dostosowanego do dzisiejszych możliwości technik rejestracji oraz co nie mniej ważne - technologii sprzętu audio. Jak już domyślacie się Marek Biliński zabrał się za remastering albumu "Ogród Króla Świtu" , by dostosować go do jakości poziomu odtwarzania XXI wieku! Prace nad albumem zmierzają ku końcowi, a zwieńczeniem całości ma być ukazanie się na rynku albumu jeszcze w sierpniu tego roku. Z nowości to jednak nie koniec! Dzięki wsparciu, a nawet osobistemu zaangażowaniu właściciela firmy Nautilus, p. Robertowi Szklarzowi - Marek Biliński udzieli ekskluzywnego wywiadu dla naszego Magazynu AudioStereo. Dodatkowo planowane są ekskluzywne spotkania z artystą, podczas których będzie można porozmawiać z muzykiem, nabyć nowy album (rzecz jasna na osobiste życzenie sygnowany). Spotkania mają odbyć się już w sierpniu, dokładny termin wydarzeń podamy już wkrótce, na dziś pewne są już miejsca spotkań. Będą to firmowe salony Nautilus (Warszawa ul. Kolejowa 45 i Kraków ul. Malborska 24). Jedną z dodatkowych atrakcji ma być cały system audio przygotowany stricte pod odsłuch nowego albumu. High End'owy zestaw marzeń w akcji z remasterowaną płytą "Ogród Króla Świtu"? Dlaczego nie! O dokładnych terminach wydarzeń poinformujemy Was już w najbliższym czasie. Szczególne podziękowania dla firmy Nautilus za patronat nad wydarzeniami oraz wsparciem w kwestii organizacji całego wywiadu z Markiem Bilińskim. Dziękujemy! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) https://nautilus.net.pl
  48. 2 points
    Dzięki uprzejmości Audiomagic.pl trafił do mnie na testy CAYIN IDAP-6. Firma Cayin powstała w 1993 roku w Chinach i zasłynęła przede wszystkim produkcją wzmacniaczy lampowych, cieszących się dobrą opinią w świecie audio. Wraz z rozwojem cyfryzacji, pojawieniem się bezstratnych formatów i powstaniem serwisów streamingowych, wiele firm zaczęło przechodzić na „ciemną stronę mocy” i produkować urządzenia do słuchania muzyki z plików. I tak Firma Cayin stworzyła serię „i”: iDAP-6, iDAC-6 oraz iHA-6. IDAP-6 to wieloformatowy, komputerowy transport cyfrowy wyposażony w wiele funkcji. Urządzenie dostarczane jest w solidnym kartonie. W komplecie otrzymujemy przewód zasilający, kabel usb A-B, antenę BT/WIFI oraz instrukcję w języku angielskim. Budowa: Obudowa wykonana jest z piaskowanego aluminium w kolorze srebrnym. Na panelu przednim po lewej stronie umieszczony jest przycisk zasilania z podświetleniem LED i mniejszy aluminiowy przycisk, który pełni rolę return. Pod spodem znajduje się klapka, która kryje gniazdo na kartę SD i port USB. Na środku panelu umieszczono duży, wyraźny wyświetlacz Amoled 3,95 ” Po prawej stronie mamy duże pokrętło, które działa albo za pomocą przełącznika obrotowego jako wybór pozycji menu, albo naciskając do środka, aby potwierdzić opcję menu. Panel tylny wyposażony jest w cała gamę wyjść cyfrowych: HDMI (I2S), Toslink, RCA (Coaxial), BNC (Coaxial), XLR (AES/EBU). Mamy tam również gniazdo dla anteny BT/WIFI, port LAN, 2 gniazda USB, gniazdo zasilania oraz wyłącznik zasilania. Pierwsze uruchomienie i obsługa: Po włączeniu IDAPa na wyświetlaczu ukazuje się nam wybór języka menu (niestety nie ma jęz. polskiego), a następnie główne menu. Możemy wybrać źródło dźwięku, kategorię muzyki, ustawienia. Po podpięciu dysku twardego lub pendrive chwile trwa skanowanie. Po tej operacji mamy dostęp do naszej biblioteki z muzyką. Możemy się po niej poruszać za pomocą przycisków na panelu lub za pomocą smartfonu czy tabletu. Cayin zaleca do tego aplikację HibyMusic, dostępną zarówno dla telefonów z systemem Android jak i na IOS. Aby aplikacja poprawnie działała musimy uruchomić bluetooth oraz aktywować HibyLink w IDAPie. Wszystko działa płynnie i szybko przechodzimy między katalogami z muzyką. Na wyświetlaczu widzimy okładkę albumu, artystę, tytuł płyty i utworu oraz format granego pliku. Odtwarzacz radzi sobie z wieloma formatami: DFF, DSF, SACD-ISO, FLAC, ALAC, WAV, APE. Większość użytkowników przechowuje swoje kolekcje muzyczne na serwerach NAS lub gra z serwisów streamingowych. Jak sobie z tym radzi IDAP- 6 ? Dzięki technologii DLNA oraz aplikacją takim jak BubbleUPNP lub MConnect możemy przesyłać nasze dane z NAS, słuchać muzyki z TIDALA czy Qobuz. Dodatkowo aplikacja MConnekt udostępnia i odtwarza treści w formacie MQA. Niestety nie udało mi się uruchomić spotify connect, oczywiście można to obejść grając przez bluetooth ale tracimy trochę na jakości. Odsłuch: Siadam wygodnie, smartfon w dłoń i zaczynamy zabawę od połączenia coaxialnego. Gitara basowa Marcusa Millera w Moonlight Sonata wybrzmiewa na pierwszym planie, słychać każde szarpnięcie struny. Paper Trails – Darkside, wokal jest wysunięty do przodu, Nicolas Jaar niemal stoi przede mną. Podobne odczucie mam słuchając Guardian Angel - Riverside, Rozpływam się przy The Look of Love –Jacintha, Standing On the Stairs – Anjani to ciepły, nisko schodzący bas w wielu odcieniach. Saksofon w utworze Nuages – Jamesa Cartera jest tak realny, iż mam wrażenie, że siedzę w małej zadymionej knajpce na Manhattanie. Celowo skaczę po utworach, różnych gatunkach i nie mam się do czego przyczepić. Cyain brzmi ciepło, powiedziałabym, że trochę lampowo ale nie traci nic na szczegółowości, słychać wiele smaczków, scena jest szeroka i ten wielobarwny bas. Po przejściu na wyjście optyczne i usb słychać subtelną różnicę in minus ale może to wina DACa, którego użyłam do odsłuchów. Podsumowanie: Cayin IDAP-6 to odtwarzacz sieciowy dla dojrzałego audiofila, który ceni sobie dobry dźwięk i zależy mu na jak najlepszej jakości muzyki. Dla osoby, która ma bibliotekę bogatą w pliki wysokiej rozdzielczości, a niekoniecznie zależy jej na Spotify. Cayin potrafi nas mile zaskoczyć barwą i wysublimowanym dźwiękiem. [email protected] Specyfikacja: Bluetooth: BT v4.1 (wspiera apt-X) Ekran: AMOLED 3,95" Rozdzielczość: 360 x 640 Pobór mocy: 20W Pobór mocy w trybie standby: 2W Wspierane nośniki pamięci: 2,5" HDD USB (do 2TB), karty SD (do 256GB), pendrive, czytniki kart Wsparcie dla wszystkich popularnych formatów cyfrowych: DFF, DSF, SACD-ISO, FLAC, ALAC, WAV, APE Wsparcie PCM do 32Bit/384kHz, wsparcie DSD do DSD256 z I2S, do DoP128 z USB i do DoP64 z innym cyfrowym interfejsem Wszechstronna ilość wyjść cyfrowych: USB, I2S, AES/EBU, coaxial, optyczne Wymiary: 240 x 268 x 69 mm Waga: 3,3 kg Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 4900,- PLN
  49. 2 points
    Kiedy otwierałem średniej wielkości paczkę zawierającą wzmacniacz, nie nastawiałem się na konkretne brzmienie sprzętu będącego w sporej nawet części środowiska melomanów czy audiofilii swoistą zagadką. Na przeciw takich marek jak Brytyjski Cambridge czy Arcam, ONIX brzmi co najmniej egzotycznie i wręcz nierozpoznawalnie. Czy słusznie, że sprzęt określany jako typowe "BRITISH SOUND" nie gości tak często w domu melomanów, pokaże poniższy tekst. Wzmacniacz zintegrowany stanowi w sporej części użytkowników sprzętu audio produkt częściej wybierany, niż systemy dzielone na przedwzmacniacze i końcówki mocy. Zresztą w pewnym zakresie cenowym sens stosowania takiej dzielonej konstrukcji byłby niemożliwy i wręcz nieopłacalny. ONIX wpisuje się ze swoim A55 w określony segment sprzętu i konkurować powinien tak budową, jak i ceną z konkretnymi produktami marek bardziej rozpoznawalnych. Cena za jaką oferowana jest integra "rodem z Wysp" otwiera już spore możliwości wyboru i zazwyczaj nie jest zakupem dokonywanym "z przypadku". Kwota ciut ponad 5500 złotych to już spore pole do popisu dla przeciętnego melomana i sprzęt musi mieć "to coś", by stanowił rzecz pożądaną. ONIX A55 MKI wyglądem nawiązuje do swoich wyższych modeli i poza znanym oraz przez wielu ulubionym złotem pokrętłem - jego wygląd niewiele odbiega od tego, co znajdujemy w konstrukcjach droższych firmy ONIX. Przedni panel wykonany jest z grubego akrylu. Czarny piano wygląda ciekawie i stanowi w pewnym zakresie wyróżnik "ekskluzywności" wobec innych marek. Cały przedni panel nie jest tak efektowny jak w modelach wyższych, gdzie wrażenie na in plus potęgują świetnie wykonane w kolorze złota pokrętła. W A55 MKI zastąpiono kolor złoty - matowym srebrem, który może nie jest właśnie tak efektowny, za to pokrętło nadal jest świetnie wykonane. Działa pewnie, dając pełną kontrolę nad uzyskiwaną głośnością. Na przednim panelu znajdziemy także po lewej stronie gniazdo słuchawkowe, odbiornik IR do pilota. Co ciekawe sam pilot nie jest dostarczany w komplecie (???) i stanowi "wyposażenie dodatkowe". Skąd ten pomysł... ciężko to wytłumaczyć logicznie, może producent dba o ruch melomanów i w ten sposób wymusza na nich potrzebę wstawania do A55? Dla piszącego te słowa uzasadnienie braku pilota (jakiekolwiek by nie było), jest co najmniej dziwne. Ale zostawmy to na boku, widocznie "tak być musi". Po prawej stronie znajdziemy rząd przycisków, każdy wyraźnie oznaczony co do rodzajów używanych wejść. Czysto i bardzo schludnie rozlokowane przyciski nie burzą designu, jaki może się podobać w obecnych czasach. To, co rzuca się w pierwszym kontakcie z przednim panelem i przyciskami wyboru źródła, to przycisk PHONO. Tak, ta zgrabna integra ma wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM. I nie jest to jak się okazuje jedynie "dodatek na siłę" do całości. Tylny panel można zamknąć dosłownie w dwóch zdaniach. Gniazda RCA przypisane konkretnym źródłom, gniazda do podłączenia kolumn i... dziękujemy Państwu za uwagę. Mało? No tak, "British Sound" oznacza także minimalizm i pomimo ceny przekraczającej 5 tysięcy złotych zapomnijcie o możliwości podłączenia cyfrowych urządzeń do A55. Analogowo od A do Z. I słusznie, melomani kochający cyfrowe źródła i tak prędzej czy później wybierają zewnętrzne przetworniki, dające im znacznie większy potencjał i możliwości, niż wbudowane w integrach układy DAC. Od góry zobaczymy minimalizm i niespecjalnie rzucające się w oczy odpowiednio wycięte otwory. Do czego służą nie trzeba nikomu tłumaczyć. Ważne, że nie psują optycznie pozytywnego wrażenia jakie A55MKI robi swoim wyglądem. Sam wzmacniacz w trakcie pracy nagrzewa się do akceptowalnych poziomów, praktycznie nie dając żadnych powodów do niepokoju o temperaturę panującą wewnątrz urządzenia. Podpinamy ONIX A55 do wybranego zestawu kolumn. Monitor Audio Gold 300 są konstrukcjami, które nie powinny sprawić naszej integrze większego problemu. Do integry podpinamy odtwarzacz CD i... ruszamy po wybranych albumach, w tym odsłuch "zalicza" najnowsze dziecko zespołu Rammstein. I napiszę... "poszło"! "Ausländer" kopie tak , jak lubią to fani mocnego brzmienia. Riffy gitarowe ani na moment nie tracą oddechu, jest czysto i wyraziście. Wokal nie gubi się w gęstym klimacie całego utworu, pomimo zaznaczonej perkusji, na której „Doom” nawet na moment nie oszczędza się. ONIX też nie traci wigoru i nawet ciut mocniejsze podkręcenie głośności nawet na moment nie powoduje zadyszki u tej niewielkiej integry. Raz jeszcze zerkam do specyfikacji... 2x55W (8 Ohm). Można by sądzić, że jest znacznie więcej. Puszczamy świetne "Diamant" i dostajemy sporą porcję melodyjności, czystego wokalu i bardzo dobrze prezentowanej sceny. Jest szeroko na tyle, by nie czuć jakiś ograniczeń w trakcie odsłuchu ulubionej muzyki. Ale by to sprawdzić "na własnej skórze" do odtwarzacza trafia kolejny album. Tym razem damski wokal w wersji LIVE. Anna Maria Jopek "płynie" gładko niczym Otylia na olimpiadzie, bez żadnej nerwowości... czy po medal - jeszcze się okaże. Wzmacniacz zintegrowany daje fantastyczny pokaz możliwości prezentacji wielu instrumentów. Nic się nie gubi i nic nie zostaje zakryte. Na pierwszy plan w sposób spokojny i oczekiwany wychodzi wokal Ani. Jest dobrze ulokowany na scenie i pomimo minimalnie wysuniętej prezentacji w stosunku do reszty składu - całość brzmi wyjątkowo spójnie. Nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił jak zawsze do testów utworu "Spotkanie z Matką". Pisałem o tym wielokrotnie, że utwór ten potrafi albo zniszczyć radość z posiadania sprzętu audio, albo przekonać nas do niego. Jak wypada A55MKI? Będę szczery do bólu, w przedziale ceny do 5K słyszałem o wiele... gorzej grających wzmacniaczy, które wprost "kładły się" i tworzyły nieczytelny zlepek muzyki Vangelisa i deklamacji Polańskiego. Ludzie odpowiedzialni za testowany wzmacniacz słusznie zrobili, rezygnując z sekcji cyfrowej i całe swoje zaangażowanie (by nie napisać środki) włożyli w analogowy charakter urządzenia. Zyskało na tym brzmienie i jego czytelność przekazu. Polańskiego głos nie brzmiał jak na sprzęcie za kilka razy więcej, ale był wystarczająco czytelny, a muzyka nie nachodziła zbytnio na to, co istotne w przekazie. Utwór ten w sposób fantastyczny ukazuje przygaszanie słów w trakcie deklamacji, budowanie nastroju i współgranie z muzyką jest istotnym elementem całości. Nie wymieniając z nazwy konkurentów, w tym przedziale kwoty sporo wzmacniaczy radzi sobie z tym średnio. ONIX przebrnął bez powiedzmy "większych trudności", dając nie tyle czystość bezwzględną i czytelność absolutną, co przyjemność pozbawioną wrażenia oszukiwania i odbierania muzyce najważniejszych elementów. ONIX ma jeszcze jeden, do tego solidny atut przemawiający za jego zakupem. Wspomniany powyżej przedwzmacniacz gramofonowy może nie jest "mistrzostwem świata", ale bez trudu i wstydu będzie stanowił świetnego kompana dla każdego gramofonu, gdzie została zamontowana odpowiednia wkładka MM. Po wrzuceniu na talerz gramofonu REGA P3 (na marginesie świetnego) albumu "PORTRETY", perkusja była w sposób barwny i z odpowiednią dynamiką prezentowana w całym możliwym dla tego przedziału cenowego zakresie. Było rzecz jasna w tym wszystkim odrobinę oszukiwania i czarowania, jednak bez zbędnej nerwowości i nadmiernej sztuczności. Za to płyta ROMA zespołu Sorry Boys urzekała fantastycznym wokalem i w tym przypadku znów złapaliśmy wzmacniacz na delikatnym czarowaniu i ukrywaniu swoich niemożliwości, ale całość brzmiała świetnie i nie było poczucia, że ktoś nas zaczął nagle oszukiwać w trackie słuchania czarnej płyty. Sprzęt firmy ONIX ma niełatwe zadanie na rynku, obok wielkich i znanych marek, czasem niezauważany - ma jednak spory potencjał. Jeśli szukamy kompana do odtwarzania muzyki na poziomie nie tylko akceptowalnym, ale poziomie już dającym spore zadowolenie - powinniście dać mu szansę w trakcie odsłuchów. Nie zaskoczy Was dobitnością i szaleństwem, nie postawi na baczność dużych i wymagających kolumn. Wszędzie tam, gdzie liczy się muzyka i zdrowy rozsądek w poszukiwaniu sprzętu dla melomana, ONIX może spokojnie wyjść z podniesioną głową w przypadku konfrontacji z bardziej znanymi i częściej kupowanymi wzmacniaczami. ONIX A55MKI gwarantuje po pierwsze przyjemność słuchania muzyki, nie zapomina przy tym o pewnych niuansach i smaczkach zawartych w utworze. Po drugie zapewnia odsłuchy uwzględniające odpowiedni klimat, nie wprowadza nerwowości w trakcie odsłuchów, jakie są częstą bolączką wzmacniaczy w tym przedziale cenowym. Brak sekcji cyfrowej to jak widać właściwy kierunek wybrany w trakcie konstruowania tej niepozornej integry. Wzmacniacze tego typu producentów często są niesłusznie pomijane przy wyborze, pokutuje przy tym przekonanie "im więcej dostanę, tym lepiej". Testowany wzmacniacz nie stroi się w piórka, nie obiecuje cudów i kilkunastu bajerów świata cyfrowego. Za kwotę na jaką zostaje wyceniony, wydaje się być interesującym wyborem i przy tym uczciwie wyliczonym. No może poza jednym... jak będę chciał pobiegać, znam kilka świetnych klubów, gdzie stoi kilka rzędów solidnych bieżni. Niedaleko mojego domu jest też park, gdzie mogę biegać. Niekoniecznie jest to przyjemne w pokoju odsłuchowym, gdzie pilot hmmm... po prostu powinien być i już! Wzmacniacz firmy ONIX może być kolejnym krokiem w świecie audio dla tych, którzy szukają czegoś nietuzinkowego, często sprzętu nie będącego "na świeczniku" każdego salonu audio. Jeśli znudziły Was kolorowe naklejki u konkurencji, krzyczące ile to funkcji i jaki to gęsty plik dany wzmacniacz nie obsługuje, szukacie solidnej do tego analogowej konstrukcji mającej potencjał do dobrego brzmienia - bierzcie bez obaw do testów A55 MKI. Wielu z Was nie będzie już szukać czegoś więcej na tym etapie drogi i przy tym przedziale cenowym. Nie dziwię się, że wzmacniacz ten otrzymał tytuł najbardziej opłacalnego zakupu. Analog za takie pieniądze, do tego z takim brzmieniem... świetny wybór! Czy na złoty medal niczym złoto Otylii? Sądzę, że nie bez powodu pokrętło głośności nie jest złote... srebro uczciwie zdobyte! AudioRecki (Magazyn AudioStereo) Sprzęt do testów dostarczyła firma Audiotrendt z Krakowa. Audiotrendt ul. Sołtysowska 35A / LU 1, 31-589 Kraków. +48 509 188 477 +48 791 063 315 e-mail: [email protected] https://audiotrendt.com.pl Technicznie "sadystycznie": Tranzystory mocy 2SC2837/2SA1186 na kanał. Kondensatory Nichicon „Gold Tune” 2 x 10000 uF/63 V Transformator toroidalny Plitron “Audio” 300 W Zmotoryzowany potencjometr Alps „Blue Velvet” Specyfikacja: Mocy wyjściowa: 2 x 55W RMS (8 Ohm) – 2 x 100W RMS (4 Ohm) Pasmo przenoszen: 10Hz – 30kHz (-0,5dB) Czułość wejściowa: 350mV/47Kohm Stosunek sygnał/szum: >88dB (A weighted) Separacja kanałów: >51dB THD: 0,005% (3W/8Ohm) Wymiary (S x G x W): 430 x 372 x 91 mm Waga: 8,7 Kg Pobór mocy: 300W Napięcie zasilania: 220V-240V AC Przedwzmacniacz gramofonowy: Gain: 37 db Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/-0,25dB Stosunek sygnał/szum : – 83 dB THD: <0,03% Odchyłka RIAA: +/- 0,5% Napięcie wyjściow: 250 mV Impedancja wyjściowa: 100 Ohm Czułość/impedancja/pojemność wejścia: 3,5 mV / 47K Ohm / 220Pf Overload: 22 dB Rekomendowane napięcie wkładki: from 2,5 mV to 5 mV output
  50. 2 points
    Maj za nami, mamy czerwiec a wraz z nim małe podsumowanie tego, co działo się w Magazynie. Ze względu na ilość materiałów jakie trafiają do Magazynu, nie sposób przedstawić wszystko, co miało miejsce w Magazynie, a obejmuje ostatni miesiąc. Wybraliśmy więc kilka najważniejszych tematów z całego maja, które zasługują na szczególne wyróżnienie. Na początek chcemy raz jeszcze pochwalić się rozpoczęciem (już oficjalnie) współpracy z zespołem Studia U22 z Warszawy. Staliśmy się dzięki wzajemnym staraniom oficjalnym partnerem medialnym dla wydarzeń, jakie mają miejsce na Alejach Ujazdowskich 22. Rzecz jasna idą za tym nie tylko reportaże pisane, ale także nasza obecność m.in. z kamerami i aparatami w trakcie najciekawszych wydarzeń. W tym także z miejsc zaprzyjaźnionych, a obejmujących promocję muzyki i artystów. W maju AudioStereo zawitało z aparatami i kamerami do Studia U22 i Warszawskiego Klubu SPATiF : Było sporo rozdanych wejściówek oraz płyt, w tym rewelacyjny album zespołu Metallica "Ride The Light" Oczywiście dziękujemy Wam wszystkim za udział w dyskusji, a zwycięzcy raz jeszcze gratulujemy. Mamy nadzieję, że czarna płyta umila wieczory z muzyką. Pisaliśmy też o świetnym (już trzecim) albumie formacji Chonabibe. Jest warty polecenia i umieszczenia go w swojej kolekcji Marcin jak zawsze rzeczowo i w temacie. Tym razem pod lupę poszedł NAD C658. Czy warty zakupu... warto zapoznać się z testem: Nie obyło się bez nowinek ze świata gadżetów audio. Ludzie szukają prostoty i funkcjonalności, do tego chyba wszyscy nagle pokochali urządzenia bezprzewodowe: AudioStereo sprzętem stoi i na pewno w tym temacie się nic nie zmieni, a wręcz przeciwnie. Jak donoszą zaprzyjaźnione wiewiórki - wszystko jest na dobrej drodze, by ilość recenzji czy testów wzrosła na niespotykaną skalę. Dzięki staraniom Administracji w tym samego Właściciela, już za kilka dni w Magazynie ruszy ogromna ilość opisów testów. Będą to nie tylko pisane recenzje z zawartymi zdjęciami, AudioStereo wchodzi w świat cyfrowych mediów i zamierzamy przygotowywać dla Was wideo recenzje z najciekawszych - wybranych testów czy premier. Dlatego też uruchomiliśmy dla naszych czytelników kanał YouTube, na którym już wkrótce znajdziecie m.in.: testy sprzętu audio (Hi-Fi, High End) i akcesoriów, ale także sporą dawkę muzyki: https://www.youtube.com/channel/UC3pTKO4lxespX5SiY28p-Tw Na naszym kanale można też będzie znaleźć wywiady z wybranymi artystami i zapisy ciekawych koncertów oraz wydarzeń kulturalnych. Byliśmy z aparatami na GREEN ZOO FESTIVAL, który jak co roku zauroczył wszystkich swoim klimatem: Od początku poważnej reaktywacji Magazynu AudioStereo w marcu tego roku odwiedziliście nas łącznie ponad 10 tysięcy razy! Dziękujemy Wam za udział w życiu Magazynu i liczymy na Wasze pomysły, podpowiedzi i propozycje rozwoju. Jesteśmy otwarci na Wasze wszystkie pomysły i sugestie. Czerwiec zapowiada się wyjątkowo pracowicie, nie odpoczywamy i nadal będziemy dokładać starań, by Magazyn rozwijał się w jak najbardziej szerokim zakresie. Raz jeszcze dziękujemy Wam za odwiedziny i... do podsumowania czerwca 2019! AudioRecki (Magazyn AudioStereo)
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.