Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 06/05/20 in Artykułów

  1. 8 points
    Od jakiegoś czasu możemy zaobserwować niepokojący trend zalewania rynku produktami podrobionymi. Niestety, czasy, kiedy podróbkę można był odróżnić na pierwszy rzut oka koślawym logiem, a sprzedaż odbywała się na straganach już minął. Obecnie, gdy sprzedaż internetowa daje dużą anonimowość sprzedawcy, ciężko zweryfikować, czy mamy doczynienia z autoryzowanym punktem sprzedaży – wchodzimy na aukcję, sklep internetowy i szukamy produktu po najniższej cenie. Podróbki są już tak dopracowane, że wizualnie ciężko je odróżnić od oryginału. To co obecnie niepokoi najbardziej i co częściowo skłoniło do stworzenia tego materiału, to fakt, że podrabiane produkty Oyaide dostępne są w dużych (wydawałoby się) renomowanych sklepach internetowych oraz niektórych salonach audio… Być może część osób padła ofiarą swej niewiedzy i w naiwności kupiła znacznie tańszy produkt, licząc na okazje i myśli, że ma oryginalny produkt. By pomóc takim osobom zweryfikować autentyczność produktu powstał ten materiał gdzie skonfrontuję oryginalny produkt z produktem podrobionym. Metodologia testu była dosyć prosta, z Chin zamówiono jedną partię czterech kompletów P-037 które zakonfekcjonowane zostały na przewodzie Siltech Explorer 270p Basic. Na dwumetrowe odcinki tego przewodu założyliśmy rzeczone podróby, a na kolejne odcinki tego przewodu oryginalne C037 oraz by mieć lepsze porównanie C004. Tak przygotowane przewody mogliśmy użyć do testów odsłuchowych, które też miały miejsce. Ale zacznijmy od budowy i omówienia szczegółów różniących produkt prawdziwy od podróby. Na zdjęciach zielony znacznik stawiam przy oryginalne, czerwony X przy podróbie. Pierwsza sprawa, liczyłem się z potrzeba dokładnych pomiarów suwmiarką, ważenia wtyków i w ten sposób wykazywać różnice między F (fake), a O (original) – w dalszej części tekstu będę używał już tych skrótów. Więc pierwsze sekundy po otwarciu paczki z F wtykami C037 z Chin rozwiały wątpliwości. Na pięć zamówionych kompletów przyszły cztery komplety C037 i jeden (nie zamawiany) C079. Jak widać uczciwość sprzedawcy w pakowaniu towaru nie różni się zbytnio od uczciwości w postrzeganiu prawa do używania nazwy marki… To co już na pierwszy rzut oka wzbudza wątpliwości to sposób pakowania. Każdy komplet w inny sposób – jeden w zwykłym woreczku, kolejny zawinięty w papier, pozostałe w kartonikach z symbolem wtyku. Kolejna sprawa, delikatnie rzecz ujmując niezbyt duża powtarzalność produktu. Każdy z (F) kompletów różnił się od siebie dosłownie wszystkim – inne odcienie koloru obudowy, inny materiał tworzywa sztucznego z którego zrobiona jest głowica, z 4 na 5 znajduje się logo Oyaide, na jednym brak znaków firmowych. Brak oryginalnych puszek, brak hologramów. Tak wygląda (O) zestaw zaraz po rozpakowaniu. Metalowe puszki i hologramy to pierwszy element pozwalający z 99% pewnością stwierdzić autentyczność produktu. Przynajmniej tak wygląda stan na dzień dzisiejszy – niewykluczone, że wkrótce oszuści dopracują i ten element… Różnice w czcionce są bardzo małe i widoczne tylko przy bezpośrednim porównaniu. Tekst jest identyczny. Guma otulająca kabel w (O) ma mniejszą dziurę w (F) jest większa. Po skręceniu wtyku w (O) przewód wychodzi idealnie centralnie w (F) wychodzi z boku tego otworu. Głowice (F) wtyków różnią się nawet między sobą… Od (O) największa wizualna różnica to wykonanie w całości z nieprzezroczystego tworzywa. Długość śrub skręcających obudowę oraz ich rodzaj różnią się między poszczególnymi egzemplarzami (F). W niektórych egzemplarzach śruby te były za długie i po pełnym dokręceniu obudowa pękała. Główna różnica jednak polega na tym, że śruby jak i piny w (F) reagują na magnes. W przypadku (O) żaden element wtyku i gniazda nie jest wykonany z metali magnetycznych. Przezroczysta głowica wtyku zasilającego widoczna w jednym z wytworów to już efekt fantazji kopisty. W oryginalnym Oyaide żadna seria nie miała przezroczystej głowicy. Pokazuje to też, jak małą dokładność i rzetelność w powtarzalności produktu mają (F). Podrobili tylko z grubsza wygląd i skopiowali logo, reszta już jak im się w danym momencie „wyprodukowało”. Największe zaskoczenie testów – okazało się że metalowe elementy uziemienia typu Schucko w jednym z egzemplarzy (F) to atrapy!!! Mówiąc wprost – mając taki wtyk i wpinając go do listwy typu Schucko nie mamy uziemionego sprzętu!!! Każde przepięcie, czy zwarcie może skończyć się poważnymi konsekwencjami z porażeniem i pożarem włącznie… Przy wpięciu do gniazda z „bolcem” uziemienie jest, ale przy listwie typu Schucko już uziemiania nie ma. Tragiczny błąd konstrukcyjny… ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Kolejny etap testów to próba odsłuchowa. Na dwóch identycznych odcinkach przewodu Siltech Explorer 270p Basic założone zostały wtyki C004 oraz C037, a także ich Chińskie odpowiedniki. Od pierwszych dźwięków słychać od razu było sklejenie i ujednolicenie basu w przypadku podróbek. Oprócz tego w całym przekazie dźwiękowym wkradł się chaos i lekka nerwowość. Teoretycznie należałoby przetestować każdy przysłany egzemplarz podrób, bo same między sobą różnią się w zasadzie wszystkim: kolorem, materiałem plastiku, materiałem styków, rodzajem śrub, a nawet tym, że niektóre nie mają uziemienia… Ale nie widziałem sensu dalej brnąć w takie testy, większy sens ma użycie zwykłego wtyku z marketu budowlanego, niż ładnie wyglądającej podróby. Przynajmniej będziemy mieć uziemienie... By podsumować poniższy materiał kilka faktów na temat wtyków oryginalnych i ich podrób: podróby to nie jest produkt, który „wychodzi z tej samej fabryki bocznymi drzwiami”. To całkiem inny produkt pod każdym względem i żaden pojedynczy element nie odpowiada oryginałowi różnice między podróbami są bardzo duże, nawet zamawiając z jednej partii, od jednego handlarza nigdy nie wiemy co dostaniemy niektóre podróby nie posiadają poprawnie zrobionego uzieminia i mogą grozić porażeniem lub pożarem podpiętego sprzętu podróbki królują na aukcjach internetowych, ale niestety też w wielu sklepach audio nie ma co liczyć na okazję w cenie 10-20% ceny orginału nie kupimy dowód zakupu, metalowa puszka, hologram tego zawsze wymagajmy od sprzedającego dźwiękowo podróby nie są w stanie konkurować z orginałem chcąc oszczędzić pieniądze i mieć pewność i bezpieczeństwo, lepiej użyć zwykłych technicznych wtyków z marketu budowalnego - prawdopodobnie efekt dźwiękowy i tak będzie lepszy niż podróbki.
  2. 3 points
    Powiedzieć, o firmie Pylon, że to najbardziej prężnie rozwijająca się Polska marka głośnikowa – to jakby nie powiedzieć nic. Jeżeli chodzi o sprzedaż, skalę produkcji czy park maszynowy, całą krajową konkurencję wyprzedzają o lata świetlne. Przepis na sukces założonej w 2011 roku firmy wcale nie zawiera w sobie jakiś nadzwyczajnych rozwiązań marketingowych, genialnych zagrywek rynkowych, potężnego kapitału startowego etc. W zasadzie to przepis był bardzo prosty – solidny produkt, atrakcyjnie wyceniony, niskie marże kompensowane dużą produkcją, uczciwe i rzetelne podejście do klienta. Tylko tyle. Niby proste, a jakimś trafem, Oni jako pierwsza firma z kolumnami audio potrafili ten przepis wprowadzić z pozytywnym efektem w życie. Początki firmy Pylon to tworzenie obudów kolumn głośnikowych jako podwykonawca dla dużych, zagranicznych firm. To pozwoliło im zaznajomić się z rynkiem, wypracować własne know-how i obserwować rozwój trendów w branży. Gdy uznali, że są już odpowiednio przygotowani, zaczęli wypuszczać pierwsze serie własnych produktów. Dosyć szybko odnieśli sukces, głównie ze względu na wspomniane wcześniej czynniki – atrakcyjna relacja cena/jakość, dobre wyczucie rynku, w pełni profesjonalny – czyli powtarzalny produkt, z oficjalną siecią dealerów i autoryzowanych sklepów. Nie ukrywam, że czasem wchodząc do sklepu audio i widząc na półce kolumny marki Pylon, szybko w głowie przeliczałem sobie koszt użytych przetworników – np. średnia półka Scan Speaka, orientacyjny koszt wykonania obudowy i mocno drapałem się po głowie, jak im się to opłaca, robić na tak niskich marżach… Ich skuteczność na rynku, doprowadziła do sytuacji, że domowe DIY głośnikowe w zasadzie przestało mieć rację bytu – wiele produktów Pylona, jeśliby chcieć zrobić w domu kopię czy po prostu kolumnę opartą na takich samych przetwornikach – to okaże się, że wyjdzie drożej, niż kupno modelu zrobionego przez Pylona. Stąd też domowe DIY zostało zepchnięte do bardzo ambitnych projektów, albo do pasjonatów, ceniących sobie bardziej sam fakt „wystrugania” kolumny, niż jej wartości użytkowe – dla Nich zasadność tworzenia kolumny ma bardziej charakter hobbystyczny, niż czysto użytkowy. Efekt takiej strategii rynkowej Pylona zaowocował tym, że ukroili bardzo duży kawałek tortu, jeśli chodzi o kategorię głośników entry level oraz niższa średnia półka. Jednak to nie jest Ich ostanie słowo – sukcesywnie rozwijają firmę i powoli zaczynają stawiać pierwsze kroki, w kategorii zaliczanej za wstęp do High End. Tutaj pojawia się pewien dylemat – o ile w przypadku kategorii entry level, uczciwe głośniki i w miarę bezpieczne strojenie wystarczą by uzyskać zadowalające efekty i odnieść sukces komercyjny, o tyle w kategorii High End, z bardziej wyszukanymi przetwornikami, poziom komplikacji jest znacznie wyższy, a margines błędu wyraźnie mniejszy. By przekonać się czy najwyższa seria kolumn Pylon Audio podoła temu zadaniu, zaproszony zostałem do Krakowskiego Audiotrend, na wewnętrzną premierę kolumny Pylon Audio Jasper 25 w Ich sklepie. Po uroczystym rozpakowaniu kolumn i przewiezieniu ich na wózeczku na miejsce odsłuchowe (kolumny są na tyle ciężkie, że nikt z Nas nie odważył się ich dźwigać) rozpoczęło się główkowanie z czym je podłączyć. Rdzeniem kolumny są dwa 18 centymetrowe przetworniki Scan Speak z serii Revelator – to bardzo zaawansowana konstrukcja – cechuje się szczegółowym i szybkim dźwiękiem oraz twardym i mocnym basem. Mocno upodobał je sobie Wilson Audio, stosując w większości swoich kolumn – dodajmy, że kosztujących już kwoty pięciocyfrowe… W znacznie tańszym Jasper 25 łącznie znajdują się dwie pary takich głośników, pracujących w obudowie typu bass reflex. Głośnik wysokotonowy to D2608/91300 także ze stajni Scan Speak. Dobór elektroniki towarzyszącej rozpoczęliśmy od prostej dedukcji – nacinana osiemnastka SS, pomimo iż jest dosyć łatwa do napędzenia, to jednak nie ma siły by, aż cztery takie przetworniki wysterowała słaba lampka. Więc na pierwszy ogień od razu poszedł zawodnik wagi ciężkiej – Moon 600i v2 to 250W z tranzystora w układzie dual mono. Jako źródło posłużył nam Lumin T2, a jako okablowanie użyliśmy produktów Tellurium w torze audio (głośnikowe Tellurium Q Ultra Black II oraz sygnałowy Tellurium Q - Ultra Silver RCA) na zasilaniu z kolei okablowanie Gigawatt wraz kondycjonerem (zasilający Gigawatt LC-3 MK3 – wzmacniacz, Gigawatt LC-2 MK3 – źródło + kondycjoner Gigawatt – PC1). Po tak złożonym systemie nadszedł czas na pierwsze testy odsłuchowe. Być może trochę kierowani mieszanką intuicji i doświadczenia, a może po prostu mieliśmy ciut szczęścia – w każdym razie od razu ten zestaw się zgrał. Pierwsze dźwięki muzyki, niższe partie w nagraniu i czuć, że wzmacniacz daje radę tymi głośnikami sterować. Bas jest szybki i z bardzo dobrym konturem, ok 20 metrowa sala odsłuchowa Audiotrendu w pełni wypełniona dźwiękiem. Myślę, że i w sporo większym metrażu kolumny dałyby sobie radę. To, że bas będzie co najmniej dobry zakładałem od początku – znam te przetworniki SS i wiem co potrafią – w dolnych rejestrach są wybitne wręcz, niestety zwykle już tak dobrze nie spisują się na średnich tonach. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy pojawiły się wokale – zero ostrości czy suchości jaką nam z innych aplikacji tego głośnika. Wokale są ciepłe i nasycone, czuć głębie dźwięku – taka prezentacja zachęca do długich odsłuchów. Wysokie tony są czyste i klarowne, w testowanym przez Nas połączeniu raczej po łagodniejszej stronie. Bardzo ładnie zgrywa się kopułka wysokotonowa ze średnio tonowym głośnikiem – od razu widać, że prace nad zwrotnicą to były godziny testów i pomiarów w komorze bezechowej. Jeśli miałbym streścić swoje pierwsze wrażenia, to właśnie dobrze zszyta średnica wywarła największe wrażenie na mnie. Budowa zewnętrzna, nie pozostawia nic do życzenia – ciekawa bryła, ładny matowy lakier, drobne elementy ozdobne w cokołach, solidne wkręcane nóżki dające pole do popisu, jeśli zechcielibyśmy kiedyś wkręcić jakieś kolce. Gniazda głośnikowe bardzo podobne do WBT, być może robione przez nich jako OEM. By zaspokoić ciekawość podpięliśmy też nieco słabszą lampę – choć jak na lampowca to raczej mocnego - push pull na lampie KT88 Audio Hungary. Średnica zrobiła się bardziej soczysta, jednak bas stracił na swojej energii - chociaż i tak było nieźle pomimo lekkiego spowolnienia dolnych rejestrów. Reasumując moje pierwsze spotkanie z Jasper 25, pomimo tego, że krótkie uważam za bardzo pozytywne. Kolumna ma wszystko czego wymaga się od tej klasy sprzętu – solidne wykonanie, wysokiej klasy komponenty, ładny design i myślę, że sporo może zawojować na rynku. Dla chętnych posłuchania nowej kolumny Pylon Audio, zapraszamy na odsłuchy. Odsłuch odbył się w salonie audio AUDIOtrendt ul. Sołtysowska 35A / Lu. 1 31-589 Kraków www.audiotrendt.com.pl
  3. 2 points
    W obecnych systemach audio coraz ważniejszą rolę odgrywa transport cyfrowy, w zasadzie można powiedzieć, że staje on w szranki z pełnoprawnym analogiem i radzi sobie coraz lepiej. Z reguły początki grania z plików i streaming to laptop ze sterownikiem ASIO lub WASAPI, ewentualnie jakiś transmiter bluetooth czy chromecast audio. Z czasem zaczynamy eksperymentować z odtwarzaczami sieciowymi lub idziemy w stronę DIY i stawiamy system typu Daphile na terminalu, lub Raspberry z wgranym Volumio czy Moode. Mimo iż teoria mówi nam, że to tylko transport cyfrowy, czyli zera i jedynki, to jednak my audiofile słyszymy, co innego, dlatego wybieramy droższe kable USB, coaxial, inwestujemy w dobre zasilanie. Jeśli chcemy jeszcze bardziej dopieścić nasz system oparty o źródła cyfrowe, możemy zainwestować w switch PPA lub serwer audio. Właśnie tego typu urządzenie dotarło do mnie na testy od Firmy RAFKO, NuPrime Omnia S1, czyli transport sieciowy bitperfect. To nieduże urządzenie o wymiarach 23,5 cm dł. x 28,1 cm gł. x 5,5 cm wys. i wadze 4 kg. Wykonane jest w całości z czarnego aluminiu. Przedni panel ma charakterystyczne dla NuPrime ścięcie, które nadaje mu surowej elegancji. Wizualnie to miniatura wzmacniacza IDA 16. Na panelu tylnym znajdują się wejścia cyfrowe: optyczne, coaxialne oraz I2S, mamy również cztery porty USB 2.0, do których możemy wpiąć nośnik pamięci pendrive, myszkę czy klawiaturę bezprzewodową oraz jeden port USB 3.0 do obsługi dysków twardych. Wyjście wideo HDMI (bez audio) służy do podłączenia ekranu. Z siecią lokalną można się połączyć przewodowo przez Ethernet lub bezprzewodowo przez WiFi. Nawiązanie łączności bezprzewodowej wymaga instalacji załączonej karty sieciowej (dongla WiFi) podłączanej do portu USB. Producent opisuje, iż urządzenie oferuje trzy tryby pracy: - jako serwer muzyczny dla innych rendererów DLNA/UPnP - jako renderer DLNA/UPnP do strumieniowania sygnału z innych serwerów muzycznych - jako serwer i renderer jednocześnie. Oprogramowanie układowe używane w Omnia S1 jest oparte na systemie operacyjnym Android firmy Google. Opracowano niestandardowy sterownik audio, który jest używany przez Renderer do wysyłania doskonałego bitowo dźwięku cyfrowego przez wyjścia cyfrowe. Umożliwia także odtwarzanie dźwięku Hi-Res PCM, DSD (DoP) i I2S przez zgodny DAC. Dedykowane oprogramowanie zaprojektowane do odtwarzania z niskim opóźnieniem zapewnia lepszą jakość w porównaniu do systemów opartych na PC lub ARM. Jeśli mamy własną bibliotekę muzyczną, możemy podłączyć dysk twardy do Omnia S1, Możemy także przesyłać strumieniowo z innego klienta DLNA (smartfon z lokalnymi plikami muzycznymi) do Omnia S1. Urządzenie jest bez problemu wykrywane, jako render w Linn Kazoo, Bubble UPNP, czy MConnect. Aby serwer Omnia był widoczny nośnik pamięci masowej musi być sformatowany jako fat32 lub ext32. Omnia S1 to produkt niszowy, skierowany do świadomych użytkowników, którzy szukają dżwieku wysokiej jakości, chcą mieć serwer muzyczny i renderer, ale także uruchomić na nim aplikacje do przesyłania strumieniowego. Małgorzata Rutkowska-Mamica NuPrime OMNIA S1 – najważniejsze cechy: umożliwia przesyłanie sygnału cyfrowego PCM w rozdzielczości 32-bit/768kHz oraz DSD do DSD1024 (przez wyjście I2S) do przetwornika DAC odtwarzacz i render jest zgodny z DLNA/UpnP 4 porty USB 2.0 do obsługi klawiatury, myszki 1 port USB 3.0 do obsługi dysków twardych obsługiwane formaty plików: AAC, AIFF, ALAC, APE, DSF, DXD, FLAC, MP3, OGG, WAV, WMA możliwość przełączania między trybami Local Play & Renderer Play wyjście HDMI do wyświetlania ustawień na zewnętrznym ekranie współpraca z aplikacjami na smartfona – Android / iOS np Bubble UpnP) Dystybucja: RAFKO Dystrybucja
  4. 1 point
    Rola Subwofera w wysokiej klasy systemie stereo często jest przedmiotem sporu. W kinie domowym jest całkowicie akceptowalny, a wręcz stanowi fundament systemu, również w niskiej klasy systemach stereo nikogo nie dziwi widok tak zwanego suba. Jednakże, gdy przechodzimy do, powiedzmy wyższej-średniej półki audio, subwoofer jest swego rodzaju faux pas. Powszechnie panujący trend mówi, że w dobrze złożonym systemie stereo, basu nie trzeba już zwiększać subwooferem. Jednakże, co w sytuacji, gdy ktoś złożył już przyzwoity system, ale jednak zorientował się, że słuchając z małych monitorów bas nie jest już dla niego wystarczający? Lub zmienił lokum i w kilka metrów większym metrażu brakuje mu dolnych rejestrów? Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłaby zmiana kolumn z którą prawdopodobnie wiązałaby się zmiana wzmacniacza na mocniejszy, jeszcze tylko kable i dopasować źródło, a okaże się, że zmieniliśmy cały system… Stąd też, nie raz, nie dwa pojawia się pytanie czy braki dolnych rejestrów da się nadrobić dobrej klasy subwooferem, tak by nie ucierpiały na tym inne zakresy pasma oraz by sam sub zlał się z systemem i nie doszło do sytuacji, że system gra swoje, a dodatkowy subwoofer swoje. To, że da się pozytywny efekt uzyskać w stereo, to powszechnie wiadomo, jednakże zwykle rozwiązania takie łączą się z subwooferami z budżetu powyżej 10 tysięcy złotych. Natomiast Dynavoice Thunder T12 (jak wskazują pierwsze testy i opinie zza granicy) ma być właśnie takim killerem w swojej półce cenowej, mając najlepszy stosunek jakości do ceny. Z wyglądu zewnętrznego Dynavoice Thunder T12 nie odbiega od utartego kanonu – bryła sześcianu, z jednej strony głośnik zasłonięty maskownicą mocowaną na magnesy, z drugiej strony panel wzmacniacza z gniazdami wejść, gałkami potencjometrów i radiatorami. Testowany przeze mnie egzemplarz wykończony był czarnym kolorem w modnym ostatnimi czasy, wysokim połyskiem. Dostępna jest również biała wersja kolorystyczna. Wymiary urządzenia to równe 40cm dla każdego z boków, natomiast waga wynosi 28 kg. Radiatory nie są zbyt duże, ale pamiętać trzeba, że wzmacniacz wykonany jest w najbardziej sprawnej D-klasie. Stąd też wielkość radiatorów i niepozorna waga niech nie mylą – głośnik napędzany jest niebagatelną mocą 500W (z chwilową mocą dochodzą do 650W). O ile klasa D nadal ma problem by zadomowić się w klasycznych wzmacniaczach stereo, o tyle w przypadku amplifikacji subwooferów jest już pewnym standardem i w tym miejscu sprawdza się znakomicie. Sercem urządzenia jest dwunastocalowy głośnik z potężnym, podwójnym magnesem, odlewanym kloszem oraz membraną wykonaną z metalu. Z zewnątrz, membrana zabarwiona jest na bladozłoty kolor, który nadaje oryginalności wizualnej urządzeniu, a jednocześnie nie rzuca się zbyt mocno w oczy, ładnie komponując z czarną, błyszczącą obudową. Jeżeli chcemy zakryć głośnik do dyspozycji jest okrągła maskownica, z czarną tkaniną, montowaną na magnesy. Na maskownicy dyskretnie zamieszczone logo producenta i jeśli chodzi o wygląd to w zasadzie tyle, co można powiedzieć. Raczej planowano by subwoofer wyglądał elegancko i w stylu glamour, ale równocześnie by znikał w pomieszczeniu, nie przyciągając wzroku. No cóż, subwoofery to spore urządzenia i potencjalny nabywca zwykle stara się je gdzieś ukryć – ciężko wizualnie wkomponować wielką skrzynię w pomieszczeniu, więc lepiej postarać się by niepotrzebnie nie przyciągała wzroku przesadzoną ilością detali. Moim zdaniem, jeśli chodzi o wygląd to w przypadku tych urządzeń nie da się niczego oryginalnego wymyślić i chwała producentowi za to, że nie próbował. Z detali konstrukcyjnych: przednia i tylna ściana obudowy ma grubość 45mm, konstrukcja jest natomiast obudową zamkniętą. Zalety takiej konstrukcji w stosunku do bass reflex to; lepsza odpowiedź impulsowa, bardziej linowe odtwarzanie basu i ogólnie (nie bez powodu) przyjęło się, że to właśnie z takiej typu obudowy bas jest najlepszy. Wadami obudowy zamkniętej są; zapotrzebowanie na znacznie mocniejszy wzmacniacz, brak odzyskiwania energii akustycznej tylnej części membrany (poprawia jakość basu, ale zmniejsza jego ilość), stąd też by uzyskać analogiczne ciśnienie akustyczne do obudowy BR, należy użyć większej membrany i/lub skoku membrany, a więc większego głośnika, który potrzebuje jeszcze więcej prądu… Streszczając, można by uprościć sprawę do stwierdzenia, że obudowa zamknięta ma większy potencjał jednakże, by go wykorzystać należy użyć znacznie większych środków materiałowych. To jedna z głównych przyczyn, że obudowa typu bass reflex, który pozwala użyć przeszło dwa razy mniejszych głośników i mniej wydajnych wzmacniaczy, obecnie dominuje w większości konstrukcji. Przed uruchomieniem sprzętu zdałem sobie sprawę, że pomimo nagwintowanych otworów w spodniej części obudowy, w pudełku nie znalazłem kolców – stało się tak dlatego, że producent zaleca by subwoofer ustawić na miękkich, przypominających piankę stopkach. Nie wdawałem się w polemikę z producentem i sam do testów położyłem na miękkich podstawkach. Dla wyznawców wiodącej obecnie szkoły, że w audio zawsze, wszystko trzeba stawiać na kolcach - są przygotowane już gwinty. Konfiguracja i uruchomienie to czynności bardzo proste – wpinamy się sygnałem po przewodach RCA, włączamy zasilanie (jest też funkcja auto-off) i przystępujemy do strojenia. Wprawdzie mamy tylko trzy potencjometry, ale odpowiednie dobranie wartości, które nas w pełni będą satysfakcjonować, zapewne zajmie kilka dni. Pierwszym potencjometrem ustalamy głośność, czyli pogłaśniając przesuwamy balans systemu w dół – czym głośniej tym bardziej w systemie dominuje subwoofer. Wartość ta zależy od wielkości pomieszczenia, od tego jak mocno nasze główne kolumny niedomagają na basie oraz od osobistych preferencji. Kolejna gałka reguluje zakres działania filtru dolnoprzepustowego. Czyli do jakich częstotliwości subwoofer ma pracować. Najniższe częstotliwości jego pracy to 23 Hz, najniższe możliwe cięcie to już 35Hz – czyli teoretycznie subwoofer będzie pracował tylko w tych częstotliwościach. Pisze teoretycznie, bo cięcie nigdy nie jest zero – jedynkowe, nie jest tak, że przy 36 Hz nagle przestanie grać, tylko od 35 Hz dosyć stromo będzie sygnał wygaszany. Ostatnia możliwość konfiguracji to korektor fazy. Do dyspozycji mamy pełen zakres regulacji, czyli od pełnego grania w fazie (0 stopni) do pełnej przeciw fazy (180 stopni). Źródło fali akustycznej subwoofera oddalone jest od głównych kolumn i źródła ich fali, by kompensować te rozbieżności czasowe, stosuje się właśnie takie dopasowanie fazowe. Odsłuch rozpocząłem od utworów dominujących w instrumenty perkusyjne, wszelkiej maści kotły, bębny i perkusja prężyły się by ukazać mi granice możliwości Dynavoice Thunder T12. Jeśli chodzi o ilość basu, to na wstępie mogę uspokoić – raczej nikomu go nie zabraknie. W pomieszczeniu 35 metrów, nie udało się odkręcić gałki volume do połowy. Nawet już przy 1/3 ustawienia basu było pod dostatkiem. Bas jest mocny i szybki, jego ilość regulujemy sami, więc nawet w systemie, gdzie basu brakowało, to przy pomocy Thunder T12 w mocnych, rockowych kawałkach czuć stopę i bębny jak wypełniają całe pomieszczenie masą swojego dźwięku. Przy muzyce elektronicznej lub organowej, gdzie pojawiają się najniższe częstotliwości, poczujemy, ile traciliśmy słuchając z systemu niemającego odpowiedniego wypełnienia na dole pasma. Jednakże to co mnie najbardziej ciekawiło, to jak dźwiękowo wypadnie nie sam najniższy bas, lecz ten wyższy i dolne partie średnich tonów. To właśnie w tym miejscu pasmo subwoofera pokrywa się z pasmem kolumn i to tutaj słabsze jakościowo konstrukcje pokazują swą największą wadę – subwoofer gra swoje, a kolumny swoje. Niby bas jest, ale jakby z innej parafii i nie zgrywa się z resztą dźwięku. Na szczęście w testowanym przeze mnie Dynavoice tego efektu nie uświadczyłem. Wprawdzie sam stosowałem bardzo ostrożne nastawy (1/3 volume i strojenie poniżej 50 Hz) ponieważ chodziło mi bardziej o to, żeby wspomóc dźwięk niż zdominować go potężnym basem, ale efekt końcowy był moim zdaniem bardzo dobry. Na przykład słuchając męskich, niskich wokali, przy takiej konfiguracji wydaje nam się, że subwoofer jest całkowicie wyłączony, bo w żaden sposób nie czujemy jego obecności w systemie. Jednak, gdy faktycznie go wyłączymy, to po ponownym odsłuchaniu materiału wyraźnie słyszymy, że wokalista śpiewa o oktawę wyżej. Podobnie sytuacja wygląda z kontrabasem, po odjęciu subwoofera, dźwięk kontrabasu robi się cienki i mały – chociaż wcześniej wcale nie było słuchać wspomagania dodatkowego głośnika. Przechodząc do puenty - jest to sprzęt audiofilski, który pomoże nam podciągnąć braki dolnych rejestrów w naszym systemie, bez degradacji innych zakresów. Przy odpowiednio cierpliwym ustawieniu cięcia oraz fazy jesteśmy w stanie wkomponować go w system tak by wtopił się niezauważalnie w pozostałe zakresy pasma akustycznego. Jeżeli uporał się z tym zadaniem (moim zdaniem, najtrudniejszym) to i z prostszymi zadaniami poradzi sobie bez problemów. Jeżeli tylko zechcemy po kilku godzinnym odsłuchu odłożyć płyty i puścić jakiś film, po podkręceniu wartości uzyskamy efekt kinowego basu, gdzie dźwięk trzaśnięcia drzwiami w samochodzie przypomina wysadzenie budynku w powietrze. I gwarantuje, że cały dom zadrży. Dane: Rodzaj obudowy: Zamknięta Kolory: Czarny fortepianowy oraz Biały fortepianowy Moc (RMS): 500 W Moc (Max): 650 W Pasmo przenoszenia: 35 - 150 Hz Częstotliwość odcięcia: 35 - 150 Hz Głośnik niskotonowy: 12 cali Wymiary (SxWxG): 400 x 400 x 400 mm Masa: 27,9 kg Urządzenie z dystrybucji: http://strefahfs.pl Za dostarczenie do testów dziękujemy: https://www.hifistation.pl
  5. 1 point
    Leben RS 28CX to dzielony, lampowy przedwzmacniacz linowy wyposażony w lampową sekcję wzmacniacza RIAA dla wkładek MM. Przedwzmacniacz jest urządzeniem dzielonym, czyli rozbitym na dwa komponenty. W tym konkretnym przypadku, w jednej obudowie mamy kompletny, lampowy zasilacz, a w drugiej urządzenie sensu stricte, czyli układ wzmacniający sygnał, moduł RIAA, oraz selektor wejść wraz z potencjometrem siły wzmocnienia, oraz balansu kanałów. Taki zabieg ma na celu odizolowanie zakłóceń, jakie generuje transformator, od wrażliwych na to układów wzmacniania sygnału (szczególnie sygnału z gramofonu, który jest znacznie słabszy niż CD, a tym samym każde zakłócenie bardziej słyszalne). Zasilacz, zarówno napięcia anodowego (opartego o prostownik lampowy 5Y3W) jak i napięć pomocniczych (w tym żarzenia lamp sterujących) umieszczony jest w oddzielnej obudowie. Taki zabieg nie dość, że fizycznie oddala transformator od lamp sterujących, to wykorzystuje fakt, iż obudowa sama w sobie jest solidnym ekranem. Zasilacz (jak i zresztą całe urządzenie) wykonane jest technologii point to point, jak już Leben nas zdążył przyzwyczaić, w środku jest schludnie i estetycznie. Lekkim zdziwieniem był dla mnie rozmiar transformatora zasilającego – jest na tyle duże, że wystarczyłby na średniej wielkości integrę lampową. To, że transformator jest mocno przewymiarowany – oprócz tego, że podnosi koszty produkcji, jest zabiegiem jak najbardziej pożądanym. Dzięki temu napięcia mają mniejsze wahania, a sam transformator mniej się grzeje. Obudowa modułu zasilacza, stylistycznie nie różni się niczym od głównej jednostki – to doskonale znany z innych sprzętów Lebena design nawiązujący do lat 70 tych. Złoty front panel, z dwoma zielonymi paskami, drewniane boczki i czarna, metalowa pokrywa z otworami wentylacyjnymi. Z przodu zasilacz tylko jedna dyskretna dioda, z tyłu porządne gniazdo zasilające IEC oraz gniazdo do systemowego kabla zasilającego, którym łączymy zasilacz z główną jednostką. Główna jednostka, w tym samym stylu wizualnym, z tym że na front panelu zbiór gałek i przełączników. Tak więc złote gałki selektora źródeł oraz pętli magnetofonowej, duża gałka potencjometru głosu i obok mniejsza odpowiedzialna za balans. Podświetlany na czerwono przycisk włącznika oraz dyskretna dioda sygnalizująca rozgrzewanie urządzenia. Urządzenie stoi na plastikowych nóżkach, które mogłyby być solidniejsze, zwłaszcza że dedykowana końcówka mocy ma bardzo ładne i solidne aluminiowe nóżki, więc daleko nie trzeba było szukać… Może ze względu na to, że wewnątrz urządzenia, lampy mają amortyzowane podstawki, uznano, że nóżki nie są już tak ważnym elementem? Jeśli chodzi o odsłuch, moim zdaniem ciężko opisywać walory dźwiękowe przedwzmacniacza w inny sposób niż jako tandem z końcówką mocy. Z preampem jest tak, że albo się polubi z daną amplifikacją, albo nie – nie ma na to żadnej reguły czy parametru, który pomógłby wyłonić optymalne połączenia. Trzeba testować różne warianty metodą prób i błędów innej rady nie znam. O ile w opisanej przeze mnie końcówce mocy Leben CS1000 nie byłem w stanie znaleźć innego kompana niż dedykowany preamp, z którym by się zgrywał dając pełnie satysfakcji, to omawiany Leben RS28CX, jest mniej wybredny i spektrum doboru końcówek mocy jest spore. Chociaż muszę przyznać, że i tak najprzyjemniej mi się go słuchało w duecie z CS1000. Od razu trzeba zaznaczyć, ze RS28CX lubi końcówki mocy szybkie i mocne. Jeżeli połączymy go z końcówką mającą problemy z wysterowaniem kolumn lub grającą obfitym i wolnym basem pojawią się kłopoty. Przedwzmacniacz ten ma piękny i z niesamowitą gradacją rysowany bas. Dodatkowo jest on obszerny i mocny, choć raczej po „analogowej” stronie brzmienia – pomimo że jest go dużo, nie męczy przy dłuższych odsłuchach, co czasem ma miejsce np. w Krellu, gdzie na pierwszą chwilę szybki i twardy bas robi piorunujące wrażenie, a po kilku godzinach odsłuchu ma się tego dość… Częściowo ze względu na ten właśnie spory bas, proponowałbym ten przedwzmacniacz do raczej dużych pomieszczeń. Owszem i w małym da się z dużą satysfakcją go słuchać, ale trochę trzeba się będzie natrudzić, by pełne pasmo basowe, jakie dostarcza Leben, nie zdominowało przekazu. Co oczywiste, również głębia i lokalizacja źródeł na tym ucierpi, a szkoda byłoby tracić jeden z większych atutów tego urządzenia. Wokale są głębokie, dźwięk wypełnia całe pomieszczenie, każdy drobny element spektaklu muzycznego wybrzmiewa i unosi się w powietrzu. Po wypięciu tego przedwzmacniacza z systemu i zastąpieniu go „pasywką” system brzmi jakby uleciała z niego dusza. Średnie tony, jak już wspomniałem, są nasycone i dźwięczne. Najbardziej słychać to na wokalach i instrumentach strunowych. Nie zlewają się te dźwięki z solidnym basem, nie przykrywają też wysokich tonów, które są czyste ale raczej łagodne w odbiorze, tzn. nie dominują. Ciężko mi wyobrazić sobie system z tym preampem gdzie, góra mogłaby kłuć w uszy, albo męczyć przy dłuższym słuchaniu. Widać, że jest to sprzęt do słuchania muzyki, a nie do zawodów — gdzie uda się najwięcej szczegółów na wysokich tonach wyłapać. Tam, gdzie trąbka ma zabrzmieć dosadnie – zabrzmi, blachy instrumentów perkusyjnych — brzmią jak z blachy. Jednakże pomimo tego wysokie tony nie przeszkadzają w zanurzeniu się w odsłuch, zbyt przesadną ilością informacji. Tak właśnie powinna brzmieć referencyjna góra według mnie – bez zbytniego złagodzenia, ale również bez zasypania słuchacza zbyt dużą ilością informacji. Przedwzmacniacz posiada również sekcję gramofonową, w pełni opartą na lampach. Pozwoli nam to słuchać wkładek MM. Jeżeli chcielibyśmy korzystać z wkładki MC, konieczny będzie zewnętrzny step up. Ten aspekt jest moim zdaniem łyżką dziegciu w beczce miodu – o ile sam stopień RIAA jest co najmniej bardzo dobrej jakości, to jednak w przypadku high endowego preampa istnieje duże prawdopodobieństwo, że użytkownik będzie chciał korzystać z wkładki MC. Natomiast jeśli zadowolimy się wkładką MM, myślę, że można na tym preampie zakończyć budowę systemu analogowego. Być może zewnętrzny preamp RIAA zagra lepiej, ale by to osiągnąć raczej należy sięgnąć do kieszeni równie głęboko, co w przypadku samego RS28CX. Urządzenie wprawdzie tanie nie jest, ale patrząc na obecne ceny (szalone!) sprzętów high endowych, okazuje się, że jest to jedno z tańszych urządzeń tej klasy, które można uznać za end line. Na pocieszenie zawsze można wmówić sobie, że „gratis” dostaliśmy bardzo dobry lampowy RIAA, więc cena okazyjna, choć lekko ostudzić emocje może fakt, że preamp nie jest wyposażony w pilota. Użyty potencjometr, nie posada silniczka, więc pilot w takim wypadku nie ma sensu. Podsumowując, Leben RS 28CX to bardzo dobre urządzenie — przemyślane jest jako kompletny produkt dla osób ceniących sobie muzykalność, rytm i potęgę dźwięku. Dla którym osób bliżej do analogu i vintage niż do sprzętów współczesnych. Dla wielu z nich może być to przedwzmacniacz docelowy. Lampy: 6CG6 (5881) General Electric x 2; 12AT7 General Electric x 2; 5Y3WGT x 1 Wzmocnienie: 20.2 dB Dokładność RIAA: > 0.3 dB Max. napięcie wejściowe: 400 mV/80 V Impedancja wyjściowa: 580 Ω Wymiary: 585 x 240 x 175 mm Waga: 13 kg Cena: 24900 zł Za dostarczenie do testów dziękujemy: Sklep Nautilius www.nautilus.net.pl
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.