Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 07/06/20 in Artykułów

  1. 13 points
    W walce z wibracjami nie dość, że wszystkie chwyty są dozwolone, to każde z akcesoriów sprawdza się raz lepiej a raz gorzej i to nie tylko w zależności od konkretnego systemu, co również od destynacji, czyli pod czym wyląduje. Ponadto o ile doskonale wiadomo, że pasożytnicze rezonanse nigdzie nie są mile widziane, to najwięcej szkód są one w stanie wyrządzić wszędzie tam, gdzie odczyt danych odbywa się w sposób czysto mechaniczny, czyli w źródłach, ze szczególnym uwzględnieniem tych analogowych. Jeśli zatem posiadacie w swych systemach jakiś gramofon z pewnością zdążyliście już się zorientować jak kluczowym zagadnieniem jest oprócz jego ustawienia również posadowienie, a dokładnie nie tyle gdzie, co na czym powinien on stanąć. Dlatego też w ramach niniejszej epistoły zajmiemy się platformą antywibracyjną IsoAcoustics Delos 1815M1. Choć rodzimy dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, a po prawdzie śmiało można założyć, iż jest to ewidentny przejaw radosnego słowotwórstwa działu marketingu, usilnie stara się zaklinać rzeczywistość górnolotnymi określeniami w stylu „cokół izolacyjny” sam producent aż takiego parcia na szkło i weny nie ma, woląc nazywać rzeczy po imieniu. Krótko mówiąc Delos 1815M1 to nic innego jak klasyczny blok rzeźniczy wzbogacony o firmowe stopy antywibracyjne, z którymi to de facto mieliśmy już przyjemność się zaznajomić podczas testów modelu Orea Bordeaux. Mamy zatem do czynienia z ciężką, odporną na rezonanse, między innymi poprzez klejenie profili drewnianych różnymi przekrojami, platformą nośną i wielowarstwowe, świetnie odsprzęgające od podłoża stopy. Oczywiście w materiałach informacyjnych znajdziemy nad wyraz sugestywne odwołania do mitologii greckiej i dryfującej po wzburzonym Morzu Egejskim wyspie … Delos, jednak tym razem wszelkich miłośników bajkopisarstwa odeślę do dzieła Jana Parandowskiego a sam skupię się na faktach. Tytułowa platforma oferowana jest w dwóch wersjach materiałowych – z końcówką M oznaczającą użycie w roli budulca drewna klonu i W z wykorzystaniem drewna orzecha. Jakby tego mało sama grubość platformy nośnej może wynosić 45 mm (1-ka na końcu), bądź 76 mm (2-ka na końcu). Ponadto nabywca może wybierać miedzy wersjami wyposażonymi w cztery, bądź sześć stóp antywibracyjnych, choć akurat to pociąga ze sobą również wzrost powierzchni samej platformy z 18”x15” (455 x 380 mm) na 22”x16” (560x405 mm). Całe szczęście nazewnictwo poszczególnych wersji jest na tyle czytelne, że bez trudu można się w nim połapać. I jeszcze jedno – użycie drewna klonowego i orzechowego oprócz oczywistych różnic kolorystycznych niesie ze sobą zmiany natury fizycznej. Klon bowiem jest nieco twardszym gatunkiem, więc i wpływem na brzmienie powinny się różnić. Piszę powinny a nie, że się różnią, gdyż do recenzji otrzymaliśmy jeden, klonowy egzemplarz. Tym razem z bratobójczego pojedynku nici, może następnym razem, o ile tylko uda nam się pozyskać np. Delosa 2216W2 zdolnego przyjąć na swe barki ponad 40 kg obciążenie. Przystępując do testów, a dokładnie w ich pierwszej fazie używałem Delosa zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli pod swoją dyżurną Kuzmą Stabi S wyposażoną w ramię Kuzma Stogi i wkładkę Dynavector DV-10X5. Od razu zwróciłem uwagę, iż pomimo pozornie miękkiego zawieszenia kwestia prawidłowego wypoziomowania gramofonu nie stanowiła najmniejszego problemu. Jeśli zaś chodzi o wpływ na brzmienie, to z niekłamaną ulgą stwierdziłem, iż przesiadka z twardo odsprzęgniętej – ustawionej na czterech regulowanych kolcach, górnej półki masywnego stolika Rogoz Audio 4SM bynajmniej nie spowodowała zamulenia, czy też ociężałości dźwięku. Jedynie lekkiemu uprzywilejowaniu uległa średnica przy subiektywnym wzroście energetyczności ww. podzakresu. Nawet dość siermiężny i garażowo kanciasty album „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy zabrzmiał bardziej … analogowo (?). Nie chodzi bynajmniej w tym momencie o jakąś porażającą woltę, czy też „zlampizowanie” ostrego metalowego łojenia, lecz raczej dosaturowanie i wypełnienie nieco suchych brył. Dźwięk stał się jakby gęstszy, bardziej treściwy, tym samym mniej forsujący. Całe szczęście prog-rockowy „Hunt” Amaroka, pełen zwiewnych i onirycznych gitarowych pasaży nie stracił nic ze swojej baśniowej eteryczności, więc trudno w tym momencie zarzucać amerykańskiej platformie jakiekolwiek kombinacje z obniżaniem równowagi tonalnej. Przesiadka na elektronikę spod znaku Depeche Mode ("Violator") i Madonny („Ray of Light”) tylko powyższe obserwacje pogłębiła i je potwierdziła, gdyż jakiekolwiek obniżenie tonacji, bądź też podkręcenie najniższych składowych automatycznie spowodowałoby mówiąc potocznie „przewalenie” basu i trudne do zniesienia monotonne dudnienie a nijakich podobnych anomalii nie dane mi było odnotować. Nawet z założenia nie tyle ciemny, co wręcz mroczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena pozostał na swój sposób chrapliwy, a że niejako przy okazji głos nieodżałowanego barda stał się nieco bardziej namacalny i czarujący, to chyba tylko wieczni malkontenci mogliby z tego powodu kręcić nosem. Przestawienie platformy zarówno pod CD (lampowy Ayon CD-35 Preamp + Signature), jak i tranzystorową końcówkę mocy Bryston 4B³ dało bardzo zbliżone do ww. wyniki. W głównej mierze dotyczyły one podkreślenia walorów brzmieniowych średnicy bez zbytniej ingerencji w resztę pasma, bądź co najwyżej eliminację ewentualnego rozedrgania i granulacji najwyższych składowych. Patrząc na rynek wszelakiej maści akcesoriów antywibracyjnych i porównując bohatera niniejszej epistoły do oferty konkurencji śmiało można uznać IsoAcoustics Delos 1815M1 za wielce namacalny przejaw altruizmu graniczącego z próbą wprowadzenia iście dumpingowych cen. Chociaż nie, to nie jest dumping, lecz rczej coraz rzadziej spotykany szacunek dla inteligencji nabywcy, przy jednoczesnym braku wciskania kitu poprzez dorabianie górnolotnych pojęć, czy wręcz bajek z mchu i paproci. Tutaj nie ma miejsca na voodoo. Jest za to całkiem sensowny rachunek ekonomiczny, gdyż nawet chcąc wykonać coś podobnego własnym sumptem, czyli nabywając cztery sztuki Orea Bordeaux i pasujący wymiarami blok rzeźniczy moglibyśmy mieć problem zmieścić się w budżecie, a warto byłoby jeszcze uwzględnić kwestię złożenia elementów składowych w sensowną tak pod względem mechanicznym, jak i estetycznym całość. Dlatego też zamiast kombinować i wyważać już dawno otwarte drzwi śmiało można sięgnąć po produkty nie tyle komercyjne, co przede wszystkim nieprzypadkowe – sprawdzone i powtarzalne, do których właśnie IsoAcoustics Delos 1815M1 bezdyskusyjnie należy. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 899 PLN (M1 – klon / W1 – orzech) Dane techniczne Wymiary (S x G x W): 455 x 380 x 45 mm Ilość izolatorów: 4 Udźwig: 29,5 kg Twardość (mierzona metodą Janki): 1450 M1 – klon / 1100 W1 – orzech Materiał (M1 – klon / W1 – orzech)
  2. 4 points
    Spendor Classic to kolejna odsłona, a raczej odświeżenie jednej z najbardziej klasycznych linii rozwojowych sprzętu, jakim są Brytyjskie monitory o „grających” ściankach. Wywodzi się ona z lat 70 tych, gdy BBC zleciło zaprojektowanie kolumn optymalnie nadających się do wykorzystania w studio, kładących nacisk na naturalny, a jednocześnie niemęczący odbiór dźwięku. Liczyła się łatwość w ustawieniu w małym pomieszczeniu, zachowanie rytmu i timmingu nagrania, bez utraty naturalności brzmienia ludzkiego głosu. Tak powstały konstrukcje ze stajnie Hartbeth, Graham i wielu innych przedstawicieli tej szkoły tworzenia kolumn. Z tej też szkoły wywodzi się, również Brytyjski Spendor i podobnie jak jej inni przedstawiciele, także stawia na drobną ewolucję swoich produktów, zamiast na gwałtowną rewolucję. Dla laika wygląd tych kolumn kojarzyć się będzie z produktem archaicznym – przecież tak wyglądały kolumny w latach 70-80tych – ale właśnie w ten sposób widzi sposób konstrukcji Spendor. Wynika z tego, że wbrew pozorom przez taki kawał czasu wcale tak wiele w technice głośnikowej nie posunęło się do przodu. Te techniki, które znakomicie sprawdzały się przeszło pół wieku temu, nadal mają zastosowanie dziś – i to z równą skutecznością. Spendor (w odróżnieniu od chociażby Harbetha) przynajmniej nie neguje innych metod do podejścia w audio i wypuszcza znacznie bardziej postępową serię A (m.in. modele A1, A2, A5, A7). Gdyby popatrzeć na to z boku, to konstrukcja głośnika dynamicznego ma już sto lat na karku, prawa fizyki się nie zmieniają, więc w zasadzie rozwój kolumny może wynikać jedynie z rozwoju i ulepszenia samego przetwornika lub innego sposobu strojenia. Strojenie i dogmaty przyjęte w latach 70tych dla Brytyjskich kolumn nadal pozostają aktualne — patrząc na ewenement, jakim jest ciągłe istnienie na rynku produktów mających korzenie pół wieku temu – potwierdzany ciągle portfelem konsumentów. Patrząc na to z tego punktu widzenia, zaczynamy rozumieć, czemu zmiany w kolejnych generacjach są tak małe i czemu nadal tak wiele — wydawałoby się prymitywnych – rozwiązań ciągle zdaje swoją rolę. Techniczny opis Spendora 2/3 należałoby zacząć od rozwinięcia i wytłumaczenia, nieco mylącego stwierdzenia, którego użyłem we wstępie tego tekstu, a mianowicie „grające” ścianki obudowy. Jak powszechnie wiadomo, problem obudowy kolumny głośnikowej polega na tym, że jej rola – czyli wytłumienie fali akustycznej powstającej z tylnej części membrany, powoduje jednocześnie, że obudowa sama zaczyna drgać (poprzez absorbcję wytłumianej energii). Drgając, sama obudowa wytwarza niekorzystną falę akustyczną, którą odbieramy jako nieprzyjemne dla ucha zniekształcenia. Jednym ze sposobów radzenia sobie z problemem jest w ogóle pozbawienie obudowy – na takiej zasadzie działa odgroda, która swą wielkością „oddziela” falę akustyczną przedniej strony membrany od tylnej. Oczywiście prócz zalety pozbawienia rezonansów własnych, takie rozwiązanie ma szereg innych z kolei wad, nad którymi nie będę się tu rozwodził. Najczęstsza metoda, po jaką sięgają konstruktorzy (koronnym przykładem niech będzie B&W) to zwiększenie masywności obudowy, mocne i grube ścianki, wzmocnienia wewnątrz – to zdecydowanie poprawia sytuację, ale nie rozwiązuje jej do końca, jednocześnie generując inne problemy – bardzo duża masa i znaczne zwiększenie kosztów produkcji, transportu itd. Jest jednak jeden bardzo sprytny zabieg, do którego uciekają konstruktorzy Spendora czy Harbetha. Odpowiednie wyliczenie rezonansów własnych obudowy i zaprojektowanie jej tak by rezonanse te wybiegały poza pasmo akustyczne głośników – na tyle na ile to możliwe. Tak więc twierdzenie o „grających” obudowach nie jest do końca prawdzie, owszem obudowa drga, ale drga, tak by nie interferować z pasmem słyszalnym. Nie działa to na zasadzie – często powtarzanej, lecz błędnej teorii – że obudowa drewniana drga i z tego drgania wychodzą dźwięki „dosładzające” średnicę. Jest dokładnie na odwrót. To tyle mianem sprostowania, obiegowo krążącej historii o grających ściankach. Analizując dalej budowę tych kolumn, widzimy, że są wyjątkowo masywne i ciężkie jak na ten typ konstrukcji – ścianki 22 mm oraz kilka, drewnianych wzmocnień wewnątrz obudowy. Dwa rodzaje forniru – od zewnątrz mający funkcję tylko estetyczną, natomiast fornir wewnątrz obudowy ma za zadanie zmniejszyć naprężenia ścianek, by uniknąć wypaczenia oraz by zmienić stosunek odbić i pochłanialności wewnętrznej strony obudowy. Następnie grube maty filcowe i dwa rodzaje wytłumienia z grubej gąbki. Zwrotnica osadzona bezpośrednio do tylnej ścianki na gwincie grubych gniazd przyłączeniowych składa się z cewek nawiniętych na grubym drucie i słusznej wielkości rdzeniach. Kondensatory to przyzwoite foliowe polipropyleny, oprócz tego jeden rezystor wysokiej mocy. Przewody to srebrzona miedź dostarczana przez Van den Hula. Jak na Brytyjskie kolumny zwrotnica wydaje się wyjątkowo ascetycznie i z większą dbałością o jakość elementów niż u konkurencji. Głośniki pochodzą od Norweskiego SEASa. Wysokotonowy to poczciwy to 22 TFF z serii Prestige – na pierwszy rzut oka bez żadnych modyfikacji, chociaż możliwe, że użyto innej impregnacji membrany lub w jakiś inny sposób zmodyfikowano. Głośnik nisko-średnio tonowy również pochodzi od SEASa, ale jest to już produkt robiony całkowicie wedle specyfikacji Spendora i nie da się go zamówić na rynku. To 21-centymetrowy odlewany klosz przypominający inne SEASy z serii Prestige — z dużym magnesem, czarna, polimerowa membrana i metalowy stożek fazowy. Obudowa zewnętrzna to klasyczna bryła prostopadłościanu, z dużą przednią ścianką. Dostępna w dwóch wykończeniach w naturalnym fornirze: wiśnia lub ciemny orzech. Maskownica wchodzi we frez w przedniej ściance, ale dodatkowo jest trzymana małymi magnesami – w obudowie nie ma żadnych otworów montażowych na nią. Z przodu kolumny znajduje się rura bas-reflexu. Z tyłu solidne gniazda w układzie Bi-wire. Osobiście nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, wolałbym jedną parę, szczególnie że blaszka łącząca oba terminale nie wygląda zbyt solidnie – myślę, że nawet kawałek miedzianego drutu ze ściągniętą izolacją sprawdzi się lepiej, niż to, co fabrycznie dał producent… Bardzo ważną sprawą w takiej typie kolumny jest stand, na jakim je położymy. Z racji tego, że rezonanse własne obudowy są pieczołowicie wyliczone i uwzględnione w strojeniu, postawienie ich na ciężkich, masywnych standach i — nie daj Boże – przyklejenie bluetackiem po prostu je przestroi. Więc tak jak w przypadku chyba wszystkich klasycznych Brtyjskich monitorów stawiamy je na lekkich standach, które nie mogą być w żaden sposób przymocowane do kolumny, a punkt styku powinien być jak najmniejszy. Alternatywny sposób to położenie ich na regale z książkami – stąd oryginalna Brytyjska nazwa dla tego typu kolumn „Bookshelf Speakers”. Ta archaiczna metoda to raczej ciekawostka (zwłaszcza że największy sens miałaby w typowym Brytyjskim budownictwie), optymalnym ustawieniem wg producenta jest użycie dedykowanych standów ażurowych w ustawieniu trójkąta równobocznego. Od strony podłogi wkręcamy kolce, poziomujemy i wbijamy w dywan ew. używamy podkładek pod kolce, jeśli nie chcemy niszczyć drewnianej podłogi. Od strony kolumny wypuszczone są cztery nóżki, na których opiera się kolumna, wykonane są one z grafitu i po wypoziomowaniu standów, docieramy je papierem ściernym przed ustawieniem kolumny (to ostatni etap poziomowania). Jest w tym trochę magii i zabobonu – ale wierzcie lub nie, tak grają najlepiej. Bez dobrze pomyślanych standów, nie polecam w ogóle brać się za przymiarki do tych kolumn (i żadnych innych z serii Classic Spendora). Przechodząc do odsłuchu podobnie jak w większości Brytyjskich monitorów, o takiej konstrukcji (Graham, Harbeth itp.) główny aspekt kładziony jest na rytmiczność i przyjemność przekazu. Doszukiwanie się niesamowitych efektów przestrzennych, wybitnych detali raczej nie ma sensu. Filozofia strojenia jest taka, by słychać było wszystko co zostało nagrane, ale podane w taki sposób, by nie odwracało słuchacza od głównego przekazu muzycznego — zarówno, jeśli chodzi o drobne szczegóły dźwiękowe, jak i efekty budowania źródeł pozornych. Z kolei rytm i równość grania są czymś co definiuje te konstrukcje (i wszystkie inne z serii Classic). Słuchając muzyki, ciężko przestać nogą wybijać rytm muzyki, doskonale nadają się do muzyki rockowej, zwłaszcza że posiadają mocno dociążenie w dolnych rejestrach pasma. Jeśliby porównać bas Spendora do analogicznych konstrukcji od konkurencji, to jest on twardszy i lepiej kontrolowany. Wokale i średnie tony są bliższe naturalności i neutralności niż w innych konstrukcjach tego typu. Góra bez złagodzeń, ale nie dominuje ilością – niczego z nagrania nie przeoczymy, ale nie będziemy atakowani natłokiem informacji. Z racji swego nieco surowego charakteru grania bardzo dobrze zgrywają się ze wzmacniaczami lampowymi – chociaż liczyć się trzeba z mocnymi konstrukcjami, Single Ended, nawet mocne triody odpadają. To musi być „lampowo” brzmiący Push Pull na lampach KT120, EL34 lub podobnych. Wtedy oprócz równego i rzetelnego grania, z fantastycznym timingiem i wciąganiem w muzykę, otrzymamy piękną barwę i lampową holografię. Gorąco polecam posłuchać takich konfiguracji. Typ: kolumna podstawkowa Skuteczność: 88 dB Moc: 200 W Impedancja: 8 Ω Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 25 kHz Budowa: 2-drożna, bass-reflex Przetworniki: Głośnik wysokotonowy: 22 mm kopułkowo-pierścieniowy, chłodzony cieczą Głośnik nisko-średniotonowy: 220 mm, membrana polimerowa Spendor Wymiary: 543 x 273 x338 mm Waga: 14.5 kg/szt. Cena: 14900 zł Za dostarczenie do testów dziękujemy: Nautilius https://salony.nautilus.net.pl
  3. 1 point
    Pomimo zauważalnego spadku popularności, a tym samym rozpoznawalności na naszym rynku, mając niejako na uwadze sentyment z dawnych lat do jednego z wielu moich ówczesnych obiektów westchnień, staram się w miarę regularnie zaglądać do portfolio, a gdy koniunkcja planet temu sprzyja również posłuchać we własnych czterech kątach, wyrobów jednego z przedstawicieli „starej gwardii” europejskiego Hi-Fi, czyli duńskiego Coplanda. Młodszym akolitom audiofilskich doznań nazwa ta może niewiele mówić, ale proszę mi wierzyć, że jeszcze pod koniec ubiegłego tysiąclecia była ona równie mocnym graczem co obecnie Ayon, czy Octave. Ba, tak po prawdzie nadwiślańskie równiny znajdowały się wtenczas pod wpływem takich lampowych graczy jak Audio Note, VTL, Jolida, Conrad Johnson czy właśnie Copland, a z lokalnych wytwórców audiofilską brać elektryzowały Amplifon i stricte undergroundowy Art-Line. Co ciekawe z powyższego grona miano najbardziej analitycznych, bardzo często porównywanych do „lampowych tranzystorów” przypisywano Duńczykom. Lata jednak lecą, oczekiwania rynku ewoluują i kto za nimi nie nadąża, bądź po prostu stoi w miejscu licząc na cud, najoględniej mówiąc wypada z obiegu. Całe szczęście Copland z obiegu nie wypadł a odsłuchy integry CTA 405-A, końcówki CTA 506 i wyśmienitego DAC-a/wzmacniacza słuchawkowego DAC 215 tylko podkreśliły, zintensyfikowały dementi, jakoby „źle się działo w państwie duńskim”. Biorąc pod uwagę moją słabość do skandynawskiej marki nie powinien nikogo dziwić fakt, iż gdy tylko światło dzienne ujrzał najnowszy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany CSA 100, uznałem za stosowne zasygnalizować wieloletniemu dystrybutorowi Duńczyków - Sieci Salonów Top HiFi & Video, że z chęcią nausznie sprawdzę cóż też ta nowalijka potrafi. Po zdecydowanie bardziej absorbujących gabarytowo, w pełni lampowych kopenhaskich piecach, widok dzisiejszej hybrydy może budzić pewne obawy, czy aby taki maluch to jest prawdziwe Hi-Fi, czy tyko jego namiastka. Prawda jest jednak taka, że z 100-ką wszystko jest w jak najlepszym porządku a jej rozmiary są w pełni znormalizowane, gdyż przy 435 mm szerokości, 370 głębokości i 135 wysokości idealnie wpisuje się w pełnowymiarowy mainstream, a jedynie jej starsze, ponadnormatywnie wyrośnięte rodzeństwo niejako podświadomie rozbudziło u mnie, bazujące na wcześniejszych doświadczeniach oczekiwania. Całe szczęście charakterystyczny – łączący typowy skandynawski minimalizm z ponadczasową elegancją design nie uległ zmianie nawet o jotę. Nadal mamy bowiem do czynienia z masywnym, szczotkowanym aluminiowym frontem z symetrycznie umieszczonymi dwiema solidnymi i fenomenalnie wykonanymi gałkami – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą regulacji głośności. I tutaj od razu „duński smaczek”, czyli skala, która rozpoczyna się nie standardowo od zera a od … nieskończoności. Dziwne? Niekoniecznie – raczej logiczne, gdyż we wzmacniaczach zintegrowanych potencjometr pełni przecież rolę tłumika limitującego pełną moc konstrukcji, zatem w tym wypadku skala pokazuje zmniejszanie tłumienia, a co za tym idzie wzrost głośności. W centrum, na planie koła o średnicy zgodnej z właśnie wspomnianymi pokrętłami ulokowano oczko czujnika IR otoczone aureolką siedmiu diod sygnalizujących wybrane wejście i stan pracy mplifikacji. W tym momencie należałoby wspomnieć o pewnym, służącym zachowaniu spójności z rodową spuścizną konsekwencją. Otóż do czasu pojawienia się na rynku DAC-a 215 Copland wydawać by się mogło niespecjalnie interesował się tematyką przetworników cyfrowo-analogowych, z iście stoickim spokojem obserwując ogarniające branżę szaleństwo i bardzo często bezmyślny wyścig na coraz to pojawiające się kości DAC. Dlatego też stosunkowo późno wypuścił 215-kę a widząc jakie zainteresowanie, oraz pochlebne opinie zbiera skorzystał ze zdobytej wiedzy i postanowił co nieco z ww. wyrafinowanego malucha przetransplantować do tytułowej integry. Dlatego też w ramach swoistego podkreślenia owego novum sekcja cyfrowa otrzymała dedykowany, ulokowany w lewym dolnym narożniku pięciopozycyjny obrotowy selektor. Wystarczy zatem kręcąc lewą gałą, lub za pomocą dołączonego, również aluminiowego pilota wybrać wejście D (od digital) na wybieraku głównym a następnie mniejszym selektorem stosowny interfejs. Dla osób niespecjalnie przywiązujących wagę do dołączanych przez producentów materiałów dydaktycznych potocznie zwanych instrukcjami obsługi pragnąłbym jedynie wspomnieć, iż pierwsza nastawa – BT (Bluetooth) dostępna jest jako dodatkowo płatna opcja. Idźmy jednak dalej. Ofertę frontu uzupełniają dwa niewielkie przyciski - aktywujący pętlę magnetofonową i usypiający/wybudzający ze stand by, oraz wyjście słuchawkowe. Wykonaną w formie czernionego ceownika – zabezpieczająca również boki, pokrywę całkiem solidnie ponacinano w jej przedniej części zapewniając tym samym cyrkulację powietrza wewnątrz trzewi wzmacniacza. Ściana tylna 100-ki, to kolejny przykład skandynawskiego porządku. Patrząc od lewej mamy sekcję przedwzmacniacza gramofonowego MM z zaciskiem uziemienia, cztery wejścia analogowe (trzy RCA i jedno XLR), wyjście pętli magnetofonowej i z przedwzmacniacza, orz nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową z wejściem koaksjalnym, parą optycznych i USB. Pojedyncze terminale głośnikowe umieszczono nad ww. interfejsami, więc warto mieć to na uwadze i albo decydować się na okablowanie zakonfekcjonowane bananami, bądź widły przykręcać od góry. Wyliczankę zamykają włącznik główny i trójbolcowe gniazdo zasilania IEC. Zaglądając do trzewi naszego dzisiejszego bohatera mówiąc kolokwialnie „nie ma lipy”, jest za to kawał starego dobrego Hi-Fi i to w budzącym zaufanie wykonaniu. Wzrok od razu przyciąga odpowiedzialne za zasilanie potężne toroidalne 700 VA trafo Noratela i bateria sześciu kondensatorów Nichicona o łącznej pojemności 60 000 µF, oraz pracująca w sekcji przedwzmacniacza urocza podwójna trioda ECC88 Electro-Harmonixa, Stopień wyjściowy zrealizowano na tranzystorach bipolarnych On Semi MJL3281G/MJL1302A zdolnych oddać po 100W przy obciążeniu 8Ω na kanał, a regulację głośności oparto na klasycznym zmotoryzowanym Alpsie. I oczywiście DAC, czyli znany z 215-ki 32-bitowy układ ESS Sabre ES9018 w konfiguracji quad-mono radzący sobie zarówno z sygnałami PCM do 32 bit / 384 kHz, jak i DSD128. A jak z brzmieniem? Śmiem twierdzić, że CSA 100 gra nawet lepiej niż wygląda a uczciwie trzeba przyznać, że wygląda przecież świetnie. Mamy zatem firmowe, nader udane połączenie skandynawskiej świeżości i niepozwalającej na spokojne usiedzenie w fotelu motoryki. Próżno przy tym doszukiwać się tu jakiejś nerwowości, czy też usilnych prób sztucznego podkręcania tempa. O nie, i wbrew obiegowej opinii o hybrydach wcale nie mamy syntezy wad obu technologii, lecz wręcz przeciwnie. To nad wyraz liniowy a zarazem angażujący przekaz, w którym lampa jedynie nadaje gładkości i wyrafinowania a całą resztą zajmują się tranzystory. Kreowana scena mile zaskakuje zarówno swoją obszernością, jak i uporządkowaniem, co sprawia, że nawet na tak skomplikowanym i rozbudowanym materiale jak „The Hobbit - The Desolation Of Smaug” Howarda Shore’a nic się nie zlewało i nie gubiło w dalszych rzędach. Z niekłamanym zadowoleniem odnotowałem w swym recenzenckim kajecie kilka uwag o dynamice, oraz sposobie prowadzenia linii basu. O ile chodzi o pierwszą kwestię, to Copland jest świetnym przykładem na to, że jak się chce to można pokazać wszystko co potrzeba zarówno na polu mikro, jak i makro i to niezależnie od poziomu głośności, bowiem jest to konstrukcja świetnie sprawdzająca się nawet przy niskich poziomach głośności, co z pewnością docenią nocne marki. Oczywiście spora w tym zasługa świetnej rozdzielczości Duńczyka, jednakże zarówno przy niemalże koncertowych, jak i niezobowiązujących, wieczorno-nocnych dawkach decybeli wyraźnie różnicowane są skoki dynamiki, co automatycznie przekłada się na nasze zaangażowanie w odbiór. Jeśli zaś chodzi o bas, to na tle swojego starszego rodzeństwa jest nieco bardziej krągły, to szalenie daleko mu do przysłowiowej buły, czy zmulenia i spowolnienia. Najoględniej można powiedzieć, że jest to ukłon w stronę szerszego rynku, gdzie zbytnia chrupkość dołu pasma mogłaby zostać odebrana jako przesunięcie równowagi tonalnej w górę i odchudzenie, więc takie lekkie pogrubienie kreski przy jednoczesnej dbałości o zwięzłość i timing pozwoliło upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. W dodatku dzięki powyższemu zabiegowi nawet te niezbyt audiofilskie nagrania mają szansę zyskać na atrakcyjności. Przykładowo „The Sickness (20th Anniversary Edition)” Disturbed nie tylko nie męczyło nawet przy daleko przekraczających dobrosąsiedzkie stosunki poziomach głośności, lecz pokazywało bogactwo drugo i trzecioplanowych smaczków, jakimi ów album został naszpikowany. Z kolei nader wiekowy, lecz niemający najmniejszej ochoty się zestarzeć genialny i śmiało zapuszczający się w rejony wirtuozerskiego jazz rocka i Fusion, nagrany pod czujnym okiem samego George'a Martina (tak, tak, to nie zbieżność nazwisk – chodzi właśnie o tego George'a Martina - producenta The Beatles) album „Blow By Blow” Jeffa Becka zwrócił moją uwagę na jeszcze jeden atut naszego dzisiejszego gościa. Chodzi bowiem o zupełnie naturalną prezentację różnic pomiędzy tym co zelektryfikowane a tym co owego wspomagania niespecjalnie potrzebuje. Przykładowo konsystencja dźwięków reprodukowanych np. przez gitarę/bas i perkusję, gdzie gitary oferowały charakterystyczny zaśpiew, a bas dodatkowo gęste i pulsujące „body”, natomiast uderzenia w werbel brzmiały niczym wystrzały – z właściwą sobie suchością. Jeśli dodamy do tego gościnny występ grającego w „Thelonius” https://tidal.com/browse/track/119965924 na klawinecie Steviego Wondera, czy przemycone przez Martina orkiestracje. mamy prawdziwy majstersztyk i wszystko co w roku i jazzie najlepsze w niezwykle lekkostrawne a jednocześnie dalekiej od banalności formie. A Copland potrafi to w sposób niezwykle angażujący pokazać, za co należą mu się w pełni zasłużone brawa. Na koniec kilka uwag natury użytkowej. Otóż po raz kolejny, przynajmniej w moim systemie wyszło na to, że jeśli producent był łaskaw swój produkt wyposażyć w XLR-y to warto zrobić z nich stosowny użytek. Tak też było i tym razem, gdyż właśnie po XLR-ach CS 100 zaoferował lepszą kontrolę, energetyczność przekazu i przede wszystkim rozdzielczość. Jeśli zaś chodzi o interfejsy cyfrowe to prym wiedzie wśród nich USB, które w sposób iście bestialski, z racji obsługi gęstych plików, rozprawia się z możliwościami pozostałych „dziurek”. Pozwolę sobie też w tym momencie na małą dygresję i porównanie z konkurencyjną ofertą, również skandynawskiego, choć głównie z racji lokalizacji kwatery głównej a nie produkcji jako takiej, Hegla, którego kilka konstrukcji miałem okazję krócej, bądź dłużej u siebie gościć i właśnie na podstawie niemalże bezpośrednich sparringów śmiem twierdzić, iż Norwegowie mają jeszcze do kogo równać. Z kolei w przypadku tak sekcji przedwzmacniacza gramofonowego, jak i wyjścia słuchawkowego warto po prostu odnotować fakt ich obecności i gdy nadarzy się ku temu okazja z nich korzystać, jednak cudów spodziewać się nie można. Ot, sprawdzą się podczas sporadycznych odsłuchów, jednak miłośnicy wyższej klasy tak słuchawek, jak i gramofonów powinni rozejrzeć się za zewnętrznymi wspomagaczami. W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, iż Copland swoją integrą CSA 100 wraca do gry i w dodatku może w swojej „lidze” sporo namieszać psując przy tym krew zdecydowanie lepiej rozreklamowanej konkurencji. Jeśli zatem rozglądacie się za „wszystkomającą” integrą a jednocześnie nie chcecie zbytnio nadwyrężyć domowego budżetu rzućcie lepiej uchem na tytułowego Duńczyka. Marcin Olszewski – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM – Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 14 999 PLN Dane techniczne Moc wyjściowa: 2 x 100W / 8Ω , 2 x 180W / 4 Ω Minimalna impedancja obciążenia: 2 Ω Wejścia analogowe: para XLR, 3 pary RCA Wejścia cyfrowe: coax S/PDIF, 2 xoptical S/PDIF, USB, aptX HD Bluetooth (Opcja) Wyjścia: para RCA, para RCA pre-out Impedancja wejść liniowych: 50 kΩ Impedancja wejściowa Phono: 47 kΩ (MM) Pojemność wejściowa Phono: 200 pF Czułość wejść liniowych: 250 mV Czułość wejściowa Phono: 2.6 mV Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz -3dB T.H.D: > 0.06 % Odstęp sygnał/szum: > 90dB Faza: Odwrócona Wzmacniacz słuchawkowy Wzmocnienie: 22 dB @ 100 Ω Impedancja wyjściowa: 40 Ω T.H.D: > 0.05 % Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz / -3dB Zastosowana lampa: 6922 Pobór mocy: Max.700 W Wymiary (S x W x G): 435 x 135 x 370 mm Waga: 14 kg
  4. 1 point
    Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że prawa fizyki dla wszystkich są takie same i najogólniej rzecz ujmując nie da się ich naginać według własnego widzimisię. Oczywiście spece od marketingu dwoją się i troją uparcie dążąc do zagięcia czasoprzestrzeni i zaklęcia rzeczywistości wmawiając potencjalnym nabywcom, że gorsze znaczy lepsze a taniej wykonane jest po prostu bardziej ekologiczne. Chociaż jeśli chodzi o ten drugi przykład, to niewątpliwie jest w nim ziarnko prawdy, gdyż biodegradacja jak najbardziej sprzyja naszemu środowisku, tylko dobrze by było, aby nie rozpoczynała się w momencie opuszczenia sklepu, tylko po kilku - kilkunastu latach od daty zakupu. Historia zna jednak przypadki o których Albert Einstein zwykł mawiać. iż "Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajdzie się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi". Chodzi oczywiście o sytuacje, gdy wydawać by się mogło, że dane, z reguły nader ambitne założenia nie mają nawet cienia szansy na zaistnienie w rzeczywistości, bo po prostu się nie da i już. Takie status quo trwa zazwyczaj do momentu aż ktoś podejmuje wyzwanie a następnie to robi. I właśnie, uprzedzając nieco bieg wypadków, z taką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Mowa bowiem o mikro-kolumienkach swymi gabarytami śmiało mogących pretendować do miana towarzystwa dla micro-wież i komputerowych systemów desktopowych a spokojnie dających sobie radę nawet w dwudziestometrowych pokojach. Nie wierzycie? No to … potrzymajcie mi piwo a ja idę po Dali Menuet SE. Może na zdjęciach, z racji braku punktu odniesienia, tego nie widać, ale Menuety są nawet nie tyle małe co malusie. Przy wynoszącym raptem 25 cm wzroście, 15 cm szerokości i 23cm głębokości każda z kolumienek waży oszałamiające 2 kg. Oczywiście duńskie kolumny pakowane są we wspólny karton, co już na etapie dostawy wywołało małe zamieszanie, gdyż w momencie odbioru oczekiwałem od kuriera dwóch takich „pudelek po butach” a nie jednego i aż musiałem zapoznać się z opisem zawartości przesyłki, by postawić na protokole odbioru stosowną parafkę. Po rozpakowaniu Dali popadłem za to w lekką konsternację, gdyż widok dzisiejszych bohaterek z jednej strony cieszył me oczy, lecz już ich gabaryty nad wyraz jasno dawały do zrozumienia, że najlepiej byłoby jakbym na czas odsłuchów zaanektował kilkunastometrowy pokój swojej nastoletniej progenitury, bo w „salonie” prędzej je zgubię aniżeli cokolwiek sensownego z nich usłyszę. Jednak po kolei, czyli zanim rzucę na nie uchem najpierw lepiej się im przyjrzę. I tak, naturalna okleina z dzikiego orzecha po prostu zachwyca bogactwem rysunku i stricte high-endowym, niezaprzeczalnie rustykalnym wyrafinowaniem, które podkreśla wykończona na wysoki połysk powłoka lakiernicza. Jedynym zgrzytem są plastikowe i dość pośledniej jakości maskownice, których całe szczęście używać nie trzeba, tym bardziej, iż ich mocowanie nie szpeci frontów kolumn – cienkie trzpienie wchodzą w dedykowane gniazda umieszczone na kołnierzach przetworników. Najlepiej zatem zostawić je w kartonie i zapomnieć o ich istnieniu. Zarówno ściana przednia, jak i tylna są lekko wypukłe co nadaje bryłom Menuetów miłej oczom krągłości. Front zdobi zaskakująco duża, gdyż aż 28 mm miękka tekstylna kopuła z lekko podciętym kołnierzem, pod którą przycupnął 11,5 cm mid-wooferkek (zdrobnienie wydaje się w pełni uzasadnione). Jego charakterystyczną czerwono-burgundową membranę wykonano z mieszanki celulozy wzmocnionej włóknami drzewnymi o niewielkiej wadze i niejednolitej strukturze a co za tym idzie niezwykle dużej odporności na pasożytnicze rezonanse. Napęd zapewnia wysokowydajny magnes neodymowy i cewka z włókna szklanego. Za to od zakrystii, w odróżnieniu od swojej „zwykłej” wersji, Menuety SE otrzymały przepiękne, masywne terminale z serii Epicon. W dodatku profile z tworzywa sztucznego w jakich zostały one osadzone stanowią również ujścia kanałów bass reflex. Rozwiązanie nad wyraz ciekawe i co najważniejsze pozwalające nie tylko zaoszczędzić miejsce, którego w Menuetach jest jak na lekarstwo, lecz przede wszystkim nieszpecące łapiącego za oko projektu plastycznego. Z racji iście śladowej wagi producent zapobiegliwie dołączył do kolumn stosowne gumowe piegi – do podklejenia podstaw, które powinny zapobiegać przesuwaniu się naszych dzisiejszych bohaterek nawet po śliskich powierzchniach. Od siebie tylko dodam, że ich obecność raczej nie szkodzi, choć też, szczególnie przy cięższych przewodach głośnikowych w stylu Vermöuth Audio Reference, niespecjalnie ratuje sytuację. Dlatego też dla świętego spokoju sugerowałbym rozejrzeć się za okablowaniem reprezentującym nieco niższe kategorie wagowe, jak taśmy Tellurium Q, bądź też „przestrzenne” pajęczyny In-akustika. A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. Otóż po kilkudniowej rozgrzewce, podczas której Menuety niezobowiązująco plumkały sobie w tle, kiedy okres ochronny minął i przystąpiłem do krytycznych odsłuchów, im bardziej się nad nimi koncentrowałem, tym mniej mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Jak już zdążyłem bowiem nadmienić tytułowe kolumienki są dość nikczemnej postury a i zestaw przetworników jakimi dysponują nie wskazuje na to, by mogły czymkolwiek zaskoczyć. Tymczasem są one niezbitym dowodem na to, że pozory mogą mylić, gdyż po pierwsze grają wolumenem zdolnym zawstydzić niejedne podłogówki a po drugie z wyrafinowaniem jakiego oczekiwać należałoby po konstrukcjach co najmniej dwukrotnie droższych. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi na myśl są bowiem również filigranowe monitorki Trenner&Friedl ART, które swojego czasu miałem przyjemność u siebie gościć i nie mniej urzekające pod względem kunsztu stolarskiego Raidho Acoustics D-1. Jednak warto mieć na uwadze, że austriaccy konkurenci są jednak nieco więksi a przede wszystkim ich ceny, w zależności od wersji, oscylują na pułapie 15,5 – 22 kPLN, więc wydawać by się mogło, że chodzą w zupełnie innej lidze. O Raidho lepiej nawet nie wspominać, gdyż w ich przypadku bylibyśmy zmuszeni wyasygnować ponad dziesięciokrotnie więcej, aniżeli na nasze dzisiejsze bohaterki. Tymczasem śmiem twierdzić, iż Dali Menuet SE świetnie się w powyższym, wielce nobliwym gronie odnajdują i to nie tylko pod względem ekskluzywnej, iście high-endowej aparycji, co również, a wręcz przede wszystkim brzmienia. Chodzi bowiem o to, ze grają z niezwykłą i zaskakującą swobodą oraz rozdzielczością, kreując obszerną a przy tym proporcjonalnie zbudowaną scenę. Powyższych tez nie opieram jednak na jakiś niewielkich składach i „łatwych” – okołosamplerowych pozycjach, które w 99,9% przypadków wypadają dobrze, bądź bardzo dobrze, lecz materiale szalenie dalekim od taryfy ulgowej, czyli wielkiej hollywoodzkiej symfonice – dyżurnym „Gladiatorze” i „The Lord of the Rings: The Return of the King”. Oczywiście nie twierdzę, że skalą dynamiki i fundamentem basowym Menuety zdolne były stawić czoła moim Dynaudio Contour 30, niemniej jednak bez bezpośredniego porównania śmiało można było uznać, że naprawdę potrafią zachwycić tak sercem do grania, jak i umiejętnością zaangażowania słuchacza w spektakl muzyczny. Góra jest bowiem nie tylko otwarta, dźwięczna i krystalicznie czysta, co przede wszystkim wyrafinowana, co na tych pułapach cenowych jest równie częste, co prawdomówność wśród polityków. Zarówno dęciakom, jak i instrumentom smyczkowym nie brakuje swobody, blasku i rozdzielczości, co przy całkowitym braku jakiejkolwiek granulacji, czy też szorstkości pozwala na wielogodzinne, w pełni komfortowe sesje odsłuchowe. Podobne superlatywy cisną mi się na klawiaturę odnośnie średnicy, która nad wyraz udanie łączy w sobie namacalność uzyskaną na drodze wysycenia ze świetną definicją źródeł pozornych. Bez zbędnego, asekuracyjnego pogrubiania, czy też zaokrąglania krawędzi tak wokaliści, jak i instrumentaliści zostają w nader zdecydowany sposób ustawieni na wirtualnej scenie i od pierwszych do ostatnich taktów karnie pilnują swoich miejscówek. Na „Look Up Child” wokal Lauren Daigle jest niezwykle realistyczny. Nie przybliżony, powiększony, lecz właśnie realistyczny – z iście aptekarską precyzją określony we wszystkich wymiarach, przez co odbierany jako oczywisty i „dziejący się” tu i teraz. To taka całkowicie niewymuszona rozdzielczość, której nad wyraz daleko do sterylnej analityczności. Dali bowiem urzekają muzykalnością a ta w większości przypadków nie chadza w parze z ww. analitycznością. Niejako na deser zostawiłem najbardziej niekomfortową dla mini monitorów kwestię, czyli reprodukcję najniższych składowych. Całe szczęście Duńczycy nie próbowali wzorem low-endowych konstrukcji omamić niedoświadczonych słuchaczy podbiciem przełomu średnicy z wyższym basem, pozorując tym samym potęgę i dynamikę w skali makro. Postawili za to na umiar, przedkładając jakość ponad ilość, co tylko Menuetom wyszło na dobre. Zamiast bowiem forsować mid-wooferek częstotliwościami i tak i tak wykraczającymi poza jego fizyczne możliwości pozwolili mu skupić się na tym, co zdecydowanie lepiej mu wychodzi, czyli motoryce i kontroli. Zaskakujące jest jednak to, że nie sposób zarzucić Dali braku mięsistości, czy właściwego wypełnienia najniższych składowych. Bas nie jest więc suchy, czy też zbyt zwiewny a jedynie łagodnie kończy pracę tam, gdzie musiałby tracić tak udanie zestrojoną równowagę. Dzięki temu nie tylko wspomniana symfonika, lecz również elektroniczne poczynania Paula Oakenfolda na ścieżce dźwiękowej do "Swordfish" bynajmniej nie wypadły zbyt anorektycznie i potrafiły nader sugestywnie oddać „klimat” gatunku. Dali Menuet SE to nader namacalny przykład kunsztu budowania głośników, gdzie przy relatywnie ograniczonym budżecie i niezaprzeczalnie niewielkim gabarycie można osiągnąć zaskakująco wiele i to w kategoriach bezwzględnych. Chodzi bowiem o to, że tytułowe monitorki po porostu świetnie grają i robią to w sposób na tyle wyrafinowany, że aż szkoda podłączać je do elektroniki z podobnego im pułapu cenowego. W dodatku nawet w systemach za wielokrotność ich ceny trudno będzie uznać je za najsłabsze ogniwo. I jeszcze jedno – deklaracje producenta, co do rekomendowanej mocy amplifikacji proszę traktować z lekkim przymrużeniem oka, gdyż to przy swoich 86dB skuteczności i 4 Ω impedancji te niepozorne kolumienki chłoną Waty jak przysłowiowa gąbka, więc za rozsądne partnerstwo sugeruję uznać konstrukcje z pułapu Coplanda CSA 100, bądź Hegla H360, choć najlepszy efekt osiągnąłem zaprzęgając do pracy swoją dyżurną 300W końcówkę Bryston 4B³, co niejako pokazuje potencjał drzemiący w tych uroczych maluchach. Uwierzcie mi jednak na słowo, przynajmniej do czasu aż ich nie posłuchacie, że warto się postarać, bo potencjał drzemiący w Menuetach SE jest odwrotnie proporcjonalny do ich postury i warto go wykorzystać. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³, Copland CSA 100, Hegel H360 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Horn Distribution S.A. Cena: 5 998 PLN Dane techniczne Pasmo przenoszenia: 59 - 25 000 Hz (+/-3 dB) Skuteczność [2,83 V/1]: 86.0 dB Impedancja nominalna: 4 Ω Maks. SPL: 105 dB Sugerowana moc wzmacniacza: 20 - 100 W Częstotliwość podziału: 3,000 Hz Przetwornik wysokotonowy: 28 mm miękka kopuła tekstylna Przetwornik niskotonowy: 4½" (11,4 cm) Typ obudowy: Bass Reflex Strojenie bass-reflexu: 63 Hz Terminale: pojedyncze Sugerowana odległość od ściany: > 2 cm Maks. wymiary z podstawą i maskownicą (W x S x G): 250 x 150 x 230 mm Waga: 4.0 kg
  5. 1 point
    Od jakiegoś czasu możemy zaobserwować niepokojący trend zalewania rynku produktami podrobionymi. Niestety, czasy, kiedy podróbkę można był odróżnić na pierwszy rzut oka koślawym logiem, a sprzedaż odbywała się na straganach już minął. Obecnie, gdy sprzedaż internetowa daje dużą anonimowość sprzedawcy, ciężko zweryfikować, czy mamy doczynienia z autoryzowanym punktem sprzedaży – wchodzimy na aukcję, sklep internetowy i szukamy produktu po najniższej cenie. Podróbki są już tak dopracowane, że wizualnie ciężko je odróżnić od oryginału. To co obecnie niepokoi najbardziej i co częściowo skłoniło do stworzenia tego materiału, to fakt, że podrabiane produkty Oyaide dostępne są w dużych (wydawałoby się) renomowanych sklepach internetowych oraz niektórych salonach audio… Być może część osób padła ofiarą swej niewiedzy i w naiwności kupiła znacznie tańszy produkt, licząc na okazje i myśli, że ma oryginalny produkt. By pomóc takim osobom zweryfikować autentyczność produktu powstał ten materiał gdzie skonfrontuję oryginalny produkt z produktem podrobionym. Metodologia testu była dosyć prosta, z Chin zamówiono jedną partię czterech kompletów P-037 które zakonfekcjonowane zostały na przewodzie Siltech Explorer 270p Basic. Na dwumetrowe odcinki tego przewodu założyliśmy rzeczone podróby, a na kolejne odcinki tego przewodu oryginalne C037 oraz by mieć lepsze porównanie C004. Tak przygotowane przewody mogliśmy użyć do testów odsłuchowych, które też miały miejsce. Ale zacznijmy od budowy i omówienia szczegółów różniących produkt prawdziwy od podróby. Na zdjęciach zielony znacznik stawiam przy oryginalne, czerwony X przy podróbie. Pierwsza sprawa, liczyłem się z potrzeba dokładnych pomiarów suwmiarką, ważenia wtyków i w ten sposób wykazywać różnice między F (fake), a O (original) – w dalszej części tekstu będę używał już tych skrótów. Więc pierwsze sekundy po otwarciu paczki z F wtykami C037 z Chin rozwiały wątpliwości. Na pięć zamówionych kompletów przyszły cztery komplety C037 i jeden (nie zamawiany) C079. Jak widać uczciwość sprzedawcy w pakowaniu towaru nie różni się zbytnio od uczciwości w postrzeganiu prawa do używania nazwy marki… To co już na pierwszy rzut oka wzbudza wątpliwości to sposób pakowania. Każdy komplet w inny sposób – jeden w zwykłym woreczku, kolejny zawinięty w papier, pozostałe w kartonikach z symbolem wtyku. Kolejna sprawa, delikatnie rzecz ujmując niezbyt duża powtarzalność produktu. Każdy z (F) kompletów różnił się od siebie dosłownie wszystkim – inne odcienie koloru obudowy, inny materiał tworzywa sztucznego z którego zrobiona jest głowica, z 4 na 5 znajduje się logo Oyaide, na jednym brak znaków firmowych. Brak oryginalnych puszek, brak hologramów. Tak wygląda (O) zestaw zaraz po rozpakowaniu. Metalowe puszki i hologramy to pierwszy element pozwalający z 99% pewnością stwierdzić autentyczność produktu. Przynajmniej tak wygląda stan na dzień dzisiejszy – niewykluczone, że wkrótce oszuści dopracują i ten element… Różnice w czcionce są bardzo małe i widoczne tylko przy bezpośrednim porównaniu. Tekst jest identyczny. Guma otulająca kabel w (O) ma mniejszą dziurę w (F) jest większa. Po skręceniu wtyku w (O) przewód wychodzi idealnie centralnie w (F) wychodzi z boku tego otworu. Głowice (F) wtyków różnią się nawet między sobą… Od (O) największa wizualna różnica to wykonanie w całości z nieprzezroczystego tworzywa. Długość śrub skręcających obudowę oraz ich rodzaj różnią się między poszczególnymi egzemplarzami (F). W niektórych egzemplarzach śruby te były za długie i po pełnym dokręceniu obudowa pękała. Główna różnica jednak polega na tym, że śruby jak i piny w (F) reagują na magnes. W przypadku (O) żaden element wtyku i gniazda nie jest wykonany z metali magnetycznych. Przezroczysta głowica wtyku zasilającego widoczna w jednym z wytworów to już efekt fantazji kopisty. W oryginalnym Oyaide żadna seria nie miała przezroczystej głowicy. Pokazuje to też, jak małą dokładność i rzetelność w powtarzalności produktu mają (F). Podrobili tylko z grubsza wygląd i skopiowali logo, reszta już jak im się w danym momencie „wyprodukowało”. Największe zaskoczenie testów – okazało się że metalowe elementy uziemienia typu Schucko w jednym z egzemplarzy (F) to atrapy!!! Mówiąc wprost – mając taki wtyk i wpinając go do listwy typu Schucko nie mamy uziemionego sprzętu!!! Każde przepięcie, czy zwarcie może skończyć się poważnymi konsekwencjami z porażeniem i pożarem włącznie… Przy wpięciu do gniazda z „bolcem” uziemienie jest, ale przy listwie typu Schucko już uziemiania nie ma. Tragiczny błąd konstrukcyjny… ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Kolejny etap testów to próba odsłuchowa. Na dwóch identycznych odcinkach przewodu Siltech Explorer 270p Basic założone zostały wtyki C004 oraz C037, a także ich Chińskie odpowiedniki. Od pierwszych dźwięków słychać od razu było sklejenie i ujednolicenie basu w przypadku podróbek. Oprócz tego w całym przekazie dźwiękowym wkradł się chaos i lekka nerwowość. Teoretycznie należałoby przetestować każdy przysłany egzemplarz podrób, bo same między sobą różnią się w zasadzie wszystkim: kolorem, materiałem plastiku, materiałem styków, rodzajem śrub, a nawet tym, że niektóre nie mają uziemienia… Ale nie widziałem sensu dalej brnąć w takie testy, większy sens ma użycie zwykłego wtyku z marketu budowlanego, niż ładnie wyglądającej podróby. Przynajmniej będziemy mieć uziemienie... By podsumować poniższy materiał kilka faktów na temat wtyków oryginalnych i ich podrób: podróby to nie jest produkt, który „wychodzi z tej samej fabryki bocznymi drzwiami”. To całkiem inny produkt pod każdym względem i żaden pojedynczy element nie odpowiada oryginałowi różnice między podróbami są bardzo duże, nawet zamawiając z jednej partii, od jednego handlarza nigdy nie wiemy co dostaniemy niektóre podróby nie posiadają poprawnie zrobionego uzieminia i mogą grozić porażeniem lub pożarem podpiętego sprzętu podróbki królują na aukcjach internetowych, ale niestety też w wielu sklepach audio nie ma co liczyć na okazję w cenie 10-20% ceny orginału nie kupimy dowód zakupu, metalowa puszka, hologram tego zawsze wymagajmy od sprzedającego dźwiękowo podróby nie są w stanie konkurować z orginałem chcąc oszczędzić pieniądze i mieć pewność i bezpieczeństwo, lepiej użyć zwykłych technicznych wtyków z marketu budowalnego - prawdopodobnie efekt dźwiękowy i tak będzie lepszy niż podróbki.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.