Jump to content

Leaderboard

The search index is currently processing. Leaderboard results may not be complete.

Popular Content

Showing content with the highest reputation since 07/20/19 in Artykułów

  1. 3 points
    Miał być klasyczny wywiad, w którym pada (jak to w wywiadzie) kilka pytań i co oczywiste kilka odpowiedzi. Jednak już od pierwszych minut wiadomym było, że z klasycznego wywiadu nic nie będzie. Nie dlatego, że Marek Biliński wywiadów nie udziela lub nie było o co pytać, nic z tych rzeczy! Po prostu atmosfera spotkania, samo miejsce oraz co chyba najważniejsze - usposobienie mistrza do każdej osoby, którą wita w swoich progach - zdawało się wymuszać całkowicie inny charakter tej wizyty. Reportaż w sumie powinien zaczynać się zdaniem "pośród uroków Mazowieckiej wsi, gdzie stoją nadal stu letnie dęby - mieszka Wielki Pan Elektronik", bo to co najmniej (na początek) zaskakujące połączenie i de facto w pełni oddaje jakim jest właściwie człowiekiem i artystą nasz wielki multiinstrumentalista. Marek Biliński, człowiek dla którego w latach 80 ubiegłego stulecia wielu z nas (w tym i moja skromna osoba) "niszczyła" sobie oczy przed TV, by oglądać jego jeden z najbardziej znanych teledysków. Oglądać i słuchać fantastycznej kompozycji muzyki elektronicznej. Nie Jarre , nie Vangelis, nie Kitaro... to nasz Polski Marek Biliński, "Wielki Pan Elektronik" zachwycał w TV swoją muzyką. Spotkanie w podwarszawskiej wsi nie było przypadkowe, bo planowane od dłuższego czasu i do tego wynikające wprost z kilku zbliżających się, jakże ważnych wydarzeń (ale o tym w szczegółach za chwilę). Wizyta u p. Marka zbiegła się z pracami nad reedycją jego pierwszej płyty "Ogród Króla Świtu", a zainicjowana została w pewien sposób dzięki p. Robertowi Szklarzowi, właścicielowi firmy Nautilus. To jego (jak się okazało spory wkład osobisty) przyczynił się do dalszych działań nad albumami. Po pierwsze, co nie jest bez znaczenia w temacie reedycji pierwszego albumu - podjęte zostały starania dopasowania całości brzmienia na tym wydawnictwie do dzisiejszych standardów i rzecz jasna uzyskanie jakości odpowiadającej obecnym możliwościom technicznym sprzętu. Wyjście na przeciw tym melomanom i audiofilom, dla których technika w dzisiejszych czasach daje wręcz niespotykane możliwości pod względem uzyskiwanej jakości brzmienia ich ulubionych albumów. I tutaj na pierwszy plan wysuwa się osoba p. Roberta, który będąc wielbicielem dobrego (i tylko dobrego) brzmienia - dostarczył naszemu mistrzowi wspaniały gramofon, który służy w głównej mierze do pracy nad reedycją w/w albumu (i nie tylko tego albumu). Za tym działaniem poszło kilka innych decyzji i działań, w tym moje spotkanie w domu i w studio p. Marka. Przedpołudnie dosyć upalne, urokliwa wieś z kilkoma zbiornikami wodnymi, lasy i po środku tego wszystkiego domek, a przed nim nasz gospodarz. Kilka zdań o okolicy, ciepłych i pełnych malowniczych opisów jakie padły z ust p. Marka pokazało wprost, że nasz mistrz jest człowiekiem niezwykle oddanym temu gdzie żyje, jak żyje i co robi. Miłość do muzyki zdaje się dzielić z miłością do miejsca w którym mieszka. Jak sam za chwilę mówi "moja muzyka pomimo wszystko jest sercem i duszą taka polska, bliska tym wszystkim klimatom, ludziom i temu, co dookoła nas". I nie można zaprzeczyć było tym słowom w kontekście tego w jaki sposób gospodarz opowiadał o tym dlaczego wybrał to miejsce, a nie inne do zamieszkania. Mając na uwadze jego wspaniałe kompozycje, w tym jedną z moich ulubionych, w których czuć ten cały klimat o którym mówił: Marek Biliński to dusza artysty ze wszech miar kompletnego, dającego poznać się w pełni w swoich kompozycjach, a spotkanie twarzą w twarz z kompozytorem i multiinstrumentalistą tylko potwierdziło mnie w przekonaniu, że muzyka nistrza jest całym jego światem, a cały jego świat jest zamknięty w jego utworach. Jak widać z powyższego opisu, musiałbym wręcz zmusić się w tym dniu aby przeprowadzić wywiad (na który de facto byliśmy przygotowani), zamieniłem się więc w biernego słuchacza i odnotowywałem to wszystko, co istotne z perspektywy fana muzyki Marka Bilińskiego. Z malowniczych opisów rzeczywistości w jakiej obecnie żyje mistrz i co interesujące dalej komponuje, przeszliśmy do jego studia. Miejsca nie mniej urokliwego jak sam gospodarz. Kiedy wchodzimy do miejsca pracy p. Marka nie sposób poczuć klimatu minionych lat. Obok nowoczesnych elementów wyposażenia znajdziemy wiele perełek świata muzyki lat 70 i 80. I to nie byle jakich! Bo jak przejść obojętnie obok takich perełek jak wspaniale zachowany Minimoog? Bez tego instrumentu ciężko dziś wyobrazić sobie muzykę elektroniczną tamtych lat! Warsztat oddaje w pełni naturę Marka Bilińskiego. Po pierwsze niesamowity porządek! Wszystko wręcz ułożone co do milimetra, z dbałością o każdy możliwy detal. To tak jak z jego muzyką, dbałość o każdy element i siłę przekazu - nic nie jest przypadkowe! Okazuje się, że w studio obok tych wszystkich klawiszy, komputerów i przetworników... stoi "powód do pracy nad nowymi reedycjami". Gramofon firmy Transrotor, który podpięty jest m.in. do komputera (i to nie byle jakiego!) pomaga doprowadzić starsze nagrania do obecnych standardów, umożliwiając pracę nad reedycjami wszystkich kolejnych albumów. Tak, każda płyta jaka ukazała się do tej pory podlega analizie i delikatnym poprawom na miarę XXI wieku, następnie każda z nich ma ujrzeć światło dzienne i zostanie oddana do rąk fanów w dwóch różnych pozycjach wydawniczych. Wydanie limitowane na tzw. nośniku "natural" winyl (bez żadnych barwników) oraz jako klasyczny winyl w ciut większym nakładzie. Kolejna istotna informacja z naszego spotkania - premiera albumu "Ogród Króla Świtu" odbędzie się już w sierpniu, a każdy zainteresowany będzie miał okazję do spotkania z mistrzem oraz nabyciem w/w płyt. Firma Nautilus (jak wiewiórki donoszą) ma być organizatorem spotkań i brać udział w tzw. premierach albumu . Wpierw w Warszawskim salonie firmy, a tydzień później spotkanie odbędzie się w Krakowie, także w pokoju odsłuchowym firmy Nautilus. W trakcie spotkania będzie okazja odsłuchu reedycji wspomnianego albumu, w tym takich utworów jak "Fontanna Radości" czy "Błękitne Nimfy": W trakcie odsłuchów będą prowadzone dyskusje z p. Markiem na temat jego muzyki, będzie można co oczywiste swój egzemplarz płyty nabyć i sygnować autografem kompozytora. Reedycja wszystkich płyt ma odbyć się na przestrzeni najbliższych kilkunastu miesięcy (może ciut dłużej), a zakończy się kolejną perłą, swoistą kropką nad "i" w temacie ostatnich prac mistrza - zostanie wydany całkiem nowy album! Spotkanie przebiegło w fantastycznej atmosferze, dyskusje o muzyce i kompozycjach nie miały końca, gospodarz raczył nas coraz to nowymi porcjami porównań i wykonanych analiz jakie zostały przeprowadzone celem poprawy tego, co wydane zostało kilka dekad wcześniej. Przyznaję bez bicia - jako wielki fan muzyki elektronicznej ale i przy okazji fan p. Marka, ucieszyłem się widząc ile pracy zostało już włożone w to, co ma nadejść lada chwila. Dlatego też zachęcam absolutnie wszystkich do rezerwacji miejsca w najbliższym czasie w Warszawskim lub Krakowskim salonie firmy Nautilus. Będzie się działo naprawdę sporo! AudioRecki Foto własne.
  2. 2 points
    RHA Audio to brytyjska firma z siedzibą w Glasgow, zajmująca się produkcją słuchawek. Kupując produkty RHA możemy się liczyć z gwarancją dobrego dźwięku, jakością wykonania i designem. Do tej pory miałam okazję słuchać przewodowe modele tej marki, np. RHA MA 750. Kilka dni temu dzięki audiomagic.pl dostałam do testów słuchawki bezprzewodowe RHA Trueconnect. W komplecie otrzymujemy: - słuchawki - etui, które pełni role ładowania - kabelek USB – USB „c” - komplet wkładek dousznych w różnych rozmiarach - instrukcję Słuchawki wykonane są z tworzywa, pokrytego czarną, matową, miłą w dotyku powłoką. RHA Trueconnect zakończone są trzpieniem, który pomaga w lepszym trzymaniu się słuchawek w uszach, a na jego końcu umieszczono mikrofon. Na każdej słuchawce znajduje się przycisk sterujący. Wciśnięcie przycisku prawej słuchawki na 5 sekund, paruje zestaw z telefonem. Dodatkowo prawa słuchawka steruje głośnością: dwukrotne kliknięcie zwiększa głośność, a trzykrotne zmniejsza. Lewa słuchawka kontroluje odtwarzanie muzyki, dwukrotne kliknięcie zmienia utwór na kolejny, a trzykrotne cofa. Pojedyncze kliknięcie prawej lub lewej słuchawki to pauza. Etui jest wykonane z aluminium, częściowo pokrytego gumowaną powłoką. Na dole obudowy znajduje się pojedynczy port ładowania USB-C. Jest też biała dioda wskaźnika baterii, która pokazuje ilość pozostałej baterii w obudowie. Połączenie USB-C pozwala na pełne naładowanie etui w ciągu dwóch godzin, a wbudowana funkcja szybkiego ładowania pozwala ładować słuchawki do 50% w zaledwie 15 minut. Słuchawki bez „ładowarki” wytrzymają około 5 godzin, natomiast w etui mamy jeszcze zapas prądu na kolejne 4 ładowania. Zaczynając odsłuchy, byłam przekonana, że są to słuchawki dla osób uprawiających sport lub dojeżdżających do pracy komunikacją miejską, niekoniecznie wsłuchujących się w wyrafinowane brzmienie. Jednak kilka godzin słuchania zmieniło moje podejście. RHA Trueconnect to połączenie wygody z audiofilską ambicją producenta. Te słuchawki naprawdę brzmią dobrze, dźwięk jest gęsty i ciepły z dużą ilością basu, bez utraty szczegółów w górnych rejestrach. Grają dynamicznie, z dużą ilością energii, góra nie męczy i nie syczy (brak sybilantów) Działają dobrze z większością gatunków, świetnie na nich wypada Mark Knopfler czy Eric Clapton, co nie znaczy, że odstają w jazz, pop czy R'n'B . Ogólnie tonalność Trueconnect jest ciepła i przyjemna taka do słuchania godzinami. W czasie testów połączenie bluetooth spisywało się niezawodnie, trzymając telefon w kieszeni czy torebce, możemy być spokojni o stabilność działania, nawet oddalenie się do 10 metrów nie powoduje zerwania łacznosci. [email protected] Specyfikacja: · Przetwornik dynamiczny 6 mm · Zakres częstotliwości: 20-20 000 Hz · Zasięg (bez przeszkód): 10m · Ładowanie (od 0%): 15m do 50% · 1h40 do 100% · Odporność na pot / splash: IPX5 · Waga (wkładki douszne): 13g · Gwarancja producenta: 3 lata Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena: 749
  3. 1 point
    Faceci w maskach potrafią wciągnąć swoją muzyką nawet osoby nie do końca preferujące cięższe brzmienie. Tym bardziej po 5 latach posuchy z ich strony informacja o nadchodzącej płycie jest warta odnotowania. Napisać trzeba szczerze, bez względu na to jak dobrym okazał się album ".5: The Gray Chapter" (a album jest naprawdę doskonały), zapewne większości fanów kapeli Slipknot już się mocno osłuchał. Nadchodzący, szósty już w dyskografii zespołu album "We Are Not Your Kind" zapowiada się nie mniej interesująco i jak się przy okazji premiery okazuje, prace nad nim powierzono naprawdę kilku znanym nazwiskom. Czyżby kolejny hit i tytuły "złotej płyty" lub notowania na szczytach listy "Billboardu"? Wszystko wskazuje, że nowa płyta ma ogromne szanse na wielki sukces. Nad brzmieniem nowej płyty pracował sam Greg Fidelman, a Jim Root tak mówi o płycie: "Nigdy wcześniej nie mieliśmy tyle czasu na pracę nad płytą i wspólne jej dopracowanie. Tym razem jedną z głównych inspiracji dla mnie byli artyści, którzy myśleli w kontekście całych albumów, nie tylko pojedynczych piosenek. Choć przemysł muzyczny zmierza w stronę singli, Slipknot idzie wbrew temu trendowi. Zależy nam na doświadczeniu przez fanów całej płyty". Nowe wydawnictwo zawiera 14 świetnie skomponowanych i zagranych kawałków, a sprzedaż w naszym kraju rozpoczyna się już za 3 dni - 9 sierpnia. Polecam AudioRecki Slipknot "We Are Not Your Kind" (2019) lista utworów: 1. Insert Coin 2. Unsainted 3. Birth Of The Cruel 4. Death Because Of Death 5. Nero Forte 6. Critical Darling 7. Liar’s Funeral 8. Red Flag 9. What’s Next 10. Spiders 11. Orphan 12. My Pain 13. Not Long For This World 14. Solway Firth
  4. 1 point
    Na rynku audio temat kolumn wydaje się niekończącym spektaklem poszukiwań, przy tym częstym wyborem melomanów padają konstrukcje znane i cenionych marek. Melomani dokonując takiego, a nie innego wyboru decydują się na wybór kolumny "X" , bo liczy się w głównej mierze świadomość stosowanych technologii i zdobytego doświadczenia na przestrzeni często wręcz dekad. Ale rynek nie znosi próżni, a pomysłowość oraz pęd ku polepszaniu pewnych rozwiązań i przy okazji rozwijanie własnych pomysłów, powoduje powstawanie nowych, przy tym całkiem udanych konstrukcji. Taką "nową drogą" i "nowym pomysłem na uzyskiwane brzmienie" jest firma Fyne Audio. Marka ta nie jest całkiem nowa, a i jej podstawy oparte są na znacznie starszej i przy tym bardzo cenionej marce. Fyne Audio została powołana przez ludzi, którzy dysponują olbrzymim doświadczeniem zdobytym w szkockiej firmie Tannoy. Tak więc nie mam mowy o garażowych wygłupach "pana Mietka", który oferuje "high end'owe konstrukcje" lutując kabelki i strojąc na ucho każdą kolumnę z osobna. Nic z tych rzeczy! Fyne Audio to konstrukcje od podstaw zaprojektowane przez inżynierów mających ogromny zasób wiedzy, przy okazji w swoich kolumnach stosujący wiele doskonałych, autorskich rozwiązań. Zaznaczmy przy tym bardzo wyraźnie, ludzie ci posiadają przy tym odpowiednie zaplecze produkcyjne i pomiarowe, gwarantujące produkt powtarzalny, jednocześnie będący doskonale wykonany. Do naszych testów dzięki uprzejmości firmy Audiotrendt z Krakowa oraz dystrybutora marki na Polskę firmy EIC, otrzymaliśmy kolumny oznaczone symbolem F702. Patrząc na ofertę firmy dostrzeżemy, że F702 są konstrukcjami z górnej - topowej serii, lecz nie najwyższej. Nad testowanym modelem pozostaje jeszcze jedna konstrukcja, high end'owe F1-10. Wracając do naszych testowanych F702, sam producent określa je jako "ekskluzywne kolumny". Pojawia się przy tym informacja, że kolumny te oparte są w dużym stopniu o topowy model: "przeanalizowano wszystkie technologie i rozwiązania techniczne zastosowane we flagowym modelu Fyne Audio F1, stworzono ich odpowiedniki, a te wykorzystano w najnowszych konstrukcjach, których ceny są znacznie przystępniejsze niż cena pierwowzoru". Czy wobec tego za "w miarę" przystępną cenę do rąk klienta trafia produkt dobrze brzmiący, zbudowany w oparciu o najlepsze rozwiązania i doświadczenie ludzi wychodzących z dużej i cenionej marki? Pozostaje więc sprawdzić jak wygląda to w praktyce. Do naszych testów (obok F702) użyliśmy jako sprzęt towarzyszący: - wzmacniacz zintegrowany MOON 340I X - odtwarzacz sieciowy AYON S-3 - wzmacniacz lampowy Audio-Hungary - okablowanie głośnikowe: Chord Signature Reference - okablowanie RCA: Zacznijmy (w telegraficznym skrócie) od użytych technologii w F702. Fyne Audio stawia w głównej mierze na takie rozwiązania jak IsoFlare i port BassTrax Tractrix. IsoFlare oznacza współosiową konstrukcję głośnika, tworzoną przez dwa zintegrowane przetworniki. Jest to nic innego jak w pewnym stopniu nawiązanie do konstrukcji firmy Tannoy, ale przy okazji Fyne Audio stosuje własne (czyt. inne) rozwiązania. Mowa tutaj o samym zawieszeniu głośnika oraz jego budowę. Port BassTrax Tractrix z kolei wg. zapewnień inżynierów firmy ma powodować zdecydowanie lepsze rozprowadzanie niskich tonów, przy okazji gwarantując użytkownikowi znacznie swobodniejsze ustawienie kolumn w pokoju odsłuchowym. Technologie i zapewnienia producenta to jedno, zasadnicze pytanie "jak to wszystko brzmi brzmi i czy Fyne Audio F702 na ciasnym rynku kolumn mają szansę na odniesienie przynajmniej w minimalnym stopniu sukcesu?" WYKONANIE: F702 są naprawdę spore (1111 mm) i nawiązują swoimi gabarytami oraz wykonaniem do najlepszych konkurentów na rynku. Nie są przy tym w żaden sposób przytłaczające i w razie potrzeb lub osobistych preferencji można je ulokować w pomieszczeniu o średnim metrażu. Rzecz jasna głównym miejscem tego modelu powinny być pokoje o ciut większej powierzchni, ale i w mniejszych pokojach powinny się sprawdzić. To, co rzuca się na pierwszy plan to doskonałe wykonanie, w przypadku testowanego egzemplarza czarny połysk (fortepianowa czerń) robi pozytywne wrażenie, a bliższy kontakt z kolumną tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kolumny nie bez powodu określane są przez producenta jako "ekskluzywne". Jeśli tylko klientowi pasuje wykończenie w postaci czarnego połysku, nie zawiedzie się w żadnym przypadku na jakości wykonania F702. Na osobne kilka zdań zasługuje cokół kolumn Fyne Audio. Ważną kwestią jest wkręcenie do niego dostarczonych kolcy. O tyle jest to czynność ważna, że ma ogromny wpływ na uzyskiwane końcowe brzmienie. Kolejną kwestią (nie pomijalną w tym przypadku) jest jakość cokołu i jego wykonanie. Nie ma mowy o jakimkolwiek oszczędzaniu na czymkolwiek. Cokół wykonano dbając o najwyższą jakość i funkcjonalność tego jakże ważnego elementu w przypadku tych kolumn. Z tyłu znajdziemy wysokiej klasy podwójne przyłącze do podpięcia okablowania bi-wire. BRZMIENIE: Podłączaliśmy w czasie testów kolumny do 2 posiadanych wzmacniaczy, w jednym przypadku był to wzmacniacz lampowy, w drugim konstrukcja firmy MOON z serii Nēo. Za źródło posłużył świetnie brzmiący streamer AYON S-3, który odtwarzał w trakcie testów pliki "zwykłe" jak i oznaczone jako Hi-Res. To, co słychać już od pierwszej chwili to niesamowita przestrzeń. Kolumny grają tak, jakby były rozsunięte zdecydowanie bardziej, niż w są rzeczywistości. Kolejną dla tych kolumn cechą wysuwająca się na pierwszy plan jest dynamika brzmienia i zdolność do prezentacji poszczególnych instrumentów. Są doskonale czytelne, nie następuje w żadnym przypadku maskowanie jednego dźwięku przez drugi. Nie bez znaczenia w sferze tonów średnich jest wokal. Jego naturalność i swoboda prezentacji w pełni oddaje to, co zostało zawarte w nagraniu. Średnica w pewnym stopniu przypomina brzmienie kolumn marki Tannoy, ale nie jest to w żadnym przypadku zarzut, a swoisty komplement pod adresem tych kolumn. Wysokie tony grają tak, by nie zmęczyć słuchacza już od pierwszej chwili, z drugiej strony w absolutnie żadnym momencie nie mamy poczucia ich nieobecności czy idąc w drugą stronę - narzucania się. Wysokie w dużym uproszczeniu prezentują formę nowoczesnej prezentacji tego zakresu dającą się polubić, nie tworząc przy tym odrębnego przekazu oderwanego od całości. Są przy tym bardzo precyzyjne tam, gdzie ich zadaniem jest zaznaczać swoją obecność w nagraniach. Niskie powinny być opisane w osobnym temacie. Ich masywny charakter nie powinien nikogo dziwić. Sama kolumna nie jest mała, co w efekcie powoduje wrażenie dźwięku dużego z naciskiem swobodę przekazu. Z jednej strony mamy kolumny zdolne do przenoszenia sporych mocy i tworzenia sporej wielkości planów (wręcz koncertowe brzmienie), z drugiej strony nie ma żadnych problemów, by wykorzystywać je do wieczornych odsłuchów muzyki mniejszych składów, muzyki stonowanej i budowanej na emocjach wynikających z detali. Jednak F702 pokochają w głównej mierze fani rock'a, dla których gitara musi brzmieć autentycznie, a riffy muszą mieć sporą siłę przekazu w dużej mierze wysuwającą się w pewnych momentach na pierwszy plan. Nie jest to kolumna w 100% uniwersalna, bas prezentowany prze te kolumny jest świetnie dociążony i doskonale kontrolowany (bez względu na poziom głośności). Ogromny wpływ na jakość niskich tonów ma BassTrax Tractrix. Całość przekazu zamyka się także w bardzo dobrze odwzorowanej scenie, każdy słuchający tych kolumn bez trudu rozpozna instrumenty i ich umiejscowienie. Nie bez znaczenia w tym przypadku jest prezentacja instrumentów zgodnie z ich wielkością. Bez względu na rodzaj nagrania (gatunek muzyczny) nie mamy poczucia zaburzonej wielkości poszczególnych instrumentów. Gdybym jednak miał wybrać najlepsze z możliwych gatunków dla tych kolumn, wybrałbym dla nich rock'a, dobrze brzmiącą elektronikę (i pochodne) oraz większe składy jazzowe. Kolumny tej wielkości i z taką żywiołowością w przypadku muzyki o małej ilości instrumentów nie będą (pomimo oczywistej poprawności prezentacji nagrań) w pełni pokazywać swoich atutów. A do nich należy zaliczyć świetną dynamikę, głębię i szerokość sceny. To kolumna w głównej mierze kierowana do osób szukających muzyki "z prądem", ale co ważne - w chwilach potrzeby wybrania spokojniejszych nagrań - nie zawiodą właściciela. I nie oszukujmy się... do małych pomieszczeń zdecydowanie modele niższe, F702 nie będą dobrym wyborem dla osób ustawiających kolumny na małej przestrzeni pomiędzy szafą, a regałem z TV. PODSUMOWANIE: Dostarczone do testów kolumny Fyne Audio pokazują, że na rynku jest miejsce dla nowych pomysłów i nowych konstrukcji - pod warunkiem, że kolumny te mają coś do zaoferowania klientom, a nie tylko udają konkurencję dla istniejących marek. W przypadku F702 nie ma mowy o nudzie czy niezadowoleniu z ich wyboru, byle świadomie dobrać je do wielkości swojego pomieszczenia i rodzaju słuchanej muzyki. Ważnym elementem jest dobór elektroniki towarzyszącej do tych głośników. Wzmacniacze o małej mocy nie pokażą w pełni możliwości F702 w temacie prezentacji instrumentów. Z drugiej strony pomimo faktu, że kolumna nie jest w 100% uniwersalna - z odpowiednią elektroniką będziemy mieli możliwość kreowania odpowiedniego dźwięku (wg. własnych oczekiwań). Po Fyne Audio F702 powinni w głównej mierze sięgać melomani mający prąd zamiast krwi, a muzyka jaka uspokaja ich po całym "trudzie dnia" opiera się o solidną porcję gitar czy dobrej elektroniki. Świadomy audiofil uzyska z tych kolumn doskonałe brzmienie, często jakością brzmienia ponad to, za ile przyjdzie nam zapłacić za F702. AudioRecki Do testów kolumny dostarczone zostały przez Polskiego dystrybutora marki Fyne Audio - firmę EIC oraz autoryzowanego sprzedawcę Fyne Audio, firmę Audiotrendt z Krakowa. https://audiotrendt.com.pl https://www.eic.com.pl Moc ciągła: 100 W Skuteczność: 92dB (2.83 Volt @ 1m) Zalecana moc wzmacniacza :30- 200 W Impedancja: 8 Ω Pasmo przenoszenia: 30 - 34 000 Hz Wymiary (W x G x S) 1111 x 384 mm x 440 mm
  5. 1 point
    Kiedy pada nazwa zespołu KORN na myśl przychodzą ich doskonałe „Freak on a Leash”, „Here to Stay” oraz fenomenalne "Right Now!". Czas jednak leci, a KORN nie pozostawia złudzeń, że te wszystkie wygrane, nominacje i zajmowane miejsca w różnych rankingach nie są przypadkiem. Zespół w ostatnim czasie mocno pracował nad nowym materiałem, co w efekcie końcowym przyniosło na światło dzienne nowe wydawnictwo muzyczne. Nowy album "Nothing" zapowiada się jeszcze lepiej od poprzedniej płyty, a wartym odnotowania jest fakt, że następca "The Serenity Of Suffering" został ponownie wyprodukowany przez Nicka Raskulinecza. Premierę płyty "The Nothing" zaplanowano na 13 września tego roku. Kto lubi ciężkie brzmienie powinien bezwzględnie zaplanować sobie w swoich wydatkach w/w album, zapowiada się naprawdę świetny album. Wystarczy posłuchać materiału promującego nową płytę: Jonathan Davis o albumie: „Głęboko wewnątrz Ziemi żyje nadzwyczajna siła. Tylko nieliczni są świadomi wielkości/ważności i znaczenia tego miejsca, gdzie dobro/zło, ciemność/jasność, błogość/cierpienie, strata/zysk oraz nadzieja/rozpacz istnieją jako jedność, wyrywając nam każdy moment z naszego życia. Jest to miejsce, gdzie jasne i ciemne moce przytwierdzają się do naszej duszy i wpływają na nasze emocje, wybory, postrzeganie i w końcu na całe nasze istnienie. Jest to małe królestwo i jedyne miejsce, gdzie istnieje balans pomiędzy tymi dynamicznymi siłami – gdzie dusza znajduje swoje schronienie. Witajcie w „The Nothing”.” AudioRecki KORN "Nothing" (2019) Tracklista: 1. The End Begins 2. Cold 3. You’ll Never Find Me 4. The Darkness IS Revealing 5. Idiosyncrasy 6. The Seduction Of Indulgence 7. Finally Free 8. Can You Hear Me 9. The Ringmaster 10. Gravity Of Discomfort 11. [email protected] 12. This Loss 13. Surrender To Failure
  6. 1 point
    Czwartkowy dzień to wyjątkowe dla nas wydarzenie, które można określić jako "spotkanie z muzyką", przy czym nie z taką muzyką, jaką sobie wyobrażamy. Firma z tradycją w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale co istotne - jednocześnie łącząca nowoczesność - zaprosiła Magazyn AudioStereo, by podpatrzeć produkcję płyt z muzyką. Nie byle jakich płyt - bo płyt winylowych, które od pewnego czasu przeżywają swoją drugą młodość i słusznie. Do WM Fono zaproszeni zostaliśmy wraz z prezesem D. Skrzypczakiem, który w swoim zwyczaju, już na miejscu przygotował "właściwy grunt" pod rozmowy obejmujące "dalsze plany współpracy". Nie przeszkadzając "górze" w rozmowach, dzięki uprzejmości p. Kasi i nieocenionej pomocy p. Daniela - udałem się z aparatem do części produkcyjnej budynku. Już na pierwszy rzut oka doszło do mnie, że budynek WM Fono z zewnątrz nie wydaje się tak duży, jakim jest w rzeczywistości. Labirynt korytarzy, pomieszczeń i magazynów. Do tego ludzie - pracujący przy maszynach oraz wędrujący z wózkami pełnych płyt. Pomimo hałasu maszyn, szumu sprężonego powietrza - każdy uśmiechnięty i co równie miłe - pozdrawiający "obcego przybysza" w swojej firmie. Piszę o tym nie bez powodu, bo po przywitaniu z p. Adamem, który odpowiada za część produkcji płyt winylowych - zwrócił mi uwagę na ważną dla WM Fono sprawę. Jest to firma ludzi, którzy tworzą dla ludzi. Tak, pomimo z jednej strony nowoczesnych rozwiązań, w tej firmie stawia się na człowieka jako ważny element przy powstawaniu płyt. I nie jest to bez znaczenia dla końcowego produktu, ale o tym za chwilę. WM Fono to firma ze sporymi tradycjami posiadająca nie mało, bo aż 28 lat historii i doświadczenia. Od prawie trzech dekad oferuje usługi w zakresie tłoczenia nośników optycznych CD oraz DVD. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale firma jest jedyną tłocznią winyli w Warszawie oraz pierwszą, istniejącą od lat 90. w Polsce. Z tradycjami i odniesieniem do tradycji wiąże się jeszcze jedna kwestia - WM Fono stawia na sprawdzone i najlepsze rozwiązania, przy tym odwołując się wprost (w przypadku winyli) do złotej ery "czarnej płyty". W budynku WM Fono znajdziecie unikaty na skalę światową, jedyne takie maszyny używane do produkcji naszych ulubionych płyt. Maszyny z "duszą", które pamiętając lata 60 przypominają nam, że w dobie cyfrowych platform i świata plików - analogowe brzmienie muzyki daje i dziś ogromną przyjemność. Produkcja płyty winylowych w WM Fono odbywa się na maszynach Hamilton i Lened inc., przy pełnej kontroli jakości ludzi przy nich pracujących. I tu znów wracamy do roli człowieka w Warszawskiej tłoczni, który na różnych etapach odpowiada za najwyższą jakość końcowego produktu. W trakcie rozmowy padło wiele szczegółów co do kolejnych etapów kontroli, w których to wyklucza się ewentualne wadliwe egzemplarze. Słowo "jakość" wydawało się, że pada nader często, przechodząc jednak do poszczególnych etapów okazywało się, że jest ono uzasadnione. Ale przedstawmy szczegóły, kontrola jakości podzielona jest na trzy etapy. Pierwszy to moment tłoczenia, w którym to osoba pracująca przy maszynie dokonuje wstępnej selekcji jakości otrzymanej z prasy płyty. Ważnym na tym etapie jest też fakt, że matryca jaką używa WM Fono jest typu DMM, a więc droższa ale dająca znacznie lepszą jakość tłoczenia. Oczywiście "nie tylko DMM", ale taka jest preferowana i za tym idzie konkretne uzasadnienie oraz "siła wielu argumentów". Kolejnym (zaznaczmy na tym etapie produkcji) elementem jest górna granica 500 sztuk wytłoczonych płyt z każdej matrycy. Rzecz jasna matryca umożliwia wykonanie znacznie więcej kopii (okolice 700 sztuk), ale stawiając na jakość - przyjęto graniczną liczbę na poziomie 500 kopii. Kolejnym, już drugim etapem kontroli tłoczenia płyt jest pokój dźwiękowca i jego "poświęcenie". Co 50 płyta trafia na jego ręce, by sprawdzić od strony użytkowej - przy odsłuchach - jakość uzyskiwanych kopii. Zapewne wielu z melomanów ucieszyłoby się na taką pracę... osobiście nie jestem przekonany, czy chciałbym przesłuchiwać raz za razem tą samą płytę przy okazji skupiając się na detalach i szczegółach - wyłapując ew. błędy. Trzecim i ostatnim elementem kontroli jakości jest strefa konfekcji. Osoby odpowiedzialne za pakowanie płyt (ręcznie, nie maszynowo!) sprawdzają z ogromną dokładnością każdą z pakowanych płyt. To na tym etapie następuje odrzucenie wszystkich tych, które mogłyby posiadać nawet najdrobniejsze ryski czy zawierać wady produkcyjne. Widząc zaangażowanie całego zespołu w uzyskanie jak najwyższej klasy nośnika śmiem wątpić, czy jakaś "wadliwa" sztuka "przemknie" przez tak gęste sito kontroli. Ważnym też i nie do pominięcia elementem w trakcie produkcji jest stygnięcie każdej z płyt. Produkcja oparta jedynie o maszyny w dużym stopniu upraszcza ten moment, jak się okazuje - mający wielkie znaczenie dla jakości samego nośnika. W WM Fono każda z płyt leżakuje aż 3 doby przed pakowaniem, by umożliwić jej w pełni odparowanie i uzyskanie od strony chemicznej - jednolitej struktury. "Nic na skróty" jak usłyszałem w trakcie rozmowy, a za tymi słowami padło "bo liczy się jakość i zadowolenie klienta". Po wizycie w tłoczni zdajemy sobie sprawę ile tak naprawdę zależy od człowieka, by produkt trafił do nas możliwie jak najlepszej jakości. A muzyka dla melomana stanowi sedno jego życiowej pasji. Nie dziwmy się więc w sklepach i kiedy sięgając po konkretne wydanie widząc ciut większą cenę niż innych płyt zerknijmy na to, gdzie płyta była tłoczona. Ma to ogromne znaczenie dla jakości i naszego zadowolenia, cena po prostu wynika z zaangażowania sztabu wykwalifikowanych ludzi, cena jest w tym przypadku gwarancją otrzymywanej jakości. Ktoś, kiedyś powiedział bardzo mądrze, że "życie za krótkie jest na byle jakość". Bycie melomanem to często nieustanne poszukiwanie czegoś wyjątkowego, czegoś co gwarantuje najwyższą jakość. Sięgając po płyty oznaczone logo WM Fono możecie być pewni, że tłoczą je maszyny "z duszą", a pracujący przy nich oraz na dalszych etapach produkcji ludzie dbają o najmniejszy szczegół, by klient końcowy - każdy meloman i fan dobrego brzmienia - otrzymał płyty najwyższej jakości. Wizyta w Warszawskiej tłoczni przebiegła w miłej atmosferze, w pewnym momencie nawet szum sprężonego powietrza i hałas maszyn wydał się nieistotny (a nawet niezauważalny). Skupiony na poznawaniu tego, jak powstaje nasza ulubiona "czarna płyta" i przyglądając się z jakim oddaniem pracują te wszystkie osoby przy każdym egzemplarzu płyty dostrzegłem zapomniałem o ilości tych wszystkich maszyn i pomieszczeń firmy. Czarna płyta stała się jeszcze bardziej bliska i "ludzka" od wszystkich plików, serwowanych tym wszystkim - dla których muzyka jest jedynie kolejnym plikiem i w ich przesadnie wielkich zbiorach zajmujących dziesiątki gigabajtów na dyskach. I może dla wielu z osób winyl jako nośnik muzyki stanowi swoisty "wymysł obecnych czasów", ale przy tym jak bliski w tym wszystkim jest człowiek i jak wiele musi się zdarzyć, by taka płyta trafiła do naszych rąk. Jeśli tylko poczujecie potrzebę czegoś więcej w muzyce, swoistego oddania się tej pasji, nie posiadacie przy tym gramofonu - dajcie się namówić na "starą, dobrą - czarną płytę". Nie zapomnijcie też sięgnąć po wydania (tylko) dobre, a te z logo WM Fono zapewne zagwarantują Wam na 100% jakość i raz jeszcze jakość muzyki. Za spotkanie w wyśmienitej atmosferze oraz oprowadzenie po całej firmie dziękuję raz jeszcze w imieniu całego AudioStereo. AudioRecki
  7. 1 point
    Noble Audio to amerykańska firma produkująca słuchawki dokanałowe uniwersalne jak i modele na zamówienie . Jest to stosunkowo młoda marka, która powstała zaledwie sześć lat temu. W swojej ofercie ma modele kosztujące 2000 $ jak i modele tańsze np. Trident 399 $ lub Savanna 499 $. Dzięki firmie audiomagic.pl dotarły do mnie do przetestowania słuchawki Trident. Akcesoria: Przy zakupie słuchawek dostajemy w komplecie: - zestaw tipsów - futerał z tworzywa w kształcie skrzynki - materiałowy woreczek - karabińczyk - szczoteczkę do czyszczenia - silikonowe opaski Wygląd i budowa: Zewnętrzna strona słuchawki wykonana jest ze srebrnego aluminium, na którym jest wygrawerowane logo firmy w kształcie korony. Pozostała część to szare tworzywo mieniące się brokatem. Pleciony kabel jest wpinany do słuchawek za pomocą dwóch pinów i zakończony wtykiem 3,5 mm. Za dźwięk „trójzębu” odpowiadają trzy przetworniki armaturowe. Słuchawka dobrze układa się w uchu, a dzięki różnym rodzajom tipsów, możemy ją dokładnie dopasować i wytłumić. Trident jest niesamowicie lekki, co pozwala na długie sesje odsłuchowe bez najmniejszego śladu zmęczenia ucha. Dźwięk: Po podłączeniu słuchawek do Fiio Q5 nie od razu byłam przekonana do brzmienia. Brakowało mi obiecanego przez Noble basu - takiego mocniejszego „kopnięcia”. Po dwóch dniach dźwięk się zdecydowanie zmienił. Jak się okazało Tridenty warto wygrzać, dać im trochę czasu, a rozwiną zdecydowanie swoje skrzydła i uderzą obiecanym basem. Ten model gra podkreślonymi skrajami pasma - góra i niskie tony są wyszczególnione, a średnica lekko wycofana. Noble Audio poleca swoje dziecko miłośnikom popu i rzeczywiście tak jest. Słuchawki są bardzo szybkie i melodyjne, muzyka brzmi żwawo, ciężko usiedzieć na miejscu słuchając “Love Never Felt So Good” Michaela Jacksona czy “Colling All My Lovelies” Bruno Marsa. Bas jest mocny, szybki i dobrze kontrolowany. Średnica jest zrównoważona, mniej podkreślona niż góra, mająca więcej blasku. Wysokie tony są miękkie, nie kłują w uszy, nie męczą, a czarują rozdzielczością. Ten styl grania sprawdzi się też dobrze w muzyce elektronicznej, hip-hopowej i reggae. Tridenty to słuchawki o niskiej impedencji, łatwo je napędzimy smartfonem, ale wpięcie dac/amp zdecydowanie poprawia brzmienie. Tu musimy jednak trochę uważać na podbicie gain, ponieważ jako czułe słuchawki szumią. Podsumowanie: Jeśli lubisz pop, reggae czy muzykę elektronicznę to są to słuchawki, które przyniosą Ci wiele radości ze słuchanej muzyki. Model Trident to typowe "V-ki" podkreślony dół i wysokie tony, średnica cofnięta. To słuchawki łatwe do napędzenia i przyjemne do słuchania. [email protected] Dystrybucja: www.audiomagic.pl Cena – 1.790,- PLN
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.