Skocz do zawartości

Niemożność w Sieci?


audiostereo.pl
  • 6fc835b16b58755ed2757afe83339316 https://www.audiostereo.pl/uploads/

Ponieważ znajdujemy się w Internecie, może tym razem dla odmiany coś o sieci. Podobnie jak wielu innych, interesuje mnie obraz Internetu jako medium pozwalającego, według optymistycznych założeń, na nieskrępowane wyrażanie swoich poglądów i łatwe dzielenie się z innymi swoimi opiniami, z czego mogą wyniknąć niezliczone korzyści itd. Ponieważ Internet nie jest w swej zasadniczej masie cenzurowany, przyjęło się uważać, że zapewnia on powyższe wartości jakby sam z siebie, niejako na dzień dobry. Pogląd ten w mojej opinii tak bardzo mija się z rzeczywistością, że aż sprawia wrażenie reklamy dostawcy usług sieciowych.

 

Pierwszy problem, w zasadzie już załatwiający sprawę odmownie, to masowość zjawiska, a co za tym idzie czysto mechaniczna trudność przebicia się z dowolną opinią. Nie to, że niemożliwe, jednak natrafia na przeszkody nie mniejsze, niż próba opublikowania swoich tekstów w jakimś fest żurnalu, tylko że są to przeszkody innego rodzaju. W przypadku czasopisma kręci się wszystko wokół tekstu, załóżmy roboczo, że wybitnego. Taki tekst można posłać do redakcji gazety czytanej od deski do deski przez grube tysiące, a cytowanej w milionach miejsc. Jeśłi tekst jest naprawdę wybitny, to istnieje duża szansa, że opublikowany zostanie, jak nie pierwszy, to drugi lub trzeci, a jeśli nie w tym piśmie, to w konkurencyjnym. Warunkiem jest przede wszystkim wysoki poziom dzieła.

 

W przypadku interenetu można spokojnie założyć, że dobrych tekstów można machnąć dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, na dobrą sprawę równie dobrze można by umieszczać w sieci tekstowe wersje obrazów Opałki, i wciąż licho wie, czy ktoś na to zwróci uwagę. Jakim stresem i demotywacją musi być pisane tekstów (z których każdy w założeniu jest przecież odkrywczy i wyjątkowy), których nikt nie przeczyta, mają bowiem za zadanie tylko stworzyć masę krytyczną, przyciągnąć uwagę na przyszłość! A nawet jeśli ktoś w końcu zwróci tę uwagę, to nadal jest tylko pewna szansa, że przeczyta ze zrozumieniem, oraz że następnie pewna ilość ludzi zacznie tekst inteligentnie komentować. A dopiero to są warunki wejścia opinii do obiegu. Żeby się wybić na taką pozycję, dobrze też nie być anonimowym blogerem piszącym byle gdzie, ale wpisywać się w widocznym miejscu popularnego serwisu, co z kolei nie jest dostępne każdemu. Nie każdy jest Atrakcyjnym Kazimierzem czy Posłem Penisistą, którzy, zanim zrobili cyfrową karierę jako autorzy blogaska (termin techniczny), musieli jednak odharować swoje analogowo, w realu. A to przecież nie ten model, o który chodzi. Autorzy optymistycznych wizji Sieci spodziewali się chyba raczej czegoś w stylu Locke’a i Demostenesa z powieści O.S.Carda, którzy przez kilka lat swej starannie zaplanowanej, anonimowej działalności publicystycznej w sieci zmienili politykę świata (po czym jedno z nich stanęło na jego czele), mimo że rozpoczynając swój projekt mieli odpowiednio 14 i 12 lat. Na razie jednak w nieliterackiej rzeczywistości internauta ma niewiele większą szansę dotarcia ze swymi przemyśleniami do publiki, niż gdyby deklamował je pod Dmowskim na Rozdrożu. Model Demostenesa być może zrealizowałby się w dalekiej przyszłości, ale prawdopodobnie uniemożliwi to problem numer dwa.

 

Drugim problemem, który dziś załatwia w zasadzie na amen internet jako autentyczne narzędzie kształtowania rzeczywistości poprzez wyrażanie genialnych myśli o naturze wszystkiego, jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo. Plagę tę szerzą tacy użytkownicy sieci, którzy uważają, że sam nagi fakt wyrażenia przez nich opinii na piśmie jest wydarzeniem, zaś cała reszta to nieistotne drobiazgi. Przejawia się to przez tworzenie morza wpisów sstworzonych wedle zasady, że natychmiastowe upublicznianie wszystkiego, co umysł wyrzuci na mieliznę języka, jest obowiązkiem i prawem przyrodzonym. Zaś próby pohamowania tego wypływu są oczywiście zamachem na wolnosc slowa i demokrację. Pisarz W. Żwikiewicz nazwał tę kategorię „mówców” internetowych „pokoleniem kwa-kwa”. Owi Kwa-Kwa popełniają w rozumowaniu zasadniczy błąd, ignorując fundament demokracji i wolności, jakim jest odpowiedzialność, w tym wypadku za głoszone poglądy i przedstawiane fakty. Nie ma odpowiedzialności – nie ma wartości. Erozji odpowiedzialności sprzyja na pewno anonimowość internetu, ale być może również łatwość zabierania głosu, nieporównywalna z niczym dotąd.

 

Kłopot z Kwa-Kwa jest taki, że to właśnie dyskutanci i oponenci tworzą publicystę. Pogląd o tyle jest coś wart, o ile wytrzymał solidnie przygotowany i przeprowadzony atak. W warunkach internetowych, o których teraz piszę, jeśli nawet ktoś się zaweźmie i stworzy kawał dobrego tekstu poruszającego ważny problem, najczęściej jedyną opozycją, z jaką spotka się jego idea, będzie seria opinii, ze autor jest nietutejszy, za bardzo tutejszy, nic nie wiadomo o postawie jego dziadków, czyta niewłaściwe lektury, nic nie czyta, czyta komiksy, wychował się na podwórku (ulicy, śmietniku, salonach), należy do mniejszości seksualnej, jest szownistyczną autorską świnią i nie dba o sprawy proletariatu, kobiet, dzieci i wielorybów. To niestety jest to samo, co nic. Są to bowiem opinie osób, które nie są zainteresowane tym, co zostało napisane, tylko wyrażeniem poglądu o charakterze ideowym, popularnego w grupie ich znajomych. Do tego zrozumienie oryginalnego tekstu jest zbędne, nie mogą więc być równymi partnerami w dyskusji i w ogóle równie dobrze mogłoby ich nie być. Rzekł raz Boy-Żeleński: „W iskier krzesaniu żywem/ materiał to rzecz główna/ trudno najtęższym krzesiwem/ iskrę wydobyć z substancji miękkiej, a podatnej”. Innymi słowy, jeśli oponenci świecą niechlujstwem intelektualnym i lenistwem polemicznym, autor nie ma mozliwości rozwinąć i zahartować swoich poglądów, które w innych, trudniejszych warunkach, kto wie, czy nie rozwinęły się w system filozoficzny, który zmieniłby nasz świat na zawsze. Strata to, czy nie, nigdy się już niestety nie dowiemy.

Alek Rachwald

Załączone miniatury



Opinie użytkowników

Rekomendowane komentarze



Z mojego punktu widzenia, była to reakcja na niektóre idee zawarte w książkce "Gra Endera" O.S.Carda, w części publicystyki Lama oraz w ostatniej dyskusji Żelkowskiego ze Żwikiewiczem w czasopismie "Science Fiction". Redaktor jest od tego, żeby nie tylko forum czytał. Ale prawdę mówiąc, to spodziewałem się w pierwszej kolejności zarzutu prowokacji politycznej. Zawiodłeś mnie, caro rocco :-)

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

"Grę Endera" przeczytałem wieki temu, Lema czasami czytam na wyrywki.

Jednak moja inteligencja jest chyba zasłaba wobec tak ogromnej paraleli jaką zastosował Pan Oberredaktor. Za Chiny nie wiem co ma miernik do pludraka.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Zaraz paralela... Zwykły tekst o życiu, a ża akurat do napisania go teraz skłoniły mnie skojarzenia z literatury, to chyba naturalne. Mało co, poza chwastami, wyrasta samo z siebie i bez łączności z otoczniem. Mam nadzieję, ze cię nie zawiodłem :-)

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Zabójczo Szanowny Panie Redaktorze,

 

W ierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, iż autor komentowanego artykułu poczynił założenie polegające na przyjęciu a’priori za pewnik, iż Internet jest medium anonimowym.

Nie jest – powszechnie o tym widomo. Zachowanie pełnej anonimowości być może jeszcze jest udziałem wybitnych geniuszy komputerowych, ale na pewno nie zwykłego Kowalskiego.

Każdy uczestnik społeczności Internetu – czy tego chce czy nie - bierze na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania.

 

 

Don Redattore pisze, że powszechnym zjawiskiem w Internecie jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo, które to z kolei cechy stanowią o tym że osobom wartościowym trudno przebić się w powszechnej kakofonii dyskutantów.

Trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, niemniej pragnę podnieść, iż społeczności internetowe są odzwierciedleniem stanu intelektualnego i duchowego obecnego społeczeństwa.

Proszę także zauważyć że w każdej epoce historycznej podnosiły się głosy o upadku obyczajów. I w starożytnym Rzymie, i we Florencji za czasów Savonaroli, jak i czasach gdy na ulicach Warszawy pojawiali się pierwsi cykliści, za czasów Beatników jak i w epoce Punk-Rocka...

Zawsze powszechne było pomstowanie na obyczaje.

Upadek jest zatem wpisany niejako w samoświadomość społeczeństwa.

Zatem to nic nowego.

 

 

Na tle tego co Szanowny Pan Nadredaktor napisał, pragnę pójść krok dalej i zadać nieco inne pytanie. A mianowicie, czy fakt powszechnego dostępu do takiego medium jakim jest Internet spowodował wzrost kreatywności jego uczestników?

 

Moim skromnym zdaniem, powszechna dostępność do technologii publikacji, jakiej przykładem jest Internet, w żaden sposób nie wpłynęła na to, iż wzrosła liczba wybitnych jednostek, ciekawych osobowości czy też po prostu osób posiadających cos wartościowego do zakomunikowania.

Pragnę wskazać w tym miejscu jako exemplum, iż upowszechnienie się sprzętu i oprogramowania do tak zwanego Home Recordingu nie spowodowało lawiny objawień na rynku muzycznym.

Tak samo powszechna dostępność przyzwoitej jakości sprzętu fotograficznego oraz programów do edycji grafiki nie wywołała nagłego pojawienia się wielu twórców na miarę Cartiera Bresson, Man Raya czy też Nadara.

Społeczeństwo jest bowiem pewnym tworem zamkniętym pod względem statystycznych możliwości wystąpienia takich jednostek. Póki co żadna technologia nie jest w stanie tego stanu zmienić.

 

 

Dlatego też mam śmiałość zakwestionować ważkość wniosków jakie Pan Oberredaktor raczył w swym artykule zmieścić. Skoro bowiem społeczność uczestników Ineternetu jest odzwierciedleniem stanu społeczeństwa, skoro jednostki o bardziej kreatywnym charakterze nie mogą być efektem istnienia tej społeczności, to tak na prawdę zakomunikowany w artykule problem jest marginalny.

Widocznie społeczną potrzebą jest chęć rozrywki, potrzeba poczucia więzi z osobami podobnie myślącymi, tęsknota za działaniem w grupie, chęć obserwowania innych, bądź też pokwakanie sobie do innych – trawersując wypowiedź Pana Nadredaktora.

Internet realizuje przecież te potrzeby, inaczej nie stałby się popularny, a o jego istnieniu dowiadywalibyśmy się z przypisów w książce do historii.

Może to trudne do zaakceptowania, mając na uwadze źródło jego powstania, ale to fakt. Internet jest formą rozrywki.

A to że przy okazji pozwala się zrealizować osobom o których można powiedzieć że są kreatywne – to już wartość dodana, niejako przy okazji.

 

 

Dlatego też kreślę się z uszanowaniem dla Pana Nadredaktora i idę sobie radośnie pokwakać.

 

 

PS

Proszę pogłaskać Pana Kota ode mnie.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

"Don Redattore pisze, że powszechnym zjawiskiem w Internecie jest brak dyscypliny intelektualnej i odpowiedzialności za słowo, które to z kolei cechy stanowią o tym że osobom wartościowym trudno przebić się w powszechnej kakofonii dyskutantów. Trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem, niemniej pragnę podnieść, iż społeczności internetowe są odzwierciedleniem stanu intelektualnego i duchowego obecnego społeczeństwa.[...]"

 

A czy ja mówię, że nie? Ja tylko polemizuję z optymistycznymi opiniami, jakoby internet wniósł nową jakość do komunikowania się, co poskutkuje niezwykłymi skutkami. Jeśli nawet internet podniósł formalnie "poziom demokratyzacji" (łatwiej jest niby zabrać głos), to nic szczególnego z tego nie wynika jak dotąd. Tzn. w aspekcie pozytywnym, bo w negatywnym owszem: niektórzy politycy itp. osoby publiczne, zabierając głos w sieci, odsłaniają się niechcący bardziej, niż by chciały, co daje do myślenia wyborcom. Tego typu informacja negatywna ma wartość. Ale to są ciągle te same osoby publiczne, co i bez internetu: wykreowane wcześniej poza siecią. W świetle tego rola sieci jako niezależnego od mass mediów i instytucji środowiska pomagającego w np. zrobieniu publicznej kariery jest nadal marginalna, moim zdaniem nie raczej kreuje nowych, niezależnych osobistości.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Wywrotowo Wielce Szanowny Panie Redaktorze

 

 

Pragnę zwrócić uwagę Pana Redaktora na pewną niewielką grupkę osób, które z punktu widzenia przeciętnego użytkownika Internetu zachowują się o ile nie jak szaleńcy to przynajmniej jak osoby którym odmówiono logiki.

Dynamitardów – bo o nich piszę - niesłusznie myli się z trollami internetowymi co jest z gruntu fałszywie i niesprawiedliwe dla tych pierwszych.

Zjawisko trollingu oraz osobowość trolla były już przedmiotem badań, czego wynikiem jest wyekstrahowanie cech właściwych temu zjawisku a także zlokalizowanie jego źródeł pochodzenia.

Jednym z elementów w tym zakresie wskazanych jest aspekt podejmowania działania z niskich pobudek takich jak urażona duma, niezaspokojona ambicja kompleksy, etc...

Zjawisko usługowego trollingu, pojawiającego się coraz częściej pozostawmy na boku. Jego źródłem także są niskie pobudki, nie mniej nieco innego rodzaju.

 

W odróżnieniu od trolla dynamitard działa pod względem duchowym i intelektualnym na wskutek bodźców wyższego rzędu,. Dynamitard jest bowiem idealistą, jest osobą z misją do wykonania, jest człowiekiem którego zżera wizja celu jaki ma do zrealizowania.

Dynamitard z natury jest anarchistą, chociaż stopień w jakim dany przedstawiciel tej rzadkiej populacji odrzuca przyjęte normy i instytucje społeczne bywa różny.

Celem podstawowym dynamitarda wywołanie wstrząsu u innych użytkowników Internetu, a poprzez ten wstrząs doprowadzenie do przerwania chociaż na chwilę powszechnego kwakania co zdaniem dynamitarda może się zakończyć powstaniem refleksji.

Tak, dynamitard walczy z powszechną biernością, nudą, rozrywką, powielaniem stereotypów oraz wieloma innymi negatywnymi aspektami życia w sieci.

Chciałby on zniszczyć Internet w tej postaci jakie znamy i doprowadzić do wytworzenia się – jak ona sam uważa - społeczności nowego typu, składającej się z ludzi aktywnych, świadomych, kreatywnych i wolnych (cokolwiek ta wolność dla dynamitarda znaczy, bowiem rządy anarchistów pachną także totalitaryzmem i rzezią, o czym można było się przekonać w trakcie wojny domowej w Hiszpanii).

 

Oczywiście wizja dynamitarda jest całkowitą utopią, niemniej pomimo posiadania w tym zakresie pełnej świadomości a także pewności co do własnej zguby, osobnik ten jednak nie rezygnuje ze swoich działań. Nieświadomie staje się podobny swoim XiX-wiecznym pierwowzorom takim jak Ravachol, Vaillant czy Henry...

Laurent Tailhade napisał - „Cóż znaczą ofiary kiedy gest jest piękny.”

 

Można podziwiać ten wallenrodyzm, można go wyszydzać, można walczyć z nim i nienawidzić, ale trudno przejść obok niego obojętnie. I tu być może jest wartość tego zjawiska. Być może właśnie w ten sposób dynamitard w jakiś sposób chociaż częściowo osiąga swój sukces.

Bo w końcu rodzi się w nas pytanie – co my tu …(kwa, kwa)… robimy Szanowny Panie Redaktorze?

No właśnie, co?

 

 

Wraz z rewolucynym pozdrowieniem, przesyłam wyrazy uszanowania dla Pana Redaktora i Pana Kota

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

"Celem podstawowym dynamitarda wywołanie wstrząsu u innych użytkowników Internetu, a poprzez ten wstrząs doprowadzenie do przerwania chociaż na chwilę powszechnego kwakania co zdaniem dynamitarda może się zakończyć powstaniem refleksji. Tak, dynamitard walczy z powszechną biernością, nudą, rozrywką, powielaniem stereotypów oraz wieloma innymi negatywnymi aspektami życia w sieci [...]."

 

Rewolucja, tak. Największe oszustwo w dziejach ludzkości: na plecach rewolucjonistów, którzy szybciutko idą do piachu, zawsze pną się w górę arywiści. Zaś w rzadkich wypadkach, kiedy autentyczni rewolucjoniści dochodzą do władzy, nie dając się wyonacyć po drodze, sami się degenerują i powstaje coś takiego, jak Kuba. Cierpią na tym całym bałaganie tylko ci, w imieniu których podobno rewolucjonista się odbywa. Szanuję ludzi, którzy poświęcają swe życie idei, jednak budzi zastanowienie, jak wiele rewolucji w dziejach okazało się nieudanymi. Można to wręcz nazwać prawidłowością. W sumie, jak stwierdził Chesterton, "...w rewolucji nie ma nic poetycznego. Jest to bowiem nic innego, jak rzyganie. A najbardziej poetycznym zjawiskiem świata, bardziej poetycznym niż kwiaty czy zachód słońca, jest człowiek, który nie wymiotuje".

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Don Redattore.

 

Słowo rewolucja ma wiele znaczeń. Jak rozumiem Pan Oberredaktor użył go w rozumieniu "zamachu stanu", czyli gwałtownego i siłowego przejęcia władzy.

Mamy przecież inne znaczenia - może budzące lepsze skojarzenia -terminu "rewolucja". Na ten przykład rewolucja technologiczna, rewolucja neolityczna, rewolucja moralna, rewolucja seksualna, rewolucja kopernikańska i wiele wiele innych.

Nie czuje się kompetentny aby się wypowiadać w kwestii rewolucji jako takiej, dlatego też ocenę zjawisk rewolucyjnych pozostawiam historykom.

Nie mniej - na poziomie czysto subiektywnym - podzielam niechęć Pana Redaktora do zjawisk siłowego przejmowania władzy.

 

Na marginesie pragnę zwrócić uwagę, iż moja wypowiedź wcale tematyki rewolucji nie dotyczyła.

 

 

Kreślę się z pozdrowieniem

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Podrzuciłbym jeszcze jeden ważny aspekt anonimowości w sieci. Egalitaryzm.

Fascynująca, demokratyczna i zgodna koegzystencja kompletnie różnych w realu światów.

Odrzućmy wąskospecjalistyczne zabawy- zbieraczy czołgów, czy zegarków IWC, a popatrzmy choćby na nasze forum.. Kogo tu nie ma. Od faceta, który już nawet w garażu postawił Accu, czy Levinsona, do czystego folkloru w postaci budujących słuchawki z połówek kokosa. Wszystko koledzy, którzy sobie pomagają, doradzają...i kłócą się zawzięcie, ale jako partnerzy. Czy to nie jest piękne?

Czy bez tej anonimowości byłoby to takie same? Czy czytając niektóre dyskusje, w których pod nicki jesteście wstanie podłożyć konkretniejsze info o osobach, nie chwyta was czasami refleksja, że to jest tylko zabawne? Bo już patrzycie przez pryzmat realu.

 

Zapominacie Panowie o jeszcze jednej, coraz większej grupie użytkowników w sieci.

Ludzi mających komfort bycia niezależnym i mogących tę niezależność konsumować na różne sposoby. Żadnych tam rewolucjonistów, anarchistów, czy idealistycznych małolatów, ale poważnych facetów, często starych cyników, którzy czerpią prostą przyjemność z mówienia prawdy. Nie będąc korporacyjnym, ubezwłasnowolnionym trybikiem kierowanym przez instynkt samozachowawczy ,potrafią być sporym kłopotem dla różnych komercyjnych grup dyskusyjnych.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.