Skocz do zawartości

Test kolumn Avcon Avalanche Reference Monitor


audiostereo.pl
  • 6fc835b16b58755ed2757afe83339316 https://www.audiostereo.pl/uploads/old/post-1-100007854%201260872794.jpg,old/post-1-100007855%201260872794.jpg,old/post-1-100007856%201260872794.jpg

Avcon Avalanche Reference Monitor goszczą na naszym rynku od niedawna. Stanowią modyfikację i rozwinięcie przez Avcon prototypowego projektu „Reference Monitor” Jerzego Mieszkowskiego, zaprezentowanego wcześniej na naszych łamach. Główne różnice to inny głośnik wysokotonowy, zmodyfikowana zwrotnica, inne okablowanie oraz oczywiście nowa obudowa – o tych samych proporcjach, ale wykonana w sposób właściwy seryjnej produkcji. Niewykluczone, że te zestawy nie wszystkim przypadną do gustu ze względu na swoją fizis. Charakteryzują się dość dużymi jak na głośniki podstawkowe rozmiarami i zupełnie prostą, prostopadłościenną formą. Testowany model wykonany był w okleinie czereśniowej, co wywołało u mnie nieodparte skojarzenie z dwoma drewnianymi klockami rodem z zestawu ”młodego konstruktora”. Trzeba przyznać, że jest to wersja dla zwolenników klasyki z upodobaniem do wzornictwa starej, dobrej Unitry rodem z lat 80. Nie ma się co oszukiwać, wygląd nie jest dla mnie atutem tych zestawów. Jednak głośniki mają przede wszystkim dobrze grać, a te grają naprawdę nieźle. Zaś prosty wygląd rekompensuje bardzo wysoka jakość wykonania. Skrzynia wykończona w okleinie doskonałego gatunku o pięknej fakturze powleczona została gładką warstwą lakieru. Staranność położenia forniru i dopasowanie rysunku słojów znacznie przewyższa średnią. Zestawy stanowią system trójdrożny z otworem bas-refleks z przodu. Brzmienie zawdzięczają zespołowi doskonale dobranych głośników Seas Prestige z powlekaną papierową membraną: 26 cm głośnikowi basowemu i 15 cm średnicy, a wysokie tony powierzono wstędze Aurum Cantus. Charakterystyczne jest okablowanie – w testowanym egzemplarzu zastosowano wszędzie srebrne przewody firmy Argentum, co może stanowić nawiązanie do kolumn ART Emotion Silver Signature. Poprawę dźwięku uzyskano również m.in. przez umieszczenie zwrotnicy w oddzielnej, zewnętrznej skrzynce. Takie rozwiązanie ma zapobiegać przenoszeniu się drgań z głośników na elementy zwrotnicy, a także umożliwia w razie potrzeby modyfikację w zależności od preferencji użytkownika. Niestety skrzynki ze zwrotnicami nie mogą pochwalić się tak doskonała jakością jak testowane kolumny, ale wierzę, że to tymczasowa przypadłość. Warto nadmienić również, że podobnie jak wszystkie kolumny Avcon, Avalanche pozbawione są maskownic.

 

Avalanche to głośniki może nietrudne do wysterowania, ale szalenie wymagające, jeśli chodzi odpowiednią końcówkę mocy. Obnażają one bowiem cechy wzmacniacza, powodując tym samym pewne kłopoty z jego odpowiednim doborem. Są to kolumny stanowiące dominujący element, wokół którego należy budować system. Mając do czynienia z tą „Lawiną z Avconu”, trzeba nastawić się na poszukiwanie, testowanie i dobieranie wszystkich poszczególnych elementów, począwszy od końcówki mocy, a na okablowaniu kończąc.

 

Użycie zbyt miękkiego, ciepłego wzmacniacza nie jest na przykład wskazane, ponieważ od razu wpływa to na jakość wydobywającego się z nich dźwięku. Takie zjawisko dało się zauważyć po podłączeniu wzmacniacza Belles. Bas był matowy, bez aksamitnej głębi, kolumny grały leniwie, ospale, jakby od niechcenia, a najniższe rejestry były prawie niezauważalne. Wstęga również nie pokazała pełnego wachlarza swoich możliwości. Pustka w kontrabasie Majora Holleya na płycie „Midnight blue” Kenny Burrella (Blue Note Records) była wyraźnie słyszalna, saksofon Turrentine’a brzmiał niczym klarnet, a zamiast dźwięcznych blach do ucha słuchacza dobiegał dźwięk przypominający uderzenia w plastikową butelkę.

 

Kolejny wybór padł na cyfrowy dzielony wzmacniacz Jeff Rowland. Bas uległ pogłębieniu, powodując uczucie mrowienia w żołądku. Ballady Sonny’ego Rollinsa rozlały się głębokim brzmieniem po całym pokoju, wciągając wszystko wokół w czeluści najniższych rejestrów. Na dłuższą metę taka wyprawa w głąb woofera okazała się jednak nie najlepszym doznaniem. Barwa była ciepła, mdła i okrągła aż do przesady. Takie brzmienie znajdzie zapewne swoich zwolenników, jednak obiektywnie była to przesada. Z kolei wysokotonowej wstędze Rowland dosyć się spodobał, choć miękki bas nadal przeszkadzał w odbiorze całości. Wyraźnie poprawiła się natomiast dynamika. Poszczególne instrumenty grały w odpowiednich rytmach, zniknęło rozleniwienie zauważalne w połączeniu z Bellesem. Wokalom jednak nadal brakowało naturalności – charakterystyczny niski, seksownie zachrypnięty głos Toma Waitsa przypominał swym brzmieniem raczej Jana Himilsbacha, sex-appeal wyparował.

 

Kolejna zmiana wzmacniacza spowodowała oczekiwany przełom. Głośniki ze wzmacniaczem Zagra-Kulesza pokazały, co potrafią. Zniknął mdły bas, brzmienie stało się przyjemnie aksamitne, ocieplone tylko tyle, ile trzeba. W muzyce zapanowała harmonia, wszystko nagle znalazło się na swoim miejscu. Bas nie przesłaniał reszty pasma, był żywy i dynamiczny. Czuć było kontrolę niskich tonów, głośniki oddawały zarówno siłę, jak i miękkość najniższych rejestrów basu i bębnów zawartych na płycie Alchemika ”Dracula in Bucharest”. Test sceny i planów z płyty ”Amused to Death” Watersa też wypadł znakomicie. Dość szeroko zarysowana scena, plany wyraźne, całość znakomicie oddawała klimat zbudowany przez licznie przeplatające się tła, z których każde było umiejscowione na swoim miejscu. Ładna, zwarta i czysta średnica, całość bardzo przejrzysta, podkreślała stereofonię. Natomiast w przypadku wysokotonowej wstęgi nie było tak różowo. Ze wzmacniaczem Zagra odniosłam wrażenie zbyt mocno zarysowanej góry, która szczególnie w przypadku utworów operowych dawała się trochę we znaki.

 

Dawcą najlepszego dźwięku okazał się wzmacniacz Jazz. Wszystko grało równo, z inklinacjami ku głośnikom studyjnym. Bas doskonale wyważony, kontrolowany, sięgający po samo dno, żywa, ale i naturalna średnica, i nareszcie świetnie wyważona, gładka góra. Z przyjemnością oddałam się odsłuchom repertuaru symfonicznego. Smyczki, klarnety i oboje w „Weselu Figara” W.A. Mozarta przyprawiały o gęsią skórkę , podobnie jak znakomite wokale operowe. Vibrato altów i sopranów brzmiało przejrzyście, i dźwięcznie. Mój audiofilski kot siedział jak zahipnotyzowany wpatrując się głośniki. Requiem d-moll Mozarta zabrzmiało wprost genialnie. Cicho narastające smyczki na tle zlokalizowanego w głębi sceny chóru robiły ogromne wrażenie. Po takiej dawce endorfin repertuar jazzowy był już tylko wisienką na torcie. Saksofon Coltrane’a rozpalał zmysły, a słodkie wokale Carmen Cuesta czy Eliane Elias prawie wsączały się przez skórę.

 

Avalanche to propozycja dla dojrzałych muzycznie audiofili, ceniących sobie subtelne, dość wyrafinowane brzmienie pełne smaczków i niuansów. Są to kolumny potrafiące ruszyć z posad pomieszczenie, w którym stoją. Sprawdzają się doskonale w każdym repertuarze, grając z prawdziwą lekkością i nonszalancją. Bez trudu wypełnią bogatym dźwiękiem większe pomieszczenia, w moim niespełna 30-sto metrowym pokoju poziom głośności ustawiony na godz. 12 uniemożliwiał już zebranie myśli. Pamiętać należy jednak o wymaganiach tych monitorów i ich wrażliwości na wszelkiego typu niedociągnięcia pozostałej części systemu. Jeśli weźmiemy to pod uwagę przy wyborze, zakup Avalanche Reference Monitor może okazać się początkiem długoletniej audiofilskiej miłości.

 

Aleksandra Chilińska

 

 

Podstawowe dane:

Dystrybutor: Avcon

Cena: 15000 zł

 

Pasmo przenoszenia: 30Hz - 20kHz

Impedancja: 6 Ohm

Moc znamionowa: 100W

Efektywność: 88dB

Wymiary (w/s/g): 105/35/32cm (wysokość z podstawkami 22 cm)

Masa: 35kg/sztuka

 

 

Wykorzystany system:

Odtwarzacz CD: Advance Acoustic MCD-403/Stel Audio 04

Wzmacniacze: SoundArt Jazz, Jeff Rowland Capri/102, Zagra-Kulesza, Belles IA-01

Głośniki: Dynaudio Confidence C-1

Przewody sygnałowe: Argentum SCG 6/4E Silver

Przewody głośnikowe: Legacy, Argentum 6/4

Przewody zasilające, filtr sieciowy: Zu Mother, IsoTek Sigmas

Akcesoria: StandArt STO, StandArt SSP

Załączone miniatury



Opinie użytkowników

Rekomendowane komentarze



Ten opis zabrzmiał jak recenzja napisana przez doświadczonego wieloletnim słuchaniem klocków audiofila a nie pisana przez nowicjusza, który w dodatku jest młodą kobietą. Podziwiam i jednocześnie dziękuje z pochlebną opinię.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Pierwszy raz spotkałem się z profesjonalną recenzją sprzętu audio autorstwa kobiety. Mam nadzieję, że nie jest to tylko pseudonim ... Jeżeli nie, to wielki szacunek! Gdybym miał taką drugą połowę, to wziąłbym na siebie sprzątanie, pranie, prasowanie, podlewanie kwiatków, zakupy, a nawet mycie garów. :-)

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Ta recenzja nie została przyjęta przez jedno z polskich czasopism (jako odstająca od jego niezmiennie wysokiego poziomu), uznałem zatem, że Audiostereo może ją opublikować i tym samym zrobić coś dla poszerzenia naszych horyzontów audiofilskich. Mam nadzieję, że Ola Chilińska w przyszłości jeszcze to i owo u nas zamieści.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Przypuszczam, że nie przyjęto ze względu na wzmiankę o audiofilu kocie i romantycznym stylu przekazu :)nie wspominając, że autorem jest kobieta (cóż za zniewaga dla audiofila !!!). Gdyby to przyjeto to grono audiofilów powiększyłoby się o kobiety a więc wiekszą ilośc czytających magazyn(czytaj większy nakład i sprzedaż). Redaktor naczelny jest mało przewidujący.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

co do kota, to chyba nie jest to nowum w audiofilskim świecie, notomiast możliwe, że w recenzji owszem, ale kilku recenzentów z uporem maniaka zamiast o kocie wspomina o małżonkach(nie wiedzieć po co??) U mnie zamiast małżonki na szczęście występuje kot:)a co do romantycznego przekazu, cóż...nic na to nie poradzę, że muzyka wywołuje u mnie tego typu nastroje...

do to tego, że redaktor naczelny jest mało przewidujący, pozwólcie, że pozostawię to bez komentarza.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

przypuszczam, że wzmianki o małżonkach są próbą na siłę połączenia żony z audiofilem mężem niewiadomo po co. Zgadzam się w 100%. Ale u Ciebie to raczej mąż ale też po co, przecież wiesz czym to pachnie lub raczej niemiło pachnie, eufemizując :) kot natomiast zawsze mile widziany, jak siedzi na kolanach to milej się słucha. A wracając do przekazu zaprawionego szczyptą romantyzmu to jestem za. Jeśli muzyka takowego nie wzbudza to lepiej jej nie słuchać.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.