Skocz do zawartości
Ta podstrona jest jeszcze w przebudowie! Czytaj więcej.. ×

Test wzmacniacza SET Raysonic SE-20 Mk.II


Fr@ntz
  • 6fc835b16b58755ed2757afe83339316 https://www.audiostereo.pl/uploads/

W życiu każdego audiofila pojawia się moment, w którym staje oko w oko z lampą. Mój przyszedł w początkowym stadium opętania dobrym dźwiękiem. Niestety romans trwał dwa tygodnie, zakończył się traumą i długotrwałym leczeniem nadwątlonej psychiki. Całe szczęście, że w miarę, jak lata płyną, człowiek podobno mądrzeje i nabiera dystansu. Wchodząc coraz głębiej w świat Hi-Fi poznawałem różne lampowe twory, które grały intrygująco. Część znajomych wsiąkła w obóz lampowy, więc niejako mimochodem i ja nasiąkałem takim, a nie innym brzmieniem. Kiedy więc nadeszła "wiekopomna chwila" i w mym pokoju stanęły wysokoefektywne kolumny, zadowalające się kilkoma watami pochodzącymi ze szklanych baniek, uznałem, że nie ma co katować ich krzemem, tylko spiąć z amplifikacją, jakiej poniekąd są dedykowane.

 

Tym sposobem trafił do mnie przedstawiciel kanadyjskiej myśli technicznej (i chińskiej siły roboczej) w postaci Raysonica SE-20 MKII opartego na "królowej lamp" - 300B pracującej w trybie SET. Słowem to co tygryski lubią najbardziej.

 

Wzmacniacz ma bryłę na pierwszy rzut oka kojarzącą się z tym, co możemy znaleźć w katalogu bardziej renomowanego (i przez to znacznie droższego) Ayona. Co prawda to tylko skojarzenia i jeśli ktoś miał do czynienia z droższymi krewnymi, od razu przestanie zaprzątać sobie głowę rozmyślaniami, co było pierwsze. Front wzmacniacza zdobią dwa pokrętła: lewe do regulacji głośności i prawe - selektor źródeł. Mamy tam jeszcze namalowane logo i nazwę modelu (nawiasem mówiąc, skoro producent chwali się parkiem maszynowym z CNC, to mógłby odżałować parę centów na jakąś sensowna grawerkę). W centrum widnieje łypiąca krwawym okiem dioda informująca o włączeniu wzmacniacza, oraz wianuszek pięciu diod, z czego cztery zielone określają aktywne źródło, a jedna bursztynowa sygnalizuje wyciszenie wzmacniacza (mute). Jak widać, nie starczyło miejsca na włącznik, który zawędrował na koniec prawej bocznej ściany. Zabieg całkiem sensowny: na srebrnym szczotkowanym aluminium, z którego wykonana jest obudowa, ślady palców nie dość, że są widoczne, to jeszcze niezwykle ciężko je usunąć. Tutaj problem zapalcowanego frontu odpada - regulacji głośności i wyboru źródła dokonujemy zgrabnym aluminiowym pilotem, a na upaćkanie narażony pozostaje mało zauważalny fragment.

 

O ile front można uznać za dość stonowany, o tyle tylna ściana cieszy oko. Porządne, oblane przezroczystym plastikiem terminale głośnikowe z osobnymi odczepami na 4 i 8 om, cztery pary solidnych złoconych terminali RCA i gniazdo sieciowe IEC. Wszystko schludnie rozmieszczone i czytelnie opisane. Słowem mucha nie siada. Wróćmy w takim razie na przód i przyjrzyjmy się lampom. Jak na układ SET przystało, na górnej płycie nie ma tłoku. Skrajne pozycje zajmują standardowe 300B produkcji JJ, między nimi widzimy 5Z3PA z logo Shuguang. Lekko wysunięte do przodu zostały dwie niewielkie lampy - to 6SL7 Sovteka. Przed nimi umieszczono roztaczającą bursztynową poświatę 6922 Electro-Harmonix'a. Szału nie ma, ale przynajmniej na początek można z takim zestawem lamp pozostać. Pomimo dokładnych oględzin, nie udało mi sie namierzyć żadnych punktów pomiarowych, więc poziom biasu dla poszczególnych lamp wzmacniacz musi ustawiać sobie sam.

 

Żeby dostać się do środka, należy odkręcić kilka śrubek mocujących aluminiową płytę spodnią. Wkręty te do złudzenia przypominają te, których używałem do skręcania komputerowych obudów. Co do samego układu, to 6922, razem ze 100 kiloomowym, niebieskim Alpsem, pełni rolę przedwzmacniacza a para 6SL7 to sterowniki 300B. Z kolei 5Z3PA pracuje w zasilaczu jako prostownik. Selektor źródeł oparty jest na porządnych przekaźnikach Omrona, a całość wykonana jest w większości w technice point-to-point. Generalnie w środku panuje porządek, a z bardziej interesujących elementów warto wspomnieć o kondensatorach Rubycona i Multicapa.

 

Wzmacniacz po włączeniu budzi się do życia błyskawicznie i od razu zaczyna grać. Oczywiście warto dać mu przynajmniej 15 min na rozgrzewkę, ale biorąc pod uwagę, że lampy mają określoną żywotność, lepiej nie marnować cennego czasu. Podobnie sprawa ma się z doborem odpowiedniego okablowania. Niby wiadomo, że gdzie lampa, tam i srebro najczęściej można spotkać, jednak próba z kablami głośnikowymi Zu Ibis nie przyniosła zadowalających rezultatów. Można było odnieść wrażenie, że Ibisy wymagają od amplifikacji zbyt dużego nakładu pracy do ich "wysterowania". Dźwięk systemu odebrałem jako lekko wymuszony. Wymianę tych kabli na Slinkylinks S1 można było porównać do rozpięcia zbyt ciasnego kołnierzyka po długiej naradzie. System złapał oddech i wreszcie mógł zacząć grać tak, jak Raysonic chciał (i mógł). Co prawda spodziewanych czarów i magii 300B niestety nie uświadczyłem, jednak sam sposób prezentacji można uznać za przekonujący. Lekka nosowość wokali i delikatnie słyszalne podbarwienie, wynikające prawdopodobnie z konstrukcji głośnika szerokopasmowego (kołnierz), nadawało brzmieniu zestawu łatwo rozpoznawalny "sznyt". Jednak później okazało się, że taki dźwięk był proponowany przez wzmacniacz, a kolumny jedynie go odtworzyły. Warto też zwrócić uwagę na skraje pasma. Najwyższe składowe z tego wzmacniacza nie są najczystsze. Nie mówię tu o jakimś zapiaszczeniu czy szklistości, jednak nie lśnią tak, jak teoretycznie potrafią z dobrą triodą. Również bas można uznać za adekwatny deklarowanym 8W na kanał. Oczywiście potrafi być szybki i zróżnicowany, lecz o potędze i masowaniu trzewi możemy zapomnieć. Przynajmniej do czasu zakupu porządnego subwoofera.

 

Może powyższy opis nie stawia recenzowanego wzmacniacza w najlepszym świetle, ale nie należy skreślać go przedwcześnie z listy zakupowej. Zwróciłem po prostu uwagę na elementy, które mogą, ale nie muszą, być słyszalne, zależnie od systemu, w którym przyjdzie mu pracować. Ponadto wysokie tony i "czarowność" można poprawić wymieniając standardowe lampy na ich odpowiedniki wyższej klasy. Skupmy się jednak na tym, co "fabryka dała".

 

Z reguły SET-y na 300B i wysokoefektywne kolumny trafiają do osób karmiących je wysoce kulturalnym materiałem muzycznym. W moim przypadku było inaczej. Na pierwszy ogień poszły szarpidruty z AC/DC, Metalliki i Ramsteina. Czyli dość wybuchowa i mało audiofilska mieszanka. Jednak na takim repertuarze Raysonic nie tylko nie poległ, ale udało mu się oddać coś z koncertowej atmosfery. Ten wyczuwalny rock'n'rollowy drajw, ten brud gitarowych pasaży i zdarte do żywego gardła wokalistów. Nie było upiększania, nie było retuszu i naciągania na głośniki pończochy. I nawet basu nie brakowało. Oczywiście atrakcje w stylu podwójnej stopy były jedynie sygnalizowane, przez co potęga nagrań na tym traciła, ale szczerze przyznam, że nie odczuwałem z tego powodu szczególnego dyskomfortu. Całe szczęście blachy nie miały tendencji do "cykania" i kłucia w uszy. Generalnie to właśnie one nadawały rytm nagraniom i były odpowiedzialne za całkiem przekonująca motorykę.

 

Chcąc sprawdzić, jak Raysonic poradzi sobie na lepiej zrealizowanym krążku, sięgnąłem po sampler Ushera "Be there". Wydany na złocie i nagrany w technologii 24Bit Super Analog potrafi na dobrze zestawionym systemie zabrzmieć tak, że ciarki chodzą po plecach. Szczególnie dotyczy to utworów z damskimi wokalami, takimi jak "Night in Moscow suburbs", "Fascination" a w szczególności "De main gauche". Niestety tym razem ciarki nie przeszły, choć było blisko. Zabrakło odrobiny namacalności, czegoś co mogło by oddać klimat nagrań i wciągnąć słuchacza w rozgrywający się spektakl muzyczny. Pozostając przy kobiecych klimatach sięgnąłem po "Szeptem" Anny Marii Jopek. Już na "Moja i twoja nadzieja" można było pobawić się w laryngologa i zbadać stan migdałków wokalistki. Czyli wszystko w normie, jednak pomimo delikatnego zmatowienia udało się uniknąć podkreślenia sybilantów potrafiących zepsuć całą przyjemność z odsłuchu. Generalnie można uznać, że właśnie w takim niezbyt skomplikowanym i nastrojowym repertuarze Raysonic czuł się najlepiej.

 

Wspominane ograniczenie najniższego pasma, które przy rocku jeszcze tak nie bolało, przy wielkiej symfonice już nie miało taryfy ulgowej. "Planety" Holsta, "Mesjasz" Haendla to już było za dużo jak na możliwości tego wzmacniacza. Na scenie zaczynał pojawiać się tłok i bałagan co nie sprzyjało komfortowemu obcowaniu z muzyką. Niemożność oddania zarówno potęgi jak i gwałtownych skoków dynamiki zadecydowały o zaserwowaniu Raysonikowi bardziej lekkostrawnej diety w postaci "Partitas" J.S. Bacha (fenomenalne wydanie Taceta) i nieśmiertelnych "Czterech Pór Roku" Vivaldiego (pod Carmignolą). Smyczki brzmiały zadziornie, ich barwy nie były złagodzone, a ilość otaczającego je powietrza można było uznać za satysfakcjonującą.

 

Raysonic jest wzmacniaczem budującą scenę za linią kolumn i niezbyt chętnie wykraczającym w szerz poza bazę przez nie ustanowioną. Gradacja planów w głąb jest poprawna, i jeśli tylko nie będziemy starali się wepchać w 2-3 metrową przestrzeń kilkudziesięciu muzyków w dziesięciu rzędach, to powinniśmy być zadowoleni. Słowem, jest to konstrukcja dedykowana już ukształtowanemu nabywcy, posiadającemu w swojej płytotece dość kameralny repertuar. Oczywiście jeśli tylko zrezygnujemy z ortodoksyjnych dogmatów i spróbujemy wspomóc lampową amplifikację wysokiej klasy aktywnym subwooferem, wtedy o ograniczeniach repertuarowych możemy zapomnieć. Polecam również zabawę z podmianą lamp. Wiem, że takie posunięcie może znacznie podnieść wartość finansową wzmacniacza, jednak coraz częściej sprzedawcy oferują możliwość testowego odsłuchu szklanych baniek w zaciszu własnego salonu odsłuchowego, co zdecydowanie zmniejsza ryzyko nietrafionego zakupu. Jeśli więc szukacie porządnie wykonanego i praktycznie bezobsługowego wzmacniacza lampowego to musicie posłuchać Raysonica – ergonomia i brzmienie mogą przypaść Wam do gustu, a i małżonka z domu raczej wyrzucić nie powinna.

 

 

Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski

 

System wykorzystany w teście:

Źródła sygnału cyfrowego:

CD: Pionieer PD-9700

Apple Airport Express

DAC: Stello DA 100 Signature

Wzmacniacz: Red Wine Audio Isabella + Signature 30.2; Tri TRV-35SE

Kolumny: Zu Essence

IC: Antipodes Audio Katipo; Zu Varial Mk3

IC cyfrowe – Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Monster Cable Interlink LightSpeed 200; Apogee Wyde Eye

Kable głośnikowe: Slinkylinks S1; Zu Ibis; Zu Libtec

Kable zasilające: Garmin; Supra Lo-Rad 3x2,5mm; Audionova Starpower Mk II

Listwa : GigaWatt PF-1 + kabel LC-1

 

 

Dystrybucja: Wielkopolskie Studio Hi-Fi ( www.besthifi.pl )

Dealer i salon odsłuchowy: this.pl (www.audio.this.pl )

Załączone miniatury



Opinie użytkowników

Rekomendowane komentarze

Pomimo moich wysiłków, strona ignoruje enter. Przepraszam za tę kaszę. Na razie wklejam resztę.

AR

 

Specyfikacja

• Cena:11499 PLN

• Wymiary: 43 x 30 x 20,5 (cm).

• Waga 25kg

• Zastosowane lampy: 300B x 2, 6SL7 x 2, 6922EH x 1, 5Z3PA x 1.

• Moc wyjściowa: 8W/ na kanał .

• Czułość wejściowa: 270mv.

• Impedancja wejściowa: 100kΩ.

• Zniekształcenia harmoniczne:

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Raysonic SE-20 MKII

 

 

W życiu każdego audiofila pojawia się moment, w którym staje oko w oko z lampą. Mój przyszedł w początkowym stadium opętania dobrym dźwiękiem. Niestety romans trwał dwa tygodnie, zakończył się traumą i długotrwałym leczeniem nadwątlonej psychiki. Całe szczęście, że w miarę, jak lata płyną, człowiek podobno mądrzeje i nabiera dystansu. Wchodząc coraz głębiej w świat Hi-Fi poznawałem różne lampowe twory, które grały intrygująco. Część znajomych wsiąkła w obóz lampowy, więc niejako mimochodem i ja nasiąkałem takim, a nie innym brzmieniem. Kiedy więc nadeszła "wiekopomna chwila" i w mym pokoju stanęły wysokoefektywne kolumny, zadowalające się kilkoma watami pochodzącymi ze szklanych baniek, uznałem, że nie ma co katować ich krzemem, tylko spiąć z amplifikacją, jakiej poniekąd są dedykowane.

 

Tym sposobem trafił do mnie przedstawiciel kanadyjskiej myśli technicznej (i chińskiej siły roboczej) w postaci Raysonica SE-20 MKII opartego na "królowej lamp" - 300B pracującej w trybie SET. Słowem to co tygryski lubią najbardziej.

 

Wzmacniacz ma bryłę na pierwszy rzut oka kojarzącą się z tym, co możemy znaleźć w katalogu bardziej renomowanego (i przez to znacznie droższego) Ayona. Co prawda to tylko skojarzenia i jeśli ktoś miał do czynienia z droższymi krewnymi, od razu przestanie zaprzątać sobie głowę rozmyślaniami, co było pierwsze. Front wzmacniacza zdobią dwa pokrętła: lewe do regulacji głośności i prawe - selektor źródeł. Mamy tam jeszcze namalowane logo i nazwę modelu (nawiasem mówiąc, skoro producent chwali się parkiem maszynowym z CNC, to mógłby odżałować parę centów na jakąś sensowna grawerkę). W centrum widnieje łypiąca krwawym okiem dioda informująca o włączeniu wzmacniacza, oraz wianuszek pięciu diod, z czego cztery zielone określają aktywne źródło, a jedna bursztynowa sygnalizuje wyciszenie wzmacniacza (mute). Jak widać, nie starczyło miejsca na włącznik, który zawędrował na koniec prawej bocznej ściany. Zabieg całkiem sensowny: na srebrnym szczotkowanym aluminium, z którego wykonana jest obudowa, ślady palców nie dość, że są widoczne, to jeszcze niezwykle ciężko je usunąć. Tutaj problem zapalcowanego frontu odpada - regulacji głośności i wyboru źródła dokonujemy zgrabnym aluminiowym pilotem, a na upaćkanie narażony pozostaje mało zauważalny fragment.

 

O ile front można uznać za dość stonowany, o tyle tylna ściana cieszy oko. Porządne, oblane przezroczystym plastikiem terminale głośnikowe z osobnymi odczepami na 4 i 8 om, cztery pary solidnych złoconych terminali RCA i gniazdo sieciowe IEC. Wszystko schludnie rozmieszczone i czytelnie opisane. Słowem mucha nie siada. Wróćmy w takim razie na przód i przyjrzyjmy się lampom. Jak na układ SET przystało, na górnej płycie nie ma tłoku. Skrajne pozycje zajmują standardowe 300B produkcji JJ, między nimi widzimy 5Z3PA z logo Shuguang. Lekko wysunięte do przodu zostały dwie niewielkie lampy - to 6SL7 Sovteka. Przed nimi umieszczono roztaczającą bursztynową poświatę 6922 Electro-Harmonix'a. Szału nie ma, ale przynajmniej na początek można z takim zestawem lamp pozostać. Pomimo dokładnych oględzin, nie udało mi sie namierzyć żadnych punktów pomiarowych, więc poziom biasu dla poszczególnych lamp wzmacniacz musi ustawiać sobie sam.

 

Żeby dostać się do środka, należy odkręcić kilka śrubek mocujących aluminiową płytę spodnią. Wkręty te do złudzenia przypominają te, których używałem do skręcania komputerowych obudów. Co do samego układu, to 6922, razem ze 100 kiloomowym, niebieskim Alpsem, pełni rolę przedwzmacniacza a para 6SL7 to sterowniki 300B. Z kolei 5Z3PA pracuje w zasilaczu jako prostownik. Selektor źródeł oparty jest na porządnych przekaźnikach Omrona, a całość wykonana jest w większości w technice point-to-point. Generalnie w środku panuje porządek, a z bardziej interesujących elementów warto wspomnieć o kondensatorach Rubycona i Multicapa.

 

Wzmacniacz po włączeniu budzi się do życia błyskawicznie i od razu zaczyna grać. Oczywiście warto dać mu przynajmniej 15 min na rozgrzewkę, ale biorąc pod uwagę, że lampy mają określoną żywotność, lepiej nie marnować cennego czasu. Podobnie sprawa ma się z doborem odpowiedniego okablowania. Niby wiadomo, że gdzie lampa, tam i srebro najczęściej można spotkać, jednak próba z kablami głośnikowymi Zu Ibis nie przyniosła zadowalających rezultatów. Można było odnieść wrażenie, że Ibisy wymagają od amplifikacji zbyt dużego nakładu pracy do ich "wysterowania". Dźwięk systemu odebrałem jako lekko wymuszony. Wymianę tych kabli na Slinkylinks S1 można było porównać do rozpięcia zbyt ciasnego kołnierzyka po długiej naradzie. System złapał oddech i wreszcie mógł zacząć grać tak, jak Raysonic chciał (i mógł). Co prawda spodziewanych czarów i magii 300B niestety nie uświadczyłem, jednak sam sposób prezentacji można uznać za przekonujący. Lekka nosowość wokali i delikatnie słyszalne podbarwienie, wynikające prawdopodobnie z konstrukcji głośnika szerokopasmowego (kołnierz), nadawało brzmieniu zestawu łatwo rozpoznawalny "sznyt". Jednak później okazało się, że taki dźwięk był proponowany przez wzmacniacz, a kolumny jedynie go odtworzyły. Warto też zwrócić uwagę na skraje pasma. Najwyższe składowe z tego wzmacniacza nie są najczystsze. Nie mówię tu o jakimś zapiaszczeniu czy szklistości, jednak nie lśnią tak, jak teoretycznie potrafią z dobrą triodą. Również bas można uznać za adekwatny deklarowanym 8W na kanał. Oczywiście potrafi być szybki i zróżnicowany, lecz o potędze i masowaniu trzewi możemy zapomnieć. Przynajmniej do czasu zakupu porządnego subwoofera.

 

Może powyższy opis nie stawia recenzowanego wzmacniacza w najlepszym świetle, ale nie należy skreślać go przedwcześnie z listy zakupowej. Zwróciłem po prostu uwagę na elementy, które mogą, ale nie muszą, być słyszalne, zależnie od systemu, w którym przyjdzie mu pracować. Ponadto wysokie tony i "czarowność" można poprawić wymieniając standardowe lampy na ich odpowiedniki wyższej klasy. Skupmy się jednak na tym, co "fabryka dała".

 

Z reguły SET-y na 300B i wysokoefektywne kolumny trafiają do osób karmiących je wysoce kulturalnym materiałem muzycznym. W moim przypadku było inaczej. Na pierwszy ogień poszły szarpidruty z AC/DC, Metalliki i Ramsteina. Czyli dość wybuchowa i mało audiofilska mieszanka. Jednak na takim repertuarze Raysonic nie tylko nie poległ, ale udało mu się oddać coś z koncertowej atmosfery. Ten wyczuwalny rock'n'rollowy drajw, ten brud gitarowych pasaży i zdarte do żywego gardła wokalistów. Nie było upiększania, nie było retuszu i naciągania na głośniki pończochy. I nawet basu nie brakowało. Oczywiście atrakcje w stylu podwójnej stopy były jedynie sygnalizowane, przez co potęga nagrań na tym traciła, ale szczerze przyznam, że nie odczuwałem z tego powodu szczególnego dyskomfortu. Całe szczęście blachy nie miały tendencji do "cykania" i kłucia w uszy. Generalnie to właśnie one nadawały rytm nagraniom i były odpowiedzialne za całkiem przekonująca motorykę.

 

Chcąc sprawdzić, jak Raysonic poradzi sobie na lepiej zrealizowanym krążku, sięgnąłem po sampler Ushera "Be there". Wydany na złocie i nagrany w technologii 24Bit Super Analog potrafi na dobrze zestawionym systemie zabrzmieć tak, że ciarki chodzą po plecach. Szczególnie dotyczy to utworów z damskimi wokalami, takimi jak "Night in Moscow suburbs", "Fascination" a w szczególności "De main gauche". Niestety tym razem ciarki nie przeszły, choć było blisko. Zabrakło odrobiny namacalności, czegoś co mogło by oddać klimat nagrań i wciągnąć słuchacza w rozgrywający się spektakl muzyczny. Pozostając przy kobiecych klimatach sięgnąłem po "Szeptem" Anny Marii Jopek. Już na "Moja i twoja nadzieja" można było pobawić się w laryngologa i zbadać stan migdałków wokalistki. Czyli wszystko w normie, jednak pomimo delikatnego zmatowienia udało się uniknąć podkreślenia sybilantów potrafiących zepsuć całą przyjemność z odsłuchu. Generalnie można uznać, że właśnie w takim niezbyt skomplikowanym i nastrojowym repertuarze Raysonic czuł się najlepiej.

 

Wspominane ograniczenie najniższego pasma, które przy rocku jeszcze tak nie bolało, przy wielkiej symfonice już nie miało taryfy ulgowej. "Planety" Holsta, "Mesjasz" Haendla to już było za dużo jak na możliwości tego wzmacniacza. Na scenie zaczynał pojawiać się tłok i bałagan co nie sprzyjało komfortowemu obcowaniu z muzyką. Niemożność oddania zarówno potęgi jak i gwałtownych skoków dynamiki zadecydowały o zaserwowaniu Raysonikowi bardziej lekkostrawnej diety w postaci "Partitas" J.S. Bacha (fenomenalne wydanie Taceta) i nieśmiertelnych "Czterech Pór Roku" Vivaldiego (pod Carmignolą). Smyczki brzmiały zadziornie, ich barwy nie były złagodzone, a ilość otaczającego je powietrza można było uznać za satysfakcjonującą.

 

Raysonic jest wzmacniaczem budującą scenę za linią kolumn i niezbyt chętnie wykraczającym w szerz poza bazę przez nie ustanowioną. Gradacja planów w głąb jest poprawna, i jeśli tylko nie będziemy starali się wepchać w 2-3 metrową przestrzeń kilkudziesięciu muzyków w dziesięciu rzędach, to powinniśmy być zadowoleni. Słowem, jest to konstrukcja dedykowana już ukształtowanemu nabywcy, posiadającemu w swojej płytotece dość kameralny repertuar. Oczywiście jeśli tylko zrezygnujemy z ortodoksyjnych dogmatów i spróbujemy wspomóc lampową amplifikację wysokiej klasy aktywnym subwooferem, wtedy o ograniczeniach repertuarowych możemy zapomnieć. Polecam również zabawę z podmianą lamp. Wiem, że takie posunięcie może znacznie podnieść wartość finansową wzmacniacza, jednak coraz częściej sprzedawcy oferują możliwość testowego odsłuchu szklanych baniek w zaciszu własnego salonu odsłuchowego, co zdecydowanie zmniejsza ryzyko nietrafionego zakupu. Jeśli więc szukacie porządnie wykonanego i praktycznie bezobsługowego wzmacniacza lampowego to musicie posłuchać Raysonica – ergonomia i brzmienie mogą przypaść Wam do gustu, a i małżonka z domu raczej wyrzucić nie powinna.

 

 

Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski

 

System wykorzystany w teście:

Źródła sygnału cyfrowego:

CD: Pionieer PD-9700

Apple Airport Express

DAC: Stello DA 100 Signature

Wzmacniacz: Red Wine Audio Isabella + Signature 30.2; Tri TRV-35SE

Kolumny: Zu Essence

IC: Antipodes Audio Katipo; Zu Varial Mk3

IC cyfrowe – Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Monster Cable Interlink LightSpeed 200; Apogee Wyde Eye

Kable głośnikowe: Slinkylinks S1; Zu Ibis; Zu Libtec

Kable zasilające: Garmin; Supra Lo-Rad 3x2,5mm; Audionova Starpower Mk II

Listwa : GigaWatt PF-1 + kabel LC-1

 

 

Dystrybucja: Wielkopolskie Studio Hi-Fi ( www.besthifi.pl )

Dealer i salon odsłuchowy: this.pl (www.audio.this.pl )

 

Specyfikacja

Cena:11499 PLN

Wymiary: 43 x 30 x 20,5 (cm).

Waga 25kg

Zastosowane lampy: 300B x 2, 6SL7 x 2, 6922EH x 1, 5Z3PA x 1.

Moc wyjściowa: 8W/ na kanał .

Czułość wejściowa: 270mv.

Impedancja wejściowa: 100kΩ.

Zniekształcenia harmoniczne:

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Niestety, artykuł wklejony w głównym panelu pojawia się bez twardych zakończeń wersów. Awaryjnie wkleiłem ponownie jako wpis. Redakcja przeprasza, nie wiemy, co się stało.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

"...ktoś miał do czynienia z droższymi krewnymi, od razu przestanie zaprzątać sobie głowę rozmyślaniami, co było pierwsze. "

 

Zależy co Redakcja ma na myśli ?

Jeśli produkcję elektroniki we własnym parku maszynowym to pewnie Raysonic ;-)

http://www.raysonicaudio.com/company.php

 

Śledząc historię ukazywania się recenzji:

http://www.ayonaudio.com/reviews.html

http://www.raysonicaudio.com/reviews.php

 

 

Pierwsza recenzja "spornej" linii wzorniczej obu marek ukazała się 09.2006r i była to recenzja CD128 firmy Raysonic.

Pierwsza recenzja CD-3 Ayona ukazała się w lutym 2008r a więc półtora roku po Raysonicu. http://www.ayonaudio.com/fileadmin/pdf/Norway_ayon-cd-3.pdf.

 

I odpowiednio wzmacniacze.

Pierwszy test Ayon Sunfire odbył się w kwietniu 2008

http://www.ayonaudio.com/fileadmin/upload/pdf-dokumente/AA_Ayon_Sunfire_HE-63.pdf

 

A Raysonica pół roku wcześniej - we wrześniu 2007:

http://www.raysonicaudio.com/upload_files/review/16//16_1223653305.21.pdf

 

Nie zmienia to jednak faktu, że urządzenia obu firm są zbudowane ponadprzeciętnie solidnie jak na przedział cenowy oscylujący wokół 10Kzł.

Podziel się komentarzem


Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach


Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.