Jump to content

Opinie: płyty CD - ostatnio dodane

Instrukcja dodawania Opinii: https://www.audiostereo.pl/opinie-instrukcja-dodawania-plyty/
  1. Oto i siódmy album w całkiem bogatej dyskografii nasze ukochanej piosenkarki ;) Może zacznę od tego, że najprawdopodobniej sukces poprzedniego albumu Close, odbił piętno i na tej płycie, widać to nawet po bardzo podobnej okładce. Gdzieś czytałem że Love Moves jest też bardzo podobne muzycznie do Close. Możliwe że można się z tym zgodzić, z pewnością styl Kim z tego okresu jest charakterystyczny i jednolity. Podobnie jak na Close, tu również słychać oddalanie się od pierwotnego, surowego Hi-NRG i eksperymentów brzmieniowo/kompozycyjnych. Szkoda, nie uważam że dobrym pomysłem było brnięcie artystki o charyzmie Kim, w plastikowy pop-dance lat 90-tych. Na poprzedniej płycie Close, udało się osiągnąć zdrowy kompromis pomiędzy różnorodnością i melodyjnością brzmienia. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu elektronika lat 90-tych, która nie brzmi już tak sucho i bezbarwnie, wydawać by się mogło że postęp w dziedzinie komputerów zrobił swoje. Niestety, dla mnie te brzmienie potrafi być też gorsze, gdyż jest przesłodzone, cukierkowe i na dłuższą metę mdłe. Również sama muzyka zaczęła usuwać się w cień, a na pierwszym planie została tylko pięknie śpiewająca Kim. Przypomina mi to trochę styl piosenkarek pokroju Whitney Houston, tworzących muzykę wokalną czyli głównie wokół własnej osoby. Muzyka na płycie to głównie syntezatory, z syntetycznie brzmiącym, miękkim i płytkim basem. Choć płyta dostała gorsze oceny od następnego albumu Love Is, uważam że jest równie dobra co następczymi. Na Love Moves kompozycje są bardziej urozmaicone choć oszczędniejsze. Dużo tu ratuje kawałek Can't Get Enough (Of Your Love), gdzie praktycznie całą końcówka to solo na gitarze. Nie jest to zła płyta, pokazuje Kim od trochę innej strony, zwraca uwagę przede wszystkim na jej głos i to jak śpiewa niż na samą muzykę. Warto go mieć choćby dla takich kawałków jak wspomniany Can't Get Enough (Of Your Love), tu nareszcie dzika Kim śpiewa z ogniem i taką ją kocham. Instrumentalnie kawałek jest o tyle ciekawy, że elektryczną gitarę na jakiej gra świetny gitarzysta Steve Byrd, słychać najpierw w lewym kanale, a następnie cała końcowa partia solowa jest przełączona na stereo (gitarowe riffy wypełniają całą scenę). Ot, takie drobne smaczki a cieszą. Ta piosenka jest moją ulubioną kompozycją Kim Wilde lat 90-tych. Podobają mi się również przebojowe, szybkie It's Here czy Time, ale również ślicznie wypada refren Storm In Our Hearts, nieczęsto mam ciary gdy wchodzi nagana partia wokalu Kim w tle, nakładając się z jej głosem na pierwszym planie: "Look at the storm in your hearts", piękne i wzruszające. W Who's To Blame podoba mi się tekst: "I feel paralysed; Unable to cry". Za to w Someday denerwują mnie już takie momenty jak gdy Kim śpiewa: "To reveal the thruth inside; Just like a child", a w tle słychać śmiejące się dzieci, takie słodkości to dla mnie tortury, choć sama piosenka jest ładna. Ale założę się że kobiety to bierze. No właśnie, odnoszę nieodparte wrażenie, że płyta jest bardzo kobieca i możliwe że spodoba się przede wszystkim płci pięknej. Spotkałem się z opiniami że ten album ma mniej komercyjne oblicze od poprzednich. Zgadzam się, mniej jest tu przebojowych brzmień. Bardzo lubię niekomercyjną, niesztampową i odkrywczą muzykę, na tej płycie jest kilka ciekawych kompozycji, jednak nie odbiegają one zanadto od standardów ówczesnej muzyki pop. Z pewnością płyta jest bardziej ambitna dla samej Kim, słychać że jej śpiew staje się coraz bardziej wyrafinowany. Kompozycje są tu ciekawe, nieprzekombinowane, niestety cierpi instrumentarium, przez co dziwnie się ich słucha. Możliwe że Kim chciała by instrumenty były mniej narzucające się i by bardziej słuchacze skupili się na jej wokalu. Jeśli było tak w rzeczywistości, to wyszło to na Love Moves znacznie lepiej niż na Love Is gdzie po prostu ściszono i wycofaną całą muzykę w tło. Jak już na wstępie wspomniałem, często słyszę że ludzie porównują tą płytę do Close, mi ona bardziej przypomina Another Step, a to dlatego, że podobnie wydaje się lekko niedopracowana. Słuchać uproszczenie brzmienia automatów i syntezatorów. Nawet czasem wydaje się, że pewne ścieżki instrumentów zastąpiły studyjne, używane przy próbach automaty (brzmi to jak demo). Aha, żywy perkusista w teledysku do Can't Get Enough (Of Your Love) to również ściema, w rzeczywistości sekcję rytmiczną na całej płycie odgrywa automat (tylko w piosence I Can't Say Goodbye pomaga mu trochę człowiek). No, no, bardzo nieładnie tak oszukiwać Kim... Nie wiem czemu piosenkarka tak mocno przeżywała komercyjna porażkę tej płyty. Wydawało jej się że tylko samym swoim głosem oczaruje słuchaczy ? W latach 90-tych takie brzmienie muzyki jakie znajdziemy na Love Moves przechodziło tylko dzięki bogatej aranżacji lub/i postawieniu na gęstsze brzmienie elektrycznych gitar. Dowodem na to jest choćby fakt, że singiel Can't Get Enough (Of Your Love) z tej płyty sprzedał w miarę dobrze. Zresztą wystarczy posłuchać jakie hity serwował nam rok później z płyty Dangerous Michael Jackson. No, ale nie zaniżę oceny drastycznie tylko dlatego że płyta sprzedawała się kiepsko, niebyłym sobą gdybym powiedział że komercyjna sprzedaż muzyki ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Baa, powiem że surowe i lekko nieociosane brzmienie Love Moves ma swój urok, podobnie jak na Another Step. Choć niewątpliwie, gdyby na płycie znalazła się żywa sekcja rytmiczna plus więcej gitar, wtedy ocena byłaby znacznie wyższa, na taką zasłużyło Another Step. Jako fan Kim Wilde mógłbym oczywiście postawić wszystkim płytom tej piosenkarki maksymalne oceny, ale nie chcę być uznany za zaślepionego. Tak więc stawiam płycie połowę oceny najwyższej, mając w pamięci takie epokowe dzieła jak Select, czy elektryzujące wykopem i klimatem Teases & Dares, albo eksperymentalnie odważny Catch As Catch Can. Ocena muzyki: dwie i pół gwiazdki
  2. Close przez wielu uważany jest za najlepszy album w dorobku Kim Wilde. Nie da się ukryć, że płyta jest dopracowana znakomicie zarówno pod względem brzmienia jak i tekstów. Muzyka mimo to że w dalszym ciągu elektroniczna nie brzmi już tak sztucznie jak na poprzednim albumie Another Step, który prawdę powiedziawszy miejscami z powodu uproszczenia aranżacji przypominał jakby płytę demo. Na omawianym Close zaś, udało się osiągnąć bardzo dobry kompromis pomiędzy dynamiką, wyrazistością syntezatorów, ich barwą i skrzętnie wmiksować w to gitary z wokalem Kim. Muzyka brzmi po prostu o wiele strawniej, przyjemniej dla ucha, a mimo to bardzo ekscytująco i wciągająco. Poprzedni album, Another Step, był mocno wykrzyczany i nieco jazgotliwy, Close ma zdecydowanie przyjemniejszy klimat. Tytuł płyty, czyli Close – Blisko, doskonale to oddaje. Nastrój piosenek jest zazwyczaj ciepły i przyjazny, tak jakby Kim chciała nas przytulić bliziutko do swojego serduszka, tak byśmy poza kopiącą, czadową Hi-NRG/rockmenką, odkryli w niej również wrażliwą duszę, europejską duszę (cytując za tytułem jednej z piosenek). Udało się to znakomicie, zmiana stylu z Hi-NRG na pop wyszła na Close zdecydowanie bardzo dobrze. Nie mógłbym nie zwrócić uwagi przede wszystkim na dwa, klasyczne kawałki na tym albumie. You Came to jedna z niewielu tych słodkich piosenek które mnie totalnie rozwalają. W głosie śpiewającej go Kim słychać tyle ciepłych emocji i radości, fenomenalnie udało się to uchwycić mikrofonem w studio. Mimo że w tym kawałku użyto efektu rozmywającego wokal, wyraźnie słuchać uśmiech, grymas twarzy, nawet ułożenie języka w ustach, co ważne, to wszystko bez zbędnej nachalności i efekciarstwa, a więc bez nieprzyjemnego wrażenia mikrofonu w gardle. Piosenka została napisana na cześć pierwszego nowonarodzonego synka Ricky'ego, tak więc słuchając ją przez pryzmat tekstu, nogi same się uginają. Never Trust a Stranger, mocny, szybki, pop-rockowy, ten kawałek gna niczym lokomotywa. Piosenki właśnie w takim stylu są moimi ulubionymi. Gnający perkusyjny automat, a równocześnie gęste, trąbiące syntezatory, razem z riffującą w tle gitarą. Wykrzyczany refren brzmi tu znakomicie, słychać że Kim bardzo poprawiła się wokalnie i doskonale kontroluje swój głos w wysokich rejestrach. Przejście od raczej normalnie śpiewanych zwrotek do wykrzyczanego refrenu spowoduje u niejednego ciarki na plecach. Kawałek brzmi jak wykrzyczane ostrzeżenie: "Oh nigdy nie ufaj nieznajomemu swoim sercem" ! Trzecim moim faworytem jest You'll Be The One Who'll Lose. Stonowana i nieco mroczna piosenka, niby cicha i spokojna, w rzeczywistości przepełniona mnogością dźwięków latających z prawa na lewo, oraz urokliwą, gitarową solówką. Doskonały przykład bogatej, a równocześnie niemczącej efekciarstwem kompozycji. Reszta utworów jest również znakomita. Ktoś gdzieś kiedyś narzekał na Hey Mister Heartache, kompletnie nie rozumiem dlaczego, utwór, podobnie jak Stone, jest w klimatach poprzedniego albumu Another Step. Nie sposób tu oczywiście nie zwrócić uwagi na znakomity duet jaki ponownie stworzyła Kim z czarnoskórym wokalistą Juniorem (znanym nam z poprzedniej płyty). Stone mocno nawiązuje do Hi-NRG, brzmi przez to nieco archaicznie ale dlatego właśnie dla mnie znakomicie. Słychać charakterystyczne, twarde i ostre brzmienia syntezatorów i automatów, te kawałki dają klasycznego, wysoce energetycznego kopa. Mimo że treść piosenek w większości porusza oklepane tematy miłości, to miejscami nie dosłownie i chwała za to. Np. w Four Letter Word – słowo na cztery litery, gdzie praktycznie prócz love pasuje masa innych rzeczy. Jak już wcześniej wspomniałem, Kim zdecydowanie poprawiła się wokalnie. Jej głos brzmi na Close wręcz imponująco, nie bez znaczenia jest tu znakomite nagranie w studio, ale o tym później. Szukając smaczków, warto wspomnieć o piosence Four Letter Word, na którym moment gdy śpiewa: "Its sad but tszszrue" wymawia tak jakby miała wadę wymowy, doprawdy zniewalające. W takich chwilach da się poznać charakterystyczny styl i luz z jakim Kim podchodzi do tego co robi, słychać że śpiewanie to dla niej pasja a nie kolejny sposób na zarobienie pieniędzy. Nie popisuje się niepotrzebnie, nie przeciąga wysokich rejestrów, a jeśli już to wychodzi jej to z powerem i jednocześnie niedrażniąco (refren Never Trust a Stranger). Może mam jednak kilka zastrzeżeń. W spokojnych balladach takich jak Love's A No, da się już powoli odczuć nadmierny przerost słodkości. Powoli ten styl śpiewania zaczyna dryfować od drapieżnej, rockowej ekspresji, w miałkie, popowe zawodzenie do kotleta. Im więcej jest takich momentów w kompozycjach Kim, tym bardziej daje się to we znaki, dlatego właśnie, przynajmniej ja, wolę bardziej dziką Kim z lat wcześniejszych. Na płycie mniej jest rocka niż na poprzedniej, to też klimat jest bardziej stonowany i cieplejszy. Mimo, że ja generalnie lubię słuchać bardziej rocka niż popu, a jeśli słucham popu to zazwyczaj tego gitarowego, nie mogę nie docenić tej płyty. Nie ulega wątpliwości, Close jest lepiej dopracowany zarówno pod względem brzmienia instrumentów jak i wokalu, ale oceniam go nieco niżej niż wcześniejszej Another Step. Po prostu, kocham brzmienie tych ostrych gitar na Another Step i nawet podoba mi się pewna surowość i ascetyczne podejście do elektroniki na nim. Sporo słucham dem różnych wykonawców i nieraz naprawdę brzmią one nie gorzej, a po prostu inaczej od wersji finalnych utworów. Album Close, odniósł największy komercyjny sukces spośród wszystkich albumów Kim, nic dziwnego, to kawał naprawdę dobrej, przede wszystkim do perfekcji dopracowanej muzyki. Podobno nie bez wpływu na sprzedaż płyty była trasa koncertowa Michaela Jacksona, na jaką w ramach supportu została zaproszona Kim. Przypomniała mi się teraz pewna historia związana z Jacksonem. Mam jednego kolegę, który po wcześniejszych, młodzieńczych latach fascynacji dance i techno, po informacji o śmierci króla popu (nawet sama Kim tak nazwała Michaela), został wielkim fanem Jacksona. Z nieskrywaną dumą zawsze szczycił się sławą amerykańskiego piosenkarza i lekko wzgardzał słabą wg niego popularnością Kim. Nie będę zaprzeczał, muzyka krzykliwa, lekka i przebojowa zawsze cieszyła się i będzie cieszyć dużym, komercyjnym wzięciem. Jednak dla ludzi wrażliwych na subtelnie dawkowane piękno, bez efekciarstwa i nachalności, powstała właśnie taka muzyka jaką mogą usłyszeć na Close. Baa, dla mnie to nawet zadziwiające, że płyta w dużej części spokojna i stonowana odniosła aż tak spektakularną sprzedaż. Jeszcze na koniec dodam, niewątpliwy sukces komercyjny nie zawsze idzie w parze z sukcesem artystycznym. Album Close nie penetruje nieznanych rejonów czy innych gatunków muzycznych, kompozycje nie porażają oryginalnością, przeto płytę oceniam niżej niż wczesne dzieła artystki. Jeśli jednak ktoś uzna Close za najlepszą płytę Kim nie będę się kłócił, wręcz przeciwnie, nie sposób się nie zgodzić, pod względem dopracowania kompozycji, muzyki i wokalu to chyba najlepsza płyta Kim. Ocena muzyki: trzy i pół gwiazdki
  3. Pierwszy album Kim Wilde z jakim zapoznałem się jeszcze za pośrednictwem ściągniętych z netu mp3jek. Prawdę powiedziawszy, osłuchany wcześniej głównie w metalu i mocniejszym rocku, nie wszedł mi wtedy zbytnio. Nie należy traktować tej płyty jak czystego rocka, muzyka wywodzi się wprost z wczesnego Hi-NRG i ma wiele wspólnego z mocniejszym brzmieniem poprzedniej płyty Kim - Teases & Dares. Mimo to, mamy tu nieco oszczędniejsze użycie syntezatorów i automatów perkusyjnych, nie wypełniają one kopiącym waleniem niemal każdego kawałka sceny, za to zastąpiły je ostro tnące elektryczne gitary. Another Step, czyli następny krok Kim Wilde w rozwoju jej twórczości. Krok możliwe że również bardziej w stronę serc rockerów, na płycie jak nigdzie wcześniej od czasów debiutu mamy sporo ostrego, gitarowego grania. Album zapełnia aż 13 znakomitych kompozycji, podzielonych na dwie części, mocniejszą i balladową. Na początku zastanawia ciągłe trzymania się automatu perkusyjnego, rytmika jest o wiele rzadsza i prostsza niż na poprzednim Teases & Dares, tak więc większość sekwencji mógłby zagrać żywy drummer. Wystarczy jednak posłuchać tytułowego utworu na nieco lepszym od standardowego stereo sprzęcie, by zrozumieć jaka moc i power tkwi w zimnym i bezdusznym automacie. Początek tytułowego kawałka dosłownie wbija w fotel, uderzenia werbla są tak twarde i dynamicznie że powodują u słuchacza aż odruchowe przymrużanie oczu w ich takt. Te nietypowe podejście do muzyki, a wiec użycie elektroniki wspomaganej przesterowanymi gitarami, nadało płycie niepowtarzalnego, elektro-rockowego brzmienia. Kompozycje są o wiele pogodniejsze niż na poprzednich albumach, wydaje mi się że przez to płyta dostała komercyjnego potencjału (potwierdza to znakomita sprzedaż). Ułożenie piosenek na płycie, przypomina nieco albumy koncepcyjne, choć utwory nie są z sobą w żaden sposób powiązane, ot, podzielono po prostu płytę na dwie, odmiennie klimatycznie części. Za produkcję płyty odpowiedzialnych jest tym razem znacznie więcej osób niż rodzina Kim z jej bratem Rickiem na czele. Znaczna część piosenek powstała przy współpracy z producentami Michaela Jacksona, którymi byli wtedy Bruce Swedien i Rod Temperton. Słychać to właśnie w przebojowości i krzykliwości niektórych kompozycji. Tak więc większość szybszych kawałków na pierwszej części jest wprost wykrzyczana przez Kim, taką ją kocham, dzika Kim, pełna energii i ognia. Pierwszy, singlowy i chyba najbardziej znany przebój Kim - You Keep Me Hangin' On, jest coverem grupy The Supremes z lat 60-tych, gdyby jeszcze ktoś nie wiedział. Nawiasem, jak dla mnie jeden z najlepszych coverów w historii muzyki, choć w całkowicie innym klimacie niż pierwowzór. Uwagę należy zwrócić również na tytułowy Another Step (Closer To You) zaśpiewany wspólnie z Juniorem Giscombe (stworzył z Kim znakomity duet), wspaniałą, ciepłą i poruszająca piosenkę Schoolgirl (napisaną przez Kim po katastrofie w Czarnobylu), oraz mocno kombinowany kaczkowatym brzmieniem syntezatora i świetnymi chórkami w refrenie Say You Really Want Me, wzorowany na kawałkach Michaela Jacksona. Jako fan gitarowego brzemienia nie mógłbym nie wspomnieć o ostro tnących elektrycznych gitarkach z tym że nie miażdżą one niskimi przesterami, są nastrojone wysoko, przez co nadają brzmieniu płyty lekkości a jednocześnie zadziorności. Bardzo częste, znakomite, acz krótkie solówki bardzo urozmaicają to granie, choć gitarki zostały wycofane względem syntezatorów i wydają się przez to wyciszone. Acz na jednym kawałku gitara zdecydowanie stara się prowadzić muzykę, mowa o I've Got So Much Love, tu już jest już niemal prawdziwe rockowe, ostre granie. Druga cześć, spokojniejsza, zaczyna podobać się po dokładniejszym przesłuchaniu, gdyż piosenki są naprawdę klimatyczne. Zwraca uwagę gra saksofonu w She Hasn't Got Time For You, fenomenalnie nagrana brzdąkająca gitarka w Missing, gitarowa solówka i partia basu w Brothers, chórki w refrenie How Do You Want My Love. Missing tekstem przypomina nieco smutniejsze, wcześniejsze kompozycje takie jak Child Come Away, niesamowity, rozpaczliwy tekst: "Now she's missing in the eyes of the law, Somebody help her". Ostatni utwór Don't Say Nothing's Changed do którego Kim napisała zarówno muzykę jak i słowa, jest przyznam kompletnie nie w moim stylu... acz jednak łapie mnie jak żaden inny. Moment w którym Kim śpiewa: "Baby you're breaking my heart" powoduje ciary na plecach. Teksty piosenek jak zwykle różnorodne, nie tylko o miłości, hmm... chyba trochę gorzej, bo o seksie. No, ale Kim ma tu już 26 lat, zmieniła się w iście seksowną laskę, toteż skrzętnie postanowiła z tego skorzystać w kawałkach takich jak The Thrill Of It, I've Got So Much Love czy Say You Really Want Me do którego nakręciła mocno pikantny wg konserwatywnych anglików teledysk. Śpiew Kim jest na najwyższym jak dla mnie w tym okresie poziomie. Ciągle jeszcze pełny dziewczęcego ognia i nawet na takim słodkim Schoolgirl, nie popada w przesłodzoną mdłość. Baa, ten kawałek jest wyjątkowy, słychać że piosenkarka śpiewając go dała całą siebie, słychać wyraz twarzy gdy śpiewa. "Schoolgirl, You're such an inspiration" tu dosłownie widać jej uśmiech na twarzy spomiędzy głośników i jak trzepie radośnie główką, a jej włosy układają się dookoła w złotą aureolę. Another Step całościowo oceniam minimalnie niżej w porównaniu z poprzednimi albumami, ale głównie ze względu na klimat, mroczniejszy na wczesnych płytach jest bardziej w moim typie. Również wg mnie komercyjna otoczka, tej płyty wytworzona przez obcych producentów dała się nieco zbyt mocno we znaki (uproszczenie brzmienia automatów i syntezatorów). Płyty tworzone wyłącznie przez rodzinę Kim są zdecydowanie bardziej wyjątkowe i dojrzalsze artystycznie. Całe szczęście w większości kawałków czuć rękę Wilde'ów i nadwornego gitarzysty kapeli Kim, Steve'a Byrd'a. Równocześnie jednak nie da się ukryć że Another Step jest niezwykle słuchalny, bogaty nie tylko w przebojowe, ale również klimatyczne kawałki. Niewątpliwie w większości domów częściej zagości na talerzu odtwarzacza CD niż mocno odjechany Select. Płyta jest z tych, które nigdy się nie nudzą i do których bardzo często będzie się powracać. Ode mnie jeszcze dodatkowy plus za ostre gitarowe brzmienie, świetna robota Panie Byrd. Ocena muzyki: cztery gwiazdki
  4. Pierwsze co przychodzi na myśl po przesłuchaniu Teases & Dares to dość niezwykłe podejście do muzyki. Przywodzi mi na myśl takie tytuły jak Some Great Reward czy Black Celebration - Depeche Mode, może muzykę grupy Yello, inny kolega jeszcze zasugerował muzykę kapeli Frankie Goes To Hollywood. Kim Wilde podeszła tym razem do swojej muzyki znacznie śmielej, postawiono przede wszystkim na wykop, efektowne, dynamicznie acz przebojowe kompozycje. Gatunek ja bym określił jako energetyczny rock elektroniczny (hi-erg/elektro/rock), w końcu o Depeche Mode też mówiło się że grają rocka. Brzmienie jest gęste, dynamiczne, przeładowane efektami latającymi z głośników z prawa na lewo. Rytmika kawałków jest zdecydowanie bardziej złożona niż na poprzednich albumach. Na genialnym Select postawiono przede wszystkim na klimat wysoko, gładko grających, starych syntezatorów w stylu Prophet 5, również rytmy automatu były raczej proste, co dodawało jeszcze większej surowości tej muzyce. Na T&D automaty walą przejściami, przeważają pulsujące dźwięki, nieraz nakładających się na siebie linii melodycznych dwóch lub więcej syntezatorów. Ogólnie brzmienie instrumentów elektronicznych jest bardziej nowoczesne. Słychać że rodzina Kim zainwestowała w hardware o czym można się przekonać gdy tylko zajrzy się do książeczki zamieszczonej razem z płytą. Choć instrumentalnie postawiono właśnie głównie na syntezatory i automaty perkusyjne, to są tu też i gitarowe solówki oraz całe kawałki z żywą perkusją i gitarami. Sama Kim również śpiewa bardziej zdecydowanie niż wcześniej, mocno, na rockowo akcentuje słowa piosenek. Panna zdecydowanie poprawia się wokalnie z płyty na płytę. U wielu innych piosenkarek nie słychać tego tak wyraźnie jak u niej. Niemal każdy kawałek na płycie zaskakuje czymś ciekawym. The Touch, pierwszy utwór i od razu wbija w fotel atakiem automatów perkusyjnych niczym seriami z karabinu maszynowego, ale zapada w głowę zwłaszcza unosząca się sekwencja syntezatora. Is It Over, trzeba zwrócić uwagę na ciekawy efekt który brzmi jakby powstał bezpośrednio za konsoletą realizatora. Mianowicie w momencie bezpośrednio po drugim refrenie, mamy fragment w którym cichną syntezatory i gitara, a rytm wybija tylko sekcja rytmiczna. Jest to chwila wyraźnie głośniejsza w utworze, pogłośniono tu automat by jeszcze mocniej zaakcentować wykop. Suburbs Of Moscow, tu już sama kompozycja jest fenomenalna, charakterystyczna wiodąca linia przewodnia syntezatora, wysokie niby-dzwoneczki grające razem z pulsującym syntetycznym basem, do tego świetne chórki. Nietypowy, smutny tekst, czy Kim była kiedyś w Moskwie ? Możliwe że słychać tu echa zimno-wojennych klimatów. Fit In, stonowany kawałek, jest grany praktycznie bez użycia syntezatorów (pojawiają się jako ozdobniki), klasyczna perkusja i gitary brzmią znakomicie, zwłaszcza na przejściach, okazuje się że bez efekciarstwa również udało się nagrać znakomity utwór. Nie zgodzę się że Kim nie potrafi pisać piosenek (to pierwszy w całości przez nią zaaranżowany kawałek). Ta kompozycja jak dla mnie jest jedną z lepszych na płycie, gdyż w nieco innych, mniej sztucznych klimatach. Rage To Love, następny „żywy” kawałek, zdrowy, stary a jednocześnie wiecznie młody rock&roll, nogi same rwą się do tańca (jeśli ktoś tańczy rock&rolla). Ciekawie brzmiący, specyficzny, duszny klimat przywodzi na myśl zadymioną knajpę. The Second Time, oto i jeden z najlepszych kawałków jakie nagrała Kim Wilde, prawdziwy czad i to bez potrzeby użycia przesterowanych na maxa gitar. Wbijający w fotel początek, walący twardym, wykopiastym wyższym basem bit, świetna linia basu, wysoki, imitujący instrumenty dęte syntezator i te charakterystyczne patataj patataj na automatach, a potem krzyk Kim: "Just Go For It" !!!, cudo, kocham słuchać tego głośno. Klimat tego kawałka przywodzi mi ma myśl industrialny, post nuklearny świat. Szczególnie wyraźnie to czuć gdy obejrzy się teledysk. Kim walcząca z mumią obandażowaną jakby cierpiała na chorobę popromienną, no i ten tekst: "my whole world's exploding", płyta wypuszczona w 1984 roku, wtedy jeszcze ciągle ludzie się bali nuklearnej zagłady. Żeby nie było, ja wiem że tekst jest o miłości i seksie (brrr, nie lubię tekstów o seksie), no ale mi się kojarzy z klimatami filmów o Mad Maxie. Bladerunner, bardzo spokojny i klimatyczny, widać Kim mocno spodobał się film Łowca Androidów, w piosence słychać w tle fragmenty tego już klasycznego obrazu o futurystycznej mrocznej przyszłości. Przeciągłe, płynne syntezatorowe partie przywodzą na myśl dźwięki z drugiego albumu Kim, Select. Janine, nieco pogodniejszy muzycznie, motoryczny, szybki kawałek, zwraca uwagę partia gitary elektrycznej. Shangri-La, drugi utwór napisany przez Kim, mroczny, klimatyczny, przestrzenny i trzymający w napięciu, teraz dla odmiany zagrany tylko na wybijających prosty rytm automatach i przestrzennych syntezatorach. W tych momentach gdy Kim śpiewa dość cicho jej głos niemal wtapia się w mrok muzyki, powodując że ciężko zrozumieć niektóre słowa piosenki, brzmi to bardzo niezwykle. Słowa śpiewane przez Kim są o szukaniu miejsca ukojenia, odnosi się wrażenie, że chce ona znaleźć ukojenie zatapiając się w tym mroku. Thought It Was Goodbye, w ostatniej piosence słychać jakby nutkę melancholii, bardzo ładny kawałek, Kim śpiewa tutaj bardzo delikatnie, lekko i zwiewnie. Utwór urozmaica harmonijka. Teksty często nieszablonowe, niebanalne, jak dla mnie najciekawsze w muzyce pop pojawiały się właśnie w okresie lat 80-tych. Na T&D postawiono jednak głównie na przebojowość, melodyjność, co za tym idzie prostotę, choć treść utworów jest przeważnie bardzo smutna. Mówi o trudnościach dorastającego młodego człowieka w dopasowaniu się do dorosłości (Fit In), daremnego szukaniu miejsca ukojenia w miłości i smutku po jej stracie (Shangri-La, Suburbs of Moscow, Is It Over), potrzebie bliskości (The Touch, The Second Time)... Spotkałem się ze skrajnymi ocenami tej płyty, jedni uważają ją za najgorszą w karierze Kim inni wprost przeciwnie, za najlepszą. Z pewnością muzyka brzmi tu bardzo specyficznie, w większości przytłacza masa sztucznych i zimnych walących twardo bitów. Jednak nie zgodzę się że przypomina to muzykę dla robotów. Często słychać pracę gitar, ich solówki, dwa kawałki są zaaranżowane niemal tylko z klasycznymi, rockowymi instrumentami. Nie ulega jednak wątpliwości że płyta brzmi nieco futurystycznie, klimatami bardzo przypomina obrazy z tej mroczniejszej wizji przyszłości. Mrok i brud znany z filmów Ridleya Scota - „Obcego – ósmego...”, czy „Łowcy Androidów”, stanowi przeciwieństwo sterylnego, kolorowego i doskonałego świata przedstawianego nam ze strony serii filmów Star Trek. Teases & Dares to można powiedzieć ostatni album klasycznej, mrocznej Kim Wilde. Uważam że jest doskonałym podsumowaniem tego okresu, Kim nie mogła by już nagrać niczego lepszego nie popadając w autoplagiat. Następne płyty piosenkarki będą już w zdecydowanie pogodniejszych, lżejszych, popowych klimatach. T&D jest moim cichym faworytem zaraz po Select. Przede wszystkim uwielbiam go za mroczne kompozycje, energię i wykopiaste granie. Choć czasem uderza prostota kompozycji, to nie ma tu za to pompatycznych, czasem naciąganych klimatów jakie pojawiły się na poprzedniej płycie Catch As Catch Can. Dodatkowo zatopiony w mroku muzyki wokal Kim na T&D brzmi niesamowicie, jest dla mnie jednym z najlepszych w jej karierze. Słuchając tej płyty dziś, nie sposób nie dostrzec że brzmi bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie, staro i to właśnie stanowi o jej sile. Ocena muzyki: cztery i pół gwiazdki Okładka i tytuł: No i znów mamy niebanalny pomysł na okładkę. Widzimy na niej Kim w dziwacznym, kiczowatym stroju, który przywodzi na myśl niektóre kreacje mody Pana Jean-Paul Gaultier’a. Okładka jest jakby przedarta, na drugiej połówce widać również Kim przepuszczoną przez niebieski filtr, jednak nie jest to jej lustrzane odbicie, prawdziwa Kim patrzy na nas, zaś jej niby odbicie na nią samą. Cóż może to oznaczać ? Prawdę powiedziawszy nie mam pomysłów, może Kim stara się nam powiedzieć że na tej płycie jest taka jaką sama siebie widzi ? Nieco dziką, drapieżną i szaloną ? Tytuł rzuca więcej światła na całą sprawę, w wolnym tłumaczeniu można powiedzieć że Kim drażni i prowokuje. Doskonale oddaje to mroczny, jednocześnie dynamiczny i agresywny klimat muzyki na płycie. Nie ulega wątpliwości że Teases & Dares jest jednym z tych bardziej surowych i dynamicznych albumów, na tak mocne brzmienie Kim nie zdecyduje się już nigdy później.
  5. Niniejsza opinia jest w większości subiektywna, jak widzicie pisana na luzie, swobodną interpretacją, wiec jeśli komuś niektóre skojarzenia wydadzą się dziwne czy nawet nietrafione, niech potraktuje je z przymrużeniem oka ;) Po dłuższym zastanowieniu i przesłuchaniu wszystkich albumów Kim, doszedłem do wniosku że to chyba najlepsza płyta tej piosenkarki. Owszem, nie porywa legendarnymi przebojami na miarę You Keep Me Hangin' On, też Kim nie śpiewa tu jeszcze na swoim najwyższym poziomie, jednak klimat muzyki, tworzonej przez wysoko grające, pulsujące analogowe syntezatory, automatyczne instrumenty perkusyjne i mroczne teksty, po prostu przebija wszystkie te wady. Słychać czerpanie pełnymi garściami z najnowszych nowinek technicznych, niepowtarzalnych, analogowych syntezatorowych instrumentów, wprost jak z wydanego w 1976 r., przełomowego albumu Oxygene - Jean Michel Jarre'a. Zresztą podobne dźwięki słychać niemal wszędzie w muzyce tego okresu, ot żeby wspomnieć tylko Noc Komety Budki Suflera (tym bardziej jeszcze że to cover grupy Eloy). Sama muzyka słuchana dzisiaj, bardzo mocno się zestarzała i nie wytrzymała próby czasu w przeciwieństwie choćby do rocka lat 70-tych. Oczywiście nie ma w tym nic złego, w każdym bądź razie ja lubię starą muzykę. Nawet śmiało uważam że dodaje to jej jeszcze większej wartości, jest dziś po prostu niezwykła i niepowtarzalna w swojej oryginalności. Niektórzy nie bez racji, uważają wręcz że z muzyką jak z winem, im starsza tym lepsza, cofają się więc do słuchania klasyki z przełomu XVIII i XIX wieku. Wracając do Select, muzyce zawartej na płycie można przylepić etykietkę Hi-NRG / New-Wave, szczególnie w tej pierwszej odmianie. Z pewnością nie jest to płyta dla fanów ciepłych wybrzmień akustycznych instrumentów, jest zimna, nieraz bezlitośnie automatyczna, przez co wydaje się bezosobowa i sztuczna, przeciwnicy takiego grania nazywali je muzyką z puszki. Niektóre kawałki, np. Ego mi osobiście mocno kojarzą się z dźwiękami jakie można było usłyszeć grając w gierki na pierwszych komputerach Commodore czy Amiga, choć te powstały oczywiście znacznie później. To właśnie w owej surowości i prostocie zawiera się sedno piękna gęstych, perkusyjnych pasaży na automatach, nieraz atmosferycznych, wysokich i podniosłych, oraz pulsujących rytmicznie analogowych syntezatorów. Muzyka wbrew pozorom nie jest jednak pozbawiona pierwiastka ludzkiego, bo niemal zawsze da się usłyszeć ledwo przebijającą się (z powodu słabości ówczesnych pieców), grającą elektryczną, czy basową gitarę. Jest i jeden kawałek w starym stylu w jakim Kim nagrała pierwszy album, post-punkowy Can You Come Over, tu wyraźnie słychać że rock nie zestarzeje się nigdy, gdyż jest po prostu ponadczasowy. Ale dla mnie osobiście, najbardziej niesamowity jest View From A Bridge, niemal zawsze włosy stają mi dęba gdy słucham tego kawałka, zwłaszcza na końcu gdy Kim śpiewa: "cos when I look below the bridge; I see its me" (skoczyła z mostu, zabiła się i teraz obserwuje swoje martwe ciało jako duch). W rzeczywistości chyba nigdy się nie dowiemy czy ona skoczyła naprawdę, gdyż śpiewa również: ''I teraz nie wiem co jest prawdą a co wyobraźnią''. Teksty dużej części utworów można interpretować na wiele sposobów, słychać że pisząca je osoba nie potraktowała ich tylko jako przyśpiewek do rytmu muzyki. Ten znakomity i chyba najbardziej charakterystyczny dla wielu utwór Selecta, z pewnością nie jednemu przypomni dzieciństwo, pierwsze hity i audycje nagrywane na magnetofonie. Jak widać w tych wydawać by się mogło prostych piosenkach jest szczypta psychodeli, oczywiście podsycana jeszcze sztuczną, zimną i bezduszną barwą analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Bo kto dziś odważyłby się napisać tekst do piosenki pop o chaosie na lotnisku i spadających samolotach, a co za tym idzie śmierci setek ludzi (Chaos At The Airport) ? Czy o tym że diabeł przechodzi się ulicami ? Action City to dla mnie piosenka jakby o sytuacji poprzedzającej Biblijny Armagedon. Nie wiem czy przypadkiem czy z namysłem udało się trafić tak bezbłędnie tekstem do sytuacji obrazującej stan zepsutego, XX wiecznego społeczeństwa. Nie da się tego oczywiście porównać do pisanych współcześnie do takiej muzyki tekstów. Teraz przeważają te miałkie o miłości, w kółko o tym samym, byle do rymu, one jakoby usypiają społeczeństwo, od razu kojarzy mi się chocholi taniec z lektury Wesele jaką przerabiałem w szkole. Trzeba też zwrócić uwagę na "przegadaną" kompozycję Cambodia. Ukłon w stronę wojny w Wietnamie, ta piosenka to swojego rodzaju anty-wojenny protest song. Ja tu słyszę muzycznie inspirację progresywnymi, tasiemcowatymi klimatami grupy Yes czy Pink Floyd, potwierdza to instrumentalne, podniosłe zakończenie Reprise, stanowiące przy okazji wspaniałe zwieńczenie albumu. O każdym utworze na płycie można by napisać jeszcze wiele, pominąłem te spokojniejsze, chyba nie słusznie, bo choćby Take Me Tonight to istne dzieło sztuki. Niesamowity, otwierający przestrzennym, unoszącym się, wysokim syntezatorem początek, perkusyjne przejścia na automacie, pulsujące miękko i miarowo rytmy innych, elektronicznych-magicznych urządzeń, chórki w dalekim tle i moment gdy Kim śpiewa: "When all I believe in is just how I'm feeling tonight; Oh, take me tonight", "Oh, weź mnie tej nocy", a jej głos rozmywa się w przestrzeni tak jakby kochanek naprawdę zabrał ją sprzed mikrofonu. Muzyka instrumentalnie choć opiera się głównie o brzmienia analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych jest bardzo zróżnicowana. Mamy mocne i szybkie, pulsujące syntezatorami i walące automatami perkusyjnymi jak seriami z karabinu, utwory takie jak Ego, Words Fell Down, Chaos At The Airport, oraz spokojne, niemal eterycznie rozpływające się w powietrzu dzięki sztucznej przestrzeni generowanej przez elektronikę, Just A Feeling (wspaniała gitarowa solówka) czy wspomniany Take Me Tonight. Najspokojniejszym utworem jest Wendy Sadd, jakby pogodniejszy... ale to tylko pozory. Mówi o takich przerażających czynach jak gwałt, obłęd i w końcu samobójstwo młodej dziewczyny. Niezwykłe że rodzina Wilde'ów z ojcem i bratem na czele pozwoliła śpiewać 22-letniej, młodziutkiej Kim tak mocne teksty. Różne smaczki urozmaicają kompozycje. Szum wiatru na początku View From A Bridge, jakby obrazujący wielkość i wysokość mostu, dźwięk odrzutowego silnika samolotu w Chaos At The Airport, czy odgłos lecącego śmigłowca pomiędzy Cambodia i Reprise. Co ciekawe, nie są to rzeczywiste dźwięki, a wygenerowane za pomocą syntezatorów tak by przypominały naturalne odgłosy. Przywodzą mocno na myśl rozpoczynające Ciemną Stronę Księżyca Floydów bicie serca, również generowane przez analogowy syntezator, czy w utworze On The Run, gdzie syntetyczne dźwięki naśladują przejeżdżające z prawa na lewo przez peron pociągi. Świetny pomysł i znakomite wykonanie, każdy głupi mógłby nagrać lecący samolot i umieścić go na początku piosenki, wygenerowanie czegoś takiego na syntezatorze brzmi z pewnością znacznie bardziej niezwykle. W Just A Feeling głos Kim wypełnia całą przestrzeń pomiędzy kolumnami, nie jest zawieszony punktowo, brzmi to jakby nagrano ją mono w każdym kanale. Można powiedzieć że w tym kawałku wokal pełni podobną rolę jak grający, elektroniczny instrument. Efekty te brzmią bardzo ciekawie, nietypowo i nieszablonowo, nie przeszkadzają w słuchaniu materiału a wręcz przeciwnie, wzbudzają w słuchaczu jeszcze większą ciekawość, po raz kolejny należą się słowa uznania. Select jest z pewnością za pierwszym przesłuchaniem nieco dziwny, nawet trzeba powiedzieć, jak na muzykę pop do jakiej się zalicza, ostro odjechany, surowy i przez to ciężko przyswajalny. Sam przyznam, słuchając przez wiele lat głównie rocka i metalu podchodziłem do niego pies do jeża. Ale po prostu jak każda znakomita muzyka, również ta płyta wymaga od słuchacza czasu i cierpliwości, by po coraz to kolejnych przesłuchaniach zaczął dostrzegać prawdziwe piękno, wyjątkowość i niepowtarzalność tego brzmienia. Stare już dziś, analogowe syntezatory jak np. Prophet 5, mają swoją niesamowitą, niepowtarzalną barwę, tworzone przez nie efekty dźwiękowe nie raz wprost porażają, zwłaszcza na dobrze dobranym systemie stereo, nic dziwnego że przez wielu uważane są za najdoskonalsze instrumenty muzyczne wszechczasów... Podsumowując, pozycja klasyczna, powinna się znaleźć w każdej kolekcji szanującego się melomana, a na pewno wstyd nie znać tej muzyki. Niestety, z tego co zauważyłem, mimo wielu znakomitych ocen krytyków muzycznych, płyta raczej zapomniana, tak więc warto wydobyć ją z odmętów swoich zbiorów by przeżyć na nowo. Dla mnie osobiście w trójce płyt do za brania na bezludną wyspę, po prostu arcydzieło ! Ocena muzyki: pięć a nawet sześć gwiazdek ! Okładka i tytuł: Spróbujmy zabawić się w omówienie okładki płyty (oryginalne wydanie z wytwórni RAK Records, EMI Electrola 1982). Książeczka Select jest dla mnie równie niezwykła co sama muzyka. Na jednej stronie zdjęcie popiersia Kim na białym tle, na odwrocie niby takie samo ale na czarnym tle. Czy dacie radę odnaleźć szczegółów różniących oba zdjęcia ? Wbrew pozorom nie jest to takie proste, mocno kontrastujące tło potrafi spłatać figle naszym oczkom. Co miałyby przedstawiać te dwa zdjęcia ? Może chodzi o jasną i o mroczną stronę osobowości Kim ? Okładka jest prosta jak sama muzyka na płycie, czy niesie jednak jakieś ukryte przesłanie ? Wewnątrz okładki tylko track lista na futurystycznym tle nie pozwala na snucie jakichkolwiek innych domysłów. Piękno jest sztuką nawet jeśli tkwi w prostocie. Nazwa płyty można powiedzieć również oddaje klimat muzyki. Precyzyjne dobrane, wyselekcjonowane czyste, zimne elektroniczne dźwięki. Gładkie i doskonałe jak pół-naga postać młodej Kim ze zdjęcia. Twarz Kim kojarzyć się może z obrazem Mona Lizy... choć już może trochę przeginam. Ale Kim ze zdjęcia też ani się nie uśmiecha, ani nie smuci, bije od niej jakiś wewnętrzny spokój i piękno...
  6. Kocham rocka, a elektryczne gitary to mój ulubiony instrument, więc jak mógłbym nie pokochać tej płyty ? Wiadomo, ojciec Kim to stary wyga rokendrolowiec, nic więc dziwnego że pierwsza płyta piosenkarki powstała w takim właśnie stylu. Jest to najbardziej żywy instrumentalnie album Kim. Nic dziwnego, brzmienie wypełnia dźwięk miodnych, przesterowanych, elektrycznych gitary, pulsującej gitary basowej i bijącej wesoło perkusji. Brzmienie jest przeciwieństwem mrocznej, szarej i równocześnie plastikowej, cukierkowej elektroniki. Jest więc żywe, kolorowe, ale też brudne, szorstkie, mięsiste, każde uderzenie w werbel czy pociągnięcie struny jest inne. Mimo to, syntezatory również starają się przebijać na pierwszy plan w tej nierównej walce i często im się to udaje. Mimo że produkcja jest stara, to sam styl muzyczny nic a nic się nie postarzał. Założę się że gdyby wyposażyć Panów którzy grali na tej płycie we współczesne piece Mesy lub Marshalle, muzyka zabrzmiałaby nieodróżnialnie od współczesnego łojenia. Nie wiem jakim budżetem dysponowała rodzina Wilde gdy nagrywali ten album. Z pewnością dźwięk gitarowych pieców to nie to czym nawet wcześniej raczyły nas legendarne już przestery AC/DC. Ale możliwe też że był to efekt zamierzony, muzykę na pierwszej płycie Kim można określić jako new-wave/post-punk, czyli taką odmianę punka pod domowe strzechy ale z eksperymentalnym użyciem instrumentów syntezatorowych. Często więc gitary na płycie grają troszkę za cicho i dzięki temu nie zagłuszają sekcji rytmicznej pulsującego basu, bijącej perkusji, elektronicznych podkładów, przeszkadzajek, oraz śpiewu Kim. Muzycy na płycie są znakomici, słychać że urodzili się z rock&rollem we krwi. Perkusista raczy nas co rusz przejściami i ozdobnikami. Basista nie odwala od niechcenia swojej roboty plumkając w jedną strunę, a przecież mógłby i nikt nie miałby mu tego za złe (vide AC/DC). Gitarzysta co rusz to zaskakuje nas ciekawymi efektami, ślizgiem po strunach, zmianami tonacji i tempa, ciekawie zaimprowizowanymi solówkami. Syntezatory mocno urozmaicają kompozycje i nie raz przejmują pałeczkę odgrywając choćby partie solowe w miejsce gitar (choćby w Everything We Know), czy nieraz wprost zastępują i naśladują brzmienia gitar (Kids In America). W porównaniu do współcześnie granego numetalu na dwa akordy/darcie mordy, ta wydawać by się mogło archaiczna płyta z 81 roku to kosmos. Świetnie wyszły partie na trąbki w kawałku 2-6-5-8-0, zresztą, sama piosenka daje kupę radochy: "2-6-5-8-0 Oh, dial it if you want to know me", to nie jest numer telefonu do Kim ? Ciekawe czy ktoś próbował dzwonić. W końcu nadające sporej egzotyki, zwłaszcza w muzyce z 81 roku, analogowe syntezatory. Ostatni utwór na płycie, mocno syntezatorowy Tuning In Tuning On, jest pewnego rodzaju przełomem. Pasuje bardziej do następnej płyty Select, ale umieszczenie go już na rockowym debiucie Kim Wilde, spowodowało że automatycznie trzeba uznać tę płytę za epokową. Śpiew Kim jest dziki i nieokrzesany. Ale dla mnie cecha wyróżniająca najlepsze piosenkarki na świecie to umiejętność zaśpiewania zarówno z pazurem, ogniem, jak i balladowo, przejmująco. Kim Wilde zdecydowanie jest w pierwszej czołówce takich artystek, bo nie da się ukryć, że zarówno rockowe Chequered Love jak i urokliwe You'll Never Be So Wrong wyszło jej doskonale. Tak jak już zauważyłem w opisie innych albumów, może w tych wczesnych latach jej barwa głosu nie była jeszcze na najwyższym poziomie, ale nadrabiała to sercem i szczerością, co ja osobiście cenie ponad piękną barwę. Na tej płycie ma w dodatku ledwie 21 lat i jak na swój wiek radzi sobie wg mnie bardzo dobrze. Napisałem wcześniej że płyta jest epokowa, mocne słowa, dlaczego tak uważam ? Po pierwsze, punkowe, brudne i dzikie, a równocześnie przebojowe brzmienie, kawałki takie jak Kids In America niemal regularnie brane są na warsztat przez domorosłe garażowo/osiedlowe kapele rockowe. Po drugie, użycie bardzo często analogowych syntezatorów, które ostatni utwór już zdominowały. Po trzecie... śpiewająca Pani na wokalu. Nawet w obecnych czasach w muzyce z gatunku szeroko pojętego rocka dominują śpiewający mężczyźni. Owszem, dla kogoś przełomowa może się stać już Suzi Quarto. Ona nie dość że śpiewała rocka, to jeszcze sama grała na basie. A właśnie, w śpiewie Kim na tej płycie słychać inspiracje małą Suzi, którą nawiasem też uwielbiam. Jak płyty słucha się dzisiaj ? Bardzo dobrze, jak każdego rocka, postarzało się oczywiście tylko brzmienie syntezatorów i troszkę gitarowych pieców, przeto produkcja brzmi wyjątkowo. Słychać z jakich korzeni wywodzie się obecna większość brudnego i realistycznie nieokrzesanego rockowego grania z syntezatorem. Pierwsza płyta Kim choć znakomita, nie jest jednak tak wyjątkowa i niepowtarzalna jak następne, nie boję się tego stwierdzić, arcydzieło: Select. Oczywiście nie można jej nie mieć, niesamowite że każda płyta tej piosenkarki jest wyjątkowa i warta poznania, najlepiej oczywiście zacząć od debiutu. Ocena muzyki: cztery i pół gwiazdki Okładka i tytuł: Tytuł płyty, po prostu Kim Wilde zwraca uwagę na główną bohaterkę muzyki. Ale na mrocznej, tandetnej okładce widzimy nie samą Kim, tylko również członków zespołu z jakim nagrała płytę. Co jest, niepodobna się wam taka stylistyka ? Uważajcie, posępne miny młodych dzieci punków i zdołowana, groźna Kim, wyciąga rękę tak, jakby miała zaraz pokazać środkowy palec by wyrazić co myśli o tych którym okładka się nie podoba... ;)



×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

Wykryto oprogramowanie blokujące typu AdBlock!
 

Nasza strona utrzymuje się dzięki wyświetlanym reklamom.
Reklamy są związane tematycznie ze stroną i nie są uciążliwe. 

Prosimy wyłącz rozszerzenie AdBlock podczas używania strony.

Zarejestrowani użytkownicy mogą wyłączyć ten komunikat.