Jump to content

Opinie: płyty CD - ostatnio dodane

Sign in to follow this  
  1. Sting All This Time

    Pierwszy raz z płytą zetknąłem się w postaci mp3 mizernej jakości i od razu zakochałem się w tej płycie. Moim skromnym zdaniem to najlepsza obok Symphonicities płyta. Nowe spojrzenie na stare hity, jazzowe aranżacje utworów, całkiem niezła spójność płyty, której punktem kulminacyjnym jest "Hounds of Winter" oraz "Mad about you" następnie całość robi się spokojna. "Dienda" (której osobiście nie lubię) oraz "Roxanne" są bardzo spokojnymi utworami, można by rzec nieco dołującymi (szczególnie dienda). Mają na celu wyciszyć odbiorce, by potem na sam koniec "Every breath you take" znów naładowało go energią!
  2. Kim Wilde Love Is

    Późne płyty Kim Wilde są zdecydowanie skierowane do tych, którzy nade wszystko cenią sobie przebojowość, melodyjność i miękkość muzyki pop. Począwszy od albumu Close, Kim Wilde zdecydowała się powoli zrywać z etykietką mrocznej Hi-NRG divy, na rzecz wydawać by się mogło bardziej lekkostrawnej, gładszej w brzmienia muzyki. Teksty jej piosenek nie będą już o skokach z mostu, ale o bardziej oklepanych sprawach - o miłości. Nie będę ukrywał, pierwotna surowość, dzikość, bezduszna precyzja zimnych automatów i syntezatorów muzyki Hi-NRG, wprost porażająca klimatem, jest zdecydowanie bardziej w moim typie niż oklepana popowa miałkość jaką zaserwowała nam Kim w latach 90-tych, dlatego jej albumy z tego okresu oceniam zdecydowanie niżej. Oczywiście odbiór muzyki jest zawsze subiektywny, dlatego zawsze radzę nie kierować się czyimiś opiniami tylko samemu posłuchać by wyrobić sobie swoje zdanie. A jak jest z płytą Love Is ? Wydaje się bardzo osobista dla Kim (czy może był to zabieg marketingowy ?), bardzo kobiecą, wypełniona po brzegi jej śpiewem i przebojowymi popowymi kompozycjami. Radość i słońce aż bije od każdej piosenki, jest wesolutko, szybko i lekko. Niestety, rock i kopiące Hi-NRG odeszło w zapomnienie. To ta sama piosenkarka która kiedyś krzyczała dziko Chequered Love ? Na Love Is słodkość sięgnęła zenitu. Mój największy zarzut do tej płyty to (mimo naprawdę gęstych syntezatorowych pasaży)... brak muzyki... Kim zawsze jest na pierwszym planie, śpiewa od pierwszej minuty do ostatniej. Kompozycje są nie da się ukryć bogato aranżowane, perkusja, gitary, elektroniczne, ćwierkające syntezatory wypełniają po brzegi każdą kompozycję ale dają tylko złudzenie muzyki, gdyż jest ona ściśle podporządkowana wokalowi Kim. W tych krótkich chwilach gdy gra gitara czy perkusja jest ciekawie, jednak instrumenty są zawsze w tle, co nie pozwala delektować się ich brzmieniem. Mały plusik za wreszcie zatrudnienie perkusisty (choć tylko do kilku utworów), wprowadza ona jakieś urozmaicenie do przepełnionych elektroniką piosenek. Niestety, większość muzyki to ćwierkająco-brzęcząco-łupiące płytki basem, przesłodzone, cukierkowe syntezatory. Płyta brzmi jasno ponieważ jest nimi aż prześwietlona (pisałem na początku że od piosenek bije słońce). Mimo że kompozycje są ładne, raz wolniejsze, raz szybsze, ja odniosłem jednak wrażenie ich jednowymiarowości, nie mają jakiejś tej nieokreślonej głębi wczesnych płyt. Z kawałków na płycie do gustu przypadły mi Love is Holy, A Miracle's Coming (podobieństwo do kawałków Belindy Carlisle wcale nie przypadkowe, piosenka tak jak kilka innych na płycie to kompozycje Pana Rick'a Nowels'a) i oczywiście Million Miles Away, który brzmi tak staro że aż klasycznie. Z radiowych hitów z nie można nie wspomnieć bardzo klimatycznym Heart Over Mind, najlepszym utworze na tym albumie. Śpiew Kim jak zwykle piękny, wypełniony pozytywnymi emocjami. Jeśli jest wam smutno i chcecie puścić jakąś płytę dla poprawy nastroju ta będzie idealna. Kiedyś jeden kolega audiofil mówił mi że lubi słuchać czarnych wokalistek, bo w ich śpiewie słyszy emocje, po zamknięciu oczu widzi i niemalże czuje ich usta przy swoich. Twierdził że jasnoskóre Panie nie mają w swoim głosie takich magicznych, intymnych właściwości. Z satysfakcją oznajmiam że kolega się mylił. Nie lubię ciemnych, nisko śpiewających wokalistek (prócz wyjątków). Pani Kim nie dość że ma jasną barwę głosu i charakterystyczny angielski akcent, który mi się okrutnie podoba, to na dodatek potrafi zaśpiewać i przeteleportować swoje trójwymiarowe usta wprost do mojego pokoju, pomiędzy grające kolumny. Chciałbym w tym miejscu spróbować nawiązać do jednej z konkurentek Kim, równie sławnej i wspaniałej piosenkarki lat 80-tych – Sandry Cretu. Jej płyty z lat 80-tych stylizowane były na proste, syntezatorowe, acz niewątpliwe bardzo urokliwe disco, raczej bez ambitniejszych zapędów, aranżacyjnie raczej poniżej muzyki tworzonej przez rodzinę Kim. Za to w 1992, kiedy powstał prosty Love Is, Sandra razem z mężem poszli w zupełnie innym kierunku, nagrywając mocno alternatywny i najprawdopodobniej najlepszy album – Close To Seven. Szkoda że i Kim nie zdecydowała się na taki, ambitniejszy, ryzykowny krok, no ale też nie można mieć jej tego za złe, po dość sporej klapie poprzedniej płyty Love Moves, chciała z pewnością podreperować statystyki na listach przebojów. Kim jest i pozostanie chyba na zawsze piosenkarką tworzącą muzykę pop, a więc szybko wpadającą w ucho, chwytliwą i dla masowej gawiedzi. Ale również ambitniejsi słuchacze mogą znaleźć na jej płytach ciekawe akcenty, jednak zdecydowanie wśród wcześniejszych albumów jak Select czy Catch As Catch Can. Podsumowując, Love Is to płyta dla fanów głosu Kim. Ja nie mogę jej wybaczyć że kiedyś potrafiła zaśpiewać i z wyraziście grającymi elektrycznymi gitarami i z saksofonem czy trąbkami, razem z latającą dookoła jej głowy elektroniką. Niestety, dla mnie jest to płyta wokalistki Kim Wilde z muzyką jako dodatkiem, a szkoda, bo ja bardzo lubię słuchać muzyki. Przykro mi, mimo że wokal Kim jest tu znakomity, wesoły i charyzmatyczny, dla mnie płyta jest po prostu za słaba muzycznie. Brzmienie jest już za mocno zrobione pod typowy współczesny komercyjny pop, a ja cały pop nieszczególnie trawię. Oczywiście ogólnie płyta nie jest zła, wszystkie albumy Kim Wilde prezentują zawsze wysoki poziom, a tej słucham kiedy najdzie mnie odpowiedni nastrój naprawdę bardzo często. Mimo to należy być surowym w ocenie i na bok odłożyć bezkrytyczne uwielbienie swojego artysty. Jeśli jednak miałbym wybierać pomiędzy mocno niedocenionym przez publikę, ale jednak dość urozmaiconym Love Moves, a perfekcyjnie przebojowym i wesolutkim Love Is, wybieram bez wahania ten pierwszy. Ocena muzyki: dwie gwiazdki
  3. Kim Wilde Love Moves

    Oto i siódmy album w całkiem bogatej dyskografii nasze ukochanej piosenkarki ;) Może zacznę od tego, że najprawdopodobniej sukces poprzedniego albumu Close, odbił piętno i na tej płycie, widać to nawet po bardzo podobnej okładce. Gdzieś czytałem że Love Moves jest też bardzo podobne muzycznie do Close. Możliwe że można się z tym zgodzić, z pewnością styl Kim z tego okresu jest charakterystyczny i jednolity. Podobnie jak na Close, tu również słychać oddalanie się od pierwotnego, surowego Hi-NRG i eksperymentów brzmieniowo/kompozycyjnych. Szkoda, nie uważam że dobrym pomysłem było brnięcie artystki o charyzmie Kim, w plastikowy pop-dance lat 90-tych. Na poprzedniej płycie Close, udało się osiągnąć zdrowy kompromis pomiędzy różnorodnością i melodyjnością brzmienia. Oczywiście nie bez znaczenia jest tu elektronika lat 90-tych, która nie brzmi już tak sucho i bezbarwnie, wydawać by się mogło że postęp w dziedzinie komputerów zrobił swoje. Niestety, dla mnie te brzmienie potrafi być też gorsze, gdyż jest przesłodzone, cukierkowe i na dłuższą metę mdłe. Również sama muzyka zaczęła usuwać się w cień, a na pierwszym planie została tylko pięknie śpiewająca Kim. Przypomina mi to trochę styl piosenkarek pokroju Whitney Houston, tworzących muzykę wokalną czyli głównie wokół własnej osoby. Muzyka na płycie to głównie syntezatory, z syntetycznie brzmiącym, miękkim i płytkim basem. Choć płyta dostała gorsze oceny od następnego albumu Love Is, uważam że jest równie dobra co następczymi. Na Love Moves kompozycje są bardziej urozmaicone choć oszczędniejsze. Dużo tu ratuje kawałek Can't Get Enough (Of Your Love), gdzie praktycznie całą końcówka to solo na gitarze. Nie jest to zła płyta, pokazuje Kim od trochę innej strony, zwraca uwagę przede wszystkim na jej głos i to jak śpiewa niż na samą muzykę. Warto go mieć choćby dla takich kawałków jak wspomniany Can't Get Enough (Of Your Love), tu nareszcie dzika Kim śpiewa z ogniem i taką ją kocham. Instrumentalnie kawałek jest o tyle ciekawy, że elektryczną gitarę na jakiej gra świetny gitarzysta Steve Byrd, słychać najpierw w lewym kanale, a następnie cała końcowa partia solowa jest przełączona na stereo (gitarowe riffy wypełniają całą scenę). Ot, takie drobne smaczki a cieszą. Ta piosenka jest moją ulubioną kompozycją Kim Wilde lat 90-tych. Podobają mi się również przebojowe, szybkie It's Here czy Time, ale również ślicznie wypada refren Storm In Our Hearts, nieczęsto mam ciary gdy wchodzi nagana partia wokalu Kim w tle, nakładając się z jej głosem na pierwszym planie: "Look at the storm in your hearts", piękne i wzruszające. W Who's To Blame podoba mi się tekst: "I feel paralysed; Unable to cry". Za to w Someday denerwują mnie już takie momenty jak gdy Kim śpiewa: "To reveal the thruth inside; Just like a child", a w tle słychać śmiejące się dzieci, takie słodkości to dla mnie tortury, choć sama piosenka jest ładna. Ale założę się że kobiety to bierze. No właśnie, odnoszę nieodparte wrażenie, że płyta jest bardzo kobieca i możliwe że spodoba się przede wszystkim płci pięknej. Spotkałem się z opiniami że ten album ma mniej komercyjne oblicze od poprzednich. Zgadzam się, mniej jest tu przebojowych brzmień. Bardzo lubię niekomercyjną, niesztampową i odkrywczą muzykę, na tej płycie jest kilka ciekawych kompozycji, jednak nie odbiegają one zanadto od standardów ówczesnej muzyki pop. Z pewnością płyta jest bardziej ambitna dla samej Kim, słychać że jej śpiew staje się coraz bardziej wyrafinowany. Kompozycje są tu ciekawe, nieprzekombinowane, niestety cierpi instrumentarium, przez co dziwnie się ich słucha. Możliwe że Kim chciała by instrumenty były mniej narzucające się i by bardziej słuchacze skupili się na jej wokalu. Jeśli było tak w rzeczywistości, to wyszło to na Love Moves znacznie lepiej niż na Love Is gdzie po prostu ściszono i wycofaną całą muzykę w tło. Jak już na wstępie wspomniałem, często słyszę że ludzie porównują tą płytę do Close, mi ona bardziej przypomina Another Step, a to dlatego, że podobnie wydaje się lekko niedopracowana. Słuchać uproszczenie brzmienia automatów i syntezatorów. Nawet czasem wydaje się, że pewne ścieżki instrumentów zastąpiły studyjne, używane przy próbach automaty (brzmi to jak demo). Aha, żywy perkusista w teledysku do Can't Get Enough (Of Your Love) to również ściema, w rzeczywistości sekcję rytmiczną na całej płycie odgrywa automat (tylko w piosence I Can't Say Goodbye pomaga mu trochę człowiek). No, no, bardzo nieładnie tak oszukiwać Kim... Nie wiem czemu piosenkarka tak mocno przeżywała komercyjna porażkę tej płyty. Wydawało jej się że tylko samym swoim głosem oczaruje słuchaczy ? W latach 90-tych takie brzmienie muzyki jakie znajdziemy na Love Moves przechodziło tylko dzięki bogatej aranżacji lub/i postawieniu na gęstsze brzmienie elektrycznych gitar. Dowodem na to jest choćby fakt, że singiel Can't Get Enough (Of Your Love) z tej płyty sprzedał w miarę dobrze. Zresztą wystarczy posłuchać jakie hity serwował nam rok później z płyty Dangerous Michael Jackson. No, ale nie zaniżę oceny drastycznie tylko dlatego że płyta sprzedawała się kiepsko, niebyłym sobą gdybym powiedział że komercyjna sprzedaż muzyki ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Baa, powiem że surowe i lekko nieociosane brzmienie Love Moves ma swój urok, podobnie jak na Another Step. Choć niewątpliwie, gdyby na płycie znalazła się żywa sekcja rytmiczna plus więcej gitar, wtedy ocena byłaby znacznie wyższa, na taką zasłużyło Another Step. Jako fan Kim Wilde mógłbym oczywiście postawić wszystkim płytom tej piosenkarki maksymalne oceny, ale nie chcę być uznany za zaślepionego. Tak więc stawiam płycie połowę oceny najwyższej, mając w pamięci takie epokowe dzieła jak Select, czy elektryzujące wykopem i klimatem Teases & Dares, albo eksperymentalnie odważny Catch As Catch Can. Ocena muzyki: dwie i pół gwiazdki
  4. Kim Wilde Close

    Close przez wielu uważany jest za najlepszy album w dorobku Kim Wilde. Nie da się ukryć, że płyta jest dopracowana znakomicie zarówno pod względem brzmienia jak i tekstów. Muzyka mimo to że w dalszym ciągu elektroniczna nie brzmi już tak sztucznie jak na poprzednim albumie Another Step, który prawdę powiedziawszy miejscami z powodu uproszczenia aranżacji przypominał jakby płytę demo. Na omawianym Close zaś, udało się osiągnąć bardzo dobry kompromis pomiędzy dynamiką, wyrazistością syntezatorów, ich barwą i skrzętnie wmiksować w to gitary z wokalem Kim. Muzyka brzmi po prostu o wiele strawniej, przyjemniej dla ucha, a mimo to bardzo ekscytująco i wciągająco. Poprzedni album, Another Step, był mocno wykrzyczany i nieco jazgotliwy, Close ma zdecydowanie przyjemniejszy klimat. Tytuł płyty, czyli Close – Blisko, doskonale to oddaje. Nastrój piosenek jest zazwyczaj ciepły i przyjazny, tak jakby Kim chciała nas przytulić bliziutko do swojego serduszka, tak byśmy poza kopiącą, czadową Hi-NRG/rockmenką, odkryli w niej również wrażliwą duszę, europejską duszę (cytując za tytułem jednej z piosenek). Udało się to znakomicie, zmiana stylu z Hi-NRG na pop wyszła na Close zdecydowanie bardzo dobrze. Nie mógłbym nie zwrócić uwagi przede wszystkim na dwa, klasyczne kawałki na tym albumie. You Came to jedna z niewielu tych słodkich piosenek które mnie totalnie rozwalają. W głosie śpiewającej go Kim słychać tyle ciepłych emocji i radości, fenomenalnie udało się to uchwycić mikrofonem w studio. Mimo że w tym kawałku użyto efektu rozmywającego wokal, wyraźnie słuchać uśmiech, grymas twarzy, nawet ułożenie języka w ustach, co ważne, to wszystko bez zbędnej nachalności i efekciarstwa, a więc bez nieprzyjemnego wrażenia mikrofonu w gardle. Piosenka została napisana na cześć pierwszego nowonarodzonego synka Ricky'ego, tak więc słuchając ją przez pryzmat tekstu, nogi same się uginają. Never Trust a Stranger, mocny, szybki, pop-rockowy, ten kawałek gna niczym lokomotywa. Piosenki właśnie w takim stylu są moimi ulubionymi. Gnający perkusyjny automat, a równocześnie gęste, trąbiące syntezatory, razem z riffującą w tle gitarą. Wykrzyczany refren brzmi tu znakomicie, słychać że Kim bardzo poprawiła się wokalnie i doskonale kontroluje swój głos w wysokich rejestrach. Przejście od raczej normalnie śpiewanych zwrotek do wykrzyczanego refrenu spowoduje u niejednego ciarki na plecach. Kawałek brzmi jak wykrzyczane ostrzeżenie: "Oh nigdy nie ufaj nieznajomemu swoim sercem" ! Trzecim moim faworytem jest You'll Be The One Who'll Lose. Stonowana i nieco mroczna piosenka, niby cicha i spokojna, w rzeczywistości przepełniona mnogością dźwięków latających z prawa na lewo, oraz urokliwą, gitarową solówką. Doskonały przykład bogatej, a równocześnie niemczącej efekciarstwem kompozycji. Reszta utworów jest również znakomita. Ktoś gdzieś kiedyś narzekał na Hey Mister Heartache, kompletnie nie rozumiem dlaczego, utwór, podobnie jak Stone, jest w klimatach poprzedniego albumu Another Step. Nie sposób tu oczywiście nie zwrócić uwagi na znakomity duet jaki ponownie stworzyła Kim z czarnoskórym wokalistą Juniorem (znanym nam z poprzedniej płyty). Stone mocno nawiązuje do Hi-NRG, brzmi przez to nieco archaicznie ale dlatego właśnie dla mnie znakomicie. Słychać charakterystyczne, twarde i ostre brzmienia syntezatorów i automatów, te kawałki dają klasycznego, wysoce energetycznego kopa. Mimo że treść piosenek w większości porusza oklepane tematy miłości, to miejscami nie dosłownie i chwała za to. Np. w Four Letter Word – słowo na cztery litery, gdzie praktycznie prócz love pasuje masa innych rzeczy. Jak już wcześniej wspomniałem, Kim zdecydowanie poprawiła się wokalnie. Jej głos brzmi na Close wręcz imponująco, nie bez znaczenia jest tu znakomite nagranie w studio, ale o tym później. Szukając smaczków, warto wspomnieć o piosence Four Letter Word, na którym moment gdy śpiewa: "Its sad but tszszrue" wymawia tak jakby miała wadę wymowy, doprawdy zniewalające. W takich chwilach da się poznać charakterystyczny styl i luz z jakim Kim podchodzi do tego co robi, słychać że śpiewanie to dla niej pasja a nie kolejny sposób na zarobienie pieniędzy. Nie popisuje się niepotrzebnie, nie przeciąga wysokich rejestrów, a jeśli już to wychodzi jej to z powerem i jednocześnie niedrażniąco (refren Never Trust a Stranger). Może mam jednak kilka zastrzeżeń. W spokojnych balladach takich jak Love's A No, da się już powoli odczuć nadmierny przerost słodkości. Powoli ten styl śpiewania zaczyna dryfować od drapieżnej, rockowej ekspresji, w miałkie, popowe zawodzenie do kotleta. Im więcej jest takich momentów w kompozycjach Kim, tym bardziej daje się to we znaki, dlatego właśnie, przynajmniej ja, wolę bardziej dziką Kim z lat wcześniejszych. Na płycie mniej jest rocka niż na poprzedniej, to też klimat jest bardziej stonowany i cieplejszy. Mimo, że ja generalnie lubię słuchać bardziej rocka niż popu, a jeśli słucham popu to zazwyczaj tego gitarowego, nie mogę nie docenić tej płyty. Nie ulega wątpliwości, Close jest lepiej dopracowany zarówno pod względem brzmienia instrumentów jak i wokalu, ale oceniam go nieco niżej niż wcześniejszej Another Step. Po prostu, kocham brzmienie tych ostrych gitar na Another Step i nawet podoba mi się pewna surowość i ascetyczne podejście do elektroniki na nim. Sporo słucham dem różnych wykonawców i nieraz naprawdę brzmią one nie gorzej, a po prostu inaczej od wersji finalnych utworów. Album Close, odniósł największy komercyjny sukces spośród wszystkich albumów Kim, nic dziwnego, to kawał naprawdę dobrej, przede wszystkim do perfekcji dopracowanej muzyki. Podobno nie bez wpływu na sprzedaż płyty była trasa koncertowa Michaela Jacksona, na jaką w ramach supportu została zaproszona Kim. Przypomniała mi się teraz pewna historia związana z Jacksonem. Mam jednego kolegę, który po wcześniejszych, młodzieńczych latach fascynacji dance i techno, po informacji o śmierci króla popu (nawet sama Kim tak nazwała Michaela), został wielkim fanem Jacksona. Z nieskrywaną dumą zawsze szczycił się sławą amerykańskiego piosenkarza i lekko wzgardzał słabą wg niego popularnością Kim. Nie będę zaprzeczał, muzyka krzykliwa, lekka i przebojowa zawsze cieszyła się i będzie cieszyć dużym, komercyjnym wzięciem. Jednak dla ludzi wrażliwych na subtelnie dawkowane piękno, bez efekciarstwa i nachalności, powstała właśnie taka muzyka jaką mogą usłyszeć na Close. Baa, dla mnie to nawet zadziwiające, że płyta w dużej części spokojna i stonowana odniosła aż tak spektakularną sprzedaż. Jeszcze na koniec dodam, niewątpliwy sukces komercyjny nie zawsze idzie w parze z sukcesem artystycznym. Album Close nie penetruje nieznanych rejonów czy innych gatunków muzycznych, kompozycje nie porażają oryginalnością, przeto płytę oceniam niżej niż wczesne dzieła artystki. Jeśli jednak ktoś uzna Close za najlepszą płytę Kim nie będę się kłócił, wręcz przeciwnie, nie sposób się nie zgodzić, pod względem dopracowania kompozycji, muzyki i wokalu to chyba najlepsza płyta Kim. Ocena muzyki: trzy i pół gwiazdki
  5. Kim Wilde Another Step

    Pierwszy album Kim Wilde z jakim zapoznałem się jeszcze za pośrednictwem ściągniętych z netu mp3jek. Prawdę powiedziawszy, osłuchany wcześniej głównie w metalu i mocniejszym rocku, nie wszedł mi wtedy zbytnio. Nie należy traktować tej płyty jak czystego rocka, muzyka wywodzi się wprost z wczesnego Hi-NRG i ma wiele wspólnego z mocniejszym brzmieniem poprzedniej płyty Kim - Teases & Dares. Mimo to, mamy tu nieco oszczędniejsze użycie syntezatorów i automatów perkusyjnych, nie wypełniają one kopiącym waleniem niemal każdego kawałka sceny, za to zastąpiły je ostro tnące elektryczne gitary. Another Step, czyli następny krok Kim Wilde w rozwoju jej twórczości. Krok możliwe że również bardziej w stronę serc rockerów, na płycie jak nigdzie wcześniej od czasów debiutu mamy sporo ostrego, gitarowego grania. Album zapełnia aż 13 znakomitych kompozycji, podzielonych na dwie części, mocniejszą i balladową. Na początku zastanawia ciągłe trzymania się automatu perkusyjnego, rytmika jest o wiele rzadsza i prostsza niż na poprzednim Teases & Dares, tak więc większość sekwencji mógłby zagrać żywy drummer. Wystarczy jednak posłuchać tytułowego utworu na nieco lepszym od standardowego stereo sprzęcie, by zrozumieć jaka moc i power tkwi w zimnym i bezdusznym automacie. Początek tytułowego kawałka dosłownie wbija w fotel, uderzenia werbla są tak twarde i dynamicznie że powodują u słuchacza aż odruchowe przymrużanie oczu w ich takt. Te nietypowe podejście do muzyki, a wiec użycie elektroniki wspomaganej przesterowanymi gitarami, nadało płycie niepowtarzalnego, elektro-rockowego brzmienia. Kompozycje są o wiele pogodniejsze niż na poprzednich albumach, wydaje mi się że przez to płyta dostała komercyjnego potencjału (potwierdza to znakomita sprzedaż). Ułożenie piosenek na płycie, przypomina nieco albumy koncepcyjne, choć utwory nie są z sobą w żaden sposób powiązane, ot, podzielono po prostu płytę na dwie, odmiennie klimatycznie części. Za produkcję płyty odpowiedzialnych jest tym razem znacznie więcej osób niż rodzina Kim z jej bratem Rickiem na czele. Znaczna część piosenek powstała przy współpracy z producentami Michaela Jacksona, którymi byli wtedy Bruce Swedien i Rod Temperton. Słychać to właśnie w przebojowości i krzykliwości niektórych kompozycji. Tak więc większość szybszych kawałków na pierwszej części jest wprost wykrzyczana przez Kim, taką ją kocham, dzika Kim, pełna energii i ognia. Pierwszy, singlowy i chyba najbardziej znany przebój Kim - You Keep Me Hangin' On, jest coverem grupy The Supremes z lat 60-tych, gdyby jeszcze ktoś nie wiedział. Nawiasem, jak dla mnie jeden z najlepszych coverów w historii muzyki, choć w całkowicie innym klimacie niż pierwowzór. Uwagę należy zwrócić również na tytułowy Another Step (Closer To You) zaśpiewany wspólnie z Juniorem Giscombe (stworzył z Kim znakomity duet), wspaniałą, ciepłą i poruszająca piosenkę Schoolgirl (napisaną przez Kim po katastrofie w Czarnobylu), oraz mocno kombinowany kaczkowatym brzmieniem syntezatora i świetnymi chórkami w refrenie Say You Really Want Me, wzorowany na kawałkach Michaela Jacksona. Jako fan gitarowego brzemienia nie mógłbym nie wspomnieć o ostro tnących elektrycznych gitarkach z tym że nie miażdżą one niskimi przesterami, są nastrojone wysoko, przez co nadają brzmieniu płyty lekkości a jednocześnie zadziorności. Bardzo częste, znakomite, acz krótkie solówki bardzo urozmaicają to granie, choć gitarki zostały wycofane względem syntezatorów i wydają się przez to wyciszone. Acz na jednym kawałku gitara zdecydowanie stara się prowadzić muzykę, mowa o I've Got So Much Love, tu już jest już niemal prawdziwe rockowe, ostre granie. Druga cześć, spokojniejsza, zaczyna podobać się po dokładniejszym przesłuchaniu, gdyż piosenki są naprawdę klimatyczne. Zwraca uwagę gra saksofonu w She Hasn't Got Time For You, fenomenalnie nagrana brzdąkająca gitarka w Missing, gitarowa solówka i partia basu w Brothers, chórki w refrenie How Do You Want My Love. Missing tekstem przypomina nieco smutniejsze, wcześniejsze kompozycje takie jak Child Come Away, niesamowity, rozpaczliwy tekst: "Now she's missing in the eyes of the law, Somebody help her". Ostatni utwór Don't Say Nothing's Changed do którego Kim napisała zarówno muzykę jak i słowa, jest przyznam kompletnie nie w moim stylu... acz jednak łapie mnie jak żaden inny. Moment w którym Kim śpiewa: "Baby you're breaking my heart" powoduje ciary na plecach. Teksty piosenek jak zwykle różnorodne, nie tylko o miłości, hmm... chyba trochę gorzej, bo o seksie. No, ale Kim ma tu już 26 lat, zmieniła się w iście seksowną laskę, toteż skrzętnie postanowiła z tego skorzystać w kawałkach takich jak The Thrill Of It, I've Got So Much Love czy Say You Really Want Me do którego nakręciła mocno pikantny wg konserwatywnych anglików teledysk. Śpiew Kim jest na najwyższym jak dla mnie w tym okresie poziomie. Ciągle jeszcze pełny dziewczęcego ognia i nawet na takim słodkim Schoolgirl, nie popada w przesłodzoną mdłość. Baa, ten kawałek jest wyjątkowy, słychać że piosenkarka śpiewając go dała całą siebie, słychać wyraz twarzy gdy śpiewa. "Schoolgirl, You're such an inspiration" tu dosłownie widać jej uśmiech na twarzy spomiędzy głośników i jak trzepie radośnie główką, a jej włosy układają się dookoła w złotą aureolę. Another Step całościowo oceniam minimalnie niżej w porównaniu z poprzednimi albumami, ale głównie ze względu na klimat, mroczniejszy na wczesnych płytach jest bardziej w moim typie. Również wg mnie komercyjna otoczka, tej płyty wytworzona przez obcych producentów dała się nieco zbyt mocno we znaki (uproszczenie brzmienia automatów i syntezatorów). Płyty tworzone wyłącznie przez rodzinę Kim są zdecydowanie bardziej wyjątkowe i dojrzalsze artystycznie. Całe szczęście w większości kawałków czuć rękę Wilde'ów i nadwornego gitarzysty kapeli Kim, Steve'a Byrd'a. Równocześnie jednak nie da się ukryć że Another Step jest niezwykle słuchalny, bogaty nie tylko w przebojowe, ale również klimatyczne kawałki. Niewątpliwie w większości domów częściej zagości na talerzu odtwarzacza CD niż mocno odjechany Select. Płyta jest z tych, które nigdy się nie nudzą i do których bardzo często będzie się powracać. Ode mnie jeszcze dodatkowy plus za ostre gitarowe brzmienie, świetna robota Panie Byrd. Ocena muzyki: cztery gwiazdki
Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.