Jump to content

Opinie: płyty CD - ostatnio dodane

Sign in to follow this  
  1. Kim Wilde Teases & Dares

    Pierwsze co przychodzi na myśl po przesłuchaniu Teases & Dares to dość niezwykłe podejście do muzyki. Przywodzi mi na myśl takie tytuły jak Some Great Reward czy Black Celebration - Depeche Mode, może muzykę grupy Yello, inny kolega jeszcze zasugerował muzykę kapeli Frankie Goes To Hollywood. Kim Wilde podeszła tym razem do swojej muzyki znacznie śmielej, postawiono przede wszystkim na wykop, efektowne, dynamicznie acz przebojowe kompozycje. Gatunek ja bym określił jako energetyczny rock elektroniczny (hi-erg/elektro/rock), w końcu o Depeche Mode też mówiło się że grają rocka. Brzmienie jest gęste, dynamiczne, przeładowane efektami latającymi z głośników z prawa na lewo. Rytmika kawałków jest zdecydowanie bardziej złożona niż na poprzednich albumach. Na genialnym Select postawiono przede wszystkim na klimat wysoko, gładko grających, starych syntezatorów w stylu Prophet 5, również rytmy automatu były raczej proste, co dodawało jeszcze większej surowości tej muzyce. Na T&D automaty walą przejściami, przeważają pulsujące dźwięki, nieraz nakładających się na siebie linii melodycznych dwóch lub więcej syntezatorów. Ogólnie brzmienie instrumentów elektronicznych jest bardziej nowoczesne. Słychać że rodzina Kim zainwestowała w hardware o czym można się przekonać gdy tylko zajrzy się do książeczki zamieszczonej razem z płytą. Choć instrumentalnie postawiono właśnie głównie na syntezatory i automaty perkusyjne, to są tu też i gitarowe solówki oraz całe kawałki z żywą perkusją i gitarami. Sama Kim również śpiewa bardziej zdecydowanie niż wcześniej, mocno, na rockowo akcentuje słowa piosenek. Panna zdecydowanie poprawia się wokalnie z płyty na płytę. U wielu innych piosenkarek nie słychać tego tak wyraźnie jak u niej. Niemal każdy kawałek na płycie zaskakuje czymś ciekawym. The Touch, pierwszy utwór i od razu wbija w fotel atakiem automatów perkusyjnych niczym seriami z karabinu maszynowego, ale zapada w głowę zwłaszcza unosząca się sekwencja syntezatora. Is It Over, trzeba zwrócić uwagę na ciekawy efekt który brzmi jakby powstał bezpośrednio za konsoletą realizatora. Mianowicie w momencie bezpośrednio po drugim refrenie, mamy fragment w którym cichną syntezatory i gitara, a rytm wybija tylko sekcja rytmiczna. Jest to chwila wyraźnie głośniejsza w utworze, pogłośniono tu automat by jeszcze mocniej zaakcentować wykop. Suburbs Of Moscow, tu już sama kompozycja jest fenomenalna, charakterystyczna wiodąca linia przewodnia syntezatora, wysokie niby-dzwoneczki grające razem z pulsującym syntetycznym basem, do tego świetne chórki. Nietypowy, smutny tekst, czy Kim była kiedyś w Moskwie ? Możliwe że słychać tu echa zimno-wojennych klimatów. Fit In, stonowany kawałek, jest grany praktycznie bez użycia syntezatorów (pojawiają się jako ozdobniki), klasyczna perkusja i gitary brzmią znakomicie, zwłaszcza na przejściach, okazuje się że bez efekciarstwa również udało się nagrać znakomity utwór. Nie zgodzę się że Kim nie potrafi pisać piosenek (to pierwszy w całości przez nią zaaranżowany kawałek). Ta kompozycja jak dla mnie jest jedną z lepszych na płycie, gdyż w nieco innych, mniej sztucznych klimatach. Rage To Love, następny „żywy” kawałek, zdrowy, stary a jednocześnie wiecznie młody rock&roll, nogi same rwą się do tańca (jeśli ktoś tańczy rock&rolla). Ciekawie brzmiący, specyficzny, duszny klimat przywodzi na myśl zadymioną knajpę. The Second Time, oto i jeden z najlepszych kawałków jakie nagrała Kim Wilde, prawdziwy czad i to bez potrzeby użycia przesterowanych na maxa gitar. Wbijający w fotel początek, walący twardym, wykopiastym wyższym basem bit, świetna linia basu, wysoki, imitujący instrumenty dęte syntezator i te charakterystyczne patataj patataj na automatach, a potem krzyk Kim: "Just Go For It" !!!, cudo, kocham słuchać tego głośno. Klimat tego kawałka przywodzi mi ma myśl industrialny, post nuklearny świat. Szczególnie wyraźnie to czuć gdy obejrzy się teledysk. Kim walcząca z mumią obandażowaną jakby cierpiała na chorobę popromienną, no i ten tekst: "my whole world's exploding", płyta wypuszczona w 1984 roku, wtedy jeszcze ciągle ludzie się bali nuklearnej zagłady. Żeby nie było, ja wiem że tekst jest o miłości i seksie (brrr, nie lubię tekstów o seksie), no ale mi się kojarzy z klimatami filmów o Mad Maxie. Bladerunner, bardzo spokojny i klimatyczny, widać Kim mocno spodobał się film Łowca Androidów, w piosence słychać w tle fragmenty tego już klasycznego obrazu o futurystycznej mrocznej przyszłości. Przeciągłe, płynne syntezatorowe partie przywodzą na myśl dźwięki z drugiego albumu Kim, Select. Janine, nieco pogodniejszy muzycznie, motoryczny, szybki kawałek, zwraca uwagę partia gitary elektrycznej. Shangri-La, drugi utwór napisany przez Kim, mroczny, klimatyczny, przestrzenny i trzymający w napięciu, teraz dla odmiany zagrany tylko na wybijających prosty rytm automatach i przestrzennych syntezatorach. W tych momentach gdy Kim śpiewa dość cicho jej głos niemal wtapia się w mrok muzyki, powodując że ciężko zrozumieć niektóre słowa piosenki, brzmi to bardzo niezwykle. Słowa śpiewane przez Kim są o szukaniu miejsca ukojenia, odnosi się wrażenie, że chce ona znaleźć ukojenie zatapiając się w tym mroku. Thought It Was Goodbye, w ostatniej piosence słychać jakby nutkę melancholii, bardzo ładny kawałek, Kim śpiewa tutaj bardzo delikatnie, lekko i zwiewnie. Utwór urozmaica harmonijka. Teksty często nieszablonowe, niebanalne, jak dla mnie najciekawsze w muzyce pop pojawiały się właśnie w okresie lat 80-tych. Na T&D postawiono jednak głównie na przebojowość, melodyjność, co za tym idzie prostotę, choć treść utworów jest przeważnie bardzo smutna. Mówi o trudnościach dorastającego młodego człowieka w dopasowaniu się do dorosłości (Fit In), daremnego szukaniu miejsca ukojenia w miłości i smutku po jej stracie (Shangri-La, Suburbs of Moscow, Is It Over), potrzebie bliskości (The Touch, The Second Time)... Spotkałem się ze skrajnymi ocenami tej płyty, jedni uważają ją za najgorszą w karierze Kim inni wprost przeciwnie, za najlepszą. Z pewnością muzyka brzmi tu bardzo specyficznie, w większości przytłacza masa sztucznych i zimnych walących twardo bitów. Jednak nie zgodzę się że przypomina to muzykę dla robotów. Często słychać pracę gitar, ich solówki, dwa kawałki są zaaranżowane niemal tylko z klasycznymi, rockowymi instrumentami. Nie ulega jednak wątpliwości że płyta brzmi nieco futurystycznie, klimatami bardzo przypomina obrazy z tej mroczniejszej wizji przyszłości. Mrok i brud znany z filmów Ridleya Scota - „Obcego – ósmego...”, czy „Łowcy Androidów”, stanowi przeciwieństwo sterylnego, kolorowego i doskonałego świata przedstawianego nam ze strony serii filmów Star Trek. Teases & Dares to można powiedzieć ostatni album klasycznej, mrocznej Kim Wilde. Uważam że jest doskonałym podsumowaniem tego okresu, Kim nie mogła by już nagrać niczego lepszego nie popadając w autoplagiat. Następne płyty piosenkarki będą już w zdecydowanie pogodniejszych, lżejszych, popowych klimatach. T&D jest moim cichym faworytem zaraz po Select. Przede wszystkim uwielbiam go za mroczne kompozycje, energię i wykopiaste granie. Choć czasem uderza prostota kompozycji, to nie ma tu za to pompatycznych, czasem naciąganych klimatów jakie pojawiły się na poprzedniej płycie Catch As Catch Can. Dodatkowo zatopiony w mroku muzyki wokal Kim na T&D brzmi niesamowicie, jest dla mnie jednym z najlepszych w jej karierze. Słuchając tej płyty dziś, nie sposób nie dostrzec że brzmi bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie, staro i to właśnie stanowi o jej sile. Ocena muzyki: cztery i pół gwiazdki Okładka i tytuł: No i znów mamy niebanalny pomysł na okładkę. Widzimy na niej Kim w dziwacznym, kiczowatym stroju, który przywodzi na myśl niektóre kreacje mody Pana Jean-Paul Gaultier’a. Okładka jest jakby przedarta, na drugiej połówce widać również Kim przepuszczoną przez niebieski filtr, jednak nie jest to jej lustrzane odbicie, prawdziwa Kim patrzy na nas, zaś jej niby odbicie na nią samą. Cóż może to oznaczać ? Prawdę powiedziawszy nie mam pomysłów, może Kim stara się nam powiedzieć że na tej płycie jest taka jaką sama siebie widzi ? Nieco dziką, drapieżną i szaloną ? Tytuł rzuca więcej światła na całą sprawę, w wolnym tłumaczeniu można powiedzieć że Kim drażni i prowokuje. Doskonale oddaje to mroczny, jednocześnie dynamiczny i agresywny klimat muzyki na płycie. Nie ulega wątpliwości że Teases & Dares jest jednym z tych bardziej surowych i dynamicznych albumów, na tak mocne brzmienie Kim nie zdecyduje się już nigdy później.
  2. Kim Wilde Select

    Niniejsza opinia jest w większości subiektywna, jak widzicie pisana na luzie, swobodną interpretacją, wiec jeśli komuś niektóre skojarzenia wydadzą się dziwne czy nawet nietrafione, niech potraktuje je z przymrużeniem oka ;) Po dłuższym zastanowieniu i przesłuchaniu wszystkich albumów Kim, doszedłem do wniosku że to chyba najlepsza płyta tej piosenkarki. Owszem, nie porywa legendarnymi przebojami na miarę You Keep Me Hangin' On, też Kim nie śpiewa tu jeszcze na swoim najwyższym poziomie, jednak klimat muzyki, tworzonej przez wysoko grające, pulsujące analogowe syntezatory, automatyczne instrumenty perkusyjne i mroczne teksty, po prostu przebija wszystkie te wady. Słychać czerpanie pełnymi garściami z najnowszych nowinek technicznych, niepowtarzalnych, analogowych syntezatorowych instrumentów, wprost jak z wydanego w 1976 r., przełomowego albumu Oxygene - Jean Michel Jarre'a. Zresztą podobne dźwięki słychać niemal wszędzie w muzyce tego okresu, ot żeby wspomnieć tylko Noc Komety Budki Suflera (tym bardziej jeszcze że to cover grupy Eloy). Sama muzyka słuchana dzisiaj, bardzo mocno się zestarzała i nie wytrzymała próby czasu w przeciwieństwie choćby do rocka lat 70-tych. Oczywiście nie ma w tym nic złego, w każdym bądź razie ja lubię starą muzykę. Nawet śmiało uważam że dodaje to jej jeszcze większej wartości, jest dziś po prostu niezwykła i niepowtarzalna w swojej oryginalności. Niektórzy nie bez racji, uważają wręcz że z muzyką jak z winem, im starsza tym lepsza, cofają się więc do słuchania klasyki z przełomu XVIII i XIX wieku. Wracając do Select, muzyce zawartej na płycie można przylepić etykietkę Hi-NRG / New-Wave, szczególnie w tej pierwszej odmianie. Z pewnością nie jest to płyta dla fanów ciepłych wybrzmień akustycznych instrumentów, jest zimna, nieraz bezlitośnie automatyczna, przez co wydaje się bezosobowa i sztuczna, przeciwnicy takiego grania nazywali je muzyką z puszki. Niektóre kawałki, np. Ego mi osobiście mocno kojarzą się z dźwiękami jakie można było usłyszeć grając w gierki na pierwszych komputerach Commodore czy Amiga, choć te powstały oczywiście znacznie później. To właśnie w owej surowości i prostocie zawiera się sedno piękna gęstych, perkusyjnych pasaży na automatach, nieraz atmosferycznych, wysokich i podniosłych, oraz pulsujących rytmicznie analogowych syntezatorów. Muzyka wbrew pozorom nie jest jednak pozbawiona pierwiastka ludzkiego, bo niemal zawsze da się usłyszeć ledwo przebijającą się (z powodu słabości ówczesnych pieców), grającą elektryczną, czy basową gitarę. Jest i jeden kawałek w starym stylu w jakim Kim nagrała pierwszy album, post-punkowy Can You Come Over, tu wyraźnie słychać że rock nie zestarzeje się nigdy, gdyż jest po prostu ponadczasowy. Ale dla mnie osobiście, najbardziej niesamowity jest View From A Bridge, niemal zawsze włosy stają mi dęba gdy słucham tego kawałka, zwłaszcza na końcu gdy Kim śpiewa: "cos when I look below the bridge; I see its me" (skoczyła z mostu, zabiła się i teraz obserwuje swoje martwe ciało jako duch). W rzeczywistości chyba nigdy się nie dowiemy czy ona skoczyła naprawdę, gdyż śpiewa również: ''I teraz nie wiem co jest prawdą a co wyobraźnią''. Teksty dużej części utworów można interpretować na wiele sposobów, słychać że pisząca je osoba nie potraktowała ich tylko jako przyśpiewek do rytmu muzyki. Ten znakomity i chyba najbardziej charakterystyczny dla wielu utwór Selecta, z pewnością nie jednemu przypomni dzieciństwo, pierwsze hity i audycje nagrywane na magnetofonie. Jak widać w tych wydawać by się mogło prostych piosenkach jest szczypta psychodeli, oczywiście podsycana jeszcze sztuczną, zimną i bezduszną barwą analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Bo kto dziś odważyłby się napisać tekst do piosenki pop o chaosie na lotnisku i spadających samolotach, a co za tym idzie śmierci setek ludzi (Chaos At The Airport) ? Czy o tym że diabeł przechodzi się ulicami ? Action City to dla mnie piosenka jakby o sytuacji poprzedzającej Biblijny Armagedon. Nie wiem czy przypadkiem czy z namysłem udało się trafić tak bezbłędnie tekstem do sytuacji obrazującej stan zepsutego, XX wiecznego społeczeństwa. Nie da się tego oczywiście porównać do pisanych współcześnie do takiej muzyki tekstów. Teraz przeważają te miałkie o miłości, w kółko o tym samym, byle do rymu, one jakoby usypiają społeczeństwo, od razu kojarzy mi się chocholi taniec z lektury Wesele jaką przerabiałem w szkole. Trzeba też zwrócić uwagę na "przegadaną" kompozycję Cambodia. Ukłon w stronę wojny w Wietnamie, ta piosenka to swojego rodzaju anty-wojenny protest song. Ja tu słyszę muzycznie inspirację progresywnymi, tasiemcowatymi klimatami grupy Yes czy Pink Floyd, potwierdza to instrumentalne, podniosłe zakończenie Reprise, stanowiące przy okazji wspaniałe zwieńczenie albumu. O każdym utworze na płycie można by napisać jeszcze wiele, pominąłem te spokojniejsze, chyba nie słusznie, bo choćby Take Me Tonight to istne dzieło sztuki. Niesamowity, otwierający przestrzennym, unoszącym się, wysokim syntezatorem początek, perkusyjne przejścia na automacie, pulsujące miękko i miarowo rytmy innych, elektronicznych-magicznych urządzeń, chórki w dalekim tle i moment gdy Kim śpiewa: "When all I believe in is just how I'm feeling tonight; Oh, take me tonight", "Oh, weź mnie tej nocy", a jej głos rozmywa się w przestrzeni tak jakby kochanek naprawdę zabrał ją sprzed mikrofonu. Muzyka instrumentalnie choć opiera się głównie o brzmienia analogowych syntezatorów i automatów perkusyjnych jest bardzo zróżnicowana. Mamy mocne i szybkie, pulsujące syntezatorami i walące automatami perkusyjnymi jak seriami z karabinu, utwory takie jak Ego, Words Fell Down, Chaos At The Airport, oraz spokojne, niemal eterycznie rozpływające się w powietrzu dzięki sztucznej przestrzeni generowanej przez elektronikę, Just A Feeling (wspaniała gitarowa solówka) czy wspomniany Take Me Tonight. Najspokojniejszym utworem jest Wendy Sadd, jakby pogodniejszy... ale to tylko pozory. Mówi o takich przerażających czynach jak gwałt, obłęd i w końcu samobójstwo młodej dziewczyny. Niezwykłe że rodzina Wilde'ów z ojcem i bratem na czele pozwoliła śpiewać 22-letniej, młodziutkiej Kim tak mocne teksty. Różne smaczki urozmaicają kompozycje. Szum wiatru na początku View From A Bridge, jakby obrazujący wielkość i wysokość mostu, dźwięk odrzutowego silnika samolotu w Chaos At The Airport, czy odgłos lecącego śmigłowca pomiędzy Cambodia i Reprise. Co ciekawe, nie są to rzeczywiste dźwięki, a wygenerowane za pomocą syntezatorów tak by przypominały naturalne odgłosy. Przywodzą mocno na myśl rozpoczynające Ciemną Stronę Księżyca Floydów bicie serca, również generowane przez analogowy syntezator, czy w utworze On The Run, gdzie syntetyczne dźwięki naśladują przejeżdżające z prawa na lewo przez peron pociągi. Świetny pomysł i znakomite wykonanie, każdy głupi mógłby nagrać lecący samolot i umieścić go na początku piosenki, wygenerowanie czegoś takiego na syntezatorze brzmi z pewnością znacznie bardziej niezwykle. W Just A Feeling głos Kim wypełnia całą przestrzeń pomiędzy kolumnami, nie jest zawieszony punktowo, brzmi to jakby nagrano ją mono w każdym kanale. Można powiedzieć że w tym kawałku wokal pełni podobną rolę jak grający, elektroniczny instrument. Efekty te brzmią bardzo ciekawie, nietypowo i nieszablonowo, nie przeszkadzają w słuchaniu materiału a wręcz przeciwnie, wzbudzają w słuchaczu jeszcze większą ciekawość, po raz kolejny należą się słowa uznania. Select jest z pewnością za pierwszym przesłuchaniem nieco dziwny, nawet trzeba powiedzieć, jak na muzykę pop do jakiej się zalicza, ostro odjechany, surowy i przez to ciężko przyswajalny. Sam przyznam, słuchając przez wiele lat głównie rocka i metalu podchodziłem do niego pies do jeża. Ale po prostu jak każda znakomita muzyka, również ta płyta wymaga od słuchacza czasu i cierpliwości, by po coraz to kolejnych przesłuchaniach zaczął dostrzegać prawdziwe piękno, wyjątkowość i niepowtarzalność tego brzmienia. Stare już dziś, analogowe syntezatory jak np. Prophet 5, mają swoją niesamowitą, niepowtarzalną barwę, tworzone przez nie efekty dźwiękowe nie raz wprost porażają, zwłaszcza na dobrze dobranym systemie stereo, nic dziwnego że przez wielu uważane są za najdoskonalsze instrumenty muzyczne wszechczasów... Podsumowując, pozycja klasyczna, powinna się znaleźć w każdej kolekcji szanującego się melomana, a na pewno wstyd nie znać tej muzyki. Niestety, z tego co zauważyłem, mimo wielu znakomitych ocen krytyków muzycznych, płyta raczej zapomniana, tak więc warto wydobyć ją z odmętów swoich zbiorów by przeżyć na nowo. Dla mnie osobiście w trójce płyt do za brania na bezludną wyspę, po prostu arcydzieło ! Ocena muzyki: pięć a nawet sześć gwiazdek ! Okładka i tytuł: Spróbujmy zabawić się w omówienie okładki płyty (oryginalne wydanie z wytwórni RAK Records, EMI Electrola 1982). Książeczka Select jest dla mnie równie niezwykła co sama muzyka. Na jednej stronie zdjęcie popiersia Kim na białym tle, na odwrocie niby takie samo ale na czarnym tle. Czy dacie radę odnaleźć szczegółów różniących oba zdjęcia ? Wbrew pozorom nie jest to takie proste, mocno kontrastujące tło potrafi spłatać figle naszym oczkom. Co miałyby przedstawiać te dwa zdjęcia ? Może chodzi o jasną i o mroczną stronę osobowości Kim ? Okładka jest prosta jak sama muzyka na płycie, czy niesie jednak jakieś ukryte przesłanie ? Wewnątrz okładki tylko track lista na futurystycznym tle nie pozwala na snucie jakichkolwiek innych domysłów. Piękno jest sztuką nawet jeśli tkwi w prostocie. Nazwa płyty można powiedzieć również oddaje klimat muzyki. Precyzyjne dobrane, wyselekcjonowane czyste, zimne elektroniczne dźwięki. Gładkie i doskonałe jak pół-naga postać młodej Kim ze zdjęcia. Twarz Kim kojarzyć się może z obrazem Mona Lizy... choć już może trochę przeginam. Ale Kim ze zdjęcia też ani się nie uśmiecha, ani nie smuci, bije od niej jakiś wewnętrzny spokój i piękno...
  3. Kim Wilde Kim Wilde

    Kocham rocka, a elektryczne gitary to mój ulubiony instrument, więc jak mógłbym nie pokochać tej płyty ? Wiadomo, ojciec Kim to stary wyga rokendrolowiec, nic więc dziwnego że pierwsza płyta piosenkarki powstała w takim właśnie stylu. Jest to najbardziej żywy instrumentalnie album Kim. Nic dziwnego, brzmienie wypełnia dźwięk miodnych, przesterowanych, elektrycznych gitary, pulsującej gitary basowej i bijącej wesoło perkusji. Brzmienie jest przeciwieństwem mrocznej, szarej i równocześnie plastikowej, cukierkowej elektroniki. Jest więc żywe, kolorowe, ale też brudne, szorstkie, mięsiste, każde uderzenie w werbel czy pociągnięcie struny jest inne. Mimo to, syntezatory również starają się przebijać na pierwszy plan w tej nierównej walce i często im się to udaje. Mimo że produkcja jest stara, to sam styl muzyczny nic a nic się nie postarzał. Założę się że gdyby wyposażyć Panów którzy grali na tej płycie we współczesne piece Mesy lub Marshalle, muzyka zabrzmiałaby nieodróżnialnie od współczesnego łojenia. Nie wiem jakim budżetem dysponowała rodzina Wilde gdy nagrywali ten album. Z pewnością dźwięk gitarowych pieców to nie to czym nawet wcześniej raczyły nas legendarne już przestery AC/DC. Ale możliwe też że był to efekt zamierzony, muzykę na pierwszej płycie Kim można określić jako new-wave/post-punk, czyli taką odmianę punka pod domowe strzechy ale z eksperymentalnym użyciem instrumentów syntezatorowych. Często więc gitary na płycie grają troszkę za cicho i dzięki temu nie zagłuszają sekcji rytmicznej pulsującego basu, bijącej perkusji, elektronicznych podkładów, przeszkadzajek, oraz śpiewu Kim. Muzycy na płycie są znakomici, słychać że urodzili się z rock&rollem we krwi. Perkusista raczy nas co rusz przejściami i ozdobnikami. Basista nie odwala od niechcenia swojej roboty plumkając w jedną strunę, a przecież mógłby i nikt nie miałby mu tego za złe (vide AC/DC). Gitarzysta co rusz to zaskakuje nas ciekawymi efektami, ślizgiem po strunach, zmianami tonacji i tempa, ciekawie zaimprowizowanymi solówkami. Syntezatory mocno urozmaicają kompozycje i nie raz przejmują pałeczkę odgrywając choćby partie solowe w miejsce gitar (choćby w Everything We Know), czy nieraz wprost zastępują i naśladują brzmienia gitar (Kids In America). W porównaniu do współcześnie granego numetalu na dwa akordy/darcie mordy, ta wydawać by się mogło archaiczna płyta z 81 roku to kosmos. Świetnie wyszły partie na trąbki w kawałku 2-6-5-8-0, zresztą, sama piosenka daje kupę radochy: "2-6-5-8-0 Oh, dial it if you want to know me", to nie jest numer telefonu do Kim ? Ciekawe czy ktoś próbował dzwonić. W końcu nadające sporej egzotyki, zwłaszcza w muzyce z 81 roku, analogowe syntezatory. Ostatni utwór na płycie, mocno syntezatorowy Tuning In Tuning On, jest pewnego rodzaju przełomem. Pasuje bardziej do następnej płyty Select, ale umieszczenie go już na rockowym debiucie Kim Wilde, spowodowało że automatycznie trzeba uznać tę płytę za epokową. Śpiew Kim jest dziki i nieokrzesany. Ale dla mnie cecha wyróżniająca najlepsze piosenkarki na świecie to umiejętność zaśpiewania zarówno z pazurem, ogniem, jak i balladowo, przejmująco. Kim Wilde zdecydowanie jest w pierwszej czołówce takich artystek, bo nie da się ukryć, że zarówno rockowe Chequered Love jak i urokliwe You'll Never Be So Wrong wyszło jej doskonale. Tak jak już zauważyłem w opisie innych albumów, może w tych wczesnych latach jej barwa głosu nie była jeszcze na najwyższym poziomie, ale nadrabiała to sercem i szczerością, co ja osobiście cenie ponad piękną barwę. Na tej płycie ma w dodatku ledwie 21 lat i jak na swój wiek radzi sobie wg mnie bardzo dobrze. Napisałem wcześniej że płyta jest epokowa, mocne słowa, dlaczego tak uważam ? Po pierwsze, punkowe, brudne i dzikie, a równocześnie przebojowe brzmienie, kawałki takie jak Kids In America niemal regularnie brane są na warsztat przez domorosłe garażowo/osiedlowe kapele rockowe. Po drugie, użycie bardzo często analogowych syntezatorów, które ostatni utwór już zdominowały. Po trzecie... śpiewająca Pani na wokalu. Nawet w obecnych czasach w muzyce z gatunku szeroko pojętego rocka dominują śpiewający mężczyźni. Owszem, dla kogoś przełomowa może się stać już Suzi Quarto. Ona nie dość że śpiewała rocka, to jeszcze sama grała na basie. A właśnie, w śpiewie Kim na tej płycie słychać inspiracje małą Suzi, którą nawiasem też uwielbiam. Jak płyty słucha się dzisiaj ? Bardzo dobrze, jak każdego rocka, postarzało się oczywiście tylko brzmienie syntezatorów i troszkę gitarowych pieców, przeto produkcja brzmi wyjątkowo. Słychać z jakich korzeni wywodzie się obecna większość brudnego i realistycznie nieokrzesanego rockowego grania z syntezatorem. Pierwsza płyta Kim choć znakomita, nie jest jednak tak wyjątkowa i niepowtarzalna jak następne, nie boję się tego stwierdzić, arcydzieło: Select. Oczywiście nie można jej nie mieć, niesamowite że każda płyta tej piosenkarki jest wyjątkowa i warta poznania, najlepiej oczywiście zacząć od debiutu. Ocena muzyki: cztery i pół gwiazdki Okładka i tytuł: Tytuł płyty, po prostu Kim Wilde zwraca uwagę na główną bohaterkę muzyki. Ale na mrocznej, tandetnej okładce widzimy nie samą Kim, tylko również członków zespołu z jakim nagrała płytę. Co jest, niepodobna się wam taka stylistyka ? Uważajcie, posępne miny młodych dzieci punków i zdołowana, groźna Kim, wyciąga rękę tak, jakby miała zaraz pokazać środkowy palec by wyrazić co myśli o tych którym okładka się nie podoba... ;)
  4. Dead Can Dance Spiritchaser

    Ostatnia płyta produkcji DCD i chyba najlepsza choć należy tu wyraźnie zaznaczyć,że DCD nie ma słabych płyt.Doskonały warsztat muzyczny zostaje ukoronowany w tym nagraniu. Płyta zachodząca o klimaty muzyki etnicznej. Świetnie wkomponowane i rozbudowane elementy perkusyjne. Klimat zbudowany jest o wspaniały muzykę przenoszącą nas do innego wymiaru. Słyszymy odgłosy dżungli wiatr pustni. Widzimy tańce dzikich i obrzędy szamanów. Cały czas słyszymy wspaniały afrykański bemben który wyznacza tempo płyty i buduje napięcie. Płyta godna polecenia.
  5. The Rolling Stones Black and Blue

    Piękny dialog kolega wymyślił ;-) Ja bardzo lubię B&B za luz, dystans chłopaków do samych siebie, bujanie i naprawdę fajny klimat. Trzeba mieć!
Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.