Jump to content

Opinie: płyty CD - ostatnio dodane

Sign in to follow this  
  1. Aqua Aquarius

    By w pewien sposób zaznaczyć niedawną śmierć króla popu, Michaela Jacksona, oraz by nieco rozweselić te smutne chwile, zapraszam do wesołego, bajkowego świata muzyki bardzo podobnej z pozoru do muzyki Jacksona. Oto i druga odsłona niezwykłego zespołu Aqua na naszym audiofilskim forum :) Na początek jeszcze kilka słów na temat wokalistki Lene Nystrom. Tutaj ma już 27 lat a jej głos ani trochę nie zmienił się w porównaniu do nagranej trzy lata wcześniej płyty. Mimo to zmienił się nieco styl śpiewania, dostosowując do urozmaiconych, nowych piosenek. Dalej mamy więc wysokie, nieco dziecinno piskliwe partie wokalne, ale też niższe, bardziej gładkie i miłe dla ucha, gdy śpiewa ballady. Nie ukrywam, bardzo lubię wysoko śpiewające kobiety i słuchanie Pani Lene sprawia mi o wiele większa przyjemność niż np. Diany Krall, którą na kiepskim sprzęcie można chyba pomylić z facetem hehe ;P Rene udziela się na płycie w zdecydowanie mniejszym stopniu niż na poprzedniej. Zrezygnowano z rapujących partii co mnie akurat bardzo cieszy (nie lubię rapowania). Muzyka na nowym albumie ewoluowała w bardzo dobrym kierunku. Na płycie tego wydawać by się mogło kiczowatego i nic nie znaczącego dla audiofila zespołu, pojawiają partie grane przez Sztokholmską Orkiestrę Symfoniczną. Chyba jedynym powodem dla którego do tej pory nie skorzystano z tych piosenek w ścieżkach dźwiękowych filmów animowanych dla dzieci, jest często ich podtekst dla dorosłych. Jednak trzeba zaznaczyć, jest on skrzętnie ukryty i zrozumiały tylko dla dorosłych, tak więc bez obawy możecie drodzy rodzice puszczać tą muzyczkę swoim najmłodszym pociechom ;) Właśnie większość utworów dzięki orkiestrze nabrała niesamowicie filmowego, obrazowego charakteru. Muzyka jest ponadto o wiele bardziej urozmaicona, nie obce są zmiany tempa i nastrojów. Jak zwykle, polecę obejrzeć znakomite teledyski które wprowadzą w ten niezwykły, Aquowy klimat. Może i nie dałbym tej płycie maksymalnej oceny w gwiazdkach. Moje zarzuty: Czasem słychać powtarzające się schematy w piosenkach, np. mroczna część Good Guys jest bardzo podobna do tej z Turn Back Time na poprzednim albumie. Pierwsza filmowa piosenka Around The World nie dorównuje niestety Doktorowi Jonesowi. Taneczna Cuba Libre, brakuje mi w niej wiodącego, słodziutkiego wokalu Lene, po za tym kreskówkowa Aqua w klimatach salsy Rickiego Martina brzmi nieco dziwnie :] Ale... reszta kawałków zasługuje jednak na wysoką ocenę, szczególnie ballady, tak więc Aquarius całościowo prezentuje się lepiej niż poprzednie Aquarium. Ponadto nie znam wiele zespołów które zdecydowały się na granie takiego typ muzyki, tak więc dodatkowy plus za oryginalność ;) Ostatecznie ocena będzie cztery i pół gwiazdki w zaokrągleniu do pięciu, na zachętę ;P Kolejno na płycie mamy: Cartoon Heroes - podróż w świat komiksowych herosów większych dzieci, Spidermana i Supermana, na pokładzie statku kosmicznego / łodzi podwodnej wzorowanej na Nautilusie kapitana Nemo ;) Prawdziwa nazwa statku, jak wyjaśnia w pewnym wywiadzie grupa to właśnie Aquarius. Around The World - luźna interpretacja starego (1965 r.), francuskiego thrillera Belfegor. Freaky Friday - świetna parodia klimatów country. We Belong To The Sea - wspaniała, piękna, bijąca wewnętrznym ciepłem ballada. An Apple A Day - brzmi jakby powrót w klimaty Aquarium. Halloween - rewelacyjny, przerażający (;P) początek, powrót strasznego Candymana znanego nam wcześniej z poprzedniej płyty i kawałka Lollipop (Candyman). Jest to oczywiście nawiązanie do kina grozy. Bardzo fajnie brzmi tu cicho riffująca w tle elektryczna gitara, mi ta piosenka mocno kojarzy się jeszcze ze znaną chyba wszystkim metalowcom, power-metalową kapelą - Helloween ;) Good Guys – w poprzednim kawałku, Lene śpiewała: "I'm in a nightmare", ten zaczyna się jakby budziła się z tego snu, cała piosenka zaś jest w klimatach znajdującego się na poprzednim albumie Turn Back Time, znakomite, popowe, klimatyczne granie. Back From Mars - tu główną linię melodyczną tworzy orkiestra symfoniczna, wyszło to dość niezwykle. Aquarius - tytułowy utwór a całkowicie niepodobny do plastikowych, Aquowych dźwięków. Jest doprawdy magiczny, nastrojowy, grany przez orkiestrę, fortepian i śpiewany przez cudownie słodki głos Lene. Cuba Libre - ta piosenka jest mocno inspirowana latynoską muzyką, w rytmach salsy nogi same rwą się do tańca ;) Bumble Bees - no i wreszcie mamy powrót do świata kreskówek :) Tym razem klimaty dla bardzo małych dzieci, pamiętacie bajki o pszczółce Mai i trutniu Guciu ? Wyszło to obłędnie, wraz ze znakomitym teledyskiem ;P Goodbye To The Cirrus - i znów nastrojowa orkiestra, przepiękny, spokojny kawałek w tle z cyrkowymi dźwiękami. Niesamowicie miękki, przyjemny wokal Lene. Niestety, ostatni utwór zwiastuje pożegnanie nie tylko z Cyrkiem. W 2001 roku muzycy niespodziewanie rozstali się. Lena nagrała jeszcze później swoją solową płytę. Mimo że nie została ona dobrze przyjęta na listach przebojów, polecam ją gorąco wszystkim których zauroczył jej głos. Opuściła ona tam zdecydowanie bajkowe klimaty na rzecz R&B i rocka, przez co wyszła zdecydowanie bardziej poważnie. Choć z drugiej strony pozowanie na sex-vampa wyszło jej naprawdę komicznie ;P Rozpędziłem się, wszystko w swoim czasie, idąc za ciosem wkrótce napiszę opinię również i o tej płycie ;) W 2007 roku nasi kreskówkowi bohaterowie reaktywowali grupę, a w 2009 roku wydali swoje Greatest Hits z trzema nowymi, kompozycjami. Ciekawi mnie czy potrafiliby jeszcze wykrzesać coś odkrywczego w kreskówkowych Aquowych dźwiękach ;) Aqua tworzy z pewnością dziwną i kontrowersyjną muzykę którą można albo polubić albo znienawidzić, pośredniej opcji nie ma ;) Nawet w latach swojej świetności zespół był mocno krytykowany przez co bardziej ambitne, muzyczne autorytety. Proste pioseneczki grupy są niezwykle klimatyczne, jeśli ktoś oczywiście czuje ten klimat. Mają też niesamowitą, niemal magnetyczną siłę "przylepienia" się do człowieka ;) Słuchasz chwilę Bumble Bees i już nie możesz się uwolnić od Gucia i Mai, reżyser z teledysku próbował packą na muchy ;P Latają za tobą a Ty jesteś w stanie tylko w kółko powtarzać jak zahipnotyzowany: "Bumble bee, bump into me" ;P Dla audiofila może to mało istotne, ale Aqua tworzyła właśnie muzykę która przede wszystkim miała być przebojowa. Nawet gdzieś spotkałem się z opinią że na płytach tego zespołu są najprawdopodobniej jedne z najbardziej chwytliwych i przebojowych piosenek jakie kiedykolwiek powstały ;) Nie da się oczywiście ukryć, Aqua-styl jest bardzo obciachowy i odmóżdżający, jak dla mnie w sam raz po ciężkim, progresywno-metalowym łojeniu lub free-jazzowych zakręconych improwizacjach ;P PS. Oczywiście ważne żeby nie słuchać tego za często, bo można naprawdę cofnąć się w rozwoju ;P
  2. Pat Metheny one quiet night

    Jak na Pata - słabiutko. Tym razem najwyraźniej brakło pomysłów. Prawie wszystkie utwory oparte są na prostej harmonice funkcyjnej: kilka prostych akordów, parę przewrotów i bardzo przewidywalne rozwiązanie. Taki powtarzający sie schemat już po kilku minutach powoduje uczucie znużenia, a po przesłuchaniu całej płyty wszystkie utwory zlewają się w jedno. Szkoda, bo Pat udowodnił nie raz, że potrafi zaskakiwać i myśleć bardzo nieszablonowo, nawet jeśli porusza sie w obrębie mainstreamu gdzie - wydawałoby się - wszystko już wymyślono. A tutaj - nudą i pustką zionie.
  3. Aqua Aquarium

    Od razu na wstępie chcę zaznaczyć że to nie żart ;P Opinia o takiej płycie na tak popularnym, szanowanym, audiofilskim forum ? A dlaczego nie ! ;P Przyznać się, któż z nas nie zna nieśmiertelnych, wałkowanych do znudzenia w radio i MTV hitów, Barbie Girl, Doctor Jones... Tak więc na początek zaznaczmy, że muzyka grana przez wcale nie młodych Duńczyków (jeden z i reszta sprzed rocznika 70) i piękną Norweżkę, jest zaprzeczeniem audiofilskiego wyrafinowania i smaku ;P Z premedytacją obrany styl, tzw. "bubblegum pop sound", mający swoje korzenie już w latach 60tych, niewątpliwie stał się bardzo charakterystyczny i przyczynił się swego czasu do światowego sukcesu muzyków. Powtarzając za znanymi źródłami: Aqua, swoimi trzema pierwszymi singlami opanowała listę muzyczną "UK Singles Chart", co udało się tylko kilku wykonawcom. W muzyce grupy słychać ewidentne, celowe nawiązania do kiczu, pastiszu, kreskówek, komiksów, zabawek, wszystkiego co niewinne, słodkie i tak bliskie wydawać by się mogło głównie dzieciom. Ale choćby po powierzchownej analizie kawałków takich jak przesławny Barbie Girl, słychać również wieloznaczne przesłania, satyryczne przerysowanie zachowań społecznych. Czy po posłuchaniu tej piosenki ktoś jeszcze uważa, że lalka Barbie jest ideałem kobiecości ? "Life in plastic, it's fantastic", to jakby żywcem o silikonowych implantach i innych tego typu sztucznych ulepszaczach urody ;P Kłania się może nieznana większości sprawa pozwania Universala do sądu przez firmę Mattel (producenta lalki Barbie), całe szczęcie sąd uznał utwór za nieszkodliwą parodię ;) Oczywiście idąc dalej, rewelacyjne, prześmiewcze przerysowanie hollywoodzkich produkcji choćby w mojej ulubionej piosence Doctor Jones (ewidentne nawiązanie do filmów o Indianie Jonesie). Ale na tej płycie są również dwie piosenki które wyłamują się z prześmiewczego schematu. Bardzo ładna, grana na akustycznych gitarach ballada Be a Man i przede wszystkim singlowy, nietypowo Aquowy, bo smutny, ale naprawdę znakomity Turn Back Time (znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu "Przypadkowa dziewczyna" - Sliding Doors). Muzyka jest nieskomplikowana, oparta najczęściej na mocnym, basowym bicie. Najprawdopodobniej obecnie każdy z nas mógłby sobie coś podobnego skomponować w domu za pomocą komputera ;) Podstawą są proste, łatwo wpadające w ucho melodie. Barwa elektronicznych instrumentów nie jest jednak zimna i surowa jak np. kapeli Depeche Mode. Udało się uzyskać bardzo plastyczne, miękkie, dźwięczne i nieagresywne dźwięki, idealnie pasujące do komiksowego charakteru muzyki. Jednak jeśli myślicie że jest to podobne do disco polo czy smerfnych hitów to jesteście mocno w błędzie. Piosenki są skomponowane profesjonalnie, z wyczuciem i smakiem, jeśli nawet łączy je podobny, basowy bit, reszta elektronicznych ozdobników powoduje że każdy utwór jest wyjątkowy i po prostu inny. Ale nawet jeśli uznać że muzyka jest niezbyt zróżnicowana, to charakter partii wokalnych z pewnością zasługuje na wysoką ocenę. Łatwe do zapamiętania, znakomicie rymujące się teksty wprost zachęcają by śpiewać razem z muzykami. Iście niepowtarzalny jest dźwięczny, wysoki niemal jak piskliwej małej dziewczynki, czy głupiutkiej, naiwnej blondynki głos Pani Lene Nystrom ;) Aż trudno uwierzyć że ta kobieta urodziła się w 1973 roku i obecnie ma 36 lat. Pan Rene Dif często udziela się śpiewem, oraz w pseudo-rapujących fragmentach, on ma z kolei głos typowego, przerysowanego macho-mięśniaka. Przezabawnie wychodzą śpiewane przez nich razem piosenki, dialog Kena z Barbie to już klasyka ;P Teledyski grupy można śmiało umieścić w forumowym wątku: "Najciekawsze teledyski". Polecam je obejrzeć gdyż znakomicie oddają klimat samej muzyki. Większość opowiada jakąś bajkową, lub klasycznie filmową historię, raz o piratach, raz o doktorze i jego ukochanej w dżungli ;P Zauważcie że niemal zawsze w każdej opowieści prześliczna Lene jest poddawana jakimś perwersyjnym torturom ;P Biczowanie przez piratów (My Oh My), gotowanie w kotle dzikusów (Doctor Jones), wiwisekcja laserem przez kosmitów (Lollipop (Candyman)), a nawet raz urwali biedaczce rękę (Barbie Girl) ;P Zespół wyda kilka lat później jeszcze jedną płytę - Aquarius. Mimo że nie sprzedała się ona w tak wielkiej ilości kopii jak Aquarium, uważam że jest równie dobra, jak nie lepsza od tejże. Np. m.in. bardzo fajnie wyszła im tam piosenka Bumble Bees, nawiązania do Pszczółki Mai i Gucia wprost porażające ;P Czy taka muzyka jest warta słuchania ? Oceńcie sami ;) Jeśli czujecie nostalgię za latami młodości, gdy byliście dziećmi i zachwycaliście się Myszką Miki, księżniczkami, rycerzami, piratami, to z pewnością załapiecie ten klimat :) Poza tym to jedne z najweselszych piosenek jakie kiedykolwiek powstały. Posłuchajcie sobie ich po przesłuchaniu poważnych, smutnych, dołująco-nastrojowych płyt np. Joy Division, niezapomniane, jedyne w swoim rodzaju wrażenie ;P Aquarium była moją drugą zakupioną w życiu płytą CD. Na fali popularności zespołu słuchałem jej wtedy pamiętam dosyć często ;) Później nadszedł czas przesterowanych gitar, progresywnego metalu i rocka, w tych klimatach obracam się do tej pory. Do płytki wróciłem po ponad 10-cio letniej przerwie i teraz odbieram tą muzykę zupełnie inaczej. Zmęczony brandzlowaniem gryfów, perkusyjnymi wywijasami, szukałem czegoś wesołego, prostego, słodkiego i naiwnego, czy może po prostu ładnego. Z pewnością mam również sentyment do tej muzyki, gdyż wiążą się z nią niezapomniane chwile i wspomnienia młodości ;P Znalazłem gdzieś w Internecie opinię kogoś kto również docenił tą muzyczkę, paradoksalnie podpisał się... również jako zagorzały fan przesterowanych gitar i dudniącej perkusji ;P Jak to fajnie nie kierować się audiofilskimi uprzedzeniami i słuchać wszystkiego co nam się podoba, bez stresowania się kolegami melomanami, którzy z pewnością w większości by nas wyśmiali gdyby tylko usłyszeli taką muzykę puszczoną na swoim wyrafinowanym, hi-endowym sprzęcichu ;P
  4. Evanescence The Open Door

    Ta płytka to trzeci długogrający album kapeli, nie jak wielu (łącznie z samą Amy Lee ;P) sądzi drugi. Bez wątpienia, najmroczniejszy, najklimatyczniejszy był genialny debiut Origin (minialbum wydany w nakładzie 2500 sztuk). Fallen to takie trochę granie pod publikę, zawierający kilka sprawdzonych kawałków z Origin, przerobionych by brzmiały bardziej przebojowo, pop-rockowo. Od razu na wstępie muszę wyjaśnić, że Evanescence nie jest dla mnie zespołem grającym metal czy o zgrozo jakiś metal gotycki w stylu Nightwish. Muzykę metalową przynajmniej ja (wychowany na Strażniku Kluczy Helloween i Metallicy) kojarzę z zupełnie innymi dźwiękami ;) Evanescence grają coś w stylu art-rocka z różnymi, gotyckimi, numetalowymi, elektronicznymi, a nawet klasycznymi dodatkami. Nie można przejść obojętnie obok niezwykle naładowanego emocjami głosu wokalistki Amy Lee. Ta dziewczyna będąca ledwie rok starsza ode mnie, potrafi wyzwolić w swoim śpiewie (jeśli nawet niezbyt wyrafinowanym), uczucia które wyciskają taką charakterystyczną mokrą ciecz z oczu ;) W tytułowym The Open Door z pewnością na plus zasługuje zerwanie z mocno lansowaną na poprzednim albumie Fallen koncepcją pop-rock. The Open Door jest cięższy od poprzednika, mroczniejszy, a od swojej połowy zdecydowanie mniej przebojowy, ale równocześnie zawierając tam ciekawsze, bo urozmaicone artystycznie kompozycje. Nie ma tu już na szczęście żadnego rapera, który zresztą udzielał się na Fallen, w utworze Bring Me To Life tylko z powodu nacisków wytwórni (zespół był temu przeciwny). Od razu słychać zmianę wioślarza. Wieloletni przyjaciel Amy, współzałożyciel kapeli Ben Moody odszedł :( Może i nie był wybitnym gitarzystą, ale włożył w brzmienie, przynajmniej przed-Fallenowego Evanescence, kawał całego siebie. Próżne nadzieje że jego następca podniesie poprzeczkę wyżej. Gra Terrego Balsamo jest niewiele lepsza i niestety, znowu zawiera często powtarzające się, numetalowe schematy, zwłaszcza na pierwszej, singlowej części płyty. Szkoda że zespół miał pecha co do doboru gitarzystów. Amy, kreującej się na artystkę unikającą szufladek, zdecydowanie przydałby się bardziej kreatywny wioślarz ;) Śpiew Amy stał się zdecydowanie bardziej urozmaicony. Młoda wokalistka nie jest już tak spłoszona, nieśmiała, zdecydowanie odważniej używa wysokich rejestrów (aż nawet za bardzo choćby w utworach Cloud Nine, Lithium). No właśnie, o ile jej górki czasem potrafią wywołać kwaśny grymas na twarzy, to mi jednak zdecydowanie bardziej podoba się gdy śpiewa niżej, nawet jeszcze niżej niż ma to w zwyczaju ;) Bardzo fajnie to słychać np. w kawałkach Weight Of The World, Snow White Queen czy Like You (polecam też posłuchać jak zaśpiewała Going Under na płytce koncertowej Any Where But Home). Mamy też oczywiście niezastąpione, urozmaicające i nadające gotyckiego klimatu chórki, a nawet orkiestrowe składy (w Lacrymosie). Elektronika na płycie nie ma już tak typowego popowego zabarwienia jak w Fallen, brzmi zdecydowanie ciężej i mroczniej. Rockowi puryści z pewnością będą marudzić że takie ozdobniki są zbędne, ja jestem wręcz przeciwnego zdania. Dla mnie elektronika urozmaica brzmienie, przydaje się to szczególnie gdy gitarzysta niezbyt bystry ;) Singlowych hitów nie ma co omawiać, każdy z pewnością się z nimi zapoznał. Sweet Sacrifice, Call Me When You're Sober i reszta kawałków do 6 tracka, to typowe, czadowe numetalowo-rockowe granie, mocno w stylu Fallen choć ciężej. Płyta dopiero począwszy od Snow White Queen zaczyna się robić bardzo ciekawa. W tym kawałku, mamy bardzo fajnie brzmiący, połamany riff. Nareszcie słychać że Balsamo nie jest tu tylko od robienia hałasu ;) Nawiązanie do muzyki klasycznej, dokładniej Requiem Mozarta mamy w kompozycji Lacrymosa. Brzmi to niezwykle świeżo, bez zbędnego patosu o co można by podejrzewać. Następny kawałek jest jednym z moich ulubionych, Like You dedykowany zmarłej siostrze Amy. Bardzo stonowany w pierwszej części, słuchać żal i smutek, który w pewnym monecie wybucha rozpaczliwym krzykiem Amy oraz ścianą przesterowanych gitar. Brzmi bardzo w stylu pierwszych EPek kapeli i bardzo dobrze ! Dalej mamy Lose Control. Ten kawałek przypomina mi dla odmiany trochę klimaty jakie znajdziemy na Origin. Bardzo mroczny, ciężki, zniekształcony przez elektronikę (te trzaski to nie jitter ;)), z prostym, ale fajnie brzmiącym unoszącym się riffem. Całkowite przeciwieństwo przebojowych pop-hitów z Fallen. The Only One, rewelacyjna kompozycja, zmienne tempa, tonacji i nastrojów, od cichego plumkania na fortepianie i szeptu, do ostro podkręconych, przesterowanych riffów i krzyku. Your Star, gdzieś przeczytałem że ta piosenka rozwija się niczym kwiat, doskonale oddaje to jego sedno. Delikatny, nieśmiały, egzotyczny, fortepianowy, jednocześnie mocny, rockowy, z dynamicznym, przerywanym riffem. All That I'm Living For, kolejny znakomity numer, bardziej hard-rockowy niż metalowy, ze względu na przerywane, uderzające wraz ze stopą niczym młot riffy (choć brzmią bardzo podobnie do tych z poprzedniego kawałka). Chwila ciszy pomiędzy nimi fantastycznie podkręca dynamikę. Good Enough, ostatnia piosenka i ballada, których do tej pory nie uświadczyliśmy na płycie. Co ciekawe, ma ona chyba jako pierwsza w historii kapeli jednoznacznie, pozytywne zabarwienie. Należy się nieco dłuższa chwila by polubić ten kawałek, co ciekawe nabiera on znacznie więcej na wartości po obejrzeniu teledysku doń nakręconego (nawiasem najlepszy clip kapeli). Powstał naprawdę bardzo dobry album, zróżnicowany i pełen znacznie lepszych, bo prawdziwie rockowych kompozycji niż te z Fallen. Nie ma na nim może jakichś wirtuozerskich popisów, jest za to bardzo spójny i klimatyczny, choć oczywiście przy doskonałym Origin wydaje się nieco jednowymiarowy. To czego brakuje mi w nim najbardziej to fortepianu Baldwin na jakim gra Amy, niestety zbyt często ginie on utopiony w ścianie przesterowanych gitar :( Ballad w jakich wcześniej grał podstawowa rolę, jest tu tylko stanowczo za mało, dokładnie jedna :] Choć pomiędzy Origin i The Open Door widzicie różnicę tylko jednej gwiazdki, uważam że przepaść pomiędzy tymi krążkami jest zdecydowanie większa. Mimo to, jest to już zupełnie inna muzyka i nie zdziwię się jeśli zagorzałemu fanowi metalu i rocka bardziej spodobają się Otwarte Drzwi ;) Amy Lee kilkakrotnie deklarowała chęć tworzenia muzyki niepowtarzalnej, broniąc się rękami i nogami przed przypinanymi Evanescence etykietkami. No cóż, jeszcze młoda jest i chyba za mało w życiu słyszała ;P Mam nadzieję że kiedyś zrozumie, że naprawdę najbardziej niepowtarzalny, był jej w parze z Benem Moody debiut Origin. Na The Open Door, który to wydaje się najbardziej Amynescenceowym albumem kapeli (większość starych muzyków odeszła przed jego nagraniem), udało jej się pewnymi kompozycjami stworzyć coś innego, szczególnie słychać to w utworach Lacrymosa, Lose Control, Your Star. The Open Door to ostatni jak na razie album Evanescence, artystka ogłosiła przerwę dla siebie i zespołu zmęczona nieustannym koncertowaniem. Jeśli jeszcze kiedykolwiek wróci do studia z zamiarem nagrania nowej płyty, życzę jej spełnienia marzenia o nagraniu czegoś według niej wyjątkowego, czegoś czego nikt jeszcze przed nią nie stworzył (nie ważne jak bardzo groteskowo to zabrzmi dla purystycznych jazzofili ;P).
  5. Leszek Możdżer Piano

    Do tej płyty bałem się podejść bliżej. Znałem nazwisko Możdżera - przewijał się w płytach A.M. Jopek. Ale myślałem sobie - cóż takiego tam będzie niezwykłego – pluskanie i tyle. I stało się. Przesłuchałem ją i od pierwszych plumknięć mnie porwała. To po prostu jest płyta i muzyka która chwyta za twarz i trzyma. Nie zdawałem sobie sprawy że tak może zabrzmieć fortepian. Że tak można na nim zagrać. Mocno i finezyjnie, z pasją i polotem. Nie umiem recenzować muzyki bo na tym się nie znam. Oceniam ją tylko w kategoriach podoba się – nie podoba się. Robi wrażenie – nie robi wrażenia. A ta muzyka Leszka Możdżera po prostu porywa i trzyma. Wielokrotne odsłuchy jej nie szkodzą. Wręcz przeciwnie.
Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.