Jump to content

Opinie: płyty CD - ostatnio dodane

Sign in to follow this  
  1. Evanescence Fallen

    Pewnego dnia, ładnych parę lat temu, usłyszałem w telewizji Bring Me To Life, to było chyba w zestawieniu jakichś hitów, lista przebojów 30 Ton czy coś. Od razu zwróciłem uwagę na fajny wokal Amy Lee, posłuchałem trochę i nagle ten wstrętny, udzielający się gościnnie McCoy :/ Brrr... jak ja nie cierpię rapowania, kolejna kopia Linkin Park :] No, ale piękny, przepełniony emocjami głos wokalistki nie dawał mi spokoju do tego stopnia, że postanowiłem poszukać co nieco o tym zespole... "... Google, chwila moment, jak to się pisało ? Evanescence, o coś jest, nie Fallen tylko coś starszego, 2000 rok, no ok., może być, klik – download..." :D Origin było wtedy dla mnie czymś kompletnie oderwanym od rzeczywistości, nigdy jeszcze nie słyszałem takiej muzyki, brzmiało trochę jak połączenie Depeche Mode ze spokojniejszymi kawałkami Toola. Do tej pory ta płyta brzmi niezwykle niepowtarzalnie i wyjątkowo, na pewno w porównaniu z nagranym później dla komercyjnej wytwórni Wind-up Fallen. Z Fallen oczywiście zapoznałem się w następnej kolejności i prawdę powiedziawszy nie dałem rady go słuchać wtedy do końca. Ciężkie, monotonne numetalowe riffy, rozumiem, że mogą sobie być w dwóch, trzech kawałkach, ale niemal na całej płycie ? Każda kompozycja brzmi szablonowo i przewidywalnie, co się stało ? To ma być ta kapela która nagrała trzy lata wcześniej tak genialny debiut ? Zespół jakby cofną się w rozwoju. Fallen brzmi jak jakieś wczesne demo, covery Origin (a ponoć było odwrotnie ;P). Muzyka straciła swoją calutką głębię, powstał prostacki, numetolowy łomot dla nastolatków :/ Każda kompozycja jest podobna do siebie, zmieniają się tylko rytm i słowa. Nastrojowa, pełna tajemniczej głębi ambientowa elektronika zniknęła, zastąpiły ja... dyskotekowe, plastikowe bity :/ Zresztą mało co z tej elektroniki się przedziera przez monotonne wycie przesterowanych gitar. Nagranie gitar wydaje się też nieco skopane, spotkałem się tu z opinią, że są one jakby płaskie, dwuwymiarowe, zgadzam się, są ściszone, wycofane względem sekcji rytmicznej i wokalu, choć jakby dali je na normalny wolumen to dopiero mogłoby wyjść wycie ;P Ale niestety, wygładzone przestery powodują że brzmienie robi się właśnie płaskie. Plusy, no, w końcu jakieś się znajdą, to całkiem ładnie prezentująca się gra bębniarza. Żywy drummer to jedna z niewielu zalet tej płyty, stara się on urozmaicić jakoś monotonnie brzmiącą sekcję gitarową. Baa, powiem że miejscami brzmi to bardzo dziwnie, gitary w roli sekcji rytmicznej, perkusja jako instrument grający solówki ;P Pan Rocky Gray, bo to on dzierży pałeczki, odwala na tej płycie kawał dobrej roboty, jego przejścia i ozdobniki są wysokiej światowej próby. Oczywiście należy się plus za kompozycje. Są ładne, wpadające w ucho, ot do nucenia przy kotlecie ;P Najlepsze piosenki to: My Immortal (ale nie wiem czy się liczy, niemal nie różni się od wersji z Origin, oczywiście starsza wersja lepsza ;)) i druga: Hello. Tak, zgadza się, obie są balladami bez przesterowanych gitar ;P Widzicie te gwiazdki jakie postawiłem powyżej ? Większość dzięki tym dwóm kawałkom. Piękny My Immortal wszyscy znają, Hello został napisany ku pamięci zmarłej siostry Amy. No cóż, mimo swojej prostoty Hello jest naprawdę zjawiskowy, naładowany emocjami, głównie za sprawą wokalu Amy. Momenty w których śpiewa: "Don't try to fix me i'm not broken" a zwłaszcza dalej: "Suddenly i know i'm not sleeping, Hello i'm still here, All that's left of yesterday", powodują prawdziwe ciary na plecach. Ten kawałek, wbrew pozorom bardzo spokojny, powoduje w słuchaczu wyzwolenie większych emocji niż przewalone wyjącymi gitarami kompozycje. Aha, z mocniejszych kawałków na jakie warto zwrócić uwagę to ostatni Farther Away, jest tu znakomity riff i gra perkusisty. Niestety, kompozycja jest dostępna tylko na japońskiej edycji Fallen, mimo to uważam że warto dopłacić by ją mieć. Amy śpiewa na Fallen już zdecydowanie bardziej odważnie. Choć musze przyznać, na Origin jej głos choć nie tak potężny i wyeksponowany, pełen był delikatność i dziewczęcej niewinności, mi podobał się wtedy o wiele bardziej, miał w sobie to coś, zresztą podobnie jak cała płyta. Ktoś z forum napisał że choć dziewczyna ma dobry głos, każdy kawałek śpiewa tak samo, zgadzam się, ale tak jest na Fallen, a to dlatego że tutaj każdy utwór jest do siebie bardzo podobny :] Wiem, nieco ostro pojechałem po tej płycie, w porównaniu do późniejszej The Open Door, a zwłaszcza poprzedniej Origin to niestety przepaść. Żeby zrozumieć Fallen trzeba do niej podejść trochę na luzie, bez zbyt wielkich oczekiwań, ot, zdrowe, ciężkie pop-rockowe łojonko, bez sentymentalnego smęcenia i wygibasów na gryfie. Na pewno w porównaniu do Origin jest to płyta bardziej przebojowa, większość kompozycji wprost wpisana jest w listy przebojów. Baa, z takim podejściem już nawet Bring Me To Life daje się słuchać, a rapowany tekst staje się miłym urozmaiceniem ;P Choć płyta pod względem artystycznym jest nieszczególna, to w końcu ona otworzyła drogę do krótkotrwałej co prawda sławy kapeli. Jeśli dzięki niej słuchacze poznają inne płyty tego zespołu, to już należy oddać Panom którzy ją wykreowali w Wind-up'ie szacunek.
  2. Evanescence Origin

    Evanescence, czyli twórczy duet nastolatków z Litle Rock, Amy Lee i Ben Moody, grają już pięć lat. Nagrali oficjalnie dwie EPki i chyba wreszcie zdecydowali, że nadszedł czas na płytę, która w zamyśle miała przypominać album, jak dla mnie jest nim w pełni. Pod szyldem nieznanej mi znikąd niezależnej wytwórni BigWig Enterprises (nie zdziwiłbym się gdyby jej "studio" mieściło się w jakimś garażu wyłożonym wytłoczkami po jajkach ;P), wydali w listopadzie 2000 roku, nakładem 2500 sztuk płytę, która przeszła do legendy wśród tych którym dane było widzieć i słyszeć oryginalny jej egzemplarz. Ci naprawdę młodzi ludzie, nie zdają sobie chyba do tej pory sprawy, że nagrali coś naprawdę niespotykanie dobrego. Amy stwierdziła zapytana o tą płytę, że jeśli ktoś jej nie ma, jej jak i zarówno wcześniejszych EPek, niewiele traci z muzyki zespołu. Nie pozwala nawet nazwać tej płyty mianem albumu, a tylko zbiorem demówek. Jest w błędzie, co oczywiście potwierdziły osoby słuchające Origin. Jakby na przekór pięknej wokalistce w sieci wielokrotnie można znaleźć opis tej płyty jako pierwszego, studyjnego albumu Evanescence :D No i bardzo dobrze, ja również uważam Origin za prawdziwy, pełnowartościowy i podkreślam, najlepszy jak do tej pory album grupy. A jak prezentuje się sama muzyka, ten tak wzgardzony zbiór demówek ? Przy Origin, Fallen brzmi jak składanka Viva Top Hits ;P Origin to płyta doskonała od samiutkiego początku do końca. Każdy kawałek pasuje idealnie w swoje miejsce. W pierwszej części przeplatające się mocniejsze i spokojniejsze utwory, doskonale kontrastują ze sobą, ale płyta nie jest przez to pociachana. Trzy, klimatyczne i wolniejsze kawałki: Field of Innocence, Even In Death, Anywhere, są chwilą odprężenia przed naprawdę przeszywającym, ostrym Lies. No i przebojowy Away From Me po który zaraz mamy kompletnie zakręcony Eternal. Wydawać by się mogło że już niczego tu nie brakuje, niezupełnie... Tuż przed wydaniem albumu usunięto, wg mnie absolutnie niepotrzebnie, dwa znakomite utwory. Pierwszy Listen to the Rain ponoć dlatego, że muzycy nie byli zadowoleni z chóru jaki śpiewa tekst. Drugi, instrumentalny kawałek Demise, został co prawda może i tylko skrócony (słychać go jako ukryty track na końcu płyty), ale w całej długości stanowiłby doskonałe zwieńczenie albumu. Polecam poszukać sobie tych utworów na własną rękę i posłuchać, są naprawdę wyjątkowe, zwłaszcza Listen to the Rain śpiewany przez chór do grającego fortepianu Amy :) Zawartość tekstowa Origin również jest miejscami niezwykła. Należy tu wspomnieć, uprzedzić, że na tym albumie słychać silne nawiązania do rocka chrześcijańskiego: cytaty z Biblii, łacińskie fragmenty... Według was to egzotyczne, ciekawe, śmieszne czy żałosne ? Dla mnie jak najbardziej ciekawe :) Ponoć na okładce płyty też można dostrzec jakieś słowa, bardzo delikatnie wypisane łaciną. Zresztą już sama okładka jest równie niezwykła co muzyka, nie razi tak jednoznacznością jak te z następnych albumów grupy. W opinii o pierwszej EPce skrzętnie ukryłem informację o programowanych samplach, szczególnie nieco sztucznie brzmiącym automacie perkusyjnym ;) W piosence Understanding udawał perkusistę nad wyraz skutecznie, ot, taki mój mały ślepy test dla złotouchych audiofili, nabrał się ktoś ? ;P Na Origin nie ma już czego ukrywać, cała elektronika wyszła naprawdę fenomenalnie. Ben Moody sam stwierdził, że zawsze był lepszym programistą takich instrumentów niż gitarzystą, słychać to doskonale na tym krążku, choć... ale o gitarach będzie później ;) Muzyka jest bardziej zróżnicowana, mocniejsza i szybsza niż na wcześniejszych EPkach, a mimo to nie straciła swojego klimatu. Jeśli do czegoś można by się było przyczepić wcześniej, to lekkie rozdmuchanie kompozycji, pompatyczność, absolutnie nic takiego nie ma miejsca na Origin. Polubiliście skoczne, proste rockowe rytmy na Fallen ? Zapomnijcie że coś takiego znajdziecie na Origin. Muzyka z wcześniejszego krążka jest paradoksalnie dojrzalsza, niezbyt komercyjna choć nie przekombinowana, mimo to nie wyobrażam sobie usłyszeć żadnego z tych kawałków w MTV. Wszystkie kompozycje mają w sobie to coś, jakąś nieokreśloną głębię. Zero tu plastiku, sztuczności i sterylności, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę sporą ilość bezdusznej elektroniki, cała muzyka jest dosłownie naładowana emocjami. Całość brzmienia jest bardzo surowa i mroczna, daleka jednak od mrocznej śmieszności która nie raz, przynajmniej mi udziela się gdy słucham popularnego w MTV, lukrowanego gothick-metalu (a szczególnie gdy oglądam te śmieszne teledyski) ;P Elektronika doskonale buduje nastrój, niskie zejścia masują brzuszek i dodają nieprawdopodobnej głębi nagraniom. Sample nie są już tak nieśmiałe lub sztuczne jak na poprzednich EPkach, nie próbują nieudolnie naśladować żywych instrumentów, dlatego właśnie ich brzmienie jest tak niezwykłe i niepowtarzalne. Brzmią mocarnie i gęsto, wypełniając przestrzennymi efektami niemal wszystkie utwory. Niski bit potrafi przywalić porządnym kopem w bebechy, szczególnie ładnie słychać to w kawałku Lies. Często pojawiają się klasyczne gotyckie organy, ponadto w tle słychać mnóstwo ukrytych smaczków, dźwięków, szumów, szeptanych słów. Gitary wyszły również znakomicie, surowo, chropowato. Mimo "garażowej" produkcji są o wiele prawdziwsze niż te które zmajstrowali Panowie z Wind-up’a, w sterylnym studio na krążku Fallen. Kto tam gra na tej gitarze ? Nie mam innych danych osobowych odnośnie wioślarza więc pewnie to nasz przyjaciel Moody ! ;) Dlaczego się tak dziwię ? Bo zagrywki są znakomite ! Zero monotonnego, numetalowego buczenia jakimi niestety musieliśmy się męczyć z tym gościem na Fallen (ależ brutalnie znęcam się nad tym albumem, ale nic to, dołóżmy mu jeszcze) ;P Gitarowe solówki (na Fallen były dwie) tu prawie w każdym mocniejszym kawałku, lub w ich zastępstwie elektroniczne, ekscytujące pasaże. Bena naprawdę jest dużo na tej płycie, również wokalnie w tle udziela się częściej niż na jakimkolwiek innym późniejszym czy wcześniejszym albumie. Baa, duet śpiewany z Amy w kawałku Anywhere wyszedł naprawdę fantastycznie, przepięknie uzupełnianie się tekstem i głosami. Ale słychać też i inne osoby które zostały zaproszone do pomocy w nagraniu płyty. Niezmiennie, zawodzące kobiece chórki w tle (Stephanie Pierce, Suvi Petrajajvri, Sara Moore, Catherine Harris i Samantha Strong), w kawałku Lies mamy za to mocny, chropowaty, niemal growlingowy (!) wokal innego Pana (Bruce Fitzhugh), bo raczej delikatny Ben to nie jest ;P Ze względu na mocne, gęste i bogate w efekty brzmienie, wokal Amy wydaje się jakby wycofany. Nie ulega wątpliwości, płyta Origin to w równej mierze płyta Bena, płyta Evanescence, a nie Amynescence jak nieraz o późniejszych produkcjach wyrażali się krytycy. Ktoś by pomyślał że to niemądre tak potraktować największy atut tej kapeli, głos Amy. Wbrew pozorom ratuje to muzykę przed zbytnią dominacją wokalnych jęcząco-wyjących popisów tej nieokrzesanej dziewczyny ;P Nie mogę oprzeć się pokusie i choć znów wyjdzie masa tekstu, opisze wam po kolei utwory na płycie ;) Ok., wkładamy CD do kompaktu, naciskamy play, ale chwila moment, przewijamy ręcznie pierwszy track do tyłu (poniżej czasu 0:00), by usłyszeć pierwszy ukryty utwór :) Właściwie utwór to zbyt mocne słowo, jest to fragment z próby... może nie zdradzę jaki, posłuchajcie sami ;) Origin – elektryzujące 35 sekundowe intro, zaczyna się cichymi szeptami, po chwili przeszywający świst, ciary na plecach, dźwięk niczym z horroru (niektórzy słyszą tam strzał z broni), znany nam z Understanding krótki dialog psychiatry z kobietą, wsłuchajcie się też w tło, są tam jakieś fantasmagoryczne jęki... Intro płynnie przechodzi w... Whisper – znany kawałek gdyż przerobiony na numatalowo na Fallen. Niesamowity efekt na początku utworu, śpiew Amy niczym ze studni (słychać użycie bardzo prostych efektów) przechodzi płynnie w jej czysty, wysoki głos. Dynamicznie i bardzo kontrastowo brzmiąca elektronika, od niskich, basowych pomruków po wysokie, przesterowane wejścia. Pojawiająca się wtedy kiedy trzeba, wyraziście brzmiąca elektryczna gitara. Bezapelacyjnie jazgocząco-dudniaca wersja na Fallen może się schować, nokaut ;) Imaginary – podobna sytuacja co powyżej, kolejny nokaut łomoczącej wersji z Fallen ;) Elektronika i ściszone, ale wyraźnie przesterowane gitary nadają temu kawałkowi wyjątkowy klimat. Amy gra dźwięczny wstęp na fortepianie, po chwili wchodzi mocny, niski basowy bit. Kolejne i nie ostatnie na tej płycie fenomenalne użycie kontrastów. My Immortal – śpiew Amy z równoczesną grą na fortepianie. Ta wersja niemal nie różni się od tej z Fallen i bardzo dobrze, ciężko poprawić coś tak ładnego. Jeśli gdziekolwiek na Origin będzie wam brakować namiętnych jęków Amy, ten kawałek to wam wynagrodzi :) Where Will You Go – ten, jak i kolejne utwory znamy już tylko z Origin. Szybszy kawałek, na początku fajnie użycie elektroniki, i efektów przestrzennych plumkających klawiszy. Przez cały czas trwania utworu towarzyszy mu pulsujący niski bit i grające organy. Gitary znów stanowią głównie tło i mocniej pojawiają się tylko wtedy kiedy trzeba. Field of Innocencie – bardzo nastrojowa piosenka, z ładną, prowadzącą utwór, brzdąkającą gitarą. Elektroniczne efekty przestrzenne urozmaicają klawisze Amy, bardzo egzotycznie brzmiący w połowie utworu chór śpiewający łaciną. Even in Death – ten kawałek przypomina mi nieco muzykę z wcześniejszych EPek, spokojny, elektroniczny przez pierwszą połowę w drugiej rozwija się mocnym, chropowatym riffem i znakomitą solówką. Osobno należy omówić przesterowany efekt gitarowy w tym solo, jeszcze na żadnej płycie nie słyszałem czegoś takiego. Przestrzenny, zadziorny wypełniający pokój riff (takie efekty uzyskano chałupniczymi metodami, wprost niesamowite !). Anywhere – bardzo ładna, nastrojowa piosenka, Ben i Amy śpiewają razem refren który wyszedł po prostu świetnie. Oszczędne użycie elektroniki, ciche gitarowe przestery jako tło i niemal klasyczna, bardzo prosta solówka. Ale jak to kiedyś przeczytałem w recenzji płytki Brothers In Arms, piękno tkwi w prostocie ;) Na koniec mamy znów krótki ukryty track. Lies – piękny wyśpiewany przez Amy i jej pomocnicę opening, ostre, przesterowane wejście i oto mamy najmocniejszy utwór na płycie i jeden najmocniejszych jaki nagrało Evanescence. Ostro, chropowato chodząca gitara, mocny, twardo walący basowy bit i do tego ten mroczny, niski męski śpiew, często kontrastujący z miękkim kobiecym głosem. Wbrew pozorom utwór nie jest o nienawiści czy innych złych rzeczach ;) Wiadomo, niektóre teksty są ciężkie do analizy, niejednoznaczne, ale tu mamy bezpośrednie nawiązania do poświęcenia, śmierci Jezusa i bardzo podobnie brzmiący tekst do cytatu z Biblii: I will never leave thee, nor forsake thee - Nie pozostawię cię ani nie opuszczę (Herbrajczyków 13;5b). Away From Me – ten kawałek chyba najbardziej przypomina klimatem późniejsze, mocne piosenki grupy. Oczywiście na Origin nie brzmi tak szablonowo, ponownie głównie za sprawą świetnej elektroniki. Bardzo melodyjny, wpadający w ucho, ale również mocny, jazgotliwy. Po wygładzeniu chyba jako jedyny z tej płyty ewentualnie nadawałby się na radiowego hiciora ;) Eternal – genialne, instrumentalne zakończenie. Gęste nakładające się na siebie elektroniczne, fortepianowe i gitarowe pasaże tworzą całkiem niezły chaos ;P W przerwach mamy cichsze, bardziej grzeczne fragmenty w których słuchać, ukrytą skrzętnie grę gitary Bena i fortepianu Amy, trzeba przyznać brzmi to bardzo osobliwie ;) Dźwięk cichnie, słychać rozpoczynająca się burzę, rozdzierające uderzenia pioruna, najpierw oszczędnie, z czasem coraz gęściej spadające krople i równocześnie... znakomicie kontrastujący z poprzednimi, syntetycznymi, agresywnymi dźwiękami fortepian Amy. Dziewczyna uderza w klawisze imitując spadające krople, naprawdę wyszła z tego bardzo prosta, ale przepiękna melodia. Fortepian cichnie niemal jednocześnie z oddalającą się za horyzont burzą (słuchać charakterystycznie stłumione grzmoty). Deszcz pada jeszcze chwilę po czym mamy kolejny, schowany kawałek. Demise, proste, mroczne, syntetyczne dźwięki pasują idealnie do zakończenia płyty. Jakie etykietki przykleić Origin ? Nigdy nie byłem w nich dobry, ale spróbuję ;P Może alternative-goth-ambient-rock ;P Hmm... jakiś potwór wyszedł, no nic to, musicie mi zaufać, nie jest tak strasznie, wręcz przeciwnie, jest znakomicie, a przynajmniej dość niezwykle ;) Może sami odkryjecie jakie pochodzenie ma ta muzyka. Egzotyczna nazwa płyty: Origin, to po przetłumaczeniu Pochodzenie. Jeśli ktoś chciałby zdobyć oryginalny egzemplarz płyty niech pamięta, cały nakład BigWig Enterprises wynosił tylko 2500 sztuk, dlatego najprawdopodobniej wszystkie używane krążki na aukcjach takich jak np. eBay to piraty wytłoczone na wschodzie. Wbrew pozorom, piratów było dość sporo, na niektórych dodano właśnie dwa usunięte pierwotnie z polecenia muzyków, kawałki: Listen to the Rain i Demise w całej długości. Niektóre nie zawierają ukrytych tracków (szczególnie pierwszego). Ale nie cieszcie się za wcześnie, inne są dokładnymi kopiami oryginalnego Origin, możliwymi do rozróżnienia najprawdopodobniej tylko po numerach IFPI na płycie i wewnątrz pudełka.
  3. Evanescence EP

    Mamy 1998 rok i pierwszy, twardy krążek amerykańskiej kapeli z Little Rock, znanej tam lokalnie już praktycznie od 1995 roku. Jak na EPkę przystało zawiera kawałki skromne aranżacyjnie, dwa zostały poprawione na późniejszych pełnowymiarowych albumach, reszta to prawdziwe perełki, których już nigdy później chyba nie zarejestrowano. Oczywiście nie prawdziwe są pogłoski że Evenescence to komercyjny wytwór płytowego molocha o nazwie Wind-Up. Pierwsze kompozycje grali oraz wydawali praktycznie na własną rękę i za własne pieniądze. Wszyscy znają Evanescence bez wątpienia z hitów jakie zagrali na Fallen, bardzo dobrej, ale jednak nie odkrywczej płycie rockowej. Warto wiedzieć, że przed powstaniem tego przebojowego, pop-rockowego, ubóstwianego nie tylko przez dojrzewające nastolatki albumu, zespół grał muzykę całkowicie inną, śmiem twierdzić ambitniejszą, na pewno bardziej klimatyczną, alternatywną i daleką od komercji, choć niezbyt skomplikowaną. Gdy pierwszy raz usłyszałem opisywaną tu EPkę wprost nie mogłem uwierzyć że ta kapela poszła pięć lat później tak komercyjną, utartą przez numetalowe kapele ścieżką na Fallen. Muzyka zawarta na płycie (coś koło rocka gotyckiego) jest niespotykanie klimatyczna, wolna, eteryczna, dźwięki wyłaniają się z głośników niczym przymglony sen. To określenie znakomicie oddaje klimat tej płyty, jest delikatna i ulotna jak sen, ale również miejscami surowa i mroczna niczym przebijająca się koszmarna wizja. Nieskomplikowane aranżacje są tu niewątpliwą ozdobą. Urok utworów śpiewanych przez młodziutką wtedy (17 lat !) Amy Lee wspomagają żeńskie chórki. Instrumentami są, prócz gitar akustycznych i przesterowanych elektrycznych, na których gra współzałożyciel kapeli Ben Moody (wtedy 18 latek !), perkusja, elektroniczne, gotyckie organy, i również ambientowe, syntezatorowe plamy, w końcu znakomicie uzupełniane fortepianem Amy. Niektóre kawałki są skomponowane schematycznie, choć dość nietypowo. Do połowy spokojne i oszczędne, a od połowy mocne, ciężkie, miażdżące ścianą przesterowanych gitar. Głos Amy na tym krążku jest przepełniony smutkiem, śpiewając wydaje się że dziewczyna momentami płacze, słychać niesamowite emocje przepełniające jej głos, w mocniejszych momentach jej krzyk jest niemal rozpaczliwy. Słychać że młodej Pannie brakuje jeszcze warsztatu, można się przyczepić że wszystko śpiewa podobnie, mimo to nadrabia sercem i uczuciem jakie wkłada w kompozycje. Jej głos brzmi bardzo naturalnie, delikatnie, nie ma tu za często zbędnego popisywania się, charakterystycznego wycia (co czasem przeszkadza np. w The Open Door). Pierwszy kawałek brzmi jak demo (dźwięk jest stłumiony, nie grzeszy audiofilską jakością). Where Will You Go, dominują tu gotyckie organy, elektroniczny bit i ściszona gitara elektryczna. Wersja kawałka z albumu-demo Origin jest już znacznie lepiej dopracowana. Dalej mamy Solitude, to pierwsza perełka, brzmi również zdecydowanie lepiej. Bardzo oszczędny śpiew Amy z cicho brzdąkającą, rozwibrowaną akustyczną i później elektryczną gitarą. Nagle od połowy zmiana tempa, wchodzi perkusja razem z przesterowana gitarą i chórkami w tle. Imaginary, podobna sytuacja co z pierwszym kawałkiem, brzmi to jak demo nagrywane na kolanie. Wolniejsze tempo i cichsza tonacja od znanej wersji z Fallen. Exodus, zagrany na fortepianie i zaśpiewany tylko przez Amy. Znakomita, klimatyczna piosenka, mimo że szybsza w tempie od znanych nam tego typu kawałków My Immortal czy Hello, to brzmi delikatniej i smutniej. Słowa są tylko z pozoru pogodne, z tonacji śpiewania bije smutek. So Close, kolejna obiecana perełka. Melodia pogodniejsza i żywsza od reszty kawałków, fajnie brzdąkająca elektryczna gitarka, żywo wybijająca rytm perkusja, od połowy utworu mocne gitarowe wejście, znakomite przejścia, krótki powrót do poprzedniego klimatu, przyspieszenie, i ponowne ostre wejścia na przesterowanej gitarze. Amy jednak ciągle śpiewa jakby gryzło ją coś bardzo smutnego. Nawet wydawać by się mogło gdy melodia zmienia się w ciut bardziej optymistyczną, Amy wciąż nie może znaleźć ujścia dla swego smutku. Understanding, siedmiominutowy, piękny, monumentalny i chyba jeden z najsmutniejszych utworów jaki dane mi było słyszeć w życiu. Zaczyna się monologiem obco brzmiącego głosu mężczyzny: "You hold the answers deep within your own mind. Consciously, you've forgotten it. That's the way the human mind works. Whenever something is too unpleasant, to shameful for us to entertain, we reject it. We erase it from our memories. But the answer is always there." Warto wiedzieć, że początek zdania jest również wstępem do albumu-dema Origin. Zawodzące chórki, delikatny śpiew Amy, monotonnie powtarzającej smutne słowa. Oszczędna akustyczna gitarka, równo, wybijająca tempo perkusja (brzmi niemal jak bezduszny automat). Z czasem słyszymy znów obcy głos tym razem kobiecy, dwie osoby prowadza ze sobą rozmowę (brzmi to jak rozmowa psychiatry z pacjentką). Nagle zmiana tempa, perkusista wali galopadą na stopach, ostro tną elektryczne gitarowe przestery. Utwór kończy się cicho, grają organy, słychać mężczyznę: "But the answer is always there. Nothing is ever really forgotten.", kobieta powtarza po kilkakroć jak zaklęta: "Because I'm tired of it too." The End, instrumentalne, majestatyczne dwu minutowe zakończenie. Wyjąca w tle przesterowana gitara, zawodzący chór i niski, uderzający powolnym basem przestrzenny bit. Doskonałe zakończenie tego niesamowitego mini-albumu. Chyba nie dziwię się czemu zespół uznał że lepiej nie wznawiać wydań tej i kolejnych, skomponowanych w podobnych klimatach płyt. Nastrój jest niesamowicie przygnębiający i mroczny, jeśli macie doła nie słuchajcie tego, grozi wyskoczenie przez okno lub innymi ekstremalnymi czynami ;P Nakład tej EPki wynosił ledwie 100 sztuk. Najprawdopodobniej nie można już dostać żadnego z tych egzemplarzy w oryginalne, a jeśli tak to za jakieś astronomiczne sumy (liczone w setkach, tak nie pomyliłem się, w setkach dolarów !). Amy jednak wyraźnie w pewnym wywiadzie powiedziała, że jeśli kogoś interesuje ta, jak i inne, wydane przed Fallen rzeczy, śmiało może je sobie ściągnąć z internetu (cóż za rozbrajająca szczerość ! ;)). Zachęcam tak zrobić, dokładne zripowane FLACi są dostępne w kilku miejscach w sieci, więc praktycznie za darmo możemy zapoznać się z tą niezwykłą muzyką :) Choć płyta ma 30 minut, nie jest pełnowymiarowym albumem jak późniejszy Origin. Zresztą Origin jak powiedziała w pewnym wywiadzie Amy też nie jest do końca albumem, wyraźnie zaznaczyła by określać go jako album-demo, co też niniejszym jak widać zazwyczaj robię. Mimo to, dla mnie ta EPka jak i przede wszystkim Origin, są bez wątpienia tym, co najlepsze popełniło Evanescence. Tak innej muzyki, od wszystkiego co słyszeliście do tej pory nie znajdziecie nigdzie indziej. Evanescence w wolnym tłumaczeniu oznacza efemeryczność, przelotność, zanikanie, tak właśnie brzmi ta kapela w okresie nagrywania swoich dwóch EPek i Origin. Jaką ocenę mogę postawić takiemu króciutkiemu mini albumikowi ? Choć z pewnością gdyby trwał dłużej słuchacz niechybnie mógłby nie wytrzymać emocjonalnie ;) Nie przesadzę chyba, gdy napisze że jest to dzieło na miarę Disintegration zespołu The Cure. Nawiasem, jeśli miałbym porównać tą muzykę do czegokolwiek, to właśnie płyta Disintegration byłoby bardzo blisko. Słychać kawał serducha jakie włożyli w te piosenki muzycy, słychać je w śpiewie Amy, w gitarach Bena. Jakże prawdziwie brzmi ta płyta w porównaniu do lukrowanej papki jaką serwują nam obecnie media. Gdyby nie krótkość i dwa, brzmiące jak dema utwory, byłaby maksymalna ocena w gwiazdkach. Choć może jednak nie, pięć gwiazdek zostawię dla Origin...
  4. Feist The Reminder

    Cóż... jak dla mnie świetne, wokalnie jest bardzo dobrze, czasem brakuje mi konkretniejszych podkładów, ale z drugiej strony właśnie spokoje tło muzyczne sprawia że płyty tej słucha się wspaniale. Ciężko jest mi opisać dokładniej muzykę jaką prezentuje Feist na tej płycie, jest nastrojowa, przyjemna i jednocześnie pozbawiona 'dziadostwa'. Brzmi lekko i aż chce się słuchać i słuchać.
  5. Strobel Janusz Wierny sobie

    Obiło mi się o uszy (z dawnych lat) nazwisko Strobel jako część słynnego duetu Alber Strobel. A że bardzo lubię muzykę gitarową postanowiłem zakosztować nowej płyty tego wykonawcy. Co bardzo mnie zaskoczyło został kompozytorem !!! Znając takie garnitury wykonawców jak trio ze słynnej Friday night in San Francisco oraz duet Rodrigo y Gabriela ciekaw byłem konfrontacji. I pełne zaskoczenie od pierwszego taktu. Tylko gitara czasami z dodatkiem fortepianu, wokalizy i saksofonu. Broni się - nie tylko broni ale całkowicie przejmuje uwagę i trzyma za twarz do końca płyty. Byłem zaskoczony że ten instrument (w wielu kompozycjach solo) potrafi tak zaczarować, opanować i wciągnąć bez reszty. Wspaniałe spokoje, rewelacyjnie zagrane kompozycje. Muzyka finezyjna, spokojna, leniwe rytmy. Płyta bez słabych stron. Muzyczna uczta dla miłośników gitary i talentu Janusza Strobla. Jest wirtuozem wysublimowanych klimatów oraz znakomicie sprawdził się jako kompozytor. Pozycja obowiązkowa, mistrzostwo. Po prostu bajka.
Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.