Jump to content

Opinie: płyty - ostatnio dodane

1023 opinie płyty

Can - Future Days

Zna ktoś Can ? Mam nadzieję, że tak. Ubolewam jednak, że nie jest to tak popularny zespół jak np. King Crimson. Ze wszech miar na to bowiem zasługuje, choć z Crimsonami ma chyba tylko jedną cechę wspólną - okres ich największej świetności przypada na podobne lata. Can to sztandarowa formacja z kręgu tzw. kraut-rocka. Ale zostawmy szufladki. To po prostu jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów rockowych w historii. Muzyka Can zainspirowała i wciąż inspiruje wielu artystów z kręgu rocka czy elektroniki. Weźmy chociażby Tortoise, Stereolab i masę innch - w ich twórczości wyraźnie pobrzmiewają echa Can. W 1979 roku Jaz Coleman - muzyk posiadający klasyczne wykształcenie muzyczne i grający na skrzypacach i fortepianie zaintrygowany muzyką Can zakłada Killing Joke - jedną z ważniejszych formacji rockowych lat 80. Podobnych przykładów można by podać dziesiątki. Can to też mój ulubiony zespół rockowy z pierwszej połowy lat 70. A "Future Days" to obok sławnego "Tago Mago" ich najlepsza płyta. Tytuł jest bardzo adekwatny - muzyka zawarta na tym albumie rzeczywiście wybiega mocno w przyszłość. Podobne dźwięki znajdziemy np. na słynnej płycie Davida Byrna i Briana Eno "My Life In the Bush Of Ghosts" z 1981. Tyle, że Can grało je dekadę wcześniej! Ale to jeszcze nic - okazuje się, że jeden z ważniejszych nurtów lat 90. - post rock to w zasadzie odświeżona wersja Can przyprawiona kilkoma nowymi elementami. No... może trochę przesadziłem, ale o paru płytach z tego kręgu można w sumie tak powiedzieć. Słuchaczom, którzy nie mieli styczności z Can postaram się trochę przybliżyć co za dźwięki zapodawał ten niemiecki band. Muzyka tego zespołu jest przede wszystkim bardzo transowa - oparta na dość jednostajnym rytmie perkusji i basu. Jest też mocno psychodeliczna (ponoć muzycy Can spożywali LSD całymi łyżkami, choć obecnie sami dementują te plotki :) W każdym razie na płycie tej pełno jest różnych genialnych wręcz smaczków - dźwięków i odgłosów nie z tej ziemi :) Ale w sumie większość utworów zachowuje piosenkowy charakter. Bardzo przyjemnie się tego słucha. Kilmat jest niesamowity - trudno to opisać słowami, to trzeba usłyszeć. Koniecznie! Przy okazji mała dygresja. W muzyce pop(ularnej) Niemcy niczym nie zachwycają (łagdonie mówiąc :) Powiedzmy sobie szczerze - najczęściej są żałosnymi zżynaczami. Okazuje się jednak, że w "muzyce, jakieś świat nie widzi" - poszukującej, alternatywnej czy jak tam ją zwał, często mogą wpędzić anglosasów w kompleksy. Bo nierzadko biją tych ostatnich na głowę. Tak jest właśnie z Can.

Einsturzende Neubauten - Silence Is Sexy

Pionierzy industrialnego hałasu, którzy na swoich klasycznych już dla tego gatunku płytach z lat 80. wykorzystywali takie "instrumenty" jak piły, młoty, wiertarki, silniki spalinowe i inne grające konstrukcje własnego pomysłu robione ze wszystkiego co wpadnie w ręce, na stare lata stwierdzają, że cisza jest sexy. Dla ortodoksyjnych fanów tej niemieckiej formacji brzmi to pewnie prawie jak bluźnierstwo :) Czyżby ich kultowi "jeźdzcy hałasu" aż tak zdziadzieli ? Ano niekoniecznie. Płyta "Silence is sexy" jest w stosunku do ich wcześniejszych produkcji zdecydowanie bardziej wyciszona, spokojna, momentami wręcz kontemplacyjna. Co prawda zespół w większym stopniu niż kiedyś używa tradycyjnych instrumentów (zarówno tych rockowych jak i bardziej klasycznych, głównie smyczkowych), wciąż jednak wykorzystuje też te same "narzędzia hałasu" z przepastnej szuflady industrialnych brzmień, do których przyzwyczajał nas przez lata. Z tą jednak róznicą, że wszystkie te środki są używane przez znakomitych i doświadczonych muzyków, a nie młodych załogantów, którzy z braku umiejętności grania na instrumentach (czy też braku samych instrumentów:) wzięli się za hałasowanie czym popadnie (muzycy EN sami teraz przewrotnie stwierdzają, że ich pierwsze próby zmagania się z muzyką były takie a nie inne bardziej z tego typu przyczyn niż ze świadomego wyboru. Co nie zmienia faktu, że ich debiutancki album "Kollaps" przeszedł do historii muzyki :) Wróćmy jednak do ich ostatniej jak dotąd studyjnej płyty "Silence is sexy" wydanej w 2000 roku. Album zawiera po prostu piękne piosenki (tak tak!) tylko stworzone za pomocą nietypowych środków. Kompozycje sa dojrzałe i znakomicie zaaranżowane. To elektro-akustyczna muzyka znakomicie oddająca "berliński spleen" przełomu wieków. Mamy tu piękne ballady, jak otwierający płytę świetny minimalistyczny utwór "Sabrina" czy też "Heaven is of honey". W tych kompozycjach dźwięki są bardzo starannie (i skąpo) dawkowane, momenty ciszy są ich istotną częścią, a wokal oprócz przekazywania treści sprawia wrażenie jednego z instrumentów. (BTW - głównym wokalistą i w ogóle "trzonem" EN jest Blixa Bargeld, zapewne szerzej znany jako gitarzysta w Cave'owskich Bad Seeds). Oprócz wymienionych wyżej utworów zrobionych wg recepty minimum środków - maksimum ekspresji, mamy na tej płycie również kompozycje bardziej żywe, rytmiczne i zaaranżowane z większym rozmachem, w których wykorzystano nietypowe brzmienia jak i masę różnorodnych inspiracji - od muzyki konkretnej, poprzez etniczną na techno skończywszy. Jest nawet tango :) Tych inspiracji jest dużo więcej, ale posłuchajcie sami, co wam będę wszystko zdradzał. Muzyczni erudyci z EN czerpiąc garściami z historii muzyki tworzą zupełnie nową jakość - frapujacą postmodernistyczną układankę :) Ta płyta raczej nie zostanie uznana za najbardziej doniosłą i znaczącą w ich karierze, jednak moim zdaniem jest to ich najlepsze, najdojrzalsze dzieło. A utwór "Sonnenbarke" ze znakomicie stopniowanym napięciem jest jednym z najgenialniejszych jakie w życiu słyszałem. Polecam tą płytę wszystkim, powinna spodobać się również fanom 4AD czy Pink Floyd, którzy nie wiedzieć czemu "rządzą" na tym forum :))) Hartkorowcom lubiącym sporty ekstremalne poleciałbym raczej ich debiutancką rzeźnicką płytę "Kollaps". Dla audiofila najlepszym i jedynym sposobem na wejście w temat Einstuerzende Neubauten jest "Silence is sexy". I w jednym i w drugim przypadku w Waszym muzycznym świecie nic już nie będzie jak wcześniej :) Kontakt z EN zarówno po bożemu jak i od tyłu (czyt. od pierwszej jak i od ostatniej płyty :) zmieni Wasz sposób postrzegania muzyki. Może przesadzam, ale nie tak bardzo ...

Nana Vasconcelos - Saudades

Perkusista Nana Vasconcelos znany w Polsce głównie z nagrań z Garbarkiem czy Methenym nagrywał z wieloma znanymi jazzmanami spod znaku ECM: Walcott, Gismonti, Arild Andersen czy Towner. na tej płycie z roku 1979 pomagają mu orkiestra ze Sztutgartu oraz tym razem w roli gitarzysty w jednym utworze Egberto Gismonti. Płyta jest bardzo trudna do słuchania i na pewno absorbuje do tego stopnia, że nie można przy niej robić nic innego. Ci, którzy muzykę traktują jako miłe tło dla codzienności raczej nie powinni sięgać po nią. Stanowi ona raczej rodzaj muzycznego eksperymentu. Płyat w zależności od nastroju budzi u nmie zupełnie odmienne opinie. NIe wiem jak ją ocenić. Na pewno na uznanie zasługuje wirtuozeria i technika gry Vasconcelos. Dam jej 5 gwiazdek bo nie można nie wystawić oceny. Polecam poszukiwaczom nowych brzmień chociaz płyta już nie najmłodsza to raczej mało znana w Polsce (nie ma jej w katalogu ECM Polska - tzn Uniwersalu).

Gordon Haskell - Shadows on the wall

Zaczyna sie tak sobie - nagranie plaskie, piosenki typowe. Kiedy juz chce sie zegnac z plyta przychodzi nagle kawalek numer 4 i jest lekko podniesiona poprzeczka, przynajmniej robota w studiu jakos sie kleila. Niestety, kolega Grecki Filozof ma racje, poziom ponadkotletowy jest z rzadka reprezentowany. W sumie jednak nie jest zle. O dziwo, najbardziej mi przeszkadza na tej plycie sama barwa glosu seniora Gordona. Cos w niej jest chlodnego, bezosobowego. Szkoda, bo nie jest to calkowita kleska. Mysle, ze lepiej bym ocenil ta plyte gdyby nie pewne ale - mam w podobnym tonie utrzymane dzielko firmy 'Prefab Sprout' pt. 'The Gunman and Other Stories'. No Ci starsi panowie 'seniores' daja taki popis, ze wykladaja wszystko w podbnym stylu na lopatki. Jedna gwiazdke dodatkowo dodaje z powodow osobistych - plyta ma dla mnie wartosc sentymentalna :-)

Gordon Haskell - Shadows on the wall

Zaczyna się dobrze. 1, 2 i 3 kawałek mogłyby być hitami w rozgóśni dla 30-40 latków. Potem pojawia się z nienacka jakieś country i płyta robi się dla mnei raczej lekko nieznośna. na zakończenie powtórzenie 3 - tytułowego kawałka w wersji akustycznej jakoś psrawia, że nie czuję tego niesmaku, który pozostał po reszcie płyty. Cóz, jest to typowa transakcja wiązana - z jedną ładną balladę (nr 2 na płycie - "Whole Wide World") dostajemy 11 nudnych i słabych.

Vassilis Tsabropoulos - Achirana

Płyta trio Tsabropoulos/Arild Andersen/John Marshall wciąga już przy pierwszym słuchaniu. Łagodne brzmienia, proste i piękne melodie, bez fajerwerków sekcja, sprawiają, że idealnie się tego słucha podczas pracy lub czytania. Albo przed snem. Nie jest to dzieło wybitne ale u mnie w odtwarzaczu od 4 dni tylko to... Gorąco polecam.

Vassilis Tsabropoulos - Achirana

Typowe ECM-owskie granie w trio, spokojne i bez większych emocji, ale poprawne.

Patricia Barber - Companion

Świetna muzyczka, przemyślane zmiany tempa, hipnotyzujące momenty. Ulubione: nr 2 za kontrabas nr 4 za całość + świetny tekst (i te brawa za TĘ aluzję) nr 7 - tam jest po prostu wszystko... Reszta dlatego jako reszta, bo powyższe naprawdę wypada wyróżnić:) Poza tym, zespół jest świetnie zgrany, gitarzysta i kontrabasista daja popisy mistrzostwa, że aż się chce brawo bić. No i rewelacyjna Patrycja Goliwąs.

Patricia Barber - Companion

Koncertowa płyta Patrycji. Na uwagę zasługuje przeróbka "Black magic woman" Petera Greena (z repertuaru Santany). Patricia zagrała tu osobiście na Hammondzie.

Patricia Barber - Companion

Plyta koncetrowa. Slychac od tluczonych szklanek po wszytko co tylko moze sie wydazyc na koncercie w knajpie. Muzyka rewelacyjna, bardzo przyjemnie sie tego slucha. Full relax. W przypadku basisty ja odpadam ... jak slucham 2 raz plyty to potrafie sie wylaczyc sluchac tylko jego i Patrici, a juz 2 utwor to dla mnie ... The best !!!. Ten riff, jak ten koles wymiata .... wrecz oblednie .... Tak mi sie 2 podoba, ze nawet dla tego kawalka bym kupil ta plyte. Cena jak na taka plyte jest bardzo atrakcyjna, dalem 29 zl

Bruce "Boss" Springsteen - Western Stars

Są artyści wielcy , są artyści wybitni , jest i Bruce Springsteen. The Boss . Człowiek fenomen grający w jednej lidze z Rolling Stones czy U2. Fenomen na polskim podwórku . Fenomen symbolicznej nieobecności . Facet sprzedał ponad 200 mln płyt . Zdobył wszystkie mozliwe nagrody muzyczne . Jest szanowany przez prezydentów , królów i najwieksze postacji kultury i sztuki. Jedyny artysta w historii który umieścił swoje płyty i przeboje na pierwszych miejscach list w kolejnych 6 dekadach ! Muzyczną studyjną twórczość można podzielić na trzy grupy . Płyty full bandowe ( The E steet band ) , wydawnictwa z innymi artystami lub częscią zespołu oraz nagrania stricte solowe . W czerwcu 2019 roku ukazał sie 20 studyjny album Bossa który trzeba zaliczyć do drugiej grupy. "Western stars " to zbiór 12 utworów nagranych przy udziale kilkudziesięciu przyjaciół muzycznych w tym sekcji smyczkowej . Przy ostatecznym cezelowaniu brzmienia brali udział Ron Aniello i Bob Ludwig . Słuchając tej płyty nie możemy zapominać ze to dzieło artysty dojrzałego pod każdym względem. Muzycznie jest jak najbardziej "sprinsteenowska" lecz w tym przypadku bardzo refleksyjna i pochylająca sie nad losem człowiek szczególnie w co najmniej średnum wieku . Jak zawsze w przypadku Bossa każda piosenka to historia czy wręcz biblijne przesłanie . Zazwyczaj mniej zauważamy libretta słuchanych piosenek ale to tu Bob Dylan jest w drugiej lidze literackiej. Płyta pełna zadumy ale też autoironii podana w mużycznej oprawie gdzie niema przypadkowych nut , a wszystko w idealnej wzajemnej harmonii i równowadze. Jakość nagrania doceni też każdy audiofil w jesienny wieczór . Goniąc dzikie konie (Przekład: Maciej Ksiezycki) Wydaje mi się, że nie powinienem był tego robić Chyba teraz tego żałuję Już od dziecka jest ze mną tak Że próby powstrzymania mnie są jak Pogoń za dzikimi końmi Zostawiłem dom, zostawiłem przyjaciół Nie pożegnałem się Zaciągnąłem się do BLM (1) Wysoko, tam gdzie zaczynają się Góry I gonię za dzikimi końmi Wychodzimy zanim słońce wzejdzie Wracamy już po zachodzie Dwóch z nas w helikopterze I dwóch na ziemi - w siodle Wieczorami wskakujemy do naszej terenówki I jedziemy się napić do miasta Staram się tak pracować, by być cholernie zmęczonym Tak zmęczonym, żeby już nie myśleć Tutaj traci się poczucie czasu Jedynie burze się przewalają I ty wirujesz w mojej głowie Twoje włosy migoczą na tle błękitu Jak dzikie konie Księżyc cienki jak paznokieć na zmierzchającym niebie Jadę krętą drogą wśród wysokich traw Wykrzykuję twoje imię w głąb kanionu Echo odrzuca je z powrotem Zimowy śnieg pobielił równiny Tak, że aż można oślepnąć Jedyna rzecz jaką odkryłem tu wysoko To, że próby wyrzucenia cię z moich myśli Są jak pogoń za dzikimi końmi (1) BLM - Bureau of Land Management - rządowe biuro zarządzające terenami należącymi do państwa (najwięcej na Dzikim Zachodzie), z nastawieniem na ochronę środowiska itp.

Jane's Addiction - Ritual de lo Habitual

Jest to rock siedzacy korzeniami pomiedzy psychodelia, heavy i funkiem. Najwieksza plyta rocka poczatku lat dziewiecdziesiatych (juz slysze glosy malkontentow). Trzecia plyta Perry Farell'a i kolegow. Wysoki przenikliwy wokal polaczony z pulsacyjnymi rytmami i rozgniatajacymi riffami Navarro raz potrafi cie rozgniesc a innym razem utulic klimatami kojarzacymi sie z muzyka zydowska. Bardzo odwazne granie i swietne teksty.

Jane's Addiction - Ritual de lo Habitual

Fakt. Jeśli chodzi o rockowe granie z pogranicza mainstreamu i alternatywy to jest "Ritual de lo habitual" najważniejszą płytą przełomu lat 80/90. Ba! Moim zdaniem ten album zasługuje na zaliczenie go w poczet rockowych płyt wszechczasów. Świetny, porywający (i co ważne spójny) mix funku, punku, metalu, psychodelii, ... wiele mozna by wymieniać. Płyta zaczyna się mocnymi, dynamicznymi kawałkami, potem jest nieco spokojniej, bardziej nastrojowo i klimatycznie, ale cały czas bosko :-) A ponad dziesięciominutowe epickie "Three days" to już odjazd totalny - świetny, po prostu, przepraszam za wyrażenie - piękny motyw na początku (to chyba mój ulubiony fragment tej płyty) potem pokręcona trochę psychodeliczna i jazgotliwa jazda aż do fenomenalnego punktu kulminacyjnego i łagodne "wykończenie". Sorry, że tak egzaltuje się, ale wybaczcie - rzadko trafia mi się płyta rockowa, która po tylu latach podoba mi się wciąż tak samo :-)

Carmen Gomes - Sings the Blues

Fantastyczna płyta, na której Carmen zmierzyła się z piosenkami Harrego Belafonte. Muzyka z pogranicza bluesa, folku. Carmen dysponuje ciekawą barwą, osadzoną w niskich rejestrach. Pierwszoligowi muzycy, moją uwagę szczególnie zwrócił gitarzysta - Folker Tettero, który gra "smacznie", doskonale operując techniką, brzmieniem w minimalistycznej manierze.

Pat Metheny - Passaggio Per Il Paradiso

To jest soundtrack. Tematy sa wlasciwie MONO. Dominuje jeden motyw przewodni, nie ma zroznicowania. Jak slucham tej plyty to wydaje mi sie ze wciaz gra ta sama muzyka.

Bob Marley - Exodus

Świetny album Króla reggae

Sonic Youth - A Thousand Leaves

Sonic Youth. Grupa - legenda. Archetyp niepokornego i niezależnego rocka. Najlepsi (a na pewno najbardziej znani) spadkobiercy muzycznej tradycji Velvet Underground. Przeszło dwadzieścia lat od debiutu ciągle twórczy i zaskakujący. "A Thousand Leaves" to ich zdecydowanie najlepsza płyta z lat 90., a może nawet najlepsza w ogóle. Jako, że rock w tej dekadzie stracił siłę swego oddziaływania, album ten prawdopodobnie nie przejdzie do historii muzyki w takim stopniu jak ich arcydzieła z lat 80 - Sister, Evol i Daydream Nation. Po wydaniu trzech wspomnianych wyżej albumów zespół przeszedł do dużej wytwórni, przez co stracił nieco ze swojego nowatorstwa. Płyty takie jak Goo czy Dirty nie miały już tej siły rażenia. To proste, rock'n'rollowe piosenki, wciąż okraszone zgiełkliwymi gitarami, ale nieco wygładzonymi, "uładnionymi". Grupa często gościła wtedy w MTV, na fali renesansu mocniejszego rocka spowodowanego eksplozją grunge'u. Od biedy mozna bylo nawet ich wrzucić do tego worka :) Zmiany przyszły wraz z płytą Washing Machine i osiągnęły apogeum na opisywanej tu "A Thousand Leaves" z 1998 roku. Dla kojarzących zespół jedynie z barwnymi post-hipisowskimi rock'n'rollowymi freakami z teledsyków z początku lat 90. pierwszy kontakt z tą płytą będzie szokiem. Album zaczyna się zgrzytami i przesterami, które ciągną się przez cały pierwszy utwór. O co chodzi? Następuje jednak drugi numer - "Sunday" i wszystko wraca do normy. To typowo sonicyouthowa piosenka, ktora spokojnie mogłaby się znaleźć na "Dirty". Ale potem już nie ma lekko :) Okazuje się, ze to jedyny chwytliwy i przebojowy utwór na "A Thousand Leaves". W zasadzie jedyna "normalna" piosenka, w ktorej mamy zwrotki i refren. Dalszą część płyty trudno nawet nazwać "rockową", raczej należy użyc określenia "gitarowa". Muzyka jest transowa, mocno przesterowana, piskliwa, sprawia wrażenie improwizowanej. Jest jednocześnie bardziej wyciszona niż na wcześniejszych albumach, ale paradoksalnie również bardziej hałaśliwa. Jeśli uda nam się odrzucić uprzedzenia i pokonać jej nieprzystępność, czeka nas niezwykły muzyczny trip. Fascynująca podróż przez dźwięki, których nie znaliśmy. A już druga część płyty zaczynająca się 11-minutowym, najlepszym na płycie utworem "Hits Of Sunshine" to prawdziwy odjazd. I tak już jest do końca. Dajemy się ponieść i nie możemy się oderwać. Muzyka na tej płycie wydaje się dość wyraźnie zainspirowana tzw. post-rockiem, święcącym triumfy w drugiej połowie lat 90 nurtem łączącym tradycję niezależnego rocka, kraut-rocka i ambitnej ale raczej lajtowej elektroniki. Jednak w odróżnieniu od jego przedstawicieli Sonic Youth nie korzysta w ogóle z brzmień eletronicznych i pozostaje wierny klasycznemu rockowemu instrumentarium. Same kompozycje mają jednak często właśnie post-rockowy charakter. WIELKA PŁYTA. Jestem bezradny wobec jej geniuszu:) Nie umiem też o niej napisać obiektywnie, bo to moja ulubiona plyta Sonic Youth. Przy okazji mała dygresja - taką właśnie muzykę powinno się obecnie nazywać rockiem progresywnym, bo jest w niej rzeczywisty progres, podczas gdy zespoły zaliczane do tego gatunku były może i progresywne, ale przeszło ćwierć wieku temu :) GORĄCO POLECAM TĄ JAK I INNE PŁYTY TEJ GRUPY

Aga Zaryan - A Book of Luminous Things

Świetne piosenki. Wokalizy Agi Zaryan to światowa czołówka. Kapitalne aranżacje na zespół jazzowy i orkiestrę. Intymne duety wokalu z kontrabasem, gitarą i fortepianem to majstrsztyk. Klasyka

Aga Zaryan - A Book of Luminous Things

Jest bardzo nastrojowa, wciągająca, subtelna.

Norah Jones - ... Featuring

Niestety moja opinia nie będzie obiektywna, gdyż jestem wprost zachwycony tą płytą. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych albumów z kobiecym głosem w roli głównej, jaki do tej pory słyszałem. <br>Płyta nosi tytuł "...featuring" i jest to bardzo ciekawy zabieg, gdyż momentalnie zdradza jaki pomysł na tą płytę mieli jej autorzy. Mianowicie, na krążku zamiesczonych jest 18 piosenek, przy czym każda z nich wykonywana jest przez innego artystę, a jedynym wspólnym mianownikiem jest wspaniały, głęboki głos młodej wokalistki. <br>Każdy z utworów prezentuje zupełnie inne spojrzenie na muzykę, która ewidentnie oscyluje wokół Jazzu. <br>Norah Jones zaprosiła do współpracy nad tą płytą naprawdę znakomitych artystów. W pierwszej chwili, wyczytując z okładki znane nazwy, takie jak Foo Fighters, Outkast, Q-Tip, Talib Kweli, Ray Charles, czy Herbie Hancock, naprawdę trudno było mi ukryć ciekawość, jak brzmią te utwory.<br>Jednak, po włożeniu jej do odtwarzacza już od pierwszych dźwięków wiedziałem że jest to naprawdę rewelacyjna produkcja. <br>Pierwsze nuty które wybrzmiewają z głośników to przyjemna przygrywka na fortepianie, która niczym nie zdradza, że to co za chwile usłyszymy, to bardzo ciepła i zmysłowa blues'owa ballada w której wspaniałemu głosowi głównej wokalistki akompaniuje doskonała sekcja rytmiczna, elektryczna gitara, fortepian oraz grupa The Little Willies. To dopiero sam początek, a z każdą chwilą jest coraz lepiej, ponieważ na następny utwór czekałem z ogromną niecierpliwością. Zatytułowany jest Virginia Moon a do współpracy nad nim Norah Jones zaprosiła Foo Fighters. Nie muszę chyba opisywać, jak bardzo intrygowało mnie, w jaki sposób podejdą do jazzu wokaliści znani do tej pory z bardzo ekspresyjnej, krzykliwej wręcz czasami twórczości rockowej. I to między innymi ten utwór pokazał jak ogromną wartość artystyczną przedstawia ten album, ponieważ wokaliści z Foo Fighters zaśpiewali swoimi charakterystycznymi głosami, w towarzystwie Nory bardzo przyjemną balladę w delikatnie kołyszącym klimacie Bossa Novy.<br>Na płycie znalazły się też dwa utwory z udziałem znanych amerykańskich raperów. Life is Better to bardzo przyjemny, lekki, funkowy wręcz rytm, na którym swoje bezapelacyjne zdolności wokalne prezentuje Nora w towarzystwie rapera Q-Tip. Drugi natomiast to, mój ulubiony na tej płycie, Soon The New Day, na którym swój rewelacyjny styl melodeklamacji wersów prezentuje Talib Kweli przy akompaniamencie bardzo klimatycznego, zmysłowego podkładu muzycznego. Całość dopełnia doskonale nagrana linia basu, która zręcznie prześlizguje się przez cały utwór ciągle przypominając o sobie, natomiast doskonale zaśpiewane refreny dodatkowo upiększają tą kompozycję. <br>Podsumowując, można napisać że ten album jest kwintesencją dobrego, gatunkowego jazzu. Słuchając tej płyty wieczorem, przy przyciemnionym świetle, przy lampce ulubionego trunku, ma się nieodparte wrażenie, że cały pokój wypełniony jest klimatem Nowego Jorku i zadymionych knajpek w których na małych scenach w weekendowy wieczór prezentują swoje utwory starzy jazzmani w towarzystwie młodej ślicznej piosenkarki, której talent wokalny zatyka dech w piersiach.<br>Gorąco polecam tą płytę na długie zimowe wieczory !<br><br><br><br>

Beastie Boys - The in sound from way out!

Tą płytę chciałbym polecić wszystkim, którzy... <br>Nie, tą płytę chciałbym polecić wszystkim. Przede wszystkim, jako ciekawostkę muzyczną. Beastie Boys znani głównie ze swoich bardzo żywiołowych, energicznych utworów z gatunku hip hop pokazali swoją drugą naturę - muzykalność. Płyta The in sound from way out jest zbiorem utworów intrumentalnych zagranych przez raperów Beastie Boys. Album składa się z 13 kawałków utrzymanych w klimacie raczej jazzowym. Skład instrumentalny to perkusja, gitara basowa, gitara elektryczna, wiolonczela oraz instrumenty klawiszowe. Płyta jest bardzo spójna i wszystkie kawałki są nagrane w jednym stylu. Mimo wszystko płyta jest bardzo ciekawa. Myślę, że większość ludzi słyszała kiedyś o grupie Beastie Boys i do dziś kojarzy ją z białymi chłopakami rymującymi zwrotki do bardzo samplowych podkładów robionych na studyjnym sprzęcie. Ta płyta pokazuje, że Beastie Boys mają coś w zanadrzu dla miłośników instrumentalnego grania. <br>Utwory są zagrane bardzo czysto i równo. Słychać wyraźnie, że każdy z instrumentalistów wie, jak trzymać instrument i wie jak wydobyć z niego dobry dźwięk. Po tej płycie nie należy się jednak spodziewać super rozbudowanych długich utworów, gęsto okraszonych wirtuozerskimi solówkami. Utwory są standardowej długości 4-5 minut i nie są zbyt rozbudowane. Posiadają jednak dosyć harmonijne, ciekawe tematy melodyjne oraz przemyślaną kompozycję zawierającą powtarzające się tematy przewodnie oraz mosty. Album sprawia wrażenie, jakby stanowił płytę demo zespołu jazzowego złożonego z młodych, debiutujących, ale bardzo obiecujących muzyków.<br>Jestem przekonany, że The in sounds from way out może być doskonałym przykładem brakującego ogniwa, które łączy ze sobą gatunki poważane przez starsze pokolenie, bazujące na grze na żywych instrumentach oraz gatunki bliższe muzyce młodzieżowej, takiej jak właśnie hip hop. <br>Ja tą płytę odbieram jako doskonały materiał do wspólnych odsłuchów dla młodzieży wraz z rodzicami, gdyż każdy, niezależnie od wieku i preferencji muzycznych na pewno doceni tą płytę. Gorąco polecam, z tym że jest już raczej trudna do zdobycia. Warto jednak poszperać w internecie, gdyż będzie to naprawdę bardzo interesująca pozycja na półce.<br>Ogólna ocena BARDZO DOBRA !

Beastie Boys - The in sound from way out!

Muzyka faktycznie zupełnie odmienna od tej znanej z MTV czy radia. Tutaj pełny instrumental. Boysi w dosyć dynamicznym, nietuzinkowym i zróżnicowanym wydaniu.<br>Bardzo polecam ten tytuł. Można słuchać od dechy do dechy. Każdy utwór jest inny, podobnie jak starsze tytuły Dire Straits.<br>Instrumenty użyte budują fantastyczna scenę. Emocje gwarantowane. Zwłaszcza jak posłucha sie nieco głośniej. Ale też bez przesady.

Dave Grusin - Fabulous Baker Boys

Dzisiaj mam dzień na komplementy więc tej płycie się też dostanie. To moim zdaniem najlepsza płyta Grusina. Mimo, że jest to ścieżka z filmu nie jest to typowy nudny soundtrack. Można tu znaleźć prawie wszystko - od starych aranżacji orkiestrowychz lat 20-tych (nagranych z charakterystycznym szumem straej zniszczonej płyty winylowej) poprzez mainstream, aż do melodyjnych utworów w stylu Grusina. Dwa pięknie zaspiewane przez....... Michelle Pfeiffer standardy . Cud i Miód. Do tej płyty po prostu się czesto wraca...

Frank Zappa - Freak Out!

O tej płycie można by pewnie napisać książkę rozmiarów średniej encyklopedii. A w trzech słowach wygląda to mniej więcej tak: grupa niezwykle twórczych młodych ludzi z Hollywood nagrała płytkę, która każdą swoją sekundą, każdym milimetrem kwadratowym, równie nieprzyzwoicie co całkowicie wypina się na wywodzący z San Francisco flower-power. I nie tylko, bo Zappa przejechał się praktycznie po wszystkich - począwszy na amerykańskich grupkach, wygrywających na przełomie lat 50 i 60-tych skretyniałe przeboje (jak w liście przebojów dla oldbojów), skończywszy na The Beatles. Sposób polega na połączeniu stylu muzycznego ofiary z ośmieszającym tekstem. "Freak Out!" stanowi więc przeuroczą zbieraninę różnych stylowo utworków, umiejętnie posklejanych. Warto dodać, że był to pierwszy w historii Rocka album dwupłytowy - i pierwszy longplay wypełniły właśnie rozmaite muzyczne pastisze, drugi zaś miał charakter eksperymentalny, rzec można, mocno psychodeliczny. Całość stanowi popis wielkich umiejętności w dziedzinie gry i realizacji oraz genialnego poczucia humoru. Jak widać, same superlatywy. Jedyną wadą albumu jest to, że ciężko go kupić. W Polsce. Nad wyraz polecam! To jest właśnie ta płyta, którą zabiera się na bezludną wyspę...




×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.