Jump to content

906 płyty

Illusion - Bolilol Tour 4

Hity w wykonaniu live na najwyższym poziomie zarówno technicznym jak i jakościowym. Jest to czwarty album w dorobku zespołu, wydany z 1996 r. Czysta rekomendacja-jak ktoś nie trawi tej muzy to chociaż dla ciekawości warto posłuchać jak to brzmi na dobrze nagranym koncercie. Szkoda, że już nie grają razem. Na otarcie łez pozostaje najnowsza płyta Lipy - LIPALI- "BLOO", w której powraca do brzmienia Ilussion. Jest na niej nawet cover "noż" w wersji akustycznej.

Philharmonia Baroque Orchestra - Vivaldi for diverse instruments

Zawartość: Koncert F-dur (RV596) Koncert A-dur (RV552) Koncert g-moll (RV577) Koncert F-dur (RV568) Koncert d-moll (RV535) Koncert D-dur (RV562) Założona w 1981 roku w San Francisco Philharmonia Baroque Orchestra prowadzona przez Mikołaja (Nicholasa) McGegana gra muzykę klasyczną (jak sama nazwa wskazuje, głównie barokową, ale nie tylko) na oryginalnych instrumentach z epoki. Dzięki takiemu podejściu wykonanie zbliża się brzmieniowo - na ile to w dzisiejszych czasach jest możliwe - do oryginalnych prawykonań. Na ich nagranej w 1997 roku płycie znajdziemy sześć koncertów Vivaldiego na: skrzypce, rogi, fagoty, flety, organy czy oboje (przy okazji - czy utwór na pięć oboi to pięciobój?). Ich interpretacje - co rzadkie - łączą lekkość z dostojeństwem, świeżość i rześkość dźwięków z wyczuwalną na utworach patyną wieków. Nawoływania rogów, tryle skrzypiec (zwłaszcza z "echem" w koncercie A-dur), stateczne tony fagotu - dopełniają się wzajemnie przenosząc słuchacza... tam, gdzie przenosić powinny. Czyli w rajska krainę ułudy kędy zapał tworzy cudy. Czy jest to zasługa instrumentów, muzyków, dyrygenta, czy inżynierii nagrania? Pewnie wszystkiego naraz we właściwych proporcjach.

Ayo - Joyful

Muzyczna mieszanka - blues, muzyka cygańska i inne. Na tej płycie nie ma dużej ilości dźwięku. Wokal Ayo na pierwszym miejscu. Przede wszystkim jednak muzyka jest bardzo autentyczna. Ta płyta nie była nagrana dla kasy albo dla udowodnienia, że autorka jest genialna! Przy odpowiednim nastawieniu może pomóc w zrozumieniu głębin kobiecej duszy.

Holly Lerski - Life Is Beautiful

Holly ma ladne nazwisko i gra na gitarze i gitarze basowej. Tu sie zaczynaja podobnienstwa do Sheryl Crow. Takze pisze i komponuje i wylacznie jej piosenki sa na plycie 'Life Is Beautiful - tu sie koncza podobienstwa z Sheryl Crow. Ta plyta jest przykladem na slynna dewize sprzedawcow - jezeli towar nie spodoba sie w ciagu pierwszych 15 sekund trzymania go w rece to szansa na sprzedaz maleje niemal do zera. Holly nie robi wielkiego wrazenia przy pierwszym sluchaniu i pewnie dlatego plyta nie kroluje na listach sprzedazy. Ale po kilku przesluchaniach okazuje sie, ze zawiera naprawde ciekawa muzyke. Czegos jednak brakuje - nieco wyrazistszych aranzacji? moze oryginalniejszego glosu? Nie wiem. Wiem, ze sukcesu nie ma i nie bedzie. Ale moze nastepnym razem. Sama dziewczyna takze nie chce sie sprzedac - dzwonowate jeansy, niedbala, krotka fryzura, brakuje tylko roweru i reklamowki z IKEI. Dobrze, ze pryszcze zaretuszowano ;-) A taka Paris Miss Hilton - pokolorowana buzia, spi z buldogiem a nie z chlopakami, jezdzi slicznym cabrio w kolorze rozowym a na swej plycie podobno nawet sama nie spiewa. I jak? Ano sprzeda sie lepiej niz Holly za przeproszeniem Lerski :-(

Tool - Aenima

Rewelacja. Płyta długa (coś koło 74 chyba) i po brzegi wypełniona dobrą muzyką i świetnymi pomysłami. Płyta spójna, stanowi całość (takie najbardziej lubię). Są momenty dramatyczne, są i bardziej czadowe. Ostatni utwór zabija. "Third Eye" - kilkunastominutowa kompozycja zawiera w sobie dosłownie wszystko. Jednocześnie spójne i pomysłowe. Brzmienie ostre, raczej podchodzi to pod coś ala metal. Na jasnych systemach uszy mogą trochę dostać :) W tle bym tego nie puszczał, wymagane pełne zaangażowanie. Nie jest to coś co zwykle kojarzy się z metalem - energetyczne łojenie. To duża rzecz. Ale trzeba polubić to brzmienie.

Dire Straits - On The Night

Druga i ostatnia płyta Live zespołu, dokumentująca ostatnią trasę koncertową w historii DS. Na jednym tym razem CD zebrano reprezentatywne utwory z koncertów z Holandii i Francji. Od poprzedniej dzieli ją cała epoka: niestety, płyta nosi typowe znamiona produkcji koncertowych z ostatnich lat: utwory są prawie identyczne w brzmieniu do wersji studyjnych. Płyta nie wnosi nic nowego do wizerunku grupy, w odróżnieniu od swojej poprzedniczki nie zostaje w głowie na dłużej. Ma momenty lepsze i gorsze, ale kamieniem milowym płyt Live nie jest. Dla fanów

Sonic Youth - Washing Machine

Lubię tą płytę. Choć w moim prywatnym rankingu albumów SY jakoś zawsze pozostawała w cieniu bardziej "esencjonalnych" i wyrazistych dzieł słynnego nowojorskiego kwartetu (a teraz już kwintetu:) Chyba trochę bezpodstawnie. Na "Washing Machine" mamy przecież wszystko, co Soniczna Młodzież potrafi robić najlepiej - świetne gitarowe odjazdy jak i niebanalne rockowe kompozycje. Jest tu jeszcze ten przebojowy szlif charakterystyczny dla ich pierwszych albumów dla majorsa (tj. wyraźnie łatwiejszych w odbiorze "Goo" oraz "Dirty") ale zarazem mamy tu doczynienia z lekkim zradykalizowaniem przekazu muzycznego - więcej przesterów, wycieczek w bardziej wyswobodzone formy ekspresji. Jakby zapowiedź bezkompromisowości "A Thousand Leaves" (oszczędzili szoku wytwórni ;-) Świetna płyta - dobra na początek znajomości z tym zacnym zespołem. Bo wstyd go nie znać!

Cassandra Wilson - belly of the sun

Niezła płyta, choć zbyt spokojna i pod publikę, ale takie już są czasy. Najlepsze to You Gotta Move i dla tego właśnie kawałka mam tę płytę. Oprócz tego oczywiście też są inne ciekawe rzeczy. A jakie to już odkryjcie sami...

Bob Dylan - Love and Theft

Płyta na fali nagrań unplugged, co jest zupełnie niezrozumiałe z punktu widzenia akurat tego artysty: przecież nie kto inny, jak BD grał unplugged 40 lat temu i gdzieś tam w dalekiej Anglii zaczął grać plugged...Judasz. Płyty tej osobiście niespecjalnie lubię ze względu na kiepską formę mistrza w czasie nagrania i niepotrzebne silenie się na bycie na fali. BD to ikona muzyki!

Herbie Hancock - Future Shock

'Future Shok' to plyta klasyczna. Zawiera szalenie ograny temat, ktory sluzy za jingle w rozglosniach radiowych ale takze troche i prawdziwego jazzu - elektorniczny funk-jazz. Nagranie jest szalenie efektowne i dynamiczne. Melodie latwe i chwytliwe. Plyta rozwala sciany ale.. nie szokuje. Juz nie. Pewnie w roku 1983 kiedy ukazala sie byla objawieniem a roboty na okladce mowily wiele. Dzis po prostu zestarzala sie i jest raczej ciekawostka brzmieniowa z epoki niz opadem szczeki. Na szczescie jest krotka i na szczescie mocna kompozycyjnie. Dla ludzi malo zainteresowanych gatunkiem do odpuszczenia.

Wolfmother - Wolfmother

Aussies w natarciu! Oto Wolfmother - Kaspar Hauser hardrocka. Ktoś napisał, że brzmią tak jakby ktoś zamknął tych trzech Australijczyków w garażu w latach siedemdziesiątych i wypuścił dopiero teraz. Brzmią jak Black Sabbath, Led Zeppelin, Budgie i Deep Purple razem wzięci. Zalatuje też czasami The Cult. Wokalista - “Astbury skrzyżowany z Plantem który nasłuchal się Ozzy'ego”. Zaraz, zaraz to ile Ci goście mają lat? Nikt z Was nie wie – nic dziwnego, to ich debiut poza Antypodami. I jest to, bez dwóch zdań, debiut znakomity! Tłuste klasyczne riffy, hard rockowa estetyka i surowe brzmienie - to wszystko podlane szaleństwem i czadem. Gitara, bas, perkusja – czasem klawisze + solówka na flecie (sic!) w utworze Witchcraft. Mały skład i prosta muzyka. Kawał rasowego gitarowego grania. A że w twórczości Wolfmother nie ma nic odkrywczego? Nic to, tu rządzi CZAD! Uwaga: bardzo wysoki FTF (Foot Tapping Factor) ps KIEROWCO! Ministerstwo Transportu ostrzega - słuchanie Wolfmother podczas jazdy samochodem grozi kalectwem lub śmiercią. Przekroczysz wszelkie limity prędkości.

Residents - Mark of the Mole

Mark of the Mole to pierwsza część \"The Mole Trilogy\". W warstwie nazwijmy to, literackiej jest to opowieść oparta na motywach książki Steinbecka \"Grona gniewu\". Wobec powyższego rzecz traktuje o kryzysie na skutek którego tytułowe stwory (Kreciki? :)))) są zmuszone do wędrówki w poszukiwaniu pracy i trafiają do kraju zamieszkiwanego przez Chubsów (wybaczcie, w oryginalne jest Chubs :)) No i wiadaomo, najpierw jest fajnie ale potem wybucha konflikt i dochodzi do wojny. No taka tam historyjka. Piszę o tym dlatego ponieważ warstwa muzyczna jest mocno skorelowana z pokrótce opisaną historią. A więc pierwszy utwór \"Ultimate disaster\" to gwałtowny w swoim wyrazie moment kataklizmu który pozbawia naszych bohaterów pracy i domów oraz pracy. Następny to lament, decyzja o podjęciu wędrówki etc. Niektóre z fragmentów są mocno pozbawione pierwiastka melicznego i mamy do czynienia właściwie z ilustracją muzyczną. Doskonałym tego przykładem jest utwór \"The new machine\" w którym jak sama nazwa wskazuje możemy posłuchać rozruchu maszyny - z muzyką jako taką ma to niewiele wspólnego. Niemniej jednak płyta stanowi bardzo frapującą całość, ciekawą pod każdym względem. Dowodzi dojrzałości zespołu pod względem muzycznym, pod względem literackim jest niestety nieco naiwnie i sztampowo ale oceniamy muzykę, prawda? Niezwykła płyta, w sumie anty-muzyczna, autorom udało uniknąć się przegadania (przed czym nie uchronił się np Frank Zappa), polecam, polecam, polecam.

Mark Knopfler - Golden Heart

Mark Knopfler troche inny i chyba bardziej prawdziwy od tego którego znamy z Dire Straits. Na Golden Heart zdecydowanie lepiej słychać kunszt Knopflera jako gitarzysty a i wokal też jest na innym poziomie niż w przypadku Dire Straits (chociaz tam poprzeczka już jest bardzo wysoko). Jeżli ktoś zna tylko Dire Straits , to polecam....może zostać lekko zaskoczony ale mile.

Queen - Live Killers

Płyta jest zapisem koncertów jakie odbyły się pod koniec lat 70'. Wbrew pozorom nie są to całe utwory ale posklejane ze sobą kawałki wycięte z różnych występów jednak w niczym to nie obniża bardzo wysokiej oceny całości. Na Live Killers Queen pokazuje że był jednym z najlepszych zespołów koncertowych w historii. Mając do dyspozycji jedynie podstawowe instrumenty członkowie zespołu wykonują w sposób mistrzowski karkołomne i skomplikowane utwory. Ta płyta to prawdziwa bomba atomowa-wspaniały kawał rockowego grania utrzymany w surowej stylistyce. Godna podziwu jest swoboda z jaką grała Królowa na koncertach, umiejętność dotarcia do publiczności wreszczie wspaniałe umiejętności wokalne Freddiego który jak rasowy showman bawi się z publicznością wyśpiewującą teskty piosenek i starającą się dorównać frontmanowi grupy. Bez wątpienia jeśli chodzi o rock jest to jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii-jest tutaj wszystko: spontaniczność, energia, pewna teatralność, świetna setlista, to czego zabrakło na wielkiej trasie Magic Tour z 1986. Pozycja obowiązkowa...

Eurythmics - 1984

’1984’ to tytul filmu wedlug ksiazki Orwella. Ostatnia rola Richarda Burtona przed jego smiercia. Poruszajacy film z przeslaniem. Ale nie o tym teraz. Pewnie zaskakujace w kontekscie dyskotekowych hopow i hipow moze wydawac sie dolaczenie muzyki Eurythmics do tak ponurego filmu. Ale rezyser wiedzial co robi. Wyeksponowanie cynicznych, chlodnych i mechanicznych elementow z muzyki duetu Stewart/Lennox wpasowalo sie w film. Oczywiscie sa to nowe kompozycje, w wiekszosci instrumentalne. Z piosenk mamy wielki hit ‘Sex Crime’, podobnie chwytliwe ‘Doubleplusgood’ i tkliwe, arcypowolne ‘Julia’. Reszta ma charakter czysto ilustracyjny. Trudno jest mi pisac o tej plycie. Rozumiem nie najlepsze recenzje tych, ktorzy nie moga pozbyc sie obciazenia stereotypem Eurythmics. Takze wiem, ze plyta sama w sobie nie jest specjalnie porywajaca. Ale mimo to slucham jej czesto i zawsze a dreszczem emocji. Jej mroczna, wysoce seksualna atmosfera napiecia, silnych uczuc, szybkiego, zabronionego ale i koniecznego seksu, muzyczne nawiazania do samego aktu zblizenia pary kochankow – to wciaga, intryguje, zacheca do ponownego sluchania. Plyta slabo sie sprzedawala i jako takie niechciane kaczatko zostala wydana procz oryginalnej wersji RCA takze przez inne wytwornie, ktore wykupily sobie prawa do rozprowadzania. I tak mozemy ja znalezc pod szyldami EMI, Virgin czy brukowej wytworni Disky. Ceny zwykle sa niewygorowane. Zatem... ;-) Szczegolnie milosnicy muzyki filmowej - czas obuc nogi w gumofilce i do sklepow!

Residents - Eskimo

Właściwie płyta na której nie ma muzyki. Jak ktoś zna składankę "Heaven? Hell" to jest na niej umieszczony jeden fragment z Eskimo który nosi znamiona utworu muzycznego. Residents opowiadają o Eskimosach więc generalnie wieje. Odgłosy wiatru z mniejszym lub większym nasileniem towarzyszą nam cały czas stanowiąc tło dla czegoś co jest stylizacją "ludowych" pieśni ludzi śniegu, o otoczeniu niesamowitych głosów i tajemniczych dźwięków. Jednym słowem płyta to wielki eksperyment którego słucha się z zapartym tchem. Co prawda nie od razu i trochę trzeba czasu na poznanie ale zapewniam że warto....

Faith No More - Angel Dust

Jedna z najciekawszych płyt rocka lat 90-tych, jej nieblaknące walory artystyczne i świeżość robią wrażenie do dziś. Opus magnum frapującego bandu Faith No More, nagrana w najsłynniejszym składzie, jeśli mieć w dorobku jedną płytę to właśnie tę. "Angel Dust" nie jest przesadnie łatwa w odbiorze, utwory "Smaller and Smaller" czy "Malpractice" wydawały mi się na początku zahaczać wręcz o kakofonię ale z pewnością warto przebrnąć przez trudne początki /pomągą w tym zdecydowanie melodyjne i bardziej przyswajalne utwory typu "Midlife Crises" czy "Kindergarten", żeby w pełni docenić jej harmonię i klimat, postindustrialny, momentami niepokojący i alienacyjny, oddający atmosferę czasu i zatrzymujący ten czas. Operując dość oszczędnymi środkami wyrazu muzycy Faith No More stworzyli zaskakująco urozmaicony materiał, pozornie eklektyczny, faktycznie spójny i przejmujący, osadzony w dość ciężkim gitarowym kontekście wzbogaconym wszakże o dość ekstrawaganckie rozwiązania melodyczne i stylistyczne. Zdecydowanie warto tej płyty posłuchać. Tym bardziej że już od kilku lat jest do kupienia za niewiele ponad 30 zł w księgarniach, np. w merlin czy gigant.pl. Lepiej wybrać wersję z bonusem - utworem Lionela Richie (!) "Easy" w oryginalnej wersji by Faith No More.

Michael Hoening - Baldur's Gate 2 (soundrack)

Płyta jest ścieżką dźwiękową do gry "Baldur's Gate 2", RPG z 2000r. Oprócz 77 minut muzyki są też dodatki do gry, zwiastuny itp. Nie wiem, jaki to gatunek. Czasem ma się wrażenie, że gra cały, duży skład symfoniczny, a czasem jest jakby bardziej kameralnie. Zawsze jednak jest różnorodnie, nie ma monotonii, jaka czasem dźwięczy w utworach klasycznych. Inaczej muzykę tą odbiera człowiek który grał w BG2 niż ten, który nie grał. Warto jednak napisać, że samam gra bez muzyki byłaby zaledwie genialna, a jest doskonała. Generalnie utwory nastawione są na trzymanie w napięciu i wywoływanie nastroju grozy. Wiele z nich zostało sporządzonych "na potrzeby" bitew. Szybkie, wzbudzające ciarki, monumentalne. Pozostałe napisano tak, by pasowały do klimatu danej lokacji - podziemi, sklepu, burdelu, piekła itp. Wszystkie one wywiązują się ze swojej roli doskonale. To jednak, co wyróżnia płytę, to fakt, że można jej słuchać i wyobrażać sobie "co kompozytror miał na myśli" wczuwając się w zmienne klimaty utworów. Tego nie potrafi żaden inny soundtrack z jakim się spotkałem. Wogóle, to najlepsza płyta w moich zbiorach. Wątpię, czy jakaś inna potrafiłaby równie skutecznie mnie oczarować. Przede wszyskim BG2 miał niesamowity klimat, naprawdę przenosił w świat fantasy i nim się spostrzegłeś, świtało i wstawałeś od kompa. Kiedy przeszedłeś grę poraz trzeci, czas na soundtrack. Cała gra zaś jest soundrackiem, w którym możesz wziąć udział. Jeśi ktoś się zainteresował - pisać do mnie. Jakoś się podzielimy :) bo w sklepach płyty nie da się kupić.

Tom Waits - Real Gone

To bardziej 'Blood Money' niż dość w końcu delikatna 'Alice'. A może eskalacja trendu, po której strach się bać ciągu dalszego. Chyba że cel zostanie osiągnięty i wszyscy z Waitsem w głowie albo oddadzą krew wannom albo wolność wariatkowom. Albo go zrozumieją i świat będzie lepszy. Mój ulubiony (słowo to razi w opisie tej płyty) kawałek to prawie jedenastominutowa mantra Sins Of The Father. Jest trochę materiału dla waitsowej błękitno-walentynkowej konserwy: How's It Gonna End czy Trampled Rose. Baza do rozważań czym słuchamy.

Pink Floyd - Dark Side of the Moon

Jest całkiem spore grono zagorzałych zwolenników grupy Pink Floyd (szacuję, że w Polsce jest to nawet kilka tysięcy osób, ja sam nie zaliczam się do tego grona), w którym to gronie album ten jest uważany za najlepsze dzieło w historii zespołu. Śmiem nie zgodzić się z tą opinią, chociażby dlatego, że moją płytą no.1 od Floydów jest wcześniejszy "More". Jednak do rzeczy. Chyba każdy miał co najmniej jedną okazję by przesłuchać ten album, więc na temat zawartości nie ma się co wypowiadać. Świetny, eksperymentalny materiał, którego można sobie posłuchać zarówno po ciężkim dniu w pracy, jak i na imprezce, przy stole. Zawartość na bdb+, wstyd nie mieć, jak pisano kiedyś w nieodżałowanym "Tylko Rocku". Magia Floydów w pełnej krasie.

Tori Amos - Scarlet's Walk

Uosobienie tego, czego czasem oczekuję od muzyki: barwy, tempa, rytmu, ciepła, wsparcia, spokoju, dowodu że są na świecie popularni wykonawcy którzy umieją śpiewać. „Miodność” tej wspaniałej płyty jest ponadprzeciętna. Tori śpiewa fenomenalnie w dość zróżnicowanych kompozycjach z rozmaitym akompaniamentem i poza „Wampum’s Prayer” oraz smutkami na końcu płyty – cała reszta jest idealną odpowiedzią na moje potrzeby i wyobrażenia o tzw. muzyce pop. Do tego dochodzi świetny dobór instrumentów które – obok tradycyjnego fortepianu – wkomponowują się w ogólny klimat. Co więcej – dodatkowego smaku dodaje jakaś dziwna świadomość uczestniczenia w drodze po USA, którą (patrząc na tytuły piosenek) autorka odbywała.

Pink Floyd - Animals

Po nagraniu DSOTM muzycy PF popadli w twórczą niemoc. W zespole panowała podła i duszna atmosfera, którą potęgowała coraz silniejsza osobowość Watersa. Dodatkowo w Anglii pojawili się Sex Pistols i reszta. Słowem, inne czasy i muza. Odpowiedzią PF na punk rocka jest płyta Animals. Płyta dziwna, ale ogromnie ważna jak okazało się po latach dla zespołu Watersa. Zaczyna i kończy się akustycznym utworem Pigs on the Wing - od tego momentu latające świnki na stałe pojawiać się będą na koncertach zespołu. Ta płyta to płyta Watersa, całkowicie jego dzieło i wizja. Mroczne i ciężkie teksty w sam raz na jesienny syf za oknem. Ludzie to psy, czyhające na zdobycz w postaci innych, głupawych i bezwolnych: owiec, albo świnie - gotowe za wszelką cenę osiągnąć swój cel. Dołowanie i znakomita, mocna, równa rockowa muzyka. Świetna okładka wg. projektu samego Rogera Watersa i sugestywne zdjęcia. Ostatnia wielka płyta grupy PF, bo ściana to już niestety nie było dzieło PF, a jedynie pogoń Watersa za kasą w obliczu bankructwa. Rekomendacja

Arild Andersen - Electra

W porównaniu do mojej ulubionej płyty Arild Andersena "Kristin Lavransdatter" na początku brakowało mi trochę tajemniczości. Dopiero po kilku odsłuchach doszedłem do wniosku, że wina za to mogę obarczyć coraz większą ilość elektroniki, którą Arild "upycha" na swoich krążkach. O ile Kristin... była swojego rodzaju baśnią, którą muzyk snuł dla słuchacza tutaj poszczególne utwory nie twożą takiej spójnej bryły. Oczywiście magnetyzm twórczości Arilda nadal jest wyczuwalny z łatwością i po włożeniu krążka słuchacz nie chce myśleć o zakończeniu odsłuchu. Ponadto płyta nie jest wymagająca od słuchacza a jedynie powoli prowadzi go za rękę pozwalając wraz z kolejnymi odsłuchami odkrywać kolejne smaczki. Krótko mówiąc rewelacyjne skandynawskie granie na najwy ższym poziomie.

Stiff Little Fingers - Guitar and Drum

‘Guitar and Drum’ to niezly tytul dla plyty Stiff Little Fingers. Sklad klasyczny: 3 gitary + bebny. Muzyka? Klasyczna ale na ostro. Cos jak lagodniejszy System of The Down lub ostrzejsze The Beatles w stylu ‘Helter-Skelter’ czy ‘Everybody's Got Something To Hide Except Me And My Monkey’. Plyta jest po prostu niesamowita. Zespol malo znany, nudna okladka z odstraszajaca informacja ‘established 1977’ a granie fantastyczne. Dobry wokalista, piekne lojenie w idealnej harmonii brzmieniowej co zdarza sie rzadko (doskonale z tym sobie radzi np. ‘Oasis’ czy ‘Tom Petty and the Heartbreakers’). Piosenki porywaja od pierwszych taktow i tak do konca. Tzw. wolne utwory sa na tej plycie wciaz pelne zywotnosci i energii. Wspanialy przyklad mainstreamowego grania rocka bez napuszania sie i siegania po tanie chwytu. Bezwzgledna rekomendacja. Jedna z ostatnich plyt jakiej bym sie pozbyl.

Leonard Cohen - I'm Your Man

Spotkanie po latach. Kiedys mialem ta plyta i byla to nowosc - rok zatem 1988. No i teraz zakupilem wersje na CD. Moze niedobrze sie stalo? ;-) Plyta zawiera kilka prawdziwych przebojow - 'I-m Your man', 'First We Take Manhattan, Next We Tak Berlin', 'Take This Waltz' - to tylko przyklady bo z 8 piosenk procz dziwnej 'Jazz Police'¨reszta jest chwytliwa nadwyraz. Slowa to typowa poetyka folkowa lub malorolne filozofowanie typu 'zapomnialem kto, zapomnialem co' Teraz byla okazja podejsc mniej duchowo a bardziej sprzetowo. No i sprzet pokazal nowa twarz tej plyty. Po pierwsze Cohen nie spiewa nadwyraz czysciutko i jego spiew momentami przechodzi w rodzaj monologu, w ktorym branie nut nie jest priorytetem. Po drugie elektroniczny i skromny podklad muzyczny niczym nie poraza. Na szczescie jest to moze dopiero trzeci plan bo na drugim ladne chorki Anjani i Jeniffer Warnes. Fajna plyta i wciaz moze rozbierac dziewczyny, tak mysle. Ale takze zostala odarta z niezwyklosci kiedy przyszla do mnie po latach.

×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.