Jump to content

pepe

Użytkownicy
  • Content Count

    171
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

42 Neutralny

Informacje profilowe

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Wstyd się przyznać, ale nawet nie sprawdziłem czy w cytowanym przeze mnie materiale jest poprawnie. Sorry!
  2. O widzisz - tego nie wiedziałem! Z kilku źródeł wiem, że poprawna orientacja przewodu fazowego we wtyczce kabla zasilającego (C13/C15) jest określona. Bardzo możliwe, że nie jest to sformalizowany wymóg zapisany w cytowanej przez Ciebie normie. Nie spotkałem jednak nigdzie wzmianek, które by negowały ten - być może nieformalny - standard (opisany choćby tutaj http://wpszoniak.pl/portfolio/fazowosc-i-polaryzacja/). Trudno mi uwierzyć, że producenci elektroniki nie biorą tego pod uwagę. Być może jestem jednak w błędzie i jedynym rozwiązaniem jest podpinanie sprzętu audio "na słuch".
  3. Jak mniemam w swoim tekście równie dobitnie pokazałem, że nie mam wiele wspólnego z byciem patriotą, katolikiem, człowiekiem honoru i dobrego serca. Całe szczęście na forach są takie osoby jak Ty oraz Tobie podobni, a Wasza intelektualna przenikliwość stoi na straży dobra i karci pełzające co rusz zepsucie.
  4. Gniazdo IEC wraz z odpowiadającym mu standardem w sposób jednoznaczny określa gdzie ma być faza. Mówiąc o poprawnej polaryzacji kabli zasilających miałem na myśli taką jego orientację by na wtyczce IEC faza była po właściwej stronie (sprawdzone próbnikiem). Nie sądzę by jakikolwiek szanujący się producent sprzętu audio projektował swoje urządzenia lekceważąc standard.
  5. W moim odczuciu mój system gra obecnie tak dobrze, że aż trudno mi w to uwierzyć. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zbliżę się do takiej jakości dźwięku. Nie zamierzam jednak udawać, że w temacie kabli zasilających mam rozeznanie. Wpływ tych konkretnych kabli na mój system był jednak na tyle jednoznaczny, że nie miałem ochoty się z nimi rozstawać. Wyszedłem z założenia, że nawet jeśli w tej cenie są kable jeszcze "lepsze" to ja chcę - z powodów które w tekście wymieniłem - właśnie te. I tak zrobiłem.
  6. Do mojego teksu wkradł się istotny błąd. Zygmunta - właściciela i konstruktora Ziggy HiEnd Audio - nazwałem mylnie Zbyszkiem. Bardzo proszę moderację o poprawienie mojego błędu (wie ktoś czy jest jakaś zakładka/adres w tym celu stworzona?) . Ziggy wybacz proszę!
  7. Nie narzekam. Lubię jednak dzielić się swoimi doświadczeniami - w ten sposób trochę odreagowuję codzienny stres i stanowi to dla mnie cenny komponent tego hobby. Pozwala mi to dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy od innych użytkowników, którzy podobnie jak ja - w swoim zamiłowaniu do bycia audiofilem - nie ograniczają się wyłącznie do słuchania muzyki.
  8. W trzyczęściowej recenzji przedstawiam swoje blisko miesięczne zmagania z tematem kabli zasilających. Teksty te publikowałem dotychczas tylko na [jestem spamerem] zatem nadrabiam zaległości zamieszczając je też tutaj. Miłej lektury i... proszę o dużo dystansu! Część 1. Oto relacja z odsłuchów kabli zasilających firmy Nordost. Czemu akurat ta firma? Po pierwsze to sugestia Pana Mikołaja z RT-Project (ponoć Nordost Shiva bardzo ładnie się w ich systemie spisywał). Po drugie – moje wspomnienie z testów porównawczych DAC One Lamp z Golden Atlanticiem podpowiadało mi, że skoro mam ciepło brzmiący DAC, który gra niezwykle analogowo to kable zasilające o przestrzennej, otwartej charakterystyce brzmienia mogą się nieźle sprawdzić. Po trzecie – w domu miałem już kable Audioquesta, VdH, Kimbera, XLO, Cardasa, Ixos'a, Cambridge Audio, ale nigdy jeszcze z kablami Nordosta nie miałem do czynienia. Była to świetna okazja by poznać jakiś produkt tej – bądź co bądź - uznanej marki. Po czwarte – znajomy wiedząc, że rozważam przesłuchanie jakiś kabli zasilających poinformował mnie, że TOP-HiFi ma w outlecie 50% zniżkę na AC Blue Heaven. Wobec powyższego - piątego powodu już nie szukałem! Dziś w moje ręce wpadł rzeczony Blue Heaven (2m – koszt po zniżce to ok. 700zł ) oraz nieco droższy Heimdall (1m – 2600zł). Wyniki moich odsłuchów okazały się tak szokujące, że pierwotnie uznałem, iż upublicznianie ich będzie jaskrawym przykładem mojej niekompetencji. W najlepszym wypadku będzie to świadectwo braku staranności podczas testów, a w najgorszym – zaawansowanej głuchoty. Lepiej jednak być niekompetentnym niedosłyszącym niż... tchórzem. By nie zabierać czasu tym , którzy dalsze moje wywody porównywać będą do rozmowy o kolorach ze ślepym donoszę, że zarówno Blue Heaven jak i Heimdall nie przyczyniły się do zwiększenia przyjemności z odsłuchu mojego systemu mimo, iż ich przeciwnikiem był zwykły kabel komputerowy (no chyba, że wyglądający tak kabel od Aurendera kryje w sobie jakieś nie rzucające się w oczy tajemnice). Trzeci akapit - dla „gapiów” lubiących patrzeć jak nieszczęśnik, którego los nie oszczędza, próbuje zmagać się z beznadzieją sytuacji w jakiej się znalazł. „No tłumacz się teraz, tłumacz!” wykrzykują. Już o(d)powiadam. Na początek podłączyłem tańszy BH. Skoro kabel nie nowy (outlet w końcu), a Nordost ma najlepszą na świecie wygrzewarkę do kabli (czy do zasilających też - nie wiem) powinien zagrać co najmniej dobrze. Pierwszy utwór – podobnie co „komputerowy”. Przy drugim kawałku wydawało mi się, że dźwięk jakby klarowniejszy, z leciutko podniesionymi wysokimi tonami. Przy piątej kompozycji – nieco mniej dołu. Po 2 godzinach słuchania żadnych nowych wniosków. Podpięcie Heimdalla i... w zasadzie to samo. Nie słyszę różnic względem BH, a że cena rozbudziła nadzieje na progres odbiór całościowy rozczarowujący. PO kilku kolejnych utworach powrót do BH i wniosek, że gorzej to nie gra na pewno (może jednak lepiej wygrzany od starszego brata). Biorąc pod uwagę różnicę w cenach na placu boju zostaje BH i „generic” (tak jakoś na forach anglojęzycznych go nazywają). Te same utwory odtwarzane 2-4 razy (każdorazowo zmieniany kabel zasilający rzecz jasna). Różnice wydają się wyraźnie. Nordost – dźwięk lżejszy, z bardziej podkreśloną górą i zwartym, odchudzonym basem. Generic – dźwięk bardziej zrelaksowany, z większym rozmachem dynamicznym i pełniejszą średnicą. Początkowo interpretowałem to jako brak wyrafinowania. Czym jednak dłużej słuchałem tym bardziej jasne się stawało, że to nie są różnice jakościowe, a ilościowe. Tego więcej, tamtego mniej, tu cieplej tu zimniej, ale jakość ta sama. To cały czas mój system i ta sama, dla mnie fantastyczna jakość dźwięku. Aby się przekonać ile w tym wszystkim jest sugestii, a ile prawdy obiektywnej ,postanowiliśmy wraz z żoną (towarzyszyła mi cały czas od początku dzisiejszego „castingu”) zdecydować się na „ślepe” testy. Raz ja zmieniałem żona słuchała, potem odwrotnie. Ocenialiśmy, który z kabli A-B gra w naszym odczuciu bardziej atrakcyjnie. Wynik – mnie w ponad połowie przypadków bardziej przypadł do gustu kabel „za grosze”, a dla żony wynik był dokładnie odwrotny. Mnie głównie przeszkadzała nadmierna twardość Nordosta i mniejsze wypełnienie najniższych składowych, a żona ceniła lepszy „rysunek” (wykończenie) dźwięków. Ja skupiałem się bardziej na soczystości całego przekazu, a ona bardziej na szczegółach (dla mnie te były może wyraźniejsze, ale sztucznie brzmiące). Gdyby kable Nordosta kosztowały 100-200zł to bym sobie je zostawił... „for fun”. 700zł to nadal nie majątek, ale w kwestii kabli dotarłem do punktu, w którym niepokojące staje się dla mnie pytanie „czy aby na pewno nie daję się nabijać w butelkę?”. Epilog. W ostatnim numerze „Highfidelity” Pan Wojtek Pacuła na temat kabli (także tych zasilających) daje szereg uwag i sugestii. Jakie optymalne długości, jakie ułożenie, wymogi leżakowania przed krytycznym odsłuchem itp., itd. Jak widzicie jeszcze tego poziomu „miłości” do naszego hobby nie osiągnąłem. Podejrzewam, że nigdy mi to grozić nie będzie. Nie poczytujcie jednak mojej wypowiedzi jako głos „przebudzonego”, który z nutką triumfalizmu w głosie komunikuje światu swoją wyższość nad innymi (w domyśle naiwnymi). Prawdę mówiąc jestem nawet trochę rozczarowany bo jasne się dla mnie staje, że inni pewnie słyszą więcej. Szczerze im zazdroszczę. Na pocieszenie zostaje mi mój - dla mnie świetny - system i wspaniała muzyka. Życie jest piękne! Część 2. To będzie pierwsza część mojej kompleksowej relacji z odsłuchów kabli produkcji naszych forumowych kolegów [dot. firm Ziggy HiEnd Audio i Audio Phase]. Bez fałszywej skromności powiem, że poniższy tekst może stanowić istotny drogowskaz dla wszystkich tych, którzy temat kabli zasilających do tej pory zaniedbywali. Naturalnie rodzi się pytanie czym miałby się mój tekst różnić od wielu podobnych i czemuż miałby być bardziej niż inne pomocny? Po pierwsze zaczynałem w punkcie, który śmiało można nazwać sceptycyzmem (albo nawet ignorancją). W obliczu większych niż kable niedoborów sprzętowych zadowoliłem się podstawowym okablowaniem markowym i przez lata tematu nie ruszałem. Nie ma dla czytelników nic bardziej pokrzepiającego niż zeznania człowieka (czytaj audiofila), który zbłądził by na końcu dać się cudownie nawrócić. Po drugie postaram się nie ograniczać do wniosków końcowych. Chronologiczny opis moich doświadczeń tworzy istotny kontekst, który pozwoli odnaleźć się w całej historii innym, równie jak ja zagubionym w tym temacie. Po trzecie postaram się nie przemilczeć zagadnień, które nadal pozostają dla mnie nie rozwiązane – nie będzie to kompletny zbiór audiofilskich „prawd”, które stanowią zwarty monolit i nie będzie takiego nawet udawał. Po czwarte - postaram się formułować tezy w sposób na tyle jasny i czytelny by – jeśli okażą się nie prawdziwe – łatwo Wam było je obalić (dla dobra wspólnego!). Wszyscy, którzy już mnie trochę znają wiedzą, że piątego powodu szukać mi się nie będzie chciało. Po kupnie nowego przetwornika stanąłem przed koniecznością p;oszukania brakującego kabla zasilającego. Jako że nowy przetwornik, na tle konkurencji jawił mi się jako grający ciepło/analogowo postanowiłem sprawdzić produkty Nordosta (w zgodnej opinii większości „brzmiące” zazwyczaj rozdzielczo i przestrzennie). Porównanie dwóch kabli zasilających tego producenta z przypadkowym kablem „komputerowym” skłoniło mnie do stwierdzenia, że rola kabli zasilających jest marginalna. W dodatku owe „rozdzielczość i przestrzenność” kabli Nordosta za 1400-2600zł przegrały z „dociążonym i cieplejszym” brzmieniem „sznurówki za 5 zeta”. Po opublikowaniu swoich wrażeń ([jestem spamerem]forum/naszeaud...ven-i-heimdall ) - fala krytyki ze strony bardziej doświadczonych forumowiczów! W ocenie wielu - metodologia polegająca na częstych zamianach porównywanych kabli (bez wygrzewania, leżakowania itp.) jest niewiele warta. Współczucie ogółu dla skarconego nowicjusza bierze górę - słowa wsparcia i konkretne propozycje pomocy (lub chęć dobicia „rannego” by się zbyt długo nie męczył), które zmaterializowały się w postaci dwóch pełnych zastawów kabli (słownie sztuk siedem) z domyślnym, przez grzeczność nie wypowiedzianym dopiskiem - „ostateczny test kompetencji audiofila”. Wiedząc, że kolejnej szansy już nie będzie (tylko głupi by brnął w temat po raz trzeci nie mogąc się cieszyć choćby kwaśnym owocem dwóch poprzednich starań) postanowiłem zrobić to najlepiej jak tylko się da. Przeczuwając kompletną porażkę chciałem mieć pewność, że jeśli to ma być mój ostatni bój i „koniec audiofila” to niech to chociaż będzie śmierć po pięknej walce! Kable zjj_wwa odebrałem o 30min wcześniej niż „węże” gucia. Mając w pamięci sugerowaną konieczność wygrzania kabli od razu wpiąłem je do systemu zgodnie z instrukcjami Ziggy'ego: jeden Cheetah MK II do listwy Tomanka, drugi Cheetah ze ściany do wzmacniacza (Gryphon Callisto 2200), Picasso z listwy (gniazdo niefiltrowane) do dac'a (DAC One RT-Project), Inception X.5 z listwy (gniazdo filtrowane) do źródła (Aurender N100H) . Włączyłem i... no gra, ale póki co nie chciałem zmuszać się do krytycznego wglądu w jakość tego co słyszę. „Niech sobie do weekendu gra, a jak się wygrzeją to po trzykroć się przeżegnam i stanę gotowy do walki”. Póki co trzeba było pomyśleć o podłączeniu do sypialnianego zestawu drugiego pęku kabli coby kable gucia mogły polec w walce o moje serce na takich samych zasadach. Oba zestawy kabli podłączone (prawie, bo NAD ma kabel na stałe więc brakło jednego wolnego urządzenia) i muzyczka cichutko włączona, aż do późnego wieczoru. „Do weekendu jeszcze 36godzin... Za dużo. Chromolę – słucham!” Nawet nie pomyślałem o przepinaniu kabli i bezpośrednich porównaniach z komputerową konkurencją z prostego powodu. Te co przyszły wyglądały tak nobliwie, że nie chciałem pozbawić się przyjemności poznawania ich brzmieniowych właściwości już w pierwszym dniu ich testowania. Niekorzystny wynik takiej konfrontacji mógłby mnie zniechęcić do poważnego potraktowania tematu. A to nie były jakieś tam zwykłe kable. Toż to nawet nie były kable za posłuchanie których trzeba zapłacić „stówkę”. To były przewody ludzi, którzy w ich wyprodukowanie włożyli całe swoje serce i zdecydowali się zaryzykować swoją reputację poddając je ocenie kablowemu sceptykowi mającemu na rozkładzie dwie „strzelby” Nordosta! Sprawdzanie polaryzacji gniazdek próbnikiem, drobne korekty ułożenia kabli... Nie da rady – trzeba wyjąć całą elektronikę na szeroki (2,60m) granitowy blat półki by ciężkie kable mogły komfortowo na nim spoczywać, a ja - nie denerwować się że coś popsuję. Wszystko cacy no to „jazda”! Pierwsze wrażenie – bardzo fajnie. Miałem jednak w pamięci ostatnie doświadczenia i fakt, że wnikliwa analiza ostudziła mój wstępny entuzjazm. Przez dwie godziny słuchałem muzyki, ale trudno mi było znaleźć w tym przyjemności. Wciąż żyło we mnie niepokojące przeświadczenie, że bez możliwości bezpośredniego porównania, nie będę mógł obiektywnie określić skalę usłyszanych różnic. Może konfabuluję? „Trzeba to zrobić bo zwariuję!” O komputerowym nadal nie mam odwagi nawet myśleć. Oczy wyobraźni spoglądają na kable gucia podłączone do drugiego zestawu. Myśl zamieniam w czyn i do przetwornika w miejsce Picasso podłączam najcieńszy z trzech kabli AudioPhase – Fountainhead. Konsternacja - skala różnic zaskakuje. Znacznie ciemniejszy, brzmienie plastyczne, miękkie, muzykalne. Wciąga! Czyli kable zasilające potrafią brzmieć znacząco różnie! Jak to działa...?! Pytanie czy to co teraz słyszę jest lepsze (jakość) czy tylko inne? Po godzinie słuchania wracam do Picasso i wniosek jeden – Fountainhead wyraźnie umuzykalnił brzmienie dodając piękne barwy przy zachowaniu doskonałej rozdzielczości i nie wpływając negatywnie na tempo/rytm! Kolejne utwory i słuchanie tych samych utworów na obu kablach potwierdziły pierwsze wrażenia. Może zatem mój system wcale nie brzmi tak ciepło jak myślałem? Skoro cieplejszy kabel gucia zrobił tyle dobrego to może kable Nordosta nie były złe, tylko kompletnie nie pasowały do mojego systemu? Dawajmy kolejny kabel – czerwony Devil. Różnice jak na dłoni – więcej dołu! Gdzieś jednak ucieka gracja, delikatność, eteryczność Fountainhead'a. No i bas troszkę się ciągnie, jest nieco „balonowy” i nie trzyma już tak dobrze rytmu (tutaj gorzej niż oba poprzednio przesłuchane kable bo Cheetah rytm trzyma świetnie). W notatkach pisanych ręcznie pojawia się często kategoria „twardość” zatem wprowadzam liczbową ocenę w tym zakresie - Picasso otrzymuje 8, Fountainhead otrzymuje 3, Devil 5. Następny – F1. Wow! Chyba jeszcze cieplejszy i bardziej miękki niż Fountainhead! NA pewno więcej niskich składowych niż FH, podobnie jak z Devil ale od tego lepsza kontrola. Mimo, że ciepły to brzmienie pełne informacji od góry do dołu – taki „full range”. Ale rytm chyba lepiej trzyma Fountainhead. Coś mnie do tego „chudego” ciągnie... Na dziś wystarczy. Nie mogę zasnąć. Piszę do gucia (niech ma!): „2.20 a ja dalej słucham. Niby do weekendu miałem wstrzymać się z porównaniami, ale ciekawość zwyciężyła. Najcieńszy fajny- brzmienie miękkie, ciepłe, muzykalne a mimo to najniższe lepsze od czerwonego i nie gorsze od tego srebrnawego. Ale może mi się to wszystko tylko wydaje Gdyby mi jednak dziś karabin do pleców przystawili i kazali wybrać to wskazanym na cienkiego.” gucio odpowiada (mam nadzieję, że mi wybaczy cytat z naszej rozmowy!): „Ale coś za małe zmiany i różnice, spróbuj z ta listwa coś” Ja tu ostatkiem sił staram się o cechującą profesjonalizm powściągliwość i troszczę się by nie popadać ze skrajności w skrajność, a tu takie coś... Trzeba iść spać – może jutro mi się wszystko odwidzi. Kolejny dzień. System gra tak dobrze jak nigdy wcześniej. W dzień słucham dla przyjemności. Poważne testy wieczorem. Na razie przesłuchałem tylko wpływ 4 kabli na przetwornik. A tu tyle możliwości – bieda! 22.00 – czas rozpocząć krytyczne odsłuchy. Na dzień dobry szukam potwierdzenia wczorajszych spostrzeżeń. Dawno nie słuchałem Picasso - trzeba dać mu szanse. W zgodnej opinii mojej żony i mnie samego najlepsze wrażenie robią dwa przewody ( Fountainhead i F1) i wyprzedzając nieco fakty – to się już nie zmieni. Na nich skupiłem się w późniejszych odsłuchach chcąc wyłapać wszelkie różnice między nimi. Oba grają podobnie – miękko, plastycznie, analogowo z piękną barwą. Fountainhead lepiej oddaje rytm, jest nieco bardziej zwarty, ale odbywa się to kosztem mniejszego dociążenia dołu (jedno wiąże się z drugim zatem nie powinno nikogo to dziwić). F1 wydaje się nieco ciemniejszy, ale ku mojemu zdziwieniu szum tła oraz przypadkowe dźwięki uchwycone podczas rejestracji nagrania „Moonchild” z płyty Gary Burtona „ Alone at last” były łatwiej czytelne (zwykle to bardziej doświetlone, jaśniejsze brzmienie pozwala na wychwytywanie takich nagraniowych artefaktów). Szum ten miał jednak bardzo przyjemne oblicze, przypominające ciepło odgłosów palącego się ogniska, a nie płaski szum dawnych taśm magnetofonowych. Statystycznie rzecz biorąc , na 10 odsłuchiwanych utworów brzmienie FH preferowałem w sześciu przypadkach, a F1- w czterech. Oba kable „czarowały” jednak za każdym razem! Fountainhead podpięty do dac'a i zaczynam zabawę z wzmacniaczem. Odłączam Cheetah i wpinam F1. Zdziwienie! Dalsze uplastycznianie brzmienia, umuzykalnianie, zmiękczanie, przyciemnianie itp. Wszystkiego jednak są granice! Powrót do Cheetah i wraca niezbędny pazur, muzyka nabiera tempa, a dźwięki odzyskują lepszą definicję. Podłączam Devil'a – te same spostrzeżenia co po wpięciu do przetwornika. Dół zbytnio zaczyna dominować, przykrywa nieco pozostałe zakresy, a góra pozostaje mniej ujmująca niż z Fountainhead i F1. Tego kabla mój system chyba nie polubi. Powrót do Cheetah – ulga. Okazało się, że w cieniu żonglerki kablami przy przetworniku tak naprawdę wybierałem synergię całego systemu z kablami zjj_wwa włącznie (czy tylko ja mam kłopoty z zapamiętaniem tego nicka?)! Zatem nie dziwne, że próba wymiany przewodu Cheetah od wzmacniacza zakończyła się „porażką”. W moim systemie duo Cheetah + Fountainhead jest na dzień dzisiejszy nie do pobicia. Póki co nie sprawdziłem roli jaką odgrywają kable do listwy i do źródła. Oby one mniej ważyły! UWAGA - dojrzałem, by pomyśleć o kablu komputerowym! Przegrywa jednak z równie „dobrym”, a poważniej wyglądającym Audioquestem NRG-X3. Ciekaw co usłyszę po zastąpieniu nim Cheetah'a zamieniłem się w słuch (absolutny!). W każdym wydobywającym się dźwięku słychać było moją żałosną tęsknotę za bogactwem! To było istne requiem na pogrzebie moich dotychczasowych kabli! Jak to możliwe, by wymiana jednego kabla (ze ściany do wzmacniacza) spowodowała taką degradację brzmienia – sucho, twardo, jazgotliwie? Nie mam pojęcia! Z tym pytaniem poszedłem spać. Nie, nie – na szczęście najtańszy audioquest mi się nie przyśnił. Rano do pracy zatem słuchanie muzyki/kabli z konieczności musiałem zastąpić myśleniem. Efekt – skoro wymiana jednego kabla tak zdegradowała brzmienie to znaczy , że moja przygoda z Nordostem nie mogła mieć innego finału. Tam podmieniłem tylko jeden przewód zasilający do dac'a, a pozostałe były... skromne. Może to przez nie „wlewało się” całe zło, nie pozwalając dobremu się przebić. Czy to oznacza, że brakują mi, aż 4 kable zamiast jednego?! Chyba przerzucę się na wędkarstwo... Póki jednak nie mam wędki idę słuchać. Na wielki finał musicie jeszcze trochę poczekać. Część 3. Przeszło dwa tygodnie słuchania, porównywania i analizowania zaowocowało kompletnym wypaleniem. I nie chodzi mi o dobroczynny efekt wygrzania kabli, ale o mój stan ducha. Pora jednak zacisnąć zęby i spisać ostatnie wnioski by dopełnić podjętego zobowiązania. Zacznę od tego, że Cheetah Zbyszka i Fountainhead Karola zostają u mnie. Koszt tej „ekstrawagancji” znacząco przekroczył przeznaczony przeze mnie na ten cel budżet. Jak to możliwe? Kwota, którą trzeba zapłacić za posiadanie któregokolwiek z rzeczonych kabli jest w moim mniemaniu kosmiczna. Z technicznego punktu widzenia trudno porównywać złożoność konstrukcyjną kabla (jaki by on nie był) z przetwornikiem czy wzmacniaczem. Myślę, że pomijając bardzo drogie wtyki surowiec na kabel nie jest bardzo drogi bo rzecz nie w czystości przewodnika (to nie kabel sygnałowy), ale w wiedzy jak to wszystko złożyć do kupy ( lata praktyki, eksperymentów). Gdybyście mnie zapytali ile chciałbym wydać na taki kabel by być w zgodzie z własnym poczuciem realnej jego wartości... to bym nie odpowiedział bojąc się, że kogoś tu na forum obrażę. Co zatem skłoniło mnie do takiej a nie innej decyzji? Zupełnie inne podejście w szacowaniu wartość tych konkretnych produktów. Po pierwsze – płacę za efekt ich działania nie wnikając w to czym kable tak na prawdę są. Po drugie – za wiedzę konstruktorów i lata przeprowadzanych eksperymentów (w tym wiele kosztownych porażek). Po trzecie – za podejście Zbigniewa i Karola do potencjalnego klienta (brzmi szorstko, ale taka prawda) pozwalające mu w komfortowych warunkach testować zestaw kabli bez ograniczeń czasowych, wpłacania kaucji i innych odstręczających formalności. Biorąc wszystko to do kupy uznałem, że zakup tych kabli – mimo wysokiej ceny – jest uzasadniony. Zatrzymując kable w swoim systemie dostaję jeszcze coś ekstra – żywe wspomnienie całej tej historii. Była to bowiem dla mnie pouczająca przygoda z Waszym aktywnym udziałem, która czyni to hobby i wszystkie kupowane urządzenia czymś więcej niż tylko kolekcjonowaniem drogich zabawek przez zblazowanych życiem dorosłych. Po takiej spowiedzi i towarzyszącemu jej katharsis wracam do meritum tematu! Oto moje końcowe wnioski: 1. Wpływ kabli zasilających na brzmienie wzmacniacza i odtwarzacza/przetwornika jest dla mnie oczywisty. Dyskusyjna pozostaje skala tego wpływu i ten wątek chciałbym rozszerzyć. Nie dziwi mnie fakt, że dla niektórych obserwowane różnice wydają się być wręcz na granicy percepcji. Dopuszczam myśl, że posiadacze sprzętu budżetowego (mało przeźroczystego) mogą takiego wpływu kabli zasilających nie zaobserwować. Gdybym miał określić wrażliwość mojego systemu w tym temacie powiedziałbym, że zestaw dwóch kabli zasilających potrafi (ale nie musi!) ingerować w brzmienie w stopniu nawet porównywalnym do wpływu interkonektu analogowego. 2. Kable Zyggi'ego cechuje wyrazistość i nieskrępowana dynamika przy zachowaniu wysokiej kultury brzmienia (jest ciało, głębia, nie jest przekroczona granica zbytniej nachalności). Dla mnie Cheetah był z kabli Ziggy'ego najlepszy (zwłaszcza podłączony do wzmacniacza). Gdybym miał określić go jednym słowem – PRZEŹROCZYSTOŚĆ. Jest to dla mnie brzmieniowo dokładnie kablowy odpowiednik Gryphon'a Callisto 2200. Być może to tak przeźroczysty kabel, że każdy znajdzie w nim brzmienie swojego wzmacniacza. Rewelacja! 3. Kable Audio Phase Gucia (FountainHead i F1) czarują pięknymi barwami, dodając miękkości z piękną aksamitną górą (bardziej złotą niż srebrną) przywołując do złudzenia analogowe klimaty. Wszystko to przy zachowaniu doskonałej rozdzielczości i świetnym trzymaniu rytmu. Jednym słowem – MAGIA. W pewnym sensie to przeciwieństwo Cheetaha bo kable Gucia upiększają muzykę mocniej ingerując w brzmienie elektroniki. FountainHead jest stworzony z myślą o źródłach/przetwornikach i zdecydowanie nie polecam podłączać go do wysoko-prądowych wzmacniaczy (mój Gryphon „dusił się”). W połączeniu z źródłemkabel ten nie miał sobie równych dosłownie hipnotyzując mnie swoim „brzmieniem” (w dodatku jego dyskretny wygląd bardzo przypadł mi do gustu). Rewelacja! 4. Nie stwierdziłem wpływu wymiany kabla zasilającego na mój transport (Aurender), albo tak bardzo nie chciałem tego stwierdzić, że mi się udało. 5. Nie stwierdziłem negatywnego wpływu listwy Tomanek na brzmienie transportu i przetwornika. Podpięte do listwy kable (podobnie jak przy podpięciu bezpośrednio do ściany) zachowywały nadal pełnię swoich zalet „brzmieniowych” (bez względu na to czy gniazdo było filtrowane czy też nie). 6. Podtrzymuję swoją opinię, że szczegółowe określenie wpływu kabli zasilających na brzmienie najłatwiej określić poprzez częste zmiany porównywanych kabli i odsłuch dobrze znanych pojedynczych utworów muzycznych lub jego fragmentów. Nie dostrzegam tutaj różnic względem odsłuchów porównawczych analogowych kabli sygnałowych. 7. Nie sprawdziłem wpływu odmiennej polaryzacji zasilania na prace komponentów (podpinałem zgodnie z wytycznymi producentów kabli). Mam nadzieję, że moje wnioski potraktujecie z dużą dozą wyrozumiałości. Nadal jednak jestem otwarty na krytykę i chętnie poznam wszelkie uwagi. Dziękuję wszystkim za pomoc i cenne rady!
  9. Chyba nie. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem 🙂 Dzięki!
  10. Bardzo dziękuję za miłe słowa! Obawiam się jednak, że w najbliższym czasie nie będę miał o czym więcej pisać bo swoje poszukiwania właśnie zakończyłem. No będzie jeszcze trzeba kupić jakiś kabel zasilający do przetwornika (obecnie z konieczności zwykły komputerowy) i być może zostanie jakieś pole manewru przy poszukiwaniach "lepszego" interkonektu (chociaż obecny nie jest wcale zły). To już jednak zupełnie inny ciężar gatunkowy zatem wygłupiać się z wynurzeniami na ten temat to trochę obciach. Ludzka próżność nie zna jednak umiaru i tutaj będę szukał szansy dla siebie!
  11. W końcu jestem gotowy, by zażarty bój dwóch świetnych przetworników (LAMPIZATOR Golden Atlantic i RT-Project DAC One Lamp) w walce o moje audiofilskie serce móc zakończyć i wyłonić zwycięzcę. Zanim poznacie werdykt pragnę zaznaczyć, że owa batalia dotyczyła działania urządzeń w zaledwie jednym konkretnym systemie stereo zatem wnioski przeze mnie spisane mogą być dla innych wręcz mylące. W skład komisji oceniającej wchodziły dwie osoby (ja i moja żona), a decyzja była jednogłośna – zwycięzcą jest DAC One! Przystępując do porównań skalibrowałem poziom sygnału wyjściowego DAC One dopasowując jego wartość do poziomu wyjściowego Lampizatora (kalibracja dla częstotliwości 1kHZ). W swojej relacji skoncentruję się jedynie na fragmentach muzycznych gdzie różnice brzmieniowe były wyjątkowo czytelne i łatwe do zilustrowania ( w sumie pełna lista zawierała ok 30 utworów). Jakis czas temu, przygotowując się już powoli do wielkiego wydarzenia jakie miało niebawem nastąpić (zakup nowego przetwornika!), zacząłem rozglądać się za plikami w wyższej rozdzielczości. Skoro mam kupić hi-endowy dac to wypadało sprawdzić jak odnajduje się on w starciu z hi-res w tym DSD. Tak oto dotarłem do ogólnodostępnych darmowych nagrań wydawnictwa 2L (http://www.2l.no/hires/ ) - istna „menażeria” formatów. Wśród nich utwór „Chromatic Fantasia and Fugue in D minor, BMV 903: Fantasia” w wykonaniu Christiana Grovlena. Kiedy miesiąc temu usłyszałem ten utwór w „wykonaniu” DAC One natychmiast sprawdziłem dostępność na Tidalu płyty z której pochodził i na stałe wpisałem do listy moich ulubionych. DAC One pokazuje tutaj swoje bogactwo brzmieniowe i wzorową rozdzielczość. Tworząc naturalną aurę pogłosową wiarygodnie prezentuje otoczenie przestrzenne pięknie odtwarzając klimat sali koncertowej. W „interpretacji” Golden Atlantica to samo nagranie wydaje się nie zachwycać ani barwą (jest uboższa, lekko suchawa), ani rozdzielczością (szybkie pasaże są delikatnie rozmyte). Przy DAC One każdorazowo muszę się zmuszać by utwór ten zatrzymać w połowie. Obawiam się bowiem, że pianista najzwyczajniej w świecie wstanie z krzesła i zaprotestuje robiąc mi przy tym mnóstwo wstydu. Co więksi puryści zapewne zawyją z rozpaczy jeśli powiem, że lubię słuchać współczesną rekompozycję „Czterech pór roku” Vivaldiego w wykonaniu Maxa Richtera. W drugim utworze z płyty „Recomposed By Max Richter: Vivaldi, The Four Seasons” pojawia się całe bogactwo eterycznego brzmienia skrzypiec (może też altówek?), które na tle ciepłych pomruków syntezatora jawią się w mojej wyobraźni jako szczebiot rozkwitającej przyrody bawiącej się z motylami na zielonej, skąpanej w cieple słońca, łące. Cała płyta łączy dla mnie pozornie wykluczające się wzajemnie muzyczne światy – urok klasycznych brzmień i piękno kompozycji Vivaldiego z bogactwem brzmieniowym współczesnej muzyki (w tym filmowej!). Dokonane uproszczenia względem oryginału i przeróbki czynią ten utwór bardziej lirycznym, nostalgicznym, refleksyjnym przez co można odkryć koncerty Vivaldiego na nowo. Powyższy opis jest pochodną moich doświadczeń z udziałem DAC One. Golden Atlantic nie potrafił już mnie tak „zaczarować”, a kompozycja Richtera budziła znacznie więcej kontrowersji - ulatniał się gdzieś cały czar tego nagrania. Muzyki popularnej słucham co nic. Nie mieszkam jednak sam w domu i czasami coś w ucho wpadnie. Mi wpadł utwór Edd'a Sheerana „Shape of You”. Po raz pierwszy na moim „referencyjnym” sprzęcie usłyszałem go podczas odsłuchów Lampizatora. Prawdę mówiąc zaskoczyła mnie wówczas twardość brzmienia tego nagrania – zarówno obecnej od pierwszych taktów marimby, jak i samego głosu wokalisty. Było to tak dojmujące, że wryło się to w moją pamięć i postanowiłem przy pierwszej możliwej okazji zweryfikować to z innym przetwornikiem. DAC One odtworzył to zjawiskowo! Pięknem brzmienia marimby i naturalnym urokiem głosu wykonawcy. W tym utworze to były różnice wręcz niewiarygodne – jakby inny utwór (na jednym fajny, na drugi nie do słuchania). W muzyce jazzowej wydawało mi się, że walory rytmiczne Lampizatora będą decydować. Po zapewnieniu identycznych warunków odsłuchowych (w tym ta sama głośność) okazało się jasne, że i tutaj wolę DAC One. Po pierwsze kultura brzmienia (barwa) i jego analogowa miękkość (choćby harmonijka ustna w nagraniu „W smudze cienia” Anny Marii Jopek z płyty „Bosa”, bądź akordeon z doskonałej płyty duetu Klaus Paier, Asja Valcic „Silk Road” - koniecznie posłuchajcie choćby „Waltz for mama”! Połączenie brzmienia kapeli góralskiej z kawartetem jazzowym to nie lada sztuka, a to co zrobił DAC One z płytą „Zbigniew Namysłowski Quartet & Zakopane Highlanders Band” to rekord świata. Zjawiskowe oddanie rzewnych brzmień „skrzypecków” i góralskiego zaśpiewu z soczystym brzmieniem jazzowej formacji w utworze „Idzie Janko lasem” to istny majstersztyk! Po drugie – walory rytmiczne. Rytm oparty bardziej na fundamencie basowym (kontrabas, niskie rejestry fortepianu, gitara basowa) niż na talerzach perkusji. Utwór „Sway” z konceru Michaela Buble w Madison Square Garden (niestety płytowa wersja nagrania z tego koncertu dostępna na Tidal nie zawiera tego jednego utworu) to istny wulkan energii. Oba przetworniki zagrały to świetnie, ale z DAC One talerze perkusji nie przykryły pozostałych treści muzycznych z pięknym kontrabasem włącznie. Co jednak najważniejsze ciepły wokal Buble był urzekająco ciepły i nie chował się za dęciakami. Dla uczciwości muszę jednak przyznać, że „wykonanie” Golden Atlantica tegoż utworu równie wspaniałe! Mając 15 lat dziadek (podstępnie!) zabrał mnie na film „Amadeusz” Milosa Formana. Od momentu tego zdarzenia zakochałem się w muzyce Mozarta, a zwłaszcza w jego Requiem. To jeden z moich ulubionych utworów muzyki klasycznej (mam nawet w domu kilka wersji wykonań tego dzieła). Po dziś dzień, za każdym razem gdy słucham Lacrimosa'y wzruszam się jak wówczas gdy będąc w kinie towarzyszyłem tytułowemu bohaterowi w ostatnich minutach jego życia słysząc w tle ten właśnie utwór. Oba przetworniki pięknie oddały dramaturgię tego fragmentu (Philippe Herreweghe, Collegium Vocale Gend – Mozart Requiem „Lacrimosa dies illa” ) . Znowu obie „interpretacje” nieco się różniły. Przewrotnie powiem , że GA zabrzmiał potęgą brzmienia instrumentów i siłą chóru, a DAC One dołożył do tego potęgę kościoła. Przepięknie budowane crescendo kończy się „krzykiem” tutti całej orkiestry. GA woła pięknie i przejmująco, ale DAC One robi coś co trudno wyrazić słowami! Odnosi się wrażenie, że przez chwilę nie tylko to muzycy, ale także sam kościół zaczyna śpiewać razem z nimi. To nie tak, że przestrzenność dźwięku z GA jest gorsza. Rzecz w tym, że to jest „tylko” przestrzenność, a w muzyce DAC One słychać jakby dodatkowy „głos”, który aż chce się spersonifikować (omamy tak czy inaczej ktoś mi tutaj zdiagnozuje) . Mam pewne przypuszczenie skąd takie moje odczucia. Z racji tego , że muzyka via DAC One jest troszkę bardziej dociążona, to i pogłos obejmuje jakby niższe składowe i to czyni wykonanie z Lacrimosy tak wyjątkowym, autentycznym. Podsumowując – DAC One Lamp mnie oczarował już miesiąc temu. Tak jak pisałem był to pierwszy przetwornik z tego zakresu cenowego, który miałem u siebie w domu toteż nie wiedziałem do końca czy on rzeczywiście tak dobrze gra, czy ja tak niewiele do szczęścia potrzebuję. Po odsłuchach innych przetworników wiem, że to ta pierwsza opcja. Przy bezpośrednich porównaniach z Golden Atlantic wiem, że to co nazywałem jeszcze niedawno nadmierną powściągliwością rytmiczną to nic innego jak brak sztucznej nerwowości, wynikającej z uprzywilejowania górnych rejestrów, które w moim systemie bywały czasami aż „prześwietlone” (skojarzenia fotograficzne mile widziane). Wszystko inne podobało mi się w lampowym przetworniku RT-Project od początku. I niech tak zostanie do końca! P.S. Mój system: Aurender N100H- testowany dac - Gryphon Callisto 2200 - kolumny projekt AkustyK'a 3a2 (2,5 drożny bass reflex na SS). Przed ostatecznymi porównaniami stawiałem na DAC One (ale nie byłem pewien). Moje żona stawiała zdecydowanie na Golden Atlantic'a (którego atrakcyjny, oldschool'owy design też mógł mieć na to wpływ). Przyznała mi rację co oznacza, że DAC One musiał być w naszym systemie jednoznacznie „lepszy”! Myślę, że w systemach grających miękko i barwnie Golden Atlantic mógłby zaprezentować się równie korzystnie, a może nawet lepiej.
  12. Staram się maksymalizować przyjemność ze słuchania muzyki, ale chciałbym móc czerpać radość zarówno z referencyjnych nagrań jazzu/klasyki jak i gorzej zrealizowanych nagrań muzyki rockowej oraz hard rocka. Stąd chyba chęć poszukiwania czegoś co Ty nazwałeś graniem neutralnym. DLa mnie to próba pogodzenia czasami sprzecznych cech takich jak nasycenie dźwięku i prawdziwa barwa instrumentów z przymiotami dotyczącymi motoryki i szybkości (PRaT). Czym jednak jest owa NEUTRALNOŚĆ to kwestia dyskusyjna. Czy neutralne granie to brzmienie "słyszane" przez mikrofony podczas nagrywania? Czy zgodne z naszym lub realizatora dźwięku wyobrażeniem tego jak brzmieć całość powinna? Czy jest to synonim grania wiernego samej rejestracji z wszelkimi ułomnościami takiego procesu czy przyjemności ze słuchania muzyki w ogólnym tego sensie? Odnoszę wrażenie, że wszyscy szukamy tego samego tylko podążamy innymi drogami i rozbijamy się o słowa.
  13. Skoro mnie udało się zgłupieć od samego ich słuchania, to co dopiero mają powiedzieć tylko czytający...? Nie zazdroszczę mimo, że naprawdę chciałem być rzetelny...
  14. Postaram się napisać coś więcej niż ostatnio choć miejcie proszę na uwadze skłonność natury ludzkiej do racjonalizowania. Pierwsze wrażenia w ocenie są najważniejsze bo do głosu dochodzi prawie wyłącznie emocjonalny poziom naszej percepcji. To jest najprawdziwszy i najbardziej szczery obraz tego co usłyszeliśmy, nie skalany piętnem cenzury naszego intelektu, szukającego czasami w rzeczach najprostszych drugiego dna. Piszę o tym nie bez kozery – mam umysł ścisły i skłonny do analitycznego myślenia. 46 lat zdążyło mnie już nauczyć, że wbrew naszemu chciejstwu racjonalny rozum czasami nie ma szans w starciu z tą pierwotną składową naszego umysłu. Mam więc świadomość, że wszystko co poniżej wyłuszczę to jedynie intelektualna rozrywka mająca na celu ogarnąć czasami sprzeczne odczucia w klarowną, pasującą do mojego dotychczasowego obrazu rzeczywistości opowieść. Jak nigdy wcześniej spróbuję jednak zrzucić krępujące więzy racjonalnego imperatywu logicznej spójności, dopuszczając do głosu wszystkie sprzeczne i wzajemnie wykluczające się odczucia. To jest właśnie owe piekło, o którym ostatnio wspominałem. Dlaczego chcąc opisać GA ciągle uciekam w poboczne wątki - to robię niekończący się wstęp o wręcz filozoficznej wymowie, to tracę czas na staranne formułowanie kontekstu... jakbym bał się, że eklektyzm moich spostrzeżeń Was zabije. Dość! Oto nieprzefiltrowany strumień nieuporządkowanych, chaotycznych myśli. Słuchając po raz pierwszy DAC One byłem zdezorientowany. Z jednej strony brzmiało nijak, z drugiej nie było nudno i nie mogłem przestać. Po pierwszej sesji odsłuchowej - „w sumie nieźle tylko trochę bez ikry”. Słucham głównie jazzu i brakowało mi przysłowiowego „pazura”. W jazzie tym pazurem może być wyczuwalna huśtawka emocji – naprzemienne budowanie napięcia i jego rozładowanie. Czasami jest to pulsujący „swing”, dosłownie bądź podskórnie odczuwalny hipnotyzujący rytm, który powoduje, że trudno usiedzieć w bezruchu. Bywa, że są to celowo wydobywane z instrumentów przestery, „zabrudzenia” dźwięku czy równoważący łagodne linie kontrabasu „jazgot” trąbki. DAC One tego skąpił, wszystko było legato, piękne wybrzmienia, wspaniała barwa, nasycenie, ale nie było „pazura”, który pozwalałby na emocjonalny odbiór utworów jazzowych. Tutaj Golden Atlantic odnajduje się wybornie. To kipiący energetycznością przekaz, który powoduje, że gra jazzowej sekcji rytmicznej nabiera wręcz transowego wymiaru, a momenty kulminacyjne powodują, że introwertyczny stoik (mówię o sobie) zaczynał przypominać cierpiącego na ADHD. Ba! Utwory, których nigdy nie podejrzewałem o walory... nazwijmy to taneczne, wywoływały mimowolne przytupywanie. Obcując z DAC One w kolejnych dniach, wspomniane braki przestały mnie denerwować, a po tygodniu uznałem, że może tak być powinno (w końcu teraz mogłem słuchac muzyki całymi dniami bez zmęczenia). Skoro słuchanie muzyki sprawia mi aż tyle radości to może to co nazywałem „pazurem” to zwykłe efekciarstwo, które na dłuższą metę męczy? W klasyce sprawa jest bardziej skomplikowana. To DAC One zapamiętałem jako hipnotyzującego! To o czym już pisałem odnośnie tego dac'a powoduje, że można słuchać nagrań z muzyką poważną bez końca, niczym oddychanie świeżym porannym powietrzem w środku lata. Uwaga słuchacza koncentruje się na płynnych przejściach, naturalnym brzmieniu, trójwymiarowej przestrzenności sceny dźwiękowej. Słowem – jak w filharmonii! Nagrania muzyki klasycznej dokonywane są zwykle z większej odległości (podobnie jak lokalizacja słuchających względem sceny podczas koncertów). Nie ma tyle audiofilskich smaczków, które pozwalałyby usłyszeć niedoskonałości pociągnięć smyczka czy pracę fortepianowego pedału. Nie ma też mowy by ton skrzypiec miał choćby minimalną poświatę srebra (nie mówiąc o mniej szlachetnych metalach!). W DAC One właśnie tak to słyszałem. Mój system z Golden Atlantic'iem w składzie nie był już tak perfekcyjny w tym aspekcie. Czasami sekcja instrumentów smyczkowych zagrała ostrzej niż powinna. Czasami chór musiał z nią walczyć o palmę pierwszeństwa na scenie. To nie tak, że zawsze mu nie wychodziło – niektóre nagrania dzięki temu nabierały nawet większej atrakcyjności. Rzecz w tym, że GA nie był aż tak prawdziwy w swojej analogowości brzmienia. Choć jeszcze zbyt mało płyt przesłuchałem by być tego pewnym. Koncerty fortepianowe z udziałem Krystiana Zimermana (DG) z Golden Atlantic zabrzmiały bardziej wiarygodnie, a Requiem Mozarta pod dyrygenturą Phillippe Herreweghe bardziej prawdziwie usłyszałem z DAC One. Golden Atlantic ma nieco wyżej położony punkt ciężkości , który z kolei gra głównie średnicą. Podsumowując i uogólniając - DAC One gra przytulniej, przy wielogodzinnych odsłuchach nigdy muzyka nie staje się męcząca. Golden Atlantic gra niesłychanie efektownie od samego dołu do samej góry. Jego brzmienie jest rozdzielcze, ekspresyjne, pełne, z rozwiniętą górą, która pozwala usłyszeć absolutnie wszystko ( przydźwięki, szczegóły artykulacyjne, preparacje itp. - widać jak na dłoni). DAC One wydaje mi się lepiej budować przestrzeń w głąb sceny , a Golden Atlantic robi to nieco lepiej w szerz. W tym aspekcie musiałbym raz jeszcze posłuchać przetwornika RT-Project by z pełną odpowiedzialnością wybrać zwycięzcę. Gdybym jednak musiał to zrobić teraz – DAC One dla mnie wygrywa (ta głębokość sceny jest o wiele rzadszym doświadczeniem niż rozwinięcie w dwóch pozostałych wymiarach). Mikrodynamika – punkt dla GA, dynamika – zabijcie mnie, ale nie wiem. Tych „nie wiem” jest zresztą znacznie więcej zatem na koniec powiem o najważniejszym z nich! Nie wiem czy to wszystko mi się nie przewidziało! W końcu w sypialni mam zestaw z NADem i kolumienkami Mission za kilkaset złotych. Też gra ciepło i nigdy mnie nie męczy, ale wcale nie oznacza to, że to ta sam półka. I do dziś zadaję sobie pytanie czy moje zżycie z DAC One wynikało z jakości jego grania tego urządzenia czy z idealnego wpasowania się w mój system. Co do Golden Atlantic nie mam wątpliwości, że to brzmienie „pierwsza klasa”. Od razu po podłączeniu go do mojego systemu „spadłem z krzesła” (żona również). W DAC One zakochałem się obcując z nim – z każdym dniem bardziej. Może tak być, że jeden z tych przetworników jest znacznie lepszy, ale bez możliwości bezpośredniego porównania trudno mi to stwierdzić bo są zupełnie różne. Dla mnie oba fantastyczne! P.S. Mój system: Aurender N100H - testowane dac'i - Gryphon Callisto 2200 - Akustyk 3a2 (2,5-drożny bass-reflex na SS: Revelator 9900 i 2*"weglowe" osiemnaski);, pomieszczenie 40m2.
  15. Po dwóch dniach słuchania Golden Atlantic mogę coś dorzucić do tej dyskusji. Żeby się nie powtarzać - poniżej link do wątku gdzie zamieściłem tekst (moje pierwsze wrażenia).
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.