Jump to content
  • Content Count

    7560
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

358 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com/marcin-olszewski/

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

52615 profile views
  1. Na moje ucho Oscar za rolę drugoplanową należy się niepozornej szwedzkiej integrze Moonriver 404. Niby ma tylko 50W/8 Ω, ale to są "zdrowe" Watty 😉 i to za 3k€
  2. Zapomnij, już się "na wieżę" nanosiliśmy (m.in. A200 Accu) 😛
  3. Niestety nie miałem przyjemności rzucić uchem na tego typu zestawienie
  4. Mephisto już mieliśmy a 4 wieże Kodo do nas, pomimo naszych najszczerszych chęci (i dobrej woli Rune), niestety do nas nie wejdą, więc najwyższa pora na coś dla ludzi 😉
  5. Wszystko podsumujemy pewnie chwilę przed publikacją, ale kompletny system Jadis/Franco Serblin z Tulipa właśnie ląduje u nas na testach 😉
  6. Czytam te wasze utyskiwania na granie z plików, brak akceptacji nośników danych niewiadomego pochodzenia i zastanawiam się o co Wam chodzi. Tam gdzie graja pliki z reguły jest Roon i Tidal, więc wystarczy poprosić wystawcę, by wybrał wskazany przez Was utwór i po sprawie. W zeszłym roku "problematyczny" repertuar, czyli ciężki metal można było zażyczyć sobie np. w pokoju Audiovectora, ale Mads od lat lubi przedmuchać swoje głośniki porządnym łojeniem w Monachium, więc ma wprawę 😉 ps. Może doczekamy czasów, że wzorem azjatyckich wystaw AVS też będzie miało swój coroczny sampler, co przy odpowiednim zróżnicowaniu jego zawartości dawałoby wszystkim wystawcom równe szanse a zwiedzającym ułatwiało ocenę systemów. Jest też jednak i druga strona medalu - chcielibyście wracać do czasów, kiedy z większości pokoi dobiegały dźwięki "No Sanctuary Here" Chrisa Jonesa? 😉
  7. W czasach, gdy władzę absolutną nad populacją homo sapiens mają cyfry konieczne przy umożliwiających nam dostęp do komputerów, smartfonów, kont bankowych i czego tam jeszcze dusza zapragnie PIN-ów, nawet nieśmiałe przejawy kreatywności mające na celu upraszczanie obowiązujących w naszym otoczeniu nomenklatur są nad wyraz mile widziane. Najwidoczniej jednak w Japonii wszelakiej maści ciągi literowo liczbowe są na porządku dziennym, przez co oznaczenia stosowane np. przez Audio-Technicę może i ułatwiają życie tamtejszym księgowym jednak proszę mi wierzyć, że przeciętnemu użytkownikowi już po chwili od zakupu ulatniają się ze zwojów mózgowych. Nie wierzycie? W takim razie wszystkich niedowiarków odsyłam do mojej ostatniej recenzji – modelu ATH-ANC500BT, w której to z niezwykłą skrupulatnością wymieniłem trzynaście opisanych w ciągu ostatnich trzech lat modeli japońskich słuchawek. Oczywiście żadnego z owych oznaczeń nie pamiętam i pewnie nie używając ściągi na CHRLD bym sobie ich nie przypomniał. Podobny los niechybnie czeka obiekt dzisiejszej epistoły, czyli dokanałowe, bezprzewodowe słuchawki marki … Audio-Technica o jakże łatwo wpadającej w ucho i praktycznie od razu zapadającej w pamięć (sarkazm) nazwie ATH-CKS5TW. Czego by jednak nie mówić technologia poszła naprzód, bezprzewodowość wersji dokanałowych jest już pełna i nikomu do szczęścia nie są potrzebne żadne łączniki spinające poszczególne moduły, przy okazji stanowiące nośnik dla baterii, portów umożliwiających ich ładowanie, mikrofonów, etc. Krótko mówiąc bezprzewodowość w wersji dokanałowej przybrała obecnie postać dwóch całkowicie niezależnych insertów na czas transportu i ładowania umieszczanych w stosownym, poręcznym i zarazem niewielkim etui. Pod tym względem tytułowe ATH-CKS5TW są bliźniaczo podobne do ATH-SPORT7TW. Do zbioru cech wspólnych warto jeszcze dodać odporność na zachlapanie/deszcz i pot, jednak im dalej w las, tym bardziej widać, że 5-ki idą o krok, albo nawet i dwa dalej od swoich poprzedników. W ich wnętrzu znajdziemy bowiem już 10 a nie 5,8-milimetrowe przetworniki z dwuwarstwowymi membranami, oraz moduł łączności bezprzewodowej Bluetooth 5 kompatybilny z kodekami aptX oraz AAC a całość okraszono układem Clear Voice Capture odpowiedzialnym za redukcję hałasu otoczenia podczas rozmów telefonicznych. Jednak największą różnicę widać w czasie pracy na jednym ładowaniu, który z całkiem akceptowalnych 3,5 h wzrósł do … 15 h a przy wsparciu ładowarki o kolejne 30h ! O dziwo same korpusy wydają się nieco mniej masywne, lecz ich waga wzrosła z 6,4 do 8 gramów. Do zalet niewątpliwie można zaliczyć zmianę sposobu stabilizacji słuchawek w małżowinie - zamiast „pełnego fartucha” tym razem mamy sprężysty silikonowy oring, co zdecydowanie podnosi komfort termiczny podczas długich odsłuchów. W komplecie nie zabrakło również trzech dodatkowych kompletów silikonowych eartipsów. Przechodząc do części poświęconej brzmieniu pierwszą rzeczą na która warto zwrócić uwagę jest nad wyraz skuteczna izolacja akustyczna od dźwięków otoczenia, więc osobiście odradzałbym stosowanie ich podczas jazdy na rowerze, rolkach, czy coraz bardziej popularnych elektrycznych hulajnogach. Za to w zbiorkomach i na zatłoczonych ciągach pieszych w centrach metropolii sprawdzają się wręcz wybornie. W dodatku owa izolacja pozwala cieszyć się ulubioną muzyką na zaskakująco niskich poziomach głośności, z czego z pewnością ucieszą się opiekujący się naszym zmysłem słuchu laryngolodzy. Ponieważ w materiałach promocyjnych można wyczytać, iż ATH-CKS5TW oferują „wierność brzmienia, dostarczając jednocześnie bogaty, głęboki bas” od razu postanowiłem to własnousznie zweryfikować i po kilkunastogodzinnej rozgrzewce jako materiał testowy wykorzystałem albumy „The Eighth Mountain” i „Legendary Years” formacji Rhapsody Of Fire. W obu przypadkach wierność powinna oznaczać piekielnie szybkie gitarowe riffy i w niczym nie ustępujcie im tempem iście „maszynowe” blasty okraszone chóralnymi partiami wokalnymi i orkiestrowymi wstawkami. Jednym słowem senny koszmar tak producenta, jak i dystrybutora/sprzedawcy w cichości ducha liczącego, iż tak nabywca jak i recenzent w trakcie weryfikacji konkretnego urządzenia ograniczy się do niezobowiązujących plumkań na mandolinę i tamburyn. , Nic z tych rzeczy – przynajmniej u mnie taryfy ulgowej nie było, nie ma i raczej długo nie będzie, a jeśli ktoś się czymś chwali, to oczywistym jest, iż chciał, nie chciał muszę to zweryfikować. O dziwo jednak tym razem marketingowcy zaskakująco blisko trzymali się prawdy, gdyż oferowana przez Audio-Technici dynamika z łatwością urywałaby tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetna nazwę, gdyby tylko dostępna była w wolnostojących kolumnach a nie dokanałowych „pchełkach”. W związku z powyższym ograniczała się do prób rozsadzenia mojego czerepu, co wbrew pozorom okazał się nad wyraz przyjemnym doświadczeniem. Bas nie dość, że schodził piekielnie nisko, to jeszcze cechował się świetnym wypełnieniem i konturowością, przez co daleko mu było do monotonnego dudnienia i zlewania się w bezkształtną pulpę. Podobne obserwacje poczyniłem podczas odsłuchów opartych na elektronicznych samplach współczesnego „Shock Value” Timbalanda i świetnie wytrzymującego próbę czasu „Autobahn” Kraftwerk. Niby i to i to elektronika, ale różnica estetyk wręcz poraża a przepaść dzieląca tłuste amerykańskie beaty od suchego niemieckiego midi. Całe szczęście ATH-CKS5TW nic a nic nie próbowały uśredniać, czy też zbytnio odciskać na reprodukowanym materiale własne piętno świetnie różnicując tak estetykę, jak i jakość poszczególnych wydawnictw. A jak japońskie pchełki sprawdzały się na „normalnym”, bynajmniej niewymagającym basowego dopalenia materiale? O dziwo zaskakująco pozytywnie i naturalnie. Nawet na nastrojowym – jazzowym „Storytelling” Idy Zalewskiej próżno było doszukiwać się podskórnej nerwowości i usilnego szukania drajwu. W zamian za to wokal został podany intymnie blisko a lekka, całkowicie naturalna, matowość głosu wokalistki podkreślała realizm nagrań. Jeśli do tej pory nie do końca przekonywała Was idea bezprzewodowości w dokanałowych modelach słuchawek, to najlepiej zapomnijcie o własnych uprzedzeniach i w miarę możliwości postarajcie się rzucić okiem i przede wszystkim uchem na Audio-Technici ATH-CKS5TW. Te niepozorne tak pod względem gabarytów, jak i ceny maluchy oferują bowiem ponadprzeciętną ergonomię i świetne, dynamiczne, a jednocześnie nieprzesadzone brzmienie co w tym segmencie zasługuje na w pełni zrozumiałą rekomendację. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi &Video Design Cena: 699 PLN Dane techniczne Średnica przetworników: 10 mm Pasmo przenoszenia: 5 – 40,000 Hz Czułość: 110 dB/mW Impedancja: 16 Ω Bateria: Słuchawki DC 3.7V lithium-ion; Etui DC 3.7V lithium polymer Żywotność baterii: Max. 15 h (słuchawki); max. 45 h (z etui) Czas ładowania: około 2 (słuchawki); około 3.5 h (etui) Waga: słuchawki ok. 8 g szt., etui około 60 g Typ mikrofonu: MEMS Czułość mikrofonu: -40 dB (1 V/Pa @ 1 kHz) Zalecana temperatura użytkowania: 5°C - 40°C Komunikacja: Bluetooth 5.0 Maximum RF output: 10 mW EIRP Kompatybilne profile Bluetooth: A2DP, AVRCP, HFP, HSP Wspierane kodeki: Qualcomm® aptXTM audio, AAC, SBC
  8. Zobacz cały artykuł
  9. Tak jak Jacek napisał - może "papierzaki" Blocka pominęły, ale oprócz recenzji dzielonej amplifikacji i kolumn u nas (wspominaliśmy również o ich pokoju na AVS 2016 i2018, oraz stoisku w Monachium), również Marek Dyba recenzował pre+power na łamach High Fidelity Jeśli ktoś szuka szuka najwyższej klasy dźwięku i niespecjalnie ma ochotę płacić tylko za metkę a nie brzmienie to zdecydowanie warto rzucić uchem na te czeskie urządzenia.
  10. Zobacz cały artykuł
  11. O ile mnie pamięć nie myli obiekt dzisiejszej recenzji jest bodajże pierwszą konstrukcją o napędzie bezpośrednim jaka do tej pory zagościła w naszej redakcji. Oczywiście na samym forum frakcja akolitów czysto vintage’owych, bądź stanowiących raz mniej, raz bardziej udane wariacje na temat kultowych Technicsów jest nad wyraz aktywna, jednak na same testy nic takowego do nas nie dotarło. Co ciekawe, nawet w pełni zautomatyzowana Audio-Technica AT-LP3 posiadała napęd paskowy. Kiedyś jednak musi być ten pierwszy raz, więc niepotrzebnie nie przeciągając wstępniaka pozwolę sobie jedynie zaanonsować, iż tytułowy, sygnowany przez Audio Technicę model AT-LP120XUSB może pochwalić się właśnie Direct-Drivem, a tym samym niejako otwiera nowy rozdział naszego magazynu. I jeszcze tylko w ramach niezobowiązującej dygresji młodszym miłośnikom analogu pragnąłbym przypomnieć, iż oprócz ww. sposobów przenoszenia napędu na talerz historia zna jeszcze trzecią metodę – poprzez kółko pośredniczące czyli „iddler drive” obecne np. w cieszącym się w pełni zasłużoną popularnością Lenco L75. Uwspółcześniona, bo warto dodać iż AT-LP120XUSB jest udoskonaloną wersją AT-LP120-USB (mniej uważnym czytelnikom wyjaśniam, iż chodzi nie tylko o „X” w nazwie, lecz również inne rozmieszczenie przycisków, lampki i wkładkę – dotychczas AT-95E), 120-ka utrzymana jest w nazwijmy to „klasycznie DJ-skiej” stylistyce. W budzącej zaufanie swą wysokością plincie zamontowano nowy silnik DC, na którego oś zakładamy solidny, odlewany aluminiowy talerz i dedykowaną filcową matę. Ramię to aluminiowa „eSka” uzbrojona we wkładkę AT- VM95E Dual Magnet zamontowaną na firmowym headshellu AT-HS6. Od strony ergonomicznej trudno o większą intuicyjność. Lewy róg okupuje obrotowy włącznik główny z czerwonym stroboskopowym wskaźnikiem prędkości i trudny do przeoczenia przycisk Start/Stop, oraz dwa mniejsze odpowiedzialne za wybór prędkości obrotowej, za regulację której odpowiada z kolei usytuowany wzdłuż prawej krawędzi suwak obsługujący zakres +/-8% lub +/-16% a o blokadę dba stabilizowany kwarcowo Pitch Lock. Miłym dodatkiem jest niewielka lampka montowana w gnieździe „słuchawkowym” (jack) oświetlająca obszar umieszczania wkładki na płycie. W stosownej wnęce na „plecach” plinty umieszczono parę wyjść analogowych RCA, zacisk uziemienia i port USB, gdyby kogoś naszła ochota na digitalizację posiadanej płytoteki. Do wykonania tej operacji Audio-Technica zaleca darmowe oprogramowanie Audacity, ale nic nie stoi na przeszkodzie sprawdzić w boju produkty konkurencji. Niby jest z tym nieco więcej zabawy aniżeli w przypadku praktycznie bezobsługowego Denona DP-450USB https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-zrodla/denon-dp-450usb-r695/ , ale biorąc pod uwagę blisko dwukrotną różnicę w cenie nie ma co drzeć szat. Konstrukcję posadowiono na czterech plastikowych elastycznych a jednocześnie umożliwiających w miarę precyzyjne wypoziomowanie nóżkach a w komplecie nie zabrakło praktycznej, uchylnej akrylowej pokrywy. Bardzo pozytywne wrażenie robi również zaskakująco masywny i solidny zasilacz. Jak to zwykle u Japończyków bywa gramofon przychodzi nie tylko świetnie zapakowany, co w stanie gwarantującym, że od momentu rozpieczętowania pudła, do chwili uruchomienia bez zbędnego pośpiechu nie powinien upłynąć nawet kwadrans. Montaż jest w pełni intuicyjny, dokładnie rozrysowany (oczywiście w instrukcji) i nawet osobom wkraczającym w świat analogu nie powinien nastręczać najmniejszych trudności. Ot po wypakowaniu zarówno napędu, jak i wszystkich poukrywanych we wnękach styropianowego profilu akcesoriów wystarczy wypoziomować korpus, założyć na oś silnika talerz i matę a następnie uzbroić ramię w fabrycznie zamontowaną na headshellu wkładkę, ustawić przeciwwagę i anty-skating. Następnie ogarnąć kabelkologię, wybrać, czy będziemy korzystali z zewnętrznego, czy wbudowanego phonostage’a i zabrać się do słuchania. A właśnie słuchanie. Ponieważ dostarczony przez dystrybutora - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design egzemplarz wydawał się być fabrycznie „nieśmiganą” nówką pierwszych kilkanaście „przebiegów” wykonałem na sucho – w tzw. międzyczasie słuchając innego źródła a zamontowaną na 120-ce wkładkę docierając na którymś z wydanych przez węgierski Hungaroton albumie „Omegi”. Dopiero po takiej rozgrzewce zabrałem się do bardziej krytycznych sesji z nieco bardziej współczesnymi tłoczeniami i repertuarem. Na pierwszy ogień poleciały trzy granatowe krążki – dwupłytowy „Wasteland” Riverside i „Cure For Pain” Morphine. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z rodzimym, wyśmienicie podanym i zagranym prog-rockiem z wszelkim dobrodziejstwem inwentarza, czyli zarówno z zagmatwanymi tempami, jak i osadzonymi we floydowskiej stylistyce łkającymi gitarami. Nie da się ukryć, że przy tego typu muzyce źródło pozbawione umiejętności stworzenia odpowiednio napowietrzonej i obszernej sceny, przy jednoczesnym pamiętaniu o solidnym basowym fundamencie nie ma za bardzo czego szukać. Tymczasem uzbrojona w nową wersję 95-ki Audio-Technica całkiem dziarsko sobie radziła z rzucanymi jej pod nogi muzycznymi kłodami. Oczywiście w skali bezwzględnej bardziej ambitne przetworniki MC mają zdecydowanie więcej w tej materii do zaoferowania, lecz proszę mieć na uwadze, iż mowa o wkładce za około 250 PLN a nie przynajmniej dziesięciokrotność owej kwoty. Dlatego też z twardo będę stał przy zdaniu, iż za te pieniądze efekt jest zaskakująco pozytywny. Jest drive, mikro i makro dynamika a bas przyjemnie masuje trzewia. Nieco wyżej poprzeczkę stawia trudna do definiowania mieszanka Rocka, jazzu i bluesa spod znaku Morphine, gdzie prócz w miarę normalnej perkusji, bas potrafi mieć tylko dwie struny a pierwsze skrzypce gra … saksofon barytonowy. Tutaj bowiem akcent postawiony został na feeling, flow i barwę, z czym budżetowy Japończyk również nie miał najmniejszych problemów, oferując gęsty i mocny przekaz z sugestywnie wyeksponowaną średnicą i soczystymi barwami. W podobnej stylistyce zaprezentowany został „You Want It Darker” Leonarda Cohena z niezwykle namacalnie poprowadzonym wokalem i świetną równowagą pomiędzy jedwabistością i chrypką nieodżałowanego barda. Pół żartem pół serio przy tak nastrojowym materiale detale natury technicznej przestają mieć jakiekolwiek znaczenie a dla osób chcących poczuć odmieniana ostatnimi czasy przez wszystkie przypadki „magię analogu” trudno o lepszy przykład. Powyższe uwagi dotyczą grania z fabrycznie zamontowanego phonostage’a, gdyż przesiadka na zewnętrzną, wyższej klasy jednostkę wprowadza ww. konstrukcję na zdecydowanie wyższy pułap. Oczywiście w dalszej perspektywie wydaje się rozsądnym pomyśleć również o wymianie samej wkładki, co powinno zapewnić użytkownikom długie lata względnego spokoju i mozolnego budowania własnej płytoteki. Śmiem twierdzić, iż Audio Technica AT-LP120XUSB jest konstrukcją ze wszech miar bardziej przyjazną nieopierzonym akolitom czarnej płyty aniżeli oparte o napęd paskowy modele. Jej montaż i kalibracja nie wydaje się bardziej skomplikowana od zestawu popularnych duńskich klocków z przedziału wiekowego 12+ a solidność wykonania daje nadzieję na długą i bezawaryjną pracę. Ponadto nie należy zapominać o dźwięku, który w tym segmencie jest naprawdę bardzo konkurencyjny i wart zainteresowania. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³; Accuphase P-4500 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 199 PLN (czarny), 1 099 PLN (srebrny) Dane techniczne Wkładka: AT-VM95E (MM) Headshell: AT-HS6 Typ: manualny Silnik: DC Napęd: bezpośredni Dostępne prędkości: 33-1/3 RPM, 45 RPM, 78 RPM Regulacja obrotów: +/-8% lub +/-16% Talerz: odlew aluminiowy Nierównomierność obrotów:: <0.2% WRMS (33 RPM) Odstęp sygnał/szum: >50 dB Pre-amp “PHONO”: 4 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wyjście liniowe: 240 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wzmocnienie wbudowanego przedwzmacniacza: 36 dB, krzywa RIAA Pobór mocy: 2.75 W Wymiary (W x S x G): 141,6 x 452 x 352 mm Waga: 8.0 kg
  12. Po stanowiącym dla mnie pewnego rodzaju zaskoczenie może nie tyle brzmieniem, co po prostu faktem swojego istnienia w portfolio jakby nie patrzeć na wskroś klasycznego – angielskiego Exposure’a, reprezentującym segment „midi” wzmacniaczu zintegrowanym XM5 przyszła pora na powrót do normalnej rozmiarówki. Zamiast jednak zmieniać pole zainteresowań i eksplorować inny segment oferty, nieco przewrotnie postanowiłem ponownie sięgnąć po integrę, biorąc tym samym na warsztat konstrukcję z rodziny 3010, czyli model 3010s2D. Już pierwszy, nawet pobieżny rzut oka na 3010s2D i szybkie porównanie z poprzednio recenzowaną na naszych łamach integrą Exposure’a jasno wskazuje, że tym razem mamy do czynienia z do szpiku kości klasyczną, ortodoksyjną wręcz w podejściu do tematu konstrukcją. W wersji startowej próżno bowiem szukać w niej układów przetwornika cyfrowo-analogowego, czy też swoistego „wypłaszczania” płyty frontowej. O nie, nie tym razem. Prawdę powiedziawszy patrząc na aluminiowy, szczotkowany front 3010 śmiało można byłoby stwierdzić, że nic w nim nie zmieniając spokojnie można byłoby spodziewać się właśnie takiego klasycznego – opartego na dwóch gałkach odpowiedzialnych za wybór źródła i regulację głośności designu w katalogach pochodzących z lat 70, 80 i 90-ych minionego tysiąclecia. Czy w związku z powyższym mamy do czynienia ze swoistym archaizmem? W żadnym wypadku. To po prostu wręcz idealny przykład ponadczasowej uniwersalności - coś w stylu „małej czarnej” Coco Chanel w audiofilskim wydaniu, które pasuje praktycznie zawsze i do wszystkiego. Plastikowy i po prostu brzydki pilot zdalnego sterowania nie pasuje za to do niczego i jedyna jego zaletą jest to, że działa, ale sięga się po niego najdelikatniej mówiąc z lekkim grymasem i niechęcią. Nieco mniej ortodoksyjnie prezentuje się ściana tylna, gdzie patrząc od lewej napotykamy zaślepkę slotu dla opcjonalnych kart rozszerzeń (DAC-a i phonostage’a), po której do dyspozycji otrzymujemy równiutki rządek pięciu wejść liniowych, pętlę magnetofonową (przypomnę, że mamy końcówkę drugiej dekady XXI wieku) i zdublowane wyjścia do zewnętrznych końcówek mocy. Gniazda głośnikowe też są podwójne, lecz producent w tym momencie jasno dał do zrozumienia, że grać będziemy według jego zasad i niczego poza klasycznymi bananami, bądź wtykami BFA w jego terminale nie wepniemy. I przy okazji pozwolę sobie na małą dygresję natury funkcjonalnej. Otóż warto mieć na uwadze fakt, iż otwierające listę interfejsów wejściowych gniazda phono od zacisku uziemienia dzieli ładnych kilkanaście centymetrów, wiec lepiej zawczasu organoleptycznie zweryfikować, czy wychodzące z naszego gramofonu interkonekty da się w 3010 bezproblemowo podłączyć. Wnętrze to kwintesencja Hi-Fi i wzór do naśladowania dla konkurencji. Wystarczy tylko popatrzeć na klasyczne, potężne toroidalne trafo, solidny, biegnący przez środek radiator z przymocowanymi do niego czterema tranzystorami bipolarnymi na kanał, czy baterię czterech budzących zaufanie kondensatorów o pojemności 10 000 µF każdy. Selektor wejść parto na przekaźnikach a za wzmocnienie odpowiada klasyczny, zmotoryzowany „niebieski” Alps. Skoro już „karłowata” XM5-ka nie wykazywała najmniejszych ograniczeń tak w zakresie dynamiki, jak i wolumenu generowanych dźwięków, to i wpinając w swój dyżurny tor 3010s2D liczyłem na równie udany mariaż. I psując nieco niespodziankę, niejako na wstępie muszę napisać, że nie zawiodłem się. W dodatku, to co pokazała tytułowa integra Exposure’a przywołało zdecydowanie starsze, aniżeli związane z ostatnim testem brytyjskiego wzmocnienia wspomnienia. Chodzi bowiem o to, że 3010-ka zagrała w stylu starych, dobrych Audiolabów z serii 8000S, czyli tego, na czym warto było zawiesić ucho mniej więcej w połowie lat 90-ych. Mamy zatem do czynienia wybitnie rockowo „zestrojoną” konstrukcją w której akcent położony został na drive i timing a całość podlano gęstym sosem soczystej średnicy. W związku z powyższym z niekłamaną przyjemnością oddałem się odsłuchom świetnie wytrzymującego próbę czasu ambientowo-metalowego albumu „Prey” formacji Tiamat, gdzie dość funeralne tempa wcale nie oznaczają braku mocy, czy potęgi. Wysycenie średnicy poprawiło komunikatywność utworów i nadało całości przyjemnego wypełnienia. Nader ciekawie wypadły gitarowe riffy, gdyż Exposure wbrew stereotypom o brytyjskim, opartym głównie na średnicy graniu górę ma nie dość, że odważną, to jeszcze na swój sposób utwardzoną, więc jeśli tylko gitara miała kąsać, to czyniła to w sposób nie dość, że błyskawiczny, co bezpardonowy. Całe szczęście konstruktorom udało się zachować umiar i rozsądek w związku z powyższym nie ma mowy o eksponowaniu i epatowaniu sybilantami, o ile tylko reszta toru na takowe przypadłości nie cierpi. Jeśli zaś chodzi o okablowanie, to 3010 świetnie dogaduje się zarówno z budżetowymi Tellurium Q Blue, jak i już zdecydowanie bardziej wyrafinowanymi AudioQuestami Robin Hood ZERO. Trudno też doszukać się w prezentacji góry nawet najmniejszych oznak ziarnistości, czy też szukania drogi na skróty, dzięki czemu nawet tak bezpardonowo atakujące nasze zmysły dęciaki, jak te zarejestrowane na „Funeral for a Friend” The Dirty Dozen Brass Band nie powodowały nadmiernej fatygi i zmęczenia a jedynie dostarczały nad wyraz bogaty pakiet informacji co do różnic w stroju i techniki wykonawczej konkretnych muzyków. Równowagę tonalną Exposure’a śmiało można określić mianem mocno osadzonej na przełomie niższej średnicy i wyższego basu, skąd pochodzi najwięcej generowanej przez tytułową integrę energii. Najniższe składowe już takiego ładunku energetycznego nie mają skupiając się za to na kontroli i zróżnicowaniu reprodukowanego pasma. Nie oznacza to bynajmniej odchudzenia i braku masy, lecz raczej stawianie na jakość a nie niekontrolowaną ilość. Weźmy na ten przykład dyżurny „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie syntetyczny bas nader często potrafi zerwać się ze smyczy i zacząć żyć własnym życiem. Tymczasem 3010 trzyma go w iście stalowym uścisku dając słuchaczowi świetny wgląd w to co się tam dzieje. Exposure 3010s2D jest nad wyraz namacalnym dowodem na to, że na wskroś klasyczny i zaprojektowany z głową – zgodnie z arkanami elektroniki wzmacniacz, nawet bez wydawać by się mogło obowiązkowych w dzisiejszych czasach fajerwerków i dodatków może się obronić tym, do czego został stworzony – brzmieniem. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę poszerzyć jego funkcjonalność, to nic nie stoi na przeszkodzie, by stosowną kartę czy to dedykowaną czarnej płycie, czy też domenie cyfrowej, w nim zaimplementować. Koszt takiego upgrade’u kształtuje się mniej więcej na poziomie 1,5-2 kPLN, więc budżetu jakoś specjalnie nie nadwyręży a jednocześnie wydaje się zdecydowanie sensowniejszym rozwiązaniem od poszukiwania zewnętrznych urządzeń w podobnej cenie. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Tellurium Q Blue, AudioQuest Robin Hood ZERO – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Rafko Cena: 9 190 PLN Dane techniczne Maksymalna moc wyjściowa (1 KHz): 110W na kanał RMS ( 8 Ω ) Czułość wejść liniowych: 250 mV Impedancja wejściowa: >17 kΩ Wyjścia liniowe preout dla zewnętrznych końcówek mocy: 1V, wzmocnienie +18 dB. Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20000 Hz Całkowite zniekształcenia harmoniczne: <0,03% przy mocy znamionowej Stosunek sygnału do szumu: 100 dB, średnio-ważony , przy mocy znamionowej Separacja kanałów: 20Hz-20KHz > 60 dB Pobór mocy: < 400 W Wymiary (W x S x G): 115 x 440 x 300 mm Masa netto: 12 kg
  13. Zobacz cały artykuł
  14. Zaglądając do działu poświęconego słuchawkom w magazynie audiostero można dojść do wniosku, że rynek wszelakiej maści wokół-, na- i do-usznych reproduktorów dźwięku podzielili między siebie japońska Audio-Technica i … pozostali, dość marginalni producenci. Okazuje się bowiem, iż przez ostatnie trzy lata, na trzydzieści sześć recenzji tychże akcesoriów aż trzynaście przypadło właśnie Audio-Technicom. Z czysto reporterskiego obowiązku przypomnę tylko, że do tej pory mieliśmy przyjemność nausznie poznać uroki takich modeli jak ATH-SPORT7TW, ATH-SR50BT, ATH-M50xBT, ATH-MSR7b, ATH-SR30BT, ATH-S200BT, ATH-ANC700BT, ATH-DSR9BT, ATH-AD700X, ATH-AR5BT, AR3BT, ATH-DSR7BT, ATH-A990Z. Sporo tego. Najwidoczniej jednak dystrybutor marki - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, za swój punkt honoru przyjął dbanie o to, by zarówno świadomość odbiorców, a tym samym rozpoznawalność japońskich „nauszników”, jak i posiadanie jak najświeższych informacji przez ciało recenzenckie, w tym moje drobne 100+ kg, utrzymywało się na możliwie wysokim poziomie. Dlatego też nikogo nie powinien dziwić fakt pojawienia się w naszej redakcji kolejnych słuchawek wiadomego wytwórcy – tym razem o oznaczeniu ATH-ANC500BT. Audio-Technica ATH-ANC500BT podobnie jak większość swojego nad wyraz licznego rodzeństwa utrzymana jest w spokojnej, ponadczasowej czarnej kolorystyce i wykonana z solidnych, niewykazujących tendencji do skrzypienia, czy też trzeszczenia plastików. Wspominam o tym już na wstępie, gdyż zakładając tak niewielkie słuchawki na swój, bądź co bądź pokaźny czerep miałem pewne obawy, czy tym razem testy nie skończą się szybciej aniżeli mógłbym sobie tego życzyć - na skutek np. pęknięcia dość cienkiego pałąka nagłownego. Całe szczęście najwidoczniej Japończycy wzięli już na etapie projektu pod uwagę, iż ich wyroby nosić będą nie tylko autochtoni operujący w rozmiarówce XS, lecz również ogropodobne istoty o podobnej do mojej posturze, dla których nieraz i 3XL okazuje się nieco przyciasne. Plus dla nich, tym bardziej, że tym razem tytułowe słuchawki nader często towarzyszyły mi podczas przemieszczania się tak zatłoczonymi środkami komunikacji miejskiej, jak i przebijania się w ludzkiej ciżbie korzystającej z ostatnich promieni letniego słońca. Pady okalające 40 mm przetworniki przy odrobinie dobrej woli można uznać za wokółuszne a bez owej uprzejmości za spore, nauszne. Oczywiście owa kategoryzacja zależeć będzie od rozmiaru naszych własnych uszu, więc nie ma co dzielić włosa na czworo tylko samemu przymierzyć i wszystko stanie się jasne. Grunt, że pokryte sztuczną skórą gąbki są miękkie i przyjemnie otulają uszy zapewniając wysoce satysfakcjonującą izolację akustyczną. Jedyne o czym pozwolę sobie wspomnieć, to dość oczywisty przy takich gabarytach i rozgięciu pałąka (w moim przypadku) aspekt „aerodynamiczny”, czyli słyszalność podmuchów wiatru owiewających muszle. Jest to o tyle ciekawe, że podmuchy wiatru nie są przez zaimplementowany w tytułowym modelu system redukcji hałasu (QuietPoint®) niwelowane w stopniu porównywalnym np. ze skutecznością wyciszania nadjeżdżających samochodów. Warto zatem mieć to na uwadze i lepiej nie tracić kontaktu z otoczeniem. Sterowanie odbywa się za pomocą umieszczone na obwodzie lewej nausznicy przycisków oraz włącznika głównego będącego zarazem aktywatorem systemu QuietPoint®. I tutaj od razu ciekawostka. Otóż podczas transmisji Bluetooth system ten włączony jest na stale i nie mamy możliwości jego dezaktywacji. Oprócz trzech przycisków nawigacyjnych nie zabrakło również dwóch niewielkich diod informujących o stanie pracy słuchawek, oraz wejścia USB i mini jack do podłączenia standardowym, znajdującym się w komplecie przewodem. O i jeszcze jedno. Na przykładzie ATH-ANC500BT widać, że Japończycy wzięli sobie do serca aspekt ekologiczny, gdyż tym razem całe opakowanie wykonano z kartonu (zewnętrzna część) i sztywnej tektury (wewnętrzny, ochronny insert) maksymalnie redukując ilość plastiku. Zakładając ATH-ANC500BT na uszy z zadowoleniem stwierdziłem, że pomimo swojego niezdecydowania co do tego, czy można je uznać za konstrukcje wokół-, czy też na –uszne leżą idealnie a w dodatku ich wagę spokojnie można uznać za pomijalny. Szybki rzut oka na firmową stronę, kilka kliknięć celem weryfikacji i rzeczywiście. Okazuje się bowiem, iż 500-ki ze swoimi 180 g nie dość, że są lżejsze od większych ATH-ANC700BT (250g), lecz również od wydawałoby się mniejszych ATH-S200BT (190 g). Całe szczęście waga piórkowa nie przekłada się na ich (nie)stabilność na głowie, gdyż pomimo dość intensywnej eksploatacji w przestrzeni miejskiej ani razu nie musiałem poprawiać ich z powodu zsuwania się, czy też innych anomalii. Oczywiście do krytycznych odsłuchów przystąpiłem po uprzednim ich gruntownym (do całkowitego rozładownia) wygrzaniu i od niemalże pierwszych taktów „Swordfish” autorstwa Paula Oakenfolda wiedziałem, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że to będzie udane spotkanie a nie przysłowiowa pańszczyzna. Chodzi bowiem o to, że Audio-Technici otulają słuchacza szczelnym kokonem soczystych i głęboko osadzonych tak w barwie, jak i nisko schodzącym basie, dźwięków. Nie oznacza to bynajmniej, że góry i otaczającego muzyków powietrza jest mało, lecz delikatne przesunięcie środka ciężkości ku dołowi sprawia, że nawet tak syntetyczne i wysoce przetworzone dźwięki nie ranią uszu i nie drażnią już i tak wystarczająco zszarganych nerwów. W zamian za to oferują przyjemny beat i drajw powodujący samoistnie podrygiwanie kończyn tak górnych, jak i dolnych. Przechodząc do cięższych i industrialnych klimatów obecnych na „Fear Inoculum” TOOL-a również nie miałem powodów do marudzenia. Nawet orientalny, otwierający album, tytułowy kawałek pomimo słuchawkowego odsłuchu nie został odarty ze swojej onirycznej zwiewności i rozedrgania. Podobnie pełna perkusyjnych smaczków „Pneuma”, gdzie po delikatnym wstępie mamy ponad jedenaście minut solidnego metalowego łojenia. I w tym momencie dochodzimy do sedna a zarazem jednej z największych zalet 500-ek, czyli zróżnicowania najniższych składowych, których niby jest sporo, lecz nie dość, że się nie zlewają, to jeszcze pozwalają bez najmniejszego problemu wyodrębnić partie basu od grającej z nim unisono perkusji. Krótko mówiąc zamiast bezkształtnego pojedynczego łupnięcia za każdym razem otrzymujemy, znaczy się przyjmujemy w ucho, kilka precyzyjnie zdefiniowanych „kopnięć” okraszonych solidną dawką ciężkich, gitarowych riffów. Niejako na deser zostawiłem coś zdecydowanie delikatniejszego, przepełnionego onirycznym rozmarzeniem i zarazem zaskakującego, tak pod względem pochodzenia, jak i na tle wcześniejszych dokonań. Mowa o ostatnim wydawnictwie „The Bell” rosyjskiego duetu Iamthemorning, któremu nagle okazało się bliżej do naszego rodzimego Sorry Boys aniżeli wcale nie tak dawno łączonego z nimi Riverside. Oczywiście pewne nuty progresywności da się wyłowić, lecz obecnie więcej tam delikatnego art-rocka niż zagmatwanych gitarowych pasaży. Tutaj jednak pierwszy plan nader przyjemnie zagospodarowują słodki wokal Marjany Semkiny i klawisze Gleba Kolyadina. I tak jak poprzednio Audio-Technici stawiały na przysłowiową jazdę bez trzymanki, tak tym razem bez najmniejszego problemu potrafiły skupić się na delikatnych akordach i iście dziewczęcym śpiewie wprowadzających słuchacza w baśniowy nastrój, gdzie równie ważna co dźwięki staje się gra ciszą. I to ciszą kontemplacyjną, której firmowy QuietPoint® niezaprzeczalnie pomaga. A delikatny, perlisty odgłos „grobowego dzwonka” potrafi wywołać gęsią skórkę niezależnie od intensywności operującego za oknem słońca. Audio-Technica ATH-ANC500BT to lekkie i zaskakująco wygodne słuchawki, które wiele radości sprawią podczas domowych odsłuchów, jednak swoją prawdziwą naturę pokażą przede wszystkim wielkomiejskim zgiełku i wszelakiej maści zbiorkomach. Odcinając nas od wszechobecnego szumu i generalnie irytujących hałasów pozwolą skupić się na muzyce i to muzyce odtwarzanej na całkiem cywilizowanych poziomach głośności. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 499 PLN Dane techniczne Typ: Nauszne, aktywne, zamknięte Średnica przetworników: 40 mm Impedancja: 32 Ω Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 000 Hz Czułość: 96 dB/mW (redukcja hałasu wł.) 95 dB/mW (redukcja hałasu wył.) Czas pracy na baterii: 20 h (z włączoną transmisją Bluetooth i redukcją hałasu), 42 h ( z włączoną redukcją hałasu) Czas ładowania: 4 h Długość przewodu: 0.3 m (USB), 1.2 m (sygnałowy) Obsługiwane protokoły Bluetooth®: A2DP, AVRCP, HFP, HSP Obsługiwane kodeki: SBC Waga: 180 g
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.