Jump to content
  • Content Count

    7510
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

343 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com/marcin-olszewski/

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

52221 profile views
  1. Choć za słuchawkami mówiąc najoględniej nie przepadam, używam nad wyraz sporadycznie i tak naprawdę sięgam po nie jedynie z konieczności czy też musu wynikającego z tzw. okoliczności przyrody, jednocześnie mam świadomość, iż to właśnie dzięki nim zdecydowanie łatwiej, szybciej i przede wszystkim taniej można osiągnąć iście ekstremalną jakość dźwięku. Niemniej jednak, dziwnym zrządzeniem losu i na przekór logice, uparcie wolę walczyć z materią w systemie stacjonarnym, aniżeli pójść na skróty i za pi razy drzwi 50 kPLN zamknąć temat osiągając audiofilską nirwanę z referencyjnymi nausznikami czule otulającymi moje małżowiny. Całe jednak szczęście zarówno moja Małżonka, jak i pryszczata progenitura, jest podobnie do piszącego te słowa uzależniona od muzyki, przez co zdecydowanie łatwiej nam koegzystować i dzielić się własnymi muzycznymi odkryciami przy użyciu klasycznego – pełnowymiarowego seta. Swoistym wyjątkiem od powyższej reguły są sporadycznie przydarzające się nam (no dobrze, głównie mi) nawet nie tyle późnowieczorne, lecz wręcz nocne sesje i oczywiście obfitujące w dłuższe i krótsze przejazdy/przeloty/rejsy okresy ferii i wakacji. Nie da się bowiem ukryć, że to właśnie wtedy wszelakiej maści PAD-y i wokół/na/do-uszne słuchawki stają się akcesoriami na wagę złota. Podobnie z resztą jak stosowne ładowarki i powerbanki pozwalające utrzymać owe generatory dźwięków wszelakich przy życiu. A gdyby tak, zgodnie z obowiązującą modą, uwolnić się nie tylko od kabli, ale i wiecznie zapodziewających się ładowarek? Okazuje się, że na taki pomysł już ktoś wpadł a dzięki dystrybutorowi - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design nausznie mogłem się przekonać jak taka idea sprawdza się w praktyce pod postacią bezprzewodowych słuchawek Audio-Technica ATH-SPORT7TW. Oczywiście ATH-SPORT7TW nie są swoistym perpetuum mobile samoistnie generującym konieczną do ich pracy energię elektryczną z przysłowiowego „niczego”, lecz od czasu do czasu, czyli zgodnie z informacjami udostępnionymi przez producenta, co mniej więcej 3,5h należy je umieścić w firmowym etui, by właśnie tam podładowały wbudowane akumulatory. Co istotne, o ile proces cykl regeneracji od zera do pełna zajmuje 2h, to już zaledwie po 10min można cieszyć się muzyką przez kolejne 45 min. Sama „trumienka” oczywiście tez musi być podpinana pod źródło prądu, jednak po 3h takiego „spa” zapewnia energię na 14h pracy słuchawek. Może i w porównaniu do pełnowymiarowych ATH-SR30BToferujących 70 h pracy na jednym ładowaniu osiągi tytułowych dokanałówek nie wydają się zbyt imponujące, jednak zwróćcie uwagę, iż rozmawiamy właśnie o dokanałówkach i to dokanałówkach całkowicie bezprzewodowych, więc bez jakiegokolwiek łącznika umożliwiającego podwieszenie jakiegoś akumulatorka. Krótko mówiąc projektanci do dyspozycji mieli jedynie nad wyraz ograniczoną przestrzeń w korpusie każdej słuchawki. A właśnie, skoro mowa o ich budowie to o ile podczas trzaskających mrozów na Spitsbergenie, czy Nowosybirsku 7-ek, ze względu na zakres zalecanych temperatur użycia (5°C - 40°C), lepiej z kieszeni nie wyciągać, to w większości bardziej sprzyjających outdoorowej aktywności przypadków powinny sprawdzić się wręcz wyśmienicie. Japończycy zadbali bowiem o to, by były odporne nie tylko na pot (jak widać Sport w nazwie do czegoś zobowiązuje), ale również niesprzyjające warunki pogodowe, w tym również deszcz. Można je też bez baw po prostu umyć pod bieżącą wodą. Kontrolę zapewnia dedykowana aplikacja Audio-Technica Connect a wbudowany mikrofon i dotykowe sterowanie tylko poprawiają ergonomię użytkowania. Słuchawki dostarczane są oczywiście wraz z przewodem USB, wymiennymi wkładkami dousznymi (XS, S, M i L) oraz piankowymi Comply™ (M) z technologią SweatGuard™. Za pewne i stabilne mocowanie odpowiadają również wymienne, specjalne „płetwopodobne” końcówki (XS, S, M i L). Jak to zwykle przy tego typu konstrukcjach bywa przed przystąpieniem do odsłuchów warto poświęcić chwilkę na wybór dopasowanych do naszej fizjonomii gąbek i ww. płetw, bo co jak co, ale niewygodne słuchawki są równie irytujące co niedopasowane obuwie. Całe szczęście z akomodacją ATH-SPORT7TW nie miałem najmniejszych problemów a sam proces przyodziewania ich w stosowne „elementy tapicerowane” przeplatałem poznawaniem firmowej appki, z której to pomocą „pobawiłem się” dostępnymi codecami (SBC i AAC), jak i ustawiłem poziom intensywności systemu Ambient Noise Hear Through, czyli funkcji pozwalającej na słyszenie dźwięków otoczenia. I w tym momencie dochodzimy do właściwej części odsłuchów, przy czym niejako na wstępie chciałbym od razu poinformować, iż pomimo moich wcześniejszych obaw, tytułowe słuchawki nie powodują efektu całkowitej alienacji od „szumu otoczenia” a jedynie znacznie, bo znacznie, ale jednak nie definitywnie go redukują. Ową cechę uznaję za jednoznacznie pozytywną, gdyż widok smartfonowych zombie ze słuchawkami na/w uszach za każdym razem wywołuje u mnie naprzemiennie stany lękowe i ataki furii, gdyż ich, już nie tyle niefrasobliwość, co skrajna głupota stanowi zagrożenie nie tyko dla nich samych, co i pozostałych użytkowników tak chodników, jak i ścieżek rowerowych, czy ulic. Natomiast ATH-SPORT7TW, nawet na maksymalnej głośności (która de facto i tak daleka jest od koncertowych dawek decybeli), zapewniają nam ciągły kontakt z rzeczywistością. Nie da się ponadto ukryć, iż aplikacja japońskich „pchełek” ewidentnie „robi nam dobrze” właśnie poprzez obniżenie docierającego do naszych uszu hałasu. W dodatku dzięki wyprofilowanym i dopasowującym się do naszych małżowin płetwopodobnym „fartuchom” aby w pełni delektować się nawet zwiewnymi frazami muzycznymi wcale nie musimy słuchać ich głośno. I nie są to pobożne życzenia, czy też czysto akademickie dywagacje, lecz wnioski wysnute na podstawie osobistych doświadczeń natury empirycznej podczas codziennych podróży środkami komunikacji miejskiej, czy też przemierzania centrum Warszawy m.in. w godzinach popołudniowego szczytu. W roli materiału testowego najczęściej używałem wtenczas „Wasteland” Riverside, „Hunt” Amaroka i „Runaljod - Ragnarok” Wardruny, na których łkające gitary przeplatały się ze ścianami prog-rockowych riffów, czy rogami w które dęli potomkowie walecznych Wikingów. Dość ciekawa mieszanka, nieprawdaż? Całe szczęście japońskie słuchawki okazały się mało grymaśne i bez najmniejszego problemu odtwarzały ten eklektyczny misz-masz. Nie próbowały też za wszelką cenę złapać słuchacza jakimś wyżyłowanym aspektem za ucho, lecz stawiały raczej na liniowość i wysycenie, aniżeli epatowanie ostrymi jak brzytwa krawędziami, czy też ponadnormatywną rozdzielczością. Oczywiście gradacji planów, czy umiejętności budowania sceny przed, a nie w głowie słuchacza odmówić im nie sposób, ale niezaprzeczalnie daleko im do precyzji laboratoryjnych przyrządów pomiarowych. Bardzo atrakcyjnie prezentowany jest bas, który choć nisko schodzi i ma wielce satysfakcjonujące zróżnicowanie, zachowuje idealną równowagę pomiędzy zbytnim osuszeniem a zaokrągleniem, przez co ani nie jesteśmy skazani na irytujące cykanie, jak i usypiające, monotonne buczenie. Nawet na swoistym ekstremum, czyli industrialnym metalu, który z upodobaniem uprawia na „Metawar” pochodzący z Los Angeles kwintet 3Teeth Audio-Technicom udało się zachować porządek na scenie i dostarczając potężną dawkę energii nie popadać ani w zbytnią zachowawczość ani ofensywność. Co istotne, zachowując konieczną w tym repertuarze szorstkość góra pasma wcale nie okazała się na dłuższą metę męcząca. Oczywiście daleko jej było do gładkości i wyrafinowania naturalnego instrumentarium „Sacrum Mysterium” Apollo's Fire, lecz tu raczej chodziło o dochowanie wierności „prawdzie nagrania” aniżeli piętnowaniu całkowicie nieaudiofilskich dźwięków. Po blisko dwutygodniowym użytkowaniu ATH-SPORT7TW z ulgą muszę przyznać, że szalenie miło mnie te słuchawki zaskoczyły. Audio-Technica wypuściła bowiem na rynek model nie tylko spełniający wszystkie kryteria, jakich oczekujemy po dedykowanych szeroko rozumianej aktywności fizycznej dokanałówkach, jak odporność na warunki atmosferyczne, czy możliwie najwyższy komfort użytkowania, lecz przede wszystkim bardzo dobrze grający. Nie można też pominąć ich funkcji redukującej wszechobecny, wielkomiejski hałas, więc ich używanie wydaje się nie tyle li tylko audiofilskim widzimisię, co wręcz „dobrą praktyką” w ramach szeroko rozumianej dbałości o „higienę akustyczną”, czyli ilości decybeli jakimi katujemy nasze zmysły. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 899 PLN Dane techniczne Średnica przetworników: 5,8 mm Pasmo przenoszenia: 20 - 25,000 Hz Skuteczność: 91 dB/mW Impedancja: 14 Ohm Orientacyjny czas pracy: max. 3,5h (na jednym ładowaniu)+ 14h(z użyciem case-ładowarki); szybkie ładowanie: 10-minut ładowania zapewnia 45 minut odtwarzania Waga: ok.6,4g (obie słuchawki), 64g case-ładowarka Rodzaj mikrofonu: omnipolarny MEMS Pasmo przenoszenia mikrofonu: 100 - 8,000 Hz Czułość mikrofonu: −42 dB(1V/Pa,at1kHz) Czas ładowania: słuchawki - 2h, case – 3h Zalecana temperatura użytkowania: 5°C - 40°C Wersja Bluetooth® : 5.0 Zasięg: ok 10m Metoda modulacji: FHSS Profile Bluetooth® : A2DP, AVRCP, HFP, HSP Obsługiwane codeci: AAC, SBC
  2. Skoro rozmawiamy o rynku wtórnym to: - tranzystor grający jak mocna lampa - ModWright KWI200 - zdecydowanie bardziej "liniowy" T+A PA 2500 R - i niestety przekraczający budżet (chyba, że będzie mega okazja) Pass INT-250
  3. Zobacz cały artykuł
  4. Z dominacją plików na rynkach audio już dawno większość z nas się pogodziła, a ci którzy tego nie zrobili ewidentnie zaklinają rzeczywistość. Chcące się utrzymać na powierzchni sklepy płytowe dwoją się i troją starając się przyciągnąć klientelę bynajmniej nie srebrnymi a winylowymi krążkami, które to coraz częściej zawierają również kody umożliwiające pobranie z serwerów wydawców zdigitalizowanej wersji zakupionego „placka”. Takie czasy. Z drugiej strony proszę popatrzeć na ceny mieszkań, oraz na popularne metraże, które dziwnym zbiegiem okoliczności z dotychczasowych całkiem rozsądnych okolic 50 metrów kwadratowych niebezpiecznie zbliżyły się do … 20. Tak, tak dwudziestu. W końcu wystarczy dorobić do tego odpowiednią marketingową otoczkę, w reklamach posługiwać się podnoszącymi prestiż inwestycji zwrotami w stylu „mikro apartament” i już są chętni. Dlatego też dysponując takim, nad wyraz ograniczonym metrażem i jednocześnie będąc audiofilem / melomanem pliki stają się nie tyle wyborem, co koniecznością, gdyż miejsca na składowanie fizycznych nośników najzwyczajniej w świecie nie ma. A z resztą, nawet mogąc pochwalić się wielkopowierzchniowym locum a jednocześnie nie będąc obsesyjnym fanem Hi-Fi/High-End, lecz po prostu lubiąc otaczać się muzyką, też z pewnością to właśnie pliki staną się oczywistym medium. Nie da się bowiem ukryć, że popularne serwisy streamingowe pozwalają praktycznie bezkosztowo (abonament 10€ na miesiąc można uznać za pomijalny) zbudować w zaledwie kilka godzin potężną, w pełni spersonalizowaną bibliotekę ulubionych nagrań i co ważne również bez dodatkowych nakładów finansowych na bieżąco ją rozbudowywać. A jakby do tego dodać pełną integrację z popularnymi rozwiązaniami domowej automatyki, czy wręcz inteligencji? Robi się ciekawie. Jednak wbrew pozorom tego typu dywagacje i ewentualne próby implementacji we własnych czterech kątach wcale nie wiążą się z jakimiś niebotycznymi kosztami, co w ramach niniejszego testu postaram się udowodnić na podstawie zaskakująco budżetowego urządzenia obecnego od ponad 40 lat na światowych rynkach amerykańskiego producenta Russound. A będzie to przysłowiowe 2w1, czyli zintegrowany z przedwzmacniaczem streamer o symbolu MBX-PRE. Patrząc na motto przewodnie Russound głoszące „Wszystko w zasięgu ręki, nic w zasięgu wzroku” można byłoby się spodziewać urządzenia o nad wyraz surowej aparycji dedykowanego do schowania przed wzrokiem ciekawskich w firmowym racku. Tymczasem MBX-PRE prezentuje się całkiem przyjaźnie. To dość lekkie, plastikowe czarne „pudełeczko” nieco przywodzące na myśl wyrośniętego Auralica Aries Mini, czy też Yamahę WXAD-10, które komunikuje się ze światem zewnętrznym jedynie z pomocą pojedynczej, centralnie umieszczonej na froncie i zmieniającej swój kolor w zależności od statusu pracy urządzenia diody. Całe szczęście producent, dbając o ergonomię, nie zapomniał na przedniej krawędzi umieścić kilku przycisków umożliwiających podstawową obsługę. Do dyspozycji mamy szybki dostęp do dwóch ulubionych źródeł, zatrzymanie / wznowienie odtwarzania i regulację głośności. Ściana tylna prezentuje się równie rozsądnie. Znajdziemy tam port Ethernet, USB (obsługa pamięci masowych), wejście analogowe akceptujące 3,5mm wtyki mini Jack i cyfrowe – optyczne TOSLINK. Wyjścia są dwa – optyczne i para RCA. Wyliczankę zamyka przycisk resetu do ustawień fabrycznych i gniazdo zewnętrznego zasilacza. Może dziwić brak oczywistego wśród „cywilnej” konkurencji wyjścia USB, jednak biorąc pod uwagę fakt, iż MBX-PRE kończy swoją działalność na 24-bit/192kHz niespecjalnie ów fakt bym demonizował. Sam proces konfiguracji przebiega całkowicie bezproblemowo, lecz jest jeden mały „haczyk”. W dodatku haczyk będący bardziej restrykcyjnym rozwinięciem rozwiązania z jakim do tej pory spotkałem się jedynie w integrze Trilogy 925. Otóż urządzenie jest fabrycznie zablokowane i aby je odblokować konieczny jest kontakt z przedstawicielem dystrybutora dysponującym stosownym kodem. Oczywiście w praktyce wygląda to tak, iż cały proces montażu, konfiguracji i pierwsze uruchomienie z reguły bierze na swoje barki ekipa „robiąca” całą domową automatykę / inteligencję, więc użytkownik końcowy może nawet o tym fakcie nie mieć świadomości. Wspominam jednak o tym, gdyż w przypadku Russounda po prostu odpada możliwość „okazyjnego” zakupu poza granicami Polski, bądź z nieautoryzowanego źródła, gdyż każde urządzenie przypisane jest nie tylko do konkretnego obszaru geograficznego, co również do ściśle zdefiniowanego dystrybutora. Krótko mówiąc Russound gra fair w stosunku do swoich regionalnych przedstawicieli niejako dmuchając na zimne a tym samym zapobiegając ewentualnym wzajemnym animozjom. Skoro frontowy interface został zredukowany do niezbędnego minimum zrozumiałym jest, że ciężar obsługi spadł na firmową, dostępną zarówno na iOSa, jak i Androida firmową aplikację My Russound, z poziomu której zyskamy dostęp nie tylko do własnych – zgromadzonych na lokalnych dyskach plików, jak i tzw. „chmury” - serwisów Spotify, Tidal, Deezer, tunein, Pandora, etc. I teraz mała, acz szalenie ułatwiająca – uprzyjemniająca codzienną obsługę funkcjonalność. Otóż „ulubione” zbiory możemy sortować i to nie tylko alfabetycznie, lecz również po dacie wydania - ukazania się albumu i co najważniejsze po dacie dodania do ulubionych! Standard? Moglibyście się zdziwić, ale … nie. A tutaj jest i działa. Jeśli zaś chodzi o oczywistą integrację z systemami Roussounda i innymi popularnymi rozwiązaniami multi-room, to zamiast interpretować, czyli tak naprawdę na nowo wynajdywać koło posłużę się tekstem źródłowym. Otóż „MBX-PRE pozwala na rozszerzenie jednej instalacji aż do 32 obsługiwanych pokoi przy użyciu dowolnej kombinacji pozostałych urządzeń streamujących RUSSOUND z serii MBX. W połączeniu z kontrolerem multiroom Russound możliwe jest stworzenie systemu posiadającego do 8 niezależnych źródeł dźwięku oraz aż do 48 nagłaśnianych pomieszczeń.” Do powyższego dorzuciłbym jeszcze pełną kompatybilność z klawiaturą ścienną Russound XTSPlus i mamy w miarę kompletny obraz sytuacji. Przechodząc do części odsłuchowej prawdę powiedziawszy nie tylko nie miałem bladego pojęcia czego się po MBX-PRE spodziewać, co, przynajmniej świadomie, nigdy z systemami Russounda doświadczenia nie odnotowałem. Dlatego tytułowy plikograj dostał ode mnie przysłowiową „carte blanche”. Biorąc jednak pod uwagę, iż dzięki uprzejmości dystrybutora – krakowsko/warszawskiego Nautilusa otrzymałem egzemplarz gruntownie wygrzany – z kilkutygodniowym przebiegiem, proces akomodacyjno – rozgrzewkowy ograniczyłem do niezbędnego minimum. Kiedy system ochronny minął i żarty się skończyły, zacząłem uważniej analizować to, co „wychodziło” z tytułowego plikograja i ze zdziwieniem odkryłem, że jest to całkiem zgodne z moimi pierwszymi wrażeniami dotyczącymi jego wyglądu. Mamy bowiem nader zgrabne połączenie muzykalności i eufonii wspomnianej Yamahy WXAD-10 z selektywnością i motoryką Auralica Aries Mini pozwalające czerpać radość z odsłuchu pełnego spectrum muzycznych dokonań Homo Sapiens począwszy od minimalistycznego „Seven Days Walking (Day 4)” Ludovico Einaudi na deathmetalowej apokalipsie „I Loved You at Your Darkest” Behemotha skończywszy. Ze względu na dość drastyczną różnicę w cenie porównanie pod względem rozdzielczości, czy też zdolności oddania wszelakiej maści audiofilskich smaczków, z moim dyżurnym transportem Lumina U1 Mini współpracującym z pełniącym funkcję DAC-a Ayonem CD-35 (Preamp + Signature), jednak podpięty bezpośrednio do końcówki mocy, w moim przypadku był to Bryston 4B³, czyli w możliwie zbliżonych do standardowych / spodziewanych warunków pracy MBX-PRE radził sobie nadspodziewanie satysfakcjonująco. Dźwięk był bowiem, używając stereotypowych skojarzeń, na wskroś analogowy i muzykalny a jednocześnie intrygująco angażujący, przez co nie sposób było mu zarzucić tendencji do usypiania słuchaczy, czy też uśredniania reprodukowanego materiału. Na duże uznanie zasługuje przyjemnie wysycona średnica, sugestywnie dopalająca i nieco przybliżająca źródła pozorne, oraz akceptowalnie zaokrąglone i jednocześnie podbite najniższe składowe, które z jednej strony „pomagają” przetwornikom instalacyjnym (ściennym i sufitowym), oraz niewielkim monitorkom a z drugiej – na pełnopasmowych kolumnach, nadają całości „hollywoodzkiego” rozmachu. Tak jak zdążyłem już wspomnieć zarówno wszelakiej maści mikro informacje dotyczące akustyki pomieszczeń, w jakich dokonywano nagrań, jak i swoisty „plankton” – aura otaczająca muzyków, choć obecne, nad wyraz sporadycznie wychodzą na pierwszy plan. Aby je „poczuć”, czy analizować trzeba się nieco bardziej skupić i chociaż mniej więcej wiedzieć, gdzie powinniśmy się ich spodziewać. Nie jest to bynajmniej zarzut z mojej strony a jedynie obserwacja wynikająca tak z roli samego odtwarzacza, jak i systemów w których będzie ją pełnił. Trudno bowiem od tego typu „semi-instalacyjnego” źródła, by kreował purystyczną, holograficzną stereofonię, skoro tuż za nim znajduje się rozbudowana instalacja, którą z kolei wieńczy bezlik ściennych i sufitowych głośników. Za to do codziennego obcowania z muzyką, czy to w „mikro apartamencie”, czy też wielokondygnacyjnym penthousie trudno wyobrazić sobie lepsze rozwiązanie. Choć Russound MBX-PRE przywędrował do nas z segmentu instalacyjnego uczciwie trzeba przyznać, że na tle audiofilskiej konkurencji nie ma się czego wstydzić. Nie dość bowiem, że jest nader rozsądnie wyceniony a ergonomia jego obsługi wydaje się godnym do naśladowania wzorem, za co w lwiej części brawa należą się firmowej appce, to w dodatku po prostu dobrze gra, nawet nie próbując udawać czegoś, czym po prostu nie jest. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Nautiilus Cena: 2 330 PLN Dane techniczne: Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz Wyjścia Audio: Analogowe - Stereo Audio RCA, Cyfrowe optyczne Wyjście Audio liniowe: 2V rms Wejścia Audio: Analogowe 3.5 mm Stereo Audio, Cyfrowe optyczne, USB 2.0 Media Playback Porty komunikacyjne: Ethernet RJ45 10/100 BaseT Wi-Fi: 802.11ac, dual band Wsparcie Bluetooth Audio: Tak Wyjścia trigger: 12 vDC @100 mA Obsługiwane formaty audio: MP3 (CBR, VBR), WAV (8, 16-bit), OGG Vorbis, FLAC (8, 16-bit), AAC, AAC+ (wsparcie do 24-bit/192kHz) Zasilanie: 12 VDC, 1.25 A Wymiary (SxGxW): 21 cm x 17.8 cm x 4.5 cm Waga: 0.45 kg
  5. W tzw. międzyczasie sytuacja uległa zmianie i E.I.C jednak się pojawi ...
  6. Życie zdążyło nas nauczyć, że im większy, znaczy się bardziej imponujący, a zarazem okrągły, jubileusz dany producent pragnie świętować, tym przygotowywana na tę okazję rocznicowa limitacja jest bardziej pektakularna. Dlatego też patrząc na dorobek Austriaków, którzy pod kierownictwem Petera Gansterera zdążyli w ciągu ostatnich trzydziestu lat popełnić tak rozsądnie, przynajmniej jak na High-End, wycenione flagowce jak Liszt, czy też nader odważne jak na swoje czasy, lecz niestety już nieprodukowane Schönbergi można byłoby się spodziewać, że Wiedeńczycy zaszaleją, pojadą po przysłowiowej bandzie i pokażą światu na co ich stać wprowadzając na rynek coś, na widok czego miłośnicy marki zaczną karnie ustawiać się w kolejkę po odbiór, a konkurencja gorączkowo pracować nad kontrofertą. A tymczasem Vienna Acoustics, bo to właśnie o tej manufakturze mowa, ni stąd ni zowąd wykonała swoistą woltę i w ramach ww. jubileuszu przywróciła do życia swojego chyba najpopularniejszego podstawkowca, czyli model Haydn w wersji Jubilee. Patrząc na zdjęcia i mając jako-takie rozeznanie w katalogu Austriaków nietrudno odnieść wrażenie, że Haydny Jubilee to nic innego jak ekshumowana wersja Grand a nie, jak podaje na stronie Sieć Salonów Top HiFi & Video Design – nasz rodzimy dystrybutor marki, Grand SE, gdyż zanim owa, recenzowana zresztą raptem rok temu na naszych łamach inkarnacja ujrzała światło dzienne to Haydn od dawien dawna zakorzeniony był w audiofilskiej świadomości. Czyli de facto nie mamy do czynienia z nowością a czymś w rodzaju powrotu do korzeni i sięgnięciu do protoplasty rodu. Wystarczy z resztą porównać obie wersje, co niejako ułatwił nam sam dystrybutor dostarczając zarówno jubileuszową, jak i „komercyjną” parkę. Jak sami widzicie Jubilee to urocze i niewielkie podstawkowo / regałowe monitorki wykończone eleganckim kruczoczarnym lakierem fortepianowym oparte na klasycznym duecie przetworników w skład którego wchodzi calowa jedwabna kopułka i 5,5” charakterystyczny przeźroczysty mid-wooferek X3P. Maskownica niestety nadal mocowana jest na cienkie kołki, choć przy czarnym froncie ich gniazda aż tak bardzo nie szpecą. Ściana tylna to już elegancja w najlepszym wydaniu. Pojedyncze wyloty kanałów bas refleks zyskały solidne kołnierze mocowane na cztery torxy a i tak i tak cały show „kradnie” ozdobny szyld i nie mniej biżuteryjne solidne, zakręcane terminale głośnikowe. Kwestię dotyczącą takiej a nie innej polityki firmy wyjaśniałem już poprzednio, lecz i tym razem powtórzę, że zdecydowanie lepiej łączyć kolumny pojedynczymi przewodami wyższej klasy, aniżeli silić się na bi-wiring z użyciem przysłowiowych drutów od lampki. Jubilee są przy tym nieznacznie, bo raptem pół centymetra węższe, półtora niższe i centymetr płytsze od Symphonic Edition, co przynajmniej w teorii powinno sprawić, że będą jeszcze lepiej znikały z pomieszczenia odsłuchowego od swojego większego rodzeństwa. Jednak aby to zweryfikować w pierwszej kolejności pozwoliłem sobie na kilkudniowy romans właśnie z Symphonic Edition, by mając je na świeżo w pamięci, czyli nie posiłkując się archiwalnymi notatkami, móc dokonać niemalże bezpośredniego porównania i bratobójczego pojedynku. W tym samym czasie Jubilee grzecznie stały i grały w drugim systemie podpięte pod recenzowanego dwa tygodnie temu Exposure’a XM5 https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-wzmacniacze/exposure-xm5-r821/ . I w tym momencie od razu przejdę do małej nie tyle dygresji, co czysto użytkowej wskazówki, iż obie wersje to swoiste wampiry energetyczne, więc patrząc na rekomendacje producenta, co do mocy zalecanej amplifikacji, należy skupić się przede wszystkim na ich górnych wartościach i dla świętego spokoju … pomnożyć je co najmniej razy półtora. Serio, serio. Wbrew bowiem obiegowym i wyssanym zapewne z brudnego palca opiniom, prędzej krzywdę kolumnom zrobimy za słabym, aniżeli za mocnym wzmacniaczem, a biorąc pod uwagę, iż Viennny dobrze zaczynają grać dopiero jak dostaną potężny zastrzyk Wattów i Amperów, to długo się nie zastanawiając w roli dedykowanego im wzmocnienia wykorzystałem nie wspomnianego, budżetowego Anglika, lecz swojego dyżurnego, raptem … 300W Brystona 4B³. I to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Po przesiadce z Symphonic Edition na Jubilee jasnym stało się, że nikt w Wiedniu nawet nie próbował naginać praw fizyki, zarazem ścigając się z większym i co widać gołym okiem, lepiej „obdarzonym przez naturę” rodzeństwem. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Mamy do czynienia z mniejszymi kolumnami, zatem i skala, wolumen generowanego przez nie dźwięku jest mniejszy, co jest całkiem naturalne i logiczne, lecz wolę o tym wspomnieć i pisać drukowanymi literami, bo część z czytelników mniej, bądź bardziej podświadomie, oczekuje, że za nieco mniejszą kwotę przy kasie otrzyma (prawie) to samo co za większy i dziwnym zbiegiem okoliczności droższy model. I … mają całkiem sporo racji, o ile tylko przyjmą do wiadomości, oraz przyswoją, iż owe „prawie” naprawdę jest słyszalne. Skoro zatem pogodziliśmy się z faktem, że mniejsze kolumny nie są w stanie zagrać z potęgą większych, to teraz powinno pójść nam zdecydowanie łatwiej. Mamy bowiem zachowany właściwy Viennom eufoniczno – karmelowy charakter średnicy, lśniące wysokie tony i przyjemnie zaokrąglony, acz nieprzesadzony bas. I to właśnie od owego basu zacznę, gdyż o ile tylko nie oczekujemy subsonicznych pomruków rodem z „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, to nawet w moim dwudziestometrowym pokoju odstawione na osiemdziesiąt centymetrów – metr od tylnej ściany kolumienki bynajmniej nie cierpiały na niedobór odpowiedniego wypełnienia, tak na dole, jak i na przełomie ze średnicą. Co istotne z ww. amplifikacją udało się, nie tyle mi, co konstruktorom, uniknąć słyszalnej w Symphonic Edition „górki” na owym przełomie, więc tak po prawdzie Jubilee wypadły pod tym względem bardziej liniowo. Fenomenalnie zabrzmiał zbiorczy album „The Godfather Trilogy” Nino Roty, gdzie leniwa „włoska” symfonika miała odpowiednie wypełnienie, co nie mniej ważne soczystą barwę, a całości nie sposób było odmówić urzekającego romantyzmu. Zamiast bowiem dzielić włos na czworo i każdy z podzakresów poddawać odrębnej analizie małe Viennny postawiły na muzykalność i właśnie koherentność, przez co na spektakl muzyczny patrzyliśmy właśnie jak na nierozerwalną całość, a nie zlepek przypadkowych dźwięków. Nie oznacza to bynajmniej, że w przypływie nagłej chęci nie bylibyśmy w stanie dokonać szybkiej inspekcji formy poszczególnych sekcji orkiestry, tylko czemuż mielibyśmy to robić. W końcu idąc na koncert nad wyraz rzadko zabieramy ze sobą lornetkę, by bacznie przyglądać się zasiadającym w orkiestronie muzykom. W tym momencie młodzież może poczuć się lekko skonfundowana, gdyż akurat ona na koncerty nie rusza się bez smartfonów, w które uparcie wpatruje się, zamiast w to, co dzieje się na scenie. Chciałbym jednak zaznaczyć, iż akurat w tym wypadku mowa jest o muzyce ze względu na swą wysublimowaną formę spokojnie mogącej uchodzić za klasyczną, a nie o komercyjnym wytworze w stylu dajmy na to Nicki Minaj, której głównym, niemalże przysłaniającym słońce, atutem jest ta część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i przy zakręcie zachodzi na przynajmniej półtora metra. Krótko mówiąc nie tędy droga, co z resztą potwierdziły próby z jej „dziełem” o nad wyraz skromnym tytule „Queen”. Niestety pomimo najszczerszych chęci ani mi, ani tym bardziej tytułowym kolumnom, nie udało się z tego wydawnictwa uzyskać nawet krztyny czegoś, co mogłoby zasługiwać na miano muzyki. Dlatego też warto mieć na uwadze co i w jakiej jakości Viennom serwujemy, gdyż nawet one mają swoją tolerancję na mizerię i potrafią dać nam nad wyraz jasno do zrozumienia, że z takiej mąki chleba nie będzie. Vienna Acoustics Haydn Jubilee to, jak zwykle u Austriaków, przepięknie wykonane kolumny o ponadprzeciętnej muzykalności a jednocześnie ukłon w kierunku posiadaczy niewielkich pomieszczeń. Grają niezaprzeczalnie słodko, z firmową manierą przedstawiania kreowanej rzeczywistości w lekko podkolorowanych barwach. Krótko mówiąc grają tak, jak stare dobre Vienny. I trudno, żeby tak nie grały, skoro powstały na bazie projektu, jaki sprawdza się od … trzydziestu lat. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 5 998 PLN / para Dane techniczne Rekomendowana moc wzmacniacza / Nominalna moc wejściowa: 30 - 180 W Przetwornik średniotonowy: 5,5" X3P Przetwornik wysokotonowy: 1" kopułka jedwabna Pasmo przenoszenia: 45 - 20 000 Hz Skuteczność: 88 dB Impedancja: 6 Ω Wymiary (S x W x G): 170 x 345 x 255 mm Waga: 8,5 kg/szt.
  7. Zobacz cały artykuł
  8. O ile początkowy, spowodowany renesansem czarnej płyty, wysyp budżetowych gramofonów nie wzbudził mojego większego entuzjazmu, to po ustabilizowaniu się sytuacji na rynku obraz przedstawia się zdecydowanie ciekawiej. Po prostu, to co od lat zalegało w firmowych magazynach albo trafiło na hipermarketowe półki i poszło w świat w ramach którejś z „mega” promocji albo, co równie prawdopodobne, uległo samoistnej biodegradacji. W końcu sami producenci zrozumieli, że więcej amatorów takich odgrzewanych kotletów raczej nie upolują i wzięli się do roboty, opracowując nowe propozycje. W dodatku, patrząc na to, co dzieje się na rynku mediów cyfrowych wyczuli koniunkturę aplikując oprócz wbudowanych przedwzmacniaczy gramofonowych również moduły ADC (to taka odwrotność DACa, czyli układ umożliwiający digitalizację sygnału analogowego), co mieliśmy okazję poznać podczas testu Denona DP-450USB a nawet łączność bezprzewodową – jak np. Audio-Technica AT-LP60BT. A właśnie, skoro wspomnieliśmy tego japońskiego wytwórcę, to po w pełni zautomatyzowanym i na wskroś plastikowym modelu AT-LP3 przyszła kolej na wyższą i zarazem zdecydowanie bardziej minimalistyczną konstrukcję, czyli AT-LPW40WN. Powiem szczerze, że od dłuższego czasu, za każdym razem, gdy trafia do mnie jakiś budżetowy gramofon coraz lepiej jestem w stanie zrozumieć entuzjastów i fanów właśnie takich – możliwie prostych i zarazem przystępnych cenowo rozwiązań. O ile bowiem w zaawansowanym Hi-Fi, o High-Endzie nawet nie wspominając, w celu złożenia i precyzyjnej kalibracji gramofonu najlepiej zarezerwować sobie (długi) weekend, bądź wręcz wziąć urlop, zaopatrzyć się w multum wszelakiej maści instrumentów, szablonów, wag i co tylko ludzkość do tej pory w domenie analogowej wymyśliła, o tyle startowe pozycje cenników okupują modele nad wyraz bliskie idei plug’n’play, w przypadku których wypakowanie, montaż, kalibracja i uruchomienie nie zajmują dłużej niż … kwadrans. Serio, serio. W większości przypadków zostaje jeszcze chwila na remanent posiadanej płytoteki. Podobnie było i z naszym dzisiejszym bohaterem. Wysmyknięcie całości z kartonu to był moment, podobnie szybko poszło poodklejanie i powysmykiwanie całej drobnicy z dedykowanych jej komór w styropianowych, ochronnych wytłoczkach, ułożenie wszystkiego na stole i przystąpienie do równie nieabsorbującego procesu złożenia. No to po kolei. Plinta jest do bólu klasycznym uosobieniem tradycji, czyli prostą płytą MDF w całkiem estetycznej okleinie imitującej drewno orzecha, której całe szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby polakierować na wysoki połysk, dzięki czemu nie widać na niej kurzu, obecność którego i tak ogranicza znajdująca się w komplecie pokrywa. Zintegrowany z selektorem obrotów (33 1/3 i 45 RPM) włącznik główny skromnie przycupnął w lewym rogu. Całość usadowiona jest na dość symbolicznych czterech nóżkach z tworzywa sztucznego. Silnik jest wbudowany w plintę a oś jego wrzeciona, na które zakładamy płaski gumowy pasek napędowy, chowa cię pod powierzchnią talerza. Sam talerz to dość lekki, aluminiowy odlew ciśnieniowy, z dwoma otworami umożliwiającymi założenie ww. paska na oś silnika, którego masę (talerza, nie silnika) znacznie zwiększa, a przy okazji skutecznie niweluje ewentualne rezonanse, gruba a co za tym idzie również ciężka gumowa mata. Warto zwrócić uwagę na ramię, które zamiast ze spodziewanego na tym pułapie aluminium wykonano z włókna węglowego. Headshell AT-HS4 jest oczywiście zdejmowany, a owa oczywistość niesie ze sobą niewątpliwą zaletę dla szczęśliwego nabywcy wynikającą z faktu, iż już w fabryce montuje się na nim wkładkę MM (z ruchomym magnesem) AT-VM95E z igłą o szlifie eliptycznym. Siłę antyskatingu ustawia się wygodnym pokrętłem a winda ramienia, dzięki hydraulicznemu zawieszeniu działa nad wyraz płynnie, dystyngowanie umieszczając wkładkę na powierzchni płyty, oszczędzając tym samym słuchaczom nieprzyjemnego uderzenia w głośnikach. Gramofon posiada wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy, który oczywiście można wyłączyć w sytuacji, gdy zdecydujemy się skorzystać z zewnętrznego – wyższej klasy phonostage’a. No dobrze, skoro wszystko (znaczy się prawie wszystko, gdyż ze względu na chęć nieopalcowania pokrywy leżakowała ona w kartonie) zostało złożone w pozornie sensowną całość najwyższy czas zająć się odsłuchami. Zanim jednak ów właściwy moment nadszedł, z racji fabrycznej nowości dostarczonego przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design egzemplarza, przez blisko dwa dni, o ile tylko okoliczności temu sprzyjały, mozolnie wygrzewałem wkładkę używając w tym celu specjalnie przeznaczonej do brzydko mówiąc „zajechania” stareńkiej płyty węgierskiej Omegi. Po takiej rozgrzewce taryfa ulgowa się skończyła i … na talerzu wylądował album „Children Of Sanchez” Chucka Mangione, wyszedłem bowiem z założenia, że jeśli uzbrojony w nową wersję bądź co bądź niedrogiej a zarazem popularnej 95-ki, gramofon poradzi sobie ze sporym składem, smyczkami, gitarami, blachami i dęciakami, to dalej już powinno pójść z górki. I rzeczywiście poszło, choć „dzieci” pomimo swojej dwupłytowej formy zagrały u mnie nie raz, a dwa razy pod rząd. Po prostu nie dość, że wszystko było na swoim miejscu, to jeszcze całość brzmiała po prostu dobrze. Była dynamika, nasycenie i jak na tak niedrogą konstrukcję zaskakująca rozdzielczość. Oczywiście kompletnym bezsensem byłoby porównanie poszczególnych aspektów z tym, co na co dzień zapewnia mi dyżurna, uzbrojona w 10-kę Dynavectora Kuzma, bo to zupełnie inne przedziały cenowe i zupełnie inny poziom oczekiwań, lecz tu chodzi o sam fakt intensywności doznań i wrażenia natury estetycznej, czyli czy coś się komuś podoba, czy nie. W końcu nic nie stoi na przeszkodzie by „lubić” zarówno Nissana Qube, jak i GTR-a, prawda? I tak właśnie jest z AT-LPW40WN, którego granie i pomysł na dźwięk po prostu mogą się podobać i mi, dziwnym zbiegiem okoliczności, właśnie przypadły do gustu. Nawet perkusyjno – dęta miniatura, czyli „Pilgrimage (Pt. I)” nie zbiła japońskiego gramofonu z tropu. Góra pasma miała właściwą siłę rażenia a perkusyjne solówki nie tylko wgniatały słuchaczy w fotel, co okazały się świetnym sposobem na odkurzenie membran głośników. Przesiadka na przesiąknięty orientem prog-rockowy „Hiraeth” Lion Shepherd również z założenia nie miała być leniwym spacerkiem po deptaku, tylko kolejnym dość wymagającym sprawdzianem możliwości naszego pacjenta. Nie dość bowiem, że pełno tam niezwykle gęsto tkanych gitarowych pasaży przesterowanych gitar, to pojawiają się „problematyczne” Hammondy Radosława Kordowskiego a i santur Jahira Azim Irani’ego nie zawsze potrafi okazać się litościwy dla góry reprodukowanego pasma. Całe szczęście zaobserwowana przy Mangione „maniera” skupiania się na średnicy i dopełnianie jej nieprzesadzonymi skrajami pasma również i w tym przypadku zdała egzamin. Nie znaczy to wcale, że riffy po opuszczeniu strefy komfortu były brutalnie cięte i gaszone, lecz o pewną natywna gładkość i słodycz, tonizujące ewentualną ofensywność owego pasma. Podobnie jest z basowym fundamentem, który z jednej strony daje solidny fundament do gęstych aranżacji i symfonicznych tutti a jednocześnie jest kreślony nieco grubszą kreską, przez to nie jest tak zróżnicowany jak z wyższej klasy wkładek i transportów. Cały czas proszę jednak pamiętać o pułapie cenowym na jakim się poruszamy i zbytnio nie marudzić, bądź jeśli podpasuje nam styl 40-ki zawsze można pokusić się o zmianę wkładki na wyższy model. Choć z tym przynajmniej na początku zbytnio bym się nie spieszył, gdyż wystarczy jeden ruch przełącznikiem na tylnej ściance gramofonu, użycie zewnętrznego, lepszego phonostage’a i … wszystkie powyższe uwagi dotyczące swoistego uproszczenia przekazu mogą niejako z automatu iść w zapomnienie. Tak, tak. Inwestycja w porządne phono wciąga tytułowa Audio-Technicę na zupełnie inny, oczywiście wyższy poziom wyrafinowania. Rozciągnięciu podlega reprodukowane pasmo a i generowana scena zyskuje na swobodzie, oraz bardziej precyzyjnej gradacji planów. Krótko mówiąc jest potencjał, tylko trzeba wiedzieć jak go odkryć a potem uwolnić. Audio-Technica AT-LPW40WN to kolejny przykład postępu jaki dokonał się w ciągu ostatnich kilku lat w segmencie budżetowych gramofonów. Wszechobecne plastiki ustąpiły miejsca klasycznym, znanym z droższych modeli, rozwiązaniom w postaci plint z MDF-u, czy ramion z włókna węglowego. W dodatku udało zachować się prostotę i intuicyjność obsługi, które tylko potęgują w pełni pozytywne wrażenia natury dźwiękowej. Bowiem AT-LPW40WN nie tylko świetnie wygląda, ale i równie dobrze gra, co powinno być wystarczającą zachętą do tego, by właśnie od niego rozpocząć swoją przygodę z płytami winylowymi. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 749 PLN System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30; Vienna Acoustics Haydn Jubilee – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dane techniczne Napęd: paskowy Mechanizm: manualny Silnik: DC Dostępne prędkości: 33-1/3 RPM, 45 RPM Nierównomierność obrotów: < 0.15 % WRMS (33 RPM) @ 3 kHz Odstęp sygnał/szum: > 60 dB Sygnał wyjściowy: - Pre-amp: ""PHONO"": 4.0 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec - Pre-amp ""LINE"": 200 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wzmocnienie (gain) przedwzmacniacza: 35 dB, zgodne z korekcją RIAA Pobór mocy: 1 W Wymiary (W x S x G): 117 x 420 x 340 mm Waga: 5.0 kg Ramię Długość efektywna: 223.6 mm Overhang: 18.6 mm Maximum Tracking Error Angle: < 2 stopni Zakres Anty-skatingu: 0-3 g Headshell Model: AT-HS4BK Waga: 8.5 g Wkładka Model: AT-VM95E Typ: VM Dual Magnet Napięcie wyjściowe: 4 mV (@ 1.5 kHz, 5cm/sec) Nacisk wkładki: 1.8 - 2.2 g (standard 2.0 g) Szlif igły: Eliptyczny Wymiary igły: 0.3 x 0.7 mil Rekomendowana impedancja: 47,000 Ω Waga: 6.1 g Zamienniki igły: AT-VMN95E, wszystkie z serii VM95
  9. Zobacz cały artykuł
  10. O fakcie, że otaczający nas świat pędzi bez opamiętania nikomu nie trzeba przypominać, bo to oczywista oczywistość. Dlatego też mając świadomość niemożności ogarnięcia wszystkich jego aspektów każdy, no dobrze – większość z nas, ogranicza kontrolowany obszar do własnych zainteresowań i dziedzin mających większy, bądź mniejszy wpływ na naszą codzienną egzystencję. Nie czas jednak i nie miejsce na jakieś głębsze egzystencjalno – filozoficzne dywagacje, gdyż wbrew pozorom, za to zgodnie z tematyką naszego portalu warto byłoby skupić się na szerokorozumianej tematyce audio. I właśnie z racji łączących nas zainteresowań wydawać by się mogło, że jako tako kontrolujemy to, co na „naszym podwórku” się dzieje. Trzymamy rękę na pulsie, śledzimy dystrybutorskie roszady, w pamięć zapadają nam informacje o trafiających na rynek nowościach, organizowanych eventach i generalnie jesteśmy w temacie. Takie miałem, przynajmniej do niedawna, przekonanie, które dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się może nie tyle błędne, co po prostu niepełne. Wyszło bowiem na to, iż mimo najszczerszych chęci i de facto z racji dokonywanych testów, reportaży etc., czyli bycia częścią szerokorozumianej „branży” i tak i tak nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć i jeszcze o tym pamiętać. Chodzi bowiem o fakt, iż niejako tuż pod moim nosem, pozornie stateczna, działająca od 1974 r. marka Exposure postanowiła jakiś czas temu (w styczniu 2017r.) nieco zaszaleć z rozmiarówką i „pełnowymiarowe” portfolio rozszerzyć o segment może nie mikro, ale coś na kształt mini, czyli serię XM, a mi najzwyczajniej w świecie ów fakt umknął. Krótko mówiąc – nadrabiając tym samym „zaległości”, uprzejmie donoszę wszystkim podobnie jak ja niedoinforowanym, iż obok dotychczas posiadających ugruntowaną pozycję na rynku i w konsumenckiej świadomości urządzeń z serii 1010, 2010S2, 3010S2, 5010 i topowej MCX zaczęło swój żywot pięć uroczych „maluchów”: przedwzmacniacz gramofonowy XM3, wzmacniacz zintegrowany XM5, przedwzmacniacz XM7, monobloki XM9 i wzmacniacz słuchawkowy XM HP. I właśnie z tej wesołej gromadki, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, udało nam się wyłuskać bohatera dzisiejszego spotkania, czyli integrę Exposure XM5. Choć już na wstępie dystrybutor sugeruje, iż ze względu na gabaryty seria XM predystynowana jest do egzystencji w … kuchniach i sypialniach osobiście sugerowałbym jednak zbytnio nie łączyć postury dzisiejszego bohatera z jego faktycznymi możliwościami i funkcjonalnością, gdyż nie dość, że zrobimy krzywdę jemu, to i sobie przy okazji. Nie wierzycie? Cóż, Wasza sprawa. Prawda jest jednak taka, że XM5 to tak naprawdę ściśnięty do granic możliwości „składak” (może to i niezbyt poważne określenie, ale i tak lepsze od nieco makabrycznego „Frankensteina”) powstały z trzewi swojego starszego – pełnowymiarowego rodzeństwa. Otóż sekcja przedwzmacniacza i końcówki mocy pochodzi z integry 2010S2 (klasyczna klasa AB na tranzystorach Toshiby a nie żaden „proekologiczny” D-klasowy OEM) , a sekcja cyfrowa z DAC-iem z 2010S2 DSD. Po prostu zamiast w standardowej obudowie sprzedawać „audiofilskie powietrze” ekipa Exposure’a w korpusie o połowie standardowej szerokości, oczywiście wykorzystując piętrowy montaż, upakowała w nim, niczym PKP podróżnych w pierwszych, zgodnie z odwieczną tradycją przykrótkich pociągach nad morze, wszystkie konieczne płytki i co szalenie cieszy również klasyczny 200VA toroid. W dodatku wykorzystując do maksimum dostępną przestrzeń udało się zachować praktycznie pełną funkcjonalność „dużych” modeli oferując nie tylko obowiązkową w dzisiejszych czasach, nad wyraz rozbudowaną, opartą na kości DAC-a Wolfson 8742, lecz i będące miłym dodatkiem wejście phono MM a nawet przelotkę dedykowaną zewnętrznym procesorom A/V. Jedynym, i to wyłącznie pozornym, zgrzytem wydawać się mogą terminale głośnikowe, a dokładnie … ich brak. Chodzi bowiem o to, iż zamiast standardowych, zakręcanych gniazd w XM5-ce mamy li tylko cztery otworki akceptujące wyłącznie przewody zakonfekcjonowane wtykami bananowymi i BFA. Kiepsko? Niekoniecznie. Raczej mądrze i zapobiegliwie, bowiem patrząc na ilość miejsca, a dokładnie bliskość owych gniazd, próby z przewodami zakończonymi widłami, bądź nie daj Boże „gołymi” plecionkami, tak pi razy drzwi w 99,9% przypadków kończyłyby się … zwarciem. A tak, implementujemy wtyki w otworki i mamy spokój, wręcz święty spokój. Skoro opis wrażeń natury organoleptycznej zacząłem od trzewi i „zakrystii” to chciał, nie chciał, kontynuując ten wątek pozwolę sobie jedynie doprecyzować, iż oprócz wspomnianych „otworów” głośnikowych znajdziemy tam dominującą nad domena analogową sekcję interfejsów cyfrowych w składzie USB, dwa BNC i dwa optyczne a jeśli chodzi o analog, to do dyspozycji mamy wspomniane dosłownie przed chwilą wejście phono (MM) z zaciskiem uziemienia, standardowe liniowe, przelotkę, będąca ukłonem w kierunku miłośników kina domowego i wyjście na zewnętrzną końcówkę. Wszystkie terminale to oczywiście standardowe, złocone RCA. Całość dopełnia zintegrowany z bezpiecznikiem zasilające gniazdo IEC. Za to front integry, mówiąc wprost, uchodzić może za klasykę gatunku – to solidny płat szczotkowanego aluminium, czyli zero udziwnień i czysta ergonomia rodem z najlepszych lat Hi-Fi. Włącznik główny umieszczono po lewej stronie, w centrum osiem niewielkich diod informujących o aktywnym wejściu, dwa przełączniki owych wejść, a po prawej masywne pokrętło głośności (pochwalić trzeba obecność diody ułatwiającej orientację podczas wieczorno-nocnych odsłuchów) i czujnik IR. Również znajdujący się w komplecie systemowy pilot zdalnego sterowania wydaje się pochodzić z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdyż jest to do bólu klasyczny, plastikowy OEM, którego główną zaletą jest to, że działa. Całe szczęście redukcja gabarytów nie znalazła odzwierciedlenia w brzmieniu XM5-ki, gdyż nadal mamy do czynienia ze starym, dobrym Exposurem, w którym deklarowaną moc należy traktować dokładnie tak, jak daleko nie szukając w Naimie. Ona jest autentycznie wystarczająca do prawidłowego wysterowania większości dostępnych na rynku kolumn. Po prostu wpinamy go w tor, włączamy i gra muzyka. I gra tak, że kapcie spadają. Dlatego też dziwić nie powinna obecność przelotki do zewnętrznego procesora kina domowego, gdyż pomimo pozornie mało imponującej mocy 60W na kanał, XM5 bez najmniejszych problemów wręcz zmasakruje większość wielokanałowych amplitunerów chełpiących się i dwukrotnie większa mocą. Tutaj nie ma miejsca ani na marketingową ściemę, ani na zbytnio, że się tak wyrażę „niefrasobliwe” podejście do tematu. Tytułowa integra jasno dając do zrozumienia, że to rasowe Hi-Fi a nie jakieś Wi-Fi i nie daj Boże Bluetooth, muzyczka z głośniczka, lub smartfonu, stawia na jedynie słuszny sposób transmisji – po kablu. Czemu to wszystko piszę? Dlatego, że XM5 pomimo akceptacji „gęstych” sygnałów cyfrowych jest niezaprzeczalnie na wskroś analogowym bytem. Niezależnie bowiem, czy dostarczymy mu sygnał z gramofonu, po wejściach analogowych, czy cyfrowych i tak i tak całość będzie charakteryzowała firmowa soczystość i nieskrępowana dynamika przy jednoczesnym zachowaniu umiaru, czy pamięci o kontrolowaniu aspektu rozdzielczości. To równe, choć dalekie od asekurantyzmu i nudy granie pozwalające cieszyć się praktycznie dowolnym repertuarem. Zamiast jednak Exposure’owi oswoić się z nowym otoczeniem i spokojnie zaakomodować zaserwowałem mu iście szatańską miksturę złożoną z „Humanicide” DEATH ANGEL i „The Fat Of The Land” The Prodigy, czyli z jednej strony opętańcze zawodzenie , ściana gitarowych riffów i bliskie apopleksji wyczyny perkusisty a z drugiej szorująca basem po dnie piekieł elektronika. Nie po audiofilsku? Nie wątpię, jednak właśnie przy takich ekstremach od razu słychać, czy wzmacniacz mówiąc potocznie „się wyrabia”, czy też zaprojektowany został jedynie do reprodukcji nudnych jak flaki z olejem coverów z „bezpiecznych” – wystawowych samplerów. A Exposure wyrabiał się bez najmniejszych oznak zadyszki, czy nawet przyspieszonego tętna. Co ciekawe nad wyraz udanie połączył selektywność, rozdzielczość góry i wyższej średnicy z nasyceniem średnicy i lekkim zaokrągleniem dołu. W jego wykonaniu wszelakiej maści mikrodetale, szelesty i cały plankton przekazujący informacje o akustyce w jakiej dokonywano nagrań są po prostu obecne a jednocześnie nie jesteśmy automatycznie skazani na zbytnią ofensywność, czy granulację. Z kolei wokale i wszystkie wydarzenia rozgrywające się na średnicy dostają dodatkową porcję soczystości i wysycenia, przez co z łatwością można zrozumieć, czemu część użytkowników urządzeń angielskiej marki porównuje je do „lamp na sterydach”. Podobnie jest z efektami przestrzennymi. Wystarczy tylko włączyć króciutki „Whispers from an Angel”, bądź jeszcze lepiej najnowszy „Spaces” Yosi’ego Horikawy, by na własne uszy przekonać się, że znikać z pokoju potrafią nie tylko niewielkie monitory, ale i słusznych rozmiarów podłogówki. W dodatku swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca sam sposób kreowania sceny, która rozpoczyna się nieco za linią kolumn i ma całkiem satysfakcjonującą głębokość. I jeszcze słowo o phonostage’u i sekcji cyfrowej. Otóż o ile po wbudowanym przedwzmacniaczu gramofonowym próżno spodziewać się jakiś fajerwerków, to do większości podstawowych modeli Audio-Technici, Pro-Jecta, czy Teaca będzie aż nadto wystarczający. Stara się bowiem wycisnąć jak najwięcej „soku” ze średnicy oszczędzając słuchaczom zbyt intensywnego „smażenia” w górze pasma nawet ze starych, już sfatygowanych, bądź niezbyt troskliwie wydanych nowych tłoczeń. Za to DAC, to nieco inna para kaloszy. Wejścia BNC i optyczne zagospodarowane z pewnością zostaną przez wszelakiej maści dekodery, konsole i cienkie jak opłatek odbiorniki TV, więc przyrost jakości w stosunku do tego, co posiadają na pokładzie będzie wręcz kolosalny a prawdziwym „języczkiem uwagi” będzie port USB. I tutaj dochodzimy do sedna, gdyż XM5 hołduje zapomnianej przez co poniektórych konsumentów zasadzie mówiącej (w cenzuralnej wersji), że w zależności od tego, co dostarczymy na wejściu, taką też jakość otrzymamy na wyjściu. W związku z tym podpinając 5-kę byle jakim, np. pozostałym po drukarce przewodem i grając z internetowych rozgłośni o podłej transmisji, bądź stratnego streamingu taką a nie inną jakość, a raczej jej brak usłyszymy. Przesiadając się jednak na gęste pliki, Tidal HiFi/Master i z odpowiednią atencja traktując kwestie połączeń efekty będą bardziej niż zadowalające. Jednak w tym momencie sugerowałbym pójść o krok dalej i zamiast grania z komputera postawić nawet na Auralica Mini, lub któregoś z plikograjów Yamahy z rodziny MusicCast. Będzie nie tylko prościej, ale i przede wszystkim lepiej. Podsumowując dzisiejsze spotkanie z niepozorną integrą Exposure XM5 warto mieć świadomość, że cały czas mamy do czynienia z klasycznym angielskim Hi-Fi, w którym liczy się nie tylko wierność przekazu, co również przyjemność obcowania z ulubioną muzyką. Ponadto pod pozornie ortodoksyjną formą udało się producentowi przemycić większość współczesnych udogodnień w postaci zarówno nad wyraz rozbudowanej sekcji cyfrowej, jak i ukłonu w kierunku fanów analogu, miłośników kina domowego a na przyszłość zostawiając również furtkę do dalszej rozbudowy o mocniejsze końcówki mocy. Krótko mówiąc zamiast szokować wodotryskami i designem Anglicy postawili na brzmienie i ergonomię i za to należą im się w pełni zasłużone komplementy, co też niniejszym czynię. Marcin Olszewski Dystrybucja: Rafko Cena: 6 490 PLN System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Audio-Technica AT-LPW40WN – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30; Vienna Acoustics Haydn Jubilee – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dane techniczne Moc wyjściowa: 2 x 60 W/8 Ω Zniekształcenia THD : <0.01% @ 1KHz Pasmo przenoszenia: 20Hz - 20KHz +/- 0.5dB Separacja kanałów: >60dB @ 1KHz Napięcie wejściowe MM: 2.5mV Impedancja wejściowa MM: 47.000 Ω Czułość wejścia: 350 mV Impedancja wejściowa: 14.000 Ω Wejścia analogowe: aux/phono (MM),liniowe - para RCA, AV Wyjścia analogowe: pre-out - para RCA Wejścia cyfrowe: USB (PCM 192KHz @ 16-24 bit, DSD64), 2 x Coax, 2 x BNC (32 - 192KHz @ 16-24 bit) Zużycie energii: 200W Wymiary (W x S x G): 89 x 218 x 363 mm Waga: 5 kg
  11. Zobacz cały artykuł
  12. W ramach trzymania ręki na pulsie - od wczoraj seria Evidence ... przeszła do historii 😕
  13. Przed zakupem polecam porównać z Micromegą M-One 100, która może i ma nieco mniej "działającą na wyobraźnię metkę", ale też jest warta zainteresowania 😉 Miałem u siebie Wadię i Micromegę i jakbym miał wybierać pewnie zdecydowałbym się na wyzywająco czerwoną Francuzkę 😉
  14. Zobacz cały artykuł
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.