Jump to content

Fr@ntz

Redaktorzy
  • Posts

    2325
  • oraz w archiwum

    6852
  • Joined

  • Last visited

Reputation Całkowita

419 Dobry

Audiostereo

378

Bocznica

41

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

63426 profile views

Fr@ntz's Achievements

  1. Okres wakacji sprzyja szeroko rozumianej aktywności fizycznej i to nie tylko w wersji survivalowej w stylu spania pod chmurką, żywienia się korą i darami lasu, lecz również nieco bardziej cywilizowanej – z wszelkimi wygodami, szerokopasmowym Internetem, klimatyzacją i wyżywieniem w formacie all inclusive. Dlatego też opuszczając na tydzień, bądź dwa własne domostwo wcale nie trzeba rezygnować z wygód, jak i ulubionej muzyki. Zamiast jednak podróżować z pełnowymiarowym zestawem można pójść na mały kompromis i zabrać ze sobą reproduktor dźwięków wszelakich o nieco mniej absorbujących gabarytach. Dlatego też, zgodnie z przerwaną przez lockdown tradycją - tak jak w dwa lata temu sprawdzałem w outdoorowych okolicznościach przyrody Denona New Envaya, tak w tym, dzięki uprzejmości stołecznego Horna, otrzymaliśmy na testy nie mniej odporny na trudy podróży głośnik bluetooth Bang & Olufsen Beosound Explore. Pół żartem pół serio można stwierdzić, iż twórcy Beosound Explore podczas prac projektowych inspirowali się naszym rodzimym zielonym groszkiem w puszkach. Oczywiście to niewinny żart, gdyż nasz dzisiejszy gość, przynajmniej w dostarczonej przez Horna – rodzimego dystrybutora, malowaniu w kolorze butelkowej zieleni prezentuje się wprost obłędnie. Wykonany z anodyzowanego aluminium typu 2 korpus zapewnia mniejszą podatność na zarysowania i korozję. Ponadto odporność na kurz i wodę klasy IP67 sprawiają, że niespecjalnie trzeba przejmować się warunkami atmosferycznymi w jakich przyjdzie mu pracować, jednak na basenie i naturalnych kąpieliskach lepiej uważać, gdyż Beosound Explore jest w stanie wytrzymać zanurzenie w wodzie na głębokość metra przez 30 minut. Cylindryczny głośnik wyposażono w poręczny, tekstylny, pleciony pasek i nie mniej użyteczny, szczególnie podczas podróży, karabińczyk. Panel sterowania umieszczono na powierzchni górnej, gdzie do dyspozycji mamy na planie krzyża pięć przycisków nawigacyjno-funkcyjnych a ładowania dokonujemy poprzez port USB C zlokalizowany tuż przy podstawie dolnej. Generalnie pierwsze, jak i każde kolejne wrażenie należy uznać za wysoce satysfakcjonujące. We wzmocnionych, zaadaptowanych do spodziewanych, niemalże ekstremalnych warunków pracy, trzewiach naszego dzisiejszego bohatera znajdziemy dwa szerokopasmowe przetworniki o średnicy 1,8" zasilane przez parę 30 W wzmacniaczy klasy D sterowane przez układy DSP dbające o dookólną propagację dźwięku. Dodając do tego 27 godzin pracy śmiało możemy ruszać z Beosound Explore na nawet dwudniową wyprawę bez dostępu do elektryczności i jeśli coś nam się wyczerpie, to raczej będzie to smartfon aniżeli tytułowy głośnik. A na deser producent dodał jeszcze możliwość łączenia Beosound Explore w pary, co pozwala z ich udziałem zbudować namiastkę klasycznego, stereofonicznego systemu. Przechodząc do walorów brzmieniowych Bang & Olufsen Beosound Explore i porównując go do ww. Denona New Envaya bez najmniejszych wątpliwości mogę stwierdzić, iż Duńczycy zaproponowali zauważalnie inny pomysł na dźwięk. O ile bowiem Envaya oferowała zaskakująco obszerny, wręcz nieadekwatnie do swej postury duży dźwięk, o tyle Beosound Explore postawił na umiar, rozdzielczość i liniowość. Zaimplementowane w nim układy DSP dbają głównie o efekty przestrzenne i trójwymiarowość sceny aniżeli spektakularność przekazu i głębię najniższych składowych. Nie oznacza to bynajmniej, iż B&O nie odtwarza basu, bądź ma ewidentnie przesuniętą równowagę tonalną ku górze, co mogłoby wyeliminować znaczną część niekoniecznie referencyjnie zrealizowanego plikozbioru i nieprzebranych zasobów serwisów streamingowych. Całe szczęście nijakich – ani powyższych, ani jakikolwiek innych, anomalii nie odnotowałem a jedynie co zwracało uwagę to dążenie do jak największej wierności oryginałowi. Szczególnie wyraźnie było to słyszalne na opartym o naturalne instrumentarium „Sketches Of Spain 50th Anniversary (Legacy Edition)” Milesa Davisa, gdzie trąbka Czarnego Księcia łączyła ostrość z jedwabistą gładkością i ponadprzeciętną ekspresją zarówno w skali mikro, jak i makro, by po chwili czarować niewymuszoną lirycznością. Podobnie sprawy miały się w przypadku mrocznego i niezwykle surowego „Runaljod – Ragnarok” Wardruny, gdzie potęga i lekki loudness ustąpiły miejsca chropawości i propagacji poczucia iście atawistycznego niepokoju. Skoro bowiem za fasadą nordyckiego neofolku mamy dwóch jegomości udzielających się do tej pory w operującej w sferze agresywnego black metalu kapeli Gogoroth jasnym jest, iż zmiana środków artystycznego wyrazy bynajmniej nie osłabi zawartego w ich muzyce ładunku emocjonalnego. I tak też jest w rzeczywistości. Zamiast gitarowych i tnących powietrze gitarowych riffów mamy instrumentarium z epoki, gdzie przerażenie budziły zapuszczające się w najdalsze zakątki łodzie Wikingów a warstwa tekstowa zamiast growlu operująca w estetyce szamanistycznego zawodzenia, z racji niemalże zupełnego niezrozumienia przez szersze grono odbiorców ze względu na barierę językową, staje się kolejnym elementem budowania klimatu. Od razu chciałbym też zaznaczyć, iż bez najmniejszych problemów, z pomocą tytułowego malucha, udawało mi się nagłośnić, oczywiście mowa o cywilizowanych, pozwalających na normalną konwersację, poziomach głośności ponad dwudziestometrowy, otwarty na hall pokój. I to stawiając go (B&O, nie pokój) głównie na odsuniętym od ścian ciężkim dębowym stole, który niespecjalnie nadawał się do roli wspomagającej najniższe tony komory. Przestawienie Beosound Explore na zamkniętą – skrzyniową szafkę RTV dodawało mu nieco fundamentu basowego, lecz trzeba się było wtedy godzić na kompromis, gdyż wspomagany dodatkową pojemnością bas nieco nie nadążał za resztą pasma. Jednak zamiast kombinować z trudnymi do przewidzenia skutkami garażowego tuningu najwięcej frajdy sprawiały mi leniwe, wieczorne odsłuchy na tarasie, gdzie dzięki świetnej rozdzielczości dźwięk, nawet przy niskich poziomach głośności, pozostawał szalenie komunikatywny, więc nie trzeba było się wsłuchiwać zarówno w dialogi/monologi radiowców, jak i w mniej, bądź bardziej ambitny repertuar muzyczny. Powyższa cecha procentowała również podczas odsłuchów audiobooków, które coraz odważniej rozpychają się w świadomości odbiorców a skoro można dać odpocząć „wypalonym” przez komputerowe ekrany oczom, to czemu by im również nie zafundować wakacji. Im dłużej używałem Bang & Olufsen Beosound Explore tym częściej łapałem się na tym, że zaczynam traktować go jako oczywiste akcesorium codziennych aktywności. Czy to w roli dostarczyciela porannych wiadomości i prognozy pogody podczas śniadania, czy też towarzysza podróży umilającego czas podczas regeneracyjnych „popasów” w plenerze. Ba, gdzieś tam, z tyłu głowy, zaczął kiełkować mi pomysł, by docelowo ustawić go w kuchni, łazience, bądź sypialni i na stałe włączyć go w domowy ekosystem muzyczny. Beosound Explore jest bowiem na tyle uniwersalny i bezobsługowy, że niezależnie w jakich warunkach przyjdzie mu pracować powinien spełnić Wasze oczekiwania. I to z nawiązką. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 999 PLN Zastosowane głośniki: 2 pełnozakresowe przetworniki 1,8" Zastosowane wzmacniacze: 2 x 30 W klasy D Pasmo przenoszenia: 56-22.700 Hz Max. SPL: 91 dB Wskaźniki LED: dioda LED poziomu naładowania akumulatora, dioda LED statusu głośnika Certyfikacja wodoodporności: IP67 Wersja Bluetooth: 5.2 Kodek Bluetooth: SBC Czas pracy akumulatora: do 27 godzin Pojemność akumulatora: 2400 mAh Zasilanie: 5V DC / 3A przez złącze USB-C Czas ładowania: 2 godziny przy ładowaniu 5V - 3A Szybkie parowanie: Apple Fast Pair, Google Fast Pair, Microsoft Swift Pair Wymiary (Ś x W): 81 x 124 mm Waga: 637 g
  2. Zobacz cały artykuł
  3. Stawiając pierwsze kroki w będącej cały czas na fali wznoszącej domenie analogowej większość z nabywców mierzy się z dylematem wyboru gramofonu spełniającego ich wymagania. Warto bowiem mieć na uwadze, iż bazując jedynie na ofercie rynku pierwotnego mamy dostępne konstrukcje o napędzie paskowym i bezpośrednim (idlerową niszę pozwolę sobie w tym momencie pominąć), to część z nich posiada wbudowany przedwzmacniacz a część potrzebuje wspomagania urządzeniem zewnętrznym. Tym samym mnogość opcji może wywołać lekką konsternację a swoje trzy grosze dorzuca frakcja twierdząca, że dobre to już było i nie ma nic lepszego od klasyki vintage. Całe szczęście nawet niezbyt drenujące kieszeń gramofony od poważanych producentów wyposażone we wbudowane, z reguły nader minimalistyczne przedwzmacniacze gramofonowe dają możliwość późniejszej rozbudowy. I właśnie takiemu upgrade’owi poświęcimy dzisiejsze spotkanie, podczas którego zapoznamy się z dostarczonym przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design phono stagem Audio-Technica AT-PEQ30. Audio-Technica AT-PEQ30 to dość niewielkie, wielce estetyczne metalowe puzderko o aluminiowym froncie i zewnętrznym, wtyczkowym zasilaczu. Na płacie przednim za element dekoracyjny możemy uznać umieszczone w narożnikach ozdobne łby śrub, oraz usytuowany po lewej stronie logotyp marki. Z centrum na użytkownika łypie mikro dioda informująca o stanie pracy urządzenia, po której lewej stronie przycupnął włącznik główny a po przeciwległej selektor wyboru podłączonej wkładki (MM/MC). Wszystkie nastawy są fabrycznie zdefiniowane, więc zarówno wzmocnienie (35 dB (MM)/ 59 dB (MC)), jak i czułość wejściowa (4.5 mV(MM)/0.28 mV (MC)) są stałe. Całe szczęście powyższe parametry dobrano na tyle rozsądnie, że nie powinno być problemów ze współpracą z większością ogólnodostępnych wkładek. Nie ma bowiem co się oszukiwać i zaklinać rzeczywistości, tylko przejść do porządku dziennego nad faktem, iż posiadacze co bardziej egzotycznych przetworników akurat na tę propozycję Audio-Technici raczej nie spojrzą, śmiało więc możemy uznać, że 30-ka jest urządzeniem całkowicie bezobsługowym o nader szerokim gronie odbiorców. Ot klasyczny plug and play, z którym poradzi sobie dosłownie każdy. Potwierdza to ściana tylna, gdzie znajdziemy jedynie parę złoconych wejść z dedykowanym zaciskiem uziemienia i wyjść uzupełnienionych terminalem dedykowanym zasilaczowi. Z drobiazgów natury użytkowej warto mieć na uwadze, iż tytułowy przedwzmacniacz z racji swojej nader mało absorbującej wagi jest dość podatny na przesuwanie, szczególnie po podpięciu sztywnych interkonektów, więc jeśli takowych macie zamiar użyć warto pomyśleć o jakimś dociążeniu naszego bohatera. Śmiało możemy założyć, iż Audio-Technica AT-PEQ30 znajdzie się w kręgu zainteresowań użytkowników dość podstawowych modeli Pro-Jecta, Audio-Technici (vide AT-LPW50PB, AT-LP120XUSB, AT-LPW40WN), Thorensa (TD 201, TD 402 DD), TEAC-a (TN-4D, TN-300), etc. …, uzbrojonych w równie podstawowe rylce. Nie muszę chyba dodawać, iż przynajmniej na początku cenników oferowane wkładki projektowane są zgodnie z zasadą „primum non nocere”. Oznacza to mniej więcej tyle, że lepiej będzie jeśli jakieś informacje zawarte na mniej, bądź bardziej sfatygowanych krążkach pominą, bądź nieco złagodzą – ucywilizują. Mamy zatem do czynienia z na swój, stereotypowo „analogowy”, sposób gęstym, spójnym i homogenicznym graniem, którego dalsze dociążanie i zagęszczanie nie wydaje się najlepszym pomysłem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że z podobnego założenia wyszedł zespół stojący za AT-PEQ30 stawiając na zaskakująco dojrzałą liniowość i swobodę. Nie oznacza to bynajmniej podążania drogą galopujących suchot i wręcz prosektoryjnego chłodu, lecz dążenie do zachowania wzorowej równowagi pomiędzy jakością i ilością dostarczanych do naszych uszu informacji a także takiego samego balansu tonalnego. Dzięki temu w ryzy brane są pozornie mięsiste, a tak po prawdzie maskujące detale, partie kontrabasu na „Glamoured” Cassandry Wilson. Oprócz pudła do głosu dochodzą w tym momencie również struny a „przerośnięte skrzypce” nie próbują przywłaszczać sobie miejsca zarezerwowanego dla pozostałego instrumentarium. Słychać zatem nie dość, że więcej, to jeszcze lepiej. Głos wokalistki nie traci przy tym nic ze swojej chropawej zmysłowości i co najważniejsze nadal charakteryzuje się niskim, jak na damski, tembrem. Nie zachodzi zatem zjawisko sztucznego odchodzenia, które może i przy zbyt obfitym w dole pasma materiale mogłoby ratować sytuację, lecz już przy realizacjach pod tym względem poprawnych, bądź wręcz szczupłych mściłoby się podkreśleniem sybilantów i zbytnią ofensywnością. A takowych anomalii z AT-PEQ30 nie odnotowałem nawet na dość „chłodno” zarejestrowanym „Vägen” Tingvall Trio, gdzie fortepian miał właściwy sobie gabaryt i daleki był od szklistej analityczności zabijającej eteryczność i muzykalność ww. pozycji. Zmieniając repertuar na nieco bardziej mainstreamowy i sięgając czy to po świetny album „Ray of Light” Madonny, czy nawet daleki od audiofilskiej referencji „Kick” INXS za każdym razem dostawałem dźwięk bezpośredni, daleki od zawoalowania a jednocześnie niemęczący, stroniący od ofensywności. Efekty przestrzenne odwzorowane zostały nader sugestywnie, wspomniane przy jazzie prowadzenie, tym razem syntetycznego, basu nie mogło się nie podobać, parametr pace and rhythm nie pozwalał spokojnie usiedzieć w fotelu a gitarowe riffy cięły powietrze nie raniąc (zbytnio) uszu. Warto w tym momencie nadmienić, iż choć Audio-Technica nader litościwie traktuje kiepskie tłoczenia i dość sfatygowane krążki zbytnio nie epatując „smażeniem”, to z wrodzoną kulturą różnicuje jakość tak nośnika, jak i zapisanego na nim materiału. Dzięki temu Madonna czarowała iście holograficzną trójwymiarowością a z kolei Michael Hutchence z ekipą scenę budował raczej w szerz aniżeli w głąb, niezbyt kwapiąc się przy tym do oderwania się od głośników. Oznacza to, że bardzo szybko dojdziemy do wniosku, iż życie jest zbyt krótkie na katowanie się kiepskiej jakości, „zajechanymi” egzemplarzami i nawet na tak podstawowych pułapach cenowych sensownym jest poszukiwanie bądź to świetnie zachowanych wydań z epoki (i bynajmniej nie chodzi o nasze rodzime tłoczenia z czasów słusznie minionych), bądź sprawdzonych reedycji. Audio-Technica AT-PEQ30 nie tylko nie przynosi wstydu wielce zasłużonej branży audio marce, co wydaje się oczywistym upgradem dla wszystkich posiadaczy ich podstawowych gramofonów i wkładek. Zapewnia bowiem nad wyraz dojrzałą równowagę tonalną, świetną rozdzielczość i przede wszystkim jak na dłoni pokazuje sens rozsądnej inwestycji w dedykowany tor analogowy, który z jednej strony wcale nie musi kosztować majątku a z drugiej dawać wiele radości z rozrastającej się w iście ekspresowym tempie płytoteki. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Przedwzmacniacz liniowy: Cambridge Audio Edge NQ – Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Cambridge Audio Edge M – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF – Stolik: Rogoz Audio 4SM – Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 199 PLN Dane techniczne Impedancja wejściowa: - MM: 47 kΩ - MC: 120 Ω Czułość wejściowa: - MM: 4.5 mV - MC: 0.28 mV Napięcie wyjściowe: - MM / MC: 250 mV Wzmocnienie: - MM: 35 dB - MC: 59 dB Odstęp sygnał/szum: - MM: 100 dB - MC: 74 dB Odchylenie od krzywej RIAA (20 - 20,000 Hz): - MM/MC: ±0.5 dB Zasilanie: DC 15 V, 1.2 A Pobór mocy: 2.5 W Wymiary (W x S x G): 47 x 197.5 x125.5 mm Waga: 890 g
  4. Zobacz cały artykuł
  5. Wydawać by się mogło, że kluczem do sukcesu jest możliwie ścisła specjalizacja. Osiągamy satysfakcjonujący poziom zaawansowania w jakiejś dziedzinie, trzymamy się obranej drogi i robiąc swoje koniec końców dochodzimy do perfekcji. Proste? Proste, warto jednak mieć świadomość, iż to niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością teoria. Czy to źle? Enigmatycznie można odpowiedzieć „to zależy”, gdyż historia zna zarówno przypadki wytwórców, którzy czego by się nie dotknęli, to poza poziom hipermarketowej masówki nie są w stanie wyjść, jak i takich, którzy wzorem mitycznego Midasa, zamieniają każdą swoją aktywność w złoto. Zgodnie z zasadą mówiącą, że życie jest zbyt krótkie na złe i nudne Hi-Fi pierwszą grupą nie widzę sensu się zajmować, za to z drugiej, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design udało nam się do testów pozyskać słuchawki w obowiązkowym wydaniu True Wireless. Jednak słuchawki pochodzące z portfolio nie producenta, który niejako na nausznikach zjadł zęby, lecz wytwórcy kojarzonego głównie z kolumnami głośnikowymi. Mowa bowiem o marce Bowers & Wilkins i ich topowych, bezprzewodowych dokanałówkach PI7. Już na pierwszy rzut oka widać, iż PI7 są dość zauważalnie podobne do recenzowanych przez nas w maju PI5-ek. Z premedytacją nie użyłem określenia sugerującego bliźniaczą (jednojajową?) identyczność, gdyż o ile niżej usytuowany w firmowym portfolio i zarazem tańszy model prezentował się nad wyraz elegancko, to w 7-kach Anglicy poszli znacznie dalej. I wcale nie chodzi o oczywiste różnice w kolorystyce, gdyż oba modele występują zarówno w czarnym, jak i białym umaszczeniu, co designerskich detalach nadających całemu projektowi dyskretnej elegancji i oczywiście zdecydowanie większym zaawansowaniu technologicznym. Oprócz standardowego kartonowego opakowania PI7 wyposażono w dedykowaną „skorupkę” pełniąca nie tylko rolę ochronną i powerbanku umożliwiającego wydłużenie czasu użytkowania słuchawek z 4 do 20 godzin, lecz również transmitera zapewniającego funkcję streamingu przy jednoczesnym ładowaniu case’a. W dodatku sam proces jest niemalże bezobsługowy. Spinamy etui ze źródłem przewodem USB /USB-C lub USB C / jack 3,5mm (!!!) wciskamy umieszczony pod diodą sygnalizującą stan naładowania/pracy przycisk na nieco ponad 3 sekundy i … gra muzyka. Mało tego, jeśli dysponujemy innym, bezprzewodowym modelem słuchawek Bowers & Wilkins również możemy je z ww. stacją bazową sparować! Same korpusy wykonano z miłego w dotyku tworzywa i w zależności od wersji kolorystycznej jest to czerń/biel uzupełniona utrzymanymi w satynowym złocie detalami takimi jak ozdobne „kapsle” z firmowymi logotypami, czy kratki zapewniające zarówno komunikację poprzez ukryte podwójne mikrofony, jak i niezwykle efektywne działanie adaptacyjnego systemu ANC. Warto przy tym wspomnieć, iż w 7-kach wykorzystano podwójne hybrydowe przetworniki zasilane dedykowanymi (po dwa w słuchawce) wzmacniaczami pracującymi pod kontrolą zaawansowanych układów DSP zapewniających w pełni 24-bitowe połączenie. Nie zabrakło też czujnika zatrzymującego odtwarzanie przy wyjęciu słuchawki z ucha, jak również pełnego sterowania tak głosem, jak i gestami (kiziając korpusy ). Już podczas testów PI5-ek okazało się, że Bowers & Wilkins szalenie daleki jest od li tylko odcinania kuponów od własnej renomy i podobnie jak przy produkcji głośników, tak i przy słuchawkach postawił na własne – autorskie rozwiązania przekładające się na wysokiej klasy brzmienie. O ile jednak 5-ki oferowały, tak jak właśnie wspomniałem Hi-Fi’owe granie, to przesiadkę na PI7 śmiało możemy uznać za zaproszenie do wydawać by się mogło nader hermetycznego grona High-Endu. Serio, serio. Rozmach, swoboda, rozdzielczość, czy dojrzałość przestają być tylko pustymi hasłami dźwięk opisującymi, lecz w pełni namacalnymi, realnymi jego cechami. Począwszy od nieco anachronicznego brzmienia „Jammed Together ( )” dream teamu w składzie Steve Cropper, Pop Staples, Albert King, na którym noga sama podrygiwała a „garażowość” realizacji doskonale rekompensował iście zjawiskowy flow między muzykami, jak i sam repertuar, na wściekle wykrzyczanym albumie „Aurora” formacji Annisokay skończywszy nie sposób było nie tylko do czegokolwiek się przyczepić, co wręcz znaleźć powód do nieskomplementowania. Tutaj wszystko było na swoim miejscu, idealnie zawieszone w niezwykle sugestywnej, bynajmniej nie wewnątrzgłowej, przestrzeni, barwy naturalnego instrumentarium pokrywały się z tymi znanymi z rzeczywistości a ludzkie głosy brzmiały na tyle naturalnie, że niejako z automatu przestawało się szukać dziury w całym. Nie da się jednak ukryć, że PI7 od swojego rodzeństwa grają dźwiękiem zdecydowanie większym i prawdziwszym. Jest to o tyle istotne, iż o ile rozdmuchanie sceny i wyolbrzymienie źródeł pozornych da się stosunkowo prosto i tanio osiągnąć, czym nieraz próbują złapać za ucho budżetowe konstrukcje, o tyle w tym przypadku mamy do czynienia ze zdolnością oddania realnych rozmiarów zarówno samych artystów, jak i rozmachu wydarzeń muzycznych. Dlatego też na „Jammed Together ( )” mamy kameralne spotkanie trzech przyjaciół i niezobowiązującą „domówkę” połączoną ze spontanicznym jam-em podczas którego spokojnie moglibyśmy przysiąść na jakiejś kanapie, czy nawet parapecie o krok, czy dwa od dostarczającej nam rozrywki ekipy, o tyle sięgając po wielką symfonikę w stylu „Smetana: Moldau; Liszt: Hungarian Rhapsody No. 2; Roumanian Rhapsody No. 1 – Sony Classical Originals” Leopolda Stokowskiego niejako z automatu lądujemy kilkanaście metrów od orkiestry na jasno sprecyzowanym i wskazanym nam miejscu na widowni. Siedzimy zatem dalej i widzimy aparat wykonawszy w szerszym ujęciu a jednocześnie, zgodnie z logika i prawami fizyki, gubimy nieco detali związanych z definicją poszczególnych instrumentów/solistów. Czy to źle? Absolutnie nie, gdyż nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby wzorem samplerów 8K móc określić fluid jakiego użyła wiolonczelistka, bądź ilość karatów kamienia w pierścionku zdobiącym jej palec. Może i na krótką metę taki hiperrealizm robi wrażenie i budzi podziw, jednak spróbujcie z takim natłokiem informacji i bodźców mierzyć się podczas kilkugodzinnego odsłuchu i to nawet nie krytycznego, tylko czysto rekreacyjnego. A właśnie, co do rekreacji – Bowersy świetnie izolują od hałasu otoczenia, a dzięki niezwykle skutecznemu adaptacyjnemu systemowi ANC nawet w wydawać by się mogło trudnych do akceptacji okolicznościach przyrody wcale nie trzeba zbyt szaleć z głośnością. W ramach testów pozwoliłem sobie na kurs komunikacją miejską po trasie zawierającej zabytkowe odcinki ze stanowiącymi nawierzchnię „kocimi łbami” i muszę stwierdzić, że PI7-ki wyszły z nich obronną ręką, co jest o tyle istotne, że zamiast ostrego łojenia sięgnąłem po liryczny i oparty na „grze ciszą” album „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa. Można? Można, trzeba tylko mieć odpowiednią wiedzę, warunki i możliwości, by ów potencjał przekuć w produkt klasy jaką reprezentują 7-ki. Zabierając się do recenzji Bowers & Wilkins PI7 niejako z automatu zakładałem, że będą lepsze od i tak świetnych PI5. Nie przypuszczałem jednak, że różnica na korzyść wyższego modelu będzie aż tak kolosalna. Krótko mówiąc jeśli dysponujecie budżetem pozwalającym nabyć 5-ki pod żadnym pozorem nie sięgajcie po starsze rodzeństwo. Mając jednak środki pozwalające na zakup tytułowych dokanałówek nie ma sensu zastanawiać się nad jakąś alternatywą, tylko kliknąć, zamówić i cieszyć się brzmieniem najwyższych lotów. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 799 PLN Dane techniczne Komunikacja: Bluetooth 5.0 + AptX technology Kodeki Bluetooth: AptX – Adaptive, AptX – HD,AptX – Low Latency, AptX – Classic, AAC, SBC Profile Bluetooth: A2DP v1.3.1, AVRCP v1.6.1, HFP v1.7.1, HSP v1.2, BLE GATT (Generic Attribute Profile) Dodatkowe funkcje: Auto ANC, Audio streaming, bezprzewodowe ładowanie Częstotliwość komunikacyjna: Tx mode: 2402MHz - 2480MHZ, ISM Band Rx mode: 2402MHz - 2480MHz, ISM Band RF output power: <10.0 dBm Zastosowane przetworniki: podwójne 9.2mm dynamiczne, hybrydowe, armaturowe Pasmo przenoszenia: 10Hz - 20kHz Zniekształcenia (THD) <0.3% (1kHz/10mW) Czas pracy na baterii: do 4 h (Bluetooth); 15 minutowe ładowanie = 2 h pracy Bluetooth Waga: 7g / słuchawka + 61g ładowarka
  6. Zobacz cały artykuł
  7. Fr@ntz

    Canton GLE 30

    Jeśli do tej pory rodzinne firmy kojarzyliście głównie z dwu – trzyosobowymi bytami znanymi co najwyżej w kręgu bliższych i dalszych znajomych najwyższa pora uaktualnić posiadane informacje. Weźmy na ten przykład niemieckiego, działającego od 1972 r. i zatrudniającego obecnie około 150 - osobową załogę Cantona. Marka znana, z tradycjami i co najważniejsze powszechnie dostępna a poza stricte high-endowymi flagowcem (aktywne Smart Reference 5 K za raptem 38 kPLN) nad wyraz łaskawie obchodząca się z portfelami nabywców. Skoro więc pod koniec kwietnia wzbogaciła swe portfolio o odświeżone modele z serii GLE postanowiliśmy na własne uszy przekonać się co w trawie piszczy i dzięki uprzejmości rodzimego przedstawiciela – Horn Distribution S.A., pozyskaliśmy na testy niewielkie kolumny podstawkowe GLE 30. Pomimo niezbyt okazałej postury GLE 30 bynajmniej nie są najmniejszymi z rodziny. Ba, nie są nawet najmniejszymi podstawkowcami, gdyż poniżej rezydują GLE 20 oraz dwie (i pół) konstrukcje naścienne – GLE 15 oraz GLE 10 w wersji „cywilnej” i Pro. Z kolei ponad nimi znajdziemy, już podłogowe 50, 70, 80 i 90-ki, przy czym te ostatnie w wersji zwykłej i AR – dzięki dodatkowym, umieszczonym na ścianie górnej przetwornikom, zapewniającej doznania Dolby Atmos. Same 30-ki dostarczane są w zbiorczym, standardowym kartonie i zabezpieczone styropianowymi wytłoczkami. Firmowe przetworniki, czyli chroniony metalową siateczką 1” aluminiowo-mangaganowy wysokotonowiec i 6,8” tytanowy basowiec dodatkowo zasłonięto magnetycznie mocowaną niskoprofilową tekstylną maskownicą. Ściana tylna również prezentuje się bez większych ekstrawagancji. Ot, niewielki wylot tunelu basreflex i zlokalizowane przy podstawie pojedyncze, acz solidne, zakręcane terminale głośnikowe rozstawione na tyle szeroko, by z powodzeniem i bez obaw o zwarcie, przyjąć nawet masywne widły. Mała rzecz a cieszy. Do wyboru są dwie wersje kolorystyczne – czarna i biała a jeśli ktoś zamiast na standzie planuje ustawić je na komodzie, bądź np. biurku w kartonie znajdzie jeszcze gumowe naklejki zapobiegające przesuwaniu się kolumn na gładkich powierzchniach. Jeśli chodzi o parametry techniczne, to zgodnie z zapewnieniami producenta tytułowe monitorki zdolne są obsłużyć nader imponujące pasmo 38 - 40.000 Hz i dysponują 90W mocy. Jednak już przy impedancji znamionowej napotkamy lekkie niezdecydowanie, gdyż podawanie zakresu 4 – 8 Ω i to bez deklaracji skuteczności jest najdelikatniej rzecz ujmując lekkim niedomówieniem. Co prawda daleko nie szukając dr. Roland Gauder z równym upodobaniem o swoich konstrukcjach wypowiada się, iż mają „wystarczającą” skuteczność, tylko warto mieć świadomość, iż Gaudery startują z pułapu, gdzie Cantony kończą swą przygodę, więc niejako z automatu ich użytkownicy dysponują amplifikacją ze zdecydowanie wyższej, aniżeli dedykowana tytułowym Cantonom półki. Nie piszę jednak tego przez (podobno wrodzoną) złośliwość, lecz z racji poczynionych podczas testu obserwacji. Jakich? O tym już w kolejnym akapicie. Ponieważ niemieckie monitorki dotarły do mnie w dziewiczym - fabrycznym stanie a więc z niemalże zerowym przebiegiem (w materiałach firmowych nie natrafiłem na żadną informację o ewentualnym wstępnym ich wygrzewaniu) pierwsze kilka dni upłynęły im na akomodacji i osiąganiu pełni możliwości. Kiedy jednak wziąłem się na serio za ich odsłuchy jasnym stało się, że pomimo swej niewątpliwej budżetowości nie tylko potencjał w nich drzemiący, jak i same parametry predestynują je do mariażu ze zdecydowanie wyższej, aniżeli wskazywałby ich segment cenowy, klasy elektroniką. Powód takiego stanu rzeczy jest bowiem oczywisty – GLE 30 są na tyle wymagające od zasilającej je amplifikacji, że ze słabowitymi i projektowanymi „na styk” wzmacniaczami będą grać sucho, płasko i krzykliwie, czyli mówiąc wprost źle jawnie protestując przeciw mizerii próbującego rozruszać je wzmaka. Biorąc powyższe status quo pod uwagę, jak i kierując się podczas testów zasadą wyciśnięcia maksimum możliwości z recenzowanego delikwenta, zamiast się męczyć z konstrukcją z tej samej, co Cantony półki od razu skorzystałem z okazji i mając na podorędziu nie tylko swoją dyżurną 300W końcówkę mocy Bryston 4B³, lecz i 550W integrę Musical Fidelity M8xi zrobiłem z nich właściwy użytek. Nie da się bowiem ukryć, że GLE 30 chłoną Waty niczym wysuszona na pieprz gąbka i są nad wyraz solidnie zaimpregnowane na wszelakiej maści krągłe formuły marketingowców usilnie próbujących udowadniać, iż optymalizacja kosztów własnych w stylu impulsowych zasilaczy i D-klasowych stopni wyjściowych pojawia się jedynie w trosce o środowisko i dobro nabywcy. Całe szczęście z solidnymi tranzystorami Cantony oferują świetny timing, zaskakujące (jak na „metalowe” przetworniki) bogactwo barw i co najważniejsze wierność materiałowi źródłowemu. I to jest też cecha, którą warto brać uwagę podczas decyzji zakupowych, gdyż różnicowanie jakości nagrań śmiało można uznać w wydaniu niemieckich monitorków za wyśmienite. Niesie to jednak ze sobą oczywiste zagrożenia, czyli serwując im, a więc de facto i sobie, nagrania w znacznym stopniu pod względem realizacyjnym upośledzone, jak pierwsze krążki U2, czy też niedościgniony wzorzec postprodukcyjnej niemocy - „The End Of Life” Unsun będziemy musieli zmierzyć się z tego konsekwencjami. Warto jednak pamiętać, iż życie jest zbyt krótkie na złe / źle nagrane albumy a tych dobrych wcale nie jest tak mało, więc jest z czego wybierać. Daleko nie szukając mroczny i pozornie niezwykle melancholijny „Blade Runner” Vangelisa, z którego to GLE 30 z niemalże dziecinną łatwością były w stanie wyłuskać wszelakiej maści smaczki i mikrodetale z reguły zarezerwowane dla zdecydowanie droższych konstrukcji. Warto też wspomnieć, iż tytułowe kolumny nie miały najmniejszych problemów z oddaniem basowych pomruków, które nader sugestywnie masowały me trzewia, choć jeśli ktoś liczy w tym momencie na pogrubiony i ponadnormatywnie mięsisty basowy fundament, który zamiast na jakość stawia na ilość, to może srodze się zawieść. Basu jest bowiem tyle, ile ma być, ani mniej (pamiętajmy, że mowa o dwudrożnych monitorach), ani więcej, więc nie ma co kręcić nosem i mieć pretensję do garbatego, że ma proste dzieci. Dlatego np. już i tak natywnie obfita na dole „New Moon Daughter” Cassandry Wilson zabrzmiała wybornie a z reguły lekko rozmazany kontrabas odzyskał wreszcie równowagę pomiędzy udziałem strun a pudła, czego na tym poziomie cenowym się nie spodziewałem. Zakładam jednak, że zdecydowanie bardziej istotna dla większości potencjalnych nabywców będzie maniera średnicy i góry stanowiąca pochodną metalowych membran. I tu kolejna niespodzianka, gdyż nijakiego dzwonienia, czy też twardości nie sposób było odnotować i to nie tylko przy perlistych alikwotach wyśpiewywanych przez Robertę Mameli na „'Round M: Monteverdi Meets Jazz” lecz i obfitości dęciaków na „Book of Sound” Hypnotic Brass Ensemble. Jest za to szybko, rozdzielczo i gładko, więc nie ma co się martwić o ile tylko ktoś nie zapatrzy się w lepkie i zgaszone „klubowe” wzorce, gdzie słychać li tylko połowę a reszty trzeba się domyślać. Niestety nie mam wiedzy, jak grają pozostałe - najnowsze modele z serii GLE Cantona, jednak bazując li tylko na tym, co pokazały 30-ki śmiem twierdzić, iż Niemcy wyszli z założenia, iż sięgać po nie będą ci, którzy lwią część posiadanych środków postanowili przeznaczyć na amplifikację a za resztę kupić jakieś kolumny „na przeczekanie”. I w tym momencie wchodzą całe na biało/czarno (niepotrzebne skreślić) Cantony udowadniając, że bynajmniej nie cena a inżynierska wiedza i dobre ucho twórców zdolne są czynić cuda. Krótko mówiąc jeśli tylko dysponujecie porządnym wzmacniaczem i wydaje się Wam, że na kolumny będziecie musieli wydać co najmniej tyle samo, na początku poszukiwań posłuchajcie Cantonów. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones - Wzmacniacz zintegrowany: Musical Fidelity M8xi – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF – Stolik: Rogoz Audio 4SM – Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM Dystrybucja: Horn Cena: 2 498 PLN Dane techniczne - Konstrukcja: podstawkowa, 2-drożna, bass reflex - Moc nominalna/muzyczna: 90 / 140 W - Pasmo przenoszenia: 38 - 40.000 Hz - Częstotliwość podziału zwrotnicy: 3.000 Hz - Impedancja nominalna: 4 - 8 omów Zastosowane głośniki - głośnik niskotonowy: 1 x 174 mm (6,8"), tytanowy (Wave surround) - głośnik wysokotonowy: 1 x 25 mm (1"), aluminiowo-mangaganowy - Wymiary (S x W x G): 190 x 360 x 280 mm - Waga: 6,40 kg /szt.
  8. Fr@ntz

    Canton GLE 30

    Zobacz cały artykuł
  9. Fr@ntz

    Audio Pro P5

    W związku ze zbliżającymi się wielkimi krokami wakacjami zainteresowania szczęśliwców wybierających się na zasłużone urlopy przenoszone są z pełnowymiarowych urządzeń stacjonarnych na ich zdecydowanie bardziej poręczne „substytuty”. Chodzi oczywiście o wszelakiej maści mniej, bądź bardziej personalne generatory dźwięków, czyli słuchawki (vide daleko nie szukając dopiero co recenzowane House of Marley Positive Vibration XL ANC), jak i coraz bardziej zyskujące na popularności przenośne głośniki Bluetooth. Skoro jednak bezprzewodowymi nausznikami dopiero co się zajmowaliśmy, to w tej odsłonie, dzięki uprzejmości dystrybutora Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, na testy pozyskaliśmy jeszcze ciepłą – pachnącą fabryką nowość - kompaktowy, przenośny głośnik Bluetooth Audio Pro P5. Zgodnie z materiałami prasowymi P5 ma być idealnym towarzyszem wakacyjnych wypadów na plażę, piknik, czy do parku, co biorąc pod uwagę zarówno jego aparycję, gabaryty, jak i jakość wykonania spokojnie można byłoby rozszerzyć o spływy kajakowe i trekkingi niekoniecznie uczęszczanymi przez panie w szpilkach i jegomości w klapkach Kubota szlaki górskie. Powód takiej uniwersalności staje się jasny już przy wypakowywaniu naszego bohatera z nader przyjemnego wizualnie „trawiastego” kartonowego pudełka. Bowiem P5-ka, jak to już zdążyli nas przyzwyczaić Szwedzi, wykonana jest nad wyraz solidnie, co z resztą potwierdza jej certyfikowana (IPX4) odporność na zachlapanie. Poręczny i przyjemnie zaokrąglony korpus o wymiarach 220 x 97 x 53 mm (S x W x G) pokryto gumo-podobnym, antypoślizgowym tworzywem i dodatkowo zapobiegliwie umieszczono na nim przelotkę do montażu dedykowanego, znajdującego się na wyposażeniu paska. Oscylująca w granicach 0,5kg masa wydaje się całkiem akceptowalna, więc nawet nosząc tytułowy głośnik zawieszony na nadgarstku nie powinniśmy zbytnio czuć jego obecności. Gniazdo USB-C przeznaczone wyłącznie do ładowania i wejście liniowe AUX 3,5 mm zabezpiecza gumowa zaślepka. Za lekko wypukłą maskownicą ukryto zestaw dwóch przetworników – 2,5 cm miękka kopułkę i 3,2” mid-woofer zasilane D-klasowym wzmacniaczem oddającym odpowiednio 10 i 25W, co wg. danych technicznych powinno zapewnić pasmo przenoszenia w przedziale 57 – 20.000 Hz. Oprócz klasycznego kabla P5-ka może się również pochwalić łącznością bezprzewodową Bluetooth w odsłonie 5.0 i obsługą formatów Apple Lossless, MP3, WMA, AAC i FLAC. Zawierający cztery przyciski membranowe i niewielką diodę komunikacyjną panel sterowania umieszczona na ścianie górnej, choć prawdę mówiąc sięgać będziemy do niego nader sporadycznie, gdyż poza włączeniem i wyłączeniem, oraz okazjonalnym parowaniem ze źródłami sygnału zdecydowanie wygodniejszą regulację głośności zapewni nam właśnie smartfon, bądź tablet. A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. I tu bardzo miła niespodzianka, gdyż czego, jak czego ale takiej skali, wolumenu dźwięku z tak niewielkiego źródła po prostu trudno się spodziewać. P5 jest bowiem ucieleśnieniem nie tylko idei „w małym ciele wielki duch”, co raczej „mały, ale wariat”, gdyż z jego udziałem spokojnie można zapewnić sobie nie tylko niezobowiązujące „brzęczenie” w tle podczas rozleniwiającej sesji na hamaku, lecz z powodzeniem zorganizować daleką od kameralnej potańcówkę. Serio, serio. Sprawdzałem bowiem możliwości ww. mikrusa zarówno w dwudziestometrowym pokoju, jak i w przydomowo-ogrodowych okolicznościach przyrody i nawet nie zbliżyłem się do maksimum jego możliwości. W dodatku dźwięk oferowany przez P5-kę może, z oczywistych względów, nie spełniał kryteriów Hi-Fi, ale był czysty, dynamiczny i nieofensywny. Basu było sporo, jednak pomimo swojego entuzjastycznej natury i przyjemnemu podkreślaniu rytmu najniższe składowe nie przytłaczały i nie dominowały. Nawet na niezbyt tanecznym, chyba, że ktoś gustuje w ekstatycznych pląsach pod sceną, „Sovran” Draconian wokal Heike Langhans bez najmniejszych problemów przebijał się przez ścianę gitarowych gitar i growl, całkiem udanie oddając apokaliptyczny charakter kompozycji. To nie było zmielone i zbite w jedną bezkształtna masę nie wiadomo co, tylko rasowe, zawieszone gdzieś pomiędzy goth-metalem a doomem ciężkie granie dla miłośników bezkompromisowych doznań. Na nieco łagodniejszym „Live at the Royal Albert Hall” Bring Me The Horizon nie zabrakło koncertowej przestrzeni a towarzysząca szarpidrutom orkiestra bynajmniej nie przypominała płaskiej jak naleśnik pocztówki wyraźnie odznaczając się trójwymiarowością na tle suto okraszającej jej partie wstawek elektronicznych. Również chóralne śpiewy widowni sugestywnie przesunięto ku odbiorcy podczas budowania iluzorycznej gradacji planów. O ile jednak szwedzki maluch, jak mam nadzieję zdołałem udowodnić na konkretnych ww. przykładach, potrafił przyłoić, to warto zwrócić uwagę na jego zdecydowanie bardziej liryczne oblicze. Na nostalgiczno melancholijnej mieszance art-rocka i POP-u, jaką niewątpliwie jest „Your Wilderness” The Pineapple Thief P5-ka łapie wiatr w żagle. To właśnie tutaj mięsisty bas buduje duży wolumen w którym zawieszony zostaje wysoki wokal Bruce’a Soorda przełamywany brudnymi riffami. Przesunięty ku dołowi środek ciężkości zapobiega zbytniej nadaktywności góry pasma, co o ile a klasycznym Hi-Fi uznałbym za odstępstwo od reguł gry, to akurat w tym wypadku powyższy zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę. Aby bowiem pokazać jego finezję i potencjał w nim drzemiącym trzeba byłoby sięgnąć po pełnowymiarowe i w dodatku po wielokroć droższe komponenty a w tym wypadku po prostu mniej znaczy lepiej. Czy oznacza to zatem, że góra jest zgaszona, czy wręcz ordynarnie przycięta? W żadnym wypadku. Możemy mówić co najwyżej o jej zaokrągleniu i tonizacji, przez co gitarowy, akustyczny „Celuloid” duetu Marek Napiórkowski / Artur Lesicki daleki był od efektu przyduchy, czy też niskiego sufitu a jedynie całość zabrzmiała bardziej krągło i soczyście. Nie ma co się jednak nad Audio Pro P5 pastwić i oczekiwać od niego Bóg wie czego, skoro tym razem mieliśmy okazję poznać go li tylko w solowej odsłonie, a jak już Vifa Reykjavik udowodniła dokooptowanie drugiej jednostki, co w tym wypadku jest możliwe dzięki technologii TWS (True Wireless Stereo), winduje klasę oferowanego brzmienia na pułap zarezerwowany do tej pory dla mini i mikro wież. Dlatego też, choć zakup pojedynczego Audio Pro P5 jest nader rozsądnym rozwiązaniem zapewniającym nam kontakt z ulubioną muzyką podczas letnich (i nie tylko) wojaży, to zapewnienie mu bliźniaczego rodzeństwa może okazać się kwestią kolejnych kilku … dni. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 699 PLN Dane techniczne Moc wzmacniacza: 10 W + 25 W Zastosowane przetworniki Wysokotonowy: 1" miękka kopułka Średnio-niskotonowy: 3,2" Pasmo przenoszenia: 57 – 20.000 Hz Częstotliwość podziału: 2000 Hz Czas pracy na baterii: 14 godz. na średniej głośności / 4 godz. na maksymalnej głośności Klasa wodoodporności: IPX4 Komunikacja: Bluetooth 5.0, AUX 3,5 mm Wymiary (S x W x G): 220 x 97 x 53 mm
  10. Fr@ntz

    Audio Pro P5

    Zobacz cały artykuł
  11. Skoro co nieco o założycielach House of Marley, czyli potomkach najsłynniejszego rastafarianina, jaki po tym łez padole stąpał, zdążyłem już wspomnieć przy okazji recenzji przenośnego głośnika Bag of Riddim 2.0, to tym razem śledzenie ich losów pozwolę sobie odpuścić. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że o ile w początkowej fazie projektu HoM (House of Marley) można było mieć obawy, iż jest to ewidentny skok na kasę, czyli mówiąc zgodnie z obowiązującymi standardami biznesowego savoir-vivre’u „monetaryzacją” nazwiska znanego wszem i wobec przodka, o tyle obecnie – z perspektywy czasu, ów byt cech nijakiej jednorazowości, bądź nawet sezonowości nie wykazuje. Wystarczy rzucić okiem na ich portfolio, gdzie do wyboru mamy osiem modeli bezprzewodowych głośników, dwa gramofony i … dwadzieścia propozycji dla miłośników słuchawek. I właśnie z owego bogactwa osobistych dostarczycieli dźwięków wszelakich, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, pozyskaliśmy na testy idealne na zbliżające się wielkimi krokami letnie wakacje bezprzewodowe słuchawki Positive Vibration XL ANC. Może zabrzmi to jak zdarta płyta, jednak już na wstępie chciałbym nieśmiało nadmienić, iż o ile producent określa Positive Vibration XL ANC mianem konstrukcji zamkniętych i wokółusznych, to o ile do pierwszej cechy nie mam najmniejszych zastrzeżeń, to już przy mojej nad wyraz „drobnej” – ogropodobnej posturze zmuszony byłem XL-ki zakwalifikować do grona ewidentnie nausznego. Oczywiście zdaję sobie sprawę iż naturalnym targetem dla ww. modelu jest chodząca w zdecydowanie niższej wadze małoletnia młodzież, niemniej jednak warto ów detal mieć na uwadze i przed zakupem po prostu wpakować Marleye na swój czerep. Czy to źle? W żadnym wypadku, gdyż XL-ki na tyle szczelnie przylegają do małżowin, że nawet bez uaktywnionego ANC potrafią niemalże dokumentnie odciąć użytkownika od dźwięków otoczenia. Jeśli zaś chodzi o ogólne wrażenia, w tym to kluczowe – pierwsze, które jak wiadomo można zrobić tylko raz, to wszystko jest w jak najlepszym porządku i w zgodzie z pro-ekologicznym przesłaniem marki. Począwszy od kartonowego, uzyskanego z recyclingu papieru, poprzez zawinięcie słuchawek w bibułę a nie folię, po biodegradowalne – wykonane z rafii „tytrytki” jakich użyto do związania znajdujących się w zestawie przewodów USB i sygnałowego wszystko jest dobrane z myślą o naturze. Jakby tego było mało również składane, a więc łatwe w transporcie, same słuchawki zoptymalizowano pod ww. kątem i zamiast plastikowego wyposażono je w uzyskany w większości z butelek PET tkany ochronny woreczek. Jeśli zaś chodzi o nasze bohaterki to wykonany z pochodzącego z recyclingu aluminium muszle przyozdobiono eleganckimi, drewnianymi ( pochodzącymi z certyfikowanych lasów FSC®) szyldami z firmowym logotypem), wyposażono w mięsiste, wypełnione pianką pady Ultra Comfort obleczone a jakże – ekologiczną skórą. W pałąku nagłownym wykorzystano eko-aluminium a za komfort odpowiada czarna pleciona dzianina z butelek Pet. Sercem słuchawek są 40 mm przetworniki a wbudowane akumulatory pozwalają na 35 godzin pracy w trybie zwykłym, lub 26 godzin przy aktywnym systemie ANC. W trosce o bezpieczeństwo użytkowników nie zapomniano o funkcji ambientu, czyli pewnej transparentności akustycznej, dzięki której usłyszymy zbliżający się pojazd, bądź inne sygnały alarmowe. Na obwodzie prawej muszli umieszczono trzy zalane gumą przyciski odpowiedzialne za regulację głośności/pauzę/aktywację, oraz „+” i „-„, czyli nawigację po playliście a na lewej port USB C, gniazdo mini jack, mikrofon, aktywatory ANC i trybu ambientowego oraz diodę informująco o statusie pracy/połączeniu. Skoro już przy opisie walorów natury wizualno-użytkowej pozwoliłem sobie określić domniemanego odbiorcę tytułowych słuchawek, to przechodząc do części poświęconej ich brzmieniu od razu na wstępie tylko je potwierdzę. Adekwatnie do estetyki brzmień i gorących rytmów generowanych przez nieodżałowanego nestora rodu Positive Vibration XL ANC grają dźwiękiem dużym, mięsistym i ze wszech miar dynamicznym, jednak bez najmniejszych oznak nerwowości, dzięki czemu można z powodzeniem uznać je za nad wyraz relaksujące. Wszystkiego bowiem jest w nich dużo a przy tym ilość idzie w parze z zaskakująco wysoką atrakcyjnością przekazu. Z premedytacją nie użyłem określenia „wiernością oryginałowi”, gdyż Marleye w oczywisty sposób cywilizują i uatrakcyjniają reprodukowane dźwięki. Ot taka autorska kuracja bazująca na pozytywnych aspektach popularnego na Jamajce ziołolecznictwa. No dobrze, żarty na bok, gdyż użytkowanie tytułowych słuchawek nie ma absolutnie nic wspólnego z sięganiem po substancje psychoaktywne, lecz jedynie decydując się na nie (słuchawki a nie roślinny susz) mamy niejako pewność, iż nawet przyprawiające nas o grymas niezadowolenia suche i płaskie nagrania zyskają na wypełnieniu i atrakcyjności. Na początek jednak, coś w klimacie niejako narzuconym przez „patrona” marki, czyli mieszanka skocznych rytmów w rodzimym wydaniu – album „Syntonia” pozytywnie zakręconych szaleńców z Łąki Łan. Potężny, mięsisty bas, mocna, odważna, lecz zjawiskowo gładka góra i soczysta średnica w nader umiejętny sposób wygładzały ewentualne niedoskonałości realizacji. Scena była budowana całkiem satysfakcjonująco, choć nieco brakowało jej do charakteryzującej się zdecydowanie większym audiofilskim zacięciem konkurencji. Żeby jednak była jasność – tu nie chodzi o przysłowiowe dzielenie włosa na czworo i szukanie „studyjnych monitorów”, lecz o czysto hedonistyczny fun płynący z ulubionej muzyki. A to Marleye robią doskonale. Zwróćcie tylko uwagę na soczystą analogowość klawiszy w „Sarabandzie”, na budowanie „dancingowego” i typowo vintage’owego klimatu. Na większości słuchawek ww. utwór brzmi strasznie sztucznie, niemalże plastikowo a tu cud, miód i orzeszki. A że lepiej niż w oryginale, to chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie miał o to do nich pretensji. Aksamitne i głębokie głosy chłopaków z Boyz II Men na „Evolution” zostały na Marleyach dodatkowo dopalone i podkreślone – przybliżone, dzięki czemu zabrzmiały jeszcze bardziej namacalnie, więc jeśli ktoś szuka chwili relaksu w otaczającej, pędzącej na złamanie karku rzeczywistości, to zdecydowanie jest to właściwy kierunek. A jak z cięższym brzmieniem? Powiem szczerze, że lepiej niż dobrze, gdyż nawet „Under a Godless Veil” Draconian, gdzie anielski wokal Heike Langhans przeplata się z iście zwierzęcym growlem Andersa Jakobssona a liryczne orkiestracje z goth-doom-metalową ścianą dźwięku. To tak, jakby ktoś połączył delikatność i melancholijny mrok Chelsea Wolfe z apokaliptycznymi wizjami serwowanymi prze ekipę My Dying Bride. Jest ciemniej i gęściej niż np. na Audio-Technica ATH-M50xBT PB, ale szukając analogii w pierwszej kolejności pomyślałem o Meze 99 Neo, więc jeśli komuś podeszły rumuńskie nauszniki a teraz rozgląda się za ich bezprzewodowym odpowiednikiem to Marleye wydają się nader kuszącą opcją. House of Marley Positive Vibration XL ANC nie przynoszą wstydu starszemu rodzeństwu. Spełniając pro-ekologiczne kryteria miło zaskakują tak solidnością wykonania, jak i brzmieniem, które mówiąc wprost jest szalenie atrakcyjne. Ponadto dzięki wbudowanemu ANC zdolne są nader skutecznie odciąć nas od szumu otoczenia, co w czasie podróży zbiorkomem, bądź pracy w gwarnym, korporacyjnym openspejsie może okazać się kluczowym parametrem przemawiającym za ich nabyciem. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 699 PLN Dane techniczne Konstrukcja: Zamknięta, wokółuszna Impedancja: 32 Ω ± 15 % Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz Zniekształcenia @ 1kHz / 1 mW: ≤3 % Czułość (dB/V) @ 1kHz / 1 mW: 105 ± 3 dB Komunikacja: BT 5.0; Zasięg ≥ 12 m; Zastosowane przetworniki: 40 mm Czas pracy na baterii: 35 godz. (26 godz. z ANC) Pojemność baterii: 500 mAh Waga: 0,254 kg
  12. Internet do Ciebie nie dolatuje? 😉 [Hidden Content]
  13. Podzielisz się źródłem powyższych rewelacji?
  14. Fr@ntz

    Sprzęt z Japonii

    Jesteś pewien? Jeśli tak to jak wytłumaczysz fakt, iż przewidziane na rynki europejskie 12-ki Marantza mają zwykłe - czarne "plecy" a z kolei te dedykowane japońskiemu rynkowi miedziowane? Od strony finansowej teoretycznie może to i bez sensu, ale każdy rynek rządzi się własnymi prawami, więc teoria sobie a praktyka sobie. Z kolei na odwrót jest z wyrobami z CHRLD, gdzie produkty kierowane na rynek lokalny potrafią dramatycznie odstawać od serii exportowych, ale to doskonale znamy z autopsji - czasów PRL-u.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

Wykryto oprogramowanie blokujące typu AdBlock!
 

Nasza strona utrzymuje się dzięki wyświetlanym reklamom.
Reklamy są związane tematycznie ze stroną i nie są uciążliwe. 

Prosimy wyłącz rozszerzenie AdBlock podczas używania strony.

Zarejestrowani użytkownicy mogą wyłączyć ten komunikat.