Jump to content
  • Content Count

    7543
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

344 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com/marcin-olszewski/

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

52442 profile views
  1. Po upamiętniającej początek panowania pierwszego cesarza rzymskiego - Oktawiana Augusta integrze Roma 27 AC i koronację Nerwy - pierwszego z tzw. pięciu dobrych cesarzy zaskakująco bogato wyposażonego i zarazem niezwykle przystępnego cenowo Romie DC96+ przyszła pora na zawodnika chodzącego w całkowicie odmiennej kategorii wagowej i jakby nie patrzeć adresowanego do zupełnie innego grona odbiorców. Bowiem o ile obie, właśnie wymienione Romy, wydawać by się mogły klasycznymi przykładami współczesnych lampowców o ponadczasowym, opartym o pięknie wyeksponowane lampy designie i dość przyjaznej mocy 25W, to dzisiejszy gość łączy w sobie najwyższej klasy włoskie wzornictwo, miłość do naturalności drewna i potężną moc. Czyżbyśmy mieli zatem przyjemność testować któryś z legendarnych modeli Ferrari, Maserati lub Lamborghini? Niestety nie tym razem, lecz kierunek skojarzeń wydaje się całkiem słuszny, szczególnie gdy spojrzymy na dostarczonego przez dystrybutora marki Synthesis – E.I.C, topowy wzmacniacz zintegrowany Metropolis NYC 200i, który to z niemałym trudem udało nam się ustawić na przygotowanym na tę okazję miejscu. Nie da się ukryć, że Metropolis NYC 200i jest urządzeniem obok którego nie da się przejść obojętnie i nie da się go nie zauważyć. To ponad 63 cm głębokości i blisko półmetrowej szerokości kolos o wadze netto wynoszącej słuszne 50 kg. Nie wiedząc co siedzi w jego wnętrzu i bazując jedynie na deklarowanej przez producenta mocy 230 W na kanał spokojnie można by uznać, iż mamy do czynienia z potężnym tranzystorem. Tymczasem to bezkompromisowy, wysokowydajny push-pull bazujący na popularnych, a przez to przyjaznych portfelowi, lampach mocy KT-120. Jednak nie uprzedzając faktów zacznijmy zgodnie z tradycją od opisu jego wyglądu. Front 200-ki, przynajmniej w wersji dostarczonej do testu, czyli czarnym lakierze fortepianowym, prezentuje się nad wyraz elegancko, lecz dla części odbiorców nieco zbyt monumentalnie, czy wręcz mrocznie. Dlatego też ciekawą alternatywą jest wersja kombinowana – z czarnymi bokami i transparentnym, również wypolerowanym na wysoki połysk lakierze uwydatniającym naturalny rysunek mahoniowego drewna. Centralną część płyty czołowej zajmuje prostokątne okno z przydymianego szkła dającego nie tylko wgląd w trzewia integry, lecz również będącego nośnikiem zarówno firmowego logotypu, jak i dwóch masywnych 45mm aluminiowych pokręteł, z których lewe odpowiada za regulację głośności a prawe za wybór źródła. Włącznik główny zlokalizowano w prawym dolnym rogu. Płytę górną zdobi pokaźnych rozmiarów firmowy logotyp a bezpośrednio nad lampami wycięto wspomagające ich chłodzenie otwory wentylacyjne. Jak już zdążyłem wspomnieć boki również wykonano z lakierowanego drewna i nadano im finezyjny, falisty kształt. Ściana tylna dość jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z konstrukcją dual mono, gdyż osobne odczepy dla obciążeń 4 i 8 Ω umieszczono po obu stronach usytuowanego w centrum ultra cichego 120 mm wolnoobrotowego (500 – 700 RPM) wentylatora wymuszającego cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy. Wejść liniowych jest pięć – para XLR-ów i cztery pary RCA wzbogacone regulowanym wyjściem na zewnętrzną końcówkę mocy. Listę zamyka włącznik główny i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Całość posadowiono na dedykowanych antywibracyjnych nóżkach wykonanych z aluminium i naturalnej gumy. Równie ciekawie prezentuje się wnętrze tytułowego wzmacniacza, gdyż dzięki topologii dual mono panuje w niej wręcz wzorowy porządek. W każdym kanale znajdziemy po cztery selekcjonowane lampy mocy KT120 i po jednej sterującej 12BH7, oraz pracującej w stopniu wyjściowym 12AX7-ECC83 i dedykowane transformatory wyjściowe C-core. Nad parametrami pracy lamp czuwa sterowany mikroprocesorem układ auto-bias, więc Synthesis nie dość, ze jest przyjazny posiadaczom małoletniej progenitury i wszelakiej maści domowej zwierzyny (nie sposób dotknąć lamp a ty samym się oparzyć), to również jest jednostką praktycznie całkowicie bezobsługową. Patrząc na mroczne lico włoskiego olbrzyma niejako podświadomie czujemy, że kontakt z nim nie będzie przypominał wizyty w krainie łagodności, onirycznych, pastelowych wizji i… poniekąd mamy rację. Chociaż wbrew pozorom również i na kołysankach Synthesis potrafi rozwinąć skrzydła, lecz na kołysankach dość specyficznych, gdyż serwowanych np. przez niejaką Chelsea Wolfe na albumie „Abyss”. Zawarte tamże niezwykle klaustrofobiczne, mroczne i niemalże funeralne, podlane katatonicznym sosem psychodelii utwory aby zabrzmieć z pełną mocą i wtłoczyć niezbyt optymistyczne myśli do umysłu słuchaczy potrzebują odpowiednio wydajnej amplifikacji i solidnej dawki decybeli. Niemalże doomowo – industrialne elektroniczne dźwięki tła utrzymują ciągłe napięcie a basowe podwaliny stanowią mroczny fundament do psychodelicznych lamentów wokalistki. Synthesis nie zmiękcza właściwych Wolfe szorstkości, nie wygładza jej lekko chropawego głosu, który z eterycznego rozedrgania zawieszonego gdzieś w głębi sceny, potrafi przejść do iście zwierzęcego krzyku na pierwszym planie. Próżno szukać tu stereotypowej lampowej eufonii, czy też gorącego dopalenia średnicy. To zupełnie nie te klimaty i nie ta konstrukcja, gdyż warto mieć świadomość, iż z rodziny KT dopiero 150-ki potrafiły zachwycić szeroko rozumianą muzykalnością i saturacją barw a 120-ki obecne w NYC 200i raczej stawiały na dynamikę, atak i konturowość, co przy cięższych klimatach przynosiło wielce pożądane efekty lecz przy barokowych trelach mogło wypadać nazbyt technicznie. Całe szczęście w Synthesisie zarówno przemyślana aplikacja, jak i firmowe trafa, od których to de facto głównie zależy brzmienie, sprawiły iż udało się pogodzić przysłowiowy ogień z wodą i pomimo niezaprzeczalnie rockowego pazura również i delikatniejszy repertuar potrafi zachwycić. Weźmy na ten przykład niezwykle nastrojowy a zarazem prog-rockowy „Hunt” Amaroka, gdzie tak naprawdę spiętrzeń dźwięków jest jak na lekarstwo a większość treści to okołogilmourowskie gitarowe pasaże i nastrojowe wokalizy. Przestrzeń i precyzję ogniskowania źródeł pozornych wypada mi w wykonaniu włoskiej superintegry jedynie skomplementować, gdyż tutaj nie było nic a nic z kreślenia konturów grubą kreską, czy impresjonistycznych plam zamiast muzyków z krwi i kości zlokalizowanych w ściśle określonych miejscach sceny. W tym momencie pozwolę sobie na drobną uwagę natury użytkowej. Otóż pomimo faktu testowania tytułowego Synthesisa z wysokoskutecznymi ISIS-ami Trenner & Friedl w torze i w blisko czterdziestometrowym oktagonie przy niskim poziomie głośności było słychać może nie tyle pracę samego wentylatora, co szum wysysanego przezeń powietrza. Dlatego też warto zadbać o to, by NYC 200i stanął możliwe daleko (4 – 5 metrów, to moim skromnym zdaniem minimum) od miejsca odsłuchowego i generalnie nie bać się przekręcić pokrętło volume w prawo. Ne oznacza to bynajmniej, że wspomniany wentylator słychać zawsze i wszędzie, gdyż nawet na tak skupionych i pełnych „gry ciszą” pozycjach jak „Terry Riley: Sun Rings” Kronos Quartet poczucie bezpośredniego obcowania sam na sam z muzykami jest oczywiste i nic a nic w tych doznaniach nam nie przeszkadza. W dodatku do obserwacji dotyczących słyszalności pracy wzmacniacza doszedłem podczas późnowieczornych odsłuchów w okolicy o praktycznie zerowym szumie tła, więc przy większym natężeniu ruchu i wszechobecnych dźwiękach wielkomiejskich metropolii część z Was może nawet na ten drobiazg nie zwrócić uwagi. Za to wszelakiej maści stuki, puki, skrzypnięcia i przestery układać się będą w niezwykle misterną instalację dźwiękową. Niejako na deser pozostawiłem szalenie wymagający materiał elektroniczny w postaci ścieżki dźwiękowej do „Swordfish” autorstwa Paula Oakenfolda. Wystarczy tylko włączyć „Intro” z monologiem Johna Travolty, gdzie odgłos zapalanego cygara potrafi wywołać istny ślinotok u palaczy a następująca po nim wirtuozerska mozaika syntetycznych dźwięków przyprawić o palpitację posiadaczy pełnopasmowych głośników. W skali bezwzględnej, może Synthesis nie był w stanie zaoferować tak bezpardonowego ataku jak Gryphon Antileon EVO Stereo, jednak jak na konstrukcję lampową i jakby nie patrzeć kilkukrotnie tańszą od swojego tranzystorowego rywala trudno mu było cokolwiek zarzucić. Synthesis Metropolis NYC 200i to konstrukcja bez wątpienia wybitna i bezkompromisowa. Lecz warto mieć świadomość, iż pomimo obecności w jej trzewiach baterii żarzących się bursztynowym światłem lamp, zdecydowanie bliżej jej pod względem brzmienia do konkurencyjnych modeli Ayona, bądź Octave czy wręcz mocnych tranzystorów, aniżeli ciepłych, kluchowatych lampiaków. Tutaj na pierwszym miejscu stawiany jest drajw i dynamika a dopiero w dalszej kolejności brane są pod uwagę takie aspekty jak wysycenie, czy generalnie „piękno” grania. Zamiast bowiem kolorować i upiększać reprodukowaną muzykę Synthesis w swym flagowcu stawia na transparentność i prawdomówność. A to, czy tego typu prezentacja przypadnie Wam do gustu zależeć będzie właśnie od Was i waszego toru, w którym 200-ce przyjdzie zagrać. Marcin Olszewski System wykorzystywany w teście: – źródło: transport CEC TL 0 3.0 – przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vvaldi DAC 2.0 – zegar wzorcowy Mutec REF 10 – reclocker Mutec MC-3+USB – Shunyata Research Sigma CLOCK – Shunyata Sigma NR – przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15 – końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo – Wzmacniacz zintegrowany: Ayon Spirit V Kolumny: Trenner & Friedl ISIS Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference XLR: Tellurium Q Silver Diamond IC cyfrowy: Harmonix HS 102 Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi Stolik: SOLID BASE VI Akcesoria: – antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI – platforma antywibracyjna SOLID TECH – zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V – akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i – listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END – panele akustyczne Artnovion Tor analogowy: – gramofon: napęd: SME 30/2 ramię: SME V wkładka: MIYAJIMA MADAKE przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA Step-up Thrax Trajan Dystrybucja: E.I.C Cena: 65 000 PLN Dane techniczne Stopień wyjściowy (1ch): 4 x KT120 Sterujące (1ch): 12BH7 Stopień wejściowy (1ch): 12AX7-ECC83 Układ: Parallel Push-Pull ult. Moc wyjściowa: 230 W RMS @ 4/8 Ω Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz +-0.5 dB Impedancja wejściowa: 50 kΩ Czułość wejściowa: 200 mV / 230 W Odstęp sygnał/szum: >90dB, średnio ważony Wejścia liniowe: DAC, Tuner, DVD, CDP, XLR. Wyjście z przedwzmacniacza: regulowane Pobór mocy: 500 W Max Wymiary (S x G x W): 450 x 630 x 260 mm Waga: 50 kg
  2. Początek września to dla małoletnich koniec letniej laby i powrót do szkolnego kieratu a dla dorosłych nad wyraz bolesne zderzenie z szarą rzeczywistością, permanentnymi korkami i perspektywą jesiennej depresji. Nie inaczej było dzisiaj, gdy Warszawa stanęła w gigantycznym zatorze, jaki ku uciesze ogółu zafundowały służby odpowiedzialne za organizację wizyty Wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednym słowem istny Armagedon. Całe szczęście powyższe przeciwności losu nie pokrzyżowały misternych planów Audio Klanu, który właśnie na pierwszy poniedziałek września przygotował oficjalną premierę najnowszego wzmacniacza zintegrowanego norweskiej marki Hegel – modelu H120, którą poprowadził dyr.ds. sprzedaży i marketingu Anders Ertzeid. W telegraficznym skrócie pozwolę sobie na krótką charakterystykę 120-ki, której oficjalne wprowadzenie na rynek planowane jest co prawda dopiero w okolicach czwartego kwartału b.r., jednak jak widać na niniejszym przykładzie, machina marketingowa już nabiera rozpędu. Tytułowa integra jest bowiem następcą Röst-a, na co z resztą wskazują m.in. iście bliźniaczy wygląd, jak i większość parametrów technicznych. Pozory jednak mylą, gdyż choć H120 bazuje na platformie, którą wykorzystywał Röst, to poddano ją dość gruntownej modyfikacji a największy nacisk położono na sekcję cyfrową. Otóż „dawcą organów” przetwornika cyfrowo-analogowego w 120-ce jest „starszy stopniem” H190, co stanowi znaczną poprawę w stosunku do Röst-a. Niby nadal nie doczekaliśmy się znanej z H390 i H590 obsługi DSD i MQA, a i sam proces dekodowania, przynajmniej na razie, nie jest bit-perfect, ale podobnie jak u jego starszych braci możliwa jest aktualizacja oprogramowania przez Internet, oraz za pomocą menu ekranowego. A skoro wspomniałem o GUI, to z jego poziomu bez najmniejszego problemu można uzyskać zarówno adres IP (konieczny przy instalacjach z obszaru domowej „intelihgencji”), jak i dokonać indywidualnej konfiguracji wszystkich wejść, ustawić maksymalny i początkowy poziomu głośności dla wyjścia słuchawkowego oraz głośników głośnika a nawet aktywować wybudzanie za pośrednictwem sieci lokalnej. Krótko mówiąc użytkownicy Spotify i AirPlay mają do niego dostęp „po sieci”. H120 wykorzystuje również autorski system Hegel SoundEngine 2 zapewniający wysoki współczynniku tłumienia (pow. 2000) przy wyjątkowo niskim poziomie zniekształceń (< 0,01%). Sam wzmacniacz prezentuje się można by rzec „firmowo”, gdyż oczywista unifikacja formy i dopasowanie do starszego rodzeństwa nie pozwoliło na zbytnią ekstrawagancję . I tak, zwartą bryłę o lekko wypukłym froncie ozdobionym czytelnym, błękitnym wyświetlaczem i dwiema gałkami – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą za głośność usadowiono na trzech nóżkach. Na ścianie przedniej znajdziemy jeszcze wyjście słuchawkowe (układ o znacznie obniżonym poziomie szumów w stosunku do tego znanego z Röst-a). Płytę górną nad wyraz szczodrze ponacinano, gdyż zbalansowany stopień wejściowy pracuje w klasie A, a i całemu układowi warto zapewnić odpowiednią cyrkulację powietrza. Ściana tylna odzwierciedla zmieniające się czasy i oczekiwania docelowych odbiorców. Wejścia analogowe są trzy – para XLRów i dwie pary RCA supportowane przez wyjścia (RCA) z przedwzmacniacza na zewnętrzną końcówkę mocy, za to domenę cyfrową reprezentuje „złota piątka” - Coax, 3 x Toslink, USB i Ethernet. Krótka próbka możliwości brzmieniowych 120-ki nad wyraz dobitnie wykazała, że norweskie 2 x 75 W / 8 Ω potrafi wygenerować zarówno niezwykle sugestywną ścianę dźwięku, jak i czarować delikatnością i eterycznością. W przygotowanym przez organizatorów torze, oprócz MacBooka Andersa z zainstalowanym Roonem, znalazły się: przwwód USB Nordost Tyr2, przewód zasilający AudioQuest Firebird High Current, głośnikowe AudioQuest Robin Hood Zero i kolumny Bowers&Wilkins 703 s2. Biorąc pod uwagę wybitnie obiadową porę prezentacji Organizatorzy oprócz doznań natury duchowej zadbali również o sferę cielesną, zapewniając możliwość uzupełnienia tak płynów, jak i spalonych podczas podróży kalorii. Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, jeśli na zakończenie wspomnę, iż Anders Ertzeid zapowiedział swoją obecność na listopadowym Audio Video Show, więc będzie okazja, by spotkać się z Nim i porozmawiać zarówno o 120-ce, jak i pozostałej ofercie Hegla. Marcin Olszewski Charakterystyka techniczna: Moc wyjściowa: 2 x 75 W / 8 Ω Minimalne obciążenie: 2 Ω Wejścia analogowe: 1 zbalansowane XLR i 2 niezbalansowane RCA Wejścia cyfrowe: Coax, 3 x Toslink, USB, Ethernet Wyjście pre-out: para RCA Pasmo przenoszenia: 5 Hz - 100 kHz Stosunek sygnału do szumu: >100 dB Przesłuch: < -100dB Zniekształcenia: < 0,01% przy 50 W, 8 Ω 1 kHz Intermodulacja: < 0,01% (19 kHz + 20 kHz) Współczynnik tłumienia: > 2000 Wymiary ze stopami (W x S x G): 10 x 43 x 31 cm Waga: 12 kg
  3. Z racji wykonywanej profesji, czyli szerokorozumianego audio-bajkopisarstwa, mam to szczęście, że o większości branżowych nowości nie tylko jestem na bieżąco informowany, lecz również, oczywiście jedynie w części przypadków, dane jest mi też rzucić na nie zarówno okiem jak i uchem. Do dość wiernego grona takowych dostarczycieli informacji i hardware’u z pewnością mogę zaliczyć amerykańskiego AudioQuesta, lecz wbrew pozorom nasze wzajemne kontakty praktycznie pomijają ich główne pole działalności, czyli wszelakiej maści okablowanie, lecz dotyczą od jakiegoś czasu sukcesywnie wprowadzanych przez nich akcesoriów. Mowa bowiem zarówno o słuchawkach np. NightOwl czy NightHawk , jak i cieszących się niebywałą popularnością, m.in., ze względu na rewelacyjną relację jakości do ceny, kieszonkową serię przetworników cyfrowo-analogowych USB z rodziny DragonFly. Czyli zminimalizowanych do granic możliwości podstawowego Black-a (vide jego protoplasty) i do niedawna topowego Red-a. Czas jednak płynie nieubłaganie, zarówno wzrastające oczekiwania odbiorców, jak i coraz bardziej mordercza konkurencja wymuszają ciągłe zmiany i koniec końców, gdy z obecnych modeli nie da się już nic więcej wycisnąć na drodze zmian firmware’u przychodzi taki moment, gdy wprowadzany jest kolejny, nowszy i oczywiście lepszy osobnik. I tak też było tym razem, gdy światło dzienne ujrzała nowa, tym razem granatowa „ważka” – Cobalt. Ponieważ od ponad siedmiu lat bryła klasycznego pendrajwa się sprawdza Amerykanie również i tym razem na nią postawili i zamiast kombinować z wymyślaniem koła na nowo w Cobalcie powielili sprawdzone w bojach rozwiązania. Mamy zatem do czynienia z niezwykle zwartym, opalizującym metalicznym granatem korpusem przyozdobionym charakterystyczną ważką i z jednej strony zakończonym wtykiem USB (chronionym stosowną skuwką) a z drugiej gniazdem mini jack. W komplecie, wraz z DACzkiem otrzymujemy przewód / przejściówkę na USB-C i eleganckie skórzane etui. Do nas natomiast, dzięki uprzejmości dystrybutora - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, tytułowy przetwornik dotarł wraz z dodatkowym adapterem Micro USB, co pozwoliło na jego (AudioQuesta, nie dystrybutora) testy ze smartfonem. A teraz ciekawostka natury przyrodniczej. Otóż pomimo faktu, iż sercem Cobalta jest 32-bitowy układ przetwornika ESS ES9038Q2M pozwalający na dekodowanie sygnałów PCM do 384 kHz a DSD do 22.6MHz a „mózgiem” mikroprocesor PIC32MX274, to flagowy DragonFly nadal swoje występy kończy na wydawać by się mogło mocno trącących myszką 24-bit / 96kHz, na otarcie łez dokładając jedynie dekodowanie MQA. Jednak w tym pozornym szaleństwie jest metoda. Otóż DragonFly’e zostały stworzone przede wszystkim z myślą o miłośnikach muzyki a nie komputerowych geekach, dla których pogoń za przysłowiowym króliczkiem i zmiany sterowników w kilkudniowych interwałach są chlebem powszednim. O nie, w tym przypadku ma być tak prosto i łatwo jak to tylko możliwe i rzeczywiście tak jest. Niezależnie bowiem czy podepniemy tytułowego malucha pod komputer, tablet, czy telefon on natychmiast zgłosi swoją gotowość do pracy, przyjmie na swoje barki obsługę wszystkich dźwięków systemowych i po podłączeniu słuchawek, bądź przewodu sygnałowego zakończonego mini-jackiem będzie można cieszyć się ulubioną muzyką. Zero kombinowania, zero stresów. W porównaniu z młodszym rodzeństwem poprawiono natomiast sekcję zasilania a szczególnie filtracji wszelakiej maści zakłóceń. Regulacja głośności jest 64-bitowa, oczywiście bit-perfect i obsługuje ją podobnie jak w modelu Red układ ESS Sabre 9601 a napięcie wyjściowe wynosi solidne 2.1 V, co powinno ucieszyć posiadaczy trudnych do wysterowania słuchawek. Warto również wspomnieć, że tak jak Black i Red, tak i Cobalt oferuje możliwość upgrade’u firmware’u z poziomu dedykowanej aplikacji AudioQuest Desktop Device Manager. Jak nakazuje obecna w rodzinie DragonFly AudioQuesta tradycja informacje o częstotliwości próbkowania, oraz dekodowaniu MQA sygnalizowane są kolorem podświetlenia firmowej ważki. I tak standard (domyślne ustawienia systemowe) to kolor czerwony, 44.1kHz zielony, 48kHz niebieski, 88.2kHz żółty, 96kHz jasnoniebieski, MQA fioletowy (purpurowy). Ekipa AudioQuesta zachwala Cobalt jako „najpiękniej grającego DragonFlay’a, jakiego wyprodukowali do tej pory” i … nie wypada mi nie przyznać im racji. O ile pierwszy, będący protoplastą Black-a, model budził niekłamany podziw, że taki maluch w ogóle potrafi „rozruszać” słuchawki a Red po prostu wgniatał dynamiką w fotel, o tyle Cobalt idzie o krok, bądź nawet dwa dalej. Po pierwsze zachowując walory dynamiczne swojego czerwonoskórego ziomka dodaje do tego niesamowicie czarne, aksamitne tło i nie boję się użyć tego sformułowania … wyrafinowanie. Chodzi bowiem o to, iż sumując wyżej wymienione aspekty brzmienia bardzo szybko dochodzimy do wniosku, że właśnie owo wyrafinowanie i osiągnięty przez granatową ważkę poziom rozdzielczości mają się nijak zarówno do jej postury, jak i … ceny. W dodatku nie dość, że bez najmniejszych problemów wysterował dokanałowe Finale E3000, to najlepsze efekty uzyskałem z nausznymi Meze (99 Classics Gold i 99 Neo). Procedura akomodacji i wygrzewania przebiegła bez większych sensacji i jedyne co wpadło mi w ucho to fakt, iż nawet wyjęty prosto z kartonu, niemalże fabrycznie nowy Cobalt już jasno dawał do zrozumienia, że warto poświęcić mu dłuższą chwilę. Dlatego też dałem mu spokojnie odnaleźć się w nowym środowisku a gdy okres ochronny minął od razu przystąpiłem do krytycznych odsłuchów sięgając po niezwykle mroczny i wielowarstwowy album „Sigur Rós Presents Liminal Sleep” Sigur Rós. Trudne do identyfikacji noise’owe trzaski, snujące się subsoniczne tło, które momentami wręcz miażdży swą bestialską potęgą bębenki słuchaczy i iście doomowe tempa sprawiają, że nie jest to repertuar lekki, łatwy a tym bardziej przyjemny. Jednak AudioQuest w swej szafirowej odsłonie potrafił pokazać jego surową monumentalność i niezaprzeczalne piękno. Barwy były ciemne, gęste lecz jednocześnie nie nosiły znamion przygaszenia, co dodatkowo podkreślało organiczną wręcz homogeniczność przekazu. O ile jednak Sigur Rós mógł sprawiać nieco klaustrofobiczne wrażenie (efekt całkowicie świadomy i zamierzony), o tyle pozostając w kręgu szerokorozumianej elektroniki, to już „A Different Kind Of Human – Step 2” Aurory rozpościera przed nami hektary przestrzeni a wokal artystki to się oddala, to niemalże wwierca się w naszą korę mózgową a najwyższe składowe pomimo swojej niezaprzeczalnie krystalicznej czystości pozbawione są nawet najmniejszych oznak ziarnistości, czy ofensywności. Dokonując swoistej wolty i przechodząc do stricte naturalnego instrumentarium i cofając się do początku lat 60-ych odkrywamy drugie oblicze Cobalta, który na „Getz/Gilberto” João Gilberto i Stana Getza roztacza czar niczym rasowy lampowiec oferując dźwięk niesamowicie lepki i niemalże karmelowo słodki. Podczas słuchawkowego odsłuchu nie przeszkadza też nieco archaiczne podejście do umieszczania poszczególnych źródeł pozornych to w jednym, to w drugim kanale i dość ostentacyjne wypchnięcie pierwszoplanowych wokali. Tak jednak wtedy nagrywano a AudioQuest jedynie ową prawdę czasów nam prezentuje. Za to hollywoodzka symfonika - „Celebrating John Williams (Live At Walt Disney Concert Hall)” w wykonaniu Los Angeles Philharmonic pod batutą Gustavo Dudamela nad wyraz dobitnie pokazała, że i wielki aparat wykonawczy niepozornemu „pendrivewowi” niestraszny. Niezwykle sugestywnie został oddany nie tylko wolumen generowanego przez kilkudziesięcioosobową orkiestrę dźwięku, lecz przede wszystkim jego wieloplanowość i złożoność. To nie była bezkształtna masa, przysłowiowa ściana dźwięku, lecz … i tutaj będzie coś na kształt oksymoronu, czyli misternie utkany z poszczególnych, pojedynczych instrumentów, na wskroś transparentny monolit. Mamy bowiem jednocześnie do czynienia z potęgą nierozerwalnej całości, lecz bez najmniejszego problemu jesteśmy w stanie wniknąć w jego strukturę na praktycznie dowolną głębokość i nie tracić nic a nic z ostrości widzenia tak całości, jak i detalu. To coś jakby móc obserwować dane wydarzenie z dwóch perspektyw. Jednym słowem jest nie tyle dobrze, co bardzo dobrze a na tym pułapie cenowym wręcz nieprzyzwoicie … dobrze. Jak mam nadzieję wynika z powyższego tekstu AudioQuest ani myśli spoczywać na laurach i opuszczać gardę, lecz czerpiąc z doświadczeń zdobytych przy modelach Black i Red po raz kolejny podnosi poprzeczkę wprowadzając na rynek DragonFly Cobalt. Warto podkreślić fakt, iż pozostając cały czas w kręgu całkowitej bezobsługowości swoich urządzeń i budzących u niezaznajomionych z tematem osobników uśmiech pobłażania parametrów pracy (24-bit / 96kHz) jest w stanie ze zdigitalizowanych zbiorów więcej aniżeli sięgająca po niemalże kosmiczne technologie, upsamplingi i DSD konkurencja. I jeszcze jeden drobiazg. Otóż wraz z Cobaltem otrzymujemy 3 miesiące Tidal Hi-Fi gratis. Mała rzecz a cieszy. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini – Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; Meze 99 Neo; Finale E3000 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference XLR – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 333 PLN Dane techniczne: Obsługiwane rozdzielczości i częstotliwości próbkowania: max.24-bit / 96kHz, wsparcie MQA Napięcie wyjściowe: 2,1V Wzmacniacz słuchawkowy: ESS Sabre 9601 Mikrokontroler: PIC32MX274 Przetwornik: ESS ES9038Q2M Regulacja głośności: 64-pozycyjna, 64-bit, bit-perfect Wymiary (WxSxD): 12 x 19 x 57 mm
  4. Zobacz cały artykuł
  5. Zobacz cały artykuł
  6. Kontynuując typowo wakacyjną tematykę nie chciałbym wyjść na osobnika starszego niż węgiel, ale jeszcze w PRL-u, czyli wcale nie tak dawno temu, letni wyjazd dla większości społeczeństwa oznaczał bądź to prywatne kwatery, bądź coś nieco bardziej zorganizowanego w ramach FWP. W dodatku, oprócz oczywistych rozrywek na świeżym powietrzu, dostępność do tzw. „okna na świat”, czyli telewizora ograniczała się do ledwo zipiącego Rubina w świetlicy, bądź … nie było jej wcale. Dlatego też niezwykłym „szacunem” i popularnością „na ośrodku” cieszyli się wczasowicze dysponujący własnymi – przenośnymi, przywiezionymi z domu, odbiornikami a posiadaczy wersji umożliwiających zasilanie napięciem 12V, szczególnie na kampingach większości wygód pozbawionych, otaczano niemalże bezgranicznym uwielbieniem. Niby oferta programowa (TVP1 i 2) nie oszałamiała, ale rozgrywki w piłkę kopaną, bądź któryś z ówczesnych festiwali dało się obejrzeć a przy okazji niezwykle szybko z nowopoznanym towarzystwem zintegrować. A dzisiaj? Wypad do destynacji bez szerokopasmowego dostępu do internetu, drinków z palemką i oferty all inclusive wydaje się niczym karna zsyłka do gułagu. Niby TV mało kto już ogląda, skoro większość cieszących się popularnością produkcji dostępna jest w ofercie VOD, więc oglądamy je wtedy, kiedy to my mamy czas i ochotę a nie, kiedy łaskawie wyemituje ją nadawca, lecz całe szczęście jeszcze nie do końca zapomniany został zwyczaj wspólnego spędzania czasu. Szczególnie wieczorkiem, bądź podczas poobiedniej sjesty, miło wyciągnąć się na tarasie, włączyć jakąś akceptowalną dla ogółu słuchaczy muzykę i po prostu ze sobą pobyć. Zamiast jednak zdawać się na łaskę i niełaskę lokalnych radiowęzłów, bądź zarzynać już i tak ledwo zipiące smartfony, gorąco polecam swoiste uniezależnienie się od zastanych warunków i inwestycję w recenzowaną w zeszłym tygodniu Envayę Denona , bądź, jeśli wodo i kurzo – odporność nie jest konieczna, a i dostępność do zasilania będzie powszechna, wybór reproduktora dźwięków miłym naszym uszom nieco większej postury. Mam na myśli niezwykłą propozycję szwedzkiej marki Audio Pro pod postacią głośnika bezprzewodowego Addon C5. Próbując choćby pokrótce przybliżyć aktualną ofertę działających od 1978 r. Szwedów warto zwrócić uwagę, iż postawili oni wszystko tak na łączność bezprzewodową, jak i wzajemną łatwość integracji własnych wyrobów ze sobą. Chodzi jednak nie tylko o parowanie, ale i możliwość dystrybucji dźwięku ze źródła podpiętego pod jeden z głośników Adio Pro do pozostałych, w ramach konwencjonalnych konfiguracji stereofonicznych, jak i bardziej rozbudowanych multiroom. Dostarczony, przez dystrybutora marki - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, Addon C5 należy właśnie do rodziny głośników multiroom, w skład której wchodzą dwie jednostki A (A10 i A40), pięć Addon C (C3, C5, C5A, C10, C-Sub), D-1, oraz wolnostojące Drumfire i „kieszonkowy” Link 1. Oprócz tego jest jeszcze linia Bluetooth obejmująca modele Addon o oznaczeniach T3, T5, T10 gen2, T14, T20 i Sub. Krótko mówiąc jest w czym wybierać – od sypialniano-kuchennych maluchów po solidne podłogówki. A tytułowa C5-ka wpisuje się mniej więcej w środek stawki będąc jednostką zdolną z powodzeniem nagłośnić nawet 20-30 metrowe pomieszczenie i jednocześnie na tyle kompaktową – o gabarytach zbliżonych do niewielkiego tostera, że spokojnie da się ją upchnąć do bagażnika na rodzinny wypad. Co ciekawe, rodzimy dystrybutor dość asekuracyjnie zdecydował się jedynie na ¾ oferowanej przez Szwedów palety barw stawiając na „bezpieczne” biel, czerń i szarość, dziwnym zbiegiem okoliczności pomijając delikatny … róż. Nie mówię, że osobiście byłbym takim „malowaniem” zainteresowany, ale zgodnie z zasadą „czym skorupka za młodu …” może warto byłoby pomyśleć o „małych księżniczkach”, i o tych „nieco” większych też. Mniejsza jednak z tym. Korpus C5-ki posadowiono na dwóch parach nóżek, z których przednie są nieco wyższe, więc front jest delikatnie odchylony do tyłu, co automatycznie poprawia brzmienie, szczególnie gdy ustawi się C5 poniżej uszu słuchaczy. Centrum owego frontu zajmuje 4” przetwornik basowy a po jego obu stronach – w prawym i lewym rogu schowano za metalowymi maskownicami ¾” tekstylne kopułki wyskotonowe. Ich amplifikację stanowi D-klasowy wzmacniacz oferujący moc, odpowiednio 25W na bas i 2x8W na górę pasma. Elegancki „złoty” szyld z panelem sterowania umieszczono na ścianie górnej tuż przed równie stylową, skórzaną rączką z firmowym logotypem. Z jego poziomu mamy dostęp do wyboru źródła (potwierdzają to stosowne diody), podstawowej nawigacji (play/pauza), regulacji głośności i czterech przycisków szybkiego wyboru, którym można przypisać ulubioną playlistę, bądź internetową rozgłośnię radiową. Nie zabrakło też wyjścia słuchawkowego, co w tej klasie urządzeń jest dość rzadkim widokiem. Plecy C5-ki prezentują się równie intrygująco, gdyż oprócz ujścia kanału bass refleks znajdziemy tam parę wejść liniowych RCA, przycisk aktywujący parowanie z lokalną siecią Wi-Fi i stosowny przełącznik trybu pracy urządzenia (po Wi-Fi, bądź przewodowo/Bluetooth), wyjście na subwoofer, gniazdo USB do ładowania smartfonów/tabletów, port Ethernet i zasilającą „ósemkę”. Sama konfiguracja i podstawy obsługi są na tyle intuicyjnie i świetnie opisane zarówno w dołączonej w komplecie papierowej instrukcji, jak i na dostępnych na stronie producenta filmikach instruktarzowych, że tym razem pozwolę je sobie pominąć, przechodząc od razu do clue, czyli brzmienia, bo to jest coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. Zwykło się bowiem przyjmować, że miejsce takich gabarytów „radyjek” jest w kuchni, bądź sypialni, gdzie mają stać i sobie niezobowiązująco brzęczeć. Tymczasem w przypadku C5-ki sugeruję przy pierwszym uruchomieniu zapobiegliwie „zjechać” z głośnością źródła, bo ten niepozorny maluch naprawdę potrafi ryknąć. W dodatku nawet przy wysokich poziomach głośności nie sposób przyłapać go na jakichkolwiek oznakach przesterowania, czy krzykliwości. Dźwięk cały czas pozostaje czysty i dynamiczny. Basu, co zrozumiałe, jest sporo, ale nie wykazuje on tendencji do zbytniego dudnienia, czy prób zawłaszczania sobie pozostałych podzakresów. Jego rola jest za to nie do przecenienia przy nagraniach, gdzie właśnie podstawy basowej nieco brakuje. Weźmy na to starocie ze ścieżki dźwiękowej do „Hitsville: The Making Of Motown”, które na Audio Pro zabrzmiały tak jak powinny – tłusto i soczyście. Równie miłym zaskoczeniem okazał się odsłuch „Africa Speaks” Santany, gdzie gitara frontmana miała właściwą sobie zadziorność świetnie połączoną ze słodyczą i melodyjnością. Przy okazji odsłuchu tego albumu wyszło jeszcze na jaw, że pomimo rozmieszczenia w obu narożnikach wysokotonówek warto pamiętać, by zajmować miejscówki na ich osi, gdyż już przy 15-20° odchyleniu ilość wysokich tonów i generalnie rozdzielczość przekazu wyraźnie spada. Co prawda sytuację poprawia odsunięcie głośnika od słuchacza, jednak nie zawsze mamy możliwość ustawienia go 3-4 metry od odbiorcy. Kolejna uwaga dotyczy wzięcia sobie do serca zaleceń producenta, by podczas korzystania z transmisji sygnału innej aniżeli Wi-Fi przestawiać znajdujący się na plecach głośnika przełącznik na „Input play”. Możecie mi wierzyć, bądź nie, ale to naprawdę słychać. A właśnie – C5-ka po Wi-Fi gra wybornie – na równi z wejściami liniowymi, a Bluetooth „gubi” nieco planktonu. Dźwięk jest czysty, rozdzielczy i świetnie zdefiniowany, co pozwala wyobrazić sobie całkiem udaną konfigurację, w której ww. jednostka z powodzeniem pełnić może rolę zarówno soundbara (w większości przypadków głośniki we współczesnych odbiornikach TV to kpina), jak i codziennego źródła muzyki granej z popularnych serwisów streamingowych, czy też zgromadzonej na lokalnym NAS-ie. W dodatku dokupienie kolejnej jednostki pozwoli stworzyć z nich bądź to klasyczny – stereofoniczny set, bądź zestaw multiroom i nawet z niedrogim gramofonem w torze cieszyć się brzmieniem „czarnych” płyt nie narażając ich na np. dość mało przyjazne środowisko kuchenne. Audio Pro Addon C5 to świetny przykład na to, w jakim kierunki zmierza konsumenckie audio. Oprócz wygody i łatwości użytkowania mamy bowiem do czynienia z prostą, wtapiającą się w otoczenie formą i praktycznie pełną dowolnością komunikacji. Nie dość bowiem, że do dyspozycji otrzymujemy oba typy transmisji bezprzewodowej i sterowanie głosem (amazon alexa), to w dodatku bez najmniejszego problemu możemy zdecydować się na „fizyczne” połączenie z lokalną siecią Ethernet i przewodowe z odbiornikiem TV, bądź nawet gramofonem a dostarczony sygnał rozpropagować po całym domostwie. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 999 PLN Dane techniczne Moc wzmacniacza: 40 W Digital class D (2x8W + 25W) Przetworniki: 2 x ¾” tekstylne kopułki wyskotonowe + 4” przetwornik basowy Pasmo przenoszenia: 50 – 20.000 Hz Częstotliwość podziału zwrotnicy: 3.800Hz Wejścia: WiFi, Bluetooth V4.0, RCA in and Aux In 3.5mm stereo Wyjścia: Sub output, USB DC OUT /max 5V, 1000mA Łączność bezprzewodowa: WiFi 802.11 b/g/n, 2.4GHz; Bloetooth 4.0 Obsługiwane formaty audio: MP3, WMA, AAC, FLAC, Apple Lossless Wymiary (S x W x G): 250 x 130 x 150 mm
  7. Zobacz cały artykuł
  8. No i w końcu jest. Upragniony i z wytęsknieniem przez calutki rok wypatrywany urlop. Hotel zaklepany, pogoda gwarantowana, wszelakiej maści mazidła o sunfactorze 50, kąpielówki i zestawy ABC do snorkelingu spakowane, więc przynajmniej teoretycznie można ruszać na podbój Morza Czerwonego. Tak przynajmniej mogłaby uważać większość „normalnej” części naszej populacji. Cóż jednak mają począć jednostki w ciężkim stadium uzależnienia od ulubionej a zarazem jakże różnej od serwowanej z hotelowych radiowęzłów muzyki? Wzorem starszego pokolenia zaopatrzyć się we współczesny odpowiednik walkmana (bądź po prostu dowolny smartfon z odpowiednio pojemną kart pamięci) i słuchawki? Oczywiście można, lecz przy temperaturach już o godz. 9-ej rano przekraczających 30°C (i to w cieniu) niespecjalnie takie rozwiązania polecam. Najwidoczniej do podobnych wniosków doszły ekipy kilku popularnych producentów tzw. elektroniki użytkowej, jakiś czas temu sprowadzając do sprzedaży odporne na trudy wakacyjnych wojaży przenośne i zarazem bezprzewodowe głośniki, których bezpośrednio do ciała przytykać nie trzeba. Pamiętacie nad wyraz udane połączenie grającego „termosu” z kolorofonem, czyli JBL Pulse 3? Jeśli nie, to polecam odświeżyć sobie pamięć a jeśli tak, to dzisiaj mam przyjemność przedstawić jego nieco bardziej pod względem designu stonowaną konkurencję, czyli głośnik bluetooth Denon New Envaya. Od razu na wstępie zaznaczę, że moja pryszczata progenitura od ładnych paru lat z powodzeniem i bez jakichkolwiek „ale” eksploatuje nieco zredukowanego pod względem gabarytów protoplastę tytułowego gościa, czyli Envayę Mini, więc jeśli coś istotnego dla postronnego obserwatora tak z walorów użytkowych, jak i brzmieniowych pominę, to serdecznie przepraszam, ale będzie to wynikało nie z mojej złej woli, bądź złośliwości (podobno wrodzonej), lecz najzwyczajniej w świecie z przyzwyczajenia. Warto bowiem wspomnieć, iż Denona charakteryzują budowa i ergonomia na tyle proste i oczywiste, że nawet nigdy nie mając do czynienia z tego typu gadżetami w przysłowiowym mgnieniu oka go okiełznamy. Po pierwsze próżno szukać w nim jakichkolwiek udziwnień i prób łapania potencjalnego klienta za oko kontrowersyjną stylistyką, czy tez krzykliwymi kolorami. O nie. To całkowicie nieabsorbująca, zbliżona do prostopadłościanu, bryła o zaokrąglonych krawędziach o jednolicie czarnej, bądź szaro-czarnej szacie. Większą część korpusu otula estetyczna dzianina maskownicy z centralnie umieszczonym na ścianie frontowej firmowym logotypem. Przyciski odpowiedzialne za włączanie, regulację głośności i obsługę połączeń oraz parowanie zlokalizowano na prawym boku a na spodzie nie zabrakło niewielkich gumowych wypustek zapobiegających przesuwaniu się Denona po płaskich i śliskich powierzchniach. Interfejs audio pod postacią gniazda mini jack ukryto wraz z portem USB (do ładowania) na ściance tylnej pod solidnie uszczelnioną zaślepką. Przed oczami ciekawskich ukryte są również odpowiedzialne za brzmienie trzewia, czyli pracujący w klasie D wzmacniacz o mocy 2x13,5W i dwa 40 mm pełnopasmowe przetworniki wspomagane membraną bierną o rozmiarze 53x135 mm. A teraz najlepsze. Otóż moje uwagi o wzorowej ergonomii nie wzięły się znikąd, gdyż po wyjęciu z pudelka, podczas pierwszego uruchomienia Envaya automatycznie przechodzi w tryb parowania, więc wystarczy wybrać ją z widocznych z poziomu tabletu / smartfonu urządzeń i już. Tzn. prawie już, gdyż Envaya zapewnia nie tyko parowanie ze źródłami, co niezwykle miłe dla audiofilów, znane m.in. z Vify Reykjavik parowanie do klasycznego stereo. Krótko mówiąc wystarczy dokupić drugiego, tytułowego Denona i mieć przenośny „desktopowy” set. Jakby nie patrzeć jedna ¾ - ka (dość luźna wariacja nt. jej wagi) to całkiem niezła zapowiedź imprezy, za to dwie, to już fulllwypas zdolny zapewnić nagłośnienie całkiem niezłej beach party. Nie wierzycie? No to zapraszam na część poświęconą brzmieniu. Tym razem, dzięki uprzejmości Horna – dystrybutora marki, miałem okazję New Envayę przetestować nie tylko w domowym zaciszu, co również plażowo-basenowym entourage’u. Nie oznacza to bynajmniej, że Horn zasponsorował mi dwutygodniową labę w Marsa Alam, lecz wyraził zgodę na przetestowanie będącego obiektem niniejszego testu „batona” w naturalnym, dedykowanym mu środowisku. W końcu jak inaczej zweryfikować zapewnienie producenta o kurzo i wodo-odporności określonych standardem IP67, gwarantującym że Envaya może przybywać 1m pod wodą przez 30 minut bez obawy o jakiekolwiek uszkodzenia. Zacznijmy jednak od początku, czyli od odsłuchów domowych. Tidal HiFi, nieco ponad dwudziestometrowy pokój i … nie tylko „No.6 Collaborations Project” Eda Sheerana, ale i „Hunt” Amarok zabrzmiały z zaskakującą dynamiką i werwą. Co istotne pozornie większy, aniżeli można byłoby się spodziewać po takim maluchu dźwięk nie był nawet w najmniejszym stopniu przekłamany, czy karykaturalny, co już nie raz pokazały wszelakiej maści boomboxy. Oczywiście dało się zauważyć oczywisty efekt „loudness” sprawiający, że skraje pasma nawet przy cichym odsłuchu nie „ginęły”, ale wszystko podporządkowane było zdrowemu rozsądkowi i szerokorozumianej naturalności. Dzięki temu z powodzeniem można było mówić zarówno o soczystości, jak i całkiem przyjemnej rozdzielczości, dających wielce satysfakcjonujący wgląd w nagrania tak popowe, jak i o wiele bardziej złożone prog-rockowe. Co ciekawe, choć o konwencjonalnej stereofonii mowy nie było, lecz słuchając Envay’i z odległości 3, czy też 4 merów zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bowiem oferowany przez nią dźwięk był nad wyraz homogeniczny, spójny i kompletny, a i możliwość wykorzystywania jej w roli zestawu głośnomówiącego świetnie sprawdzała się w praktyce. Zmiana otoczenia na basenowo - plażowe to z jednej strony wydawać by się mogło naturalne środowisko Denona a z drugiej oczywisty brak wspomagania najniższych składowych przez ściany. Jak się jednak miało okazać nawet w takich, typowo plenerowych okolicznościach przyrody, tytułowy „baton” czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie i to niezależnie od tego, czy akurat przyszło mu uprzyjemnić nam czas na basenie, czy dostarczać rozrywki czaplom i krabom przechadzającym się po plaży. Generalnie nawet tak mało egipski repertuar jak „Runaljod – Ragnarok” Wardruny był w stanie dostarczyć masę frajdy podczas niespiesznego „leżakowania” z drinkiem w dłoni. W dodatku nie mniej angażująco wypadł wymagający skupienia album „Sketches Of Spain 50th Anniversary (Legacy Edition)” Miles Davis, którego wcale nie trzeba było słuchać zbyt głośno, gdyż swingujące dęciaki i szeleszczące kastaniety idealnie wkomponowywały się w szum fal i skrzeczenie wodnego ptactwa traktującego plażę i powstałe podczas odpływu mielizny jako codzienny bufet w ofercie all inclusive. Jeśli jednak przychodziła nam ochota na chwilowe szaleństwo przy „Lateralus” TOOL-a, to nawet „rozkręcona” na maxa Envaya dzielnie broniła się przed kapitulacją i nieprzyjemnymi przesterowaniami, czy kompresją Jeśli zatem wybieracie się na w pełni zasłużone wakacje i zarazem niekoniecznie czujecie ekscytację na myśl o dyskotekowych aranżacjach evergreenów Europe, Bon Jovi, czy nawet Franka Sinatry i Elvisa, lepiej zapobiegliwie zaopatrzcie się w Denona New Envaya, dzięki któremu będziecie w stanie stworzyć własną enklawę pulsującą ulubionymi rytmami. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 895 PLN (regularna), 699 PLN (w promocji) Dane techniczne: - Bluetooth v. 4.1 - Profil Bluetooth: A2DP/AVRCP/HFP/HSP - Parowanie: do 8 urządzeń - Bezprzewodowe parowanie stereo - Kodek: SBC / AAC / aptX - Moc wyjściowa (znamionowa): 2x13,5 W - Wbudowany wzmacniacz: Klasa-D - Przetworniki: 2x40mm przetworniki pełnozakresowe, 53x135 mm membrana pasywna - Typ baterii: litowo-jonowy (2-komorowy) - Pojemność baterii: 7,2 V 3000 mAh - Czas odtwarzania: do 13 godz. (w zależności od poziomu głośności) - Czas ładowania: 3,5 godz. - Norma odporności na kurz i wodę: IP67 - Wejście AUX: 3,5 mm - Rozmowy telefoniczne: tak - Aktywacja Siri: tak - Wymiary (S x W x G): 209 x 77 x 74 mm - Waga: 0,75 kg - Dołączone akcesoria: pasek do noszenia, płaski przewód Micro USB, instrukcja szybkiego uruchamiania
  9. Pomijając budżet odsłuchy sugerowałbym rozpocząć właśnie od rodzimej (zaskakująco niedocenianej) końcówki Abyssound ASX-2000 i mając taki punkt wyjściowy szukać dalej.
  10. Starsi czytelnicy zapewne pamiętają „Hibernatusa” - świetną komedię z … 1969r. z Louisem de Funèsem. To przeurocza historia Paula Fourniera, który po ponad półwiecznej „hibernacji” w bryle lodu zostaje odmrożony przez sztab lekarzy, a po wybudzeniu umieszczony w „archaicznym” otoczeniu pozwalającym uniknąć mu tzw. szoku cywilizacyjnego. Gdyby powyższą fikcję przenieść w nasze czasy i ową hibernację skrócić do dajmy na to dwudziestu - dwudziestu pięciu lat, to urządzając lokum dla takiego Hibernatusa wcale nie trzeba byłoby sięgać do popularnych serwisów aukcyjnych i sklepów ze starociami, lecz po prostu udać się do jednego z Salonów Top HiFi & Video Design – dystrybutora m.in. japońskiego Rotela. Nie wierzycie? No to w ramach małej retrospekcji zastanówmy się cóż tam ciekawego ćwierć wieku temu można było znaleźć na sklepowych półkach. Z popularnych marek na pewno warto wymienić elektronikę Denona, Sony, Technicsa i Yamahy a bardziej zorientowanych w temacie Hi-Fi audiofilów interesowały również urządzenia Creeka, NAD-a, Audiolaba i będącego dostarczycielem obiektów niniejszego testu, o czym dosłownie za chwilę, Rotela. Patrząc jednak ich obecną ofertę bardzo szybko okaże się iż Denon gruntownie przearanżował własną szatę wzorniczą, Sony skupiło się głównie na telewizorach, Technics usilnie udaje coś, czym nigdy nie był i jedynie Yamaha przypomniała sobie o złotych latach Hi-Fi. Co ciekawe, z pozostałej – audiofilsko ukierunkowanej czwórki, jedynie Rotel pozostał wierny dawnym ideałom i pomimo upływu czasu po prostu robi swoje, pozornie ignorując zmieniające się mody i oczekiwania rynku. Jest to o tyle dziwne, że w dobie wszechobecnego streamingu i prawdziwej hegemonii plików próżno szukać w jego portfolio nie tylko wydawałoby się koniecznych do utrzymania na powierzchni streamerów (tzn. niby jest T14, ale oficjalnie uznawany jest on za … tuner), co nawet niezależnych DAC-ów. Żeby było ciekawiej tytułowy producent w swych materiałach prasowych jawnie zachęca do szukania takowych źródeł wśród … oferty innych wytwórców, wspominając między innymi Sonosa i Apple TV, czy nawet zwykłe komputery. Dziwne? W dzisiejszych czasach z pewnością, lecz patrząc na taką politykę całkowicie z boku - bez emocji, po prostu szczere. I właśnie w takich okolicznościach przyszło nam zmierzyć się z zestawem Rotela w skład którego weszły podstawowy odtwarzacz CD11 i drugi od dołu wzmacniacz zintegrowany A11. Powiedzieć, że 11-ki prezentują się klasycznie to z jednej strony trafić w sedno a z drugiej stosując język potoczny „wpakować się na minę”. Chodzi bowiem o to, iż mając do czynienia ze wzornictwem niejako „przyspawanym” do estetyki lat 90-ych zahaczamy o co najmniej dwa pokolenia odbiorców. Pierwsze – starsze, dla którego owe Rotele jawią się jako synonimy stabilności i ikony zdrowego podejścia do tematu Hi-Fi, gdzie za naprawdę rozsądne kwoty można było nabyć z jednaj stronu pozbawione wodotrysków i skromne, lecz solidnie wykonane i równie dobrze grające urządzenia w stylu ww. Rotela, Creeka czy Audiolaba. I drugie – o owe ćwierćwiecze młodsze, patrzące na ten niezaprzeczalnie minimalistyczny design z nieco „muzealnym” zainteresowaniem. Centralnie umieszczone, jednowierszowe, błękitno-czarne wyświetlacze nadają tytułowemu duetowi spójności, podobnie z resztą jak okupujące lewe narożniki włączniki główne. CD11 pod wyświetlaczem ma szufladę napędu a po prawej przycisk jej otwierania/zamykania i pięć bliźniaczych funkcyjnych. Jego rewers jest równie oszczędny i może poszczycić się jedynie parą (całe szczęście przyjemnie rozsuniętych) wyjść analogowych, cyfrowym wyjściem koaksjalnym, gniazdem RS232, rotel linkiem, triggerem i zasilającym IEC. Wejść cyfrowych, w tym o wydawać by się mogło obowiązkowym USB, brak Wnętrze odtwarzacza może wywołać lekką konsternację, gdyż znajdziemy tam jedynie niepozorną, przymocowaną do ściany tylnej, płytkę drukowaną, mechanizm transportu i pozornie klasyczną sekcję zasilania. Pozornie, gdyż tak naprawdę jest to hybrydowy liniowo-impulsowy układ w którym sekcję sygnałową obsługuje „klasyczne” trafo a pozostałe układy impulsówka. Z istotnych informacji warto nadmienić, iż sercem urządzenia jest kość PCM5102A. Front integry A11 oferuje za to gniazdo słuchawkowe mini jack, selektory wyjść głośnikowych, pięć przycisków dedykowanych poszczególnym wejściom i kolejne trzy odpowiedzialne za obsługę menu. Wyliczankę zamyka pokrętło regulacji głośności. Ścianę tylną dość szczelnie wypełnia pięć par wejść liniowych (w tym phono z dedykowanym zaciskiem uziemienia), wyjście na zewnętrzną końcówkę mocy, świadcząca o przynależności do XXI w. antena Bluetooth, zdublowane terminale głośnikowe, gniazdo magistrali firmowej, interfejsy triggera i RS232, oraz gniazdo zasilania IEC. Od razu w tym miejscu zaznaczę, że wspomniane terminale głośnikowe, choć zakręcane umieszczono na tyle ciasno, że nad wyraz skutecznie zniechęcają do prób z przewodami zakończonymi widłami. Dlatego też zamiast niepotrzebnie się stresować, przy okazji narażając wzmacniacz na zwarcie, sugeruję od razu zdecydować się na przewody zakończone bananami. Dostępna z poziomu tak pilota, jak i menu, wbudowana equalizacja, którą oczywiście można obejść (fabrycznie uaktywniona jest funkcja Bypass), pozwala na standardową regulację ilości wysokich i niskich tonów, oraz wybór jednego z dwóch predefiniowanych profili – Rotel Boost i Rotel Max. Sekcja zasilająca to klasyczne, toroidalne trafo i dwa, osadzone na szczelnie wypełniającym wnętrze zielonym laminacie, dość niepozorne kondensatory o pojemności 6800µF każdy, a w stopniu wyjściowym znajdziemy po parze, przymocowanych do sporych rozmiarów radiatora, komplementarnych tranzystorów bipolarnych A1695/C4468 zdolnych oddać po 50 W przy 8 Ω. W ciągu ostatniego półwiecza (z małym okładem) Rotel zdążył przyzwyczaić swoich odbiorców do własnej szkoły brzmienia. To w telegraficznym skrócie energetyczne, szybkie granie oparte na świetnie kontrolowanym, nieco „żylastym” basie. I tytułowe 11-ki poniekąd wytyczonym przez swoich przodków szlakiem idą. Zanim jednak skupimy się na niuansach natury brzmieniowej pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącej samej kultury pracy obu urządzeń. Otóż przy budżetówce, a właśnie na takich pułapach cenowych dzisiaj operujemy, zwykło się przymykać oko na pewne, uznawane za oczywiste kompromisy. A to, że przynajmniej przy początku skali kanały mogą być nie do końca zrównoważone, przy włączeniu dostajemy mniej, bądź bardziej delikatny strzał w głośniki, bądź tacka transportu wysuwa się jakby cierpiała na ciężki przypadek pląsawicy i lada chwila miała po prostu wypaść. Tymczasem, pomimo w pełni plastikowej konstrukcji, napęd CD11 nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków a A11 nie dość, że jest kompletnie cicha od momentu włączenia również dwoi się i troi, by spełnić pokładane w niej nadzieje. Wracając jednak do walorów sonicznych, wspomniana żylastość basu wcale nie oznacza suchości i anoreksji, lecz wzorową kontrolę najniższych składowych trzymających „krótko przy pysku” nawet lubiące sobie pohasać samopas kolumny. Oczywiście warto mierzyć siły na zamiary i przy doborze kolumn kierować się oprócz serca również resztkami zdrowego rozsądku. Chodzi bowiem o to, iż mając do dyspozycji 50W na kanał, niewielkie trafo i równie skromną baterię kondensatorów nie oczekujmy, że bądź co bądź podstawowa integra Rotela poradzi sobie z pełnopasmowymi, trudnymi do wysterowania kolosami w kilkudziesięciometrowym salonie, bo … nie poradzi. Tym bardziej, że i wynoszący 140 współczynnik tłumienia na to wskazuje. Mając jednak do dyspozycji podstawkowce, bądź niewielkie podłogówki z podobnego zakresu cenowego, a więc o impedancji i skuteczności znacząco bardziej przyjaznych aniżeli przysłowiowy stół bilardowy, oraz kilkunastometrowy pokój szanse na sukces są całkiem spore. W dodatku wcale nie trzeba będzie ograniczać się do studyjnych krążków Diany Krall. Ową zwartość basu bardzo przyjemnie równoważy nasycona i blisko podana średnica, której jednakowoż daleko do lepkiej i przesłodzonej karmelowej masy wylewającej się z głośników. Tutaj również zachowano nie tylko umiar, lecz i zdrowy rozsądek, przez co z powodzeniem możemy mówić o uniwersalności. Wspomniana przed dosłownie chwilą Pani Krall nie próbuje grzmieć przesaturowanym wokalem godnym stuczterdziestokilogramowej solistki chóru baptystów a i obsługiwany przez nią fortepian trzyma się swoich fabrycznych gabarytów. Grunt, że mamy Dinę wyraźnie wyciętą z pierwszego planu a pozostały skład stanowi jej przyjemne uzupełnienie. Nieco inaczej prezentowane są bardziej skomplikowane realizacje w stylu „Epica vs. Attack on Titan Songs” Epica, gdzie co prawda wokal Simone Simons przykuwa uwagę, jednak zarówno growlowe wstawki męskiej części zespołu, jak i dalsze plany też nie są traktowane po macoszemu. Jednak zamiast budować scenę w głąb Rotele co i rusz starają się podkreślać jej wymiar szerokości z dziecinną łatwością wykraczając poza bazę wyznaczoną przez rozstaw kolumn. Góra pasma, jak się z pewnością zdążyliście domyślić, też nie popada w zbytnią eufonię nad wyraz zgrabnie balansując pomiędzy rześkością wczesnowiosennego poranka i jedwabistą gładkością pokrytej rosą równo przystrzyżonej murawy. Mamy zatem świetnie doświetlone i skrzące się bogactwem wybrzmień niuanse, wwiercające się w korę mózgową riffy a jednocześnie udało się konstruktorom uniknąć zbytniego akcentowania wszelakiej maści sybilantów, przez co nawet wielogodzinne odsłuchy nie powodują zmęczenia. Jak sami widzicie, jeśli z czystej ciekawości jeszcze nie posłuchaliście Rotel od ponad połówki dekady uparcie stawia na uniwersalność i solidną inżynierię, gdzie zamiast marnować czas i środki na wodotryski woli skupić się na dźwięku. Niby A11 wyposażono w interface Bluetoooth, ale brak jakiegokolwiek wejścia cyfrowego tak we wzmacniaczu, jak i odtwarzaczu może wywoływać lekką konsternację wśród potencjalnych nabywców. Dlatego też w końcowym podsumowaniu tytułowy zestaw ląduje z oceną cztery plus a nie pięć. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Q Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Ceny: CD11: 2 299 PLN A11: 3 199 PLN Dane techniczne Rotel CD11 Pasmo przenoszenia:20-20,000Hz Zniekształcenia THD:0.005% @ 1kHz Stosunek sygnał/szum:> 125 dB Zakres dynamiki:> 99 dB Zbalansowanie kanałów: ±0.5dB Separacja kanałów: >115dB @ 10kHz Impedancja wyjściowa: 470Ω Napięcie wyjściowe (Coax): 0.5V Pobór mocy (max):15 W Pobór mocy (standby):< 0,5 W Wymiary (S x W x G): 430 x 98 x 314 mm Waga: 5,8 kg Rotel A11 Moc wyjściowa: 2 x 50 W / 8Ω Pasmo przenoszenia: 10Hz - 100kHz, ± 0.5dB Stosunek sygnał/szum: 100 dB Zniekształcenia THD: < 0.03 % Odstęp sygnał/szum: 100dB (wyjścia liniowe), 85dB (Phono) Pobór mocy (max): 160 W Współczynnik tłumienia: 140 Minimalna impedancja głośników: 4Ω Impedancja wejściowa: 47kΩ Impedancja wyjściowa: 470Ω Pobór mocy (standby): < 0.5 W Wymiary (S x W x G): 430 x 93 x 345 mm Waga: 6,85 kg
  11. Zobacz cały artykuł
  12. Choć za słuchawkami mówiąc najoględniej nie przepadam, używam nad wyraz sporadycznie i tak naprawdę sięgam po nie jedynie z konieczności czy też musu wynikającego z tzw. okoliczności przyrody, jednocześnie mam świadomość, iż to właśnie dzięki nim zdecydowanie łatwiej, szybciej i przede wszystkim taniej można osiągnąć iście ekstremalną jakość dźwięku. Niemniej jednak, dziwnym zrządzeniem losu i na przekór logice, uparcie wolę walczyć z materią w systemie stacjonarnym, aniżeli pójść na skróty i za pi razy drzwi 50 kPLN zamknąć temat osiągając audiofilską nirwanę z referencyjnymi nausznikami czule otulającymi moje małżowiny. Całe jednak szczęście zarówno moja Małżonka, jak i pryszczata progenitura, jest podobnie do piszącego te słowa uzależniona od muzyki, przez co zdecydowanie łatwiej nam koegzystować i dzielić się własnymi muzycznymi odkryciami przy użyciu klasycznego – pełnowymiarowego seta. Swoistym wyjątkiem od powyższej reguły są sporadycznie przydarzające się nam (no dobrze, głównie mi) nawet nie tyle późnowieczorne, lecz wręcz nocne sesje i oczywiście obfitujące w dłuższe i krótsze przejazdy/przeloty/rejsy okresy ferii i wakacji. Nie da się bowiem ukryć, że to właśnie wtedy wszelakiej maści PAD-y i wokół/na/do-uszne słuchawki stają się akcesoriami na wagę złota. Podobnie z resztą jak stosowne ładowarki i powerbanki pozwalające utrzymać owe generatory dźwięków wszelakich przy życiu. A gdyby tak, zgodnie z obowiązującą modą, uwolnić się nie tylko od kabli, ale i wiecznie zapodziewających się ładowarek? Okazuje się, że na taki pomysł już ktoś wpadł a dzięki dystrybutorowi - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design nausznie mogłem się przekonać jak taka idea sprawdza się w praktyce pod postacią bezprzewodowych słuchawek Audio-Technica ATH-SPORT7TW. Oczywiście ATH-SPORT7TW nie są swoistym perpetuum mobile samoistnie generującym konieczną do ich pracy energię elektryczną z przysłowiowego „niczego”, lecz od czasu do czasu, czyli zgodnie z informacjami udostępnionymi przez producenta, co mniej więcej 3,5h należy je umieścić w firmowym etui, by właśnie tam podładowały wbudowane akumulatory. Co istotne, o ile proces cykl regeneracji od zera do pełna zajmuje 2h, to już zaledwie po 10min można cieszyć się muzyką przez kolejne 45 min. Sama „trumienka” oczywiście tez musi być podpinana pod źródło prądu, jednak po 3h takiego „spa” zapewnia energię na 14h pracy słuchawek. Może i w porównaniu do pełnowymiarowych ATH-SR30BToferujących 70 h pracy na jednym ładowaniu osiągi tytułowych dokanałówek nie wydają się zbyt imponujące, jednak zwróćcie uwagę, iż rozmawiamy właśnie o dokanałówkach i to dokanałówkach całkowicie bezprzewodowych, więc bez jakiegokolwiek łącznika umożliwiającego podwieszenie jakiegoś akumulatorka. Krótko mówiąc projektanci do dyspozycji mieli jedynie nad wyraz ograniczoną przestrzeń w korpusie każdej słuchawki. A właśnie, skoro mowa o ich budowie to o ile podczas trzaskających mrozów na Spitsbergenie, czy Nowosybirsku 7-ek, ze względu na zakres zalecanych temperatur użycia (5°C - 40°C), lepiej z kieszeni nie wyciągać, to w większości bardziej sprzyjających outdoorowej aktywności przypadków powinny sprawdzić się wręcz wyśmienicie. Japończycy zadbali bowiem o to, by były odporne nie tylko na pot (jak widać Sport w nazwie do czegoś zobowiązuje), ale również niesprzyjające warunki pogodowe, w tym również deszcz. Można je też bez baw po prostu umyć pod bieżącą wodą. Kontrolę zapewnia dedykowana aplikacja Audio-Technica Connect a wbudowany mikrofon i dotykowe sterowanie tylko poprawiają ergonomię użytkowania. Słuchawki dostarczane są oczywiście wraz z przewodem USB, wymiennymi wkładkami dousznymi (XS, S, M i L) oraz piankowymi Comply™ (M) z technologią SweatGuard™. Za pewne i stabilne mocowanie odpowiadają również wymienne, specjalne „płetwopodobne” końcówki (XS, S, M i L). Jak to zwykle przy tego typu konstrukcjach bywa przed przystąpieniem do odsłuchów warto poświęcić chwilkę na wybór dopasowanych do naszej fizjonomii gąbek i ww. płetw, bo co jak co, ale niewygodne słuchawki są równie irytujące co niedopasowane obuwie. Całe szczęście z akomodacją ATH-SPORT7TW nie miałem najmniejszych problemów a sam proces przyodziewania ich w stosowne „elementy tapicerowane” przeplatałem poznawaniem firmowej appki, z której to pomocą „pobawiłem się” dostępnymi codecami (SBC i AAC), jak i ustawiłem poziom intensywności systemu Ambient Noise Hear Through, czyli funkcji pozwalającej na słyszenie dźwięków otoczenia. I w tym momencie dochodzimy do właściwej części odsłuchów, przy czym niejako na wstępie chciałbym od razu poinformować, iż pomimo moich wcześniejszych obaw, tytułowe słuchawki nie powodują efektu całkowitej alienacji od „szumu otoczenia” a jedynie znacznie, bo znacznie, ale jednak nie definitywnie go redukują. Ową cechę uznaję za jednoznacznie pozytywną, gdyż widok smartfonowych zombie ze słuchawkami na/w uszach za każdym razem wywołuje u mnie naprzemiennie stany lękowe i ataki furii, gdyż ich, już nie tyle niefrasobliwość, co skrajna głupota stanowi zagrożenie nie tyko dla nich samych, co i pozostałych użytkowników tak chodników, jak i ścieżek rowerowych, czy ulic. Natomiast ATH-SPORT7TW, nawet na maksymalnej głośności (która de facto i tak daleka jest od koncertowych dawek decybeli), zapewniają nam ciągły kontakt z rzeczywistością. Nie da się ponadto ukryć, iż aplikacja japońskich „pchełek” ewidentnie „robi nam dobrze” właśnie poprzez obniżenie docierającego do naszych uszu hałasu. W dodatku dzięki wyprofilowanym i dopasowującym się do naszych małżowin płetwopodobnym „fartuchom” aby w pełni delektować się nawet zwiewnymi frazami muzycznymi wcale nie musimy słuchać ich głośno. I nie są to pobożne życzenia, czy też czysto akademickie dywagacje, lecz wnioski wysnute na podstawie osobistych doświadczeń natury empirycznej podczas codziennych podróży środkami komunikacji miejskiej, czy też przemierzania centrum Warszawy m.in. w godzinach popołudniowego szczytu. W roli materiału testowego najczęściej używałem wtenczas „Wasteland” Riverside, „Hunt” Amaroka i „Runaljod - Ragnarok” Wardruny, na których łkające gitary przeplatały się ze ścianami prog-rockowych riffów, czy rogami w które dęli potomkowie walecznych Wikingów. Dość ciekawa mieszanka, nieprawdaż? Całe szczęście japońskie słuchawki okazały się mało grymaśne i bez najmniejszego problemu odtwarzały ten eklektyczny misz-masz. Nie próbowały też za wszelką cenę złapać słuchacza jakimś wyżyłowanym aspektem za ucho, lecz stawiały raczej na liniowość i wysycenie, aniżeli epatowanie ostrymi jak brzytwa krawędziami, czy też ponadnormatywną rozdzielczością. Oczywiście gradacji planów, czy umiejętności budowania sceny przed, a nie w głowie słuchacza odmówić im nie sposób, ale niezaprzeczalnie daleko im do precyzji laboratoryjnych przyrządów pomiarowych. Bardzo atrakcyjnie prezentowany jest bas, który choć nisko schodzi i ma wielce satysfakcjonujące zróżnicowanie, zachowuje idealną równowagę pomiędzy zbytnim osuszeniem a zaokrągleniem, przez co ani nie jesteśmy skazani na irytujące cykanie, jak i usypiające, monotonne buczenie. Nawet na swoistym ekstremum, czyli industrialnym metalu, który z upodobaniem uprawia na „Metawar” pochodzący z Los Angeles kwintet 3Teeth Audio-Technicom udało się zachować porządek na scenie i dostarczając potężną dawkę energii nie popadać ani w zbytnią zachowawczość ani ofensywność. Co istotne, zachowując konieczną w tym repertuarze szorstkość góra pasma wcale nie okazała się na dłuższą metę męcząca. Oczywiście daleko jej było do gładkości i wyrafinowania naturalnego instrumentarium „Sacrum Mysterium” Apollo's Fire, lecz tu raczej chodziło o dochowanie wierności „prawdzie nagrania” aniżeli piętnowaniu całkowicie nieaudiofilskich dźwięków. Po blisko dwutygodniowym użytkowaniu ATH-SPORT7TW z ulgą muszę przyznać, że szalenie miło mnie te słuchawki zaskoczyły. Audio-Technica wypuściła bowiem na rynek model nie tylko spełniający wszystkie kryteria, jakich oczekujemy po dedykowanych szeroko rozumianej aktywności fizycznej dokanałówkach, jak odporność na warunki atmosferyczne, czy możliwie najwyższy komfort użytkowania, lecz przede wszystkim bardzo dobrze grający. Nie można też pominąć ich funkcji redukującej wszechobecny, wielkomiejski hałas, więc ich używanie wydaje się nie tyle li tylko audiofilskim widzimisię, co wręcz „dobrą praktyką” w ramach szeroko rozumianej dbałości o „higienę akustyczną”, czyli ilości decybeli jakimi katujemy nasze zmysły. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 899 PLN Dane techniczne Średnica przetworników: 5,8 mm Pasmo przenoszenia: 20 - 25,000 Hz Skuteczność: 91 dB/mW Impedancja: 14 Ohm Orientacyjny czas pracy: max. 3,5h (na jednym ładowaniu)+ 14h(z użyciem case-ładowarki); szybkie ładowanie: 10-minut ładowania zapewnia 45 minut odtwarzania Waga: ok.6,4g (obie słuchawki), 64g case-ładowarka Rodzaj mikrofonu: omnipolarny MEMS Pasmo przenoszenia mikrofonu: 100 - 8,000 Hz Czułość mikrofonu: −42 dB(1V/Pa,at1kHz) Czas ładowania: słuchawki - 2h, case – 3h Zalecana temperatura użytkowania: 5°C - 40°C Wersja Bluetooth® : 5.0 Zasięg: ok 10m Metoda modulacji: FHSS Profile Bluetooth® : A2DP, AVRCP, HFP, HSP Obsługiwane codeci: AAC, SBC
  13. Zobacz cały artykuł
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.