Jump to content
  • Content Count

    7614
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

372 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

53703 profile views
  1. No dobrze. Pobawiliśmy się plikami, streamingiem i bezprzewodowością, zintegrowaliśmy się z domową i rozproszoną strukturą przechowującą naszą ulubioną muzykę, więc najwyższy czas wrócić na ziemię i zająć się nośnikami nie dość, że po wielokroć starszymi od swoich zdigitalizowanych i w dodatku bezcielesnych potomków, to właśnie na wskroś namacalnymi i jakby tego było mało wymagającymi naszej ciągłej atencji. Mowa oczywiście o poczciwych winylach a dokładnie o aparaturze umożliwiającej ich odtwarzanie, czyli gramofonach. Idąc dalej drogą możliwie ekstremalnych kontrastów po futurystycznym Devialecie Phantom Reactor 600 uznałem za stosowne przedstawić szerszemu gronu konstrukcję prezentującą się na pierwszy rzut oka równie nowocześnie co Citroën 2CV na fabrycznym parkingu Tesli. Krótko mówiąc to miała być przysłowiowa klasyka gatunku i to właśnie w możliwie klasycznej odmianie, pełnymi garściami czerpiąca z dawnych wzorców, szlifierka i taką właśnie sztukę dystrybutor marki - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, raczył był na testy dostarczyć. Jeśli zastanawiacie się cóż to za oldschool wylądował na moim redakcyjnym stoliku spieszę z informacją, iż w ramach niniejszej epistoły przyszło mi wziąć pod lupę Thorensa TD 402 DD w gabinetowej wersji „piano walnut”, czyli polakierowanym na wysoki połysk orzechu. Jak już zdążyłem nadmienić na wstępie 402-ka wygląda na tyle klasycznie, iż spokojnie mogłaby stanowić całkiem oczywisty rekwizyt scenografii filmów, których akcja rozgrywa się gdzieś na przestrzeni 60-70 lat minionego tysiąclecia. Co prawda carbonowe ramię TP 72 nieco burzy jej „vintage’owy” image, ale jak to mawiał klasyk, znaczy się towarzysz generał, „nie róbcie z tego zagadnienia”. Dlatego też skoro w „Rozmowach kontrolowanych” na wigilii zamiast szczupaka po litewsku była golonka w piwie, to i nad takim drobiazgiem, jak na wskroś współczesne ramię w tak klasycznej konstrukcji spokojnie możemy przejść do porządku dziennego. Liczy się efekt finalny a ten jest bezsprzecznie pozytywny. Wykonana z MDF-u rama plinty dostępna jest w dwóch wariantach wykończenia – widocznym na powyższych zdjęciach fornirem orzechowym i klasycznej fortepianowej czerni. Płytę górną stanowi nie mniej elegancki płat szczotkowanego aluminium w którym osadzono wrzeciono silnika napędu bezpośredniego (stąd dopisek DD – direct drive), zamontowano ww. carbonowe ramię i dwa obrotowe przełączniki – lewy pozwalający na wybór jednej z dwóch prędkości (33 1/3 i 45 RPM), oraz prawy budzący gramofon do życia. Talerz jest aluminiowy i w celu minimalizacji ewentualnych wibracji tuż przy samej krawędzi podklejono go masywnym gumowym oringiem. Swoje waży również gumowa mata, którą przykrywamy ową obrotową i nieco surową „zastawę”. Fabrycznie 402-ka wyposażona jest w założoną już na headshella wkładkę MM Audio-Technica AT-VM95E, co z jednej strony pozwoliło zejść producentowi z ceny, z drugiej zapewnić niedoświadczonemu nabywcy komfort psychiczny, że nawet jeśli ją uszkodzi, to straty będą niezbyt bolesne dla jego budżetu, jednak z trzeciej patrząc na walory natury estetycznej i jakość wykonania aż chciałoby się uzbroić carbonowe ramię w małe co nieco ze zdecydowanie wyższej półki. Nie ma jednak co gdybać, więc kontynuujmy dalszą wizję lokalną. Ściana tylna to oczywiste królestwo standardowych przyłączy i mniej, bądź bardziej współczesnych dodatków. Z tych pierwszych warto z pewnością wspomnieć o parze terminali RCA z obowiązkowym zaciskiem uziemienia i gnieździe zasilającym (zasilacz jest zewnętrzny – wtyczkowy) a do drugiej grupy należą selektor umożliwiający wybór pomiędzy wbudowanym przedwzmacniaczem MM i wyjściem liniowym, włącznik główny i … aktywator automatycznego stopu po skończeniu się strony. Niby drobiazg, ale jakże przydatny dla wszystkich tych, którzy po ciężkim dniu pracy notorycznie przegrywają walkę ze zmęczeniem zasypiając w ulubionym fotelu po 2-3 utworach. Całość posadowiono na eleganckich masywnych gumowych nóżkach ze srebrnymi pierścieniami, dzięki którym jest całkiem skutecznie izolowany od drgań podłoża. W komplecie znajduje się również przydymiana akrylowa pokrywa przeciwkurzowa i stosowne przewody połączeniowe, które sugerowałbym jednak zostawić w spokoju zaopatrując się na własną rękę w zdecydowanie wyższej klasy łączówki. Z większością nazwijmy to asekuracyjnie „budżetowych” konstrukcji jest ten „problem”, że ich projektanci (złośliwi z pewnością pomyśleli w tym momencie o księgowych) korzystają ze sprawdzonych, popularnych a przy tym optymalnych pod względem kosztowym (ok. 250 PLN) rozwiązań. Dlatego też obecną u dzisiejszego bohatera wkładkę gościliśmy już m.in. przy okazji testu Audio Technici AT-LP120XUSB, AT-LPW40WN, czy Teaca TN-300. To źle? Dla szukających taniej sensacji miłośników teorii spiskowych pewnie nie i nawet przewrotnie powiem, że również dla mnie nie jest to powód do zmartwień, bowiem mając świadomość jak jedna z najpopularniejszych na rynku wkładek gra i mając z nią do czynienia w różnych konfiguracjach niejako przy okazji jestem w stanie ocenić sam potencjał konkretnego gramofonu. Dlatego też zamiast każdorazowo zakładać którąś ze swoich dyżurnych przetworników prawdę powiedziawszy wolę dostać taki fabryczny rylec, który nie dość, że z racji popularności ustawia się już praktycznie na pamięć i z zamkniętymi oczami, to jeszcze wszyscy dostają na starcie równe szanse. Przechodząc do clue wypadałoby zatem stwierdzić, że Thorens TD 402 DD ma potencjał i to spory, gdyż nawet z tak podstawową wkładką zaoferował dźwięk niezwykle homogeniczny i dynamiczny zarazem. Nie bał się przy tym zawiłych linii melodycznych i prog rockowych riffów, prąc do przodu zarówno na „Misplaced Childhood” Marillion, jak i „Hiraeth” Lion Shepherd. Timing był wręcz zaraźliwy a zróżnicowanie najniższych składowych nie dawało powodów do krytyki. Góra pasma również nie zawodziła, gdyż łkanie gitar swobodnie niosło się do granicy ludzkiego słuchu a brak zbytniego ich zaokrąglenia odpowiednio „napowietrzał” scenę. Przesiadka na niewielkie jazzowe składy, jak daleko nie szukając dyżurny „Vägen” https://tidal.com/browse/album/7358963 Tingvall Trio zwróciło moja uwagę na jeszcze jeden aspekt – kulturę pracy Thorensa. W tym pełnym ciszy graniu gramofon nie wykazywał nawet najmniejszych tendencji do zbytniego eksponowania tak szumu przesuwu igły, jak i samej pracy napędu, czego część z melomanów obawia się po konstrukcjach z napędem bezpośrednim. Zauważalną i tak po prawdzie w pełni spodziewaną, poprawę dało pominięcie wbudowanego układu korekcji i przesiadka na zewnętrzny phonostage. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przypadki mariażu tytułowego gramofonu i to w fabrycznej konfiguracji z Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp będą równie częste jak obecność glutenu w diecie Anny Lewandowskiej, niemniej jednak właśnie w takim pozornym mezaliansie japońska szlifierka złapała wiatr w żagle dumnie prezentując wrodzoną zdolność do kreowania szerokiej i świetnie poukładanej sceny dźwiękowej. To już nie było na swój sposób asekuracyjne pilnowanie szyku i bezwzględne dbanie o możliwie akceptowalny dla jak najszerszego grona kompromis, lecz do głosu doszła spontaniczność a na „Crazy Nights” Kiss wręcz żywiołowość i chęć grania dużym, dynamicznym dźwiękiem. Aż strach pomyśleć co by było gdyby miejsce AT-VM95E zajął taki Shelter 201, który wprost uwielbia rockowe klimaty i potrafi odpowiednio dopalić średnicę i pociągnąć dołem pasma tak, że budzą się sejsmografy w PAN-ie. Generalnie można uznać Thorensa TD 402 DD za model niezwykle udany i będący świetnym pomysłem na wejście w świat analogu nie od przysłowiowego zera, lecz od razu na odpowiednim poziomie. Co prawda do pełni szczęścia przyda się niemalże na starcie jakaś lepsza od fabrycznej wkładka, jednak z czystej przyzwoitości sugerowałbym przez co najmniej kilka tygodni na AT-VM95E pograć i na spokojnie jej posłuchać, żeby dokonując kolejnego zakupu mieć już pewność w którą stronę chcemy z dźwiękiem iść, czyli jaka estetyka grania najbardziej do nas przemawia. I proszę mi wierzyć – 402-ka spokojnie sobie z wkładkami z pułapu 1 kPLN poradzi i wcale nie będzie to przysłowiowy przerost formy nad treścią, tylko całkiem rozsądne i zarazem zrozumiałe uwolnienie drzemiącego w niej potencjału. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – DAC: Chord DAVE – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Étude – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+ – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 3 222 PLN Dane techniczne Napęd: Bezpośredni Dostępne prędkości: 33 1/3, 45 obr/min Nierównomierność obrotów: +/–0.33% Kołysanie dźwięku (wow & flutter): 0,15% Stosunek sygnał/szum: 60 dB Wyjście analogowe: RCA (liniowe lub gramofonowe) Ramię: Proste, carbonowe Thorens TP 72 Efektywna długość ramienia: 223,6 mm Waga headshella: 11 g Zakres siły anti-skatingu: 0-4 g Obsługiwana waga wkładek: 3.5 - 6.2g Wymiary (S x G x W): 420 x 355 x 139 mm Waga gramofonu: 6,1 kg Typ wkładki: MM (Audio-Technica AT-VM95E) Szlif: Eliptyczny Pasmo przenoszenia wkładki: 20Hz - 22kHz Separacja kanałów: >20dB Napięcie wyjściowe: 4,0 mV Zalecana siła docisku: 2.0g +/–0.2g Waga wkładki: 6.1 g
  2. Zobacz cały artykuł
  3. Zobacz cały artykuł
  4. Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym miesiącu miałem szczęście gościć dwa wielce intrygujące i śmiało można stwierdzić, że wręcz bezsprzecznie „górnopółkowe” głośniki bezprzewodowe. Pierwszym był otwierający marcowe publikacje Dynaudio Music 5 a nad drugim, w ramach niniejszej recenzji właśnie przyszło mi się pochylić. Dzisiejszy gość łączy w sobie iście futurystyczną formę z niemalże kosmicznymi technologiami. W dodatku pochodzi od producenta, który pomimo niewątpliwie lifestyle’owej estetyki ma iście high-endowe ambicje a jego wyroby oferowane są wyłącznie w wyspecjalizowanych salonach audio i przez internet. Mowa oczywiście o francuskim Devialecie i jego najmniejszym urządzeniu – bezprzewodowym głośniku Phantom Reactor 600, którego wizytę zawdzięczam dystrybutorowi marki - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design. Nie da się ukryć, że aparycja dzisiejszego gościa jest nad wyraz udanym mariażem elegancji (powiedzenie Francja-elegancja nie wzięło się przecież znikąd) i futurystycznych idei wzornictwa przemysłowego inspirowanych „Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka. Obły, przywodzący na myśl jakąś niezwykle zaawansowaną i równie morderczą formę AI rodem z Matrixa, bądź Altered Carbon korpus dostępny jest w matowej czerni i satynowej bieli. Na jego froncie, ukryty za misterną pajęczyną maskownicy łypie na nabywcę niewielki przetwornik szerokopasmowy, który wspierają dwa umieszczone po bokach, również aluminiowe, skrzelopodobne drajwery basowe o dużym skoku. O średnicy poszczególnych przetworników producent niestety nie wspomina a internetowy research nie przyniósł jednoznacznych wyników, więc niech przynajmniej na razie pozostanie to jego słodką tajemnicą. Powyższą trójkę napędza autorski 600W wzmacniacz ADH® (Analog Digital Hybrid) z systemami aktywnego dopasowania głośników SAM® (Speaker Active Matching), HBI® (Heart Bass Implosion) i ACE™ (Active Cospherical Engine). Nad pracą całości czuwa procesor ARM Cortex-A9 1.25GHz a obróbkę sygnałów cyfrowych powierzono firmowemu układowi Devialet DAC ADH3. W sumie 600-kę zbudowano z 981 elementów chronionych ponad 100 patentami. Całkiem nieźle jak na takiego malucha. Sensory sterujące umieszczono na będącej wycinkiem sfery płycie górnej. Do dyspozycji mamy selektor źródeł (Bluetooth / Analog/Optical), regulację głośności, Play/Pause i firmowy Link przydatny podczas konfiguracji urządzenia i parowania go z dedykowaną aplikacją. A właśnie konfiguracja. Sama drukowana instrukcja uruchamiania Phantoma ogranicza się do trzech prostych kroków - podłączenia Reactora do prądu, zainstalowania dedykowanej aplikacji i … cieszenia się rewelacyjny dźwiękiem. Oczywiście po drodze jest wymagane wykonanie kilku czynności zgodnie z wyświetlającymi się w apce komendami, ale proszę się nie obawiać – najtrudniejsze dotyczą wyboru nazwy pomieszczenia w którym przyjdzie tytułowemu głośnikowi pracować i kliknięcia w sensor Link finalizującego set-up. Prawdę powiedziawszy ergonomia i intuicyjność na 5+. Konwencjonalną ścianą tylną zastąpiono seksownie zaokrąglonym masywnym radiatorem u którego nasady, w niewielkim wykuszu wygospodarowano miejsce na niewielki panel z portem Ethernet, combo analog/optical jack, włącznik główny i gniazdem zasilającym (popularna ósemka). Całość posadowiono na solidnej stopie zapobiegającej przesuwaniu się głośnika na gładkich powierzchniach blatów. Zanim skupię się na walorach brzmieniowych 600-ki poświęcę jeszcze krótki akapit na omówienie jej funkcjonalności. Jak bowiem możecie się zorientować zerkając tak do materiałów promocyjnych, jak i na charakterystyczne logotypy zdobiącą wielce atrakcyjne i pomysłowe opakowanie, przy łączności bezprzewodowej, poza będącą miłym udogodnieniem dwupasmowością, przewijają się li tylko informacje o obsłudze Airplay i Spotify Connect, co przynajmniej u mnie zapaliło ostrzegawczą lampkę. W końcu, przynajmniej w Polsce, jeśli chodzi o jakość oferowanego streamingu Tidal HiFi nie ma praktycznie żadnej konkurencji a na pułapie cenowym, na jakim operuje Devialet logicznym wydaje się sięganie po możliwie najwyższą jakość reprodukowanego contentu. Oczywiście sprawę załatwia kompatybilność z Roonem integrującym pod swoimi skrzydłami większość ogólnoświatowych serwisów, jednakże przy obecnych planach taryfowych tego typu rozwiązania budzą zrozumiałą niechęć potencjalnych nabywców. Całe szczęście okazało się, że można temat rozwiązać w zdecydowanie mniej obciążający naszą kieszeń sposób, decydując się na zakup oprogramowania Audirvana https://audirvana.com/ i tym sposobem całkowicie przejąć kontrolę nad Devialetem swobodnie przełączając się pomiędzy zasobami zgromadzonymi na domowych NAS-ach i tymi dostępnymi „w chmurze”. Co prawda plików MQA Devialet jeszcze nie obsługuje, ale z PCM 24bit/192kHz radzi sobie lepiej niż dobrze. A jak Reactor 600 gra? W telegraficznym skrócie można pierwsze wrażenie ująć w formie cisnącej się na usta u większości postronnych obserwatorów popularnej partykuły wzmacniającej „o k..a!”, ale biorąc pod uwagę dbałość o kulturę i poziom wypowiedzi posłużę się zdecydowanie bardziej akceptowalnym „zaskakująco”. W dodatku zaskakująco dobrze, potężnie, dynamicznie, rozdzielczo i co tylko przyjdzie Wam na myśl z obszaru superlatyw jakimi można obsypać ustrojstwo wydające dźwięki. I to wszystko niezależnie od tego, czy będziemy patrzeć na 600-kę przez pryzmat deklarowanej przez producenta oszałamiającej mocy 600W, praktycznie pomijalnej 3 litrowej pojemności obudowy, czy nawet próbując umiejscowić ją w naszym prywatnym rankingu kierując się ceną. Najmniejszy Devialet wymyka się bowiem nie tylko próbom zaszufladkowania go i przypięcia mu jakiejś bezpiecznej, definiującej jego możliwości łatki, co wręcz obowiązującym jego konkurencję, bo na pewno nie jego, prawom fizyki. Jego brzmienie jest nie tylko zaskakująco dynamiczne, co całkowicie nierzeczywiste ze względu na nieadekwatność skali i wolumenu generowanych dźwięków do gabarytów samego reproduktora. Krótko mówiąc coś, co nie ma prawa grać, gra tak, że kapcie spadają, włosy stają dęba a rodowe skorupy radośnie zaczynają podrygiwać w kredensie. Tytułowy maluch zachowuje się wręcz tak, jakby w swych trzewiach, z resztą zgodnie z nazwą, ukrywał właśnie jakiś kieszonkowy reaktor i korzystając pełnymi garściami z nieograniczonych zasobów mocy za wszelką cenę starał się wydostać na zewnątrz bezlitośnie szarpiąc bocznymi drajwerami. Całe szczęście swe poczynania podporządkowuje aktualnie odtwarzanym nurtom muzycznym, więc szarpie się do taktu a nie jak popadnie, a co za tym idzie mamy okazję doświadczyć zarówno motoryki, jak i wzorowego timingu a nie właściwego wszelakiej maści boomboxom monotonnego dudnienia. Nie twierdzę przy tym, że dźwięk małego Reactora nie jest „zrobiony”, bo ewidentnie jest, ale jest „zrobiony” ze smakiem i zaskakującym na swoją cenę wyrafinowaniem. Mamy bowiem do czynienia z potężnym, lecz świetnie kontrolowanym basem, sugestywnie wypchniętą, komunikatywną średnicą i odważnymi, perlistymi wysokimi tonami, co w pakiecie daje swoiste wrażenie pobudzającej wyczynowości. Devialet jest ponadto niezwykle zrywny i zwrotny. Niczym podrasowany Hot hatch bez najmniejszych problemów radzi sobie zarówno z piekielnie szybkim „Ballistic, Sadistic” Annihilatora, co niemalże sączącym się w ślimaczym tempie bulwarowego cruisingu walca drogowego albumie „Patchouli Blue” formacji Bohren & Der Club Of Gore. Wystarczy tylko ustawić go mniej więcej „sitkiem” szerokopsmówki w naszą stronę a zaimplementowane wewnątrz jego trzewi iście kosmiczne technologie zajmą się resztą. Co ciekawe już podczas jego solowych występów nie miałem najmniejszych zastrzeżeń do kreowanej sceny dźwiękowej a to przecież dopiero półmetek, skoro zalecanym jest zaopatrzenie się w parę takowych uprzyjemniaczy i skonfigurowanie ich w de facto konwencjonalny, acz aktywny, zestaw stereofoniczny. Niemniej jednak, skoro w pojedynkę 600-ka była w stanie bez najmniejszych problemów nagłośnić ponad dwudziestometrowy pokój, a przy tym zbliżyć się do koncertowych poziomów głośności na „Pulse (Live)” Pink Floyd to znak, że i w innych okolicznościach sobie poradzi. Devialet Phantom Reactor 600 to konstrukcja niewątpliwie wybitna i wręcz wyprzedzająca swymi możliwościami nasze czasy. Może i jest to, z racji swoich walorów estetycznych, pełnokrwisty lifestyle, jednak dysponując kwotą ok.10 kPLN i rozglądając się za nieabsorbującym gabarytowo a jednocześnie oferującym rozdzielczy i dynamiczny dźwięk systemem klasy Hi-Fi poważnie zastanowiłbym się nad sprawdzeniem parki takich 600-ek we własnych czterech kątach. W końcu niczym nie ryzykujecie a w tym przypadku możecie jedynie zyskać i to nie tylko świetny dźwięk, lecz również wdzięczność płci pięknej, że oszczędziliście jej widoku plątaniny kabli i aparatury, której obsługa wymaga doktoratów z robotyki i mechatroniki. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 4 777 PLN Dane techniczne Maksymalne ciśnienia akustyczne: 95 dB SPL @ 1 m Moc wzmacniacza: 600 W w impulsie Wejścia: Analog/Optical jack; Ethernet RJ-45 10/100/1000 Mbps (Gigabit) Łączność bezprzewodowa: Bluetooth: A2DP and AVRCP profiles, AAC, SBC audio codecs Wi-Fi Dual-band (a/b/g/n/ac 2.4GHz & 5GHz) Airplay Spotify Connect Całkowite zniekształcenia THD+N wzmacniacza: 0.001% Pasmo przenoszenia: 18 Hz to 21kHz (@-6dB) Zastosowane przetworniki: 1 x Aluminiowy przetwornik szerokopasmowy, 2 x Aluminiowe przetworniki basowe Układ przetwornika: Devialet DAC ADH3 (24bit/192kHz) Zniekształcenia THD przetwornika: -112dB Procesor: ARM Cortex-A9 1.25GHz, pamięć512MB DDR3-1600 Wymiary (S x W x G): 157 x 168 x 219 mm Waga: 4.3 kg
  5. W zeszłym tygodniu skończyliśmy test 60-ek. Ich "trudność" (jak to ująłeś) polega na tym, ze większość nabywców usilnie próbuje wstawiać je do za małych pomieszczeń i podłączać do za słabych, zbyt niskiej klasy wzmacniaczy i potem jest płacz. Generalnie w mniejszym pokoju niż 35-40m i to zaadaptowanym akustycznie one się będą dusiły a i sam słuchacz będzie czuł się nieco dziwnie mając scenę sporo powyżej głowy. Druga rzecz - jak wzmacniacz nie kontroluje basu, to Contour 60 z pewnością o tym poinformują. U nas grały w 38 metrowym oktagonie z po adaptacji akustycznej i z Gryphonem Mephisto Stereo , oraz monoblokami Air Tight ATM-3211
  6. Zobacz cały artykuł
  7. Może trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale wcale nie tak dawno bezprzewodowość przez lwią część audiofilsko zorientowanej branży była traktowana najdelikatniej rzecz ujmując co najwyżej z pobłażliwym uśmiechem. Ot fanaberia skierowana do mało wymagających, z reguły niewykazujących własnych dochodów (czytaj małoletnia młodzież) odbiorców, gdzie sukcesem samym w sobie był fakt, że cokolwiek działało a akcent stawiany był na „jakoś” a nie „jakość”. Niby coś tam próbował uszczknąć Sonos i Apple, ale podejmowane przez nich działania trudno było rozpatrywać w kategoriach jakiś oszałamiających osiągnięć. I pewnie wszyscy tkwiliby w powyższym przekonaniu, gdyby nie oczywisty rozwój technologii i zainteresowanie się tematem naprawdę poważnych graczy kalibru Denona i Yamahy. Okazało się bowiem, iż nie dość, że ich autorskie „ekosystemy” w stylu Heosa i MusicCast działają - czyli pierwszy i zarazem główny warunek bezprzewodowości został spełniony, a uzyskiwana za ich pośrednictwem jakość dźwięku nie tylko oscylowała na poziomie konwencjonalnych systemów midi, co zaczęła nader skutecznie konkurować z dolną półką Hi-Fi. Nie musze chyba dodawać, że im szybciej rosła świadomość drzemiącego w ww. bezkablowym przesyle sygnałów audio potencjału, tym dynamika zmian obserwowanych na rynku wzrastała. Do grona chętnych na możliwie jak największy kawałek przysłowiowego tortu dołączyli nie tylko nowi gracze w stylu luksusowego Devialeta (Phantom), co również tak wydawać by się mogło skupione na zdecydowanie bardziej ortodoksyjnej klienteli Electrocompaniet (EC Living), czy nawet McIntosh (RS100, RS200) i Constellation (Dominion Leo). I mówimy, przynajmniej na razie, jedynie o wytwórcach kojarzących się przede wszystkim z elektroniką, a przecież zdecydowanie łatwiej mieli producenci kolumn, którym do pełni szczęścia na dobrą sprawę wystarczyło dodanie mniej bądź bardziej dyskretnych modułów transmisyjno-amplifikacyjnych. Nie wdając się zbytnio w szczegóły wystarczy wspomnieć o bohaterze dzisiejszego odcinka, czyli Dynaudio, które swoje konwencjonalne portfolio nad wyraz płynnie i na drodze ewolucji a nie rewolucji, wzbogaciło najpierw o korzystające z dobrodziejstw transmisji bezprzewodowej serie Xeo (vide recenzowane przez nas niemalże … pięć lat temu Xeo 4) i Focus XD, by jakiś czas temu przypuścić zmasowany atak na segment lifestyle wprowadzając nad wyraz intrygującą wzorniczo, zawierającą aż cztery propozycje linię Music. I właśnie z niej, dzięki uprzejmości dystrybutora – krakowsko-warszawskiego Nautilusa udało nam się wyłuskać drugi od góry model Music 5, nad którym dane mi było pastwić się przez ostatnie kilkanaście dni. Jak sami widzicie 5-ka na tle dotychczas testowanej na naszych łamach konkurencji prezentuje się nie dość, że nader imponująco, co niewątpliwie intrygująco. Krótko mówiąc to kawał głośnika, który absorbuje nie tylko swym gabarytem, co przede wszystkim wielce oryginalną, przypominającą kryształ bryłą, dzięki temu może stać się nie tylko źródłem dźwięku, co niewątpliwą ozdobą naszego salonu. Przednią i tylną ściankę szczelnie pokrywają tekstylne, dostarczane przez duńską firmę Gabriel https://www.gabriel.dk/en/?frontpage maskownice dostępne w czterech kolorach - czerwonym, niebieskim, jasno- i ciemnoszarym. Elementem je rozdzielającym jest solidna aluminiowa rama stanowiąca nie tylko usztywniający całość egzoszkielet, lecz również będąca siedliskiem umieszczonych na krawędzi górnej przycisków nawigacyjno-funkcyjnych i diod informujących o sile głośności, a w lewym dolnym rogu interfejsów wejściowych – portu USB dla urządzeń pracujących pod kontrolą iOS (pendriwów niestety nie obsługuje), oraz 3,5mm gniazda mini jack. Całe szczęście wspomniane przyciski logicznie pogrupowano w sekcje zgodne z ich przeznaczeniem. I tak patrząc od lewej mamy regulację głośności z diodową drabinką jej natężenia, centrum zajmuje sześć guzików, z czego pięć to tzw. klawisze szybkiego wyboru a jeden jest sekwencyjnym wyborem źródła, natomiast okupujące prawą flankę ostatnie trzy obsługują podstawowe funkcje odtwarzania/pauzowania i nawigacji po odtwarzanych listach utworów. Na plecach monotonię maskownicy przełamuje podłużny wylot kanału basrefleks i delikatne podcięcie umożliwiające wyprowadzenie przewodu zasilającego oraz optycznego, które wpinamy w dedykowany wykusz w gumowanej, masywnej stopce w jaką wyposażony jest tytułowy głośnik. Maskownica przednia montowana jest do frontu za pomocą kilkunastu kołków, więc jej demontaż nie nastręcza większych problemów. Po jej zdjęciu oczom ciekawskich ukazuje się wielce poważny zestaw przetworników, w skład którego wchodzą umieszczone na skrajach dwie (po jednej na stronę) calowe, tekstylne kopułki wysokotonowe i 3” średniotonowe a w centrum pyszni się 5” basowiec. Powyższą baterię napędza równie imponujący zestaw pięciu 50W wzmacniaczy. Transmisję sygnału zapewnia, oprócz ww. mini jacka i optyka oczywiście łączność bezprzewodowa – wspierający kodowanie aptX i AAC Bluetooth oraz Wi-Fi. I tutaj mała uwaga natury użytkowej, której nieznajomość kosztowała mnie ładnych parę kwadransów bezowocnych prób nawiązania z 5-ką komunikacji. Otóż wszystko działa jak należy a cała konfiguracja z pomocą dedykowanej aplikacji zajmuje dosłownie moment o ile tylko dokonujemy jej … w paśmie 2,4 GHz a nie nieobsługiwanym przez dzisiejszego gościa 5GHz. Szkoda, że producent nie raczył był wspomnieć o tym drobiazgu zarówno w dołączonej - papierowej, jak i znajdującej się na stronie www instrukcji. A właśnie, niby w zestawie znajduje się poręczny pilot, jednak tak po prawdzie spokojnie możemy odłożyć go na półkę, gdyż zdecydowanie szybciej i wygodniej Music 5 obsłużymy z poziomu zainstalowanej na smartfonie/tablecie Dynaudio Music App. To właśnie z jej pomocą zintegrujemy posiadaną plikotekę z nieprzebranym bogactwem zasobów TIDAL-a (miłym bonusem jest 9-miesięczny, a nie jak to jest zazwyczaj 1-3 miesięczny, okres promocyjny), pogrupujemy posiadane głośniki, wybierzemy intensywność iluminacji, odpowiedni „profil” charakterystyki brzmieniowej, pobawimy się dość podstawową equalizacją (regulacja wysokich i niskich tonów) a przede wszystkim uaktywnimy wielce przydatne i co najważniejsze rewelacyjnie działające systemy NoiseAdapt i RoomAdapt. A jak z walorami sonicznymi? Psując nieco zabawę i nawet nie próbując budować napięcia już na wstępie napiszę, iż mamy do czynienia z brzmieniem na takim pułapie wyrafinowania i rozdzielczości, że jadąca w peletonie konkurencja może jedynie z bezsilnością patrzeć jak Dynaudio im po prostu odjeżdża w samotnej ucieczce. To jest zupełnie inny poziom aniżeli ten reprezentowany czy to przez „zwykłe” głośniki Bluetooth/Wi-Fi, czy też coraz bardziej popularne, wzbogacone o subwoofery soundbary. Mamy bowiem do czynienia nie tylko z pełnym (na miarę niewielkich monitorów) pasmem i homogenicznością przekazu, co przede wszystkim stereofonią. Spora w tym zasługa autorskiego systemu RoomAdapt, dzięki czemu nawet wciśnięta w róg pokoju 5-ka potrafi poradzić sobie z napotkanymi trudnościami a ustawiona z odpowiednią atencją – na wprost słuchacza, w centrum konwencjonalnej, dwukanałowej bazy sprawi naprawdę miłą niespodziankę. Przechodząc do konkretów śmiem twierdzić, że w tytułowym głośniku konstruktorom udało się pogodzić utożsamianą ze „starymi” modelami Dynaudio przysłowiową „gęstą” muzykalność z rozdzielczością, komunikatywnością góry, oraz liniowością najnowszych duńskich propozycji. Powyższe uwagi oczywiście dotyczą trybu „muzycznego”, gdyż kinowy nastawiony jest na nieco bardziej efektowne granie, przez co skraje pasma, ze szczególnym uwzględnieniem basu, zostają delikatnie wypchnięte. Dobrze zrealizowane nagrania, jak daleko nie szukając „These Grey Men” Johna Dolmayana, czy szalone i trudne do jednoznacznego sklasyfikowania „Pacifisticuffs” Diablo Swing Orchestra pokazały, że po pierwsze Dynaudio nie boi się głośno grać, a po drugie robiąc to, nie ma najmniejszych problemów z nawet najmniejszymi oznakami kompresji, czy przesterowania. Dźwięk jest soczysty, mięsisty a jednocześnie świetnie kontrolowany, co w połączeniu z iście zaraźliwą motoryką i zaskakującym, jak na stricte lifestyle’ową konstrukcję, timingiem pozwala traktować Dynaudio Music 5 jako pełnoprawny system audio i główne źródło muzyki nawet w 20-25 metrowych pokojach. Gitarowe riffy nie tracąc nic z natywnej sobie zadziorności przyjemnie tną powietrze, choć porównując ich propagację z tym, do czego przyzwyczaiło mnie ich starsze rodzeństwo, czyli podłogowe Contour 30, z łatwością daje się zauważyć pewną ich tonizację i dosłodzenie. Powyższa uwaga nie oznacza jednak jakiegoś mankamentu, czy ułomności a jedynie jest efektem nieco innego pomysłu na dźwięk, oraz dążenia do osiągnięcia możliwie jak największej przyjemności z odsłuchu nawet stratnych i mocno skompresowanych nagrań. Z nieco bardziej mainstreamowego obszaru uprzyjemniających naszą szarą rzeczywistość dźwięków sięgnąłem po obfitujące w iście subsoniczne pomruki „Late Night Journey, Vol. 1 (25 Long Way Lounge Tunes)”, co pozwoliło mi nie tylko docenić swobodę, z jaką 5-ka radziła sobie z generowaniem basowych uderzeń, jak i z czystością pozostałych podzakresów i co równie istotne z łatwością kreowania trójwymiarowej sceny 3D. To jednak nie wszystko, gdyż niejako na deser zostawiłem problematyczną dla większości zintegrowanych konstrukcji symfonikę, która tym razem … również zagrała na nieosiągalnym dla konkurencji poziomie. Referencyjny, zrealizowany przez 2L album „Ole Bull Violin Concertos” przez duński głośnik został potraktowany z zadziwiająca atencją i trzymaną na wodzy wydawać by się było natywną dla niego rozrywkowością. Spontaniczność ustąpiła miejsca wyrafinowaniu i kulturze przekazu zapewniając przy tym wielce satysfakcjonujący wgląd nie tylko w pierwsze, ale i dalsze plany. W zamyśle miał to być zwykły test kolejnego, będącego mniej bądź bardziej udaną protezą pełnowymiarowego systemu stereo, głośnika bezprzewodowego. Okazało się jednak, że do budowy tego typu konstrukcji można podchodzić pod kątem nazwijmy to komercyjno-marketingowym, gdzie nie przeczę, w części przypadków efekt finalny jest całkiem dobry, ale … I tak, jak zrobiło w przypadku Music 5 Dynaudio, gdzie o żadnym „ale” mowy nie ma, bo być nie może. Może i 5-ka wygląda jak rasowy lifestyle’owy bibelot, może i będzie podobać się większości Pań domu pod względem dopasowania kolorystycznego do wystroju salonu, jednak dla nas – audiofilów jej zaletą jest to, że przede wszystkim gra i to gra jak rasowe Hi-Fi. Marcin Olszewski Dystrybucja: Nautilus Cena: 3 390 PLN Dane techniczne Budowa: Otwarta Moc: 5 x 50 W Wykorzystane przetworniki: 2 x 1” wysokotonowe, 2 x 3” średniotonowe, 5” basowy Obsługiwane sygnały cyfrowe: 32Hz - 96kH/16 - 24 bit Obsługiwane formaty audio: WAV, AIFF, ALAC, MP3, AAC Pasmo przenoszenia: 45 Hz - 20 kHz Zniekształcenia THD: <0,3% Łączność bezprzewodowa: Bluetooth (aptX), Wi-Fi (802.11a/b/g/n) Pobór mocy: 75W , <0.5W standby Wymiary (W x S x G): 201 x 659 x 185 mm Waga: 5.4 kg Dostępne warianty kolorystyczne: czerwony, niebieski, jasnoszary, ciemnoszary Dostępne akcesoria: uchwyt ścienny Music bracket (399 PLN)
  8. W ramach swoistego przerywnika istnego maratonu kolumnowo – słuchawkowego postanowiliśmy nieco ułatwić pierwsze kroki akolitom analogu i przyjrzeć się jednemu z pierwszych elementów za jakim rozglądają się wszyscy ci, którym wbudowany w gramofon, bądź wzmacniacz, z reguły prosty i mało wyszukany przedwzmacniacz już nie wystarcza. Mowa oczywiście o zewnętrznym phonostage’u, który na swych barkach ma dźwigać obowiązek akomodacji słabowitych sygnałów wkładki gramofonowej do poziomu akceptowalnego przez wejścia liniowe przedwzmacniaczy i wzmacniaczy zintegrowanych. W dodatku ma to robić lepiej, i to znacznie, od swego wbudowanego w ww. komponenty układów. Nie muszę chyba dodawać, że dostępny na rynku asortyment, o rozstrzale cenowym nie wspominając, potrafi nawet zorientowaną w temacie jednostkę przyprawić o zawrót głowy i totalną konsternację. Krótko mówiąc osiołkowi w żłobie dano. Całe szczęście popularność czarnej płyty spowodowała również ruch w branży a tym samym iście morderczą konkurencję, co tylko powinno cieszyć potencjalnych nabywców, gdyż walka pomiędzy poszczególnymi producentami toczy się nie tylko na poziomie cen, które jak wiadomo potrafią czynić cuda, co również jakości. Dlatego też, przynajmniej na chwilę obecną pozwolę sobie na pominięcie urządzeń za kilkaset PLN a uwagę zainteresowanych skieruję na nieco wyższej klasy propozycję i to od renomowanego producenta, bowiem dzięki uprzejmości Sieci Salonów Top HiFi & Video Design w redakcyjnym systemie zagościł otwierający serię Black Cube przedwzmacniacz gramofonowy Lehmannaudio Black Cube Statement. Tytułowy maluch na sklepowych półkach ląduje w całkiem zgrabnym, acz zupełnie niewyróżniającym się wśród dziesiątek mu podobnych, estetycznym kartonowym pudełku, w którego wnętrzu dość lapidarnie umieszczono dwa płaty szarej gąbki. Ich zadaniem jest odseparowanie niewielkiego kartonika z zasilaczem wtyczkowym i książkowej instrukcji od jednostki głównej. Sam przedwzmacniacz prezentuje się na tyle niepozornie, że początkowo, biorąc go do ręki można poczuć się lekko skonfundowanym. Prawie 1700 PLN za aluminiową wytłoczkę wielkości dwóch paczek Dunhilli i zbliżonej do nich wadze? W dodatku przyozdobioną zaskakująco „minimalistyczną” papierową naklejką z oznaczeniem we/wyjść, logotypem marki, nazwą i opisem wykonywanych przez niego funkcji. Cóż, na razie wypada się cieszyć z dumnie prezentowanego na owej wlepce komunikatu, iż całość została „Completely manufactured in Germany”, więc to nie jest kolejny przykład rebrandingu masówki oferowanej na jednym z bardziej popularnych serwisów aukcyjnych z CHRLD. Lewą ścianę boczną zajmują złocone wejścia wraz ze stosownym zaciskiem uziemienia, za to prawa należy do pary również złoconych wyjść i gniazda zasilania z informującą o stanie pracy niewielką diodą. Podstawowych nastaw impedancji, wzmocnienia i pojemności dokonujemy za pomocą umieszczonych na spodzie phonostage’a mikro przełączników – dla każdego z kanałów osobno. Proste i praktyczne, przy czym szczegółowa rozpiska co, jak i do jakiej wkładki znajduje się w instrukcji do której odsyłam zainteresowanych. Całość posadowiono na czterech gumowych nóżkach, które całkiem skuteczne zapobiegają wędrówkom po półce reprezentującego wagę muszą urządzenia. Skoro producent w wyposażeniu standardowym załączył mini klucz dedykowany mocującym obudowę czterem torxom, nie omieszkałem i do trzewi „zapuścić żurawia”, dzięki czemu momentalnie zrozumiałem, gdzie poszły oczekiwane przy kasie środki. Pierwszą bardzo miłą niespodziankę widać już na stanowiącym pokrywę aluminiowym ceowniku, gdyż podklejono go solidnym płatem maty bitumicznej. Niby drobiazg, ale właśnie takimi pozornie niewiele znaczącymi detalami buduje się własną renomę. A dalej jest jeszcze lepiej. Centrum kontroli stanowi bowiem scalak Burr-Browna OPA2228, stopień wyjściowy oparto na Burr-Brownie OPA2134 a za stabilizację odpowiada BB OPA134. Jakby tego było mało na wyjściu dumnie pręży się para solidnych (2200 μF każdy) kondensatorów. Nie zabrakło również zworek dzięki którym można dokonać własnych – dostosowanych do posiadanej wkładki nastaw. Lubię takie niespodzianki. Jeśli trzewia okazały się nie lada zaskoczeniem, to aż strach myśleć co będzie dalej. Cóż, powiem tyko tyle, że wystarczy Black Cube Statement wpiąć w tor audio, umieścić na talerzu gramofonu ulubioną płytę, opuścić uzbrojone we wkładkę ramię i zaliczyć przysłowiowy opad szczęki. Serio, serio. Bowiem jak na tak nawet nie tyle niepozorną, co wręcz siermiężną (z zewnątrz) duperelkę podstawowy Lehmannaudio aż kipi energią, dynamiką i żywiołowością godną po wielokroć droższej konkurencji. Jak widać powiedzenia o tym, żeby nie oceniać książki po okładce a ludzi po ubiorze dotyczy również naszego dzisiejszego gościa. Jednak ad rem. Dźwięk oferowany przez BCS (czyli Black Cube Statement) jest zaskakująco duży a przy dobrych rockowych nagraniach („The Ballads IV” Axel Rudi Pell) wręcz spektakularny. Jednak pomimo swojego niezaprzeczalnie imponującego wolumenu nie ma tendencji do gigantomanii, gdyż jego postrzeganie odbywa się nie poprzez pryzmat sztucznie nadmuchanych źródeł pozornych a dynamiki w skali makro i zdolności do tworzenia zjawiskowo rozciągniętej tak w szerz, jak i w głąb sceny. Dochodzi do tego sugestywna stabilizacja lokalizacji poszczególnych muzyków i coś, wobec czego nie sposób przejść obojętnie – soczystość i zniewalająca muzykalność przekazu. Może Lehmannaudio nie ma takiej rozdzielczości jak znacznie droższa konkurencja w stylu Chorda Huei, czy Gold Note PH-10, ale bądźmy szczerzy. W tej cenie oczekiwanie cudów raczej w grę nie wchodzi i nosi znamiona usilnego szukania dziury w całym. Dlatego też nie ma co marudzić, tylko cieszyć się z tego, co BCS potrafi. A potrafi naprawdę sporo. Pomijając wspomnianą dynamikę, soczystość w praktycznie całym paśmie i potęgę grania, dzięki którym odjeżdża zaimplementowanym w budżetowych gramofonach i integrach układom jak Szurkowski peletonowi podczas Wyścigu Pokoju, tytułowy maluch robi jeszcze jedną rzecz. Otóż wyciąga wszystko co najlepsze nie tylko z nawet nieco sfatygowanych płyt, co przede wszystkim jawnie i bezczelnie „podrasowuje” brzmienie niezbyt wyrafinowanych wkładek MM dodając im masy, drajwu i wyrafinowania. Może nie osiągną dzięki temu poziomu zarezerwowanego dla ich bardziej zaawansowanego rodzeństwa MC, ale … jest to krok w zdecydowanie dobrą stronę. Co ciekawe owa maniera „dopalania” emocjonalnego nie jest przez ww. przedwzmacniacz stosowana globalnie, lecz dostosowywana do zaistniałej sytuacji, gdyż potrafił się bez najmniejszych problemów porozumieć zarówno z dynamicznym i gęstym Shelterem 201, jak i równie energetycznym, lecz zdecydowanie bardziej wyrafinowanym Dynavectorem DV-10X5, w żadnym z powyższych przypadków nie popadając w zbytnią ofensywność, czy przysłowiową „bułę”, czyli poluzowanie najniższych składowych i utratę komunikatywności. Ot, radosne, czy wręcz, gdy tylko repertuar na to pozwalał, żywiołowe granie, które oprócz wszelakich odmian rocka sprawdzało się również na innych gatunkach muzycznych oferując zbliżoną estetykę i dając przy tym sporo radości. Nawet wydawać by się mogło chłodny i zdystansowany jazz – „Vägen” Tingvall Trio cechował wysoce satysfakcjonujący oddech i precyzja. Co prawda pojawiało się delikatne zaokrąglenie konturów a uwaga słuchacza kierowana była na średnicę i jej przełom z basem, ale … jeśli ktoś do tej pory zastanawiał się na czym polega odmieniana przez wszystkie przypadki „magia czarnej płyty”, to właśnie teraz mógł nausznie jej doświadczyć. W ramach krótkiego resume pozwolę sobie na chwilę szczerości. Nie da się bowiem ukryć, że szukający bogato zdobionych, bądź po prostu łapiących za gałkę oczną bibelotów esteci na Black Cube Statement nie zatrzymają wzroku dłużej aniżeli to konieczne. Ich strata. Bowiem Lehmannaudio stworzył coś, co nie ma wyglądać, tylko grać. I proszę mi wierzyć, że gra tak, że buty spadają, a wpięty pomiędzy gramofon i wzmacniacz z podobnego sobie, bądź nawet dwukrotnie wyższego pułapu cenowego sprawi, że na długo, bardzo długo stracimy zainteresowanie cyfrowymi nośnikami i plikami. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+ – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 695 PLN Dane techniczne Czułość wyjściowa: 775 mV/0 dB (z aktywowanym jumperem wzmocnienia) Wzmocnienie przy 1 kHz: MM: 7.4 mV/1 kHz; MC: 0.74 mV/1 kHz Max napięcie wejściowe: MM: 58 mV; MC: 5.6 mV Odstęp sygnał/szum: MM: 78 dB; MC: 57 dB Wzmocnienie: 31 dB, 41 dB, 51 dB, 61 dB Separacja kanałów: > 85 dB at 10 kHz Impedancja wejściowa: 47 kΩ, 1 kΩ, 100 Ω Impedancja wyjściowa: < 100 Ω Pojemność wejściowa: 100 pF Niezrównoważenie kanałów: 0.5 dB Filtr suboniczny: 50 Hz, 6 dB/oct. Wymiary (S x G x W): 103 x 108 x 45 mm Waga: 0.28 kg netto
  9. Zobacz cały artykuł
  10. Czy da się pogodzić wysokiej klasy audio z ekologią? Na pierwszy rzut oka i ucha niekoniecznie, gdyż nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że nic tak dobrze nie wpływa na brzmienie, jak solidnie przewymiarowane, klasyczne trafo i grzejący się jak diabli, pracujący w klasie A stopień wyjściowy. Niby orędownicy zasilaczy impulsowych i klasy D dwoją się i troją próbując zbliżyć się do konwencjonalnych rozwiązań, podprogowo kusząc potencjalnych nabywców pseudo-ekologicznymi banialukami i rewelacyjnie wyglądającymi w tabelkach parametrami, jednak mówiąc szczerze to wszystko niespecjalnie znajduje odzwierciedlenie podczas odsłuchów. Czyli co? Jeszcze chwila a audiofile zaczną być traktowani przez bojowo nastawionych ekologów na równi z miłośnikami polowań i potężnych silników spalinowych. Okazuje się, że niekoniecznie, gdyż niespodziewanie z pomocą w walce ze smogiem i rabunkową eksploatacją środowiska naturalnego przychodzi … moda. Tak, tak, moda na powszechną bezprzewodowość i mobilność, co z jednej strony oznacza minimalizację potrzebnych do użycia materiałów a z drugiej możliwie wysoką skuteczność implementowanych tamże układów. I właśnie z takiego, ekologicznie zorientowanego segmentu pochodzi nasz dzisiejszy bohater, czyli słuchawki House of Marley Exodus ANC, nad którymi przyszło mi się pastwić przez ostatnie kilkanaście dni. O samej marce zdążyłem już co nieco napisać podczas testu głośnika Bag of Riddim 2.0, więc tym razem analizę koligacji rodzinnych i drzewa genealogicznego stojących za nim potomków legendarnego Boba Marleya spokojnie możemy sobie odpuścić. Pozwolę sobie jednak wspomnieć o praktycznie na każdym kroku podkreślanej trosce o środowisko naturalne. Mamy zatem już na wykonanym z surowców wtórnych i łatwo biodegradowalnym opakowaniu informacje, że każdy zakup pomaga w nasadzeniach nowych drzew, w środku zamiast wszechobecnych folii i styropianów mamy celulozową wytłoczkę plus papier (pergamin?) w jaki zawinięto tytułowe nauszniki a i w nich samych praktycznie ze świeca szukać plastików. Muszle wykonano bowiem z drewna, pałąk z aluminium a jego obszycie, oraz wypełnionych pianką Premium Comfort Memory padów stanowi czarna eko-skóra. Uczciwie przyznam, że całość sprawia niezwykle solidne wrażenie nie tylko na pierwszy rzut oka, ale i podczas organoleptycznego testu na tzw. macanta. Ze względu na budulec muszli producent zmuszony był zrezygnować ze sterowania gestami na rzecz standardowych przycisków. I tak na obwodzie lewej znajdziemy włącznik główny, suwak aktywujący system aktywnej redukcji hałasu (ANC) i gniazdo dedykowane przewodowi sygnałowemu mini jack, za to na prawej ulokowano sterowanie głośnością/pauzę, szybkie wyciszenie (MM) i port USB C do ładowania wbudowanych akumulatorów. Z technikaliów warto wymienić obecność 50 mm przetworników, funkcję szybkiego ładowania (6 godzin odtwarzania po 15-minutowym ładowaniu) i 28-godzinny czas pracy z ANC / 80 godzin z wyłączonym ANC po „zatankowaniu do pełna”, które trwa ok. 3 h. W zestawie oprócz miękkiego woreczka ochronnego nie zabrakło przewodów zasilającego i sygnałowego zintegrowanego z mikrofonem i jednoprzyciskowym pilotem. Zanim przejdę do części poświęconej brzmieniu nieśmiało tyko wspomnę o czysto ergonomicznym aspekcie, czyi wygodzie codziennego użytkowania. Otóż Marleye z powodzeniem możemy uznać za konstrukcje pełnokrwiście wokółuszne o wielce satysfakcjonującym komforcie zweryfikowanym empirycznie podczas wielogodzinnych sesji. Teoretycznie 279 g czuć na czerepie, ale dzięki przemyślanemu rozłożeniu masy i stabilności całej konstrukcji nie znajduję powodów do najmniejszych utyskiwań. Po prostu nawet przy moich gabarytach wszystko pasowało jak ulał, nic nie cisnęło a podczas przemieszczania się pieszo, bądź środkami komunikacji miejskiej nie odnotowałem żadnych niepokojących dźwięków, oraz tendencji do niekontrolowanego zsuwania się z głowy. Jak na razie całkiem obiecująco. A to przecież dopiero początek. Już od pierwszych taktów Exodusy jasno i dobitnie dają do zrozumienia kto tu rządzi. Ich dźwięk jest bowiem niezwykle potężny i tak naładowany, kipiący wręcz energią, że zaczynamy się zastanawiać czy przypadkiem nie siedzą w nich jakieś dodatkowe ogniwa wodorowe, bądź inne ukryte źródła energii. W dodatku to nie jest granie na przysłowiową pałę z przewalonymi podzakresami i traktowaniu reprodukowanego materiału na jedno kopyto. O nie, tutaj wszystko jest na swoim miejscu, ale podane w sposób wykluczający jakiekolwiek niedomówienia, czy zawoalowania. Skraje pasma są mocne, podobnie z resztą jak średnica, więc z jednej strony śmiało możemy mówić o liniowej charakterystyce, a z drugiej mieć pewność, że nie będzie nudno, czy monotonnie. Wystarczyło bowiem włączyć ścieżkę dźwiękową „The Vikings” autorstwa Trevora Morrisa, bądź „Lucy” Erica Serry, by na własne uszy, i to dosłownie, przekonać się co oznacza wgniatanie w fotel. Oczywiście to tylko niewinna metafora, jednak chodzi o wyraźną manierę i charakter tytułowych nauszników, które w swym brzmieniu niejako pełnymi garściami czerpią z takich wzorców jak Koss Porta Pro, czy Marschall Major, wprowadzając je na zdecydowanie wyższy poziom intensywności i wyrafinowania. Warto bowiem mieć świadomość, iż jeśli tylko w odtwarzanym nagraniu pojawi się chociażby śladowa dawka drajwu i rytmu, to o resztę możemy być spokojni – Exodusy odpowiednio całość podkręcą, podrasują i sprawią, że nawet mocno suche i szeleszczące a przy tym płaskie jak stolnica realizacje w stylu „Keeper of the Seven Keys, Pts. I & II (Deluxe Edition)” Helloween zaskoczą nasyceniem i czymś na kształt trójwymiarowości. Za to z nagraniami, przy których postprocesie ekipa za stołem mikserskim odrobiła pracę domową śmiało możemy mówić o pełni szczęścia. Powyższa uwaga dotyczy jednak nie tylko hollywoodzkich superprodukcji i ciężkiego rocka, lecz również gatunków nieco bardziej popularnych i komercyjnych, jak szeroko rozumiana muzyka taneczna w stylu „Shock Value” Timbaland, czy trudne do jednoznacznego zdefiniowania elektroniczne poczynania ekipy Gorillaz („Demon Days”). Będzie gęsto, intensywnie, lecz również rozdzielczo, z wyraźnie zaznaczoną gradacją planów i precyzyjnym ogniskowaniem źródeł pozornych. Na powyższy stan rzeczy nie wpływa aktywacja, bądź dezaktywacja systemu ANC, co cieszy, gdyż czasem tego typu aktywna izolacja od szumów otoczenia potrafi prowadzić do wrażenia jakbyśmy umieścili głowę w jakimś wielkim słoju. Tutaj nic takiego nie ma miejsca a włączenie ANC sprawia tylko, że nawet w „hałaśliwym” otoczeniu jesteśmy w stanie słuchać ulubionych nagrań na wielce cywilizowanych poziomach głośności a w razie potrzeby, chwilowo zawieszać wirtualną izolację jednym wciśnięciem przyciska MM. House of Marley Exodus ANC kochają muzykę i na każdym kroku starają się to udowadniać stawiając na soczystość barw i zaraźliwą motorykę, które nie pozwalają nie tylko na nudę, co i obojętność. Może dla miłośników prosektoryjnej analityczności i przysłowiowego dzielenia włosa na czworo będą zbyt spontaniczne i żywiołowe, lecz śmiem twierdzić, iż znacząca większość akolitów mobilnego umuzykalniania będzie z faktu ich posiadania wielce kontenta. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 099 PLN Dane techniczne Średnica przetworników: 50mm Pasmo przenoszenia: 20Hz-20000 Hz Impedancja: 32 Ω Czułość: 96±[email protected] THD: <3% @1mW/ 100Hz-20kHz Microphone Sensitivity: -42dB ±3dB Bluetooth: Ver. 5.0 Zasięg: >16m Akumulator: 1000mAh Czas pracy na baterii: 28h ANC / BT Mode 80h Czas ładowania: 3 h Waga: 0.279 kg
  11. Zobacz cały artykuł
  12. Rynek Hi-Fi, jak z resztą pozostały obszar dóbr konsumpcyjnych, rządzi się swoimi prawami. Co i rusz pojawiają się mniej, bądź bardziej sezonowe mody, niepodważalne kanony piękna, czy konieczne do zaimplementowania funkcjonalności, bez których ze świecą szukać nabywców. Do tego dochodzą ciężko wypracowywane przez długie lata tzw. „szkoły brzmieniowe”, niejako definiujące poszczególne marki a zarazem podkreślające ich przynależność do określonego obszaru geograficznego. Oczywiście to tylko hasła-klucze tak jak kulinarny synonim „kuchni śródziemnomorskiej” - pojemny na tyle, by pomieścić zarówno proste i sycące włoskie pasty, jak i wykwintną kuchnię molekularną znad Loary. Podobnie jest z audio, choć wspominając właśnie o włoskiej, bądź francuskiej, czy też angielskiej szkole brzmienia można, licząc na osłuchanie interlokutora, spodziewać się powstania u niego chociażby mglistego wyobrażenia o temacie rozmowy. Nie inaczej jest i tym razem, gdyż dzięki uprzejmości białostockiego Rafko do naszej redakcji dotarły zaskakująco, szczególnie biorąc pod uwagę ich trójdrożność, gabaryty i jakość wykonania, rozsądnie wycenione przedstawicielki najnowszej serii Borea francuskie Triangle o symbolu BR08. Kiedy podczas uzgadniania z przedstawicielami dystrybutora – białostockiego Rafko, na produktowej stronie marki natrafiłem na fragment mówiący, iż „Borea to nowa linia produktów skierowana do użytkowników, którzy szukają dźwięku szybkiego, precyzyjnego z dużą ilością detali …” niejako podświadomie założyłem, że może i rynek się zmienia, lecz pewni wytwórcy na tyle okopali się na swoich pozycjach i zdobyli przy tym w pełni satysfakcjonujące grono wiernych akolitów, że już nie w głowach im przysłowiowe wynajdywanie koła od nowa. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ww. seria stała się dla Triangle’a okazją nie tylko do rozszerzenia własnego portfolio o produkty ze względu na swą niewygórowaną cenę po prostu łatwiej dostępne dla szerszego grona odbiorców, co również całkowicie inaczej zestrojone. Śmiem wręcz twierdzić, że gdyby nie firmowy znaczek i obecność w wiadomym katalogu, bazując jedynie na wyglądzie, oraz tym co słyszę, próbowałbym wpasować będące obiektem niniejszego testu kolumny gdzieś w okolice Tannoya, bądź … rodzimej Melodiki. Zamiast bowiem „wizualnie podkreślonej” góry pasma poprzez użycie charakterystycznego, ukrytego wewnątrz tubki tytanowego tweetera z nieodłącznym, przypominającym nabój karabinowy, korektorem fazy tym razem mamy do czynienia z 25mm jedwabną kopułką z soczewką akustyczną i firmowym, jednak zupełnie inaczej zaprojektowanym korektorem fazy. Z kolei za reprodukcję średnicy odpowiada 165 mm celulozowy mid-woofer wzorowany na tych stosowanych w wyższej serii Esprit. Jeszcze ciekawiej jest na dole pasma, którą powierzono parze 165mm wooferów o membranach z włókna szklanego wspomaganych pojedynczym kanałem bass refleks z wylotem umieszczonym na ścianie frontowej. Całkiem sporo jak na trójdrożne podłogówce wycenione poniżej 5 kPLN, nie sądzicie? Jeśli dodamy do tego pokryte winylową, acz wielce udaną okleiną solidne skrzynie dodatkowo wzmocnione panelami wykonanymi z MDF-u i odsprzęgnięcie drajwerów z pomocą pianek EVA, co zostało przez producenta ochrzczone jako DVAS (Driver Vibration Absorption System) naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić. Na tylnej ściance znajdziemy zamocowane na eleganckim szyldzie pojedyncze, lecz za to niemalże biżuteryjne i wygodnie rozsunięte terminale głośnikowe a same kolumny można ustawić bezpośrednio na podłodze na niewielkich stożkach, bądź dokręcić znajdujące się w standardowym wyposażeniu dodatkowe, poprawiające stabilność konstrukcji cokoły i dopiero je uzbroić we wkręcane stożki. Osobiście rekomenduję opcję numer dwa, bo może i kolumny zajmą nieco więcej miejsca, jednaj nawet mocno, oczywiście niechcący je trącając, nie spowodujemy ich przewrócenia, co z pewnością docenią posiadacze małoletniej progenitury i wszelakiej czworonożnej domowej zwierzyny. W komplecie znajdują się również tekstylne maskownice, które jako ochrona mechaniczna sprawdzą się raczej średnio, jednak skutecznie zasłaniając przetworniki przed wzrokiem ciekawskich dają cień szansy na ich pozostawienie we względnym spokoju. Najciekawsze jednak dopiero przed nami, gdyż przechodzimy do walorów brzmieniowych, a te w przypadku BR08 są tyleż intrygujące, co wręcz zaskakujące. I piszę to z pełną odpowiedzialnością i świadomością dinozaura mającego okazję przez ostatnie ćwierćwiecze odsłuchać dobrych kilkunastu modeli sygnowanych przez Triangle’a. To od „zawsze” było granie na swój sposób niepowtarzalnie charakterne, żywe i zadziorne, które można było kochać, bądź nienawidzić a obojętność była dla nich zjawiskiem całkowicie obcym. Natomiast BR08 są niepodważalnie namacalnym dowodem na swoistą 180° woltę i tym samym zaskakująco udaną próbę wejścia w buty wydawać by się mogło diametralnie inaczej od Triangli grających … Dynaudio. Tak, tak, to nie żart – tytułowe Borea BR08 poszły na przysłowiową całość i postawiły wszystkie żetony w audiofilskim kasynie na iście karmelową słodycz i gorącą średnicę. Czy to źle? Z mojego punktu widzenia nie, lecz wieloletni akolici francuskiej marki przy pierwszym kontakcie z serią Borea mogą poczuć się co najmniej skonfundowani. Jeśli natomiast zaczniemy oceniać BR08 nie poprzez pryzmat naszych oczekiwań i wyobrażeń a jedynie ich brzmienia okaże się, że jest ono nie dość, że świetnie zestrojone, co świadomie dostosowane do współczesnych realiów, czyli dostępnej na ich pułapie cenowym elektroniki. Weźcie bowiem pod uwagę, iż w większości budżetowych przypadków podążając za obowiązującą „wysoką rozdzielczością” producenci zarówno źródeł, jak i wzmacniaczy uzyskują ją głównie na drodze coraz dalej posuniętej analityczności i detaliczności, które wcale nie muszą i z reguły nie oznaczają wspomnianej rozdzielczości. Dostajemy w rezultacie ogrom dźwięków, lecz gdzieś po drodze gubi się sens ich istnienia, czyli muzyka. A ww. Triangle nawet z takimi „suchotnikami” dają szansę na co najmniej mało fatygujący efekt finalny. Nie wierzycie? No to w ramach weryfikacji polecam odsłuch „Hunter's Moon” Delain. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że to nie jest audiofilskie wydawnictwo, tym bardziej, że ¾ krążka zajmują utwory koncertowe. Jednak z Trianglami w torze otrzymujemy prawdziwie epickie widowisko, w którym swoje trzy grosze wtrąca m.in. Marco Hietala z Nightwish. Wolumen generowanego przez tytułowe podłogówki dźwięku bardzo pozytywnie zaskakuje. Mówimy o naprawdę „dużym dźwięku”, o obszernej, rozbudowanej we wszystkich wektorach scenie i typowo koncertowej monumentalności. Całe szczęście owe „przestrzenne” rozbuchanie nie idzie w parze ze sztucznym pompowaniem źródeł pozornych, gdyż wokal Charlotte Wessels nadal pozostaje adekwatny do jej postury a jedynym, co można byłoby uznać za odejście od wzorcowej transparentności jest miłe uchu dopalenie średnicy i tym samym dociążenie jej poczynań. Osobiście uznaję to za plus, ale jak ktoś uzależnił się od strzygopodobnego szeleszczenia raczej powinien rozejrzeć się za jakimiś „suszej” brzmiącymi kolumnami. Przesiadka na energetyczny jazz w wykonaniu Nilsa Pettera Molværa, czyli mój dyżurny „Khmer” praktycznie nie zmieniła sytuacji. Nadal miałem do czynienia z zaraźliwą wręcz motoryką, potężnym, acz w pełni satysfakcjonująco kontrolowanym basem (nieśmiało tylko nadmienię, że podczas testów BR08 napędzałem Brystonem 4B³) i gorącą, niemalże stereotypowo lampową średnicą okraszoną równie soczystymi wysokimi tonami. Od razu uprzedzę ewentualne obawy – jest słodko i niemalże karmelowo, ale ów efekt nie został okupiony ani utratą przestrzeni, ani tym samym otwartości przekazu. Wszelakiej maści perkusjonalia, przeszkadzajki, czy też solowe poczynania akustycznego instrumentarium mają właściwy sobie oddech i bez trudu „zawisają” na trójwymiarowej scenie. Warto jednak nieco poeksperymentować i postawić kolumny np. na granitowych płytach, które nieco wykonturują pozycjonowanie źródeł pozornych odchudzając nieco kreskę, jaką kreślone są ich obrysy. W ramach podsumowania przewrotnie napiszę, że Borea BR08 nie grają jak żadne z dotychczas słyszanych przeze mnie Triangli. Nie jest to jednak bynajmniej ani zarzut w stosunku do nich, czy też ostrzeżenie skierowane ku ewentualnym nabywcom, a jedynie twierdzenie w pełni weryfikowanego (nausznie) faktu. To niezwykle muzykalne, świetnie osadzone tak w basie, jak i średnicy podłogówki zdolne z powodzeniem stworzyć prawdziwie koncertową nawałnicę dźwięków nie raniąc przy tym uszu. Jeśli zatem do tej pory co i rusz zerkaliście w kierunku francuskich kolumn kuszeni ich ponadprzeciętną żywiołowością, lecz nie do końca przekonywała Was maniera z jaką serwowały one wysokie tony z czystej ciekawości sięgnijcie po BR08, bo to może być prawdziwy przełom w Waszych wzajemnych relacjach. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp, Phasemation EA-350 – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+ – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Rafko Cena: 4 795 PLN (para) Dane techniczne Konstrukcja: trójdrożna, podłogowa, wentylowana od przodu Wykorzystane głośniki - wysokie tony: 25 mm jedwabna kopułka z systemem EFS, korektorem fazy - średnica: 165 mm głośnik z wyprofilowanym stożkiem z masy celulozowej i z półzawiniętym zawieszeniem wykonanym z unikalnego połączenia gumy i pianki - bas: 2 x 165mm membrana z włókna szklanego Impedancja: 3 Ω Skuteczność: 92 dB Moc ciągła (RMS): 150W Pasmo przenoszenia: 40 - 22.000Hz Wymiary (W x S x G): 105,1 cm x 20,6 cm (bez cokołu), 31,4 cm (z cokołem) x 26cm (bez cokołu), 31,4 (z cokołem) Waga: 19,6 kg
  13. Nope, zarówno źródło, jak i phonostage dla obu topowych integr są te same.
  14. Już w tytule masz błąd - w topowej serii MF ma odtwarzacz Nu-Vista CD i wzmacniacz zintegrowany Nu-Vista 800. Miałem u siebie oba urządzenia i miło wspominam, jednak wizyta na stronie producenta wskazuje, iż Nu-Visty przeszły w tzw. międzyczasie lekki lifting a ich najnowszych inkarnacji jeszcze nie miałem okazji słuchać.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.