Jump to content
  • Content Count

    7645
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

388 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

54597 profile views
  1. Zdradzisz w jakim metrażu mają zagrać poszukiwane kolumny, bo chyba ta informacja jeszcze w wątku się nie pojawiła 😕
  2. Pomimo zauważalnego spadku popularności, a tym samym rozpoznawalności na naszym rynku, mając niejako na uwadze sentyment z dawnych lat do jednego z wielu moich ówczesnych obiektów westchnień, staram się w miarę regularnie zaglądać do portfolio, a gdy koniunkcja planet temu sprzyja również posłuchać we własnych czterech kątach, wyrobów jednego z przedstawicieli „starej gwardii” europejskiego Hi-Fi, czyli duńskiego Coplanda. Młodszym akolitom audiofilskich doznań nazwa ta może niewiele mówić, ale proszę mi wierzyć, że jeszcze pod koniec ubiegłego tysiąclecia była ona równie mocnym graczem co obecnie Ayon, czy Octave. Ba, tak po prawdzie nadwiślańskie równiny znajdowały się wtenczas pod wpływem takich lampowych graczy jak Audio Note, VTL, Jolida, Conrad Johnson czy właśnie Copland, a z lokalnych wytwórców audiofilską brać elektryzowały Amplifon i stricte undergroundowy Art-Line. Co ciekawe z powyższego grona miano najbardziej analitycznych, bardzo często porównywanych do „lampowych tranzystorów” przypisywano Duńczykom. Lata jednak lecą, oczekiwania rynku ewoluują i kto za nimi nie nadąża, bądź po prostu stoi w miejscu licząc na cud, najoględniej mówiąc wypada z obiegu. Całe szczęście Copland z obiegu nie wypadł a odsłuchy integry CTA 405-A, końcówki CTA 506 i wyśmienitego DAC-a/wzmacniacza słuchawkowego DAC 215 tylko podkreśliły, zintensyfikowały dementi, jakoby „źle się działo w państwie duńskim”. Biorąc pod uwagę moją słabość do skandynawskiej marki nie powinien nikogo dziwić fakt, iż gdy tylko światło dzienne ujrzał najnowszy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany CSA 100, uznałem za stosowne zasygnalizować wieloletniemu dystrybutorowi Duńczyków - Sieci Salonów Top HiFi & Video, że z chęcią nausznie sprawdzę cóż też ta nowalijka potrafi. Po zdecydowanie bardziej absorbujących gabarytowo, w pełni lampowych kopenhaskich piecach, widok dzisiejszej hybrydy może budzić pewne obawy, czy aby taki maluch to jest prawdziwe Hi-Fi, czy tyko jego namiastka. Prawda jest jednak taka, że z 100-ką wszystko jest w jak najlepszym porządku a jej rozmiary są w pełni znormalizowane, gdyż przy 435 mm szerokości, 370 głębokości i 135 wysokości idealnie wpisuje się w pełnowymiarowy mainstream, a jedynie jej starsze, ponadnormatywnie wyrośnięte rodzeństwo niejako podświadomie rozbudziło u mnie, bazujące na wcześniejszych doświadczeniach oczekiwania. Całe szczęście charakterystyczny – łączący typowy skandynawski minimalizm z ponadczasową elegancją design nie uległ zmianie nawet o jotę. Nadal mamy bowiem do czynienia z masywnym, szczotkowanym aluminiowym frontem z symetrycznie umieszczonymi dwiema solidnymi i fenomenalnie wykonanymi gałkami – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą regulacji głośności. I tutaj od razu „duński smaczek”, czyli skala, która rozpoczyna się nie standardowo od zera a od … nieskończoności. Dziwne? Niekoniecznie – raczej logiczne, gdyż we wzmacniaczach zintegrowanych potencjometr pełni przecież rolę tłumika limitującego pełną moc konstrukcji, zatem w tym wypadku skala pokazuje zmniejszanie tłumienia, a co za tym idzie wzrost głośności. W centrum, na planie koła o średnicy zgodnej z właśnie wspomnianymi pokrętłami ulokowano oczko czujnika IR otoczone aureolką siedmiu diod sygnalizujących wybrane wejście i stan pracy mplifikacji. W tym momencie należałoby wspomnieć o pewnym, służącym zachowaniu spójności z rodową spuścizną konsekwencją. Otóż do czasu pojawienia się na rynku DAC-a 215 Copland wydawać by się mogło niespecjalnie interesował się tematyką przetworników cyfrowo-analogowych, z iście stoickim spokojem obserwując ogarniające branżę szaleństwo i bardzo często bezmyślny wyścig na coraz to pojawiające się kości DAC. Dlatego też stosunkowo późno wypuścił 215-kę a widząc jakie zainteresowanie, oraz pochlebne opinie zbiera skorzystał ze zdobytej wiedzy i postanowił co nieco z ww. wyrafinowanego malucha przetransplantować do tytułowej integry. Dlatego też w ramach swoistego podkreślenia owego novum sekcja cyfrowa otrzymała dedykowany, ulokowany w lewym dolnym narożniku pięciopozycyjny obrotowy selektor. Wystarczy zatem kręcąc lewą gałą, lub za pomocą dołączonego, również aluminiowego pilota wybrać wejście D (od digital) na wybieraku głównym a następnie mniejszym selektorem stosowny interfejs. Dla osób niespecjalnie przywiązujących wagę do dołączanych przez producentów materiałów dydaktycznych potocznie zwanych instrukcjami obsługi pragnąłbym jedynie wspomnieć, iż pierwsza nastawa – BT (Bluetooth) dostępna jest jako dodatkowo płatna opcja. Idźmy jednak dalej. Ofertę frontu uzupełniają dwa niewielkie przyciski - aktywujący pętlę magnetofonową i usypiający/wybudzający ze stand by, oraz wyjście słuchawkowe. Wykonaną w formie czernionego ceownika – zabezpieczająca również boki, pokrywę całkiem solidnie ponacinano w jej przedniej części zapewniając tym samym cyrkulację powietrza wewnątrz trzewi wzmacniacza. Ściana tylna 100-ki, to kolejny przykład skandynawskiego porządku. Patrząc od lewej mamy sekcję przedwzmacniacza gramofonowego MM z zaciskiem uziemienia, cztery wejścia analogowe (trzy RCA i jedno XLR), wyjście pętli magnetofonowej i z przedwzmacniacza, orz nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową z wejściem koaksjalnym, parą optycznych i USB. Pojedyncze terminale głośnikowe umieszczono nad ww. interfejsami, więc warto mieć to na uwadze i albo decydować się na okablowanie zakonfekcjonowane bananami, bądź widły przykręcać od góry. Wyliczankę zamykają włącznik główny i trójbolcowe gniazdo zasilania IEC. Zaglądając do trzewi naszego dzisiejszego bohatera mówiąc kolokwialnie „nie ma lipy”, jest za to kawał starego dobrego Hi-Fi i to w budzącym zaufanie wykonaniu. Wzrok od razu przyciąga odpowiedzialne za zasilanie potężne toroidalne 700 VA trafo Noratela i bateria sześciu kondensatorów Nichicona o łącznej pojemności 60 000 µF, oraz pracująca w sekcji przedwzmacniacza urocza podwójna trioda ECC88 Electro-Harmonixa, Stopień wyjściowy zrealizowano na tranzystorach bipolarnych On Semi MJL3281G/MJL1302A zdolnych oddać po 100W przy obciążeniu 8Ω na kanał, a regulację głośności oparto na klasycznym zmotoryzowanym Alpsie. I oczywiście DAC, czyli znany z 215-ki 32-bitowy układ ESS Sabre ES9018 w konfiguracji quad-mono radzący sobie zarówno z sygnałami PCM do 32 bit / 384 kHz, jak i DSD128. A jak z brzmieniem? Śmiem twierdzić, że CSA 100 gra nawet lepiej niż wygląda a uczciwie trzeba przyznać, że wygląda przecież świetnie. Mamy zatem firmowe, nader udane połączenie skandynawskiej świeżości i niepozwalającej na spokojne usiedzenie w fotelu motoryki. Próżno przy tym doszukiwać się tu jakiejś nerwowości, czy też usilnych prób sztucznego podkręcania tempa. O nie, i wbrew obiegowej opinii o hybrydach wcale nie mamy syntezy wad obu technologii, lecz wręcz przeciwnie. To nad wyraz liniowy a zarazem angażujący przekaz, w którym lampa jedynie nadaje gładkości i wyrafinowania a całą resztą zajmują się tranzystory. Kreowana scena mile zaskakuje zarówno swoją obszernością, jak i uporządkowaniem, co sprawia, że nawet na tak skomplikowanym i rozbudowanym materiale jak „The Hobbit - The Desolation Of Smaug” Howarda Shore’a nic się nie zlewało i nie gubiło w dalszych rzędach. Z niekłamanym zadowoleniem odnotowałem w swym recenzenckim kajecie kilka uwag o dynamice, oraz sposobie prowadzenia linii basu. O ile chodzi o pierwszą kwestię, to Copland jest świetnym przykładem na to, że jak się chce to można pokazać wszystko co potrzeba zarówno na polu mikro, jak i makro i to niezależnie od poziomu głośności, bowiem jest to konstrukcja świetnie sprawdzająca się nawet przy niskich poziomach głośności, co z pewnością docenią nocne marki. Oczywiście spora w tym zasługa świetnej rozdzielczości Duńczyka, jednakże zarówno przy niemalże koncertowych, jak i niezobowiązujących, wieczorno-nocnych dawkach decybeli wyraźnie różnicowane są skoki dynamiki, co automatycznie przekłada się na nasze zaangażowanie w odbiór. Jeśli zaś chodzi o bas, to na tle swojego starszego rodzeństwa jest nieco bardziej krągły, to szalenie daleko mu do przysłowiowej buły, czy zmulenia i spowolnienia. Najoględniej można powiedzieć, że jest to ukłon w stronę szerszego rynku, gdzie zbytnia chrupkość dołu pasma mogłaby zostać odebrana jako przesunięcie równowagi tonalnej w górę i odchudzenie, więc takie lekkie pogrubienie kreski przy jednoczesnej dbałości o zwięzłość i timing pozwoliło upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. W dodatku dzięki powyższemu zabiegowi nawet te niezbyt audiofilskie nagrania mają szansę zyskać na atrakcyjności. Przykładowo „The Sickness (20th Anniversary Edition)” Disturbed nie tylko nie męczyło nawet przy daleko przekraczających dobrosąsiedzkie stosunki poziomach głośności, lecz pokazywało bogactwo drugo i trzecioplanowych smaczków, jakimi ów album został naszpikowany. Z kolei nader wiekowy, lecz niemający najmniejszej ochoty się zestarzeć genialny i śmiało zapuszczający się w rejony wirtuozerskiego jazz rocka i Fusion, nagrany pod czujnym okiem samego George'a Martina (tak, tak, to nie zbieżność nazwisk – chodzi właśnie o tego George'a Martina - producenta The Beatles) album „Blow By Blow” Jeffa Becka zwrócił moją uwagę na jeszcze jeden atut naszego dzisiejszego gościa. Chodzi bowiem o zupełnie naturalną prezentację różnic pomiędzy tym co zelektryfikowane a tym co owego wspomagania niespecjalnie potrzebuje. Przykładowo konsystencja dźwięków reprodukowanych np. przez gitarę/bas i perkusję, gdzie gitary oferowały charakterystyczny zaśpiew, a bas dodatkowo gęste i pulsujące „body”, natomiast uderzenia w werbel brzmiały niczym wystrzały – z właściwą sobie suchością. Jeśli dodamy do tego gościnny występ grającego w „Thelonius” https://tidal.com/browse/track/119965924 na klawinecie Steviego Wondera, czy przemycone przez Martina orkiestracje. mamy prawdziwy majstersztyk i wszystko co w roku i jazzie najlepsze w niezwykle lekkostrawne a jednocześnie dalekiej od banalności formie. A Copland potrafi to w sposób niezwykle angażujący pokazać, za co należą mu się w pełni zasłużone brawa. Na koniec kilka uwag natury użytkowej. Otóż po raz kolejny, przynajmniej w moim systemie wyszło na to, że jeśli producent był łaskaw swój produkt wyposażyć w XLR-y to warto zrobić z nich stosowny użytek. Tak też było i tym razem, gdyż właśnie po XLR-ach CS 100 zaoferował lepszą kontrolę, energetyczność przekazu i przede wszystkim rozdzielczość. Jeśli zaś chodzi o interfejsy cyfrowe to prym wiedzie wśród nich USB, które w sposób iście bestialski, z racji obsługi gęstych plików, rozprawia się z możliwościami pozostałych „dziurek”. Pozwolę sobie też w tym momencie na małą dygresję i porównanie z konkurencyjną ofertą, również skandynawskiego, choć głównie z racji lokalizacji kwatery głównej a nie produkcji jako takiej, Hegla, którego kilka konstrukcji miałem okazję krócej, bądź dłużej u siebie gościć i właśnie na podstawie niemalże bezpośrednich sparringów śmiem twierdzić, iż Norwegowie mają jeszcze do kogo równać. Z kolei w przypadku tak sekcji przedwzmacniacza gramofonowego, jak i wyjścia słuchawkowego warto po prostu odnotować fakt ich obecności i gdy nadarzy się ku temu okazja z nich korzystać, jednak cudów spodziewać się nie można. Ot, sprawdzą się podczas sporadycznych odsłuchów, jednak miłośnicy wyższej klasy tak słuchawek, jak i gramofonów powinni rozejrzeć się za zewnętrznymi wspomagaczami. W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, iż Copland swoją integrą CSA 100 wraca do gry i w dodatku może w swojej „lidze” sporo namieszać psując przy tym krew zdecydowanie lepiej rozreklamowanej konkurencji. Jeśli zatem rozglądacie się za „wszystkomającą” integrą a jednocześnie nie chcecie zbytnio nadwyrężyć domowego budżetu rzućcie lepiej uchem na tytułowego Duńczyka. Marcin Olszewski – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM – Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 14 999 PLN Dane techniczne Moc wyjściowa: 2 x 100W / 8Ω , 2 x 180W / 4 Ω Minimalna impedancja obciążenia: 2 Ω Wejścia analogowe: para XLR, 3 pary RCA Wejścia cyfrowe: coax S/PDIF, 2 xoptical S/PDIF, USB, aptX HD Bluetooth (Opcja) Wyjścia: para RCA, para RCA pre-out Impedancja wejść liniowych: 50 kΩ Impedancja wejściowa Phono: 47 kΩ (MM) Pojemność wejściowa Phono: 200 pF Czułość wejść liniowych: 250 mV Czułość wejściowa Phono: 2.6 mV Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz -3dB T.H.D: > 0.06 % Odstęp sygnał/szum: > 90dB Faza: Odwrócona Wzmacniacz słuchawkowy Wzmocnienie: 22 dB @ 100 Ω Impedancja wyjściowa: 40 Ω T.H.D: > 0.05 % Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz / -3dB Zastosowana lampa: 6922 Pobór mocy: Max.700 W Wymiary (S x W x G): 435 x 135 x 370 mm Waga: 14 kg
  3. Zobacz cały artykuł
  4. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że prawa fizyki dla wszystkich są takie same i najogólniej rzecz ujmując nie da się ich naginać według własnego widzimisię. Oczywiście spece od marketingu dwoją się i troją uparcie dążąc do zagięcia czasoprzestrzeni i zaklęcia rzeczywistości wmawiając potencjalnym nabywcom, że gorsze znaczy lepsze a taniej wykonane jest po prostu bardziej ekologiczne. Chociaż jeśli chodzi o ten drugi przykład, to niewątpliwie jest w nim ziarnko prawdy, gdyż biodegradacja jak najbardziej sprzyja naszemu środowisku, tylko dobrze by było, aby nie rozpoczynała się w momencie opuszczenia sklepu, tylko po kilku - kilkunastu latach od daty zakupu. Historia zna jednak przypadki o których Albert Einstein zwykł mawiać. iż "Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajdzie się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi". Chodzi oczywiście o sytuacje, gdy wydawać by się mogło, że dane, z reguły nader ambitne założenia nie mają nawet cienia szansy na zaistnienie w rzeczywistości, bo po prostu się nie da i już. Takie status quo trwa zazwyczaj do momentu aż ktoś podejmuje wyzwanie a następnie to robi. I właśnie, uprzedzając nieco bieg wypadków, z taką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Mowa bowiem o mikro-kolumienkach swymi gabarytami śmiało mogących pretendować do miana towarzystwa dla micro-wież i komputerowych systemów desktopowych a spokojnie dających sobie radę nawet w dwudziestometrowych pokojach. Nie wierzycie? No to … potrzymajcie mi piwo a ja idę po Dali Menuet SE. Może na zdjęciach, z racji braku punktu odniesienia, tego nie widać, ale Menuety są nawet nie tyle małe co malusie. Przy wynoszącym raptem 25 cm wzroście, 15 cm szerokości i 23cm głębokości każda z kolumienek waży oszałamiające 2 kg. Oczywiście duńskie kolumny pakowane są we wspólny karton, co już na etapie dostawy wywołało małe zamieszanie, gdyż w momencie odbioru oczekiwałem od kuriera dwóch takich „pudelek po butach” a nie jednego i aż musiałem zapoznać się z opisem zawartości przesyłki, by postawić na protokole odbioru stosowną parafkę. Po rozpakowaniu Dali popadłem za to w lekką konsternację, gdyż widok dzisiejszych bohaterek z jednej strony cieszył me oczy, lecz już ich gabaryty nad wyraz jasno dawały do zrozumienia, że najlepiej byłoby jakbym na czas odsłuchów zaanektował kilkunastometrowy pokój swojej nastoletniej progenitury, bo w „salonie” prędzej je zgubię aniżeli cokolwiek sensownego z nich usłyszę. Jednak po kolei, czyli zanim rzucę na nie uchem najpierw lepiej się im przyjrzę. I tak, naturalna okleina z dzikiego orzecha po prostu zachwyca bogactwem rysunku i stricte high-endowym, niezaprzeczalnie rustykalnym wyrafinowaniem, które podkreśla wykończona na wysoki połysk powłoka lakiernicza. Jedynym zgrzytem są plastikowe i dość pośledniej jakości maskownice, których całe szczęście używać nie trzeba, tym bardziej, iż ich mocowanie nie szpeci frontów kolumn – cienkie trzpienie wchodzą w dedykowane gniazda umieszczone na kołnierzach przetworników. Najlepiej zatem zostawić je w kartonie i zapomnieć o ich istnieniu. Zarówno ściana przednia, jak i tylna są lekko wypukłe co nadaje bryłom Menuetów miłej oczom krągłości. Front zdobi zaskakująco duża, gdyż aż 28 mm miękka tekstylna kopuła z lekko podciętym kołnierzem, pod którą przycupnął 11,5 cm mid-wooferkek (zdrobnienie wydaje się w pełni uzasadnione). Jego charakterystyczną czerwono-burgundową membranę wykonano z mieszanki celulozy wzmocnionej włóknami drzewnymi o niewielkiej wadze i niejednolitej strukturze a co za tym idzie niezwykle dużej odporności na pasożytnicze rezonanse. Napęd zapewnia wysokowydajny magnes neodymowy i cewka z włókna szklanego. Za to od zakrystii, w odróżnieniu od swojej „zwykłej” wersji, Menuety SE otrzymały przepiękne, masywne terminale z serii Epicon. W dodatku profile z tworzywa sztucznego w jakich zostały one osadzone stanowią również ujścia kanałów bass reflex. Rozwiązanie nad wyraz ciekawe i co najważniejsze pozwalające nie tylko zaoszczędzić miejsce, którego w Menuetach jest jak na lekarstwo, lecz przede wszystkim nieszpecące łapiącego za oko projektu plastycznego. Z racji iście śladowej wagi producent zapobiegliwie dołączył do kolumn stosowne gumowe piegi – do podklejenia podstaw, które powinny zapobiegać przesuwaniu się naszych dzisiejszych bohaterek nawet po śliskich powierzchniach. Od siebie tylko dodam, że ich obecność raczej nie szkodzi, choć też, szczególnie przy cięższych przewodach głośnikowych w stylu Vermöuth Audio Reference, niespecjalnie ratuje sytuację. Dlatego też dla świętego spokoju sugerowałbym rozejrzeć się za okablowaniem reprezentującym nieco niższe kategorie wagowe, jak taśmy Tellurium Q, bądź też „przestrzenne” pajęczyny In-akustika. A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. Otóż po kilkudniowej rozgrzewce, podczas której Menuety niezobowiązująco plumkały sobie w tle, kiedy okres ochronny minął i przystąpiłem do krytycznych odsłuchów, im bardziej się nad nimi koncentrowałem, tym mniej mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Jak już zdążyłem bowiem nadmienić tytułowe kolumienki są dość nikczemnej postury a i zestaw przetworników jakimi dysponują nie wskazuje na to, by mogły czymkolwiek zaskoczyć. Tymczasem są one niezbitym dowodem na to, że pozory mogą mylić, gdyż po pierwsze grają wolumenem zdolnym zawstydzić niejedne podłogówki a po drugie z wyrafinowaniem jakiego oczekiwać należałoby po konstrukcjach co najmniej dwukrotnie droższych. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi na myśl są bowiem również filigranowe monitorki Trenner&Friedl ART, które swojego czasu miałem przyjemność u siebie gościć i nie mniej urzekające pod względem kunsztu stolarskiego Raidho Acoustics D-1. Jednak warto mieć na uwadze, że austriaccy konkurenci są jednak nieco więksi a przede wszystkim ich ceny, w zależności od wersji, oscylują na pułapie 15,5 – 22 kPLN, więc wydawać by się mogło, że chodzą w zupełnie innej lidze. O Raidho lepiej nawet nie wspominać, gdyż w ich przypadku bylibyśmy zmuszeni wyasygnować ponad dziesięciokrotnie więcej, aniżeli na nasze dzisiejsze bohaterki. Tymczasem śmiem twierdzić, iż Dali Menuet SE świetnie się w powyższym, wielce nobliwym gronie odnajdują i to nie tylko pod względem ekskluzywnej, iście high-endowej aparycji, co również, a wręcz przede wszystkim brzmienia. Chodzi bowiem o to, ze grają z niezwykłą i zaskakującą swobodą oraz rozdzielczością, kreując obszerną a przy tym proporcjonalnie zbudowaną scenę. Powyższych tez nie opieram jednak na jakiś niewielkich składach i „łatwych” – okołosamplerowych pozycjach, które w 99,9% przypadków wypadają dobrze, bądź bardzo dobrze, lecz materiale szalenie dalekim od taryfy ulgowej, czyli wielkiej hollywoodzkiej symfonice – dyżurnym „Gladiatorze” i „The Lord of the Rings: The Return of the King”. Oczywiście nie twierdzę, że skalą dynamiki i fundamentem basowym Menuety zdolne były stawić czoła moim Dynaudio Contour 30, niemniej jednak bez bezpośredniego porównania śmiało można było uznać, że naprawdę potrafią zachwycić tak sercem do grania, jak i umiejętnością zaangażowania słuchacza w spektakl muzyczny. Góra jest bowiem nie tylko otwarta, dźwięczna i krystalicznie czysta, co przede wszystkim wyrafinowana, co na tych pułapach cenowych jest równie częste, co prawdomówność wśród polityków. Zarówno dęciakom, jak i instrumentom smyczkowym nie brakuje swobody, blasku i rozdzielczości, co przy całkowitym braku jakiejkolwiek granulacji, czy też szorstkości pozwala na wielogodzinne, w pełni komfortowe sesje odsłuchowe. Podobne superlatywy cisną mi się na klawiaturę odnośnie średnicy, która nad wyraz udanie łączy w sobie namacalność uzyskaną na drodze wysycenia ze świetną definicją źródeł pozornych. Bez zbędnego, asekuracyjnego pogrubiania, czy też zaokrąglania krawędzi tak wokaliści, jak i instrumentaliści zostają w nader zdecydowany sposób ustawieni na wirtualnej scenie i od pierwszych do ostatnich taktów karnie pilnują swoich miejscówek. Na „Look Up Child” wokal Lauren Daigle jest niezwykle realistyczny. Nie przybliżony, powiększony, lecz właśnie realistyczny – z iście aptekarską precyzją określony we wszystkich wymiarach, przez co odbierany jako oczywisty i „dziejący się” tu i teraz. To taka całkowicie niewymuszona rozdzielczość, której nad wyraz daleko do sterylnej analityczności. Dali bowiem urzekają muzykalnością a ta w większości przypadków nie chadza w parze z ww. analitycznością. Niejako na deser zostawiłem najbardziej niekomfortową dla mini monitorów kwestię, czyli reprodukcję najniższych składowych. Całe szczęście Duńczycy nie próbowali wzorem low-endowych konstrukcji omamić niedoświadczonych słuchaczy podbiciem przełomu średnicy z wyższym basem, pozorując tym samym potęgę i dynamikę w skali makro. Postawili za to na umiar, przedkładając jakość ponad ilość, co tylko Menuetom wyszło na dobre. Zamiast bowiem forsować mid-wooferek częstotliwościami i tak i tak wykraczającymi poza jego fizyczne możliwości pozwolili mu skupić się na tym, co zdecydowanie lepiej mu wychodzi, czyli motoryce i kontroli. Zaskakujące jest jednak to, że nie sposób zarzucić Dali braku mięsistości, czy właściwego wypełnienia najniższych składowych. Bas nie jest więc suchy, czy też zbyt zwiewny a jedynie łagodnie kończy pracę tam, gdzie musiałby tracić tak udanie zestrojoną równowagę. Dzięki temu nie tylko wspomniana symfonika, lecz również elektroniczne poczynania Paula Oakenfolda na ścieżce dźwiękowej do "Swordfish" bynajmniej nie wypadły zbyt anorektycznie i potrafiły nader sugestywnie oddać „klimat” gatunku. Dali Menuet SE to nader namacalny przykład kunsztu budowania głośników, gdzie przy relatywnie ograniczonym budżecie i niezaprzeczalnie niewielkim gabarycie można osiągnąć zaskakująco wiele i to w kategoriach bezwzględnych. Chodzi bowiem o to, że tytułowe monitorki po porostu świetnie grają i robią to w sposób na tyle wyrafinowany, że aż szkoda podłączać je do elektroniki z podobnego im pułapu cenowego. W dodatku nawet w systemach za wielokrotność ich ceny trudno będzie uznać je za najsłabsze ogniwo. I jeszcze jedno – deklaracje producenta, co do rekomendowanej mocy amplifikacji proszę traktować z lekkim przymrużeniem oka, gdyż to przy swoich 86dB skuteczności i 4 Ω impedancji te niepozorne kolumienki chłoną Waty jak przysłowiowa gąbka, więc za rozsądne partnerstwo sugeruję uznać konstrukcje z pułapu Coplanda CSA 100, bądź Hegla H360, choć najlepszy efekt osiągnąłem zaprzęgając do pracy swoją dyżurną 300W końcówkę Bryston 4B³, co niejako pokazuje potencjał drzemiący w tych uroczych maluchach. Uwierzcie mi jednak na słowo, przynajmniej do czasu aż ich nie posłuchacie, że warto się postarać, bo potencjał drzemiący w Menuetach SE jest odwrotnie proporcjonalny do ich postury i warto go wykorzystać. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³, Copland CSA 100, Hegel H360 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Horn Distribution S.A. Cena: 5 998 PLN Dane techniczne Pasmo przenoszenia: 59 - 25 000 Hz (+/-3 dB) Skuteczność [2,83 V/1]: 86.0 dB Impedancja nominalna: 4 Ω Maks. SPL: 105 dB Sugerowana moc wzmacniacza: 20 - 100 W Częstotliwość podziału: 3,000 Hz Przetwornik wysokotonowy: 28 mm miękka kopuła tekstylna Przetwornik niskotonowy: 4½" (11,4 cm) Typ obudowy: Bass Reflex Strojenie bass-reflexu: 63 Hz Terminale: pojedyncze Sugerowana odległość od ściany: > 2 cm Maks. wymiary z podstawą i maskownicą (W x S x G): 250 x 150 x 230 mm Waga: 4.0 kg
  5. Zobacz cały artykuł
  6. W walce z wibracjami nie dość, że wszystkie chwyty są dozwolone, to każde z akcesoriów sprawdza się raz lepiej a raz gorzej i to nie tylko w zależności od konkretnego systemu, co również od destynacji, czyli pod czym wyląduje. Ponadto o ile doskonale wiadomo, że pasożytnicze rezonanse nigdzie nie są mile widziane, to najwięcej szkód są one w stanie wyrządzić wszędzie tam, gdzie odczyt danych odbywa się w sposób czysto mechaniczny, czyli w źródłach, ze szczególnym uwzględnieniem tych analogowych. Jeśli zatem posiadacie w swych systemach jakiś gramofon z pewnością zdążyliście już się zorientować jak kluczowym zagadnieniem jest oprócz jego ustawienia również posadowienie, a dokładnie nie tyle gdzie, co na czym powinien on stanąć. Dlatego też w ramach niniejszej epistoły zajmiemy się platformą antywibracyjną IsoAcoustics Delos 1815M1. Choć rodzimy dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, a po prawdzie śmiało można założyć, iż jest to ewidentny przejaw radosnego słowotwórstwa działu marketingu, usilnie stara się zaklinać rzeczywistość górnolotnymi określeniami w stylu „cokół izolacyjny” sam producent aż takiego parcia na szkło i weny nie ma, woląc nazywać rzeczy po imieniu. Krótko mówiąc Delos 1815M1 to nic innego jak klasyczny blok rzeźniczy wzbogacony o firmowe stopy antywibracyjne, z którymi to de facto mieliśmy już przyjemność się zaznajomić podczas testów modelu Orea Bordeaux. Mamy zatem do czynienia z ciężką, odporną na rezonanse, między innymi poprzez klejenie profili drewnianych różnymi przekrojami, platformą nośną i wielowarstwowe, świetnie odsprzęgające od podłoża stopy. Oczywiście w materiałach informacyjnych znajdziemy nad wyraz sugestywne odwołania do mitologii greckiej i dryfującej po wzburzonym Morzu Egejskim wyspie … Delos, jednak tym razem wszelkich miłośników bajkopisarstwa odeślę do dzieła Jana Parandowskiego a sam skupię się na faktach. Tytułowa platforma oferowana jest w dwóch wersjach materiałowych – z końcówką M oznaczającą użycie w roli budulca drewna klonu i W z wykorzystaniem drewna orzecha. Jakby tego mało sama grubość platformy nośnej może wynosić 45 mm (1-ka na końcu), bądź 76 mm (2-ka na końcu). Ponadto nabywca może wybierać miedzy wersjami wyposażonymi w cztery, bądź sześć stóp antywibracyjnych, choć akurat to pociąga ze sobą również wzrost powierzchni samej platformy z 18”x15” (455 x 380 mm) na 22”x16” (560x405 mm). Całe szczęście nazewnictwo poszczególnych wersji jest na tyle czytelne, że bez trudu można się w nim połapać. I jeszcze jedno – użycie drewna klonowego i orzechowego oprócz oczywistych różnic kolorystycznych niesie ze sobą zmiany natury fizycznej. Klon bowiem jest nieco twardszym gatunkiem, więc i wpływem na brzmienie powinny się różnić. Piszę powinny a nie, że się różnią, gdyż do recenzji otrzymaliśmy jeden, klonowy egzemplarz. Tym razem z bratobójczego pojedynku nici, może następnym razem, o ile tylko uda nam się pozyskać np. Delosa 2216W2 zdolnego przyjąć na swe barki ponad 40 kg obciążenie. Przystępując do testów, a dokładnie w ich pierwszej fazie używałem Delosa zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli pod swoją dyżurną Kuzmą Stabi S wyposażoną w ramię Kuzma Stogi i wkładkę Dynavector DV-10X5. Od razu zwróciłem uwagę, iż pomimo pozornie miękkiego zawieszenia kwestia prawidłowego wypoziomowania gramofonu nie stanowiła najmniejszego problemu. Jeśli zaś chodzi o wpływ na brzmienie, to z niekłamaną ulgą stwierdziłem, iż przesiadka z twardo odsprzęgniętej – ustawionej na czterech regulowanych kolcach, górnej półki masywnego stolika Rogoz Audio 4SM bynajmniej nie spowodowała zamulenia, czy też ociężałości dźwięku. Jedynie lekkiemu uprzywilejowaniu uległa średnica przy subiektywnym wzroście energetyczności ww. podzakresu. Nawet dość siermiężny i garażowo kanciasty album „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy zabrzmiał bardziej … analogowo (?). Nie chodzi bynajmniej w tym momencie o jakąś porażającą woltę, czy też „zlampizowanie” ostrego metalowego łojenia, lecz raczej dosaturowanie i wypełnienie nieco suchych brył. Dźwięk stał się jakby gęstszy, bardziej treściwy, tym samym mniej forsujący. Całe szczęście prog-rockowy „Hunt” Amaroka, pełen zwiewnych i onirycznych gitarowych pasaży nie stracił nic ze swojej baśniowej eteryczności, więc trudno w tym momencie zarzucać amerykańskiej platformie jakiekolwiek kombinacje z obniżaniem równowagi tonalnej. Przesiadka na elektronikę spod znaku Depeche Mode ("Violator") i Madonny („Ray of Light”) tylko powyższe obserwacje pogłębiła i je potwierdziła, gdyż jakiekolwiek obniżenie tonacji, bądź też podkręcenie najniższych składowych automatycznie spowodowałoby mówiąc potocznie „przewalenie” basu i trudne do zniesienia monotonne dudnienie a nijakich podobnych anomalii nie dane mi było odnotować. Nawet z założenia nie tyle ciemny, co wręcz mroczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena pozostał na swój sposób chrapliwy, a że niejako przy okazji głos nieodżałowanego barda stał się nieco bardziej namacalny i czarujący, to chyba tylko wieczni malkontenci mogliby z tego powodu kręcić nosem. Przestawienie platformy zarówno pod CD (lampowy Ayon CD-35 Preamp + Signature), jak i tranzystorową końcówkę mocy Bryston 4B³ dało bardzo zbliżone do ww. wyniki. W głównej mierze dotyczyły one podkreślenia walorów brzmieniowych średnicy bez zbytniej ingerencji w resztę pasma, bądź co najwyżej eliminację ewentualnego rozedrgania i granulacji najwyższych składowych. Patrząc na rynek wszelakiej maści akcesoriów antywibracyjnych i porównując bohatera niniejszej epistoły do oferty konkurencji śmiało można uznać IsoAcoustics Delos 1815M1 za wielce namacalny przejaw altruizmu graniczącego z próbą wprowadzenia iście dumpingowych cen. Chociaż nie, to nie jest dumping, lecz rczej coraz rzadziej spotykany szacunek dla inteligencji nabywcy, przy jednoczesnym braku wciskania kitu poprzez dorabianie górnolotnych pojęć, czy wręcz bajek z mchu i paproci. Tutaj nie ma miejsca na voodoo. Jest za to całkiem sensowny rachunek ekonomiczny, gdyż nawet chcąc wykonać coś podobnego własnym sumptem, czyli nabywając cztery sztuki Orea Bordeaux i pasujący wymiarami blok rzeźniczy moglibyśmy mieć problem zmieścić się w budżecie, a warto byłoby jeszcze uwzględnić kwestię złożenia elementów składowych w sensowną tak pod względem mechanicznym, jak i estetycznym całość. Dlatego też zamiast kombinować i wyważać już dawno otwarte drzwi śmiało można sięgnąć po produkty nie tyle komercyjne, co przede wszystkim nieprzypadkowe – sprawdzone i powtarzalne, do których właśnie IsoAcoustics Delos 1815M1 bezdyskusyjnie należy. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 899 PLN (M1 – klon / W1 – orzech) Dane techniczne Wymiary (S x G x W): 455 x 380 x 45 mm Ilość izolatorów: 4 Udźwig: 29,5 kg Twardość (mierzona metodą Janki): 1450 M1 – klon / 1100 W1 – orzech Materiał (M1 – klon / W1 – orzech)
  7. Tak, tak. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dyskusje o prądzie a dokładnie akcesoriach go przesyłających i dystrybuujących wywołują równie silną polaryzację opinii, co rozmowy o polityce, więc po pierwsze zapobiegliwie warto usunąć z zasięgu nie tyle rąk, co nawet wzroku wszelakie ostre i niebezpieczne przedmioty, a po drugie pod żadnym pozorom nie podawać interlokutorom substancji psychoaktywnych, no może poza tymi o działaniu zwiotczającym. Ewentualnie zawsze można dywagacje i następującą po nich polemikę przenieść do internetu, gdzie co najwyżej ktoś zacznie pisać z na stałe włączonym Caps Lockiem i/lub usunie nas z grona znajomych na portalach społecznościowych. Cóż jednak począć, skoro, o ile tylko nie idziemy w zaparte i cytując klasyka „żadne krzyki nie przekonają nas, że białe jest białe a czarne jest czarne”, w 99,9% ingerowanie w zasilanie posiadanego systemu przynosi większe, lub mniejsze zmiany, jednakowoż takowe przynosząc. Abstrahując jednak od retoryki opartej na aluminiowych przewodach w ścianach, kilometrach „nieaudiofilskich” drutów pomiędzy naszym „gniazdkiem” a opalaną „brudnym” węglem elektrowni po raz kolejny postanowiliśmy pochylić się nad ww. zagadnieniem i wziąć na redakcyjny tapet możliwie rozsądnie wyceniony „zestaw ratunkowy” i to pochodzący od renomowanego producenta. Mowa o angielskim, wyspecjalizowanym w zabawach z prądem, IsoTeku i jego wielce ciekawym zestawie firmowym w skład którego wchodzi listwa zasilająca EVO3 Sirius wraz z przewodem Premier. Jednostkom niezorientowanym w meandrach dystrybucyjnych zawiłości winien jestem informację, iż opiekę nad ww. marką od pewnego czasu sprawuje Sieć Salonów Top HiFi & Video Design. Oferta IsoTeka dzieli się na serie Discovery, Performance, Select, Mosaic i Ultimate, przy czym nasz dzisiejszy gość należy do drugiej od dołu, czyli Performance – dedykowanej systemom z przedziału £3,000 – £12,500, co w przeliczeniu na złotówki daje 14,5 – 61 kPLN. Z kolei przewody zasilające, oprócz wyposażonego w „magiczną puszkę” Evo 3 Syncro, takowej segmentacji nie podlegają, więc podczas dokonywania wyrobów warto kierować się własnym słuchem, logiką i … ceną. Tytułowy zestaw dociera do nas w pojedynczym, podłużnym standardowym kartonie, na który naciągnięto stosowną koszulkę z gęsto zadrukowanego papieru kredowego, dającą nam nie tylko wyobrażenie o zawartości, co również o uniwersalności samej listwy z dumą prezentując różnorodność zregionalizowanych złącz w jakie może zostać wyposażona. Sam EVO3 Sirius to nad wyraz solidnie wykonany aluminiowy profil oferowany w czarnej i srebrnej kolorystyce. Na ściance przedniej umieszczono główne, integrowane z 10A bezpiecznikiem gniazdo zasilające a na płycie górnej do dyspozycji otrzymujemy dwa bloki po trzy gniazda przedzielone płytką z firmowym logotypem i błękitną diodą. W komplecie znajdują się również stosowne uchwyty do zamocowania listwy na ścianie, lecz ze względu na ww. „niebiańską iluminację” osobiście sugerowałbym umiejscowienie jej w jakimś niezbyt wyeksponowanym miejscu. Każde z sześciu gniazd posiada własną linię zasilająca i jest odseparowane od pozostałych firmowym układem Inductive Resistance Gate© i dzięki kolejnemu firmowemu rozwiązaniu - KERP© (Kirchhoff’s Equal Resistance Path - Ścieżka Równego Oporu Kirchhoffa) moc wewnątrz listwy rozprowadzana jest na tyle równomiernie i „sprawiedliwie”, że dywagacje o tym, które z nich (gniazd) powinny być dedykowane bardziej, a które mniej prądożernym urządzeniom wydają się bezzasadne. Wewnętrzne okablowanie wykonano ze srebrzonej miedzianej plecionki OFC w izolacji PTFE a o skuteczności układu świadczy redukcja zakłóceń RFI o 40dB . Z kolei znajdujący się w zestawie półtorametrowy (innych długości producent nie przewiduje) przewód Premier, dostępny również „luzem” za 699 PLN, to również drugi od dołu model z angielskiego portfolio. Jest przy tym zaskakująco wiotki i nie da się ukryć, że również atrakcyjny pod względem wizualnym. Granatowy peszel z połyskującego PVC uzupełniają firmowe, masywne szare wtyki z budzącego zaufanie tworzywa sztucznego i złączami platerowanymi 24-karatowym złotem. W tym miejscu wszystkich wtyczkowych fetyszystów poszukujących nieco bardziej łapiącej za oko biżuterii pozwolę sobie odesłać do modeli od EVO3 Elite wzwyż. Wewnątrz Premiera znajdziemy trzy żyły ze srebrzonej miedzi beztlenowej o czystości 99.9999% i przekroju 2 mm² każda. Wewnętrzną izolację wykonano z FEP (Fluorinated Ethylene Propylene – czyli po polsku … tetrafluoroetylenheksafluoropropylenu), w roli dodatkowego wypełnienia użyto bawełny a całość owinięto otuliną celulozową i zabezpieczono wspomnianym, granatowym peszlem. Walory natury estetycznej to jedno, jednak bądźmy szczerzy – przy tego typu akcesoriach liczy się po pierwsze zapewnienie bezpieczeństwa wpiętej weń elektroniki i o ile to możliwe poprawa brzmienia chronionego / zasilanego systemu. Czemu użyłem zwrotu „o ile to możliwe”? Cóż, prawda bowiem jest taka, iż przy dość budżetowych konstrukcjach listew większość użytkowników stoi przed odwiecznym dylematem, czy zagłosować własnym portfelem za ochroną, czy lepszym dźwiękiem. Tak, tak – to jest wybór z kategorii „albo / albo”, a nie „i to i to”. Dlatego też jeśli wybierzemy bramkę nr.1 i będziemy chcieli chronić, to wzmacniacz i tak i tak powinien ominąć ową ochronę, o ile tylko nie chcemy godzić się na spadek dynamiki i rozdzielczości. A jak powyższe reguły mają się do IsoTeka? Przewrotnie powiem, że nijak. Zacznijmy jednak od początku, czyli funkcji ochronno-rozdzielającej, do której de facto został EVO3 Sirius stworzony. I tak od razu możemy odfajkować jako zaliczony test na „redystrybucję”, gdyż w ramach empirycznych doświadczeń wszystkie sześć gniazd jakimi nasz dzisiejszy gość dysponował skrzętnie zagospodarowałem. Jeśli zaś chodzi o skuteczność filtracji, to tutaj postanowiła pomóc mi … natura zapewniając wielce spektakularną burzę podczas której licząc na łut szczęścia cały czas grałem z użyciem dostarczonego z myślą o lipcowej recenzji Coplanda CSA100. Skoro zatem czytacie te słowa a ww. pacjent przeżył, a przeżył, jest to niezbity dowód na to, że Anglicy sumiennie odrobili pracę domową. No dobrze przejdźmy zatem do zdecydowanie bardziej drażliwych kwestii, czyli wpływu tytułowego duetu na brzmienie. Po standardowej, kilkudniowej akomodacji oraz niezliczonych roszadach systemowych w ramach których nie omieszkałem sięgnąć po swojego dyżurną 300W końcówkę Bryston 4B³ wyszło na jaw, że Isotek wziął sobie do serca ideę „Primum non nocere”, co ni mniej ni więcej oznacza, iż EVO3 Sirius po prostu nie zamula dźwięku wysysając z niego powietrze, oraz dynamikę. O nie, tutaj jedyne, co ulega zredukowaniu i zminimalizowaniu to wszelakiej maści pasożytnicze artefakty zniekształcające i degradujące sygnały użyteczne. Dźwięk zyskał na rozdzielczości, gdyż wzrósł kontrast pomiędzy definicją źródeł pozornych a tłem, które z ciemnoszarego/ciemnografitowego stało się wreszcie atłasowo-czarne a powietrze otaczające muzyków przestało się do nich „lepić”. Co ciekawe owe zabiegi wcale nie oznaczały odchudzenia dźwięku lecz raczej jego lepsze zróżnicowanie, gdyż zarówno archiwalny, przynajmniej dla współczesnej młodzieży, „Dehumanizer” Black Sabbath, jak i nieco świeższy – ledwie dwutygodniowy „In the Beginning” Cro-Mags nie straciły nic a nic ze swojej motoryki i zadziorności. Było czyściej, wyraźniej i bardziej komunikatywnie, jednak próżno szukać tu zaokrągleń, spadku tempa i mocy. Jest tak jak należy i zarazem o niebo lepiej aniżeli przy bezpośrednim graniu z przysłowiowej ściany o użytkowaniu dedykowanych biurowym sprzętom wynalazkach nawet nie wspominając. Pełnię swoich możliwości duet IsoTeka pokazuje jednak dopiero na materiale śmiało mogącym uhodzić za referencyjny. Weźmy na ten przykład „Monteverdi - A Trace of Grace” Michela Godarda, bądź „Tomba sonora” Stemmeklang a bardzo szybko zrozumiemy, że jeśli nie dotarliśmy do samego sedna tych nagrań, to jesteśmy na najlepszej drodze by owe sedno osiągnąć. Nie dość bowiem, że w dotychczasowym mroku jesteśmy w stanie dostrzec nieuchwytne wcześniej niuanse i detale, to jeszcze same pomieszczenia w jakich dokonano nagrań przybierają zdecydowanie bardziej realne kubatury. Śmiem twierdzić, że podobnie jak apteczka i gaśnica należą do obowiązkowego wyposażenia każdego samochodu, tak i IsoTek EVO3 Sirius + Premier powinny stanowić nieodłączną składową systemów audio. Oczywiście można dalej wierzyć w brednie o bezsensowności ich stosowania a podczas każdej burzy odłączać co tylko się da od prądu, a samemu chować się w wannie. Jednak bądźmy szczerzy – każda ekstrawagancja i silenie się na oryginalność mają swoje granice, więc zamiast zaklinać rzeczywistość i aspirować do miana audiofilskiego płaskoziemca lepiej ruszyć głową, następnie czterema literami, udać się do któregoś z salonów dystrybutora, wypożyczyć i posłuchać. Kwestię pozostawienia, bądź zwrotu, tytułowego zestawu IsoTeka pozostawię już Wam, jednak jestem całkiem spokojny co do wyniku powyższego eksperymentu. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Kuzma Stabi S New + Stogi S 12 VTA + Kuzma CAR – 20 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl; Musical Fidelity M6 Vinyl, RCM Audio Sensor 2 Mk II – Końcówka mocy: Bryston 4B³ - Wzmacniacz zintegrowany: Coplanda CSA100 – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 2 899 PLN Dane techniczne IsoTek EVO3 Sirius Ilość gniazd:6 Dostępne typy gniazd: UK, EU, US, CH, AU, ZA Gniazdo wejściowe: IEC Max. prąd: 10 A HRC Max. obciążenie: 2,300 W(UK/EU) 1,100 W(US) Redukcja RFI: 40 dB Ochrona: 22,500A Wymiary (S x W x G): 88 x 50 x 480 mm Waga: 2.0 kg IsoTek Premier Średnica przewodników: 3 x 2 mm² Przewodnik: Srebrzona miedź beztlenowa o czystości 99.9999% Dielektryk:: Fluorinated Ethylene Propylene (FEP) Wypełnienie: Bawełna Wewnętrzna otulina: Papier Zewnętrzna otulina: PVC o wysokiej elastyczności Dedykowane obciążenie: 16 A Długość: 1.5 m Średnica zewnętrzna przewodu: 10 mm Konfekcja: wtyki ze złączami platerowanymi 24-karatowym złotem
  8. Zobacz cały artykuł
  9. Śmiem twierdzić, że założonej przez Antony'ego Michaelsona w 1982 roku marki Musical Fidelity nikomu, choćby okazjonalnie interesującemu się zagadnieniami Hi-Fi, przedstawiać nie trzeba. Podobnie sprawy mają się ze specjalistą od gramofonów, czyli Pro-Jectem. Czemu wymieniam obie powyższe firmy obok siebie? Cóż, jeśli to komuś umknęło, to od ponad dwóch lat, czyli od wiosny 2018, angielski brand znajduje się pod skrzydłami Audio Tuning, czyli firmy Heinza Lichteneggera – właściciela Pro-Jecta, więc logicznym było, że wcześniej, bądź później ich oferta zacznie układać się w logiczną całość. Tym oto sposobem, dość szerokim łukiem. doszliśmy do sedna, w postaci bohatera niniejszej epistoły – pełnokrwistego przedstawiciela domeny analogowej – przedwzmacniacza gramofonowego Musical Fidelity M6 Vinyl. O ile w tzw. budżetówce i niższej klasie średniej przedwzmacniacze gramofonowe kojarzone są raczej z niewielkimi, czy wręcz miniaturowymi gabarytami, o tyle im wyżej będziemy pięli się po szczeblach drabiny wymagań, i przy okazji cen, tym korpusy phonostage’y będą puchły, bądź ulegały segmentacji. Fizyki oszukać bowiem się nie da, więc rozbudowa układów korekcyjnych, filtracyjnych i zasilających pociąga za sobą konieczność ich sensownego rozplanowania, mając między innymi na uwadze ich wzajemne interferencje i logikę całego układu. Dlatego też patrząc na okazałą – pełnowymiarową bryłę M6-ki już od progu, podświadomie lokujemy ją właśnie w segmencie urządzeń bardziej ambitnych i skierowanych do wymagającej klienteli. Oczywiście obowiązująca zarówno w obrębie marki, jak i samej linii unifikacja pociągnęła pewne, całkowicie zrozumiałe obostrzenia co do aparycji, ale uczciwie trzeba przyznać, iż nasz dzisiejszy bohater prezentuje się nad wyraz atrakcyjnie. Solidna, aluminiowa obudowa może być wykończona w eleganckiej czerni, bądź neutralnym srebrze. Lewy, górny róg frontu okupuje ozdobny szyld z nazwą modelu i funkcją urządzenia. Wzdłuż dolnej, lekko cofniętej krawędzi umieszczono rządek ośmiu niewielkich przycisków wraz z dedykowanymi, przeważnie błękitnymi mini diodami, odpowiedzialnych za „bezinwazyjną” obsługę przedwzmacniacza. Czemu bezinwazyjną? Cóż historia zna konkurencyjne przypadki, gdy zmiana parametrów wkładki każdorazowo pociąga za sobą konieczność przewracania delikwenta na plecy w celu przestawienia kilku przełączników, bądź nawet pełną wiwisekcję z rozkręcaniem obudowy i grzebaniem w trzewiach włącznie. A tu – rewelacyjna ergonomia okraszona możliwością zmiany nastaw w tzw. „locie”. I tak, patrząc od lewej mamy włącznik główny, wybór typu wkładki (MM/MC), preferowane obciążenie dla wkładek MM (50pF, 100pF, 200pF, 300pF, 350pF, 400pF), aktywator filtra subsonicznego, zwiększenie wzmocnienia o 6dB, sekcję dedykowaną obciążeniu MC (sześć kroków - 25Ω, 50Ω, 100Ω, 400Ω, 800Ω, 1,2kΩ) i selektor źródeł. A właśnie, w tym momencie warto wspomnieć, iż M6-ka zdolna jest obsłużyć „jednocześnie” trzy wkładki pomiędzy którymi można się dowolnie przełączać, więc jest to wielce ciekawa propozycja dla wszystkich analogowych akolitów posiadających w swych systemach więcej niż jeden gramofon i/lub jeden, acz wieloramienny. Ściana tylna prezentuje się nie mniej atrakcyjnie. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem, ponownie patrząc od lewej, zacisk uziemienia i hebelkowy, trójpozycyjny przełącznik umożliwiający optymalne połączenie uziemienia gramofonu z przedwzmacniaczem. Tryb Direct łączy bezpośrednio masę gramofonu z uziemieniem obudowy Musicala, Lift odłącza masę gramofonu od obudowy przedwzmacniacza, a Soft łączy uziemienie źródła z uziemieniem obudowy M6-ki poprzez rezystor i kondensator, co pozwala wyeliminować ewentualny przydźwięk. Dalej pysznią się trzy pary rewelacyjnych wejść RCA, za którymi zlokalizowano wyjścia sygnału zarówno w postaci pary terminali RCA, jak i … XLR-ów, gdyż M6-ka jest konstrukcją zbalansowaną i o ile tylko reszta toru również taka jest, to logika nakazuje skorzystać właśnie z ww. opcji. Wyliczankę zamyka trójbolcowe, zintegrowane z filtrem przeciwzakłóceniowym, gniazdo zasilające IEC. Z racji pokaźnych gabarytów Anglicy nie musieli się zbytnio szczypać z miejscem, więc zamiast wszechobecnych modułów impulsowych zdecydowali się na konwencjonalne, całkiem spore toroidalne trafo Talemy i nad wyraz rozbudowaną sekcję zasilania z wyodrębnioną częścią obsługująca sterowanie. Stopień wyjściowy zrealizowano na wzmacniaczach operacyjnych NE5534. Zgodnie z zapewnieniami producenta M6-ka może pochwalić się brakiem zakłóceń „nawet powyżej 80.000Hz, co ma wyraźny wpływ na odbiór wysokich tonów poniżej 20.000Hz, a więc w słyszalnym dla człowieka paśmie.” Jak by do powyższej deklaracji nie podchodzić wygląda na to, że jest w niej i sens i logika, gdyż 80 kHz jest sporo powyżej granicy słyszalności osobników homo sapiens umownie ustalonej na poziomie 20 kHz, więc wszystko się zgadza, a że niejako przy okazji dopieścimy naszych kudłatych milusińskich (psy słyszą do ok 40kHz, a koty do 65 kHz) to już zupełnie inna bajka. Warto jednak uczciwie przyznać, że wyrugowanie zniekształceń poza słyszalne spektrum sprawia, że Musical rzeczywiście oferuje nad wyraz rozdzielczą i krystalicznie czystą górę pasma. Nie oznacza to jednakże, że jest jej zbyt dużo, bądź też nadprogramowo przykuwa naszą uwagę, lecz jedynie fakt, iż tytułowe phono wyróżnia się na tle konkurencji jej otwarciem i zaskakującą świeżością. Dzięki temu wokół instrumentów „pojawia się” więcej powietrza i swoisty oddech. Za przykład niech posłuży jeszcze ciepły krążek „Pick Me Up Off The Floor” Norah Jones, gdzie otulający wokal, niewymuszona elegancja, subtelność brzmień i rozleniwiający swing, określany przez „życzliwych" mianem „jazzujących snujów" mogłyby sprawić, iż wypadałoby go zakwalifikować do kategorii hotelowo – porządkowej, czyli świetnie sprawdzających się w roli niezobowiązującego tła „muzaków” a tymczasem łapie za ucho. I to łapie na tyle skutecznie, że z wypiekami na twarzy zaczynamy wyszukiwać tzw. audiofilskie smaczki. A to odezwą się gdzieś w tle szarpane palcem smyczki, a to załka pedal steel guitar, a to zwiewną trąbkę wspomoże w dole pasma saksofon tenorowy i cały czas coś się dzieje. Co ciekawe średnica, ze szczególnym uwzględnieniem wokali, wcale nie jest zbytnio wysycona, czy też wypchnięta. Wręcz przeciwnie. Śmiało można bowiem uznać, że Musical stawia raczej na liniowość, transparentność i szeroko rozumianą rozdzielczość, aniżeli usilne dosaturowywanie, zagęszczenie i czarowanie mylnie rozumianą „muzykalnością” będącą de facto pokłosiem spowolnienia i utraty konturowości. Tutaj obrazowanie jest niezwykle precyzyjne i stabilne. Próżno doszukiwać się romantycznego zamglenia i impresjonistycznych plam. Dostajemy dokładnie to, co znalazło się na krążku, ani mniej, ani więcej, o ile tylko sam gramofon i odczytująca informacje z płyt wkładka coś dla siebie nie zatrzymają, bądź też dorzucą. Na nieco bardziej rozbudowanym, prog-rockowym repertuarze okazało się, że M6-ka nie boi się również gęstych aranżacji i iście metalowych spiętrzeń dźwięku. „Wasteland” Riverside pokazało pazur i zadziorność gitarowych riffów nie tracąc nic a nic z czytelności ich faktury, czy też drugo i trzecioplanowych wydarzeń. Wokal Mariusza Dudy pozostawał cały czas świetnie zdefiniowany a jednocześnie wyraźnie było słychać wszelakie zabiegi go modyfikujące. Krótko mówiąc zero ściemy. I jeszcze to zróżnicowanie basu, gdzie nie sposób pomylić brzmienia pasaży gitary basowej od stopy perkusji, nawet gdy „idą” unisono a w tle odzywa się syntetyczne wspomaganie. Również ostre łojenie, jakie uskutecznia na „Hardwired…To Self-Destruct” Metallica tylko potwierdziło moje wcześniejsze obserwacje. Ma być szybko, ostro i w dodatku na swój sposób garażowo i siermiężnie, to będzie i to bez sztucznej „analogowości”, zaokrąglania i przyciemnienia z jednej strony cywilizujących dzikość materiału, lecz z drugiej nieco kastrującej go z ładunku emocjonalno-energetycznego. A jak z nieco bardziej komercyjnymi wydaniami? Śmiem twierdzić, że równie dobrze. Ambitny pop-rock spod znaku „Clashes” Brodki i świetnie zrealizowany „Ray of Light” wypadły nad wyraz przekonująco. Nie dość, że Musicalowi udało się zachować równowagę pomiędzy kontrolą a mięsistością dołu, to jeszcze z niezwykłym pietyzmem zadbał o namacalność wokali i wszelakiej maści czy to cyfrowe, czy analogowe ozdobniki. Nie będę ukrywał i zaklinał rzeczywistości, że pozostałem obojętny na walory tak brzmieniowe, jak i funkcjonalne Musical Fidelity M6 Vinyl, bo nie pozostałem. To po prostu świetny przedwzmacniacz gramofonowy, który nie tylko świetnie sprawdzi się w rozbudowanych systemach analogowych akolitów, co przede wszystkim dostarczy nam ogrom radości podczas odsłuchów ulubionych płyt. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Acrolink MEXCEL 7N-PC 9900 – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; IsoAcoustics Delos 1815W1 – Switch: Silent Angel Bonn N8 – Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Rafko Cena: 5 995 PLN Dane techniczne Obsługiwane wkładki: MM/MI, MC Zniekształcenia THD: <0.01% Napięcie wyjściowe MM: 300mV Napięcie wejściowe MM: 2.5mV Napięcie wejściowe MC: 250μV Napięcie wyjściowe MC: 300mV Impedancja wejściowa MM: 47.000 Ω Impedancja wejściowa MC: 25 Ω Stosunek sygnał/szum MM: >90dB Stosunek sygnał/szum MC: >88dB Wyjścia: para RCA, para XLR Wejścia: 3 pary RCA Zużycie prądu: <0.5W w spoczynku, 20W max. Wymiary (W x S x G): 10 x 44 x 38,5 cm Waga: 5.5kg
  10. Zobacz cały artykuł
  11. Przelotnie i powiem szczerze, że jakoś nie zapadł mi w pamięć. FP-3TS762 wybrałem ze względu na brak limitacji - miał być max. wydajny a resztę (finezję, etc.) robi za listwą Nano Powerflux NCF zamiennie z landryną (DPS 4 / 4.1) 😉
  12. Od lat używam FP-3TS762 zarówno z konfekcją FI-28R / FI-E38R, jak i Fi-50 NCF(R) i różnice (opisałem je tutaj) warte są każdej złotówki. Wersję na 50-kach mam właśnie pod listwę.
  13. Od naszego ostatniego spotkania z pełnowymiarowymi słuchawkami klasy premium sygnowanymi przez japońską Audio-Technicę minęły ponad cztery lata. Oczywiście przez ten czas zdążyłem przesłuchać trudną do zliczenia gromadę modeli bezprzewodowych i tych przeznaczonych do aktywności na zewnątrz naszych domostw, lecz najwyższy czas wrócić do korzeni i nausznie sprawdzić, cóż też zmieniło się od momentu pojawienia się na rynku zamkniętego modelu ATH-A990Z. Dlatego też, gdy tylko w naszym zasięgu znalazły się dystrybułowane przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design otwarte ATH-AD1000X czym prędzej zgarnąłem je na testy. Jak to zwykle w Audio-Technice bywa ATH-AD1000X oferowane są w nad wyraz skromnym, acz eleganckim kartonowym pudełku z oknem pozwalającym na kontakt wzrokowy z zawartością i plastikową wytłoczką, w której umieszczono same słuchawki. Zero welurów, atłasów i drewnianych puzderek. Najwidoczniej producent uznał, że nie ma sensu na tego typu zbytki marnować środków, które zdecydowanie więcej korzyści przyniosą na etapie R&D i doboru wyższej klasy materiałów. Trudno zaprzeczyć takiej logice, jednak odbiorcy kupujący „oczami” mogą obok srebrnego kartonika z napisem „AIR” przejść obojętnie. Cóż, ich strata. Gwoli ścisłości – topowe ATH-ADX5000 stosowny kuferek posiadają, więc jeśli komuś zależy na tego typu akcesoriach, to proszę się nie krępować, pamiętając jedynie przed podejściem do kasy o przygotowaniu drobnych 10 kPLN (bez złotówki). Same słuchawki to konstrukcje otwarte i na tyle ażurowe, że pierwszy z nimi kontakt może wywołać niedowierzanie połączone z obawą o ich solidność. Mamy bowiem do czynienia z modelem wokółusznym o imponujących 53mm przetwornikach i adekwatnych ich rozmiarom nausznicom o iście piórkowej wadze 265 g (bez kabla). Efekt podkreśla brak standardowego pasa nagłownego, który zastąpiono odpowiednio wygiętymi rurkami a punkty podparcia z czubka głowy przeniesiono na jej boki wykorzystując w tym celu miękkie piankowe poduszki zamontowane na autorskich wysięgnikach. Całe szczęście konstrukcja jest bardzo sensownie przemyślana tak od strony użytkowej, jak i wytrzymałościowej więc nic nie trzeszczy i nie „lata” a dokładność spasowania poszczególnych elementów śmiało możemy określić mianem wzorowej. Potężne pady pokryto przyjemnym w dotyku welurem zapewniającym z jednej strony dobry kontakt wokół małżowin, a z drugiej niepowodujące efektu ich (znaczy się małżowin) gotowania nawet podczas wielogodzinnych odsłuchów. Napęd przetwornikom zapewniają neodymowe magnesy i cewki CCAW (Copper-Clad Aluminium Wire) nawinięte spłaszczonym aluminiowym drutem pokrytym miedzią beztlenowej o czystości 7N. Osłony zewnętrzne wykonano z aluminiowej siatki o oczkach przypominających plaster miodu, za to korpusy są magnezowe. Trzymetrowy, zakończony pozłacanym 3,5mm jackiem z nakręcaną przejściówką na 6,3mm przeciwskrętny przewód biegnie do każdej z muszli. Do tej pory „stacjonarne” i zamknięte modele Audio-Technici kojarzone były z rozdzielczym i dość analitycznym graniem świetnie sprawdzającym się w dochodzeniu do absolutnej prawdy o reprodukowanych nagraniach (vide ATH-A990Z ). Z kolei modele przenośne stawiały na eufonię, potęgę brzmienia i nieskrępowaną dynamikę, tak potrzebną w wielkomiejskim gwarze i niezbyt cichych „zbiorkomach”. A jak w takim razie wypadają na tle swojego rodzeństwa ATH-AD1000X? Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wybornie, gdyż łączą ogień z wodą oferując zalety obu wspomnianych przed chwilą obozów. Mając bowiem niezaprzeczalnie przyciemnioną charakterystykę tonalną oferują fenomenalną rozdzielczość i przestrzenność wydawać by się mogło zarezerwowaną li tylko dla konstrukcji planarnych. Weźmy na ten przykład iście epicki w swej spektakularności album „Dragon” Two Steps from Hel, gdzie orkiestrowe tutti potrafią przytkać niejeden aspirujący do miana high-endu system a tymczasem nasze tytułowe nauszniki owe bogactwo informacji potraktowały nie tyle ze stoickim spokojem, co z szeroko otwartymi ramionami, pozwalając delektować się potęgą wielkiego aparatu wykonawczego. Warto jednak zwrócić uwagę, iż zamiast przysłowiowej monolitycznej ściany dźwięku otrzymujemy tym razem istne hektary przestrzeni, fenomenalną gradację poszczególnych planów i co najważniejsze pełną czytelność spektaklu. Chodzi bowiem o to, że pierwszoplanowe wokalizy nie są przykrywane przez symfoniczno-elektroniczne tło a i ono samo ma własną, całkowicie niezależną trójwymiarową postać jakże daleką do uśredniania swego jestestwa manierą impresjonistycznych plam. O nie, tutaj wszystko jest z iście laserowa precyzją zdefiniowane i umiejscowione w przestrzeni, lecz bez nawet najdelikatniejszych prób epatowania swoją konturowością, czy też sztucznego podbijania kontrastu. To świetny przykład na to, że rozdzielczość wcale nie musi oznaczać antyseptycznej analityczności i świetnie potrafi współgrać z szeroko rozumianą muzykalnością. Przesiadka na niespieszny „Another Time, Another Place” Jennifer Warnes pokazuje nieco bardziej liryczne oblicze tytułowych słuchawek, które równie świetnie co w hollywoodzkich superprodukcjach odnajdują się w okołojazzowych swingujących piosenkach, w których liczy się przede wszystkim flow i zdolność przykucia uwagi słuchacza do pozornie niezobowiązującej akcji. Wokal Warnes jest gęsty, kremowy, jedwabisty i kojący. Próżno doszukiwać się w nim wyczynowości i prób „zawłaszczania” spektaklu, co oczywiście robi, ale na zupełnie innych zasadach – bez gwiazdorzenia, czy taniej krzykliwości. Śmiem wręcz twierdzić, że na ATH-AD1000X Warnes brzmi zaskakująco analogowo i „lampowo” – z sugestywnie dosaturowaną barwą i lekko wypchniętą przed pierwszy plan bryłą. Jednak ów zabieg nie oznacza bynajmniej wtłoczenie wokalistki w mózgownicę odbiorcy a raczej umieszczenie jej na wyciągnięcie ręki – nieco bliżej od akompaniujących jej muzyków. A jak wypada mniej naturalny, czyli zdecydowanie bardziej syntetyczny wsad materiałowy? Odpowiedź na powyższe pytanie daje odsłuch albumu „More than Just a Name” Infected Mushroom, który choć rozpoczyna się tytułowym utworem, którego pierwsza minuta wydaje się zapowiadać całkiem bezpieczny repertuar, to już po chwili władze przejmują syntezatory, komputerowe trzaski, stuki i w pełni cyfrowe, karkołomne pasaże subsonicznych tąpnięć. I co? I nawet z tej pozornej „dyskotekowej” kakofonii 1000-ki są w stanie wycisnąć wszystko co najlepsze. Z niezwykłą starannością rozplanowują poszczególne dźwięki na obszernej, trójwymiarowej scenie, podkreślają beat i drive a jednocześnie mając wszystko pod kontrolą nie pozwalają na najmniejsze nawet oznaki bałaganu, czy niesubordynacji. Dzięki czemu pulsujący bas nawet nie próbuje zawłaszczać sobie pozostałych podzakresów a wysokoczęstotliwościowe wizgi i cyknięcia nie męczą i nie zniechęcają po kilku minutach. Na koniec jeszcze dosłownie dwa-trzy zdania o łatwości, bądź też jej braku, prawidłowego wysterowania ATH-AD1000X. Obecność małego jacka można interpretować jako sugestię, iż 1000-ki można próbować podpinać pod wszechobecne smartfony, bądź też bezpośrednio w wyjścia słuchawkowe laptopów. I rzeczywiście można, choć trzeba w tym momencie mieć świadomość kompromisów na jakie będziemy zmuszeni się zgodzić. Dość poważnemu ograniczeniu ulega bowiem rozdzielczość, rozmiar sceny i dynamika. Co jak pokazuje praktyka wcale nie musi być aż tak bolesne jakby na pierwszy rzut oka/ucha mogłoby się wydawać, gdyż przy gorszej jakości materiału źródłowego takie uśrednienie działa niejako kojąco i tonizująco na całość przekazu. Oczywiście jest to ewidentne odstępstwo od idei Hi-Fi, czyli wysokiej wierności, ale nie ma co się oszukiwać – czasem słyszeć mniej okazuje się błogosławieństwem. Jednym z najbardziej optymalnych pod względem finansowym rozwiązań jest wybór któregoś z kieszonkowych AudioQuestów DragonFly, a kolejnym krokiem jest zainteresowanie się ofertą ifi. Już z Micro iDAC2 Audio-Technici łapią wiatr w żagle i pokazują większość swoich zalet, jednak przesiadka na topowego DAP-a Astell&Kern A&ultima SP2000SE Vegas Gold zapewniła mi wejściówkę na audiofilski Olimp. Patrząc przez pryzmat audiofilskich realiów Audio-Technica ATH-AD1000X to nad wyraz przystępna oferta dla amatorów iście high-endowych doznań nausznych. Są zaskakująco lekkie, niezwykle wygodne a jednocześnie pobłażliwe dla niezbyt wyrafinowanych źródeł. Oczywiście pełnię swoich możliwości pokazują dopiero z wyższej kasy elektroniką i właśnie z nią powinny docelowo pracować. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini – Wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E-800 – DAP: Astell&Kern A&ultima SP2000SE Vegas Gold – Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS; Meze 99 Neo, ULTRASONE Edition 15 Veritas; OBRAVO HAMT-3 MKII; Campfire Audio Solaris Special Edition. – Przewód USB: Goldenote Firenze Silver USB 2.0 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 2 999 PLN Dane techniczne Przetworniki: dynamiczne, otwarte Średnica przetwornika: 53 mm z magnesem neodymowym i cewką CCAW Pasmo przenoszenia: 5 - 40 000 Hz Maksymalna moc wejściowa: 2000 mW Dynamiki SPL: 102 dB Impedancja: 40 Ω Waga: 265 g bez kabla Przewód: 3 m PC-OCC z osłoną TPE zapobiegającą plątaniu Połączenie: pozłacany jack 3,5 mm stereo + przejściówka jack 6,3 mm stereo
  14. Zobacz cały artykuł
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.