Jump to content
  • Content Count

    7474
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

334 Bardzo dobry

About [email protected]

  • Rank
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com/marcin-olszewski/

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Recent Profile Visitors

51904 profile views
  1. Już się wyspowiadałem w "swojej parafii" a Blipo dyżurują w U22 ;-)
  2. O ile w High Endzie ceni się przede wszystkim prostotę i ścisłą specjalizację o tyle w segmencie tzw. konsumenckiego audio im więcej wszelakiej maści wodotrysków, dodatków i mniej, bądź bardziej oszałamiających nomenklaturą dopasowujących je do naszych indywidualnych widzimisię atrakcji tym lepiej. W końcu przy obecnym zalewie dóbr wszelakich jakoś trzeba złapać potencjalnego klienta najpierw za oko, by potem tę samą czynność wykonać z jego portfelem. Dlatego też już dawno temu przestały dziwić prawdziwe kombajny, które zdolne są zagrać praktycznie wszystko i ze wszystkiego w dodatku nie tylko w domu, lecz również i na plaży, czy też basenie a z przetworników wielkości pięciozłotówki wygenerować taką dawkę decybeli, że nawet piloci MIG-ów 29 byliby zaskoczeni. Jednak w całej tej klęsce urodzaju, przynajmniej do niedawna za swoistą oznakę spokoju można było uznać … słuchawki, w których to po zaimplementowaniu bezprzewodowości, sukcesywnie udoskonalanej przez dodawanie kolejnych wersji bezstratnych kodeków, niespecjalnie dużo się działo. Do czasu, gdyż pierwszą oznaką nadchodzących zmian były naszpikowane najnowszymi nowinkami niczym świąteczna baba bakaliami Audeze Mobius. Dedykowane graczom, oraz kinomaniakom i oferujące wielce przydatne im funkcje pokazały potencjał drzemiący w rynku gamingowym, oraz nieco lekceważonym przez audiofilów segmencie dźwięku dookólnego. Nie trzeba było długo czekać, by do naszej redakcji dotarł kolejny śmiałek wyruszający na podbój ww. dość słabo zagospodarowanego obszaru. W dodatku ów producent odkąd pamiętam całkiem nieźle sobie radził, gdyż niepotrzebnie nie przedłużając wstępniaka mowa o marce Creative i jej najmłodszym dziecku – słuchawkach w wszystko mówiącym symbolu SXFI AIR. Creative SXFI AIR to dość duże, solidnie wykonane, wykorzystujące 50 mm przetworniki konstrukcje wokółuszne, w których króluje czarny bądź biały matowy plastik a pady wykonano z gąbki z efektem pamięci i obszyto je zapobiegająca poceniu się uszu tkaniną. Oczywiście ich demontaż nie stanowi najmniejszego problemu a miłośnicy bardziej klasycznych rozwiązań zaglądając do firmowego sklepu producenta mogą zastąpić je opcjonalnymi padami z eko-skóry, czyli materiału jakim obszyto pałąk nagłowny z wytłoczonym firmowy logotypem. Zgodnie z obowiązującymi standardami wszelakiej maści regulatory, interfejsy i przyłącza zlokalizowano w lewej muszli, której zewnętrzna powierzchnia wspiera obsługę podstawowych funkcji poprzez tzw. kizianie. Zagłębiając się w detale na jej obramowaniu znajdziemy włącznik główny, „dzyndzel” mikrofonu (można go odpiąć), gniado USB C i mini-jack, przycisk aktywujący łączność Bluetooth, slot na karty Micro SD i aktywator technologii Super X-Fi. I jeszcze jeden drobiazg. Otóż choć Creative chwali się wsparciem dźwięku 5.1 i 7.1, to niestety na pokładzie zabrakło miejsca dla kodeków aptX, aptX HD czy LDAC na otarcie łez zostawiając jedynie SBC. A teraz kilka słów o wspomnianej we wstępie personalizacji, jednak nie tylko tej obejmującej walory natury czysto wizualnej, czyli kolor podświetlanych pierścieni (do dyspozycji użytkowników jest dość skromna, bo „jedynie” 16,7 mln paleta barw) z pomocą aplikacji SXFI AIR Control, lecz przede wszystkim dopasowanie słuchawek od strony czysto brzmieniowej, czyli poprzez akomodację ich charakterystyki do konkretnej głowy i uszu w jakie została (owa głowa) wyposażona. Science fiction? Niekoniecznie, gdyż wcale nie tak dawno, bo pod koniec zeszłego roku mieliśmy okazję przetestować oferujące podobne możliwości Audeze Mobius. Jednak nauszniki Creative idą o krok a nawet dwa dalej, bo do pomiarów zamiast centymetra krawieckiego (jak w Mobiusach) wystarczy smartfon z pomocą którego a dokładnie aplikacji Super X-Fi zeskanujemy sobie sami, bądź z pomocą kogoś pomocnego, zarówno twarz, jak i obie małżowiny (uszy znaczy się a nie małżonki). Na podstawie zebranych danych tworzony jest nasz indywidualny profil zapewniający, przynajmniej zgodnie z deklaracjami producenta, „holograficzny dźwięk dostosowany do naszych potrzeb”. O udziale osób trzecich wspomniałem nie bez powodu, gdyż o ile z „mapowaniem” prawego ucha i twarzy poradziłem sobie w tzw. mgnieniu oka to już z lewym męczyłem się dobre pół godziny przeklinając, nie tylko w duchu, ewolucję, że nie wyposażyła nas w przynajmniej jeszcze jeden staw/przegub kończyn górnych. Krótko mówiąc zmuszony byłem poprosić o pomoc swoją Małżonkę, której już sztuka ujęcia mej lewej muszli w wyświetlaną na ekranie wirtualną siatkę bez najmniejszych perturbacji się udała. Kolejnym dodatkiem a raczej funkcjonalnością o której nie wspomnieć byłoby ciężkim grzechem zaniedbania jest możliwość grania bezpośrednio z aplikowanej w lewą muszlę karty Micro SD. Krótko mówiąc zgrywamy na nośnik co chcemy a potem słuchamy do woli bez konieczności sięgania po zewnętrzne źródło sygnału w postaci smartfonu/tabletu czy też komputera. Po blisko dwudniowej rozgrzewce, podczas której udało mi się dwukrotnie do cna rozładować starczające na około 10 godzin grania wbudowane w Creative’y akumulatory przystąpiłem do bardziej krytycznych odsłuchów i nakarmiłem je dość spokojnym (przynajmniej wg. moich kryteriów) albumem „Forever Comes to an End” Bjørna Riisa - kompozytora i gitarzysty neo-progresywnej formacji grupy Airbag. Sporo gitarowych riffów, oczywiste odwołania do Floydów i niepozbawiona pazura gra na totalnym luzie pokazały, że SXFI AIR nie boją się rocka i mają naprawdę sporo do zaoferowania zarówno na skrajach reprodukowanego pasma, jak i na średnicy. Bowiem tak góra jak i dół nie należą do najdelikatniejszych a jednocześnie nie ma w nich nic a nic z krzykliwości, ofensywności, czy sztucznego podbicia. Ot, jeśli konkretny riff ma wwiercić się w naszą mózgownicę, to tytułowe słuchawki z pewnością bez najmniejszych oporów to właśnie uczynią, a jeśli bas ma próbować wymasować nam trzewia, co w oddziaływujących jedynie na uszy zestawach wydaję się niemożliwe, to i takie kroki są podejmowane. No dobrze, żarty na bok, bo jeśli chodzi o bas, to dawno się tak świetnie nie bawiłem słuchając albumu „Imploder” Rage Of Light pełnego porażających napastliwością i zwierzęcą dzikością partii wokalnych a dokładnie najczystszego growlu Melissy Bonny i Jonathana Pelleta przekrzykujących iście apokaliptyczną, będącą autorską mieszanką techno i melodic death metalu kakofonię. Piekielnie szybkie tempa potrafią bowiem zapędzić w kozi róg niejedną „audiofilską” konstrukcję a tymczasem Creative’y za niecałe 7 stówek grały ten piekielny łomot z taką swobodą i spontanicznością, jakby właśnie na takim repertuarze je opracowywano. Jak się jednak nietrudno domyślić SXFI sprawdzają się nie tylko w wywołujących stany lękowe, bądź czasem prowadzących do obłędu (głównie osoby starsze o ultra prawicowych poglądach) klimatach, lecz również w nieco mniej brutalnych nurtach muzycznych. Przykładowo w szeroko rozumianej klasyce też nie dadzą plamy, świetnie radząc sobie z odwzorowaniem naturalnej barwy instrumentów. Weźmy na ten przykład oniryczny „Henosis” Joepa Bevinga, gdzie z łatwością usłyszymy pracę odziedziczonego po babci artysty pianina a następnie bezbłędnie wskażemy, gdzie kończy się jego rola a do gry dołączają syntezatory i czysto komputerowe efekty. Niejako na zakończenie zostawiłem kwestię kreowanej przez SXFI przestrzeni, gdyż o ile przy uaktywnieniu dopasowanego do własnego czerepu profilu (z łatwością można porównać sobie fabryczną i policzoną specjalnie dla nas charakterystykę) wielokanałowym materiale źródłowym efekty były całkiem imponujące, to przy klasycznym – stereofonicznym materiale trudno mi było z Creative’ami na głowie wpadać w jakąś specjalną euforię. Ot, zarówno gradacja planów, jak i zdolność budowania wydarzeń przed słuchaczem a nie w jego głowie były jak najbardziej poprawne, jednak stawiając sprawę zupełnie uczciwie, pozbawiona zachwalanych w SXFI wodotrysków konkurencja, czy też celujące w ten sam segment Audeze Mobius potrafiły pod tym względem nieco więcej. Podejrzewam, iż za taki stan rzeczy może odpowiadać zarówno „drobna różnica” w cenie, brak wsparcia najnowszych kodeków, jak i … moje zmanierowanie wynikające z częstych kontaktów ze zdecydowanie droższymi konstrukcjami. Creative SXFI AIR wydają się wielce ciekawą propozycją dla wszystkich szukających słuchawek nie tylko do krytycznych odsłuchów stereofonicznych w domowym zaciszu, lecz również do szeroko rozumianej rozrywki przy użyciu komputera, bądź konsoli a nawet smartfonów w drodze do szkoły, czy pracy. Są solidnie wykonane, po wygaszeniu iluminacji niespecjalnie rzucają się w oczy a po jej włączeniu pozwalają dopasować się do naszego nastroju, bądź ubioru, jaki w danym momencie postanowiliśmy na siebie przywdziać. Marcin Olszewski Dystrybucja: Creative Cena: 699 PLN Dane techniczne Przetworniki: 50 mm z magnesem neodymowym Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz Impedancja: 32 Ω Komunikacja: Bluetooth 4.2, USB C, wejście liniowe Kolory: Czarny, biały Elementy sterujące: Dotykowe elementy sterujące (głośność i odtwarzanie), zasilanie wł./wył., źródło, Super X-Fi Nauszniki: Szybkie zwalnianie, tkanina siatkowa, pianka zapamiętująca kształt Pierścienie nauszników RGB: 16,7 mln kolorów do wyboru Połączenia telefoniczne: Odłączany mikrofon NanoBoom Karta micro SD jako odtwarzacz: Obsługuje formaty MP3, WMA, WAV i FLAC Czas pracy na akumulatorze: do 10 godzin
  3. Zobacz cały artykuł
  4. Najwidoczniej jestem niezwykle podatny na autosugestię 😉 Choć z drugiej strony wolę to, niż sytuację, w której nawet sam producent wstydzi się oficjalnie pokazać swój flagowy produkt 😉 A tak swoją drogą porównywałeś jak grają 30-ki z OTL-em , monosami MSB i Vitusami SM-103?
  5. Elb - test w Audio dotyczy starej wersji 30-ek a pomijając detale różniące je od aktualnej inkarnacji, to niby i z niezbyt mocnym wzmacniaczem zagrają, jednak prawdziwą naturę pokazują dopiero z porządnymi "piecami". Msz 30-ki są bardziej wymagające pod względem amplifikacji od Gauderów Arcona 80, które również do najłatwiejszych nie należały
  6. Próżnoś repliki się spodziewał. Nie dam ci prztyczka ani klapsa. ... (reszta .... u Juliana - zaskakująco pasująca do Twojego avatara 😉 ) ps. Opisuję urządzenia większości dystrybutorów a i rodzimi producenci się zdarzają 😉
  7. Jeśli to pytanie do mnie, to ja już się z U1 Mini, we "własnej parafii", wyspowiadałem 😉 , więc indaguj ekipę KAiM-u ...
  8. To już czwarte z kolei bezprzewodowe słuchawki japońskiej Audi-Technici które zagościły w tym roku w naszej redakcji, będąc niejako zgrabnym rozwinięciem otwierającego ten swoisty maraton, testowanego w lutym, modelu ATH-SR30BT. W porównaniu do swojego młodszego rodzeństwo możemy obserwować na ich przykładzie nie tyko kierunek ewolucji obrany przez konstruktorów, lecz również i koszty z nim związane. Jakie koszty? Cóż, nie od dziś przecież wiadomo, że nie ma nic za darmo, więc poprawiając funkcjonalność, dokładając kolejne technologie i zwiększając rozmiar przetworników, wypadałoby mieć świadomość, iż wszystkie te udogodnienia automatycznie powodują wzrost zapotrzebowania na energię a tym samym konieczność bądź to zwiększenia pojemności, a co za tym idzie masy i rozmiarów wbudowanych akumulatorów, bądź skrócenia czasu pracy na tychże ogniwach. W przypadku 50-ek zdecydowano się na drugi wariant i w związku z zaimplementowaniem systemu redukcji hałasu oraz zwiększeniem średnicy przetworników z 40 do 45 mm czas pracy na baterii uległ redukcji z 70 do max. 28 h, co i tak oznacza możliwość praktycznie nieprzerwanego z nich korzystania przez 2-3 dni robocze i to z dojazdami. Warto też na wstępie nadmienić, że zmianie i to bynajmniej nie kosmetycznej uległa również cena, która z poziomu 450 PLN dobiła do 1 kPLN (bez Złotówki), więc logicznym jest też, że i nasze (odbiorców) oczekiwania w stosunku do tytułowego modelu również wzrosły. No to przyjrzyjmy się za co Japończycy „życzą sobie” ponad dwukrotność kwoty za jaką można nabyć bądź co bądź świetne 30-ki. Pierwszy kontakt organoleptyczny, czyli test na tzw. „macanta” wskazuje, iż mamy do czynienia z wręcz bliźniaczą, lecz nieco przeskalowaną w górę, a więc większą, konstrukcją mechaniczną znaną z niższego modelu. To dość lekkie a zarazem solidne i co najważniejsze nadal składane rozwiązanie ułatwiające nie tylko transport (nie zapomniano o miękkim etui), co sprawiające, że odkładając słuchawki na biurko nie obtłukujemy ich o blat a dodatkowo zapobiegamy dostawaniu się kurzu do wnętrza nausznic. Same pady obszyto syntetyczną (nie mam bladego pojęcia skąd określenie ekologiczna, skoro z naturalnymi składnikami niewiele ma toto wspólnego) skórą i wypełniono miękką, charakteryzującą się efektem pamięci pianką. Podobne wypełnienie znajdziemy na szczycie pałąka nagłownego, czyli w miejscu, w którym ma o szansę zetknąć się naszym czerepem. Zgodnie z tradycją centrum sterowania i wszelakiej maści interfejsy ulokowano na lewej muszli, gdzie znajdziemy port Micro USB umożliwiający ładowanie wbudowanych akumulatorów, gniazdo mini jack, gdybyśmy zdecydowali się na konwencjonalną – przewodową transmisję sygnału, włącznik główny, dwie małe a zarazem zupełnie nieabsorbujące, diody informujące o statusie połączenia Bluetooth®, oraz uaktywnieniu trybu redukcji hałasu (NR) i kontaktu z otoczeniem - hear-through (HT) a powyższą listę zamyka przycisk uaktywniający ostatnią z wymienionych funkcji. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by większość powyższych funkcjonalności obsłużyć nie tyko poprzez kizianie umieszczonego w centrum zewnętrznej pokrywy muszli firmowego logotypu, lecz również z poziomu firmowej aplikacji Connect. Zaimplementowany w 50-kach system redukcji hałasu otoczenia skupia się na częstotliwościach od 300 Hz w dół, czyli jak łatwo się domyślić jego beneficjentami będą w głównej mierze osoby poruszające się środkami komunikacji miejskiej i przebijające się (pieszo) przez zatoczone centra miast. Z premedytacją nie wspomniałem w tym momencie o cyklistach, gdyż widok ludków w słuchawkach na rowerze wywołuje mój całkowity brak akceptacji dla ich skrajnej nieodpowiedzialności, beztroski, czy wręcz zapędów samobójczych. Przecież poruszanie się w ruchu miejskim bez słyszenia tego, co dzieje się wokół zakrawa na głupotę w najczystszej postaci i zagraża zdrowiu oraz życiu nie tylko tych pozbawionych wyobraźni pociotków meduzy, lecz też i innych ludzi. Niby izolację od dźwięków otoczenia w pewien sposób osłabia ww. funkcja hear-through, lecz znając życie jej uaktywnienie skutkować będzie nieodpartą chęcią zwiększenia poziomu głośności odtwarzanej muzyki, co de facto i tak i tak „odetnie” delikwenta od tego co tak naprawdę powinien słyszeć. W instrukcji, do której ponownie nie omieszkałem zajrzeć, nie zabrakło oczywiście wzmianki, by w miarę możliwości, źródło sygnału Bluetooth® znajdowało się możliwie blisko lewej muszli słuchawek, co przynajmniej teoretycznie, automatycznie w uprzywilejowanej sytuacji stawiało moją mierzącą 148 cm Małżonkę a mnie, blisko 190 cm ogra skazywało na oczywisty kompromis. Oczywiście to niewinny żart, gdyż przy 10 metrowym zasięgu w 50-kach spokojnie mogłem poruszać się po ponad 20 metrowym pokoju i ani razu nie udało mi się „zgubić” sygnału, bądź spowodować pojawienia się nawet najdrobniejszych artefaktów wskazujących na problemy z łącznością. Jeśli zaś chodzi o szerokorozumianą ergonomię, to z radością oznajmiam, iż 50-ki wreszcie zasługują na miano konstrukcji wokółusznych a przez to w sposób bezpardonowy, przynajmniej z mojego - wynikającego z dość słusznej i niewątpliwie absorbującej postury, punktu widzenia deklasują mniejszy model pod względem komfortu użytkowania. Gąbki są mięciutkie, delikatnie okalają małżowiny i pomimo niezbyt mocnego nacisku świetnie izolują od otoczenia nie powodując dyskomfortu związanego z zapacaniem i przegrzewaniem się uszu. Jednym słowem jest bardzo dobrze. Skoro w materiałach promocyjnych co i rusz dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design nadmieniał, iż w przypadku ATH-SR50BT mamy do czynienia z modelem klasy premium (cokolwiek by to miało znaczyć) po kilkudniowej rozgrzewce wynikającej z nieznanego mi przebiegu dostarczonego na testy egzemplarza zamiast brutalnego, garażowego porykiwania odsłuchy rozpocząłem od eleganckiego jazzu pod postacią „Wallflower (The Complete Sessions)” Diany Krall i przywodzącego na myśl twórczość Amy Winehous „Shades Of Black” Kovacs. Wokale oby pań zostały sugestywnie przybliżone i wysycone, dzięki czemu ich namacalność uległa znacznej intensyfikacji, co niewątpliwie pozytywnie wpłynęło na atrakcyjność przekazu. Całe szczęście owo faworyzowanie pierwszego planu wcale nie oznaczało zepchnięcia na margines wydarzeń z usytuowanych w głębi sceny. Obecne na obu albumach orkiestracje charakteryzowało godne pochwały „napowietrzenie” i umiejętność kreowania głębi sceny, co jak na egzystujące na pułapie około 1 kPLN, w dodatku zamknięte, słuchawki wcale nie jest takie oczywiste. A tymczasem zachowując właściwą, śmiem wręcz twierdzić, że wręcz firmową, dla bezprzewodowych modeli Audio-Technici, aksamitność i lekkie przyciemnienie nie utracono nic z efektów tak przestrzennych, jak i dotyczących otaczającego muzyków powietrza. Również wspomniane przyciemnienie bynajmniej nie osłabiło propagacji wysokich tonów, których bezlik można odnaleźć wśród dęciaków i perkusjonaliów obecnych na kipiącym od afrykańskiej salsy wydawnictwie „Celia” Angelique Kidjo. Bowiem jakiekolwiek majstrowanie przy ilości, czy też intensywności wszelakiej maści transjentów w tym przypadku owocowałoby efektem tzw. „koca” a tymczasem owe nader energetycznie bujające, gorące rytmy zaaplikowane przez 50-ki nie pozwalały na spokojne usiedzenie w miejscu, co o ile w domowym zaciszu nikomu nie przeszkadzało, lecz już w oczach współpasażerów przebijającego się przez wczesnoporanną szarówkę stolicy autobusu mogło wydawać się cokolwiek niepokojące. Podobnie przekonująco wypadł również znacząco cięższy, choć wcale nie tak oczywisty repertuar. Prawdziwym wyzwaniem okazał się bowiem zakręcony jak domek ślimaka album „Sen o 7 szklankach” Comy, w którym na warsztat wzięte zostały pochodzące z bajek naszego dzieciństwa (Akademia Pana Kleksa, Pan Samochodzik, Jacek i Placek, czy Przybysze z Matplanety) „przeboje”. Mało wymagające? W oryginalnych interpretacjach może i tak, lecz tym razem Piotr Rogucki z ekipą podszedł do tematu z taką inwencją, że to już „zupełnie inna bajka”, którą można byłoby śmiało porównać z sytuacją, gdyby o stronę muzyczną „Teletubisi” zadbali Ozzy Osbourne wespół z Marilyn Mansonem, mając nieograniczony dostęp do szerokiego wachlarza substancji psychoaktywnych. Krótko mówiąc przeurocza rockowa jazda bez trzymanki z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mamy zatem psychodeliczne partie klawiszy, gęste i zadziorne gitarowe riffy, wykrzykiwane frazy, jak i mocno zagmatwane linie melodyczne. Trudny do opanowania rozgardiasz? Niewątpliwie, lecz japońskie nauszniki nawet z czymś takim bez najmniejszych problemów sobie poradziły, ze stoickim spokojem rozmieszczając poszczególne źródła pozorne na trójwymiarowej szachownicy w zależności od okoliczności kierując na nie naszą uwagę. Warto w tym momencie podkreślić, iż pomimo dalekiej od audiofilskiego wyrafinowania realizacji odsłuch Comy na 50-kach sprawiał najprawdziwszą frajdę i bez konieczności rozkładania tego co słyszymy na czynniki pierwsze działał niczym aromatyczne espresso potrafiąc wybudzić z letargu największego mruka. Audio-Technica wprowadzając na rynek ATH-SR50BT podjęła całkiem spore ryzyko, gdyż nie da się ukryć iż oczekiwana za nie kwota 999 PN dla większości klientów wielkopowierzchniowych marketów AGD/RTV jest bezsprzecznie zaporowa (w końcu za tyle spokojnie można kupić „wypasiony” co najmniej 32” TV LCD) a rasowi audiofile polują na zdecydowanie wyższych pułapach. Patrząc jednaj na ww. model z nieco szerszej perspektywy widać głębszy sens postępowania Japończyków. Otóż ATH-SR50BT wydaje się być skierowany do odbiorców, którzy po pierwsze mają już na koncie przygodę z bezprzewodowymi słuchawkami, po drugie „złapali bakcyla”, a po trzecie chcą więcej i lepiej, a to jak powszechnie wiadomo kosztuje. Całe szczęście tysiąc PLN, to nie jest jeszcze jakaś horrendalna kwota a jeśli weźmiemy pod uwagę iż nawet niekoniecznie kojarzona z elektroniką z wyższej półki konkurencja od czasu do czasu potrafi zapuścić się w te obszary, to zamiast eksperymentować z markami oferującymi słuchawki jako li tylko dodatek telewizorów, klimatyzatorów, czy telefonów moim skromnym zdaniem zdecydowanie rozsądniej zaufać tym, którzy na produkcji słuchawek mówiąc wprost „zjedli zęby”. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 999 PLN Dane techniczne Typ: Zamknięte Średnica przetworników: 45mm Pasmo przenoszenia: 5 - 40,000Hz Czułość: 100 dB/mW Impedancja: 47 Ω Bateria: DC 3.7V litowo-polymerowa Czas pracy na baterii: Max. 28 godzin Waga: ok. 262 g Pasmo przenoszenia mikrofonu: 50 - 4,000 Hz Czułość mikrofonu: −44 dB(1V/Pa,at 1kHz) Czas ładowania: ok.5.5 godzin Zalecana temperatura użytkowania: 5°C - 40°C Bluetooth® Bluetooth®: Bluetooth 5.0 Zasięg: ok. 10 m Pasmo: 2.402 GHz - 2.480 GHz Modulacja: FHSS Obsługiwane profile Bluetooth®: A2DP, AVRCP, HFP, HSP Obsługiwane kodeki: Qualcomm® aptX™, AAC, SBC Pasmo przenoszenia: 20 - 20,000 Hz
  9. Zobacz cały artykuł
  10. Zamiast appki Lumina polecam Linn Kazoo - działa na wszystkim, stabilne, bezproblemowe
  11. O ile w kwestii doboru szerokorozumianego sprzętu audio/video w większości przypadków da się dojść ze domownikami (wiadomo o kogo chodzi) do porozumienia, to już poruszenie tematu dedykowanego mebla, na jakim chcielibyśmy nasz audiofilski ołtarzyk ustawić jest oczywistym proszeniem się o kłopoty. Oczywiście mając dedykowane pomieszczenie i pełną, w tym również finansową, swobodę sprawę zamyka zakup wyspecjalizowanego stolika Finite Elemente, czy Artesanii. Jak jednak nieśmiało wspomniałem, sugestia wstawienia takiego wysoce wyspecjalizowanego mebla do „przestrzeni cywilnej”, a nie daj Bóg podzielenie się informacjami co do jego ceny, może skończyć się najdelikatniej rzecz ujmując tragicznie i to nie tylko dla domowego budżetu. Dlatego też trudno dziwić się zjawisku bardzo prężnego rozwoju rynku najprzeróżniejszych antywibracyjnych akcesoriów pozwalających okiełznać pasożytnicze drgania atakujące zewsząd nasze drogocenną elektronikę i niejako przy okazji dających się bezboleśnie wkomponować w zastane warunki lokalowe. Co i rusz otrzymujemy informacje o nowych podstawkach, nóżkach i platformach z na tyle szerokiego spectrum kwotowego, że praktycznie każdy świadomy obranego przez siebie celu audiofil i meloman jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Z powyższej koniunktury skorzystał również w dalekiej Kanadzie Dave Morrison, zakładając w 2012 r. firmę produkującą i dystrybuującą akcesoria antywibracyjne dedykowane zarówno segmentowi Pro-audio, jak i Hi-Fi/High-End. Informacja ta jest o tyle istotna, iż o ile w „domowym” audio niekiedy i ewidentne „ściemy” oraz typowe voodoo potrafią mieć się całkiem dobrze, to już w studiach nagraniowych, masteringowych i u samych muzyków, tego typu podprogowe zabiegi li tylko marketingowej natury nie mają najmniejszej racji bytu. Po prostu albo coś działa i zostaje na wyposażeniu, albo nie działa i ląduje w koszu, bądź jest odsyłane do producenta. Proponowane, opatentowane przez IsoAcoustics rozwiązania nie wzięły się jednak z sufitu, bądź nie są efektem swoistego objawienia, lecz wynikają z blisko 20-letniego doświadczenia zdobytego przy projektowaniu i budowaniu studiów radiowych oraz telewizyjnych, w tym największego na świecie centrum multimedialnego w Toronto (ok.160 000 m²). W dodatku wszystko potwierdzone jest szczegółowymi pomiarami (dostępnymi na stronie producenta), więc w tym momencie jeśli nie wierzymy własnym uszom, bądź solennym zapewnieniom sprzedawcy, dla uspokojenia sumienia możemy posiłkować się stosowną beletrystyką. Ponieważ jednak osobiście wychodzę z założenia, że usłyszeć znaczy uwierzyć, więc gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja a obecny dystrybutor - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design poinformował o otrzymaniu najświeższej dostawy czym prędzej zaklepałem na testy komplet stopek antywibracyjnych IsoAcoustics Orea Bordeaux. W serii OREA znajdziemy trzy rodzaje izolatorów, które różnią się nie tylko nazwą modelu i zbieżnym z nią kolorem ozdobnej obwódki, lecz przede wszystkim rozmiarem, a co za tym idzie udźwigiem. Najmniejsze Bronze zdolne są unieść 3,6 kg, Indigo 7,2 kg a tytułowe Bordeaux max. 14,5 kg. Korpusy izolatorów wykonane są ze stali nierdzewnej, wewnętrze sub-chassis z aluminium, a górną i dolną podstawę przyobleczono w gumowe nakładki, przy czym górne przysysają się do podstawy ustawionego na nich urządzenia. Zapobiega to ewentualnemu niekontrolowanemu przesuwaniu się tak usadowionych komponentów. Jeśli jednak komuś zależy na jeszcze wyższym poziomie zespolenia, to Kanadyjczycy i dla takiej klienteli mają małe co nieco pod postacią wyposażonych w nagwintowane trzpienie umożliwiające zastąpienie np. firmowych stopek i kolców w kolumnach izolatorów z linii Gaia. Każdy izolator OREA pakowany jest osobno w eleganckie czarne kartonowe pudełko, więc bezproblemowo możemy zaopatrzyć się w potrzebną nam w danym momencie sztuk. Podczas początkowej fazy testów największą intensywność działania Bordeaux wykazywały w moim systemie wcale nie pod najcięższą i najbardziej adekwatną do ich udźwigu tranzystorową końcówką Brystona, lecz pod źródłami i goszczącymi na stałe, bądź jedynie przejazdem urządzeniami lampowymi. Co ciekawe, wbrew moim wcześniejszym obawom związanym z wykorzystaniem do ich budowy sporej ilości gumy, która potrafi mówiąc bez ogródek „mulić” i powodować spadek motoryki, nie tylko żadnych podobnych anomalii nie zaobserwowałem, co wręcz odnotowałem przyrost powietrza otaczającego reprodukowane źródła pozorne. Chociaż może nie tyle przyrost, co ukazanie jego właściwej ilości, rzeczywistej obecności, wolumenu w nagraniach. Efekt ten powstał na drodze eliminacji obecnego dotychczas szumu tła i posługując się fotograficzną analogią winietowania. Wiecie o co chodzi? Jeśli nie, to już w możliwie przystępny sposób postaram się Wam to wytłumaczyć. Otóż zazwyczaj uwaga, umownie „światło” i generalnie rozdzielczość skupiana jest, z zupełnie racjonalnych i oczywistych względów, na najbardziej atrakcyjnym punkcie „bryły” muzyka z instrumentem, czy wokalisty i im dalej od owego miejsca, tym mniejsza i rozdzielczość i ilość padającego, docierającego światła a tym samym skoro mniej widać, to i coraz mniej informacji z owych obszarów można uzyskać. A IsoAcoustics ową informacyjna „winietę” niwelują ze skutecznością bliską najnowszym wersjom profesjonalnych programów graficznych. Co istotne ów zabieg nie polega na wypychaniu tego, co do tej pory było w cieniu, bądź przykryte wspomnianym szumem na pierwszy plan, lecz jedynie na zminimalizowaniu zjawiska ich degradacji. Dzięki temu automatycznie zwiększa się energia przekazu, obszar pozyskiwania informacji, poprawia definicja brył i co równie ważne precyzja ich lokalizacji. Mało? Jeśli tak uważacie i udało Wam się natrafić na równie uniwersalne akcesoria w podobnej do Orea Bordeaux cenie to poproszę o namiary, gdyż ja jeszcze takiego szczęścia nie miałem. A tu proszę – w większości sytuacji w zupełności wystarczą trzy szt., co summa summarum daje całkowicie akceptowalne 1,2 kPLN, co jak na audiofilskie realia wydaje się być okazją z pogranicza perfidnego dumpingu mającego na celu wykoszenie obecnej na rynku konkurencji i trafienia kumulacji w Totka. Wróćmy jednak do wspomnianego we wstępie blisko 30 kg Brystona 4B³. Zaobserwowana i przekazana Wam pewna odporność na działanie pobratymców (Bryston też jest przecież kanadyjska marką) wynikała ze wstępnego podłożenia kompletu Bordeaux pod firmowe nóżki końcówki. W rezultacie efekt przyssawki nie miał prawa zadziałać. Dopiero po przestawianiu IsoAcousticsów i implementacji ich bezpośrednio do spodniej płyty wzmacniacza nastąpiła spodziewana, bazująca na doświadczeniach z pozostałymi urządzeniami, synergia. Dźwięk stał się jeszcze bardziej, w pozytywnym znaczeniu „żylasty”. Nie wysuszony, czy też odchudzony, lecz właśnie żylasty” – lepiej zdefiniowany i dający lepszy wgląd w nagranie. Poprawie uległo zarówno zróżnicowanie najniższych składowych, jak i ich eksploracja kolejnych poziomów piekieł. Schodziły niżej, były twardsze i bardziej rozdzielcze. Aby tego doświadczyć wcale nie trzeba było sięgać po infradźwięki z „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdyż nawet na ścieżce dźwiękowej „Whiplash” zaimplementowanie Bordeaux zaowocowało lepszym timingiem i motorycznością. Zwykło się uważać, iż wszelakiej maści akcesoria warto aplikować w systemie na końcu drogi do upragnionej audiofilskiej nirwany i że stanowią one jedynie przysłowiowe postawienie kropki nad „i”. Tymczasem skala progresu, jaki wnosi pojawienie się w torze IsoAcoustics Orea Bordeaux pokazuje, że czasem jednak warto wyjść przed szereg, zaburzyć ustalony porządek i zainteresować się tematem zdecydowanie wcześniej. Dzięki temu zaoszczędzimy sporo czasu dostając niejako na wstępie pełen pakiet informacji i uwalniając potencjał drzemiący w posiadanych urządzeniach. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 399 PLN / szt. Dane techniczne: Średnica: 67mm Wysokość: 36mm Udźwig: do 14,5 kg/szt
  12. Zobacz cały artykuł
  13. Jeśli patrząc na zdjęcia dzisiejszych bohaterek gdzieś tam podskórnie zaczynacie się zastanawiać, czy to jakieś déjà vu, czy też rzeczywiście gdzieś te kształty już widzieliście, to … jak najbardziej macie rację. Otóż korzenie tytułowych, debiutujących w październiku 2018, a szerzej zaprezentowanych na ostatnim CES-ie, 50-ek sięgają lutego 2007 r. i pojawienia się na rynku „profesjonalnego” modelu Audio-Technica ATH-M50, oraz jego następcy ATH-M50x (premiera w styczniu 2014 r.) i jak się zapewne domyślacie to były i nadal są nad wyraz popularne nauszniki. Łączą bowiem typowo profesjonalną jakość wykonania, oraz nader przystępną cenę, co jak wiadomo zawsze jest jednym z kluczowych argumentów podczas zatwierdzania firmowego budżetu. To jednak nie wszystko, gdyż studyjne 50-ki cenione są również za swoją ergonomię i co najważniejsze brzmienie. Przy okazji niniejszego testu nasuwa się jednak oczywiste pytanie jak uwolnienie od kabla wpłynęło właśnie na ów ostatni element charakterystyki i czy dopłacając 50$ za swobodę przypadkiem nie tracimy przy okazji tego, co z naszego – audiofilskiego punktu widzenia najważniejsze, czyli jakości. Skoro poruszyliśmy temat strat, to nawet bez słuchania jasnym jest, że o ile „studyjne” M50x dostępne są w iście lifestyle’owych wersjach kolorystycznych (biały - WH, niebieski – BB i czerwony – RD), o tyle w zamyśle outdoorowe M50xBT mogą pochwalić się li tylko klasyczną czernią. Nici zatem z zadawania szyku na deptaku w Ciechocinku, bądź Krupówkach i dopasowywania słuchawek do modnego w danym sezonie koloru kurtki, czapki, czy kozaczków. A jak z dźwiękiem? O tym dosłownie za chwilę. Na początek ciekawostka. O ile powszechna niechęć Polaków do czytania książek jest niewątpliwie wstydliwym faktem, to już swoisty, atawistyczny wstręt do zapoznawania się z zawartością wszelakiej maści instrukcji, wydaje się być, przynajmniej wśród męskiej części populacji, powodem do dumy. A tymczasem producenci dóbr doczesnych dwoją się i troją by na dosłownie kilku(nastu/dziesięciu) stronach zawrzeć esencję tego, co de facto jest w stanie ułatwić nam życie i najzwyczajniej w świecie oszczędzić czas i … nerwy. Jako przykład posłużę się wskazówkami podanymi już na czwartej (z osiemnastu) stronie dołączonej do 50-ek instrukcji obsługi. Chodzi bowiem o całkiem logiczne nawyki dotyczące podczas korzystania z łączności bezprzewodowej Bluetooth usytuowania źródła sygnału możliwie blisko słuchawek, czyli przykładowo „grając” z telefonu warto mieć go w lewej kieszeni, po stronie zbudowanej w lewą muszlę słuchawek anteny. Kolejną, mogącą okazać się kluczową podczas ewentualnych reklamacji, sugestią jest zalecenie używania do ładowania jedynie znajdującego się na wyposażeniu przewodu USB. Jak już się z pewnością domyśliliście, oprócz anteny, lewa muszla stanowi również swoiste centrum zarządzania słuchawkowym wszechświatem. Znajdziemy tam włącznik, gniazdo micro USB (do ładowania wbudowanych akumulatorów), niewielką i całe szczęście schowaną w niewielkim wgłębieniu diodę informująca o statusie słuchawek, wejście mini jack (jakbyśmy jednak preferowali komunikację przewodową) i przyciski regulacji głośności przedzielone wielofunkcyjnym guzikiem do odbierania połączeń i wznawiania/wstrzymywania odtwarzania muzyki. I jeszcze jeden drobiazg, którego na pierwszy rzut oka nie widać. Otóż kizianie firmowego logotypu zdobiącego muszlę aktywuje asystenta Google w smartfonach/tabletach działających pod kontrolą Androida i Siri na iOS-ie. A skoro jesteśmy przy urządzeniach przenośnych to grając ze smartfonu / tabletu warto zainstalować na nim dedykowana appkę Connect dającą nam możliwość nie tylko podstawowej obsługi i monitoringu np. poziomu baterii sparowanych słuchawek co, i to chyba jest kluczowa opcja – możliwość wyboru optymalnego do naszych potrzeb kodeka. Warto też mieć na uwadze fakt, iż proces ładowania „do pełna” trwa około 8h i podczas niego niestety łączność bezprzewodowa zostaje dezaktywowana. I jeszcze na koniec – podpięcie przewodu sygnałowego jest jednoznaczne z odłączeniem wszystkich funkcji dostępnych z poziomu lewej muszli – przejmuje je znajdujący się na przewodzie mini pilot. W dodatku gniazdo na mini Jacka jest w 3mm wgłębieniu, więc jeśli chcielibyśmy skorzystać z jakiegoś bardziej audiofilskiego zamiennika warto zawczasu sprawdzić, czy uda się jego wtyk wsmyknąć w otwór 50-ek. Sama jakość użytych materiałów, jak i ich spasowanie jest na wysokim poziomie i pomimo zaimplementowania zarówno mechanizmu składania, jak i możliwości obrotu muszli o 180 stopni, to nic nie skrzypi i nie trzeszczy a sam kontakt organoleptyczny dostarcza wyłącznie pozytywnych doznań. Jedynym drobiazgiem do jakiego na upartego mógłbym się przyczepić, jest mało estetyczne marszczenie się skóropodobnej tapicerki jaką obszyto pałąk nagłowny z przyozdobionej firmowym napisem po założeniu słuchawek na głowie. Tylko … tak jak mówię robię to niejako na siłę, gdyż mając je na łepetynie i tak tego nie zobaczymy, no chyba, że ktoś podczas odsłuchów lubi przeglądać się w lustrze. Same pady są całkiem spore (w końcu otaczają 45 mm przetworniki), więc możemy uznać je za wokółuszną, nieco pomniejszoną, bądź nauszną powiększoną konstrukcję. Jeśli pamiętacie moją recenzję młodszego, a przy tym mniejszego rodzeństwa, czyli ATH-SR30BT i moje delikatne utyskiwania dotyczące ich dyskusyjnego komfortu użytkowania (byłem na nie zdecydowanie za duży), to tym razem już nie będę kwękał, gdyż nawet w okularach byłem w stanie odbyć w nich kilkugodzinne sesje bez śladu jakiegokolwiek dyskomfortu. Miękkie, pokryte sztuczną skóra pady ledwo zachodziły na moje adekwatne do ogropodobnej postury małżowiny zapewniając nie tylko świetną izolację akustyczną od otoczenia, co i krótko mówiąc wygodę. Deklarowany przez producenta 35-40 godzinny czas pracy okazuje się całkowicie wystarczający na mniej więcej standardowy tydzień pracy, co automatycznie przesuwa konieczność ładowania akumulatorów na weekend. Pomimo swojego japońskiego rodowodu Audio-Technici grają, używając powszechnie stosowanych stereotypów, z iście amerykańskim rozmachem i hollywoodzką spektakularnością. Wyraźnie zaznaczone skraje pasma od razu „łapią za ucho” i sprawiają, że nawet podczas sklepowo/salonowego sparringu z konkurencyjnymi produktami 50-ki mogą rywali już w pierwszej rundzie wyeliminować z dalszych rozgrywek. Jednak od razu chciałbym podkreślić, iż wspomniane dosłownie przed chwilą „podkreślenie” nie jest ordynarnym, przekraczającym granicę nie tylko dobrego smaku, lecz również rozsądku, podbiciem dołu i góry znanymi m.in z wyrobów marki promowanej przez mniej, bądź bardziej rozpoznawalnych jegomościów w nieco za luźnych porciętach i ciałach przyozdobionych „osiedlowymi” malunkami. O nie, tutaj jest mocno i wyraźnie, ale z zachowaniem tak umiaru, jak i klasy. W dodatku owo „zaznaczenie” przejawia się oddawaną w danym podzakresie energią a nie jego powiększeniem. Dlatego też nie tracimy nic a nic z motoryki i kontroli najniższych składowych a i góra nie nachodzi na średnicę, będąc daleką od podkreślania sybilantów. Zaś samą średnicę z powodzeniem możemy określić mianem tyleż neutralnej, co naturalnej i gdy tylko ona ma grać pierwsze skrzypce w nagraniu, to tak też się dzieje. Całe szczęście 50-ki zamiast skłaniać do drobiazgowej analizy wciągają słuchacza w wir zabawy i to zabawy bez trzymanki - godnej prawdziwego rollercoastera. Weźmy na ten przykład nieco gitarowego „onanizmu”, czyli jeszcze ciepły album „Blue Lightning” Yngwiego Malmsteena a wszystko powinno stać się jasne. Potężny, basowy fundament i przeszywające nasze synapsy gitarowe riffy dla japońskich słuchawek to prawdziwa woda na młyn i nawet niezbyt porywający wokal ww. szarpidruta nie jest w stanie zepsuć niepozwalającego spokojnie usiedzieć w miejscu efektu finalnego. Na spore uznanie zasługuje łatwość z jaką Audio-Technici różnicowały to, co działo się w dole pasma, bowiem czytelność czy to samej perkusji, czy też wtórującemu jej basowi wcale nie była łatwym zadaniem. W dodatku pomimo oczywistej wirtuozerii próbującej przykryć pewne, acz nader oczywiste, upośledzenie nazwijmy to oględnie „wrażliwości muzycznej” Malmsteena np. w porównaniu z Carlosem Santaną, czy Ericiem Claptonem, którzy udowadniają, że grając mniej i wolniej można pokazać zdecydowanie więcej ATH-M50xBT nie piętnują jego szpanerskiej autopromocji, lecz wręcz podkręcają tempo i spektakularność warstwy instrumetalnej. To taka typowa „superprodukcja” podczas której odkładamy mózg na półkę i po prostu staramy się dobrze bawić. Jeśli jednak ktoś poszukuje doznań nieco wyższych lotów polecam kawał porządnej progrockowej psychodelii, czyli „South of Reality” formacji The Claypool Lennon Delirium, która tworzą basista Primus - Les Claypool i … potomek legendarnego Beatlesa - Sean Lennon, wspomagani przez Paulo Baldi’ego - koncertowego bębniarza zespołu. I tutaj dopiero zaczyna się zabawa, gdyż do głosu dochodzą jeszcze iście trójwymiarowe, baśniowe instalacje dźwiękowe, które japońskie nauszniki z podziwu godnym pietyzmem wokół nas budują. A właśnie – przestrzeń. Otóż pomimo swojej zamkniętej konstrukcji 50-ki całkiem dobrze radzą sobie z oddaniem efektów przestrzennych i budowaniu sceny przed słuchaczem a nie wewnątrz jego czerepu. Oczywiście holografia przekazu nie zbliża się do poziomu oferowanego np. przez konwencjonalne a przy tym otwarte, również sygnowane przez Audio-Technicę, flagowe ATH-ADX5000, ale … drobna różnica 10 000 PLN wydaje się całkiem sensownym uzasadnieniem owych rozbieżności. I na koniec kolejna, moim zdaniem bardzo dobra, wiadomość. Otóż różnice pomiędzy połączeniem kablowym a bezprzewodowym są praktycznie pomijalne, więc spokojnie można traktować dostarczaną przez producenta łączówkę jako swoiste koło ratunkowe w sytuacji, gdy wbudowany w słuchawkach akumulator akurat wyzionie ducha. Jak sami widzicie (pod)tytułowa migracja ze studia na ulicę bynajmniej nie oznacza w przypadku Audio-Technici ATH-M50xBT upadku i stoczenia wydawałoby się wykwalifikowanego i docenianego profesjonalisty, lecz ekspansję na nad wyraz chłonny rynek outdoorowy. Solidna konstrukcja mechaniczna, świetna izolacja akustyczna i przede wszystkim wciągające, dynamiczne brzmienie sprawdzają się bowiem nie tylko w studiach, lecz również wszędzie tam, gdzie chcemy choć na chwilę, pomimo otaczającego nas zgiełku, być sam na sam z ulubioną muzyką serwowaną w możliwie najwyższej jakości. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 999 PLN Dane techniczne - Konstrukcja: wokółuszne, zamknięte - Przetworniki: 45 mm - Impedancja: 38 Ω - Pasmo przenoszenia: 15 – 28 000 Hz - Czułość: 99 dB/mW - Komunikacja: Bluetooth 5.0 z Qualcomm® aptX, AAC, SBC (profile: A2DP, AVRCP, HFP, HSP) - Akumulator: litowo-polimerowy 3,7 V - Czas pracy: do 35-40 godzin - Czas ładowania: ok. 7 godzin - Maksymalny zasięg łączności bezprzewodowej: do 10m - Waga: 310 g (bez kabla)
  14. Zobacz cały artykuł
  15. Zobacz cały artykuł
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.