Skocz do zawartości

Fr@ntz

Redaktorzy
  • Liczba zawartości

    7456
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

331 Bardzo dobry

O Fr@ntz

  • Tytuł
    Redaktor

Metody kontaktu

  • Adres URL
    https://soundrebels.com/marcin-olszewski/

Informacje profilowe

  • Branża
    Prasa

Ostatnie wizyty

51740 wyświetleń profilu
  1. Fr@ntz

    Cyrus Stream Xa

    Zakładam, że dla większości z Was temat wszechobecnej unifikacji staje się nie tyle nudny, co wręcz oczywisty. O ile jednak czasy, gdy nie tylko każda z marek, co wręcz poszczególne modele jednego producenta miały dedykowane i dziwnym zbiegiem okoliczności zupełnie niekompatybilne z resztą ładowarki odeszły szczęśliwie do lamusa, to już uderzające podobieństwo tak samochodów, jak i większości przedmiotów nas otaczających może wydawać się nieco nużące. Powoli bowiem dochodzimy do granicy, za którą na pytanie o wybór lodówki, pralki, czy ograniczając się li tylko do naszego – audiofilskiego podwórka, kolumn lub wzmacniacza odpowiedzią będzie doprecyzowanie … koloru. Utopia? Nie byłbym taki pewien, gdyż patrząc na wszelakiej maści konsorcja, holdingi i grupy kapitałowe zrzeszające w swych portfoliach po kilkadziesiąt pozornie niezależnych producentów, starające się optymalizować koszty własne a tym samym, właśnie na drodze unifikacji zapewniać, oczywiście sobie, możliwie najmniejszy poziom skomplikowania, a co za tym idzie różnorodności. Śmiem wręcz twierdzić, że sennym marzeniem większości działów R&D i księgowości byłaby znana z pewnych duńskich klocków pełna zgodność i prowadząca do daleko posuniętej modułowości. Zanim jednak owa estetyczno – technologiczna apokalipsa nastąpi warto cieszyć się chwilą i rozkoszować faktem istnienia marek uparcie mających własne zdanie w powyższych kwestiach. O czym mowa? W telegraficznym skrócie o możliwie dalece posuniętej unifikacji, lecz wyłącznie w obrębie własnych wyrobów i to osiągającej poziom, przy którym konkretne urządzenia tak stylistycznie, jak i po części funkcjonalnie, współgrają praktycznie wyłącznie ze swoim rodzeństwem. Znacie takie przypadki? Zakładam, że tak, bo jeśli tylko choćby śladowo interesujecie się tematyką Hi-Fi to nie ma najmniejszej szansy, żebyście nie słyszeli, a pewnie i nie słuchali elektroniki Naima, natomiast nieco bardziej zainfekowani audiophilią nervosą osobnicy np. MBL-a. Ot, moim zdaniem to całkiem sensowne przykłady egzystujących na rynku audio marek, które najlepiej prezentują się w dość hermetycznych, własnych „ekosystemach”. Jest jednak jeszcze co najmniej kilku innych, posiadających całkiem pokaźne grono akolitów, graczy i to właśnie jednym z nich przyjdzie nam się dzisiaj zająć. Mowa o istniejącej od 1983 r. angielskiej marce Cyrus i jej przeuroczych, niewątpliwie charakterystycznych i od lat niezmiennych, przynajmniej jeśli nie mówimy o serii One, pieszczotliwie określanych mianem „pudełek po butach” urządzeń. Skoro jednaj na jesieni ubiegłego koku na tapecie mieliśmy brytyjską amplifikację pod postacią kompaktowej integry One HD, to tym razem nasza uwaga skupiła się na źródle, czyli streamerze o wszystko mówiącej nazwie Stream Xa. Wbrew obowiązującym, pozornie sprzecznym, trendom minimalizacji kosztów, oraz jednoczesnej iście szaleńczej pogoni za technologicznymi nowinkami Cyrus nie dość, że nadal swoją siedzibę (i produkcję) ma w Huntingdon w hrabstwie Cambridge to, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nad wyraz mocno okopał się w dość „oldschoolowych” możliwościach swoich cyfrowych produktów. Jednak po kolei. O wyglądzie Cyrusa można powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jest na tyle unikalny, iż nawet jednorazowy z nim kontakt na dobre zapada nam w pamięć. Kwestię rozpoznawalności mamy z głowy. Warto podkreślić również fakt, iż pomimo upływu czasu projekt plastyczny, na jaki postawili ponad dwadzieścia pięć lat temu (na początku lat 90-ych „look” Cyrusów przybrał aktualną do dziś formę – vide FM7) Anglicy, praktycznie wcale się nie zestarzał i nie opatrzył. Oczywiście w erze dostępności wysokiej rozdzielczości wyświetlaczy OLED zielono-czarny display Xa nieco trąci myszką, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę odmienianą przez wszystkie przypadki unifikację w obrębie marki, to sprawa prezentuje się w zdecydowanie innym, niewątpliwie dla niej korzystnym, świetle. Mając bowiem system Cyrusa nawet z początku lat 90-ych i dokupując do niego tytułowy streamer nadal mamy pełną spójność tak pod kątem stylistycznym, gabarytowym, jak i właśnie kolorystycznym począwszy od oznaczeń na przyciskach i właśnie kolorze wyświetlacza skończywszy. To się nazywa żelazna konsekwencja. Nawet kultowe w pewnych kręgach Nokie z serii 63XX w pewnym momencie przeszły z zielonych na lekko błękitne ekrany a tu proszę – constans. Patrząc na charakterystyczny, schodzący się w firmowy „przodozgryz” front z pewnością docenimy nie tylko solidność jego wykonania, co coraz częściej pomijalną ergonomię. Przechodząc do porządku dziennego nad niejako atawistycznym anachronizmem wyświetlacza ustępującym pola pod względem czytelności nowszej generacji ekranom, to warto podkreślić, iż cała klawiszologia jest dopracowana do perfekcji. Do wszystkich nastaw i pozycji menu dostaniemy się i obsłużymy je z pomocą nie tylko usytuowanych w równym rządku siedmiu przycisków, lecz i multifunkcyjnemu pokrętłu po prawej stronie displaya. Włącznik główny i czujnik IR znalazły się po lewej stronie wyświetlacza i towarzyszą im dwa kolejne guziki opisane jako wyciszenie (Mute) i aktywator wyjścia słuchawkowego (Phones), których obecność wydawać by się mogła całkowicie zasadna, gdyby nie fakt ich niedziałania z dość prozaicznej racji … braku zaimplementowania owych funkcjonalności w ww. urządzeniu. Czyżby w tym miejscu unifikacja poszła o jeden krok za daleko i projektanci wzięli z półki dwa rodzaje przycisków, których akurat mieli najwięcej? A może, co jednak bardziej prawdopodobne, sytuacja ma się tak, jak z przyozdobioną solidnymi i akurat w streamerze całkowicie zbędnymi radiatorami wkomponowanymi w wysokociśnieniowy aluminiowy odlew obudowy. Ot mamy takie na stanie, takie robimy i już. Nijakich niespodzianek za to nie ma na ścianie tylnej, która oferuje dwie pary wyjść liniowych RCA, magistralę MC-BUS do komunikacji z pozostałymi komponentami marki i istną baterię interfejsów cyfrowych - wejście USB, dwa optyczne Toslink, trzy coaxialne, jedno wyjście SPDIF i port Ethernet. Ponadto oprócz gniazda zasilającego IEC znajdziemy jeszcze wielopinowy terminal dedykowany zewnętrznemu zasilaczowi PSX-R a na przeciwległym rogu umieszczono nagwintowany trzpień do przykręcenia anteny Wi-Fi. W komplecie jest również systemowy i reagujący na ruch, przydatnym podczas wieczorno-nocnych odsłuchów podświetleniem, pilot. Miłym akcentem jest dołączany do streamera ferrytowy zacisk do założenia na przewód … Ethernet. Jeśli zaś chodzi o funkcjonalność, to mamy tutaj wielce intrygującą miksturę nowoczesności i pewnej … wiktoriańskiej(?) zachowawczości. Bez najmniejszego problemu skorzystamy bowiem z poziomu firmowej aplikacji Cadence (wsparcie dla Androida i iOSa) z dobrodziejstw serwisów stremingowych Tidal i Qobuz (jeszcze oficjalnie w Polsce niedostępnego), czy bezliku internetowych rozgłośni radiowych, lecz już sama obsługa plików kończy się na … 24 bit/192kHz. Niby dla 99% odbiorców to i tak aż nadto, ale nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że technologia „nieco” poszła w tzw. międzyczasie do przodu a konkurencja nie śpi i obsługą plików wysokiej rozdzielczości, DSD i DXD kusi już na zdecydowanie niższych poziomach cenowych. Ową nieco wstydliwą przypadłość Cyrus rekompensuje wspomnianą aplikacją. Jest szalenie intuicyjna, stabilna i przede wszystkim szybka – nie namyśla się przy każdej operacji, nie zadaje setek pytań i nie prosi o kolejne setki potwierdzeń wcześniej klikniętych poleceń. Po prostu działa i robi swoje. A teraz mały bonus dla wytrwałych czytelników. Otóż o ile z poziomu smartfonu / tabletu najwygodniej Stream XA obsługiwać z poziomu ww. appki, to siedząc z notebookiem, bądź przy komputerze aż korci, by też mieć coś do obsługi Cyrusa. I coś takiego jest – nazywa się Kinsky, jest darmowe i dostępne na stronie Linn-a. Co prawda nie oferuje dostępu do serwisów streamingowych, ale z zasobów lokalnych pozwala korzystać bez większych komplikacji. Jak to mówią potrzeba matka wynalazków ;-) Metaforycznie rzecz ujmując dźwięk oferowany przez Stream Xa idealnie harmonizuje z jego ortodoksyjnym przywiązaniem do tradycyjnego - firmowego designu. Jako słowa - klucz użyłbym synonimu kultowego w pewnych kręgach „brzmienia kości przetwornika TDA 1541”. Włączamy bowiem wydawałoby się znane na pamięć nagrania i to, co dobiega naszych uszu wydaje się cokolwiek inne w porównaniu do tego, co z reguły jesteśmy w stanie z nich wycisnąć. Chodzi bowiem o ponadprzeciętną homogeniczność, koherentność i … kompletność. A właściwie to kompletność powinna być na pierwszym miejscu, gdyż streamer Cyrusa tak właśnie gra – kompletnym, skończonym dźwiękiem. Dźwiękiem, w którym nic nie wyrywa się przed szereg, nie ma parcia na szkło i nie chce za wszelką cenę przykuć naszej uwagi ordynarnie „łapiąc za ucho”. Tutaj celem nadrzędnym jest ogół, a wszystkie składowe na ów cel w pocie czoła pracują. W rezultacie otrzymujemy kwintesencję analogowej estetyki z jakby nie patrzeć cyfrowego źródła. Co ciekawe sygnatura Cyrusa jest dokładnie taka sama na wyjściach analogowych, jak i cyfrowym, co w sposób oczywisty determinuje brzmienie systemu, w jakim owo urządzenie finalnie się znajdzie. Pierwsze skrzypce gra tutaj średnica, której jedwabistość i wysycenie porównać można do tembru głosu Nat King Cole’a. Jest zjawiskowo. Niezależnie od tego, czy mikrofon dzierżą przedstawicielki płci pięknej, czy też osobnicy płci przeciwnej, eufonia jest na trudnym do zignorowania poziomie. Bynajmniej efekt ten nie został osiągnięty poprzez sztuczne wypchnięcie, rozmiękczenie i przesadzenie z saturacją, lecz właśnie poprzez zespolenie poszczególnych elementów w monolityczną całość. Kiedyś dość popularny, a dzisiaj nieco zapomniany, był stereotyp „brytyjskiego brzmienia” opartego właśnie na średnicy i poniekąd Cyrus swoim streamerem je ekshumuje. Wystarczy bowiem włączyć czy to „Aventine” Agnes Obel, czy „Beautiful Goodbye” Richarda Marxa, by zauważyć, iż równowaga tonalna jest jak najbardziej w porządku i nikt przy niej nie majstrował a owa wspominana różnica wynika jedynie z klasy i naturalności przekazu. Posługując się jakimś w miarę czytelnym dla ogółu porównaniem można byłoby powiedzieć, że z Cyrusem w torze słyszymy naszych ulubionych artystów śpiewających nie do budżetowych i mocno sfatygowanych „shurów” a robionych specjalnie dla nich cudeniek Nordic Audio Labs. Skraje pasma są na swoim miejscu, jednak ich udział w kreowaniu spektaklu muzycznego określił bym mianem oczywistego, acz nieabsorbującego. Nie znaczy to jednak, że zostały cofnięte, bądź z premedytacją – asekuracyjnie zaokrąglone, bo nic takiego nie miało miejsca. Zarówno gitarowe riffy na „The Verdict” Queensrÿche cięły powietrze jak należy, jak i iście subsoniczne pomruki zapisane na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa potrafiły wywołać drżenie rodowych skorup w kredensie … sąsiada. Chodzi jednak o to, iż dochodziły one do głosu wtedy, gdy było to konieczne a nie cały czas zgłaszały swoja gotowość do działania wzorem uroczo irytującego, gadającego osła ze „Shreka”. Jak sami widzicie próżno szukać w brzmieniu Cyrusa Stream Xa nawet śladowych znamion cyfrowych artefaktów, zbytniej analityczności, czy osuszenia. To gęste, śmiem twierdzić, że niemal „winylowe” – analogowe granie a że z plików, to już zupełnie inna para kaloszy. Liczy się w końcu przyjemność odsłuchu a ta z niepozornym streamerem Cyrusa jest niewątpliwa. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201/ Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasiilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: EIC / Cyrus Cena: 6199 PLN Dane techniczne • Wyjścia: SPDIF coaxial, Stereo RCA analogue - para fixed, PSX-R (dla opcjonalnego zasilacza), MC-BUS (do komunikacja z pozostałymi komponentami Cyrus) • Wejścia: 2 x Optical SPDIF, 3 x Coaxial SPDIF, USB A, Ethernet • Wspierane formaty plików: WAV, FLAC, ALAC, AAC, MP3, WMA, AIFF • Zgodność częstotliwość próbkowania: do 24 bit/192kHz • Wymiary (W x S x G): 73 x 215 x 360 mm • Waga: 4,7 kg
  2. Fr@ntz

    Cyrus Stream Xa

    Zobacz cały artykuł
  3. Fr@ntz

    Denon DP-450USB

    Zobacz cały artykuł
  4. Fr@ntz

    Denon DP-450USB

    Początkowo uznawany za li tylko chwilową modę powrót winyli zdołał po kilku latach na tyle wygodnie rozgościć się w świadomości konsumentów, że patrząc na obecny rynek i prognozy dotyczące wolumenów sprzedaży nośników muzycznych śmiało można przedstawić tezę, iż za jakiś czas obowiązującymi standardami będą oczywiście pliki i właśnie czarne płyty a wieszczona przez ostatnie dekady śmierć formatu dosięgnie nie LP, lecz … CD. Nie wierzycie? No to popatrzcie tylko na źródła, jakie przewinęły się przez naszą redakcję w ciągu … niech będzie trzech ostatnich lat. Od lutego 2016 r. Na tapecie mieliśmy zatem sześć plikograjów, w tym Bluesound NODE pojawił się dwukrotnie ( w specyfikacji 2 i 2i), oraz sześć gramofonów (Teac TN-300, Audio-Technica AT-LP3, ClearAudio Concept, Elac Miracord 70, Elac Miracord 50 i Thorens TD 201). Słowem remis ze wskazaniem na analog. Odtwarzaczy srebrnych krążków brak. Jakieś pytania? Dlatego też nikogo dziwić nie powinien fakt, że odbierając od Horna – dystrybutora marki Denon, kolejne urządzenie na testy otrzymałem oczywiście … gramofon. Jednak gramofon o tyle ciekawy, że łączący w sobie obie domeny – analogową i cyfrową. Co jednak kryje w sobie będący bohaterem niniejszego testu model DP-450USB zdradzę dopiero za chwilę. Jak na dość przystępnie wycenioną konstrukcję (ochota na wyższej klasy „szlifierkę” wymaga przesiadki na drugą markę Sound United – Marantza i skierowanie uwagi na model TT-15S1) DP-450USB okazuje się nad wyraz eleganckim i zaskakująco solidnym gramofonem. Pół żartem pół serio można powiedzieć, że widać po nim, iż mamy do czynienia z flagowcem. Do wyboru są dwie wersje kolorystyczne – uniwersalna czerń i modna biel – obie w wysokim, fortepianowym połysku. Jeśli miałbym cokolwiek już na tym etapie sugerować, to poleciłbym biel, która nie dość, że nader skutecznie broni się przed opalcowywaniem (chyba, że mowa o umazanych Nutellą paluszkach naszych milusińskich), jak i osiadającemu kurzowi, który choć nadal uparcie się gromadzi, jednak nie jest aż tak ostentacyjnie widoczny, jak na czarnych, błyszczących powierzchniach. Plinta to wielowarstwowy, masywny sandwich z kilku warstw MDF-u usadowiony na czterech estetycznych a przy tym pełniących funkcję antywibracyjną nóżkach. Z równą atencją potraktowano również kwestie natury mechanicznej. Profil łożyska zamontowano bowiem w układzie „pływającym” – za pomocą gumowo-elastomerowych podkładek i sprężyn a sam talerz to wykonano w formie aluminiowego odlewu. Napęd przenoszony jest z wrzeciona silnika za pomocą gumowego, płaskiego paska okalającego stanowiący integralną część odlewu- wewnętrzny subplater. Bardzo pozytywne wrażenie robi nie tylko sama jakość wykonania gramofonu, co dbałość o praktycznie najmniejsze detale. Weźmy na ten przykład nawet gumową slip-matę, która w przypadku testowanego modelu ma grubość niemalże 5mm i wagę zbliżoną do samego ww. talerza stanowiącego jej podstawę. W lewym narożniku usytuowano niewielkie pokrętło budzące gramofon do życia i pozwalające na wybór jednej z trzech (33 1/3 ,45, 78) prędkości a firmowe aluminiowe ramię S-Shape uzbrojono w fabrycznie zamontowaną na headshellu wkładkę MM z igłą CN-6518 (Audio-Technica DSN85). Warto w tym momencie dodać, iż jego mechanizm wzbogacono o system automatycznego podnoszenia po zakończeniu odtwarzania strony, co pozwala oszczędzać tak sama igłę, jak i naszą płytotekę. Zanim jednak skierujemy uwagę ku zapleczu wypadałoby również wspomnieć o widocznym na froncie plinty gnieździe USB-A i dwóch niewielkich przyciskach z dość jednoznacznymi opisami (WAV i MP3). To właśnie ów element domeny cyfrowej, o którym wspominałem we wstępie, a zagłębiając się w szczegóły układ ADC umożliwiający na digitalizację posiadanej płytoteki na nośnikach USB (popularnych pendrive’ach) w formacie bezstratnym WAV (44.1kHz/16-bit) i MP3 (192kbps). Wystarczy bowiem wetknąć w gniazdo „sticka” , włączyć gramofon, opuścić na płytę ramię i wybrać odpowiednią opcję nagrywania. O samym procesie informują dodatkowo odpowiednie niewielkie diody, więc mamy do czynienia z prawdziwym plug&play i prawdę powiedziawszy prościej już się nie da. Prawdziwa wisienką na torcie jest jednak dedykowane oprogramowanie MusiCut, dzięki któremu nie tylko potniemy i uporządkujemy własnoręczne nagrania, co i prawidłowo je otagujemy. Nieco cofnięty w stosunku do tylnej krawędzi plinty panel interfejsów oferuje standardowy wachlarz przyłączy – mamy parę wyjść RCA z zaciskiem uziemienia, przełącznik aktywujący/dezaktywujący wbudowany phonostage, przycisk odpowiedzialny za wyłączenie mechanizmu podnoszenia ramienia i oczywiście gniazdo zasilające. A właśnie. Sam zasilacz to dość solidny „wtyczkowiec”. Kolejną miłą niespodzianką jest elegancka osłona przeciwkurzowa o kształcie łudząco podobnym do tego, jaki mam na co dzień w swojej Kuzmie. To czego w swoim gramofonie nie mam, to pomysłowy stojak umożliwiający zarówno zamocowanie w nim ww. osłony, jak i okładki płyty winylowej. Mała rzecz a cieszy. Z racji, iż dostarczony na testy egzemplarz okazał się fabryczną nówką nie pozostało mi nic innego jak przez pierwszy tydzień postawić go gdzieś z boku i możliwie intensywnie odtwarzać na nim jakąś testową, skazaną na nieuchronne „zajechanie” płytę. Po okresie akomodacyjno – rozgrzewkowym 450-ka zagościła w moim systemie głównym, gdzie przyszło jej pracować zarówno w konfiguracji, w jakiej egzystować będzie w większości przypadków, czyli z aktywnym, wbudowanym phonostagem, jak i ze zdecydowanie wyższej klasy peryferiami. Zacznijmy jednak, zgodnie z chronologią, od firmowego set-upu, w którym to, o dziwo, Denon wypada nad wyraz korzystnie. Po pierwsze nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest, więc próżno doszukiwać się w jego brzmieniu oznak wyrafinowanej rozdzielczości, hektarów przestrzeni i z iście laserową precyzją kreślonych źródeł pozornych znanych np. z topowych wkładek ZYX-a. W zamian oferuje jednak ponadprzeciętną muzykalność i nasycenie średnicy, z gładkimi i przyjemnie zaokrąglonymi skrajami pasma. Bardzo pozytywne wrażenie robi wolumen generowanego dźwięku, w stosunku do którego dość lapidarne określenie „duży” wydaje się być wręcz idealne. Czuć bowiem rozmach i swobodę dzięki którym nawet tak spektakularnie karkołomne wydawnictwa jak „Distance Over Time” Dream Theater, czy „Hail to the King” Avenged Sevenfold niosły ze sobą odpowiedni ładunek dynamiki i iście niszczycielskiej siły. Może najniższe składowe nie miały takiej kontroli a góra wglądu w strukturę najwyższych riffów, jaką oferują wyższej klasy wkładki i przedwzmacniacze, ale nie mając możliwości bezpośredniego porównania niespecjalnie miałem ochotę na szukanie przysłowiowej dziury w całym. Liczyła się niewątpliwa przyjemność z odsłuchu a takową tytułowy Denon zapewniał z łatwością. Odsłuchy bardziej wyrafinowanego repertuaru, czy to z obszaru szerokorozumianej symfoniki („The Pink Panther: Music from the Film Score Composed and Conducted by Henry Mancini” ), czy też Jazzu („Sketches of Spain” Miles Davis) wykazały pewne, oczywiste przy tej klasie przetwornika, uproszczenia w kreowaniu zjawisk przestrzennych, czy gradacji planów, ale ponownie 450-ka stawiając muzykalność ponad próbami jakiejkolwiek wyczynowości i grając ze słuchaczem w otwarte karty, dziwnym zbiegiem okoliczności wychodziła zwycięsko. Za to dezaktywacja wbudowanego phono i zaprzęgnięcie do pracy zarówno mojego dyżurnego Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp, jak i rezydującego na gościnnych występach włoskiego duetu Gold Note PH-10 & PSU-10 dopiero pokazały drzemiący w DP-450USB potencjał. Po wspominanych wcześniej zwiewności góry i niezdefiniowaniu najniższych składowych nie zostało praktycznie śladu. Oczywiście porównanie z wyższej klasy wkładkami automatycznie studziło moją euforię, ale … nie chcąc się powtarzać zwrócę tylko uwagę, że praktycznie zawsze da się lepiej, pytanie tylko za jaką cenę. Niby zestawianie gramofonu za 2,4 kPLN z kilkukrotnie droższym phono też jest dyskusyjne, lecz niewątpliwie daje nam komfort dysponowania wiedzą, na co daną konstrukcję tak naprawdę stać i co można z niej wycisnąć. Dodatkowo warto mieć na uwadze sytuację, gdy tytułowa „szlifierka” ma być naszym pierwszym gramofonem, a więc jest swoistym królikiem doświadczalnym i poligonem, na którym dopiero zdobywamy doświadczenie i uczymy się obsługi. Dlatego też fakt obecności fabrycznie zamontowanej, budżetowej wkładki nieco obniża ciśnienie związane ze stresem przed nawet przypadkowym jej uszkodzeniem. Wracając jednak do meritum chciałbym podkreślić, że z zewnętrznym, wysokiej klasy phonostagem Denon jest w stanie zagrać praktycznie wszystko i zrobi to, co najmniej dobrze. Poprawie, w porównaniu do wbudowanych układów korekcyjnych, ulega dosłownie wszystko. Oprócz wspomnianego przed chwilą wyrównania liniowości reprodukowanego pasma nie sposób nie zauważyć lepszego wglądu w samą strukturę nagrań, co owocuje możliwością śledzenia poszczególnych partii instrumentów a nie li tylko delektowania się ich impresjonistycznymi, zawieszonymi w przestrzeni plamami. A jeśli chodzi o ewentualne oniryczne rozedrganie i eteryczność, to nie martwcie się – gdy tylko zamiast maniery samego urządzenia staje się ono środkiem artystycznego wyrazu, jak ma to miejsce m.in. na „Aventine” Agnes Obel, to jak najbardziej jest ono obecne i nad wyraz intensywne. Po blisko dwutygodniowych testach wygląda na to, że Denon DP-450USB jest całkiem ciekawą propozycją na coraz bardziej zatłoczonym rynku przystępnie wycenionych gramofonów. Nie dość bowiem, że wybija się na pozycję leadera pod względem jakości wykonania to i brzmieniowo nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jeśli dodamy do tego całkiem przydatny bonus w postaci możliwości praktycznie bezobsługowej digitalizacji naszej winylowej płytoteki i dbałość o jej stan poprzez automatyczne podnoszenie ramienia, to nie pozostaje mi nic innego, jak wystawić mu w pełni zasłużoną rekomendację. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Dr.Feickert Volare + SME M2 + DV KARAT 17DX – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Gold Note PH-10 & PSU-10 – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasiilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Horn Cena: 2 395 PLN Dane techniczne: - Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz; 20Hz-20kHz (z korektorem) - Współczynnik sygnał/szum: 65dB - Zniekształcenia dźwięku: 0,08% (WRMS) - Kołysanie dźwięku: 0.08% (WRMS) - Moc wyjściowa: 2.5mV/1kHz; 150mV/1kHz (z korektorem) - Wkładka MM z igłą CN-6518 - Prędkość: 33 1/3; 45; 78 - Wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy MM (z możliwością przełączania) - Tryb nagrywania na pamięć USB (MP3 192kbps); WAV 44.1kHz/16-bit) - Wyjścia analogowe: jedna para RCA - Wyjście cyfrowe: USB-A - Wymiary (S×W×G): 414×132×342 mm - Waga: 5,8 kg
  5. Fr@ntz

    Klub FURUTECHA

    Dukez - nie zapomniałem - Nanofluxa, mam na stałe wpiętego pod CD, ale to nieco inny pułap. Dziwi mnie natomiast porównanie Landryny do Acrolinka 9700 i szczególnie Harmonix X-DC350M2R, bo to msz zupełnie inna bajka (jest o wiele ciemniejszy, gęstszy i wysycony) .
  6. Fr@ntz

    Klub FURUTECHA

    Jak Ci się spodobały 48-ki to posłuchaj jeszcze 50-ek NCF ;-)
  7. Zobacz cały artykuł
  8. Po dość intensywnym romansie z najprzeróżniejszymi modelami słuchawek bezprzewodowych najwyższy czas wrócić do podstaw i zweryfikować empirycznie cóż tam piszczy może nie tyle w trawie, co w konstrukcjach opartych o fizyczny transfer impulsów elektrycznych ze źródła do ukrytych wewnątrz muszli przetworników. Zamiast jednak dość przewrotnie, jak to mam w zwyczaju, sięgać po jakąś egzotykę, jak to dawniej miało miejsce w przypadku np. rumuńskich Meze, bądź pchełek Chord&Major na testy udało mi się już jakiś czas temu (a dokładnie w połowie grudnia) pozyskać najnowszy model w ofercie japońskiego potentata wiadomego segmentu, czyli nader często goszczącej na naszych łamach Audio – Technici. Jeśli komuś w tym momencie zapala się ostrzegawcza lampka, gdyż nowe przecież powinno być oparte na transmisji bezprzewodowej, to od razu spieszę z wyjaśnieniem, iż o ile w przypadku dedykowanych szerokiemu spectrum odbiorców ceniących sobie przede wszystkim mobilność oraz najnowsze trendy rzeczywiście taka kategoryzacja ma miejsce, o tyle dla bardziej wymagających użytkowników wysokiej klasy DAP-ów i odsłuchów w desktopowych i stacjonarnych systemach, nadal klasyczne – fizyczne połączenie źródła ze słuchawkami daje najlepsze rezultaty. I tym oto sposobem dotarliśmy do sedna, czyli bohaterek niniejszego testu – nauszników Audio-Technica ATH-MSR7b, w których symbolu obecność litery „b” nie świadczy o wsparciu dla łączności Bluetooth, lecz o możliwości wykorzystania zalet połączenia zbalansowanego. Audio-Technici ATH-MSR7b są bowiem najnowszą i zarazem zbalansowaną inkarnacją ATH-MSR7. Na pierwszy rzut oka widać, że firmowy design pozostał praktycznie niezmienny a kuracja odmładzająca objawia się nie tylko 20% redukcją wagi - o 53 g (237 g vs 290 g ATH-MSR7) i przeprojektowaniu pałąka mającym na celu minimalizację siły nacisku, lecz również wzmocnieniami w newralgicznych miejscach, co powinno przełożyć się większą wytrzymałością zarówno przy aktywności outdoorowej, jak i wygodą podczas wielogodzinnych sesji. Na testy dotarła wersja czarna z delikatnymi, granatowymi akcentami, jednak jeśli ktoś szuka czegoś mniej oczywistego, to jest jeszcze dostępna nie mniej ciekawa opcja brązowo-czerwona. Pałąk nagłowny i wreszcie wokółuszne pady wypełniono miękką pianką z efektem pamięci i otulono miękką sztuczną skórą, a 45 mm membrany przetworników True Motion pokryto zwiększającą ich sztywność warstwą … diamentopodobną. Zgodnie z materiałami reklamowymi kolejny progres jakości brzmienia ma gwarantować zaimplementowanie opatentowanej technologii Dual-layer Air Control, czyli zastosowanie specjalnych „rezystorów akustycznych” - z siatką akustyczną ze stali nierdzewnej odpowiedzialny za odpowiedź impulsową wysokich tonów i basowy - czuwający nad kontrolą najniższych składowych.. Jednak główną zaletą ATH-MSR7b jest obecność, oprócz zaterminowanego standardowym 3,5mm mini-jackiem, drugiego -wyposażonego w 4,4 mm 5-biegunowy wtyk i złącza A2DC (Audio Designed Detachable Coaxial), zbalansowanego przewodu sygnałowego. W komplecie znajdziemy też neoprenowe etui ochronne, które po ułożeniu słuchawek na płask zapewnia im całkiem niezłą ochronę podczas trudów podróży. Jeśli zaś chodzi o brzmienie, to przesiadka z dopiero co recenzowanych ATH-SR30BT wykazała zarówno typowo rodzinne cechy wspólne, jak i obecne w każdej rodzinie różnice. Z cech wspólnych na pewno warto wspomnieć o przestrzenności i napowietrzeniu sceny, choć nie da się ukryć, że MSR7b idą w owej trójwymiarowości kreowanych spektakli zdecydowanie dalej. Są przy tym bez porównania bardziej wyrafinowane i liniowe, co o dziwo wcale nie stawia je w gronie faworytów przy pobieżnym, przypadkowym porównaniu z tańszym i bardziej efektownie grającym rodzeństwem. Bez wyraźnie zaznaczonych skrajów pasma nie złapią nas na przysłowiowy efekt „Wow”, lecz wystarczy sięgnąć po pełen orientalnych linii melodycznych i iście onirycznych plam dźwiękowych album „Assassin's Creed Origins” Sarah Schachner a różnica klas stanie się nad wyraz oczywista. 7–ki bowiem posiadają zdolność na tyle realistycznego oddania wieloplanowości nawet najbardziej skomplikowanych aranżacji, że mając je na uszach niespecjalnie korci, by szukać czegokolwiek innego. Czuć bowiem wszechogarniający spokój i pewność, że to co dobiega naszych uszu będzie takie jak należy i … takie też jest. Jeśli bowiem trzeba zarówno góra potrafi pokazać pazury, jak i dół zdrowo przyłożyć, jednak owe doznania zarezerwowane są jedynie dla sytuacji, gdy takowe ekstrema w reprodukowanym repertuarze występują. Weźmy na ten przykład mroczny, psychodeliczny i chropawy „Abyss” Chelsea Wolfe, który w zbyt łagodnym systemie wypada co najwyżej duszno, a z kolei w zbyt analitycznym odsłuch z reguły kończy się na drugim, góra trzecim utworze początkami migreny. Tymczasem tytułowym Audio-Technicom udało się zachować złoty umiar i zarówno zbytnio nie łagodzić, jak i nie przekraczać cienkiej czerwonej linii, za którą chropawy realizm ustępuje miejsca bolesnej ofensywności. Powyższa, jakże przydatna maniera, sprawdzała się również w zdecydowanie mniej przyjaznych uszom odbiorcy okolicznościach, czyli m.in. na klasyce thrashu, czyli „Rust In Peace” Megadeth. Kultowe riffy tną powietrze niczym rozżarzony do białości skalpel, Mustain drze się jak opętany a Nick Menza szleje jak w ataku epilepsji za perkusją, słowem istna orgia i czysta rozkosz dla miłośników metalu. Wystarczy tylko odpowiednio ustawić głośność a po takiej sesji przez pół dnia pisk w uszach można mieć jak po czerwcowym koncercie ww. formacji w ramach „Sonisphere Festival 2010" na warszawskim Bemowie. Szalenie cieszy fakt, iż Audio-Technica rozbudowując i odświeżając swoje portfolio pamięta zarówno o miłośnikach bezprzewodowych nowinek, jak i swoich osadzonych w nieco bardziej konwencjonalnych realiach odbiorcach zdolnych zgodzić się na „uwiązanie” do źródła, w zamian za możliwie najwyższej klasy walory brzmieniowe. I właśnie ATH-MSR7b jest przykładem na to, że nawet pozornie niewielkie, wydawać by się mogło li tylko kosmetyczne zmiany wprowadzają całkiem przyjaźnie dla naszych kiszeni wyceniony model na zaskakująco wysoką orbitę wyrafinowania. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini – Wzmacniacz słuchawkowy: Octave V 12 – Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; Meze 99 Neo; Denon AH-D9200; HiFi Man HE5SE – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference XLR – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 – Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 199 PLN Dane techniczne: Średnica przetworników: 45 mm Pasmo przenoszenia: 5-50,000 Hz Czułość: 101 dB/mW Impedancja: 36 Ω Waga: 237 g Przewody: odłączane 1.2 m (3.5 mm A2DC); odłączany 1.2 m (4,4 mm 5-biegunowy – A2DC)
  9. Fr@ntz

    Klub FURUTECHA

    DPS-4 nie ma najmniejszych oznak spowolnienia a przy swojej rozdzielczości wąskie gardło pojawia się raczej za nim aniżeli on miałby cokolwiek limitować. Najlepiej pożycz wygrzaną sztukę i przez kilka dni posłuchaj
  10. Fr@ntz

    Ayon Klub

    Jasne, przecież nie będziemy się spierali o 3 kPLN ;-)
  11. Fr@ntz

    Ayon Klub

    Najdelikatniej mówiąc nie jestem fanem brzmienia urządzeń Linna, więc nie będę się wypowiadał, za to porównując np. Luminy i Auralici każdorazowo transporty grały z CD-35 lepiej po cyfrze niż ich zintegrowane rodzeństwo po analogu. tak w okolicach 20-25 kPLN
  12. Fr@ntz

    Ayon Klub

    Najlepiej, tak jak napisał enzo z własnego transportu, w dalszej kolejności z USB i/lub po wejściach analogowych - warto zwrócić uwagę, że wrzuciłeś zdjęcie wersji Ayon CD-35 (Preamp + Signature), której obecnie używam (dokładnie tego egzemplarza ze zdjęcia ;-) ). Jeśli chodzi o wejścia cyfrowe, to USB góruje nad konwencjonalnymi ze względu na większy asortyment źródeł mogących właśnie po USB dostarczyć "gęsty" strumień. Nieśmiało dodam, że wbudowane pre jest na tyle dobre, że pomimo usilnych starań jeszcze nie udało mi się znaleźć żadnego sensownie wycenionego preampu zdolnego zagrać lepiej.
  13. Fr@ntz

    PSB Alpha P5

    Znacie jakieś „kolumnowe” marki z Kanady? Swojego czasu głośno było, głównie za sprawą aktywności dystrybutora, o Paradigmie, audiofilsko zorientowani odbiorcy chętnie sięgali po Totemy (szalenie popularne i na potęgę „klonowane” Mite’y, bądź zdecydowanie wyższych lotów One i Mani-2), a ostatnimi czasy również i słynący głównie z elektroniki Bryston zbiera wielce pochlebne opinie. Warto jednak wspomnieć o założonej w 1972 r. przez Paula Bartona firmie PSB, która w chwili obecnej, oprócz dwóch „domowych” serii (Alpha i Imagine), ma w swojej ofercie głośniki instalacyjne, subwoofery i … oczywiście słuchawki. Jakby tego było mało wraz z NAD Electronics i Bluesound, PSB należy do Lenbrook Group, więc jeśli chodzi o zaplecze tak finansowe, jak i technologiczne, to raczej sytuację marki można uznać za nad wyraz komfortową. Mając na uwadze, iż jest to swoisty debiut Kanadyjczyków na łamach audiostereo, dzięki dystrybutorowi - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design, na początek postanowiliśmy przyjrzeć się możliwie przystępnej propozycji i w naszej redakcji zagościły największe z serii Alpha podstawkowe monitory P5. PSB Alpha P5 dostarczane są we wspólnym, niewielkim kartonie. Całe szczęście styropianowe wytłoczki dobrze zabezpieczają 10 kg ładunek, więc jest spora szansa, że nawet zakupione w sklepie internetowym 5-ki dotrą pod nasze drzwi całe i zdrowe. Same kolumienki, szczególnie w czarnej – dostarczonej do testów, winylowej okleinie, prezentują się dość skromnie i minimalistycznie. Wersje w wykończeniu orzechowym wyglądają nieco lepiej, choć i tak wspólne dla obu wariantów czarne fronty i szczelnie zakrywające je cienkie blaszane (uwaga rodzice małoletnich szkrabów – to coś dla Was), montowane na magnesy maskownice, nadają im mało absorbującej wizualnie uniwersalności. Po zdjęciu maskownic naszym oczom ukazuje się odwrócony układ przetworników, w którym za średnicę i bas odpowiedzialny jest 133 mm polipropylenowy mid – woofer a za górę pasma umieszczony tuż pod nim 19 mm tweeter z anodyzowanego aluminium. Ściana tylna gości 49 mm wylot układu bas refleks, pojedyncze, niezbyt wygodne przy widełkach, terminale głośnikowe i otwory montażowe do uchwytów ściennych. Niezwykle miłą niespodzianką jest pieczołowitość z jaką producent podaje detale konstrukcyjne, co niezależnie od przedziału cenowego w obecnych czasach zakrawa niemalże na ekshibicjonizm a tak naprawdę pokazuje ile w danym projekcie ordynarnej ściemy a ile twardo stąpającej po ziemi sztuki inżynierskiej i grania z nabywcami w otwarte karty. W P5-kach ściemy nie ma jednak za grosz. Całość wykonano bowiem z MDF-u, ściana frontowa ma grubość 25,4 mm a pozostałe po 12 mm, co jednak biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary i wewnętrzne wzmocnienia nie powinno nawet w najmniejszym stopniu martwić. Nie znając przebiegu, czyli stopnia wygrzania, dostarczonej na testy pary P5-ek, przez kilka dni pozwoliłem im niezobowiązująco sobie pograć i dopiero, gdy nijakiej ewolucji, czy też rewolucji w ich brzmieniu nie zaobserwowałem przystąpiłem do krytycznych odsłuchów. Wyposażone w silikonowe nóżki kolumienki grały u mnie zarówno na ciężkiej komodzie z litego drewna, jak i na standach, co pozwoliło dość szybko ustalić, iż pomimo zlokalizowanych na ich plecach wylotów bas – refleks nie są jakoś specjalnie wybredne pod względem ustawienia względem dużych powierzchni (ściany tuż za nimi). Warto za to nieco popracować nad ich odpowiednim dogięciem i usytuowaniem tweeterów względem naszych uszu. Suma summarum w moim nieco ponad 21 metrowym pokoju PSB ustawiłem nieco ponad metr od tylnej ściany i lekko dogiąłem w kierunku słuchacza uzyskując tym samym zarówno wysoce satysfakcjonującą równowagę tonalną, jak i bardzo precyzyjne ogniskowanie źródeł pozornych na szerokiej scenie. Z premedytacja nie wspominam tutaj o jej głębokości, gdyż PSB w moim systemie miały tendencję do budowania jej nie za, a przed sobą. Dzięki temu soliści i główni wokaliści materializowali się blisko słuchacza a dalsze plany stopniowo „schodziły” ku linii kolumn nad wyraz sporadycznie zapuszczając się za ich tylne ścianki. Chociaż i takie przypadki się zdarzały, gdyż przykładowo wielowątkowy i iście baśniowy album „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, czy też podniosły „Misa Criolla / Navidad Nuestra” Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy bez najmniejszego problemu sięgały daleko poza wyznaczoną przez linię kolumn bazę. Zarówno góra pasma, jak i dół podane są z godną odnotowania odwagą i spontanicznością, lecz o ile tweeter idzie na tzw. żywioł i nie patyczkuje się z gorszej jakości nagraniami, jasno dając do zrozumienia, że nie ma najmniejszych tendencji do zbytniego słodzenia i lukrowania zapisanych w materiale źródłowym chropowatości, to już przetwornik nisko-średniotonowy potrafi co nieco „wyczarować”. Chodzi bowiem o całkiem przekonujący, a zatem udany, zabieg delikatnego podbicia przełomu średnicy i basu, przez co dźwięk wydaje się mocniej osadzony w niskich rejestrach a poza tym pozoruje bycie większym aniżeli jest w rzeczywistości. To takie „amerykańskie” – rockowe granie, sprawiające, że dzięki delikatnemu podkręceniu drajwu i motoryki nie sposób podczas odsłuchu spokojnie usiedzieć w miejscu. Aby tego doświadczyć nie trzeba wcale sięgać po cięższe klimaty w stylu „Greatest Hits Volume One: A Slight Case Of Overbombing” The Sisters Of Mercy, które przy odpowiednim poziomie głośności na kanadyjskich kolumienkach potrafią zabrzmieć iście epicko, lecz już na zdecydowanie spokojniejszych, akceptowalnych przez ogół bluesach („Signs” Tedeschi Trucks Band) jest przy czym poprzytupywać i świetnie się bawić. Niejako na deser zostawiłem najtrudniejszy a zarazem najmniej oczywisty, jak na ten pułap cenowy repertuar, czyli klasykę i to klasykę we współczesnym wydaniu – „Fazil Say: 1001 Nights in the Harem, Grand Bazar, China Rhapsody” Iskandara Widjaji z towarzyszeniem ORF Vienna Radio Symphony Orchestra. Orientalne linie melodyczne zostały tu poddane dość zaawansowanej dekonstrukcji i podane w autorskiej interpretacji urodzonego w 1970 roku w Ankarze kompozytora i pianisty. Nie ukrywam, iż nie jest to ani materiał łatwy, ani tym bardziej niewymagający pewnego, jeśli nie pełnego skupienia, gdyż słuchany mimochodem i niejako przy okazji co najwyżej może irytować. Jeśli jednak usiądziemy i zaczniemy nie tylko słyszeć, ale i słuchać, tego, co PMC chcą nam przekazać, to bardzo szybko powinno się okazać, że nawet z tak przystępnych cenowo monitorów można wycisnąć wielce wyrafinowane brzmienie z właściwym symfonice rozmachem, oddechem i swobodą bliższą konstrukcjom podłogowym aniżeli niewielkim podstawkowcom. Może na sklepowej półce, wśród dziesiątek podobnych im modeli, PSB Alpha P5 nie ściągną naszego spojrzenia jakimś wybijającym się ponad konkurencję niuansem wzorniczym, jednak jeśli damy im szansę i poprosimy o podłączenie, to niespodzianka powinna być nad wyraz pozytywna. W dodatku świadomość obecności marki w Lenbrook Group jest dość oczywistą podpowiedzią, z czym kanadyjskie kolumienki warto zestawiać. Nie da się bowiem ukryć, że dynamiczne i odważnie grające monitory świetnie powinny „dogadać” się z muzykalną elektronika NAD-a, lub wszystkomającymi stacjami Bluesound Powernode 2. Ze swojej strony niemalże w ciemno polecę eksperymenty z hybrydowymi konstrukcjami Peachtree Audio a mając na uwadze, iż wszystkie ww. marki znajdują się pod opieka jednego dystrybutora, to nawet pobieżny – salonowy odsłuch powinien dać odpowiedź na większość nurtujących Was pytań i wątpliwości. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference XLR – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 – Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 498 PLN Dane techniczne: Konstrukcja: 2-drożna, Bass-reflex Rekomendowana moc wzmacniacza / Nominalna moc wejściowa: 10 - 90 W Przetwornik niskotonowy / nisko/średniotonowy: 133 mm (polipropylenowy) Przetwornik wysokotonowy: 19 mm (anodyzowane aluminium) Pasmo przenoszenia: 55-21,000 Hz Skuteczność: 87dB Impedancja: 8 Ω (nominalna), 4 Ω (minimalna) Częstotliwość podziału: 2,500 Hz Wymiary (S x W x G): 170 x 290 x 240 mm Waga: 4,6 kg (szt.) Wersje wykończenia: Czarny, Orzech
  14. Fr@ntz

    PSB Alpha P5

    Zobacz cały artykuł
  15. Fr@ntz

    Klub FURUTECHA

    DPS-4 na 50-kach NCF - chyba najbardziej rozdzielczy przewód zasilający Furutecha. To zupełnie inny poziom niż nomen omen również świetny FP-3TS20
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.