Jump to content

Fr@ntz

Redaktorzy
  • Content Count

    7587
  • Joined

  • Last visited

 Content Type 

Profiles

Forums

Calendar

Blogs

Magazyn Audio Stereo - artykuły, recenzje, testy

Sklepy

Opinie

Producenci

Modele

Wytwórnie

Wykonawcy

Płyty

Opinie o płytach

Typ sprzętu

Ogłoszenia (sprzęt i płyty)

Ogłoszenia płyty (archiwum)

Lista kont (branża)

FAQ

Everything posted by Fr@ntz

  1. Niby nie sprzed ćwierci wieku a zaledwie ośmiu lat, ale laurka toto nie jest - rodzimy Mach , w dodatku w towarzystwie Ariesów 16Hz. 😉 Również poprosiłem i ... voilà - cytując klasyka "słowo ciałem się stało" . Mniej "strat moralnych" przynosi piśmiennictwo moderatora, aniżeli moderacja prowadzona przez redakcję 😉
  2. Nieśmiało zgłoszę wniosek formalny dotyczący pełnionej przez Ciebie funkcji, której najwidoczniej się wstydzisz, choć nie omieszkałeś o niej wspomnieć. Skoro jesteś modem zgłoś się proszę do admina o stosowne oflagowanie, gdyż redakcja to nie to samo co moderacja i warto postawić pomiędzy tymi funkcjami jasny i wyraźny podział.
  3. Mała i zdecydowanie pozytywna errata - oficjalna cena platform do Contourów 30 to ok. 5 000 PLN za kpl. a do 60-ek 6 000 PLN.
  4. Spróbuj zamówić kilka kpl. z zachowaniem powtarzalności wymiarów i jakości, a potem podziel się informacjami jakie ceny usłyszałeś 😉
  5. Niestety masz prawie rację, bo te platformy to tak naprawdę Acoustic Revive RST-38H, tylko o zdecydowanie bardziej skomplikowanym kształcie (czyli znacznie więcej pracy przy ich wykonaniu) + 8 szt czernionych SPU-8, co w sumie daje cenę ... ok.5 kPLN/szt.
  6. Dystrybutor Dynaudio oferuje takie platformy dedykowane konkretnym modelom. To nie monolit - to dokładnie to samo co Acoustic Revive RST-38H (zasypywane są oryginalnymi kryształkami kwarcu od Acoustic Revive) tylko pod wymiar. Mam je od roku i nie szukam (na razie) niczego nowego Zmiana jest porównywalna do zmiany kabli głośnikowych 😉
  7. Mały bożonarodzeniowy tuning tytułowych 30-ek:
  8. Zobacz cały artykuł
  9. Tym razem, choć poruszać będziemy się w wybitnie winylowych obszarach, to tak naprawdę skupimy się nad zagadnieniem nie tyle z samym słuchaniem czarnych krążków związanym, co tak naprawdę ów odsłuch poprzedzającym. Nie, nie chodzi w tym momencie o sam akt zakupu, czy też poradnik gdzie wyszukiwać first – pressy, białe kruki i upstrzone unikalnymi autografami limitacje, lecz zdecydowanie bardziej prozaiczną czynność a raczej zespół dobrych nawyków. Krótko mówiąc skupimy się na szeroko pojętej higienie obcowania z domeną analogową. Jeśli bowiem przed posiłkiem wypadłoby umyć ręce, tak przed odsłuchem, będącym jakby nie patrzeć muzyczną ucztą, tak samo warto potraktować nośnik owych muzycznych uniesień i mówiąc wprost umyć mające wylądować na talerzu gramofonu płyty. Zamiast jednak odbębniać swoiste „przedszkole” i mozolnie kręcić korbką rozmazując brud w wyrobie „knostopodobnym”, dzięki uprzejmości Sieci Salonów Top HiFi & Video Design mamy możliwość sprawdzenia w praktyce skuteczność działania zdecydowanie wyższych lotów maszynerii – myjki ClearAudio Smart Matrix Silent. Dzisiejsza bohaterka stanowi środek oferty ClearAudio - poniżej znajduje się podstawowa Smart Matrix Professional a powyżej wszystkomająca, dwustronna Double matrix professional SONIC. Mamy zatem do czynienia z wielce rozsądnym kompromisem pomiędzy symboliczną bezobsługowością a jeszcze akceptowalną cenę. Jednak zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny rzut oka, i co najważniejsze również przy kontakcie natury organoleptycznej Smart Matrix Silent jawi się jako wyrób tyleż high-endowy, co wręcz pancerny. Masywny, aluminiowy korpus, równie solidny talerz i z powodzeniem mogące stanowić klamkę w głównym skarbcu NBP czyszcząco-ssące ramię sprawiają wielce pozytywne wrażenie. Front monolitycznego korpusu zdobi jedynie znacznych rozmiarów ozdobny szyld z logotypem producenta i nazwą modelu. Ścianę tylną utrzymano w równie minimalistycznym tonie gdyż znajdziemy na niej jedynie zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, kratki wylotów powietrza i zakończony miękkim wężykiem odpływ zużytego płynu. Z oczywistych, czysto użytkowych względów najwięcej dzieje się na płaszczyźnie górnej. To właśnie tu mamy centralnie umieszczony, pokryty miękką, gumopodobną matą talerz z zabezpieczającym label płyty dociskiem, zintegrowane z dozownikiem płynu ssąco-czyszczące ramię, trzy przyciski funkcyjne (obroty, dozownik płynu, ssanie) i wlew płynu. Na samym ramieniu warto zwrócić uwagę na niewielki suwak, z pomocą którego ustawiamy typ/rozmiar czyszczonej płyty. I przy okazji – przy użyciu ClearAudio Smart Matrix Silent i dedykowanego płynu z powodzeniem można doprowadzić do stanu używalności również wiekowe szelaki. Sama metodologia mycia jest tyleż nieskomplikowana, co intuicyjna. Na początku należy wlać do ww. komory max. 0,5l firmowej mikstury czyszczącej – rekomendowany jest Pure Groove w gotowej do użycia wersji lub w formie koncentratu, który w domowych warunkach wystarczy rozcieńczyć zgodną z instrukcją ilością etanolu. Następnie ustawiamy ramię w pozycji spoczynkowej (lekko uniesione i przesunięte poza obrys talerza), kładziemy płytę na talerz, dociskamy „clampem” i dokręcamy. Teraz wystarczy ustawić ramię nad płytą i opuścić, co spowoduje automatyczną aplikację płynu. Potem wystarczy kilka obrotów w obie strony, w razie potrzeby wspomagane dodatkową porcją płynu. Ostatnim krokiem jest odessanie płynu. I tutaj mała dygresja, bowiem o ile przynajmniej do tej pory praca myjki była w pełni zgodna z deklarowaną przez producenta cichością, o tyle aktywacja „odkurzacza” jasno daje nam do zrozumienia, że praw fizyki nie da się oszukać i 500W silnik odpowiedzialny za odessanie uprzednio wypłukanych zabrudzeń i samego płynu przez niewielkie, znajdujące się w ramieniu dysze jest na tyle słyszalna, że po zaśnięciu domowników lepiej za mycie się nie zabierać. Niemniej jednak wszystko jest na tyle proste, że śmiem twierdzić, iż nawet zupełnie nieobeznany z techniką winylowy akolita powinien sobie z powyższą procedurą poradzić. Na koniec wspomnę jeszcze o jednym drobiazgu. Otóż po umyciu rozsądnym jest zafundowanie płytom nowych, antystatycznych kopert, gdyż wkładanie czystych krążków do pełnych kurzu, mikro ścinków i innego brudu starych kopert/folii wydaje się dość kuriozalnym pomysłem. Oczywiście nasuwa się pytanie po co tyle zachodu, skoro większość miłośników analogu sprawę czystości płyt zamyka nabyciem podstawowej szczoteczki a zakup czyścika do igły DS Audio ST-50 uważa za zbędną rozrzutność. Cóż, niby po powrocie do domu, czy też przed posiłkiem do mycia rąk nikt nikogo siłą nie zmusza, aczkolwiek zdrowy rozsądek, dobre maniery i podstawowe zasady higieny skłaniają nas do takich a nie innych zachowań. Podobnie jest z winylami. Niby można słuchać brudnych, zakurzonych i opalcowanych płyt, jednak nie każdy oprócz zapisanych w rowkach informacji ma ochotę na dodatkowe atrakcje w postaci pasożytniczych artefaktów jak popularne „smażenie”, trzaski i irytujące pyknięca, czy wręcz strzały. Dlatego też wbrew obiegowym i stereotypowym opiniom o szumiąco-trzeszczących winylach warto, jeśli nie przed każdym odsłuchem, to przynajmniej od czasu do czasu naszym ulubionym „plackom” zafundować kilkuminutowe spa. Efekt? Cóż, zbytnio nie przesadzając i nie koloryzując kąpiel w miksturze pure groove i masaż z użyciem ramienia Smart Matrix Silent sprawia, że muzyka zapisana na winylach nie tyle zyskuje drugie życie, co drugą młodość. Szum „przesuwu” ulega bowiem minimalizacji, mikro trzaski do których dążyliśmy się przyzwyczaić odchodzą w niepamięć i w pierwszej chwili możemy poczuć się jakbyśmy dopiero co dany krążek przynieśli ze sklepu. Oczywiście to pewne uproszczenie, gdyż każde odtworzenie nieco degraduje zarówno sam nośnik, jak i wędrujący po nim czytnik – igłę, w jaką uzbrojona jest wkładka, ale fakt pozostaje faktem – po umyciu słyszymy nie dość, ze więcej, co po postu lepiej. Największy progres dotyczy najwyższych składowych, gdzie do głosu dochodzą niuanse, które do tej pory zdążyły pokryć się lekką patyną oraz, co wydaje się całkiem logiczne, najstarszych egzemplarzy. W moim przypadku były to pierwsze wydania „Dziwny Jest Ten Świat...” (1967, Mono) Niemen & Akwarele, „Korowód” (1971, Mono) Marek Grechuta & Anawa, czy „Za ostatni grosz” (1982) Budki Suflera, z których tytułowa myjka zdjęła zaskakującą warstwę nagromadzonego przez dziesięciolecia „błocka”. Doskonale zdaję sobie sprawę, że mając przysłowiowe trzy płyty, bądź dość skromną kolekcję winyli, zakup ClearAudio Smart Matrix Silent będzie niezwykle trudno racjonalnie od strony ekonomicznej wytłumaczyć. Mając bowiem możliwość skorzystania z usług mycia LP świadczonych przez część salonów audio wystarczy raz na jakiś czas zrobić sobie tam wycieczkę. Posiadając jednak płytotekę liczącą kilkaset, bądź kilka tysięcy pozycji posiadanie takowego ustrojstwa wydaje się nie tyle ekstrawagancją, co wręcz koniecznością i przejawem troski nie tylko o własne płyty co posiadaną wkładkę. Dlatego też jeśli tylko Wasza kolekcja rozrasta się w iście zastraszającym tempie w przyszłych panach budżetowych uwzględnijcie ww. myjkę, gdyż jej zakup po prostu się opłaci procentując nie tylko walorami brzmieniowymi odsłuchiwanych płyt, co żywotnością wkładki. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 6 699 PLN Dane techniczne Max. Pobór mocy: 300 W Wymiary (S x W x G): 345 x 345 x 235 mm Waga: 10.6 kg
  10. Wyobraźcie sobie czysto hipotetyczną sytuację. Otóż załóżmy, że istnieje całkiem spora część populacji homo sapiens, której do pełni sonicznego szczęścia wystarcza możliwie nowy, znaczy się duży, odbiornik TV i równie aktualny pod względem technologicznym … smartfon. Doskonale zdaję sobie sprawę, że z naszego – audiofilskiego punktu widzenia jest to wprost niewyobrażalne, ale … takowi ludkowie niestety są. Całe szczęście nawet wśród nich zdarzają się nieco bardziej świadome jednostki, którym cykanie zaimplementowanych w wiszącym na ścianie TV głośniczków niespecjalnie pasuje. I właśnie oni stanowią „target” bohatera dzisiejszego testu, w którym znęcać się będziemy nad soundbarem Studio Slim dystrybuowanej przez Horna amerykańskiej, mającej swoją siedzibę w słonecznej Kalifornii marki Definitive Technology. W przeciwieństwie do ostatnio testowanego rasowego 5.1 zestawu Polk MagniFi MAX SR, czy 2.1 Yamahy YAS-109 a podobnie do Polk Signa S1 Definitive Technology Studio Slim należy do rozwiązań reprezentujących kompaktowe systemy 3.1. Mamy zatem jednostkę centralną – soundbar odpowiedzialną za reprodukcję kanału centralnego i frontów, oraz bezprzewodowe wsparcie najniższych częstotliwości w postaci dedykowanego subwoofera. Uczciwie trzeba jednak przyznać, iż na tle ww. konkurencji amerykański duet, przynajmniej pod względem tak postrzeganej, jak i materiałowej wartości, prezentuje się co najmniej atrakcyjnie. Oczywiście warto wziąć pod uwagę jego cenę, jednak patrząc na kuszący ze szczotkowanym aluminium korpus soundbara, bądź solidną bryłę subwoofera to … po prostu widać na co poszła część środków płatniczych, o które zostaniemy poproszeni przy kasie. Jeśli dodamy do tego łapiącą za oko, daleką od mdłych obłości, lekko agresywną kanciastość jednostki głównej, oraz gabaryty obu modułów jasnym staje się, że Amerykanie dość wyraźnie dają do zrozumienia, że celują w zdecydowanie wyższą, aniżeli hipermarketowa masówka półkę. Przechodząc do szczegółów sam soundbar wykonany został z najwyższa starannością a organoleptyczny kontakt z nim jedynie potwierdza pierwsze, nader pozytywne wrażenia. Przyozdobiony poprawiającym sztywność aluminiowym płatem korpus ma zaskakująco niewielką wysokość, w związku z czym minimalistyczny panel sterowania umieszczono właśnie na płaszczyźnie górnej a nie froncie. Owo centrum komunikacji obejmuje zaledwie pięć niewielkich przycisków odpowiedzialnych za włączenie / uśpienie systemu, wybór źródła, aktywację komunikacji Bluetooth i regulację głośności. Szybki rzut oka na ścianę tylną może wprawić zainteresowanych w lekką konsternację. Okazuje się bowiem, iż wbrew swojej ekskluzywności Studio Slim oferuje jedynie pojedynczy port (HDMI), wejście Toslink i … to by było na tyle. Na otarcie łez dodano wejście i repeater dla zewnętrznych czujników IR. Widok portu USB początkowo daje cień szansy na większą funkcjonalność, lecz wgląd w instrukcję definitywnie rozwiewa wątpliwości – jego rola jest czysto serwisowa. Krótko mówiąc pod tytułowy soundbar można podpiąć jedynie odbiornik TV i jakieś bliżej niezdefiniowane cyfrowe źródło dźwięku. Prawda jest bowiem taka, że Definitive Technology zamiast zgodnie z obowiązującymi standardami pełnić rolę swoistego koncentratora wszelakiej maści źródeł tak wizji, jak i fonii ogranicza swoje jestestwo li tylko do … telewizyjnej przystawki cedując na odbiornik TV konieczność przyjęcia dodatkowego okablowania. Dobrze, że chociaż HDMI dysponuje funkcjonalnością ARC, dzięki której możemy wykorzystać pilota telewizora do sterowania podstawowymi funkcjami urządzenia, takimi jak zwiększanie i zmniejszanie głośności. A właśnie, w komplecie jest oczywiście niewielki i poręczny pilot z którego pomocą wybierzemy jeden z trzech predefiniowanych profili dźwięku (filmowy, muzyczny, nocny), intensywność ścieżek dialogowych, oraz basu i oczywiście źródło. Żeby jednak nie było zbyt różowo do wyboru mamy jedynie wybór pomiędzy TV i optykiem, czyli dziwnym zbiegiem okoliczności komuś „zapomniało się” o Bluetooth. Uczciwie trzeba przyznać, że sytuację nieco ratuje Chromecast pozwalający na włączenie Slima w domowy system bezprzewodowego audio obsługiwany z poziomu aplikacji Google Home. Skoro mamy do czynienia z systemem wielokanałowym na pokładzie nie mogło zabraknąć również stosownych dekoderów Dolby Digital, DTS, LPCM. Zaglądając nieco głębiej, czyli pod opinającą front maskownicę, znajdziemy tam aż siedem przetworników – cztery owalne średniotonowce i trzy calowe aluminiowe kopułki wysokotonowe zasilane dedykowanymi, D-klasowymi modułami o łącznej mocy 70W. Prostopadłościenny, solidnej postury subwoofer wyposażono natomiast w 8”, wspomagany układem basrefleks, przetwornik niskotonowy. W celu zapewnienia dobrej izolacji od podłoża ustawiono go na czterech nóżkach wykonanych z twardej gumy. Z racji bezprzewodowej komunikacji z jednostką centralną interfejsy ograniczono do gniazda zasilającego, przycisku inicjującego parowanie z soundbarem i diody informującej o nawiązaniu takiegoż połączenia. Skoro uporaliśmy się z zagadnieniami natury wizualnej i technicznej najwyższa pora przyjrzeć się, a raczej przysłuchać, cóż też Definitive Technology Studio Slim potrafi pod względem walorów sonicznych. Chyba nie muszę w tym momencie nadmieniać, że konfiguracja i implementacja tytułowego systemu ograniczyła się do podłączenia obu modułów do prądu i spięcia soundbara z TV, co zajęło jakieś 2 minuty i to licząc usadawianie się na kanapie. Krótko mówiąc producent zadbał o to, by nie dało się czegokolwiek zrobić źle. No dobrze, najwyższy czas na konkrety, czyli to, jak Slim gra, a gra … co najmniej dobrze, o ile tylko nie będziemy oczekiwali od niego więcej aniżeli tego, do czego został stworzony. Warto bowiem mieć świadomość, iż nie zastąpi on nie tylko konwencjonalnego systemu wielokanałowego, co nawet wymienionego wcześniej Polka MagniFi MAX SR. Powód jest bowiem dość prozaiczny, otóż generowane przez niego efekty przestrzenne ograniczają się głownie do sceny kreowanej przed słuchaczem i skupiają się raczej na poprawie komunikacji ścieżki dialogowej i dbaniu o odpowiedni fundament basowy, aniżeli troski o latające za naszymi plecami helikoptery („Helikopter w ogniu”, „Epidemia”). O dziwo dość szybko można przyzwyczaić się do takiej estetyki i docenić ewidentny progres w stosunku do telewizyjnych „cykadełek”, bowiem całość zyskuje nie tylko na realizmie i naturalności, co przede wszystkim na skali i rozmachu. Miłą niespodzianką jest kultura pracy subwoofera, który zamiast jednostajnie dudnić odzywał się i kończył swoje pomrukiwania dokładnie wtedy, gdy wymagał tego reprodukowany materiał. Powyższe uwagi dotyczą oczywiście trybu „filmowego”, gdyż przesiadka na profil „nocny” dość drastycznie ogranicza reprodukcję najniższych składowych i naprawdę trzeba się postarać, by bas się odezwał. Sprawy przybierają za to zdecydowanie niespodziewany obrót, gdy na pilocie wybierze się tryb „muzyczny” a tytułowy system bezprzewodowo uraczymy zdigitalizowaną strawą np. z Tidala. Począwszy od brutalnej i garażowo szorstkiej „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy, poprzez pulsujący potężnym basem „Shock Value” Timbalanda, po eteryczny i intymny „Quelqu'un M'a Dit” Carli Bruni wszystko trafiło na właściwe sobie miejsca. Wokaliści materializowali się przed resztą składu, pojawiła się gradacja planów a i wymiary sceny nie pozostawiały niedosytu. Co istotne subwoofer nader zgrabnie uzupełniał odpowiedzialny za nasyconą średnicę i dalekie od agresji wysokie tony soundbar. Nie próbował dominować, czy też pokazywać, kto tu rządzi i to bez konieczności korygowania jego poczynań z poziomu pilota. Nie da się ukryć, że Definitive Technology Studio Slim nie tylko wymyka się standardowym oczekiwaniom kinomaniaków, co wybrał własną – alternatywną do obowiązujących narrację dotyczącą zagadnienia domowej, wielokanałowej rozrywki. Zamiast integrować obecne w większości domostw cyfrowe źródła fonii i wizji stara się je poniekąd wyeliminować, bądź to poprzez własną obecność, bądź poprzez cedowanie ich funkcji na odbiornik TV. Z tego też powodu raczej trudno będzie znaleźć mu miejsce w rozbudowanych systemach AV, za to wszyscy Ci, którym do pełni szczęścia wystarczy telewizor i smartfon z dostępem do internetu powinni bacznie mu się przyjrzeć. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 4 999 PLN Dane techniczne Zastosowane przetworniki Soundbar: 4 szt. 2,54x7,62 cm średniotonowe; 3 szt. 1” (2,54 cm) aluminiowe wysokotonowe Subwoofer bezprzewodowy: 8" (20.32) cm Moc Soundbar: 70W Subwoofer bezprzewodowy: 100 W (50W RMS) Łączność bezprzewodowa: Bluetooth, WiFi (802.11B/G/N) Wejścia: HDMI ARC, Toslink Dekodery: Dolby Digital, DTS, LPCM Wymiary Soundbar (WxSxG): 4.6 x 110.21 x 8.26 cm Subwoofer bezprzewodowy (WxSxG): 35.51 x 31.8 x 31.8 cm
  11. Fr@ntz

    TEAC TN-4D

    Zobacz cały artykuł
  12. Fr@ntz

    TEAC TN-4D

    Po kilku (nastu?) spotkaniach z modelami o napędzie paskowym najwidoczniej nastała „moda” na konstrukcje z obrotami przenoszonymi bezpośrednio, gdyż tuż po opisywanej przez nas w październiku, inspirowanej DJ-skimi klasykami Technicsa, Pioneera, czy też Reelopa, japońskiej Audio Technice AT-LP120XUSB do naszej redakcji trafił kolejny direct-drive. Jednak żeby było ciekawiej wcale niepochodzący od któregoś z ww. potentatów właśnie z takimi rozwiązaniami kojarzonymi, lecz od TEAC-a. Tak, tak, tego samego TEAC-a, który jakiś czas temu przebojem wkroczył na rynek analogowy wielce urodziwym, butikowym wręcz TN-300. Jeśli zastanawiacie się co przez ostatnie dwa i pół roku zmieniło się w podejściu pracujących w tokijskiej siedzibie marki inżynierów do odtwarzania winylowych krążków nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić na spotkanie z gramofonem o wszystko mówiącej nazwie TN-4D. Jak sami widzicie TEAC TN-4D nie tylko na pierwszy rzut oka, ale i przy bardziej wnikliwym, organoleptycznym kontakcie, prezentuje się nie dość, że na wskroś klasycznie, co wprost wybornie. Oprócz dostarczonej przez dystrybutora marki - Sieci Salonów Top HiFi &Video Design, fortepianowej czerni można wybrać również zdecydowanie mniej podatną na zbieranie materiału daktyloskopowego okleinę orzechową. Plintę wykonano z MDF-u i osadzono w niej zaskakująco płaski bezszczotkowy silnik prądu stałego, na którego wrzecionie bezpośrednio osadzamy aluminiowy talerz z filcową matą. Prawą stronę plinty zajmuje elegancki płat szczotkowanego aluminium ze zintegrowanym z selektorem obrotów włącznikiem głównym. Miłą niespodzianką jest wyposażenie tego bądź co bądź niezaprzeczalnie budżetowego gramofonu nie w którąś z podstawowych wkładek Audio Technici, jak to ma w zwyczaju konkurencja, lecz zdecydowanie wyższej klasy cartridge SUMIKO Oyster MM. Podobnie sprawa ma się z ramieniem (S-ka), które powstało przy współpracy ze specjalistą w tej dziedzinie - SAEC Corporation. W komplecie znajduje się oczywiście firmowa akrylowa pokrywa i standardowe okablowanie, którego spokojnie możemy nawet nie rozpakowywać, a całość usadowiono na budzących zaufanie czterech aluminiowych nóżkach. W ścianie tylnej wygospodarowano niewielki wykusz, w którym umieszczono parę analogowych wyjść RCA z zaciskiem uziemienia, suwakowy przełącznik aktywujący wbudowany phonostage, coraz bardziej popularny port USB do digitalizacji posiadanej płytoteki (PCM 48 kHz / 16 bit), gniazdo zasilania i włącznik główny. Zagłębiając się w ukryte przed wzrokiem ciekawskich trzewia wypada jeszcze wspomnieć, iż w stopniu wyjściowym wbudowanego przedwzmacniacza pracuje wysokiej klasy op-amp (wzmacniacz operacyjny) NJM8080 New Japan Radio Corporation. Jak się z pewnością domyślacie wypakowanie, sam montaż i konfiguracja gramofonu nie zajmują zbyt wiele czasu. Ot co najwyżej kwadrans z przerwą na małe espresso i chwilę na wypoziomowanie plinty. Nieco dłużej trwa niestety proces wygrzewania samej wkładki gdyż jak to w analogu bywa, wyjęty prosto z kartonu przetwornik musi kilkadziesiąt godzin przepracować, by można było mówić o osiągnięciu przez niego pełni swoich możliwości. Całe szczęście z testami tytułowego gramofonu zbiegły się okresowe, znaczy się przedświąteczne, działania porządkowe, czyli wielkie mycie posiadanej płytoteki, więc co i rusz na jego talerzu lądował jakiś lśniący krążek. Co ciekawe, już podczas procesu akomodacyjnego nawet wiekowym, trzymanym czasem głównie z sentymentu krążkom węgierskiej Omegi (praktycznie pełna dyskografia), Budki Suflera („Za ostatni grosz” - 1982), czy nawet Zdzisławy Sośnickiej („Serce”-1989) i monofonicznej wersji „Dziwny jest ten Świat” (1967) Niemena nie brakowało jakże oczekiwanego wypełnienia średnicy, ale i czytelności przekazu. W tym momencie warto wspomnieć o znaczącej w stosunku do wyznającego głównie zasadę „primum non nocere” TN-300 ewolucji, który preferował umiar nawet nie próbując porywać się na jakiekolwiek przejawy audiofilskiego wyrafinowania. Tymczasem TN-4D już takich skrupułów nie ma i bez najmniejszej tremy pokazuje, że potrafi zaskoczyć. W dodatku zupełnie nie przeszkadzają mu cięższe brzmienia, więc jeśli lubicie od czasu do czasy zdrowo połomotać, to pragnę poinformować, że nawet „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy , czy „Distance Over Time” Dream Theater nie robią na nim większego wrażenia. Czego nie można powiedzieć o słuchaczach, którzy bardzo często nie potrafili ukryć jednoznacznie pozytywnego zaskoczenia, że tak niepozornego malucha cechuje taka spontaniczność i chęć do grania. Górze nie brakowało blasku i selektywności, przy czym zamiast rozmarzonego zaokrąglenia uzbrojony w „Ostrygę” TEAC szedł raczej w kierunku bezpośredniości, czy wręcz lekkiego utwardzenia. Dzięki temu gitarowe riffy bezlitośnie cięły powietrze dając świetny wgląd w strukturę nagrania a blachom nie brakowało otwartości i rozświetlenia. Próżno też doszukiwać się podkreślonych sybilantów, czy zbytniej analityczności, gdyż cienka czerwona linia wyznaczająca granice pomiędzy komunikatywnością a bezsensownym epatowaniem wyrwanymi z kontekstu detalami nie została przekroczona. Podobnie było z dołem, któremu nie sposób było zarzucić odchudzenie, czy anorektyczność, gdyż stawiał raczej na timing i motorykę, niespecjalnie puszczając zalotnie oko ku krągłości, czy pluszowej misiowatości. O odpowiednim dociążeniu i prawidłowej równowadze tonalnej wspominam nie bez kozery, gdyż odsłuch „You Want It Darker” Leonarda Cohena z pewnością dał by mi o tym znać. Tymczasem głos nieodżałowanego kanadyjskiego barda miał nie tylko swoją charakterystyczną chrypkę, ale niski, lekko gulgoczący pomruk. Na nieco bardziej zawiłych liniach melodycznych serwowanych na „Sketches Of Spain” Milesa Davisa nad wyraz sugestywnie zostały wyodrębnione na tle delikatnych orkiestracji instrumenty pierwszoplanowe a scena dźwiękowa miała wysoce satysfakcjonujący rozmiar, przy czym bez najmniejszych problemów można było w jej przypadku mówić o wieloplanowości. Wydawać by się mogło, że w segmencie budżetowych gramofonów Hi-Fi (litościwie pominę plastikową, oferowaną w dyskontach spożywczych, masówkę) niewiele się zmienia. Ot powielanie sprawdzonych - możliwie łatwych w aplikacji rozwiązań, niezbyt wyrafinowanych opcji wykończenia i nieskomplikowanych ramion uzbrojonych w najtańsze wkładki. Tymczasem okazuje się, że zamiast godzić się na daleko idące kompromisy, warto na rynek źródeł analogowych spojrzeć nieco szerzej i dzięki temu mieć możliwość poznania takich konstrukcji, jak tytułowy TEAC TN-4D. Nie da się bowiem ukryć, iż przy wzorowej wręcz ergonomii tak podczas montażu, jak i codziennego użytkowania oferuje on niezwykle wyrafinowane a przy tym rozdzielcze i dynamiczne brzmienie sprawiające, że różnicowanie jakości samych nagrań, czy też tłoczeń przestaje być enigmatyczną abstrakcją a staje się w pełni namacalnym faktem. Jeśli zatem mniej, bądź bardziej intensywnie rozglądacie się za nowym, rozsądnie wycenionym a przy tym trzymającym się wzorniczych kanonów gramofonem, to za ciężki grzech zaniedbania uznać wypadałoby pominięcie na liście do przesłuchania bohatera niniejszej recenzji. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+ – Stolik: Rogoz Audio 4SM Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi &Video Design Cena: 2 777 PLN Dane techniczne Ramię Typ ramienia: Kształt S Długość efektywna: 223 mm Siła docisku: 0-5 g Zalecana masa wkładki: 4-13 g (14 – 23g z headhellem) Wkładka Typ: SUMIKO Oyster MM Poziom wyjściowy: 4.0 mV (1kHz) Waga: 5,3 g Stosunek sygnał/szum: >67 dB(średnio-ważony, 20 kHz) Prędkość obrotowa: 33⅓, 45 Wow&Flutters: 0.1% Wyjścia: para RCA, USB (PCM 48kHz / 16bit) Pobór mocy: 2 W (max), <0.5 W (standby) Dostępna kolorystyka: Piano black, okleina orzech Wymiary (S x W x G): 420 x 117 x 356 mm Waga: 6.1 kg
  13. Jakby się tak na spokojnie zastanowić, to żyjemy w czasach, gdy doszliśmy do momentu, w którym niedopowiedzenia a czasem wręcz ewidentne ułomności przyjmują status swoistych unikalności, wyjątkowości a tym samym mniej, bądź bardziej umiejętnie budowane są wokół nich potrzeby odbiorców. Weźmy na ten przykład segment telefonów komórkowych. Pamiętacie czasy, gdy „komórkę” wybierało się głównie pod kątem żywotności baterii? Kilka dni, tydzień bez ładowania? Proszę bardzo – modeli spełniających powyższe kryterium było praktycznie pod kolor oczu. A obecnie? Większość użytkowników popada w ekscytację, gdy ich wypasiony smartfon wytrzyma dobę, przez co widok „przyklejonych” na lotniskach, w centrach handlowych, czy ostatnio nawet w środkach komunikacji miejskiej do gniazdek nieszczęśników już nikogo nie dziwi. Jeśli zaś chodzi o audio, to słowem - kluczem jest bezprzewodowość. Znaczy się pozorna wolność od kabli i prawie pełna swoboda. Prawie? Oczywiście, przecież oprócz umożliwiających pracę przez kilkanaście/dziesiąt godzin głośników Bluetooth, jak np. Denon New Envaya, czy słuchawek Audio-Technica ATH-CKS5TW owych rzeczywistych przykładów bezprzewodowości de facto nie ma. Dlatego też z pewną pobłażliwością patrzę na wszelakiej maści stacjonarne systemy bezprzewodowe, gdzie okablowanie sygnałowe chciał/nie chciał zastąpiono zasilającym, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności, pomimo niewątpliwego rozwoju technologii perpetuum mobile jeszcze nie jest osiągalne dla zwykłych śmiertelników. Traf jednak chciał, że wraz z kolejnym dostarczonym na testy soundbarem przybyły dedykowane mu i stanowiące kompletny system głośniki efektowe, oraz subwoofer. Oczywiście okraszone sygnaturą wielokanałowej „bezprzewodowości”. Cóż to za cudo? To najbardziej rozbudowany set z serii Polk MagniFi z dopiskiem MAX SR. Dla porządku pragnąłbym jednak wyjaśnić pewien drobiazg. Otóż swojego zdania co do kina domowego nie mam zamiaru, przynajmniej w najbliższym czasie, zmieniać a umawiając się z Hornem - dystrybutorem marki na test uzgodniliśmy, że podeślą któryś z soudbarów. W nomenklaturę oczywiście nie wnikałem, gdyż nazewnictwo zmienia się w tym segmencie jak widok za oknem pędzącego TGV, podobnie z resztą jak niemalże sezonowa wymiana modeli. Ponadto, po ostatniej przygodzie z Yamahą YAS-109 https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-kolumny/yamaha-yas-109-r926/ spodziewałem się stosunkowo niewielkiej, podłużnej paczki i równie mało absorbującego przestrzennie wsadu spełniającego jedynie funkcję ratowniczą dla honoru cibkich jak opłatek i równie cienko brzmiących współczesnych telewizorów. Tymczasem, gdy u mych drzwi stanął mocno zasapany kurier taszczący pudło z powodzeniem mogące pomieścić co najmniej gitarę elektryczną z dedykowanym „piecykiem” w iście ekspresowym tempie musiałem zweryfikować własne wyobrażenia. Okazało się bowiem, że stawiając na jak największą „poręczność” producent zapakował wspomnianą we wstępniaku czterosegmentową zgraję w jeden, finezyjnie „połamany” karton w którym o dziwo nic nie latało. Szybka wiwisekcja wykazała, iż poszczególne głośniki otrzymały własne, solidnie zabezpieczone styropianowymi profilami komory, więc pomijając mało standardowe wymiary nawet przy korzystaniu z usług popularnych firm spedycyjnych szanse na to, że zamówiony w internetowym sklepie zestaw dotrze do nas w nienaruszonym stanie, wydają się całkiem spore. Przejdźmy jednak do szczegółów. Jak się z pewnością domyślacie rolę serca i centrum zarządzania całym systemem Polka jest MagniFi MAX, czyli wyposażony nie tylko w dekodery Dolby Digital i DTS, lecz również w siedem (!!) przetworników soundbar. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa niemalże całą jego widoczną powierzchnię pokrywa zamontowana na stałe tekstylna maskownica i praktycznie jedynie na skrajach, stanowiących jednocześnie ujście kanałów bas refleks znalazły się plastikowe profile. Na takim, przyodzianym w popielaty „sweterek” korpusie uwagę zwraca centralnie umieszczona na ścianie przedniej trapezoidalna ramka. Kryje ona dedykowaną ścieżkom dialogowym sekcję głośnika centralnego wspieranego własną amplifikacją i autorską technologią Polk VoiceAdjust® pozwalającą na indywidualne nastawy „intensywności” słyszalności prowadzonych przez bohaterów odtwarzanych materiałów rozmów. Warto zwrócić w tym momencie uwagę iż owej regulacji dokonujemy niezależnie od ogólnego poziomu głośności systemu. Sprytne, nieprawdaż? A właśnie za sterowanie odpowiedzialny jest umieszczony na ścianie górnej niewielki, siedmioprzyciskowy panel, choć jeśli mam być szczery zdecydowanie bardziej polecam znajdujący się w komplecie zaskakująco estetyczny i poręczny pilot zdalnego sterowania. Ściana tylna również dostarcza miłych niespodzianek, gdyż znajdziemy na niej aż trzy zgodne z technologii 4K wejścia i jedno wyjście HDMI, wejście optyczne, liniowe (3,5 mm mini jack) i nieodłączne w dzisiejszych czasach Ethernet. Całości dopełniają gniazdo serwisowe USB, dwa niewielkie przyciski umożliwiające reset bezprzewodowych ustawień sieciowych i łączności z satelitami, oraz subwooferem. A właśnie, znajdujący się w komplecie subwoofer od strony wizualnej wydaje się całkiem udanym połączeniem zaawansowanego nawilżacza powietrza ze „schodkiem” ułatwiającym dostęp do wyższych półek. To oczywiście niewinny żart, gdyż zaoblona na krawędziach, delikatnie zwężająca się ku górze popielata bryła prezentuje się całkiem atrakcyjnie, choć wykonanie korpusu z tworzywa sztucznego może nie wszystkim przypaść do gustu. Konstrukcję oparto na 20 cm celulozowym przetworniku niskotonowym umieszczonym w podstawie, wspomaganym znajdującym się tuż obok kanałem bas refleks. Z oczywistych, wynikających z deklarowanej bezprzewodowości względów interfejsy w jego przypadku graniczono do gniazd zasilającego i … przycisku umożliwiającego sparowanie z jednostką centralną. Podobnie sprawy się mają w przypadku satelitek SR1, z tą tylko różnicą, że za ich zasilanie odpowiadają wyposażone w całkiem długie przewody zasilacze wtyczkowe. Summa summarum do działania powyższego zestawu warto zabezpieczyć ni mniej ni więcej, jak cztery „kontakty”, znaczy się gniazda zasilające i to niekoniecznie zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie, gdyż o ile soundbar i sub jakoś da się ze sobą skomponować, to już satelitki wypadałoby ustawić/powiesić za miejscem odsłuchowym a przy okazji zadbać, aby domownicy nie potykali się o prowadzące do nich przewody zasilające. Ot i cały urok wspominanej bezprzewodowości w pełnej krasie. Za miły dodatek można uznać obecność w zestawie firmowym przewodu Toslink i HDMI, oraz szablonów umożliwiających dokonanie stosownych odwiertów umożliwiających zawieszenie soundbara i satelitek na ścianach. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze tylko, że tytułowy set zapewnia również bezprzewodową komunikację po Bluetooth i Wi-Fi a co za tym idzie obsługę technologii Chromecast. I jeszcze jedno - sama konfiguracja na dobrą sprawę ogranicza się do podpięcia wszystkich głośników do prądu i włączenie soundbara, reszta „robi się” praktycznie sama. Jak sami z pewnością zauważyliście dostarczony na testy zestaw nosił wyraźne ślady użytkowania, co oczywiście potwierdził sam Dystrybutor wyjaśniając iż nie dość, że Polki grały przez dłuższy czas w salonie i odbyły prawdziwy Tour de Pologne po branżowych redakcjach, to jeszcze dzielnie walczyły na PGE Narodowym podczas ostatniej edycji Audio Video Show. Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym warto pamiętać o tym, iż poza indywidulnym nastawom dotyczącym czytelności dialogów, obecności subwoofera i głośników efektowych do dyspozycji mamy trzy „presety” – profile dedykowane filmom, wydarzeniom sportowym i muzyce okraszone opatentowaną technologią Polk SDA® Surround. W praktyce oznacza to, że odsłuchy ulubionych nagrań muzycznych zlokalizowanych np. na lokalnym NAS-ie nie bolą. A to już duży postęp. Tzn. od razu zaznaczę, że najpierw należy zapomnieć o standardowym podejściu do tematu reprodukcji muzyki, gdzie jesteśmy w stanie zdefiniować scenę, czy też ustawienie w poszczególnych planach źródeł pozornych. Polk stawia bowiem na wielokanałowość nawet tam, gdzie jej de facto nie ma, więc dźwięki otaczają nas zewsząd a my lądujemy w samym centrum wydarzeń. Co jednak najistotniejsze po kilkugodzinnej akomodacji da się z takim sposobem prezentacji żyć a miłośnicy „Tubular Bells 2003” Mike’a Oldfielda dostępnych w wersji 5.1 powinni poczuć się wręcz wniebowzięci. Jednak swoje prawdziwe oblicze Polk MagniFi MAX SR pokazuje dopiero na hollywoodzkich superprodukcjach dając całkiem satysfakcjonującą namiastkę prawdziwej sali kinowej. Śmiem wręcz twierdzić, iż w niektórych przypadkach jest w stanie wypaść nawet lepiej, gdyż oszczędza nam irytującej obecności „niezorientowanych cywilizacyjnie” wpółoglądaczy i związanej z nimi wątpliwej urody mieszanki zapachów nachosów, popcornu i innych nie do końca strawionych potraw i napojów. Jednak ad rem. Po pierwsze wypada pochwalić spójność, koherencję i niezwykłą komunikatywność samego soundbara, który nawet w wersji „solo”, czyli bez satelitek i basowego wspomagacza niejako na starcie deklasuje pod względem wyrafinowania lwią część głośników wbudowanych w telewizory i to nawet te z półki premium. Po drugie sub, który nawet w optymalnym / neutralnym ustawieniu stara się zaznaczyć swoją obecność co i rusz mniej, bądź bardziej delikatnie pomrukując. Zdecydowanie mniej delikatnie było np. na „Live With The Plovdiv Psychotic Symphony” Sons Of Apollo, gdzie miał co robić. W dodatku w co bardziej dynamicznych fragmentach wytwarzane przez niego ciśnienie akustyczne wprawiało jego niezbyt masywny korpus w zauważalne wibracje, co skłoniło mnie do podjęcia stosownych środków zaradczych, co oznaczało po prostu dociążenie go dwiema opasłymi książkami kucharskimi (z granitową płytą wolałem nie ryzykować – w końcu tytułowy system miał wrócić do dystrybutora w stanie nie gorszym od tego, w jakim go otrzymałem), co zniwelowało pasożytnicze artefakty, poprawiło kontury dźwięków a tym samym pozytywnie wpłynęło na samą kontrolę najniższych składowych. Po ww. tuningu już nie miałem oporów przed niemalże koncertowymi poziomami głośności, ku uciesze zarówno mojej nastoletniej progenitury z lubością katującej niezliczone wersje Forzy Horizon, jak i całej rodzinki, gdy przypominaliśmy sobie m.in. „Fast Five” i „Bohemian Rhapsody”. Doskonale zdaję sobie sprawę, iż nie jest to kino moralnego niepokoju, ani rumuński dramat psychologiczny, ale skoro sam producent deklaruje „maksymalną wydajność prawdziwego dźwięku 5.1 surround”, to czułem się w obowiązku tego właśnie doświadczyć. I wiecie co? Polk MagniFi MAX SR właśnie taką intensywność doznań zapewnia. Na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że Polk MagniFi MAX SR jest kolejnym wcieleniem koszmarnych zestawów kina domowego jakie w momencie wielokanałowego boomu zalegały na hipermarketowych półkach. Okazuje się jednak, że Polk to zupełnie inna liga, gdzie ilość idzie w parze z jakością a biorąc pod uwagę kraj pochodzenia daje nabywcy niejakie wyobrażenie jak potrafią bawić się za oceanem. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 3 198 PLN Dane techniczne Moc szczytowa: 400 W (Sound Bar: 180 W, Subwoofer: 160 W, Surround: 60 W) Pasmo przenoszenia: 35 Hz - 20 kHz Dekodery: DTS, Dolby Digital MagniFi MAX Sound Bar Wykorzystane przetworniki: 4 szt 1" (2,54 cm) x 3" (7,62 cm) (owal) - przetwornik średnio / niskotonowy, 2 szt. 0,75 cala (1,91 cm) - przetwornik wysokotonowy, 1" (2,54 cm) - przetwornik średniotonowy Wi-Fi: 802,11 a / b / g / n / AC - 2,4 GHz i 5 GHz Wejścia: 3x4K HDMI, Toslink Optical, 3,5 mm mini jack (AUX), Ethernet Wyjścia: HDMI (ARC) Wymiary (WxSxG): 5,31x109,22x9,6 cm Waga: 2,74 kg Subwoofer Wykorzystane przetworniki: 8" (20,32 cm) Wymiary (WxSxG):36,93x37,13x30,76 Waga: 6,12 kg SR1 Bezprzewodowe głośniki surround Wykorzystane przetworniki: 3" (7,62 cm) średnio / niskotonowy Komunikacja: Bezprzewodowy streaming z soundbara MagniFi MAX
  14. Zobacz cały artykuł
  15. Fr@ntz

    Sonoro Elite

    Zobacz cały artykuł
  16. Fr@ntz

    Sonoro Elite

    W czasach, gdy zarówno bezprzewodowość, jak i streaming odmieniane są przez wszystkie osoby i przypadki mogło by się wydawać, że ich powszechność mamy potocznie mówiąc z głowy. Tymczasem okazuje się, że są zakamarki naszej egzystencji, gdzie najwidoczniej populacja owych ustrojstw nie jest jeszcze satysfakcjonująca, więc tym samym stanowi łakomy kąsek dla wszystkich producentów w owym segmencie egzystujących. Mowa bowiem o wszelakiej maści sypialniach, gabinetach i kuchniach / aneksach kuchennych, gdzie czasu spędzamy całkiem sporo, więc zrozumiałym jest, że i jakieś źródło muzyki by się tam przydało. W dodatku powyższe interiory rządzą się swoimi prawami i mało kto będzie zwracał uwagę na referencyjne odwzorowanie stereofonii, precyzyjną gradację planów, czy też iście holograficzne ogniskowanie źródeł pozornych. Liczy się głównie to, że coś będzie w tle grało uprzyjemniając nam codzienną krzątaninę, bądź rodzinny posiłek Dlatego też zamiast rasowego Hi-Fi dzisiejsze spotkanie poświęcimy wielofunkcyjnemu, dostępnemu w Sieci Salonów Top HiFi & Video Design urządzeniu Sonoro Elite. Jak sami widzicie Sonoro Elite jest całkiem ciekawym reprezentantem mikro – rozmiarówki, z tą tylko różnicą, że tam gdzie mikro-wieże przechodziły w dedykowane kolumny, tam Sonoro się definitywnie kończy. Pół żartem pół serio można byłby uznać, iż Elite jest swoistym przykładem przerośniętego radio-budzika, lecz z korzeniami mocno tkwiącymi nie w 80/90 latach ubiegłego tysiąclecia, a w finiszu drugiej dekady XXI w. Z tym budzikiem to oczywiście żart, gdyż nasz dzisiejszy bohater prezentuje się wprost obłędnie i już samą swoją aparycją budzi zaufanie. Pokryty lakierem fortepianowym drewniany korpus otacza aluminiowy front z centralnie umieszczonym kolorowym wyświetlaczem LCD i znajdującą się tuż pod nim szczeliną napędu CD. Intuicyjną nawigację po menu i obsługę podstawowych funkcji zapewniają dwa bloki przycisków usytułowane po obu stronach displaya wspomagane wielofunkcyjnym pokrętłem. Pięć dodatkowych, dedykowanych głównie budzikowi, przycisków wkomponowano w ramkę aluminiowej maskownicy chroniącej ukryty pod płytą górną 3” szerokopasmowy głośnik. Oczywiście obsługę całości zapewnia również systemowy pilot. Na ścianie tylnej znajdziemy ujście kanału bas refleks, terminale anten FM/DAB i Wi-Fi, wejście liniowe Aux, wyjście słuchawkowe, oraz porty USB (obsługa pamięci masowych + ładowanie) i Ethernet. Czyli wszystko, czego do szczęścia może użytkownik potrzebować a nawet więcej, gdyż tak na dobrą sprawę większość końcowych nabywców po koniecznej po wyjęciu z kartonu urządzenia i podpięciu stosownych przewodów konfiguracji, o ile tylko na łączność przewodową się zdecyduje, o „plecach” Sonoro po prostu zapomni. Jeśli zaś chodzi o opcje jakie Elite swym odbiorcom oferuje, to lista okazuje się nad wyraz kompletna. Mamy bowiem do dyspozycji nie tylko konwencjonalny tuner FM, lecz i jego zdigitalizowaną odmianę DAB/DAB+, odtwarzacz CD, łączność Bluetooth®, Wi-Fi i po standardowej „skrętce”, obsługę serwisów streamingowych Spotify, Deezer, AmazonMusic, nieprzebranego mnóstwa rozgłośni internetowych i serwerów UPnP. Do tego dochodzi oczywiście podwójny budzik, jednym słowem brakuje tylko ekspresu do kawy i … jak by nie patrzeć pozostawiającego pod względem jakości w tyle resztę wspomnianej konkurencji Tidala (w wersji Hi-Fi/Master) . Od razu zaznaczę, że tytułowa wszystkomająca kostka skierowana jest do niekoniecznie informatyczno-, czy też audiofilsko zorientowanej części populacji a sama konfiguracja jest nad wyraz intuicyjna, o ile tylko zmienimy interface z defaultowego języka niemieckiego na coś bardziej zrozumiałego – mi do pełni szczęścia wystarczył angielski. Podpięcie do sieci załatwia parowanie WPS, bądź standardowe wpisanie hasła. I to wszystko, gdyż wszystkie NAS-y pojawiają się w przysłowiowym okamgnieniu i niczego nie trzeba „na piechotę” konfigurować, chyba że komuś po Wi-Fi zacznie rwać streaming, to wtedy może pobawić się jakością transmisji. Miłym dodatkiem są białe, elastyczne rękawiczki zapobiegające pozostawianiu wielce irytujących odcisków na połyskującej elegancką czernią obudowie. No dobrze, skoro kwestie ergonomii i konfiguracji mamy z głowy warto byłoby sprawdzić jak Elite gra. Odsłuchy prowadziłem na equalizacji ustawionej w pozycji neutralnej, gdyż posadowiony na ciężkiej drewnianej komodzie Sonoro zaoferował w pełni satysfakcjonujące rozciągnięcie najniższych składowych a ewentualne dodawanie basu powodowało mało naturalne tętnienia i utratę czytelności średnicy. Na początek, nie chcąc zbytnio stresować niemieckiego gościa potraktowałem go dość spokojnym albumem „On An Island” Davida Gilmoura, co okazało się całkiem dobrym pomysłem, gdyż leniwie sącząca się z głośnika muzyka w sposób całkowicie satysfakcjonujący wypełniła mój ponad dwudziestometrowy pokój. Mowa oczywiście o cywilizowanych poziomach głośności a nie próbie urządzenia „domówki” z tańcami i chóralnymi śpiewami. Tu raczej chodziło o stworzenie niezobowiązującego tła do spokojnych rozmów, lektury książki, czy najzwyklejszego, weekendowego relaksu na łonie rodziny. Zarówno gitara prowadząca, jak i wokal Gilmoura miały przyjemne nasycenie a samej prezentacji nie sposób było odmówić spójności i homogeniczności, co biorąc pod uwagę pojedynczy przetwornik odpowiedzialny za reprodukcję całego pasma nie powinno dziwić. Delikatne schody zaczęły się dopiero w momencie, gdy złe licho pokusiło mnie do sięgnięcia po nieco cięższy i bardziej skomplikowany repertuar. Okazało się bowiem, iż praw fizyki oszukać się nie da i przy „Colours in the Dark” Tarji i „Let Us Burn: Elements & Hydra Live in Concert” Within Temptation trzeba było o oczko, bądź dwa zjechać z głośnością, gdyż do głosu dochodziła słyszalna kompresja nieco spłaszczająca przekaz. Nie mam jednak o to do tytułowego malucha najmniejszych pretensji, gdyż do tego typu symfoniczno-metalowego rozpasania trzeba byłoby sięgnąć, bądź po topowy, recenzowany w maju Meisterstück, bądź chociażby również stereofoniczny i wspomagany basowym wooferem Prestige. Po prostu warto mierzyć siły na zamiary i mając świadomość, że dysponujemy zaledwie 3”, pojedynczym przetwornikiem nie robić sobie wzajemnie krzywdy. Co ciekawe wszelakiej maści pop i lżejszy rock, jaki serwuje większość komercyjnych rozgłośni nijakich anomalii nie wywoływały, więc gdy z głośnika dobiegały pierwsze takty przebojów Lady Gagi, bądź nawet Bon Jovi nie trzeba było gorączkowo szukać pilota by przełączyć na jakiś mniej dynamiczny kawałek. Nie ma się co oszukiwać. Sonro Elite nie sposób zaliczyć do segmentu Hi-Fi, jednak całe szczęście nikt nie próbuje nam tego wmówić. To po prostu świetnie wykonany, multi-funkcyjny odtwarzacz CD, streamer i radioodbiornik pozwalający na niezobowiązujące obcowanie z ulubioną muzyką. Jeśli komuś mało to zawsze może sięgnąć po starsze rodzeństwo, jednak jeśli ktoś poszukuje możliwie kompaktowego a zarazem umożliwiającego korzystanie z dobrodziejstw tak minionych (CD/FM) jak i współczesnych (streaming/DAB+) technologii rozwiązania, to propozycja Sonoro w postaci Elite wydaje się wielce kusząca. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 799 PLN Dane techniczne Wykorzystany przetwornik: 3” pełnopasmowy Tuner: FM, DAB, DAB+ Odtwarzacz CD: CD, CD-R, CD-RW, MP3-CD, WMA Łączność bezprzewodowa: Bluetooth®, Wi-Fi Obsługa serwisów: Spotify, Deezer, AmazonMusic, serwery UPnP Wejścia analogowe: Aux (mini jack) Wejścia cyfrowe: USB, Ethernet Wyjścia: słuchawkowe (mini jack) Wymiary (SxWxG): 210 x 257 x 140 mm Waga: 3.6 kg
  17. Fr@ntz

    Yamaha YAS-109

    Zobacz cały artykuł
  18. Fr@ntz

    Yamaha YAS-109

    Wydawać by się mogło, że przekazywanie na testy dedykowanego kinu domowemu i telemaniakom soundbara recenzentowi, który audiowizualne systemy wielokanałowe w europejskim wydaniu uważa za równie sensowne jak cruising Hummerem H2 w godzinach szczytu po ścisłym centrum Warszawy a telewizji nie ogląda od lat, jasno wskazuje na desperację dystrybutora. No bo niby jak ortodoksyjny stereofil ma docenić zalety dźwięku przestrzennego? To jakby zadeklarowanemu wegetarianinowi/weganinowi zaproponować dżem … ze świni, czyli przekładając powyższy eufemizm na język zrozumiały dla ogółu – smalec ze skwarkami. Okazuje się jednak, iż w tym pozornym szaleństwie jest metoda, gdyż ekipa Sieci Salonów Top HiFi & Video Design – dystrybutora marki, odpowiedzialna za koordynację dostaw materiału badawczego do naszej redakcji, spokojnie poczekała aż akcja drugiego sezonu Mayans MC (spin-off świetnego Sons of Anarchy) się rozwinie i dopiero wtedy pojawiła się u mnie z … soundbarem Yamaha YAS-109. Yamaha YAS-109 zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny rzut oka niczym specjalnym, na tle konkurencji, się nie wyróżnia. Ot blisko 90 cm spłaszczony „naleśnik” z tworzywa sztucznego w większej części widocznej powierzchni pokryty tekstylną, niezdejmowalną maskownicą. Z zalet natury użytkowej od razu warto wspomnieć, o tym, iż ów plastik ma dość matowa fakturę dzięki czemu nie dość, że nie jest narażony na irytujące kolekcjonowanie odcisków palców ciekawskich domowników, jak i niespecjalnie jest skory do ewentualnego generowania odblasków. Jedynym elementem o charakterze komunikacyjno-ozdobnym jest zlokalizowany tuż przy przedniej krawędzi wąski pasek akrylu pod którym ukryto dwa bloki mikro-ledów informujących o statusie pracy i uaktywnionej w danym momencie funkcji. W pierwszym znajdziemy 9 diod odpowiedzialnych za przekazywanie informacji o statusie, wybranym wejściu (HDMI, TV (Toslink), Bluetooth, Net), uaktywnionej funkcji (surround, Clr Voice, Alexa). Natomiast w drugim sensory aktywujące sterowania głosem (Alexa), dezaktywację mikrofonu, wybór wejść, regulację głośności i włącznik główny . Na obu krańcach soundbara umieszczono wyloty układu bas refleks wspomagającego reprodukcję najniższych składowych. Z kolei na ścianie tylnej interface’y przyłączeniowe ukryto w stosownych wykuszach. Gniazdo zasilające (niestety w formie „ósemki” – C8) otrzymało własną „wnękę”, natomiast w sekcji dźwiękowo/wizualnej znajdziemy wyjście na subwoofer (mini jack), port Ethernet, wejście optyczne Toslink (oznaczone jako TV), port USB (przeznaczony wyłącznie do update’ów firmware’u), oraz wejście i wyjście HDMI). W komplecie znajduje się również niepozorny, lecz zaskakująco poręczny pilot i przewód Toslink. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby całością sterować głosowo (Alexa) wspomagając się dedykowaną aplikacją Sound Bar Controller, jednak pozornie archaiczny pilot może się jednak przydać m.in. do ustawienia jasności iluminacji diod, opcji standby, czy poziomem kompresji. Nie będę ukrywał, że do tytułowego soundbara nie przekonałem się od razu i nie miałem w związku z tym jakiś szczególnych oporów. Bo takowe opory miałem i co gorsza, tuż po uruchomieniu 109-ki wszystkie one okazały się całkowicie uzasadnione. Wyciągnięta prosto z pudełka Yamaha zagrała bowiem tak jak wyglądała – płasko i szaro. Czyli co? Z poczuciem moralnego zwycięstwa i mając potwierdzenie uparcie głoszonych tez spokojnie mógłbym całość z powrotem spakować do kartonu i odesłać dystrybutorowi. Kierowany jednak wrodzoną ciekawością sięgnąłem po znajdującego się w zestawie pilota i … instrukcję obsługi a następnie, wbrew stereofonicznym przyzwyczajeniom uaktywniłem zaimplementowane „wodotryski”, czyli 3D surround, CLEAR VOICE i BASS EXT. Zdrada dogmatów, szaleństwo i czysty obłęd? Być może, jednak okazało się taka kuracja przyniosła zaskakująco pozytywne rezultaty. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły sygnalizowane na wstępie szarość i płaskość. W dodatku jakiekolwiek analogie z walorami dźwiękowymi współczesnych odbiorników TV stały się wysoce niestosowne i wręcz kuriozalne, gdyż nauszne obserwacje i idące za nimi wnioski były dla cienkich jak opłatek ekranów miażdżące. Zanim jednak przejdziemy do konkretów na wstępie pozwolę sobie pokrótce omówić nieco mniej „ekstatyczną” kwestię reprodukcji muzyki w wersji stereofonicznej. Pokrótce, gdyż nie oszukujmy się – tego typu ustrojstw nie sposób porównać do konwencjonalnych zestawów stereofonicznych ze zdecydowanie szerzej rozstawionymi pełnopasmowymi kolumnami. Dlatego też, czy to wybór trybu „Music”, czy też „Stereo” co najwyżej sprawiają, iż Yamaha jest w stanie stworzyć niezbyt absorbujące, acz bynajmniej nie raniące uszu tło muzyczne. Ot wypełnienie mieszkalnej przestrzeni dźwiękami uprzyjemniającymi codzienną krzątaninę. Zupełnie inne oblicze YAS-109 prezentuje w obszarze, do którego tak naprawdę została stworzona, czyli klasycznej rozrywce. Okazuje się bowiem, że zarówno podczas wykorzystywania jej w roli głównego reproduktora dźwięków towarzyszących dostępnym na konsole grom (ze szczególnym uwzględnieniem wszelakiej maści wyścigów), wspomnianym serialom i hollywoodzkim superprodukcjom Yamaha rozwinęła skrzydła. Ową transformację z powodzeniem można porównać do przemiany „brzydkiego kaczątka” w pięknego łabędzia, bądź niezbyt urodziwej poczwarki w olśniewającego motyla. Po prostu zmieniamy oczekiwania w stosunku do Yamahy, uaktywniamy wszystkie polepszacze, w jakie wyposażyła je fabryka i bez zbędnych komplikacji, oraz wydawać by się mogło nieodzownego subwoofera, otrzymujemy zaskakująco intensywne doznania soniczne. Oferowana przez YAS-109 scena dźwiękowa zaskakuje szerokością i głębią a w dodatku pod względem tak mikro, jak i makro dynamiki trudno cokolwiek jej zarzucić. Oczywiście miłośnicy iście infradźwiękowych pomruków z pewnością wcześniej, aniżeli później zaopatrzą się w jakiś subwoofer, jednak przed jego zakupem sugerowałbym jakiś czas poużywać tytułowy soundbar bez wspomagania, gdyż nawet w moim 21 metrowym pokoju rozciągnięcie reprodukowanego pasma w dół określiłbym jako wysoce satysfakcjonujące. I w tym momencie pozwolę sobie na dygresję natury użytkowej. Otóż pomimo deklarowanej i de facto świetnie działającej funkcji „wirtualnego dźwięku 3D” warto empirycznie sprawdzić, czy w Waszym przypadku lepsze efekty osiągnięcie kładąc soundbar na stoliku/komodzie pod ekranem/telewizorem, czy też wieszając go na ścianie. Różnice orientacji dają łatwe do zauważenia zmiany, gdzie „leżąca” Yamaha może pochwalić się lepszym – potężniejszym basem, natomiast „zawieszona” precyzyjniej kreśli kontury źródeł pozornych lepiej akcentując stabilność ich umiejscowienia na scenie. Jeśli jednak liczycie na to, iż obecne w odtwarzanym materiale efekty przestrzenne otoczą Was niczym w „prawdziwym” kinie, bądź chociażby przy wysoce zaawansowanym, wyposażonym w Dolby Atmos, soundbarze Yamaha YSP-5600, to lepiej zejść na ziemie i przestać się łudzić. Takich cudów się nie spodziewajcie, niezależnie od tego, co Wam obiecają w sklepie, czy internecie sprzedawcy i wirtualni bajkopisarze. Jeśli natomiast chcielibyście stosunkowo niewielkimi nakładami finansowymi uwolnić potencjał ulubionych produkcji telewizyjnych i kinowych, poczuć klimat wielkich wydarzeń sportowych, czy też całkiem sugestywna namiastkę koncertów, to zakup Yamahy YAS-109 należy potraktować nie w kategorii audiofilskiej fanaberii, lecz najzwyklejszej konieczności. Tytułowy soundbar robi bowiem to, co współczesne telewizory już dawno robić przestały. Tylko tyle i aż tyle. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 299 PLN Dane techniczne Wykorzystane przetworniki: 2 x 2,5 cm wysokotonowe, 2 x 5,5 cm średniotonowe, 2 x 7,5 cm subwoofer Moc wyjściowa: 120 W (2 x 30 W front + 60 W wbudowany subwoofer) Wejścia: HDMI, Toslink Wyjścia: HDMI, Subwoofer Funkcje HDMI: 4K Pass-through, 3D Pass-through, ARC, CEC, Auto Lip-Sync Dekodery dźwięku przestrzennego: Dolby Audio, DTS Digital Surround, DTS Virtual X Profile dźwięku: Music, TV program, Movie, Sports, Game Obsługiwane format audio: WAV (PCM) / FLAC do 192 kHz; ALAC do 96 kHz; MP3 / WMA / MPEG-4 AAC do 48 kHz Łączność bezprzewodowa: Wi-Fi (2,4 GHz), Bluetooth (Ver 4.2 / Profile: A2DP, AVRCP / Kodeki: SBC, AAC) Obsługiwane serwisy streamingowe: Spotify, Amazon music Sterowanie głosem: Alexa Pobór mocy: 30 W, 4.3 W (Voice Control Ready), 0,2 – 2,2 W (standby) Wymiary (S x W x G): 890 x 53 x 131 mm Waga: 3,4 kg
  19. Bo szukasz na złym portalu, ... 😉
  20. Jacku - to nie druga a trzecia "powystawowa" akcja - w 2016 mielismy kompletny system Thraxa 😉
  21. Zotaca nie kojarzę, ale może to było coś takiego: Jeśli tak, to jest to ifi Pro iRack Wystarczy wiedzieć jak grają pozostałe składniki toru a taką wiedzę tajemną jakiś czas temu udało mi się posiąść 😉
  22. Na moje ucho Oscar za rolę drugoplanową należy się niepozornej szwedzkiej integrze Moonriver 404. Niby ma tylko 50W/8 Ω, ale to są "zdrowe" Watty 😉 i to za 3k€
  23. Zapomnij, już się "na wieżę" nanosiliśmy (m.in. A200 Accu) 😛
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.