Jump to content
  • Content Count

    7528
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by [email protected]

  1. Kontynuując typowo wakacyjną tematykę nie chciałbym wyjść na osobnika starszego niż węgiel, ale jeszcze w PRL-u, czyli wcale nie tak dawno temu, letni wyjazd dla większości społeczeństwa oznaczał bądź to prywatne kwatery, bądź coś nieco bardziej zorganizowanego w ramach FWP. W dodatku, oprócz oczywistych rozrywek na świeżym powietrzu, dostępność do tzw. „okna na świat”, czyli telewizora ograniczała się do ledwo zipiącego Rubina w świetlicy, bądź … nie było jej wcale. Dlatego też niezwykłym „szacunem” i popularnością „na ośrodku” cieszyli się wczasowicze dysponujący własnymi – przenośnymi, przywiezionymi z domu, odbiornikami a posiadaczy wersji umożliwiających zasilanie napięciem 12V, szczególnie na kampingach większości wygód pozbawionych, otaczano niemalże bezgranicznym uwielbieniem. Niby oferta programowa (TVP1 i 2) nie oszałamiała, ale rozgrywki w piłkę kopaną, bądź któryś z ówczesnych festiwali dało się obejrzeć a przy okazji niezwykle szybko z nowopoznanym towarzystwem zintegrować. A dzisiaj? Wypad do destynacji bez szerokopasmowego dostępu do internetu, drinków z palemką i oferty all inclusive wydaje się niczym karna zsyłka do gułagu. Niby TV mało kto już ogląda, skoro większość cieszących się popularnością produkcji dostępna jest w ofercie VOD, więc oglądamy je wtedy, kiedy to my mamy czas i ochotę a nie, kiedy łaskawie wyemituje ją nadawca, lecz całe szczęście jeszcze nie do końca zapomniany został zwyczaj wspólnego spędzania czasu. Szczególnie wieczorkiem, bądź podczas poobiedniej sjesty, miło wyciągnąć się na tarasie, włączyć jakąś akceptowalną dla ogółu słuchaczy muzykę i po prostu ze sobą pobyć. Zamiast jednak zdawać się na łaskę i niełaskę lokalnych radiowęzłów, bądź zarzynać już i tak ledwo zipiące smartfony, gorąco polecam swoiste uniezależnienie się od zastanych warunków i inwestycję w recenzowaną w zeszłym tygodniu Envayę Denona , bądź, jeśli wodo i kurzo – odporność nie jest konieczna, a i dostępność do zasilania będzie powszechna, wybór reproduktora dźwięków miłym naszym uszom nieco większej postury. Mam na myśli niezwykłą propozycję szwedzkiej marki Audio Pro pod postacią głośnika bezprzewodowego Addon C5. Próbując choćby pokrótce przybliżyć aktualną ofertę działających od 1978 r. Szwedów warto zwrócić uwagę, iż postawili oni wszystko tak na łączność bezprzewodową, jak i wzajemną łatwość integracji własnych wyrobów ze sobą. Chodzi jednak nie tylko o parowanie, ale i możliwość dystrybucji dźwięku ze źródła podpiętego pod jeden z głośników Adio Pro do pozostałych, w ramach konwencjonalnych konfiguracji stereofonicznych, jak i bardziej rozbudowanych multiroom. Dostarczony, przez dystrybutora marki - Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, Addon C5 należy właśnie do rodziny głośników multiroom, w skład której wchodzą dwie jednostki A (A10 i A40), pięć Addon C (C3, C5, C5A, C10, C-Sub), D-1, oraz wolnostojące Drumfire i „kieszonkowy” Link 1. Oprócz tego jest jeszcze linia Bluetooth obejmująca modele Addon o oznaczeniach T3, T5, T10 gen2, T14, T20 i Sub. Krótko mówiąc jest w czym wybierać – od sypialniano-kuchennych maluchów po solidne podłogówki. A tytułowa C5-ka wpisuje się mniej więcej w środek stawki będąc jednostką zdolną z powodzeniem nagłośnić nawet 20-30 metrowe pomieszczenie i jednocześnie na tyle kompaktową – o gabarytach zbliżonych do niewielkiego tostera, że spokojnie da się ją upchnąć do bagażnika na rodzinny wypad. Co ciekawe, rodzimy dystrybutor dość asekuracyjnie zdecydował się jedynie na ¾ oferowanej przez Szwedów palety barw stawiając na „bezpieczne” biel, czerń i szarość, dziwnym zbiegiem okoliczności pomijając delikatny … róż. Nie mówię, że osobiście byłbym takim „malowaniem” zainteresowany, ale zgodnie z zasadą „czym skorupka za młodu …” może warto byłoby pomyśleć o „małych księżniczkach”, i o tych „nieco” większych też. Mniejsza jednak z tym. Korpus C5-ki posadowiono na dwóch parach nóżek, z których przednie są nieco wyższe, więc front jest delikatnie odchylony do tyłu, co automatycznie poprawia brzmienie, szczególnie gdy ustawi się C5 poniżej uszu słuchaczy. Centrum owego frontu zajmuje 4” przetwornik basowy a po jego obu stronach – w prawym i lewym rogu schowano za metalowymi maskownicami ¾” tekstylne kopułki wyskotonowe. Ich amplifikację stanowi D-klasowy wzmacniacz oferujący moc, odpowiednio 25W na bas i 2x8W na górę pasma. Elegancki „złoty” szyld z panelem sterowania umieszczono na ścianie górnej tuż przed równie stylową, skórzaną rączką z firmowym logotypem. Z jego poziomu mamy dostęp do wyboru źródła (potwierdzają to stosowne diody), podstawowej nawigacji (play/pauza), regulacji głośności i czterech przycisków szybkiego wyboru, którym można przypisać ulubioną playlistę, bądź internetową rozgłośnię radiową. Nie zabrakło też wyjścia słuchawkowego, co w tej klasie urządzeń jest dość rzadkim widokiem. Plecy C5-ki prezentują się równie intrygująco, gdyż oprócz ujścia kanału bass refleks znajdziemy tam parę wejść liniowych RCA, przycisk aktywujący parowanie z lokalną siecią Wi-Fi i stosowny przełącznik trybu pracy urządzenia (po Wi-Fi, bądź przewodowo/Bluetooth), wyjście na subwoofer, gniazdo USB do ładowania smartfonów/tabletów, port Ethernet i zasilającą „ósemkę”. Sama konfiguracja i podstawy obsługi są na tyle intuicyjnie i świetnie opisane zarówno w dołączonej w komplecie papierowej instrukcji, jak i na dostępnych na stronie producenta filmikach instruktarzowych, że tym razem pozwolę je sobie pominąć, przechodząc od razu do clue, czyli brzmienia, bo to jest coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. Zwykło się bowiem przyjmować, że miejsce takich gabarytów „radyjek” jest w kuchni, bądź sypialni, gdzie mają stać i sobie niezobowiązująco brzęczeć. Tymczasem w przypadku C5-ki sugeruję przy pierwszym uruchomieniu zapobiegliwie „zjechać” z głośnością źródła, bo ten niepozorny maluch naprawdę potrafi ryknąć. W dodatku nawet przy wysokich poziomach głośności nie sposób przyłapać go na jakichkolwiek oznakach przesterowania, czy krzykliwości. Dźwięk cały czas pozostaje czysty i dynamiczny. Basu, co zrozumiałe, jest sporo, ale nie wykazuje on tendencji do zbytniego dudnienia, czy prób zawłaszczania sobie pozostałych podzakresów. Jego rola jest za to nie do przecenienia przy nagraniach, gdzie właśnie podstawy basowej nieco brakuje. Weźmy na to starocie ze ścieżki dźwiękowej do „Hitsville: The Making Of Motown”, które na Audio Pro zabrzmiały tak jak powinny – tłusto i soczyście. Równie miłym zaskoczeniem okazał się odsłuch „Africa Speaks” Santany, gdzie gitara frontmana miała właściwą sobie zadziorność świetnie połączoną ze słodyczą i melodyjnością. Przy okazji odsłuchu tego albumu wyszło jeszcze na jaw, że pomimo rozmieszczenia w obu narożnikach wysokotonówek warto pamiętać, by zajmować miejscówki na ich osi, gdyż już przy 15-20° odchyleniu ilość wysokich tonów i generalnie rozdzielczość przekazu wyraźnie spada. Co prawda sytuację poprawia odsunięcie głośnika od słuchacza, jednak nie zawsze mamy możliwość ustawienia go 3-4 metry od odbiorcy. Kolejna uwaga dotyczy wzięcia sobie do serca zaleceń producenta, by podczas korzystania z transmisji sygnału innej aniżeli Wi-Fi przestawiać znajdujący się na plecach głośnika przełącznik na „Input play”. Możecie mi wierzyć, bądź nie, ale to naprawdę słychać. A właśnie – C5-ka po Wi-Fi gra wybornie – na równi z wejściami liniowymi, a Bluetooth „gubi” nieco planktonu. Dźwięk jest czysty, rozdzielczy i świetnie zdefiniowany, co pozwala wyobrazić sobie całkiem udaną konfigurację, w której ww. jednostka z powodzeniem pełnić może rolę zarówno soundbara (w większości przypadków głośniki we współczesnych odbiornikach TV to kpina), jak i codziennego źródła muzyki granej z popularnych serwisów streamingowych, czy też zgromadzonej na lokalnym NAS-ie. W dodatku dokupienie kolejnej jednostki pozwoli stworzyć z nich bądź to klasyczny – stereofoniczny set, bądź zestaw multiroom i nawet z niedrogim gramofonem w torze cieszyć się brzmieniem „czarnych” płyt nie narażając ich na np. dość mało przyjazne środowisko kuchenne. Audio Pro Addon C5 to świetny przykład na to, w jakim kierunki zmierza konsumenckie audio. Oprócz wygody i łatwości użytkowania mamy bowiem do czynienia z prostą, wtapiającą się w otoczenie formą i praktycznie pełną dowolnością komunikacji. Nie dość bowiem, że do dyspozycji otrzymujemy oba typy transmisji bezprzewodowej i sterowanie głosem (amazon alexa), to w dodatku bez najmniejszego problemu możemy zdecydować się na „fizyczne” połączenie z lokalną siecią Ethernet i przewodowe z odbiornikiem TV, bądź nawet gramofonem a dostarczony sygnał rozpropagować po całym domostwie. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 999 PLN Dane techniczne Moc wzmacniacza: 40 W Digital class D (2x8W + 25W) Przetworniki: 2 x ¾” tekstylne kopułki wyskotonowe + 4” przetwornik basowy Pasmo przenoszenia: 50 – 20.000 Hz Częstotliwość podziału zwrotnicy: 3.800Hz Wejścia: WiFi, Bluetooth V4.0, RCA in and Aux In 3.5mm stereo Wyjścia: Sub output, USB DC OUT /max 5V, 1000mA Łączność bezprzewodowa: WiFi 802.11 b/g/n, 2.4GHz; Bloetooth 4.0 Obsługiwane formaty audio: MP3, WMA, AAC, FLAC, Apple Lossless Wymiary (S x W x G): 250 x 130 x 150 mm
  2. Zobacz cały artykuł
  3. Zobacz cały artykuł
  4. No i w końcu jest. Upragniony i z wytęsknieniem przez calutki rok wypatrywany urlop. Hotel zaklepany, pogoda gwarantowana, wszelakiej maści mazidła o sunfactorze 50, kąpielówki i zestawy ABC do snorkelingu spakowane, więc przynajmniej teoretycznie można ruszać na podbój Morza Czerwonego. Tak przynajmniej mogłaby uważać większość „normalnej” części naszej populacji. Cóż jednak mają począć jednostki w ciężkim stadium uzależnienia od ulubionej a zarazem jakże różnej od serwowanej z hotelowych radiowęzłów muzyki? Wzorem starszego pokolenia zaopatrzyć się we współczesny odpowiednik walkmana (bądź po prostu dowolny smartfon z odpowiednio pojemną kart pamięci) i słuchawki? Oczywiście można, lecz przy temperaturach już o godz. 9-ej rano przekraczających 30°C (i to w cieniu) niespecjalnie takie rozwiązania polecam. Najwidoczniej do podobnych wniosków doszły ekipy kilku popularnych producentów tzw. elektroniki użytkowej, jakiś czas temu sprowadzając do sprzedaży odporne na trudy wakacyjnych wojaży przenośne i zarazem bezprzewodowe głośniki, których bezpośrednio do ciała przytykać nie trzeba. Pamiętacie nad wyraz udane połączenie grającego „termosu” z kolorofonem, czyli JBL Pulse 3? Jeśli nie, to polecam odświeżyć sobie pamięć a jeśli tak, to dzisiaj mam przyjemność przedstawić jego nieco bardziej pod względem designu stonowaną konkurencję, czyli głośnik bluetooth Denon New Envaya. Od razu na wstępie zaznaczę, że moja pryszczata progenitura od ładnych paru lat z powodzeniem i bez jakichkolwiek „ale” eksploatuje nieco zredukowanego pod względem gabarytów protoplastę tytułowego gościa, czyli Envayę Mini, więc jeśli coś istotnego dla postronnego obserwatora tak z walorów użytkowych, jak i brzmieniowych pominę, to serdecznie przepraszam, ale będzie to wynikało nie z mojej złej woli, bądź złośliwości (podobno wrodzonej), lecz najzwyczajniej w świecie z przyzwyczajenia. Warto bowiem wspomnieć, iż Denona charakteryzują budowa i ergonomia na tyle proste i oczywiste, że nawet nigdy nie mając do czynienia z tego typu gadżetami w przysłowiowym mgnieniu oka go okiełznamy. Po pierwsze próżno szukać w nim jakichkolwiek udziwnień i prób łapania potencjalnego klienta za oko kontrowersyjną stylistyką, czy tez krzykliwymi kolorami. O nie. To całkowicie nieabsorbująca, zbliżona do prostopadłościanu, bryła o zaokrąglonych krawędziach o jednolicie czarnej, bądź szaro-czarnej szacie. Większą część korpusu otula estetyczna dzianina maskownicy z centralnie umieszczonym na ścianie frontowej firmowym logotypem. Przyciski odpowiedzialne za włączanie, regulację głośności i obsługę połączeń oraz parowanie zlokalizowano na prawym boku a na spodzie nie zabrakło niewielkich gumowych wypustek zapobiegających przesuwaniu się Denona po płaskich i śliskich powierzchniach. Interfejs audio pod postacią gniazda mini jack ukryto wraz z portem USB (do ładowania) na ściance tylnej pod solidnie uszczelnioną zaślepką. Przed oczami ciekawskich ukryte są również odpowiedzialne za brzmienie trzewia, czyli pracujący w klasie D wzmacniacz o mocy 2x13,5W i dwa 40 mm pełnopasmowe przetworniki wspomagane membraną bierną o rozmiarze 53x135 mm. A teraz najlepsze. Otóż moje uwagi o wzorowej ergonomii nie wzięły się znikąd, gdyż po wyjęciu z pudelka, podczas pierwszego uruchomienia Envaya automatycznie przechodzi w tryb parowania, więc wystarczy wybrać ją z widocznych z poziomu tabletu / smartfonu urządzeń i już. Tzn. prawie już, gdyż Envaya zapewnia nie tyko parowanie ze źródłami, co niezwykle miłe dla audiofilów, znane m.in. z Vify Reykjavik parowanie do klasycznego stereo. Krótko mówiąc wystarczy dokupić drugiego, tytułowego Denona i mieć przenośny „desktopowy” set. Jakby nie patrzeć jedna ¾ - ka (dość luźna wariacja nt. jej wagi) to całkiem niezła zapowiedź imprezy, za to dwie, to już fulllwypas zdolny zapewnić nagłośnienie całkiem niezłej beach party. Nie wierzycie? No to zapraszam na część poświęconą brzmieniu. Tym razem, dzięki uprzejmości Horna – dystrybutora marki, miałem okazję New Envayę przetestować nie tylko w domowym zaciszu, co również plażowo-basenowym entourage’u. Nie oznacza to bynajmniej, że Horn zasponsorował mi dwutygodniową labę w Marsa Alam, lecz wyraził zgodę na przetestowanie będącego obiektem niniejszego testu „batona” w naturalnym, dedykowanym mu środowisku. W końcu jak inaczej zweryfikować zapewnienie producenta o kurzo i wodo-odporności określonych standardem IP67, gwarantującym że Envaya może przybywać 1m pod wodą przez 30 minut bez obawy o jakiekolwiek uszkodzenia. Zacznijmy jednak od początku, czyli od odsłuchów domowych. Tidal HiFi, nieco ponad dwudziestometrowy pokój i … nie tylko „No.6 Collaborations Project” Eda Sheerana, ale i „Hunt” Amarok zabrzmiały z zaskakującą dynamiką i werwą. Co istotne pozornie większy, aniżeli można byłoby się spodziewać po takim maluchu dźwięk nie był nawet w najmniejszym stopniu przekłamany, czy karykaturalny, co już nie raz pokazały wszelakiej maści boomboxy. Oczywiście dało się zauważyć oczywisty efekt „loudness” sprawiający, że skraje pasma nawet przy cichym odsłuchu nie „ginęły”, ale wszystko podporządkowane było zdrowemu rozsądkowi i szerokorozumianej naturalności. Dzięki temu z powodzeniem można było mówić zarówno o soczystości, jak i całkiem przyjemnej rozdzielczości, dających wielce satysfakcjonujący wgląd w nagrania tak popowe, jak i o wiele bardziej złożone prog-rockowe. Co ciekawe, choć o konwencjonalnej stereofonii mowy nie było, lecz słuchając Envay’i z odległości 3, czy też 4 merów zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bowiem oferowany przez nią dźwięk był nad wyraz homogeniczny, spójny i kompletny, a i możliwość wykorzystywania jej w roli zestawu głośnomówiącego świetnie sprawdzała się w praktyce. Zmiana otoczenia na basenowo - plażowe to z jednej strony wydawać by się mogło naturalne środowisko Denona a z drugiej oczywisty brak wspomagania najniższych składowych przez ściany. Jak się jednak miało okazać nawet w takich, typowo plenerowych okolicznościach przyrody, tytułowy „baton” czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie i to niezależnie od tego, czy akurat przyszło mu uprzyjemnić nam czas na basenie, czy dostarczać rozrywki czaplom i krabom przechadzającym się po plaży. Generalnie nawet tak mało egipski repertuar jak „Runaljod – Ragnarok” Wardruny był w stanie dostarczyć masę frajdy podczas niespiesznego „leżakowania” z drinkiem w dłoni. W dodatku nie mniej angażująco wypadł wymagający skupienia album „Sketches Of Spain 50th Anniversary (Legacy Edition)” Miles Davis, którego wcale nie trzeba było słuchać zbyt głośno, gdyż swingujące dęciaki i szeleszczące kastaniety idealnie wkomponowywały się w szum fal i skrzeczenie wodnego ptactwa traktującego plażę i powstałe podczas odpływu mielizny jako codzienny bufet w ofercie all inclusive. Jeśli jednak przychodziła nam ochota na chwilowe szaleństwo przy „Lateralus” TOOL-a, to nawet „rozkręcona” na maxa Envaya dzielnie broniła się przed kapitulacją i nieprzyjemnymi przesterowaniami, czy kompresją Jeśli zatem wybieracie się na w pełni zasłużone wakacje i zarazem niekoniecznie czujecie ekscytację na myśl o dyskotekowych aranżacjach evergreenów Europe, Bon Jovi, czy nawet Franka Sinatry i Elvisa, lepiej zapobiegliwie zaopatrzcie się w Denona New Envaya, dzięki któremu będziecie w stanie stworzyć własną enklawę pulsującą ulubionymi rytmami. Marcin Olszewski Dystrybucja: Horn Cena: 895 PLN (regularna), 699 PLN (w promocji) Dane techniczne: - Bluetooth v. 4.1 - Profil Bluetooth: A2DP/AVRCP/HFP/HSP - Parowanie: do 8 urządzeń - Bezprzewodowe parowanie stereo - Kodek: SBC / AAC / aptX - Moc wyjściowa (znamionowa): 2x13,5 W - Wbudowany wzmacniacz: Klasa-D - Przetworniki: 2x40mm przetworniki pełnozakresowe, 53x135 mm membrana pasywna - Typ baterii: litowo-jonowy (2-komorowy) - Pojemność baterii: 7,2 V 3000 mAh - Czas odtwarzania: do 13 godz. (w zależności od poziomu głośności) - Czas ładowania: 3,5 godz. - Norma odporności na kurz i wodę: IP67 - Wejście AUX: 3,5 mm - Rozmowy telefoniczne: tak - Aktywacja Siri: tak - Wymiary (S x W x G): 209 x 77 x 74 mm - Waga: 0,75 kg - Dołączone akcesoria: pasek do noszenia, płaski przewód Micro USB, instrukcja szybkiego uruchamiania
  5. Pomijając budżet odsłuchy sugerowałbym rozpocząć właśnie od rodzimej (zaskakująco niedocenianej) końcówki Abyssound ASX-2000 i mając taki punkt wyjściowy szukać dalej.
  6. Starsi czytelnicy zapewne pamiętają „Hibernatusa” - świetną komedię z … 1969r. z Louisem de Funèsem. To przeurocza historia Paula Fourniera, który po ponad półwiecznej „hibernacji” w bryle lodu zostaje odmrożony przez sztab lekarzy, a po wybudzeniu umieszczony w „archaicznym” otoczeniu pozwalającym uniknąć mu tzw. szoku cywilizacyjnego. Gdyby powyższą fikcję przenieść w nasze czasy i ową hibernację skrócić do dajmy na to dwudziestu - dwudziestu pięciu lat, to urządzając lokum dla takiego Hibernatusa wcale nie trzeba byłoby sięgać do popularnych serwisów aukcyjnych i sklepów ze starociami, lecz po prostu udać się do jednego z Salonów Top HiFi & Video Design – dystrybutora m.in. japońskiego Rotela. Nie wierzycie? No to w ramach małej retrospekcji zastanówmy się cóż tam ciekawego ćwierć wieku temu można było znaleźć na sklepowych półkach. Z popularnych marek na pewno warto wymienić elektronikę Denona, Sony, Technicsa i Yamahy a bardziej zorientowanych w temacie Hi-Fi audiofilów interesowały również urządzenia Creeka, NAD-a, Audiolaba i będącego dostarczycielem obiektów niniejszego testu, o czym dosłownie za chwilę, Rotela. Patrząc jednak ich obecną ofertę bardzo szybko okaże się iż Denon gruntownie przearanżował własną szatę wzorniczą, Sony skupiło się głównie na telewizorach, Technics usilnie udaje coś, czym nigdy nie był i jedynie Yamaha przypomniała sobie o złotych latach Hi-Fi. Co ciekawe, z pozostałej – audiofilsko ukierunkowanej czwórki, jedynie Rotel pozostał wierny dawnym ideałom i pomimo upływu czasu po prostu robi swoje, pozornie ignorując zmieniające się mody i oczekiwania rynku. Jest to o tyle dziwne, że w dobie wszechobecnego streamingu i prawdziwej hegemonii plików próżno szukać w jego portfolio nie tylko wydawałoby się koniecznych do utrzymania na powierzchni streamerów (tzn. niby jest T14, ale oficjalnie uznawany jest on za … tuner), co nawet niezależnych DAC-ów. Żeby było ciekawiej tytułowy producent w swych materiałach prasowych jawnie zachęca do szukania takowych źródeł wśród … oferty innych wytwórców, wspominając między innymi Sonosa i Apple TV, czy nawet zwykłe komputery. Dziwne? W dzisiejszych czasach z pewnością, lecz patrząc na taką politykę całkowicie z boku - bez emocji, po prostu szczere. I właśnie w takich okolicznościach przyszło nam zmierzyć się z zestawem Rotela w skład którego weszły podstawowy odtwarzacz CD11 i drugi od dołu wzmacniacz zintegrowany A11. Powiedzieć, że 11-ki prezentują się klasycznie to z jednej strony trafić w sedno a z drugiej stosując język potoczny „wpakować się na minę”. Chodzi bowiem o to, iż mając do czynienia ze wzornictwem niejako „przyspawanym” do estetyki lat 90-ych zahaczamy o co najmniej dwa pokolenia odbiorców. Pierwsze – starsze, dla którego owe Rotele jawią się jako synonimy stabilności i ikony zdrowego podejścia do tematu Hi-Fi, gdzie za naprawdę rozsądne kwoty można było nabyć z jednaj stronu pozbawione wodotrysków i skromne, lecz solidnie wykonane i równie dobrze grające urządzenia w stylu ww. Rotela, Creeka czy Audiolaba. I drugie – o owe ćwierćwiecze młodsze, patrzące na ten niezaprzeczalnie minimalistyczny design z nieco „muzealnym” zainteresowaniem. Centralnie umieszczone, jednowierszowe, błękitno-czarne wyświetlacze nadają tytułowemu duetowi spójności, podobnie z resztą jak okupujące lewe narożniki włączniki główne. CD11 pod wyświetlaczem ma szufladę napędu a po prawej przycisk jej otwierania/zamykania i pięć bliźniaczych funkcyjnych. Jego rewers jest równie oszczędny i może poszczycić się jedynie parą (całe szczęście przyjemnie rozsuniętych) wyjść analogowych, cyfrowym wyjściem koaksjalnym, gniazdem RS232, rotel linkiem, triggerem i zasilającym IEC. Wejść cyfrowych, w tym o wydawać by się mogło obowiązkowym USB, brak Wnętrze odtwarzacza może wywołać lekką konsternację, gdyż znajdziemy tam jedynie niepozorną, przymocowaną do ściany tylnej, płytkę drukowaną, mechanizm transportu i pozornie klasyczną sekcję zasilania. Pozornie, gdyż tak naprawdę jest to hybrydowy liniowo-impulsowy układ w którym sekcję sygnałową obsługuje „klasyczne” trafo a pozostałe układy impulsówka. Z istotnych informacji warto nadmienić, iż sercem urządzenia jest kość PCM5102A. Front integry A11 oferuje za to gniazdo słuchawkowe mini jack, selektory wyjść głośnikowych, pięć przycisków dedykowanych poszczególnym wejściom i kolejne trzy odpowiedzialne za obsługę menu. Wyliczankę zamyka pokrętło regulacji głośności. Ścianę tylną dość szczelnie wypełnia pięć par wejść liniowych (w tym phono z dedykowanym zaciskiem uziemienia), wyjście na zewnętrzną końcówkę mocy, świadcząca o przynależności do XXI w. antena Bluetooth, zdublowane terminale głośnikowe, gniazdo magistrali firmowej, interfejsy triggera i RS232, oraz gniazdo zasilania IEC. Od razu w tym miejscu zaznaczę, że wspomniane terminale głośnikowe, choć zakręcane umieszczono na tyle ciasno, że nad wyraz skutecznie zniechęcają do prób z przewodami zakończonymi widłami. Dlatego też zamiast niepotrzebnie się stresować, przy okazji narażając wzmacniacz na zwarcie, sugeruję od razu zdecydować się na przewody zakończone bananami. Dostępna z poziomu tak pilota, jak i menu, wbudowana equalizacja, którą oczywiście można obejść (fabrycznie uaktywniona jest funkcja Bypass), pozwala na standardową regulację ilości wysokich i niskich tonów, oraz wybór jednego z dwóch predefiniowanych profili – Rotel Boost i Rotel Max. Sekcja zasilająca to klasyczne, toroidalne trafo i dwa, osadzone na szczelnie wypełniającym wnętrze zielonym laminacie, dość niepozorne kondensatory o pojemności 6800µF każdy, a w stopniu wyjściowym znajdziemy po parze, przymocowanych do sporych rozmiarów radiatora, komplementarnych tranzystorów bipolarnych A1695/C4468 zdolnych oddać po 50 W przy 8 Ω. W ciągu ostatniego półwiecza (z małym okładem) Rotel zdążył przyzwyczaić swoich odbiorców do własnej szkoły brzmienia. To w telegraficznym skrócie energetyczne, szybkie granie oparte na świetnie kontrolowanym, nieco „żylastym” basie. I tytułowe 11-ki poniekąd wytyczonym przez swoich przodków szlakiem idą. Zanim jednak skupimy się na niuansach natury brzmieniowej pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącej samej kultury pracy obu urządzeń. Otóż przy budżetówce, a właśnie na takich pułapach cenowych dzisiaj operujemy, zwykło się przymykać oko na pewne, uznawane za oczywiste kompromisy. A to, że przynajmniej przy początku skali kanały mogą być nie do końca zrównoważone, przy włączeniu dostajemy mniej, bądź bardziej delikatny strzał w głośniki, bądź tacka transportu wysuwa się jakby cierpiała na ciężki przypadek pląsawicy i lada chwila miała po prostu wypaść. Tymczasem, pomimo w pełni plastikowej konstrukcji, napęd CD11 nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków a A11 nie dość, że jest kompletnie cicha od momentu włączenia również dwoi się i troi, by spełnić pokładane w niej nadzieje. Wracając jednak do walorów sonicznych, wspomniana żylastość basu wcale nie oznacza suchości i anoreksji, lecz wzorową kontrolę najniższych składowych trzymających „krótko przy pysku” nawet lubiące sobie pohasać samopas kolumny. Oczywiście warto mierzyć siły na zamiary i przy doborze kolumn kierować się oprócz serca również resztkami zdrowego rozsądku. Chodzi bowiem o to, iż mając do dyspozycji 50W na kanał, niewielkie trafo i równie skromną baterię kondensatorów nie oczekujmy, że bądź co bądź podstawowa integra Rotela poradzi sobie z pełnopasmowymi, trudnymi do wysterowania kolosami w kilkudziesięciometrowym salonie, bo … nie poradzi. Tym bardziej, że i wynoszący 140 współczynnik tłumienia na to wskazuje. Mając jednak do dyspozycji podstawkowce, bądź niewielkie podłogówki z podobnego zakresu cenowego, a więc o impedancji i skuteczności znacząco bardziej przyjaznych aniżeli przysłowiowy stół bilardowy, oraz kilkunastometrowy pokój szanse na sukces są całkiem spore. W dodatku wcale nie trzeba będzie ograniczać się do studyjnych krążków Diany Krall. Ową zwartość basu bardzo przyjemnie równoważy nasycona i blisko podana średnica, której jednakowoż daleko do lepkiej i przesłodzonej karmelowej masy wylewającej się z głośników. Tutaj również zachowano nie tylko umiar, lecz i zdrowy rozsądek, przez co z powodzeniem możemy mówić o uniwersalności. Wspomniana przed dosłownie chwilą Pani Krall nie próbuje grzmieć przesaturowanym wokalem godnym stuczterdziestokilogramowej solistki chóru baptystów a i obsługiwany przez nią fortepian trzyma się swoich fabrycznych gabarytów. Grunt, że mamy Dinę wyraźnie wyciętą z pierwszego planu a pozostały skład stanowi jej przyjemne uzupełnienie. Nieco inaczej prezentowane są bardziej skomplikowane realizacje w stylu „Epica vs. Attack on Titan Songs” Epica, gdzie co prawda wokal Simone Simons przykuwa uwagę, jednak zarówno growlowe wstawki męskiej części zespołu, jak i dalsze plany też nie są traktowane po macoszemu. Jednak zamiast budować scenę w głąb Rotele co i rusz starają się podkreślać jej wymiar szerokości z dziecinną łatwością wykraczając poza bazę wyznaczoną przez rozstaw kolumn. Góra pasma, jak się z pewnością zdążyliście domyślić, też nie popada w zbytnią eufonię nad wyraz zgrabnie balansując pomiędzy rześkością wczesnowiosennego poranka i jedwabistą gładkością pokrytej rosą równo przystrzyżonej murawy. Mamy zatem świetnie doświetlone i skrzące się bogactwem wybrzmień niuanse, wwiercające się w korę mózgową riffy a jednocześnie udało się konstruktorom uniknąć zbytniego akcentowania wszelakiej maści sybilantów, przez co nawet wielogodzinne odsłuchy nie powodują zmęczenia. Jak sami widzicie, jeśli z czystej ciekawości jeszcze nie posłuchaliście Rotel od ponad połówki dekady uparcie stawia na uniwersalność i solidną inżynierię, gdzie zamiast marnować czas i środki na wodotryski woli skupić się na dźwięku. Niby A11 wyposażono w interface Bluetoooth, ale brak jakiegokolwiek wejścia cyfrowego tak we wzmacniaczu, jak i odtwarzaczu może wywoływać lekką konsternację wśród potencjalnych nabywców. Dlatego też w końcowym podsumowaniu tytułowy zestaw ląduje z oceną cztery plus a nie pięć. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Q Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Ceny: CD11: 2 299 PLN A11: 3 199 PLN Dane techniczne Rotel CD11 Pasmo przenoszenia:20-20,000Hz Zniekształcenia THD:0.005% @ 1kHz Stosunek sygnał/szum:> 125 dB Zakres dynamiki:> 99 dB Zbalansowanie kanałów: ±0.5dB Separacja kanałów: >115dB @ 10kHz Impedancja wyjściowa: 470Ω Napięcie wyjściowe (Coax): 0.5V Pobór mocy (max):15 W Pobór mocy (standby):< 0,5 W Wymiary (S x W x G): 430 x 98 x 314 mm Waga: 5,8 kg Rotel A11 Moc wyjściowa: 2 x 50 W / 8Ω Pasmo przenoszenia: 10Hz - 100kHz, ± 0.5dB Stosunek sygnał/szum: 100 dB Zniekształcenia THD: < 0.03 % Odstęp sygnał/szum: 100dB (wyjścia liniowe), 85dB (Phono) Pobór mocy (max): 160 W Współczynnik tłumienia: 140 Minimalna impedancja głośników: 4Ω Impedancja wejściowa: 47kΩ Impedancja wyjściowa: 470Ω Pobór mocy (standby): < 0.5 W Wymiary (S x W x G): 430 x 93 x 345 mm Waga: 6,85 kg
  7. Zobacz cały artykuł
  8. Choć za słuchawkami mówiąc najoględniej nie przepadam, używam nad wyraz sporadycznie i tak naprawdę sięgam po nie jedynie z konieczności czy też musu wynikającego z tzw. okoliczności przyrody, jednocześnie mam świadomość, iż to właśnie dzięki nim zdecydowanie łatwiej, szybciej i przede wszystkim taniej można osiągnąć iście ekstremalną jakość dźwięku. Niemniej jednak, dziwnym zrządzeniem losu i na przekór logice, uparcie wolę walczyć z materią w systemie stacjonarnym, aniżeli pójść na skróty i za pi razy drzwi 50 kPLN zamknąć temat osiągając audiofilską nirwanę z referencyjnymi nausznikami czule otulającymi moje małżowiny. Całe jednak szczęście zarówno moja Małżonka, jak i pryszczata progenitura, jest podobnie do piszącego te słowa uzależniona od muzyki, przez co zdecydowanie łatwiej nam koegzystować i dzielić się własnymi muzycznymi odkryciami przy użyciu klasycznego – pełnowymiarowego seta. Swoistym wyjątkiem od powyższej reguły są sporadycznie przydarzające się nam (no dobrze, głównie mi) nawet nie tyle późnowieczorne, lecz wręcz nocne sesje i oczywiście obfitujące w dłuższe i krótsze przejazdy/przeloty/rejsy okresy ferii i wakacji. Nie da się bowiem ukryć, że to właśnie wtedy wszelakiej maści PAD-y i wokół/na/do-uszne słuchawki stają się akcesoriami na wagę złota. Podobnie z resztą jak stosowne ładowarki i powerbanki pozwalające utrzymać owe generatory dźwięków wszelakich przy życiu. A gdyby tak, zgodnie z obowiązującą modą, uwolnić się nie tylko od kabli, ale i wiecznie zapodziewających się ładowarek? Okazuje się, że na taki pomysł już ktoś wpadł a dzięki dystrybutorowi - Sieci Salonów Top HiFi & Video Design nausznie mogłem się przekonać jak taka idea sprawdza się w praktyce pod postacią bezprzewodowych słuchawek Audio-Technica ATH-SPORT7TW. Oczywiście ATH-SPORT7TW nie są swoistym perpetuum mobile samoistnie generującym konieczną do ich pracy energię elektryczną z przysłowiowego „niczego”, lecz od czasu do czasu, czyli zgodnie z informacjami udostępnionymi przez producenta, co mniej więcej 3,5h należy je umieścić w firmowym etui, by właśnie tam podładowały wbudowane akumulatory. Co istotne, o ile proces cykl regeneracji od zera do pełna zajmuje 2h, to już zaledwie po 10min można cieszyć się muzyką przez kolejne 45 min. Sama „trumienka” oczywiście tez musi być podpinana pod źródło prądu, jednak po 3h takiego „spa” zapewnia energię na 14h pracy słuchawek. Może i w porównaniu do pełnowymiarowych ATH-SR30BToferujących 70 h pracy na jednym ładowaniu osiągi tytułowych dokanałówek nie wydają się zbyt imponujące, jednak zwróćcie uwagę, iż rozmawiamy właśnie o dokanałówkach i to dokanałówkach całkowicie bezprzewodowych, więc bez jakiegokolwiek łącznika umożliwiającego podwieszenie jakiegoś akumulatorka. Krótko mówiąc projektanci do dyspozycji mieli jedynie nad wyraz ograniczoną przestrzeń w korpusie każdej słuchawki. A właśnie, skoro mowa o ich budowie to o ile podczas trzaskających mrozów na Spitsbergenie, czy Nowosybirsku 7-ek, ze względu na zakres zalecanych temperatur użycia (5°C - 40°C), lepiej z kieszeni nie wyciągać, to w większości bardziej sprzyjających outdoorowej aktywności przypadków powinny sprawdzić się wręcz wyśmienicie. Japończycy zadbali bowiem o to, by były odporne nie tylko na pot (jak widać Sport w nazwie do czegoś zobowiązuje), ale również niesprzyjające warunki pogodowe, w tym również deszcz. Można je też bez baw po prostu umyć pod bieżącą wodą. Kontrolę zapewnia dedykowana aplikacja Audio-Technica Connect a wbudowany mikrofon i dotykowe sterowanie tylko poprawiają ergonomię użytkowania. Słuchawki dostarczane są oczywiście wraz z przewodem USB, wymiennymi wkładkami dousznymi (XS, S, M i L) oraz piankowymi Comply™ (M) z technologią SweatGuard™. Za pewne i stabilne mocowanie odpowiadają również wymienne, specjalne „płetwopodobne” końcówki (XS, S, M i L). Jak to zwykle przy tego typu konstrukcjach bywa przed przystąpieniem do odsłuchów warto poświęcić chwilkę na wybór dopasowanych do naszej fizjonomii gąbek i ww. płetw, bo co jak co, ale niewygodne słuchawki są równie irytujące co niedopasowane obuwie. Całe szczęście z akomodacją ATH-SPORT7TW nie miałem najmniejszych problemów a sam proces przyodziewania ich w stosowne „elementy tapicerowane” przeplatałem poznawaniem firmowej appki, z której to pomocą „pobawiłem się” dostępnymi codecami (SBC i AAC), jak i ustawiłem poziom intensywności systemu Ambient Noise Hear Through, czyli funkcji pozwalającej na słyszenie dźwięków otoczenia. I w tym momencie dochodzimy do właściwej części odsłuchów, przy czym niejako na wstępie chciałbym od razu poinformować, iż pomimo moich wcześniejszych obaw, tytułowe słuchawki nie powodują efektu całkowitej alienacji od „szumu otoczenia” a jedynie znacznie, bo znacznie, ale jednak nie definitywnie go redukują. Ową cechę uznaję za jednoznacznie pozytywną, gdyż widok smartfonowych zombie ze słuchawkami na/w uszach za każdym razem wywołuje u mnie naprzemiennie stany lękowe i ataki furii, gdyż ich, już nie tyle niefrasobliwość, co skrajna głupota stanowi zagrożenie nie tyko dla nich samych, co i pozostałych użytkowników tak chodników, jak i ścieżek rowerowych, czy ulic. Natomiast ATH-SPORT7TW, nawet na maksymalnej głośności (która de facto i tak daleka jest od koncertowych dawek decybeli), zapewniają nam ciągły kontakt z rzeczywistością. Nie da się ponadto ukryć, iż aplikacja japońskich „pchełek” ewidentnie „robi nam dobrze” właśnie poprzez obniżenie docierającego do naszych uszu hałasu. W dodatku dzięki wyprofilowanym i dopasowującym się do naszych małżowin płetwopodobnym „fartuchom” aby w pełni delektować się nawet zwiewnymi frazami muzycznymi wcale nie musimy słuchać ich głośno. I nie są to pobożne życzenia, czy też czysto akademickie dywagacje, lecz wnioski wysnute na podstawie osobistych doświadczeń natury empirycznej podczas codziennych podróży środkami komunikacji miejskiej, czy też przemierzania centrum Warszawy m.in. w godzinach popołudniowego szczytu. W roli materiału testowego najczęściej używałem wtenczas „Wasteland” Riverside, „Hunt” Amaroka i „Runaljod - Ragnarok” Wardruny, na których łkające gitary przeplatały się ze ścianami prog-rockowych riffów, czy rogami w które dęli potomkowie walecznych Wikingów. Dość ciekawa mieszanka, nieprawdaż? Całe szczęście japońskie słuchawki okazały się mało grymaśne i bez najmniejszego problemu odtwarzały ten eklektyczny misz-masz. Nie próbowały też za wszelką cenę złapać słuchacza jakimś wyżyłowanym aspektem za ucho, lecz stawiały raczej na liniowość i wysycenie, aniżeli epatowanie ostrymi jak brzytwa krawędziami, czy też ponadnormatywną rozdzielczością. Oczywiście gradacji planów, czy umiejętności budowania sceny przed, a nie w głowie słuchacza odmówić im nie sposób, ale niezaprzeczalnie daleko im do precyzji laboratoryjnych przyrządów pomiarowych. Bardzo atrakcyjnie prezentowany jest bas, który choć nisko schodzi i ma wielce satysfakcjonujące zróżnicowanie, zachowuje idealną równowagę pomiędzy zbytnim osuszeniem a zaokrągleniem, przez co ani nie jesteśmy skazani na irytujące cykanie, jak i usypiające, monotonne buczenie. Nawet na swoistym ekstremum, czyli industrialnym metalu, który z upodobaniem uprawia na „Metawar” pochodzący z Los Angeles kwintet 3Teeth Audio-Technicom udało się zachować porządek na scenie i dostarczając potężną dawkę energii nie popadać ani w zbytnią zachowawczość ani ofensywność. Co istotne, zachowując konieczną w tym repertuarze szorstkość góra pasma wcale nie okazała się na dłuższą metę męcząca. Oczywiście daleko jej było do gładkości i wyrafinowania naturalnego instrumentarium „Sacrum Mysterium” Apollo's Fire, lecz tu raczej chodziło o dochowanie wierności „prawdzie nagrania” aniżeli piętnowaniu całkowicie nieaudiofilskich dźwięków. Po blisko dwutygodniowym użytkowaniu ATH-SPORT7TW z ulgą muszę przyznać, że szalenie miło mnie te słuchawki zaskoczyły. Audio-Technica wypuściła bowiem na rynek model nie tylko spełniający wszystkie kryteria, jakich oczekujemy po dedykowanych szeroko rozumianej aktywności fizycznej dokanałówkach, jak odporność na warunki atmosferyczne, czy możliwie najwyższy komfort użytkowania, lecz przede wszystkim bardzo dobrze grający. Nie można też pominąć ich funkcji redukującej wszechobecny, wielkomiejski hałas, więc ich używanie wydaje się nie tyle li tylko audiofilskim widzimisię, co wręcz „dobrą praktyką” w ramach szeroko rozumianej dbałości o „higienę akustyczną”, czyli ilości decybeli jakimi katujemy nasze zmysły. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 899 PLN Dane techniczne Średnica przetworników: 5,8 mm Pasmo przenoszenia: 20 - 25,000 Hz Skuteczność: 91 dB/mW Impedancja: 14 Ohm Orientacyjny czas pracy: max. 3,5h (na jednym ładowaniu)+ 14h(z użyciem case-ładowarki); szybkie ładowanie: 10-minut ładowania zapewnia 45 minut odtwarzania Waga: ok.6,4g (obie słuchawki), 64g case-ładowarka Rodzaj mikrofonu: omnipolarny MEMS Pasmo przenoszenia mikrofonu: 100 - 8,000 Hz Czułość mikrofonu: −42 dB(1V/Pa,at1kHz) Czas ładowania: słuchawki - 2h, case – 3h Zalecana temperatura użytkowania: 5°C - 40°C Wersja Bluetooth® : 5.0 Zasięg: ok 10m Metoda modulacji: FHSS Profile Bluetooth® : A2DP, AVRCP, HFP, HSP Obsługiwane codeci: AAC, SBC
  9. Zobacz cały artykuł
  10. Skoro rozmawiamy o rynku wtórnym to: - tranzystor grający jak mocna lampa - ModWright KWI200 - zdecydowanie bardziej "liniowy" T+A PA 2500 R - i niestety przekraczający budżet (chyba, że będzie mega okazja) Pass INT-250
  11. Zobacz cały artykuł
  12. Z dominacją plików na rynkach audio już dawno większość z nas się pogodziła, a ci którzy tego nie zrobili ewidentnie zaklinają rzeczywistość. Chcące się utrzymać na powierzchni sklepy płytowe dwoją się i troją starając się przyciągnąć klientelę bynajmniej nie srebrnymi a winylowymi krążkami, które to coraz częściej zawierają również kody umożliwiające pobranie z serwerów wydawców zdigitalizowanej wersji zakupionego „placka”. Takie czasy. Z drugiej strony proszę popatrzeć na ceny mieszkań, oraz na popularne metraże, które dziwnym zbiegiem okoliczności z dotychczasowych całkiem rozsądnych okolic 50 metrów kwadratowych niebezpiecznie zbliżyły się do … 20. Tak, tak dwudziestu. W końcu wystarczy dorobić do tego odpowiednią marketingową otoczkę, w reklamach posługiwać się podnoszącymi prestiż inwestycji zwrotami w stylu „mikro apartament” i już są chętni. Dlatego też dysponując takim, nad wyraz ograniczonym metrażem i jednocześnie będąc audiofilem / melomanem pliki stają się nie tyle wyborem, co koniecznością, gdyż miejsca na składowanie fizycznych nośników najzwyczajniej w świecie nie ma. A z resztą, nawet mogąc pochwalić się wielkopowierzchniowym locum a jednocześnie nie będąc obsesyjnym fanem Hi-Fi/High-End, lecz po prostu lubiąc otaczać się muzyką, też z pewnością to właśnie pliki staną się oczywistym medium. Nie da się bowiem ukryć, że popularne serwisy streamingowe pozwalają praktycznie bezkosztowo (abonament 10€ na miesiąc można uznać za pomijalny) zbudować w zaledwie kilka godzin potężną, w pełni spersonalizowaną bibliotekę ulubionych nagrań i co ważne również bez dodatkowych nakładów finansowych na bieżąco ją rozbudowywać. A jakby do tego dodać pełną integrację z popularnymi rozwiązaniami domowej automatyki, czy wręcz inteligencji? Robi się ciekawie. Jednak wbrew pozorom tego typu dywagacje i ewentualne próby implementacji we własnych czterech kątach wcale nie wiążą się z jakimiś niebotycznymi kosztami, co w ramach niniejszego testu postaram się udowodnić na podstawie zaskakująco budżetowego urządzenia obecnego od ponad 40 lat na światowych rynkach amerykańskiego producenta Russound. A będzie to przysłowiowe 2w1, czyli zintegrowany z przedwzmacniaczem streamer o symbolu MBX-PRE. Patrząc na motto przewodnie Russound głoszące „Wszystko w zasięgu ręki, nic w zasięgu wzroku” można byłoby się spodziewać urządzenia o nad wyraz surowej aparycji dedykowanego do schowania przed wzrokiem ciekawskich w firmowym racku. Tymczasem MBX-PRE prezentuje się całkiem przyjaźnie. To dość lekkie, plastikowe czarne „pudełeczko” nieco przywodzące na myśl wyrośniętego Auralica Aries Mini, czy też Yamahę WXAD-10, które komunikuje się ze światem zewnętrznym jedynie z pomocą pojedynczej, centralnie umieszczonej na froncie i zmieniającej swój kolor w zależności od statusu pracy urządzenia diody. Całe szczęście producent, dbając o ergonomię, nie zapomniał na przedniej krawędzi umieścić kilku przycisków umożliwiających podstawową obsługę. Do dyspozycji mamy szybki dostęp do dwóch ulubionych źródeł, zatrzymanie / wznowienie odtwarzania i regulację głośności. Ściana tylna prezentuje się równie rozsądnie. Znajdziemy tam port Ethernet, USB (obsługa pamięci masowych), wejście analogowe akceptujące 3,5mm wtyki mini Jack i cyfrowe – optyczne TOSLINK. Wyjścia są dwa – optyczne i para RCA. Wyliczankę zamyka przycisk resetu do ustawień fabrycznych i gniazdo zewnętrznego zasilacza. Może dziwić brak oczywistego wśród „cywilnej” konkurencji wyjścia USB, jednak biorąc pod uwagę fakt, iż MBX-PRE kończy swoją działalność na 24-bit/192kHz niespecjalnie ów fakt bym demonizował. Sam proces konfiguracji przebiega całkowicie bezproblemowo, lecz jest jeden mały „haczyk”. W dodatku haczyk będący bardziej restrykcyjnym rozwinięciem rozwiązania z jakim do tej pory spotkałem się jedynie w integrze Trilogy 925. Otóż urządzenie jest fabrycznie zablokowane i aby je odblokować konieczny jest kontakt z przedstawicielem dystrybutora dysponującym stosownym kodem. Oczywiście w praktyce wygląda to tak, iż cały proces montażu, konfiguracji i pierwsze uruchomienie z reguły bierze na swoje barki ekipa „robiąca” całą domową automatykę / inteligencję, więc użytkownik końcowy może nawet o tym fakcie nie mieć świadomości. Wspominam jednak o tym, gdyż w przypadku Russounda po prostu odpada możliwość „okazyjnego” zakupu poza granicami Polski, bądź z nieautoryzowanego źródła, gdyż każde urządzenie przypisane jest nie tylko do konkretnego obszaru geograficznego, co również do ściśle zdefiniowanego dystrybutora. Krótko mówiąc Russound gra fair w stosunku do swoich regionalnych przedstawicieli niejako dmuchając na zimne a tym samym zapobiegając ewentualnym wzajemnym animozjom. Skoro frontowy interface został zredukowany do niezbędnego minimum zrozumiałym jest, że ciężar obsługi spadł na firmową, dostępną zarówno na iOSa, jak i Androida firmową aplikację My Russound, z poziomu której zyskamy dostęp nie tylko do własnych – zgromadzonych na lokalnych dyskach plików, jak i tzw. „chmury” - serwisów Spotify, Tidal, Deezer, tunein, Pandora, etc. I teraz mała, acz szalenie ułatwiająca – uprzyjemniająca codzienną obsługę funkcjonalność. Otóż „ulubione” zbiory możemy sortować i to nie tylko alfabetycznie, lecz również po dacie wydania - ukazania się albumu i co najważniejsze po dacie dodania do ulubionych! Standard? Moglibyście się zdziwić, ale … nie. A tutaj jest i działa. Jeśli zaś chodzi o oczywistą integrację z systemami Roussounda i innymi popularnymi rozwiązaniami multi-room, to zamiast interpretować, czyli tak naprawdę na nowo wynajdywać koło posłużę się tekstem źródłowym. Otóż „MBX-PRE pozwala na rozszerzenie jednej instalacji aż do 32 obsługiwanych pokoi przy użyciu dowolnej kombinacji pozostałych urządzeń streamujących RUSSOUND z serii MBX. W połączeniu z kontrolerem multiroom Russound możliwe jest stworzenie systemu posiadającego do 8 niezależnych źródeł dźwięku oraz aż do 48 nagłaśnianych pomieszczeń.” Do powyższego dorzuciłbym jeszcze pełną kompatybilność z klawiaturą ścienną Russound XTSPlus i mamy w miarę kompletny obraz sytuacji. Przechodząc do części odsłuchowej prawdę powiedziawszy nie tylko nie miałem bladego pojęcia czego się po MBX-PRE spodziewać, co, przynajmniej świadomie, nigdy z systemami Russounda doświadczenia nie odnotowałem. Dlatego tytułowy plikograj dostał ode mnie przysłowiową „carte blanche”. Biorąc jednak pod uwagę, iż dzięki uprzejmości dystrybutora – krakowsko/warszawskiego Nautilusa otrzymałem egzemplarz gruntownie wygrzany – z kilkutygodniowym przebiegiem, proces akomodacyjno – rozgrzewkowy ograniczyłem do niezbędnego minimum. Kiedy system ochronny minął i żarty się skończyły, zacząłem uważniej analizować to, co „wychodziło” z tytułowego plikograja i ze zdziwieniem odkryłem, że jest to całkiem zgodne z moimi pierwszymi wrażeniami dotyczącymi jego wyglądu. Mamy bowiem nader zgrabne połączenie muzykalności i eufonii wspomnianej Yamahy WXAD-10 z selektywnością i motoryką Auralica Aries Mini pozwalające czerpać radość z odsłuchu pełnego spectrum muzycznych dokonań Homo Sapiens począwszy od minimalistycznego „Seven Days Walking (Day 4)” Ludovico Einaudi na deathmetalowej apokalipsie „I Loved You at Your Darkest” Behemotha skończywszy. Ze względu na dość drastyczną różnicę w cenie porównanie pod względem rozdzielczości, czy też zdolności oddania wszelakiej maści audiofilskich smaczków, z moim dyżurnym transportem Lumina U1 Mini współpracującym z pełniącym funkcję DAC-a Ayonem CD-35 (Preamp + Signature), jednak podpięty bezpośrednio do końcówki mocy, w moim przypadku był to Bryston 4B³, czyli w możliwie zbliżonych do standardowych / spodziewanych warunków pracy MBX-PRE radził sobie nadspodziewanie satysfakcjonująco. Dźwięk był bowiem, używając stereotypowych skojarzeń, na wskroś analogowy i muzykalny a jednocześnie intrygująco angażujący, przez co nie sposób było mu zarzucić tendencji do usypiania słuchaczy, czy też uśredniania reprodukowanego materiału. Na duże uznanie zasługuje przyjemnie wysycona średnica, sugestywnie dopalająca i nieco przybliżająca źródła pozorne, oraz akceptowalnie zaokrąglone i jednocześnie podbite najniższe składowe, które z jednej strony „pomagają” przetwornikom instalacyjnym (ściennym i sufitowym), oraz niewielkim monitorkom a z drugiej – na pełnopasmowych kolumnach, nadają całości „hollywoodzkiego” rozmachu. Tak jak zdążyłem już wspomnieć zarówno wszelakiej maści mikro informacje dotyczące akustyki pomieszczeń, w jakich dokonywano nagrań, jak i swoisty „plankton” – aura otaczająca muzyków, choć obecne, nad wyraz sporadycznie wychodzą na pierwszy plan. Aby je „poczuć”, czy analizować trzeba się nieco bardziej skupić i chociaż mniej więcej wiedzieć, gdzie powinniśmy się ich spodziewać. Nie jest to bynajmniej zarzut z mojej strony a jedynie obserwacja wynikająca tak z roli samego odtwarzacza, jak i systemów w których będzie ją pełnił. Trudno bowiem od tego typu „semi-instalacyjnego” źródła, by kreował purystyczną, holograficzną stereofonię, skoro tuż za nim znajduje się rozbudowana instalacja, którą z kolei wieńczy bezlik ściennych i sufitowych głośników. Za to do codziennego obcowania z muzyką, czy to w „mikro apartamencie”, czy też wielokondygnacyjnym penthousie trudno wyobrazić sobie lepsze rozwiązanie. Choć Russound MBX-PRE przywędrował do nas z segmentu instalacyjnego uczciwie trzeba przyznać, że na tle audiofilskiej konkurencji nie ma się czego wstydzić. Nie dość bowiem, że jest nader rozsądnie wyceniony a ergonomia jego obsługi wydaje się godnym do naśladowania wzorem, za co w lwiej części brawa należą się firmowej appce, to w dodatku po prostu dobrze gra, nawet nie próbując udawać czegoś, czym po prostu nie jest. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Nautiilus Cena: 2 330 PLN Dane techniczne: Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz Wyjścia Audio: Analogowe - Stereo Audio RCA, Cyfrowe optyczne Wyjście Audio liniowe: 2V rms Wejścia Audio: Analogowe 3.5 mm Stereo Audio, Cyfrowe optyczne, USB 2.0 Media Playback Porty komunikacyjne: Ethernet RJ45 10/100 BaseT Wi-Fi: 802.11ac, dual band Wsparcie Bluetooth Audio: Tak Wyjścia trigger: 12 vDC @100 mA Obsługiwane formaty audio: MP3 (CBR, VBR), WAV (8, 16-bit), OGG Vorbis, FLAC (8, 16-bit), AAC, AAC+ (wsparcie do 24-bit/192kHz) Zasilanie: 12 VDC, 1.25 A Wymiary (SxGxW): 21 cm x 17.8 cm x 4.5 cm Waga: 0.45 kg
  13. W tzw. międzyczasie sytuacja uległa zmianie i E.I.C jednak się pojawi ...
  14. Życie zdążyło nas nauczyć, że im większy, znaczy się bardziej imponujący, a zarazem okrągły, jubileusz dany producent pragnie świętować, tym przygotowywana na tę okazję rocznicowa limitacja jest bardziej pektakularna. Dlatego też patrząc na dorobek Austriaków, którzy pod kierownictwem Petera Gansterera zdążyli w ciągu ostatnich trzydziestu lat popełnić tak rozsądnie, przynajmniej jak na High-End, wycenione flagowce jak Liszt, czy też nader odważne jak na swoje czasy, lecz niestety już nieprodukowane Schönbergi można byłoby się spodziewać, że Wiedeńczycy zaszaleją, pojadą po przysłowiowej bandzie i pokażą światu na co ich stać wprowadzając na rynek coś, na widok czego miłośnicy marki zaczną karnie ustawiać się w kolejkę po odbiór, a konkurencja gorączkowo pracować nad kontrofertą. A tymczasem Vienna Acoustics, bo to właśnie o tej manufakturze mowa, ni stąd ni zowąd wykonała swoistą woltę i w ramach ww. jubileuszu przywróciła do życia swojego chyba najpopularniejszego podstawkowca, czyli model Haydn w wersji Jubilee. Patrząc na zdjęcia i mając jako-takie rozeznanie w katalogu Austriaków nietrudno odnieść wrażenie, że Haydny Jubilee to nic innego jak ekshumowana wersja Grand a nie, jak podaje na stronie Sieć Salonów Top HiFi & Video Design – nasz rodzimy dystrybutor marki, Grand SE, gdyż zanim owa, recenzowana zresztą raptem rok temu na naszych łamach inkarnacja ujrzała światło dzienne to Haydn od dawien dawna zakorzeniony był w audiofilskiej świadomości. Czyli de facto nie mamy do czynienia z nowością a czymś w rodzaju powrotu do korzeni i sięgnięciu do protoplasty rodu. Wystarczy z resztą porównać obie wersje, co niejako ułatwił nam sam dystrybutor dostarczając zarówno jubileuszową, jak i „komercyjną” parkę. Jak sami widzicie Jubilee to urocze i niewielkie podstawkowo / regałowe monitorki wykończone eleganckim kruczoczarnym lakierem fortepianowym oparte na klasycznym duecie przetworników w skład którego wchodzi calowa jedwabna kopułka i 5,5” charakterystyczny przeźroczysty mid-wooferek X3P. Maskownica niestety nadal mocowana jest na cienkie kołki, choć przy czarnym froncie ich gniazda aż tak bardzo nie szpecą. Ściana tylna to już elegancja w najlepszym wydaniu. Pojedyncze wyloty kanałów bas refleks zyskały solidne kołnierze mocowane na cztery torxy a i tak i tak cały show „kradnie” ozdobny szyld i nie mniej biżuteryjne solidne, zakręcane terminale głośnikowe. Kwestię dotyczącą takiej a nie innej polityki firmy wyjaśniałem już poprzednio, lecz i tym razem powtórzę, że zdecydowanie lepiej łączyć kolumny pojedynczymi przewodami wyższej klasy, aniżeli silić się na bi-wiring z użyciem przysłowiowych drutów od lampki. Jubilee są przy tym nieznacznie, bo raptem pół centymetra węższe, półtora niższe i centymetr płytsze od Symphonic Edition, co przynajmniej w teorii powinno sprawić, że będą jeszcze lepiej znikały z pomieszczenia odsłuchowego od swojego większego rodzeństwa. Jednak aby to zweryfikować w pierwszej kolejności pozwoliłem sobie na kilkudniowy romans właśnie z Symphonic Edition, by mając je na świeżo w pamięci, czyli nie posiłkując się archiwalnymi notatkami, móc dokonać niemalże bezpośredniego porównania i bratobójczego pojedynku. W tym samym czasie Jubilee grzecznie stały i grały w drugim systemie podpięte pod recenzowanego dwa tygodnie temu Exposure’a XM5 https://www.audiostereo.pl/magazyn/recenzje/recenzje-wzmacniacze/exposure-xm5-r821/ . I w tym momencie od razu przejdę do małej nie tyle dygresji, co czysto użytkowej wskazówki, iż obie wersje to swoiste wampiry energetyczne, więc patrząc na rekomendacje producenta, co do mocy zalecanej amplifikacji, należy skupić się przede wszystkim na ich górnych wartościach i dla świętego spokoju … pomnożyć je co najmniej razy półtora. Serio, serio. Wbrew bowiem obiegowym i wyssanym zapewne z brudnego palca opiniom, prędzej krzywdę kolumnom zrobimy za słabym, aniżeli za mocnym wzmacniaczem, a biorąc pod uwagę, iż Viennny dobrze zaczynają grać dopiero jak dostaną potężny zastrzyk Wattów i Amperów, to długo się nie zastanawiając w roli dedykowanego im wzmocnienia wykorzystałem nie wspomnianego, budżetowego Anglika, lecz swojego dyżurnego, raptem … 300W Brystona 4B³. I to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Po przesiadce z Symphonic Edition na Jubilee jasnym stało się, że nikt w Wiedniu nawet nie próbował naginać praw fizyki, zarazem ścigając się z większym i co widać gołym okiem, lepiej „obdarzonym przez naturę” rodzeństwem. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Mamy do czynienia z mniejszymi kolumnami, zatem i skala, wolumen generowanego przez nie dźwięku jest mniejszy, co jest całkiem naturalne i logiczne, lecz wolę o tym wspomnieć i pisać drukowanymi literami, bo część z czytelników mniej, bądź bardziej podświadomie, oczekuje, że za nieco mniejszą kwotę przy kasie otrzyma (prawie) to samo co za większy i dziwnym zbiegiem okoliczności droższy model. I … mają całkiem sporo racji, o ile tylko przyjmą do wiadomości, oraz przyswoją, iż owe „prawie” naprawdę jest słyszalne. Skoro zatem pogodziliśmy się z faktem, że mniejsze kolumny nie są w stanie zagrać z potęgą większych, to teraz powinno pójść nam zdecydowanie łatwiej. Mamy bowiem zachowany właściwy Viennom eufoniczno – karmelowy charakter średnicy, lśniące wysokie tony i przyjemnie zaokrąglony, acz nieprzesadzony bas. I to właśnie od owego basu zacznę, gdyż o ile tylko nie oczekujemy subsonicznych pomruków rodem z „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, to nawet w moim dwudziestometrowym pokoju odstawione na osiemdziesiąt centymetrów – metr od tylnej ściany kolumienki bynajmniej nie cierpiały na niedobór odpowiedniego wypełnienia, tak na dole, jak i na przełomie ze średnicą. Co istotne z ww. amplifikacją udało się, nie tyle mi, co konstruktorom, uniknąć słyszalnej w Symphonic Edition „górki” na owym przełomie, więc tak po prawdzie Jubilee wypadły pod tym względem bardziej liniowo. Fenomenalnie zabrzmiał zbiorczy album „The Godfather Trilogy” Nino Roty, gdzie leniwa „włoska” symfonika miała odpowiednie wypełnienie, co nie mniej ważne soczystą barwę, a całości nie sposób było odmówić urzekającego romantyzmu. Zamiast bowiem dzielić włos na czworo i każdy z podzakresów poddawać odrębnej analizie małe Viennny postawiły na muzykalność i właśnie koherentność, przez co na spektakl muzyczny patrzyliśmy właśnie jak na nierozerwalną całość, a nie zlepek przypadkowych dźwięków. Nie oznacza to bynajmniej, że w przypływie nagłej chęci nie bylibyśmy w stanie dokonać szybkiej inspekcji formy poszczególnych sekcji orkiestry, tylko czemuż mielibyśmy to robić. W końcu idąc na koncert nad wyraz rzadko zabieramy ze sobą lornetkę, by bacznie przyglądać się zasiadającym w orkiestronie muzykom. W tym momencie młodzież może poczuć się lekko skonfundowana, gdyż akurat ona na koncerty nie rusza się bez smartfonów, w które uparcie wpatruje się, zamiast w to, co dzieje się na scenie. Chciałbym jednak zaznaczyć, iż akurat w tym wypadku mowa jest o muzyce ze względu na swą wysublimowaną formę spokojnie mogącej uchodzić za klasyczną, a nie o komercyjnym wytworze w stylu dajmy na to Nicki Minaj, której głównym, niemalże przysłaniającym słońce, atutem jest ta część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i przy zakręcie zachodzi na przynajmniej półtora metra. Krótko mówiąc nie tędy droga, co z resztą potwierdziły próby z jej „dziełem” o nad wyraz skromnym tytule „Queen”. Niestety pomimo najszczerszych chęci ani mi, ani tym bardziej tytułowym kolumnom, nie udało się z tego wydawnictwa uzyskać nawet krztyny czegoś, co mogłoby zasługiwać na miano muzyki. Dlatego też warto mieć na uwadze co i w jakiej jakości Viennom serwujemy, gdyż nawet one mają swoją tolerancję na mizerię i potrafią dać nam nad wyraz jasno do zrozumienia, że z takiej mąki chleba nie będzie. Vienna Acoustics Haydn Jubilee to, jak zwykle u Austriaków, przepięknie wykonane kolumny o ponadprzeciętnej muzykalności a jednocześnie ukłon w kierunku posiadaczy niewielkich pomieszczeń. Grają niezaprzeczalnie słodko, z firmową manierą przedstawiania kreowanej rzeczywistości w lekko podkolorowanych barwach. Krótko mówiąc grają tak, jak stare dobre Vienny. I trudno, żeby tak nie grały, skoro powstały na bazie projektu, jaki sprawdza się od … trzydziestu lat. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 5 998 PLN / para Dane techniczne Rekomendowana moc wzmacniacza / Nominalna moc wejściowa: 30 - 180 W Przetwornik średniotonowy: 5,5" X3P Przetwornik wysokotonowy: 1" kopułka jedwabna Pasmo przenoszenia: 45 - 20 000 Hz Skuteczność: 88 dB Impedancja: 6 Ω Wymiary (S x W x G): 170 x 345 x 255 mm Waga: 8,5 kg/szt.
  15. Zobacz cały artykuł
  16. O ile początkowy, spowodowany renesansem czarnej płyty, wysyp budżetowych gramofonów nie wzbudził mojego większego entuzjazmu, to po ustabilizowaniu się sytuacji na rynku obraz przedstawia się zdecydowanie ciekawiej. Po prostu, to co od lat zalegało w firmowych magazynach albo trafiło na hipermarketowe półki i poszło w świat w ramach którejś z „mega” promocji albo, co równie prawdopodobne, uległo samoistnej biodegradacji. W końcu sami producenci zrozumieli, że więcej amatorów takich odgrzewanych kotletów raczej nie upolują i wzięli się do roboty, opracowując nowe propozycje. W dodatku, patrząc na to, co dzieje się na rynku mediów cyfrowych wyczuli koniunkturę aplikując oprócz wbudowanych przedwzmacniaczy gramofonowych również moduły ADC (to taka odwrotność DACa, czyli układ umożliwiający digitalizację sygnału analogowego), co mieliśmy okazję poznać podczas testu Denona DP-450USB a nawet łączność bezprzewodową – jak np. Audio-Technica AT-LP60BT. A właśnie, skoro wspomnieliśmy tego japońskiego wytwórcę, to po w pełni zautomatyzowanym i na wskroś plastikowym modelu AT-LP3 przyszła kolej na wyższą i zarazem zdecydowanie bardziej minimalistyczną konstrukcję, czyli AT-LPW40WN. Powiem szczerze, że od dłuższego czasu, za każdym razem, gdy trafia do mnie jakiś budżetowy gramofon coraz lepiej jestem w stanie zrozumieć entuzjastów i fanów właśnie takich – możliwie prostych i zarazem przystępnych cenowo rozwiązań. O ile bowiem w zaawansowanym Hi-Fi, o High-Endzie nawet nie wspominając, w celu złożenia i precyzyjnej kalibracji gramofonu najlepiej zarezerwować sobie (długi) weekend, bądź wręcz wziąć urlop, zaopatrzyć się w multum wszelakiej maści instrumentów, szablonów, wag i co tylko ludzkość do tej pory w domenie analogowej wymyśliła, o tyle startowe pozycje cenników okupują modele nad wyraz bliskie idei plug’n’play, w przypadku których wypakowanie, montaż, kalibracja i uruchomienie nie zajmują dłużej niż … kwadrans. Serio, serio. W większości przypadków zostaje jeszcze chwila na remanent posiadanej płytoteki. Podobnie było i z naszym dzisiejszym bohaterem. Wysmyknięcie całości z kartonu to był moment, podobnie szybko poszło poodklejanie i powysmykiwanie całej drobnicy z dedykowanych jej komór w styropianowych, ochronnych wytłoczkach, ułożenie wszystkiego na stole i przystąpienie do równie nieabsorbującego procesu złożenia. No to po kolei. Plinta jest do bólu klasycznym uosobieniem tradycji, czyli prostą płytą MDF w całkiem estetycznej okleinie imitującej drewno orzecha, której całe szczęście nikt nie wpadł na pomysł, żeby polakierować na wysoki połysk, dzięki czemu nie widać na niej kurzu, obecność którego i tak ogranicza znajdująca się w komplecie pokrywa. Zintegrowany z selektorem obrotów (33 1/3 i 45 RPM) włącznik główny skromnie przycupnął w lewym rogu. Całość usadowiona jest na dość symbolicznych czterech nóżkach z tworzywa sztucznego. Silnik jest wbudowany w plintę a oś jego wrzeciona, na które zakładamy płaski gumowy pasek napędowy, chowa cię pod powierzchnią talerza. Sam talerz to dość lekki, aluminiowy odlew ciśnieniowy, z dwoma otworami umożliwiającymi założenie ww. paska na oś silnika, którego masę (talerza, nie silnika) znacznie zwiększa, a przy okazji skutecznie niweluje ewentualne rezonanse, gruba a co za tym idzie również ciężka gumowa mata. Warto zwrócić uwagę na ramię, które zamiast ze spodziewanego na tym pułapie aluminium wykonano z włókna węglowego. Headshell AT-HS4 jest oczywiście zdejmowany, a owa oczywistość niesie ze sobą niewątpliwą zaletę dla szczęśliwego nabywcy wynikającą z faktu, iż już w fabryce montuje się na nim wkładkę MM (z ruchomym magnesem) AT-VM95E z igłą o szlifie eliptycznym. Siłę antyskatingu ustawia się wygodnym pokrętłem a winda ramienia, dzięki hydraulicznemu zawieszeniu działa nad wyraz płynnie, dystyngowanie umieszczając wkładkę na powierzchni płyty, oszczędzając tym samym słuchaczom nieprzyjemnego uderzenia w głośnikach. Gramofon posiada wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy, który oczywiście można wyłączyć w sytuacji, gdy zdecydujemy się skorzystać z zewnętrznego – wyższej klasy phonostage’a. No dobrze, skoro wszystko (znaczy się prawie wszystko, gdyż ze względu na chęć nieopalcowania pokrywy leżakowała ona w kartonie) zostało złożone w pozornie sensowną całość najwyższy czas zająć się odsłuchami. Zanim jednak ów właściwy moment nadszedł, z racji fabrycznej nowości dostarczonego przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design egzemplarza, przez blisko dwa dni, o ile tylko okoliczności temu sprzyjały, mozolnie wygrzewałem wkładkę używając w tym celu specjalnie przeznaczonej do brzydko mówiąc „zajechania” stareńkiej płyty węgierskiej Omegi. Po takiej rozgrzewce taryfa ulgowa się skończyła i … na talerzu wylądował album „Children Of Sanchez” Chucka Mangione, wyszedłem bowiem z założenia, że jeśli uzbrojony w nową wersję bądź co bądź niedrogiej a zarazem popularnej 95-ki, gramofon poradzi sobie ze sporym składem, smyczkami, gitarami, blachami i dęciakami, to dalej już powinno pójść z górki. I rzeczywiście poszło, choć „dzieci” pomimo swojej dwupłytowej formy zagrały u mnie nie raz, a dwa razy pod rząd. Po prostu nie dość, że wszystko było na swoim miejscu, to jeszcze całość brzmiała po prostu dobrze. Była dynamika, nasycenie i jak na tak niedrogą konstrukcję zaskakująca rozdzielczość. Oczywiście kompletnym bezsensem byłoby porównanie poszczególnych aspektów z tym, co na co dzień zapewnia mi dyżurna, uzbrojona w 10-kę Dynavectora Kuzma, bo to zupełnie inne przedziały cenowe i zupełnie inny poziom oczekiwań, lecz tu chodzi o sam fakt intensywności doznań i wrażenia natury estetycznej, czyli czy coś się komuś podoba, czy nie. W końcu nic nie stoi na przeszkodzie by „lubić” zarówno Nissana Qube, jak i GTR-a, prawda? I tak właśnie jest z AT-LPW40WN, którego granie i pomysł na dźwięk po prostu mogą się podobać i mi, dziwnym zbiegiem okoliczności, właśnie przypadły do gustu. Nawet perkusyjno – dęta miniatura, czyli „Pilgrimage (Pt. I)” nie zbiła japońskiego gramofonu z tropu. Góra pasma miała właściwą siłę rażenia a perkusyjne solówki nie tylko wgniatały słuchaczy w fotel, co okazały się świetnym sposobem na odkurzenie membran głośników. Przesiadka na przesiąknięty orientem prog-rockowy „Hiraeth” Lion Shepherd również z założenia nie miała być leniwym spacerkiem po deptaku, tylko kolejnym dość wymagającym sprawdzianem możliwości naszego pacjenta. Nie dość bowiem, że pełno tam niezwykle gęsto tkanych gitarowych pasaży przesterowanych gitar, to pojawiają się „problematyczne” Hammondy Radosława Kordowskiego a i santur Jahira Azim Irani’ego nie zawsze potrafi okazać się litościwy dla góry reprodukowanego pasma. Całe szczęście zaobserwowana przy Mangione „maniera” skupiania się na średnicy i dopełnianie jej nieprzesadzonymi skrajami pasma również i w tym przypadku zdała egzamin. Nie znaczy to wcale, że riffy po opuszczeniu strefy komfortu były brutalnie cięte i gaszone, lecz o pewną natywna gładkość i słodycz, tonizujące ewentualną ofensywność owego pasma. Podobnie jest z basowym fundamentem, który z jednej strony daje solidny fundament do gęstych aranżacji i symfonicznych tutti a jednocześnie jest kreślony nieco grubszą kreską, przez to nie jest tak zróżnicowany jak z wyższej klasy wkładek i transportów. Cały czas proszę jednak pamiętać o pułapie cenowym na jakim się poruszamy i zbytnio nie marudzić, bądź jeśli podpasuje nam styl 40-ki zawsze można pokusić się o zmianę wkładki na wyższy model. Choć z tym przynajmniej na początku zbytnio bym się nie spieszył, gdyż wystarczy jeden ruch przełącznikiem na tylnej ściance gramofonu, użycie zewnętrznego, lepszego phonostage’a i … wszystkie powyższe uwagi dotyczące swoistego uproszczenia przekazu mogą niejako z automatu iść w zapomnienie. Tak, tak. Inwestycja w porządne phono wciąga tytułowa Audio-Technicę na zupełnie inny, oczywiście wyższy poziom wyrafinowania. Rozciągnięciu podlega reprodukowane pasmo a i generowana scena zyskuje na swobodzie, oraz bardziej precyzyjnej gradacji planów. Krótko mówiąc jest potencjał, tylko trzeba wiedzieć jak go odkryć a potem uwolnić. Audio-Technica AT-LPW40WN to kolejny przykład postępu jaki dokonał się w ciągu ostatnich kilku lat w segmencie budżetowych gramofonów. Wszechobecne plastiki ustąpiły miejsca klasycznym, znanym z droższych modeli, rozwiązaniom w postaci plint z MDF-u, czy ramion z włókna węglowego. W dodatku udało zachować się prostotę i intuicyjność obsługi, które tylko potęgują w pełni pozytywne wrażenia natury dźwiękowej. Bowiem AT-LPW40WN nie tylko świetnie wygląda, ale i równie dobrze gra, co powinno być wystarczającą zachętą do tego, by właśnie od niego rozpocząć swoją przygodę z płytami winylowymi. Marcin Olszewski Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 1 749 PLN System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30; Vienna Acoustics Haydn Jubilee – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dane techniczne Napęd: paskowy Mechanizm: manualny Silnik: DC Dostępne prędkości: 33-1/3 RPM, 45 RPM Nierównomierność obrotów: < 0.15 % WRMS (33 RPM) @ 3 kHz Odstęp sygnał/szum: > 60 dB Sygnał wyjściowy: - Pre-amp: ""PHONO"": 4.0 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec - Pre-amp ""LINE"": 200 mV @ 1 kHz, 5 cm/sec Wzmocnienie (gain) przedwzmacniacza: 35 dB, zgodne z korekcją RIAA Pobór mocy: 1 W Wymiary (W x S x G): 117 x 420 x 340 mm Waga: 5.0 kg Ramię Długość efektywna: 223.6 mm Overhang: 18.6 mm Maximum Tracking Error Angle: < 2 stopni Zakres Anty-skatingu: 0-3 g Headshell Model: AT-HS4BK Waga: 8.5 g Wkładka Model: AT-VM95E Typ: VM Dual Magnet Napięcie wyjściowe: 4 mV (@ 1.5 kHz, 5cm/sec) Nacisk wkładki: 1.8 - 2.2 g (standard 2.0 g) Szlif igły: Eliptyczny Wymiary igły: 0.3 x 0.7 mil Rekomendowana impedancja: 47,000 Ω Waga: 6.1 g Zamienniki igły: AT-VMN95E, wszystkie z serii VM95
  17. Zobacz cały artykuł
  18. O fakcie, że otaczający nas świat pędzi bez opamiętania nikomu nie trzeba przypominać, bo to oczywista oczywistość. Dlatego też mając świadomość niemożności ogarnięcia wszystkich jego aspektów każdy, no dobrze – większość z nas, ogranicza kontrolowany obszar do własnych zainteresowań i dziedzin mających większy, bądź mniejszy wpływ na naszą codzienną egzystencję. Nie czas jednak i nie miejsce na jakieś głębsze egzystencjalno – filozoficzne dywagacje, gdyż wbrew pozorom, za to zgodnie z tematyką naszego portalu warto byłoby skupić się na szerokorozumianej tematyce audio. I właśnie z racji łączących nas zainteresowań wydawać by się mogło, że jako tako kontrolujemy to, co na „naszym podwórku” się dzieje. Trzymamy rękę na pulsie, śledzimy dystrybutorskie roszady, w pamięć zapadają nam informacje o trafiających na rynek nowościach, organizowanych eventach i generalnie jesteśmy w temacie. Takie miałem, przynajmniej do niedawna, przekonanie, które dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się może nie tyle błędne, co po prostu niepełne. Wyszło bowiem na to, iż mimo najszczerszych chęci i de facto z racji dokonywanych testów, reportaży etc., czyli bycia częścią szerokorozumianej „branży” i tak i tak nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć i jeszcze o tym pamiętać. Chodzi bowiem o fakt, iż niejako tuż pod moim nosem, pozornie stateczna, działająca od 1974 r. marka Exposure postanowiła jakiś czas temu (w styczniu 2017r.) nieco zaszaleć z rozmiarówką i „pełnowymiarowe” portfolio rozszerzyć o segment może nie mikro, ale coś na kształt mini, czyli serię XM, a mi najzwyczajniej w świecie ów fakt umknął. Krótko mówiąc – nadrabiając tym samym „zaległości”, uprzejmie donoszę wszystkim podobnie jak ja niedoinforowanym, iż obok dotychczas posiadających ugruntowaną pozycję na rynku i w konsumenckiej świadomości urządzeń z serii 1010, 2010S2, 3010S2, 5010 i topowej MCX zaczęło swój żywot pięć uroczych „maluchów”: przedwzmacniacz gramofonowy XM3, wzmacniacz zintegrowany XM5, przedwzmacniacz XM7, monobloki XM9 i wzmacniacz słuchawkowy XM HP. I właśnie z tej wesołej gromadki, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, udało nam się wyłuskać bohatera dzisiejszego spotkania, czyli integrę Exposure XM5. Choć już na wstępie dystrybutor sugeruje, iż ze względu na gabaryty seria XM predystynowana jest do egzystencji w … kuchniach i sypialniach osobiście sugerowałbym jednak zbytnio nie łączyć postury dzisiejszego bohatera z jego faktycznymi możliwościami i funkcjonalnością, gdyż nie dość, że zrobimy krzywdę jemu, to i sobie przy okazji. Nie wierzycie? Cóż, Wasza sprawa. Prawda jest jednak taka, że XM5 to tak naprawdę ściśnięty do granic możliwości „składak” (może to i niezbyt poważne określenie, ale i tak lepsze od nieco makabrycznego „Frankensteina”) powstały z trzewi swojego starszego – pełnowymiarowego rodzeństwa. Otóż sekcja przedwzmacniacza i końcówki mocy pochodzi z integry 2010S2 (klasyczna klasa AB na tranzystorach Toshiby a nie żaden „proekologiczny” D-klasowy OEM) , a sekcja cyfrowa z DAC-iem z 2010S2 DSD. Po prostu zamiast w standardowej obudowie sprzedawać „audiofilskie powietrze” ekipa Exposure’a w korpusie o połowie standardowej szerokości, oczywiście wykorzystując piętrowy montaż, upakowała w nim, niczym PKP podróżnych w pierwszych, zgodnie z odwieczną tradycją przykrótkich pociągach nad morze, wszystkie konieczne płytki i co szalenie cieszy również klasyczny 200VA toroid. W dodatku wykorzystując do maksimum dostępną przestrzeń udało się zachować praktycznie pełną funkcjonalność „dużych” modeli oferując nie tylko obowiązkową w dzisiejszych czasach, nad wyraz rozbudowaną, opartą na kości DAC-a Wolfson 8742, lecz i będące miłym dodatkiem wejście phono MM a nawet przelotkę dedykowaną zewnętrznym procesorom A/V. Jedynym, i to wyłącznie pozornym, zgrzytem wydawać się mogą terminale głośnikowe, a dokładnie … ich brak. Chodzi bowiem o to, iż zamiast standardowych, zakręcanych gniazd w XM5-ce mamy li tylko cztery otworki akceptujące wyłącznie przewody zakonfekcjonowane wtykami bananowymi i BFA. Kiepsko? Niekoniecznie. Raczej mądrze i zapobiegliwie, bowiem patrząc na ilość miejsca, a dokładnie bliskość owych gniazd, próby z przewodami zakończonymi widłami, bądź nie daj Boże „gołymi” plecionkami, tak pi razy drzwi w 99,9% przypadków kończyłyby się … zwarciem. A tak, implementujemy wtyki w otworki i mamy spokój, wręcz święty spokój. Skoro opis wrażeń natury organoleptycznej zacząłem od trzewi i „zakrystii” to chciał, nie chciał, kontynuując ten wątek pozwolę sobie jedynie doprecyzować, iż oprócz wspomnianych „otworów” głośnikowych znajdziemy tam dominującą nad domena analogową sekcję interfejsów cyfrowych w składzie USB, dwa BNC i dwa optyczne a jeśli chodzi o analog, to do dyspozycji mamy wspomniane dosłownie przed chwilą wejście phono (MM) z zaciskiem uziemienia, standardowe liniowe, przelotkę, będąca ukłonem w kierunku miłośników kina domowego i wyjście na zewnętrzną końcówkę. Wszystkie terminale to oczywiście standardowe, złocone RCA. Całość dopełnia zintegrowany z bezpiecznikiem zasilające gniazdo IEC. Za to front integry, mówiąc wprost, uchodzić może za klasykę gatunku – to solidny płat szczotkowanego aluminium, czyli zero udziwnień i czysta ergonomia rodem z najlepszych lat Hi-Fi. Włącznik główny umieszczono po lewej stronie, w centrum osiem niewielkich diod informujących o aktywnym wejściu, dwa przełączniki owych wejść, a po prawej masywne pokrętło głośności (pochwalić trzeba obecność diody ułatwiającej orientację podczas wieczorno-nocnych odsłuchów) i czujnik IR. Również znajdujący się w komplecie systemowy pilot zdalnego sterowania wydaje się pochodzić z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdyż jest to do bólu klasyczny, plastikowy OEM, którego główną zaletą jest to, że działa. Całe szczęście redukcja gabarytów nie znalazła odzwierciedlenia w brzmieniu XM5-ki, gdyż nadal mamy do czynienia ze starym, dobrym Exposurem, w którym deklarowaną moc należy traktować dokładnie tak, jak daleko nie szukając w Naimie. Ona jest autentycznie wystarczająca do prawidłowego wysterowania większości dostępnych na rynku kolumn. Po prostu wpinamy go w tor, włączamy i gra muzyka. I gra tak, że kapcie spadają. Dlatego też dziwić nie powinna obecność przelotki do zewnętrznego procesora kina domowego, gdyż pomimo pozornie mało imponującej mocy 60W na kanał, XM5 bez najmniejszych problemów wręcz zmasakruje większość wielokanałowych amplitunerów chełpiących się i dwukrotnie większa mocą. Tutaj nie ma miejsca ani na marketingową ściemę, ani na zbytnio, że się tak wyrażę „niefrasobliwe” podejście do tematu. Tytułowa integra jasno dając do zrozumienia, że to rasowe Hi-Fi a nie jakieś Wi-Fi i nie daj Boże Bluetooth, muzyczka z głośniczka, lub smartfonu, stawia na jedynie słuszny sposób transmisji – po kablu. Czemu to wszystko piszę? Dlatego, że XM5 pomimo akceptacji „gęstych” sygnałów cyfrowych jest niezaprzeczalnie na wskroś analogowym bytem. Niezależnie bowiem, czy dostarczymy mu sygnał z gramofonu, po wejściach analogowych, czy cyfrowych i tak i tak całość będzie charakteryzowała firmowa soczystość i nieskrępowana dynamika przy jednoczesnym zachowaniu umiaru, czy pamięci o kontrolowaniu aspektu rozdzielczości. To równe, choć dalekie od asekurantyzmu i nudy granie pozwalające cieszyć się praktycznie dowolnym repertuarem. Zamiast jednak Exposure’owi oswoić się z nowym otoczeniem i spokojnie zaakomodować zaserwowałem mu iście szatańską miksturę złożoną z „Humanicide” DEATH ANGEL i „The Fat Of The Land” The Prodigy, czyli z jednej strony opętańcze zawodzenie , ściana gitarowych riffów i bliskie apopleksji wyczyny perkusisty a z drugiej szorująca basem po dnie piekieł elektronika. Nie po audiofilsku? Nie wątpię, jednak właśnie przy takich ekstremach od razu słychać, czy wzmacniacz mówiąc potocznie „się wyrabia”, czy też zaprojektowany został jedynie do reprodukcji nudnych jak flaki z olejem coverów z „bezpiecznych” – wystawowych samplerów. A Exposure wyrabiał się bez najmniejszych oznak zadyszki, czy nawet przyspieszonego tętna. Co ciekawe nad wyraz udanie połączył selektywność, rozdzielczość góry i wyższej średnicy z nasyceniem średnicy i lekkim zaokrągleniem dołu. W jego wykonaniu wszelakiej maści mikrodetale, szelesty i cały plankton przekazujący informacje o akustyce w jakiej dokonywano nagrań są po prostu obecne a jednocześnie nie jesteśmy automatycznie skazani na zbytnią ofensywność, czy granulację. Z kolei wokale i wszystkie wydarzenia rozgrywające się na średnicy dostają dodatkową porcję soczystości i wysycenia, przez co z łatwością można zrozumieć, czemu część użytkowników urządzeń angielskiej marki porównuje je do „lamp na sterydach”. Podobnie jest z efektami przestrzennymi. Wystarczy tylko włączyć króciutki „Whispers from an Angel”, bądź jeszcze lepiej najnowszy „Spaces” Yosi’ego Horikawy, by na własne uszy przekonać się, że znikać z pokoju potrafią nie tylko niewielkie monitory, ale i słusznych rozmiarów podłogówki. W dodatku swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca sam sposób kreowania sceny, która rozpoczyna się nieco za linią kolumn i ma całkiem satysfakcjonującą głębokość. I jeszcze słowo o phonostage’u i sekcji cyfrowej. Otóż o ile po wbudowanym przedwzmacniaczu gramofonowym próżno spodziewać się jakiś fajerwerków, to do większości podstawowych modeli Audio-Technici, Pro-Jecta, czy Teaca będzie aż nadto wystarczający. Stara się bowiem wycisnąć jak najwięcej „soku” ze średnicy oszczędzając słuchaczom zbyt intensywnego „smażenia” w górze pasma nawet ze starych, już sfatygowanych, bądź niezbyt troskliwie wydanych nowych tłoczeń. Za to DAC, to nieco inna para kaloszy. Wejścia BNC i optyczne zagospodarowane z pewnością zostaną przez wszelakiej maści dekodery, konsole i cienkie jak opłatek odbiorniki TV, więc przyrost jakości w stosunku do tego, co posiadają na pokładzie będzie wręcz kolosalny a prawdziwym „języczkiem uwagi” będzie port USB. I tutaj dochodzimy do sedna, gdyż XM5 hołduje zapomnianej przez co poniektórych konsumentów zasadzie mówiącej (w cenzuralnej wersji), że w zależności od tego, co dostarczymy na wejściu, taką też jakość otrzymamy na wyjściu. W związku z tym podpinając 5-kę byle jakim, np. pozostałym po drukarce przewodem i grając z internetowych rozgłośni o podłej transmisji, bądź stratnego streamingu taką a nie inną jakość, a raczej jej brak usłyszymy. Przesiadając się jednak na gęste pliki, Tidal HiFi/Master i z odpowiednią atencja traktując kwestie połączeń efekty będą bardziej niż zadowalające. Jednak w tym momencie sugerowałbym pójść o krok dalej i zamiast grania z komputera postawić nawet na Auralica Mini, lub któregoś z plikograjów Yamahy z rodziny MusicCast. Będzie nie tylko prościej, ale i przede wszystkim lepiej. Podsumowując dzisiejsze spotkanie z niepozorną integrą Exposure XM5 warto mieć świadomość, że cały czas mamy do czynienia z klasycznym angielskim Hi-Fi, w którym liczy się nie tylko wierność przekazu, co również przyjemność obcowania z ulubioną muzyką. Ponadto pod pozornie ortodoksyjną formą udało się producentowi przemycić większość współczesnych udogodnień w postaci zarówno nad wyraz rozbudowanej sekcji cyfrowej, jak i ukłonu w kierunku fanów analogu, miłośników kina domowego a na przyszłość zostawiając również furtkę do dalszej rozbudowy o mocniejsze końcówki mocy. Krótko mówiąc zamiast szokować wodotryskami i designem Anglicy postawili na brzmienie i ergonomię i za to należą im się w pełni zasłużone komplementy, co też niniejszym czynię. Marcin Olszewski Dystrybucja: Rafko Cena: 6 490 PLN System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus – DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0 – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Audio-Technica AT-LPW40WN – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30; Vienna Acoustics Haydn Jubilee – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Blue – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dane techniczne Moc wyjściowa: 2 x 60 W/8 Ω Zniekształcenia THD : <0.01% @ 1KHz Pasmo przenoszenia: 20Hz - 20KHz +/- 0.5dB Separacja kanałów: >60dB @ 1KHz Napięcie wejściowe MM: 2.5mV Impedancja wejściowa MM: 47.000 Ω Czułość wejścia: 350 mV Impedancja wejściowa: 14.000 Ω Wejścia analogowe: aux/phono (MM),liniowe - para RCA, AV Wyjścia analogowe: pre-out - para RCA Wejścia cyfrowe: USB (PCM 192KHz @ 16-24 bit, DSD64), 2 x Coax, 2 x BNC (32 - 192KHz @ 16-24 bit) Zużycie energii: 200W Wymiary (W x S x G): 89 x 218 x 363 mm Waga: 5 kg
  19. Zobacz cały artykuł
  20. W ramach trzymania ręki na pulsie - od wczoraj seria Evidence ... przeszła do historii 😕
  21. Przed zakupem polecam porównać z Micromegą M-One 100, która może i ma nieco mniej "działającą na wyobraźnię metkę", ale też jest warta zainteresowania 😉 Miałem u siebie Wadię i Micromegę i jakbym miał wybierać pewnie zdecydowałbym się na wyzywająco czerwoną Francuzkę 😉
  22. Zobacz cały artykuł
  23. Jak z pewnością zdążyliście się zorientować konieczność posiadania pełnego asortymentu interfejsów cyfrowych dotyczy już nie tylko tzw. superintegr za przyprawiające o palpitację serca kwoty znacznie przekraczające magiczne 50 000 PLN, lecz również niemalże podstawowej półki większości produktów klasy Hi-Fi. Cienka, i jak się okazało całkiem umowna, granica pomiędzy ortodoksyjnym „systemem audio” a multimedialnym centrum rozrywki z konsolami, tunerami kablowymi i TV Sat, telewizją internetową i czymś, co dawniej nosiło nazwę telewizora a obecnie określa się mianem Smart TV o mocy obliczeniowej i wachlarzu funkcji potrafiących przyćmić niejednego poczciwego PC-ta, dawno uległa zatarciu. W dodatku szał na tzw. kino domowe dawno minął a nabywcy, w większości przypadków powrócili do pozornie klasycznych zestawów stereofonicznych. Czemu pozornie? Z powodu nabytych podczas romansu z KD przyzwyczajeniami do dalece posuniętej integracji w której jednostka wzmacniająca pełni jednocześnie centrum zarządzania wszystkimi cyfrowymi peryferiami. Dokładając do tego wszechobecną bezprzewodowość i popularność serwisów streamingowych jasnym staje się, że producenci chcąc utrzymać się na powierzchni muszą dwoić się i troić, by spełnić coraz bardziej wygórowane oczekiwania rynku. O ile jednak w segmencie budżetowym sezonowe zmiany oferty już dawno stały się standardem, o tyle wysokiej klasy Hi-Fi i High-End na tego typu działania reagują zrozumiałą nerwowością. Nie po to bowiem melomani i audiofile mozolnie kompletują swe drogocenne ołtarzyki by tuż przed wstępem do umownej nirwany dowiedzieć się, że są model, bądź nawet dwa do tyłu w stosunku do aktualnego katalogu ulubionych wytwórców. Wyjściem z tej pozornie patowej sytuacji wydaje się propozycja z jaką wychodzi, kojarzący się rasowym a przy tym rozsądnie wycenionym Hi-Fi, dystrybuowany przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, znany i lubiany NAD, który nieco przewrotnie poszerzając swoje portfolio o przedwzmacniacz zastosował zdecydowanie bardziej pojemną a zarazem jasno dającą do zrozumienia zakorzenienie we współczesnych technologiach nomenklaturę, czyli „streaming DAC” o szalenie łatwym do zapamiętania symbolu C658. W przypadku C658 mamy zatem do czynienia z niezwykle ciekawą hybrydą streamera, przetwornika cyfrowo-analogowego, wzmacniacza słuchawkowego, przedwzmacniacza gramofonowego i liniowego a jakby tego było mało również … korektora akustyki, łączności bezprzewodowej i oczywistą kompatybilnością z systemami domowej inteligencji. Sporo tego jak na standardowych wymiarów komponent audio, nieprawdaż? W dodatku na pierwszy rzut oka można byłoby zastanawiać się czemu z debiutem tego typu kombajnu producent czekał tak długo. Patrząc jednak z nieco szerszej perspektywy jasnym staje się, że NAD zamiast spontanicznie ścigać się z konkurencją i podobnie do niej cierpieć na „choroby wieku dziecięcego”, egzystując w ramach Lenbrook Industries przecieranie ścieżek cyfrowego audio „z chmury” zostawił Bluesoundowi a finalne rozwiązania zaimplementował dopiero po ich sprawdzeniu w boju i wyeliminowaniu ewentualnych niedociągnięć. Sprytne, tym bardziej, że tak jak zdążyłem już napomknąć pośpiech i nerwowe zmiany na tych pułapach cenowych najdelikatniej rzecz mówiąc nie wywołują entuzjazmu wśród nabywców. Wracając jeszcze na chwilę do owego „pierwszego rzutu okiem” w przypadku C658 trudno nie odnieść wrażenia swoistego déjà vu, co jak się okazuje nie jest psikusem, jaki postanowiła nam spłatać podświadomość, lecz dowodem na to jak daleko posunęła się unifikacja. Nie wierzycie? No to przypomnijcie sobie test z sierpnia 2017 r. wielce udanej integry C638. Skonsternowani? Nie tylko Wy 😉 Mnie również to dopadło, gdyż po wypakowaniu 658 gorączkowo zacząłem wertować swoje archiwalia w celu weryfikacji, czy przypadkiem w majowym, związanym m.in. z monachijskim High Endem rozgardiaszu dystrybutor przez pomyłkę nie wysłał mi drugi raz urządzenia, które już raz testowałem, co w czasie mojej kilkunastoletniego bajkopisarstwa kilka razy się przydarzyło. Przechodząc jednak do konkretów chciał nie chciał czuję się w obowiązku wspomnieć, iż C658 wygląda jak rasowy NAD po mającym kilka lat temu face liftingu. Solidna, zwarta bryła, delikatnie zaokrąglony, ciemnoszary front z tworzywa, centralnie umieszczony, kolorowy wyświetlacz, po którego lewej stronie umieszczono wielofunkcyjny wybierak, włącznik i gniazdo słuchawkowe a po prawej dwa przyciski wyboru źródła i pokrętło głośności. Krótko mówiąc standardowy NAD-owski minimalizm i wzorowa ergonomia. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie sekcję cyfrową, obsługiwaną przez przetwornik ESS Sabre 32bit, reprezentują dwa wejścia optyczne, dwa koaksjalne, USB (obsługa pamięci masowych FAT32, NTFS, Linux ext4) i Ethernet, a analogowe dwie pary RCA, Phono (MM) z dedykowanym zaciskiem uziemienia. Asortyment wyjść również nie rozczarowuje – do dyspozycji mamy parę XLR-ów, parę RCA i nawet dwa wyjścia subwooferowe. To jednak nie wszystko, gdyż w lewej flance przygotowano dwie komory na opcjonalne moduły MDC (Modular Design Construction) pozwalające na rozbudowanie przedwzmacniacza np. o interfejsy HDMI 4K. Całości dopełniają złącza firmowej magistrali komunikacyjnej, triggera, gniazda antenowe, włącznik główny i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Zanim przejdę do części poświęconej brzmieniu uważam, iż warto wspomnieć o jeszcze kilku drobiazgach. Otóż oprócz dołączonego pilota z podświetlanymi przyciskami C658 można sterować z użyciem dedykowanej aplikacji dostępnej nie tylko na smartfony/tablety działające pod kontrolą Androida/iOSa, lecz również z jej wersji desktopowej (Windows, Mac), dostępnej na stronie Bluesounda. Ponadto ciężkim grzechem zaniedbania byłoby pominięcie funkcjonalności korekcji akustyki pochodzącej od specjalisty w tej dziedzinie, czyli Dirac-a, która z pomocą dołączonego w komplecie mikrofonu i stosownej appki (Dirac Live) zbiera konieczny pakiet danych i na jego podstawie dokonuje koniecznych korekt zapisując je w formie indywidualnego profilu, który w dowolnym momencie można aktywować, bądź dezaktywować. Cały proces konfiguracji nad wyraz szczegółowo został opisany na stronie producenta, więc pozwolicie, iż nie będę go kopiował, tłumaczył i streszczał a jedynie odeślę do niego wszystkich zainteresowanych. Ze swojej strony dodam tylko tyle, że nie jest on przesadnie skomplikowany i chociażby z czystej ciekawości warto poświęcić mu dłuższą chwilkę. Moje dotychczasowe doświadczenia z NAD-ami pozwoliły mi zbudować na tyle miarodajną bazę doznań i wspomnień, że wpinając C658 w swój dyżurny tor mniej więcej wiedziałem czego mogę się spodziewać i … się nie zawiodłem. Tytułowe pre oferuje bowiem właściwe dla ww. marki połączenie przyjemnej dla ucha muzykalności i dynamiki. Świadomie w niniejszej wyliczance nie pojawiła się rozdzielczość, gdyż choć trudno mieć do niej jakiekolwiek zastrzeżenia, to porównując jej udział w kreowaniu muzycznego spektaklu, do konkurencji z powodzeniem określić ją można mianem niezbyt absorbującej. Oczywiście nic się nie zlewa a zarówno kontury, jak i pozycjonowanie źródeł pozornych są na wysoce satysfakcjonującym poziomie, to efekt ten osiągany jest niejako przy okazji, całkowicie nienachalnie i wynika z czystej konieczności jej obecności a nie budowaniu na niej całej misternej układanki. Począwszy od patetycznej „Trailerhead” Immediate, poprzez ilustracyjny album „The Storm” rodzimej formacji Amarok, po minorowy – pożegnalny „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet za każdym razem NAD stawiał na naturalność, neutralność i przede wszystkim spokój wynikający ze świadomości, iż niczego nikomu udowadniać w tym momencie nie musi. Wespół z moim niemalże studyjnie transparentnym Brystonem 4B³ stworzył duet na tyle uniwersalny, że trudno było znaleźć gatunek muzyczny, czy też nawet pojedyncze nagranie, któremu mógłby nie sprostać. Pół żartem, pół serio można było uznać, że 658 po prostu robił swoje niespecjalnie starając się oszołomić, czy olśnić słuchacza jakimś aspektem, niuansem, czy podzakresem. Początkowo taki sznyt może wydawać się nieco asekuranckim podejściem do tematu, lecz im dłużej z takim podejściem do tematu się obcuje, tym bardziej się je docenia. Czemu? To przecież oczywiste. O ile bowiem w początkowym okresie ekscytacji nowym zakupem właśnie takie „zaakcentowania” konturowości, perlistości góry, czy atomowego basu, jedynie utwierdzają nas w słuszności dokonanego wyboru, to gdy emocje opadną również i zachwyt nad daną manierą potrafi przerodzić się w zdroworozsądkową akceptację, bądź nawet irytację. Tymczasem NAD niejako oszczędzając nam podobnych wodotrysków wręcz nakłania do bardziej wzmożonej analizy oferowanego brzmienia. Okazuje się bowiem, że takie li tylko „OK” jest na tym samym poziomie przyjemności dzień, dwa tygodnie, czy nawet rok po wpięciu w tor i żyjąc z nim podświadomie zacieśniamy z nim więź przyłapując się od czasu do czasu na tym, że ukradkiem spoglądamy nań z nieco innej perspektywy, z innego kąta i odkrywamy, iż w półcieniach też coś można znaleźć, że w trzecim planie też sporo się dzieje a w chórkach nie wszyscy podczas sesji nagraniowej byli w szczytowej formie. To wszystko wymaga jednak od odbiorcy choćby szczątkowego zaangażowania. Bez tego zrozumienie niemalże ślepego przywiązania fanów tytułowej marki do swoich urządzeń może okazać się trudną do odgadnięcia łamigłówką. A ja ze swojej strony jedynie dodam, że mając C658 na stanie z równą przyjemnością oddawałem się sesjom odsłuchowym mając na tapecie „Flesh & Blood” Whitesnake, jak i „García Abril: 6 Partitas” Hilary Hahn co niezbicie świadczy o jego uniwersalności a to w dzisiejszych czasach warta skomplementowania cecha. Z pozoru NAD C658 to klasyczne urządzenie świetnie rozpoznawalnej i cieszącej się w pełni zasłużonym zaufaniem marki, której trudno zarzucić jakiekolwiek ciągoty do ekstrawagancji. Zaglądając jednak do metryki tytułowego przedwzmacniacza, znaczy się streaming DAC-a, bardzo szybko okaże się, że z pomocą zewnętrznej końcówki mocy, bądź coraz bardziej popularnych aktywnych zestawów głośnikowych jest w stanie stworzyć w pełni funkcjonalne centrum obsługi nawet ponadnormatywnie rozbudowanych systemów Audio/Video. W dodatku oferując korekcję akustyki, oraz obsługę sygnałów 4K (po dokupieniu stosownego modułu) a więc to, czego część melomanów posiadaczom kin domowych zazdrości, zachowując jednak rasowe brzmienie klasycznego Hi-Fi o którym z kolei posiadacze wielokanałowych instalacji mogą co najwyżej pomarzyć. Krótko mówiąc kupić, nie kupić, ale posłuchać zdecydowanie warto. Marcin Olszewski System wykorzystany podczas testu: – CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) – Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini – Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177 – Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5 – Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp – Końcówka mocy: Bryston 4B³ – Kolumny: Dynaudio Contour 30 – IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond – IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference – IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200 – Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2 – Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra – Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF – Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R) – Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R) – Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform – Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence – Stolik: Rogoz Audio 4SM3 Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design Cena: 7 599 PLN Dane techniczne Wejścia cyfrowe: USB, LAN (Gigabit Ethernet), 2 x koaksjalne, 2 x optyczne Komunikacja bezprzewodowa: dwukierunkowy Bluetooth aptX HD, WiFi 5 (802.11 b/g/n) Wejścia analogowe: 2 x RCA, 1 x phono (MM) Wyjścia analogowe: RCA, XLR, sub-out Wyjścia słuchawkowe: 1 x 6,3 mm Obsługiwane sygnały cyfrowe: PCM 32 bit/192 kHz Obsługiwane formaty audio: MP3, AAC, WMA, OGG, WMA-L, ALAC, OPUS, MQA, FLAC, WAV, AIFF, DSD (jedynie po konwersji przez dedykowaną aplikację BluOS) Obsługiwane serwisy streamingowe: Spotify, Amazon Music, TIDAL, Deezer, Qobuz, HDTracks, HighResAudio, Murfie, JUKE, Napster, Slacker Radio, KKBox, Bugs Obsługiwane darmowe platformy rozgłośni internetowych: TuneIn Radio, iHeartRadio, Calm Radio, Radio Paradise Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (+/- 0,3 dB) Zniekształcenia THD: <0,005% (line in), <0.01% (Phono) Stosunek sygnał/szum: 106 dB (line in), >76dB (MM Phono) Separacja kanałów: >80 dB Wymiary (S x W x G): 435 x 100 x 405 mm Waga: 10,1 kg
  24. Aż takiej naszej zażyłości, uprawniającej powyższą formę wypowiedzi ad personam sobie nie przypominam, ale byłoby miło jakbyś również podczas działań moderacyjnych stosował nadrzędną regułę "Primum non nocere". OK?
  25. Po raz kolejny udowadniasz, że nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu . Smutne jest tylko to, że bazujesz na własnych urojeniach. Medice, cura te ipsum.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.