Jump to content

macson

Użytkownicy
  • Content Count

    381
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

66 Neutralny

Informacje profilowe

  • Branża
    Nie ustawione

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. macson

    DAP kontra odtwarzacz cd

    A jakość? Czy tego się daje słuchać ze względną satysfakcją?
  2. macson

    DAP kontra odtwarzacz cd

    To już mam. Poza domem chciałem posłuchać swojej muzyki bez komputera - przy biurku. Wbudowana pamięć w dapach jest niewielka, czy można słuchać plików z pamięci przenośnej przez usb. (Bez dokupowania mikro SD) (?)
  3. macson

    DAP kontra odtwarzacz cd

    Pytanie rekonesansowe, bo zaczynam temat. Czy można użyć DAPa do słuchania plików bezpośrednio z pamięci przenośnej USB albo NAS? Chodzi o słuchanie stacjonarne oczywiście. Czy macie jakieś swoje typy modeli używanych ok 1500 PLN bez wifi? Nie chcę za dużo funkcji - jakość dźwięku jest dla mnie najważniejsza - słuchałbym przede wszystkim formatu WAV. Czy słuchaliście DAP jako źródła - podłączonego do wzmacniacza słuchawkowego? Takie połączenie bym sprawdził u siebie w pierwszej kolejności.
  4. macson

    Klub Linna

    Dajcie koledzy proszę znać czy (i który model ) serwera qnap zgra się z ds majik. Bawiąc się starszymi, wolniejszymi dyskami, zauważyłem, że ogólnie jest ok ale dźwięk nowozaładowanej playlisty potrzebuje kilku minut żeby nabrać kolorków. Czy qnap z pamięcią ma wpływ na pracę streamera i jakość dźwięku w ogóle? Zakładam, że na pewno szybciej wszystko ładuje. Jeśli nie chcecie pisać na forum, napiszcie na priv. Dzięki.
  5. Zacznę od refleksyjnego „disclaimera.” Sam się dziwię, że piszę o audiofilstwie, coraz mniej i rzadziej udzielając się na forum. Nie zależy mi na odezwie lub reakcjach, nie chcę udzielać się w polemikach. Są ciekawe wątki na AS, ale one przeważnie pisane i rozwijane są przez zawodowców znających się na temacie szczegółowo, operujących liczbami i imponującą wiedzą. Poza tym dyskusje są mierne i jałowe – no bo jak pisać o czymś co ma sens jeśli się nie słyszy, jak to gra „w terenie”? Jak zweryfikować doświadczenie i umiejętności autora wpisu? Jak pisać poważnie skoro wiadomo, że wymiana skończy się prostacką jatką? Tak urządzono na tym świecie – gdzie akcja, tam reakcja; gdzie mądrość tam głupota. No i niestety (a może na całe szczęście?) jak mawiał Gombrowicz, żyjąc przeglądamy się w twarzach prostaków. W oczach natury każde zdanie się liczy. W zasadzie pisząc blog, oceniając czyjąś opinię jako prostacką, już stajemy się prostakami – próbując mieć jakieś własne, uparte zdanie w tym oceanie wirtualnej przestrzeni, gdzie wrzuca się do woli śmieci umysłu, tak jak wrzuca się dziś, w ogromnych ilościach, plastik do Oceanu Spokojnego. Jednakże mija już dojrzałe naście lat odkąd zacząłem wtapiać czas i zasoby finansowe na swoje hobby i doświadczenie to zaczyna wypierać potrzebę jakiejś formy wyrazu. Dziwne jest to, że od kilku lat głównym kontaktem medialnym ze światem jest cudowny YouTube (wiem też to znasz! ), ale, może dla zachowania równowagi emocjonalnej i w obronie przed fiksacją audiofilską nie wpisywałem do przeglądarki Youtube niczego co miałoby jakikolwiek związek ze sprzętem audio. Stosunkowo niedawno złamałem te zasadę. Można powiedzieć, że poznałem ludzi, z którymi dzielę beznadziejną pasję – kosztowną, absolutnie nie gwarantującą satysfakcji. Poznałem Japończyków mieszkających w klitach naładowanych hiendowymi pakami. Jeden z nich zainstalował słup energetyczny przy swoim mieszkaniu, żeby sprzęt miał dobry prąd, bo, jak słusznie ów pan stwierdził, zły prąd jest jak zepsuta krew w organizmie. Na chorej krwi – domyślamy się – nawet mocny organizm nie pociągnie. Ostatecznie na YouTubie regularnie słucham dwóch amerykańskich kanałów: Audiophilac i Zero Tolerance. Ten pierwszy, (spolszczę go jako Audiofiliaka) i skupię się na nim, to Steve Guttenberg, rasowy nowojorczyk. Guttenberg wypowiada się, czyli nagrywa kilkuminutowy klip, codziennie; wie na temat sprzętu dużo. Słuchał sprzętów dużo jako pasjonat ale i jako sprzedawca hiendu przez kilkanaście lat. Steve ma swoje lata, ale trzyma się świetnie, wygląda dobrze. Niczym stary, dobry wzmacniacz Sansui – oczywiście na chodzie – Audiofiliak kreuje się na luzaka z lat 70tych; dłuższe, może nawet podkręcone włosy, codziennie inna koszula – gusta i kolory hippisowskie. Z mowy i oblicza jest typowym nowojorskim Żydem, spokojny ale wygadany (głos, akcent i intonacja przypomina mi Woody’ego Allena). Wygląda na to, że ma jeszcze swoje zęby. No i te oczka: błyskotliwe, przenikliwe i epatujące pewnością siebie. Może tylko dłonie – którymi od czasu do czasu sprawnie wymachuje, jak przystało na amerykańskiego TV-hosta – wskazywałyby na wiek 70 + , a wiec na wcześniejsze stadium nobliwej sędziwości. Audiofiliak sprzedawał sprzęt, miedzy innymi, bardzo bogatym Azjatom, co pozwoliło mu na wglądw bardzo ekstrawaganckie pomysły i eksperymenty doskonalenia dźwięku stereo w domu. Okazuje się, że bez względu na to czy kupujesz coś z „entry level” czy jesteś szejkiem, problemy z „ustawieniem” hi fi i rozczarowanie z tym związane są dokładnie te same. Z rozbawieniem przyjąłem do wiadomości, że obrzydliwie bogaci Azjaci potrafią zostawić sprzedawcy kilka tysięcy dolarów napiwku, na przykład, nie kwapiąc się, by odebrać swoją kaucję za wypożyczenie kilku referencyjnych IC. Prawdą jest, że to właśnie Steve zainspirował mnie, żeby nie patrzeć na audiofilską stronę swojego życia ze zgorzknieniem, a może, i to całkiem często z politowaniem. No bo ile można wtapiać pieniędzy, by wielokrotnie powracać do tego samego punktu? Okazuje się, ze do wielu prawd, wygłaszanych przez starszego kolegę, powiedzmy nestora – a szanować starszych mnie życie nauczyło – doszedłem sam, wymieniając komponenty i głośniki – odsuwając je od ściany, migrując po pokoju i po pokojach; zmieniając kable, ustawiając elektronikę i monitory na różnych powierzchniach, przesuwając meble i marszcząc zasłony, wciskając materace, styropiany lub karimaty między komodą a ścianą. To się nazywa pasja, a ta musi czegoś nauczyć, pod warunkiem, że trwa latami i buduje – jak Steve – dziedzictwo doświadczeń. W dziele tym, spotkania z technologią oraz spotkania z ludźmi są jednakowo ważne. Ale dochodzi do tego jeszcze świadectwo zmysłów oraz także odwaga, żeby przyznać się, że słyszysz dokładnie to, co słyszysz. Jeśli wpakowałeś oszczędności w przyjemność wypakowania wzmacniacza albo daca, który zbudowany jest jak czołg, ma szczotkowany panel przedni, piękny wyświetlacz, no i fantastycznie pachnie nowością – ale to nie gra u Ciebie, albo nie gra w ogóle, to nie jest to przyjemność, którą poszukuje audiofil lub amator wykwintnego odsłuchu muzyki w domu. Stwierdziłem, że moje doświadczenie jest bezcenne. W przeciwieństwie do Steve’a, który zajmuje się tematem od dekad, jest człowiekiem żyjącym w jednym z najbardziej dostatnich i ruchliwych i miejsc na ziemi, nie miałem dostępu do setek urządzeń ani głośników. W tym co robiłem kierowałem się zasadą minimalizmu, założyłem bowiem, że na swoje hobby nie powinno się wydawać zbyt wiele pieniędzy. Kupić porządne głośniki, dobry wzmacniacz – spróbować dzielonej amplifikacji – źródło, odtwarzacz, gramofon, może streamer – od czasu do czasu podłączyć magnetofon … wystarczy. Założyłem także, ze nie będę robił ze swojego pokoju studia. Dom to dom, ma być przytulny i funkcjonalny, nie chcę mieszkać w jaskini z dyfuzorów i ze ścianą elektroniki. Nie jestem elektronikiem – nie mogę konstruować własnych wzmacniaczy, nie będę próbował. Jednakże próbowałem wszystkiego, co było w zakresie moich możliwości technicznych. Kleiłem i skręcałem stendy, szafki, testowałem ustroje antywibracyjne własnego pomysłu, zawieszałem skrzynki na sprężynach, doprowadzałem osobne kable z rozdzielnicy by zasilić tylko sprzęt. Testuje dwa systemy w dwóch różnych pokojach, w dwóch różnych domach. Każdy eksperyment mnie więcej nauczył niż wymiana elektroniki. Można powiedzieć, ze zrobiłem dużo bez ustawicznego sprzedawania i kupowania. Dziś wiem, że nie ma sensu napalanie się na klocek na podstawie lektury recenzji. Jeśli odtwarzacz, wzmacniacz, kolumna mają przebieg wiele tysięcy kilometrów najprawdopodobniej nie zagrają tak jak w recenzjach. „Nienaprawiany” „nierozkręcany” przez dwadzieścia lat znaczy tyle, co zużyty i nadający się tylko do reanimacji. Przykłady i mądrości mogę mnożyć. Jako audiofil ze skromnym doświadczeniem ilościowego przerzucania sprzętu, często kiwam głową słuchając ludzi takich jak Guttenberg – mówię sobie: „dokładnie tak jest.” Sprzęt nie zawsze gra tak samo, kupujesz drogo – będzie coraz trudniej wyegzekwować deklarowaną rozdzielczość, sprzęt nigdy nie gra w idealnych warunkach. To jest Twój sprzęt, Twój pokój, Twoja ściana. To musi tu zagrać. Nie stawiaj głośników przy ścianie… nie stawiaj wzmacniacza byle gdzie… etc. Moją wiążącą myślą na dziś niech będzie przekonanie że, w poszukiwaniach „swojego” systemu, liczy się własna przytomność oraz prawda, że, w hobby tym, zresztą jak w każdym innym zajęciu, bardzo łatwo coś przedobrzyć. Wspaniałe rozprawy techniczne, ustalanie norm, parametryzacja celu i zadań sprzętu, obliczanie optymalnych ustawień głośników przeważnie, o ile nie zawsze, nie przełożą się na wymierny i oczekiwany efekt. Jeśli dopieścimy jeden aspekt ustawienia – pojawi się kolejny problem – ani obejrzymy się a sprzęt rozrośnie się o rodowane końcówki i wtyki, wymyślne gniazdka, patentowane podpórki pod kable. Kondensatory tańsze zostaną zastąpione droższymi, okablowanie budżetowe okablowaniem markowym, luty cynowe lutami cynowymi z domieszką srebra. Czy to nam zrobi dobrze i poprawi dźwięk? W kategorii jakości odsłuchu muzyki w domu – nie, ponieważ zjawiska życiowe rządzą się zasadą powiedzmy fizyki totalnej lub holistycznej. Zjawiska, swoistej formacji wielowymiarowej jak hi fi w domu - jak już wspomniałem często zdeterminowanej czynnikiem psychofizycznym, psychoakustycznym – władze ludzkiego umysłu nie są w stanie objąć, ogarnąć, pojąć. Jeśli do głosu dochodzi smak, upodobanie estetyczne doświadczenie ludzkie nie sposób odwzorować pojęciami, które można by przełożyć na dyskretne rozwiązania praktyczne. Podobnie jest ze słuchaniem – słyszymy albo to, co możemy, jako istoty biologiczne i uspołecznione, usłyszeć, albo to, co chcemy usłyszeć. Skupiasz się na jednym aspekcie problemu, tracisz władzę nad innymi aspektami. Jeśli budujesz niezdrowe przywiązanie do jednego rozwiązania, lub perspektywy, wchodząc w głębie, kanały, tajniki, ocierasz się o niedorzeczność. Poszukując rozwiązania technicznego stajesz się postacią narracji tragikomicznej, nawet jeśli wierzysz, że rozwiązanie należy szukać w liczbach i obliczeniach. Pięknym darem życia i natury, choć jest to dane mniejszości populacji ludzkiej, jest nadmiar, naddatek, nadkonsumpcja danych nam środków życiowych. Nadprodukcja jest przecież istotą polityki seksualnej człowieka, który korzysta z energii erotycznych nie tylko z myślą o prokreacji. W tej kwestii, nasuwa mi się jednak przede wszystkim przykład związany z kulturą. Postawę wielkiego człowieka , ale i zasobnego mocarstwa jakim jest, na przykład, Ameryka, charakteryzuje przekonanie, że aby zrealizować coś, by zrobić dobrą robotę, trzeba dobrze zbadać temat, nagromadzić wiedzę i informacje. Oczywiście, to święta prawda. Problem w tym, że – jeśli mamy nieograniczone możliwości – zagłębiamy się w te czynności z niepotrzebną pedanterią. Amerykański przemysł filmowy potrafi, na przykład, wyłożyć grube pieniądze na ogromne zaplecze techniczne, żeby, na przykład, zrealizować jedną lub dwie sceny filmu w plenerze. By wykonać dobrze swoją pracę, wykupuje się prawa do wykarczowania kilka hektarów lasu amazońskiego, by wysłać tam ekipę filmową i kilkadziesiąt tirów ze sprzętem. Robi się to poniekąd tylko dlatego, że reżyser stwierdził i przekonał inwestorów, że to ładne, fotogeniczne miejsce. Stanley Kubrick – może niekoniecznie przykład filmowego mainstreamu – przez całe życie interesował się postacią Napoleona. Jak wiemy poważnie zabierał się do nakręcenia wielkiego dzieła o życiu imperatora. Reżyser zbierał wszystko, co związanie było z postacią Bonapartego – łącznie z publikacjami w różnych językach, rekwizytami epoki. Mówi się, że zainteresował się nawet nocnikami z epoki. Jestem pewien, że jeden z nich uświetniłby jakiś pamiętny kadr wielkiego, panoramicznego dzieła. Istotnie wyobrażamy sobie „kącik” napoleoński Kubricka – opasła biblioteka, przedmioty użytku codziennego, naczynia z brązu, dziwnie dziś wyglądające narzędzia, kunsztowna broń, porcelana. Pewnie nie wszystkie skarby z epoki były przechowywane w domu. Jednak po latach wspaniałych studiów nad tematem, wiemy że film nie powstał. Zastanawiam się czy przyczyną zaprzestania projektu nie był nadmiar emocji i pasji, ów nimb wzniosłego uniesienia wokół tego jakże zobowiązującego pomysłu. To miało być dzieło absolutne, estetyczna synteza ducha epoki. Jak nie poczuć przytłaczającego wrażenia, że ten wielki rezerwuar informacji, wielki, uniwersalny temat, należy przełożyć na kinetyczną narrację dwu może trzy godzinnego filmu. Dlatego też artysta w końcu nie dochodzi do celu; pozostawiając za sobą pokaźne, zmaterializowane dziedzictwo swoich ambicji. Wierzę, że z tak zwanym ustawianiem sprzętu jest podobnie. Wiedza, środki, ilościowe nagromadzenie „pomocy”, by cel osiągnąć, jest samo w sobie zajęciem zasobnego i wolnego człowieka, w przypadku tego hobby, raczej mężczyzny, którego stać na nadmiar i zabawę w swoje lokalne dzieło życia. Jednocześnie sądzę – by konkluzja nie wprowadziła nas w strefę mrocznej beznadziei – „nieco” z tego celu, nieładnie mówiąc, można posmakować nie wchodząc w rozwiązania definiowane pryncypiami ekskluzywnej konsumpcji. Oczywiście jeśli Cię stać na monobloki, tuby i przytomne dostosowanie pomieszczenia odsłuchowego to bardzo dobrze. Jednakże może się okazać, że nie trzeba mierzyć bardzo wysoko i zaciągać nowe kredyty na osiąganie nirwany audiofilskiej. Warto jednak wiedzieć, że, jeśli budujesz skrupulatną wiedzę teoretyczną i techniczną w zakresie elektroniki hi-fi, trzeba jej jednak pozwolić się rozrastać w osobno przygotowanym dla niej terytorium. By pozwolić muzyce grać w domu, trzeba potrafić odłączyć się od teorii, opinii i recenzji i zacząć wszystko od nowa. To jest Twój pokój, Twoja ściana, to są Twoje płyty, Twoja instalacja, Twój zestaw i niepowtarzalny kompleks zakłóceń akustycznych – a może emocjonalnych? Przesuwanie głośników kilka centymetrów do przodu da bardziej odczuwalny efekt niż zakup dwa razy droższych kolumn. Z wydawaniem decyzji, zwłaszcza w kwestiach budżetowych, nie spiesz się, bo spieszyć się nie musisz.
  6. Dziękuję za odpowiedź. Tak, oczywiście zgadzam się, że nie można pozwolić tak zwanemu "systemowi" stworzyć nastroju, że wydawanie tysięcy Euro, złotówek to rzecz zupełnie normalna sprawa, nie wymagająca poważniej refleksji. W zasadzie na etosie "cenienia siebie" można zbić fortunę, bo zawsze znajdzie się bogatszy ktoś, komu spodoba się pewny bardzo siebie człowiek, jak, na przykład, Ivor Tiefenbrun albo Julian Vereker (założyciele Linn i Naim Audio odpowiednio) i będą skłonni pod wieloma względami zaufać ich wygórowanej propozycji. To też, niestety, jest psychologia. Zauważyłem, że, w szczególności, nasi rodacy nie docenią usługi jeśli za nią słono nie zapłacą. Może nie dopuszczamy wręcz myśli, że więcej powinniśmy zaufać własnym zmysłom, własnym gustom i pamiętać, że, by spłacić raty będziemy musieli mocno popracować. Dla mnie, rynkowe ceny produktów Linn i Naim są po prostu obrzydliwie wysokie. Z perspektywy czasu wiem, że w kwestii poprawiania jakości muzyki słuchanej w domu, zdecydowanie bardziej pomogły moje - niedrogie - eksperymenty niż upgrade'y lub wymiana elektroniki. Zgadzam się też, że muzyka to nie tylko terapia, ale wypowiadając się od strony psychologicznej, powołuję się na zjawiska, które motywują działanie ludzkie w ogóle (niekoniecznie pozytywne). Ujecie psychologiczne, kulturowe, w pierwszej kolejności zajmuje się czynnikiem ludzkim - a więc kierowaniem się korzyścią, nagrodą lub ucieczką od bodźców nieprzyjemnych, a w dalszej kolejności liczbami, matematyką, kryteriami obiektywnymi. Dla mnie w audiofilstwie - w tej dziedzinie poszukiwań zadowolenia - czynnik subiektywny jest zdecydowanie silniejszy. Przykład. Można latami komuś bębnić, że w niektórych pomieszczeniach muzyka nie zagra (naturalnie z przyczyn obiektywnych) do niektórych to po prostu nie trafi. Wiara, że nowy lub inny wzmacniacz, inne głośniki zmienią wszystko będzie silniejsza niż odrobina rozsądniej refleksji, po posłuchanie kogoś, kto ma większe doświadczenie. Czasem potrzeba pół życia, żeby odkryć oczywiste zjawiska. Oczywiście nie wypowiadam się jako znawca czy mędrzec. Sam błądzę, poszukuje, ale i wiem czego chcę i czego nie można osiągnąć.
  7. Wynika to z ludzkiej natury – i żaden system myśli, praktyki, żadne ideologiczne pranie umysłu tego nie zmieni. Słuchanie muzyki i systemu jest komponentem ekonomi „zasady rozkoszy”, która, by miała sens, musi się liczyć z „zasadą rzeczywistości.” Istnienie ludzkie jest tylko możliwe w ramach wspólnoty społecznej, ponieważ ta ostatnia stawia człowiekowi wymagania. Dostaniesz nagrodę pod postacią chwili wytchnienia jeśli sobie na nią zapracujesz. Jeśli człowiek nie napotkałby przeszkody na drodze swojego dążenia do szczęścia –najprawdopodobniej rychło zniszczyłby siebie i swoje otoczenie. Doskonałym przykładem boskiego odreagowania na zasadę rzeczywistości są długie weekendy, podczas których wielu rodaków po prostu nie trzeźwieje. Żyjemy w zasadzie po to by zapracować sobie na przyjemność (u filozofów klasycznych na „rozkosz”), lub, wybieramy jakąś formę ucieczki przed pracą. Bardziej codzienny przykład dogadzania sobie przez uciekanie, to szeroko występujący współcześnie typ ludzki, który nie potrafi ani na chwilę pozostać z sobą samym. Najpospolitszą formą terapii przed poczuciem beznadziei i lęku jest całodniowe krzyczenie do smartfonu – a nazywa się to życiem towarzysko-społecznym. Słuchanie muzyki w domu też jest ucieczką i terapią, choć uważam, że dość wysublimowaną. Oczywiście słuchanie samej muzyki, analizowanie niuansów wykonań utworów, zauważanie walorów artystycznych jest jeszcze szlachetniejszym zajęciem. Jednakże audiofilów zaliczyłbym do poszukiwaczy szczęścia w rzeczywistości, jakby to powiedzieli mistrzowie duchowości „wyższej wibracji” – a więc jest to forma przyjemności, oparta na poznawaniu a nie odurzaniu się. Są słuchacze, którzy do odsłuchu potrzebują piwa albo koniaku. Najwidoczniej to niższy poziom w ewolucji zacięć hobbistycznych mężczyzny, i wielkim sukcesem egzystencjalnym będzie przejście na tryb odsłuchu z herbatką, lub, najlepiej, oddawanie się pasji bez żadnych dodatków. Przy okazji, pozwolę sobie pochwalić się, i podziękować losowi, że niemal wszystkie moje kontakty audiofilskie – prawie zawsze nawiązywane z tytułu kupowania lub sprzedawania nabytków technicznych – były do tej pory sympatyczne i kulturalne. Jeśli poczuwałem jakieś znużenie do kolegi kontrahenta do tylko dlatego, że jeszcze nie odkrył kluczowych prawideł i zasad naszego hobby. Jeszcze częściej bywałem rozczarowany bardzo ograniczonym zakresem zainteresowań muzycznych. Jednakże pogodziłem się z faktem, że audiofilstwo to słuchanie przede wszystkim sprzętu, i wyznaję ostatecznie, że jeśli sprzęt nie gra, nawet najukochańsze utwory, nagrania, lub wykonania nie sprawiają mi przyjemności. Łatwiej jest przejść na odsłuch merytoryczny (w sensie skupienia się na walorach artystycznych muzyki) na YouTubie, w przypadku której to opcji umysł, siłą rzeczy, nie nastawia się na jakość prezentacji dźwiękowej. Tak czy inaczej, typowy kolega-audiofil to domator, człowiek spokojny o przyjaznym głosie i łagodnym spojrzeniu. Dajcie mu wolny czas, a na pewno nie zmarnuje go na burzliwe myśli lub sianie pustoszenia emocjonalnego u tak zwanych przyjaciół lub znajomych. Koledzy, miło mi zaliczyć się do Waszego grona. Może też warto podkreślić, że bardzo dużo nauczyłem się od kolegów, którzy dzwonili, lub dzwoniłem do nich ja, oczywiście w „sprawie ogłoszenia.” W zasadzie jedna rozmowa, z profesjonalnym dźwiękowcem, który poznał wiele urządzeń wszelkich maści i klas, wyleczyła mnie z dążenia do budowania systemu w wyższych zakresach cenowych. Ale powróćmy do zasady rozkoszy. W psychologii Istnieje jeszcze bardziej przewrotna koncepcja dotycząca poruszania się we własnych odmętach pragnień, nadziei, rozczarowań, lęków i tym podobnym. Wyobraźmy sobie, że jedną z podstawowych zasad funkcjonowania człowieka jest wielce wyspecjalizowany, perwersyjnie działający mechanizm „zadowolenia.” „Skoroś człowiek” – masz wpisane w swoje działanie niemal zmuszające ciebie do realizacji swoich pragnień z całą mocą i determinacją jaką tylko jesteś, jako istota dysponująca siłami witalnymi, w stanie wykrzesać z siebie. Dążenia do zaspokojenia pragnienia zatem jest siłą przypominającą pragnienie alkoholu u pijaka w stanie ciągu alkoholowego. Z drugiej strony – mówi nam owa koncepcja – realizując założenia musisz także opracować – i to raczej nieświadomie – taktykę, która ci pozwoli nigdy nie osiągnąć celu. Czym byłoby zaspokojenie pragnienia? Oczywiście – wielkim rozczarowaniem, bo cel sam w sobie jest pusty, banalny i ma sens jedynie jako rekwizyt w naszej fantazji. Istotnie, poczucie „zadowolenia” – i realna rozkosz jest wytwarzana poprzez samą obecność celu i dążenie do jego realizacji. Innymi słowy to, co nazywamy szczęściem jest stanem oczekiwania. Musimy założyć, że koncepcji, teorii, hipotezie, zresztą jak i w każdej analogii lub metafory nie należy nigdy pojmować dosłownie. W zasadzie nauka w swoim najbardziej kreatywnym trzonie nie jest dla człowieka zamkniętego w logice tego, co nazywa zdrowym rozsądkiem. Koronnym przykładem tej reguły jest mechanika kwantowa, która jako analogia poniekąd może się przydać do zdiagnozowania problemów audiofilskich – ale odsuńmy to na inny raz. Na razie założymy tylko, że, by teoria miała sens, musi jakoś przekładać się na praktykę codzienną. W świecie audiofilów celem nie jest uzyskanie osiągu w sensie technicznym – osiągnięcie parametrów – ale audiofilska nirwana (oczywiście jest to metafora.) Oczywiście bezsensownym wydawałoby się zbudowanie idealnego systemu i rezygnacja z odsłuchu w chwili montażu (lub "wpięcia") ostatniego komponentu, który miałby uczynić tenże system idealny – i dostarczyć wymarzonej ekstazy. Mniejsza z tym czy będzie to interkonekt, kluczowy dyfuzor, bezpiecznik rodowany, lub obejma w gniazdku sieciowym. Niestety, w całej absurdalności, przykład jednak mówi nam całą prawdę o nas, naszym życiu, naszym dążeniu do celu. Jeśli poszerzylibyśmy naszą tożsamość o, raczej płytsze, pokłady nieświadomości, stałoby się oczywiste, że doskonałego systemu nie ma sensu budować i, co najważniejsze, użytkować, bo doznanie „nirwany” byłoby kresem historii, strategii, koncepcji, szczęścia, w istocie dramatycznego scenariusza napędzającego całą zabawę. Pozostają więc zbawienne opcje. 1. „Nie słuchać” i podświadomie zamknąć się na doświadczenie; a całą pracę za nas będzie wykonywał przemysł wytwórstwa hi-fi, siłą rzeczy, wytwarzający nowe oferty i wrażenia a nie realne rozwiązania. Niektórzy tu lubią być – wystarczą opinie i recenzje, rzeczoznawstwo techniczne; sprzęt daje radość bo jest najlepszy. Źródłem zadowolenia jest znaczenie – sugestia słowna, ściśle związana z lekturą tekstu, przeglądaniem stron, poszukiwaniem informacji. 2. Doznawać zawodu po dłuższych okresach odsłuchiwania nowych urządzeń, co pozwala pełne oczekiwania przechodzenie przez fazy dogrzewania sprzętu (wahanie mocy, docieranie się tranzystorów i kondensatorów, co przekłada się na wahanie naszych wrażeń podczas powolnego kształtowania się barwy i sceny.) Wysiadywanie przed dogrzewającym się wzmacniaczem skutkuje huśtawką nastrojów. Przychodzi moment, że to, co słyszymy umęczy ucho metalicznością i zapiaszczeniem góry. Gdy minie pora burz piaskowych, nadejdą dni mokrej smuty – muzyka odda klimat zdechłego listopada, tak jakby zebrała w sobie cały zapas błota i mułu deszczowej pory. Po przejściu wszystkich faz sprzęt zagra względnie poprawnie, ale w końcu się znudzi. Po tylu godzinach gorliwego oczekiwania, nawet jak zagra dobrze, oczywiście nie spełni podsycanych nadziei, i trafia na rynek ofert z drugiej ręki. 3. Można wykorzystać doświadczenie i mądrość i rzeczywiście działając zgodnie z zasadami sztuki (rozpracowanie akustyki, ustawienia elektroniki na odpowiedniej powierzchni, kształtowania świadomości kondycji sieciowej, czyli stanu instalacji elektrycznej w naszym budynku, i realnym wpływie tej ostatniej na to co słychać w głośnikach, i w głowie.) Jeśli ustawimy system, ów będzie grał dobrze, poprawnie i optymalnie, ale jednak nie zawsze tak samo –i co najważniejsze – nie zawsze będzie dawał tak samo intensywne poczucie spełnienia lub, jak kto woli, zadowolenia. Sądzę, że jako postać w jakimś stopniu uzależniona od odsłuchu sprzętu – w różnym stopniu uciekam się do wszystkich trzech możliwości; choć najbliższa jest mi opcja trzecia. Najlepiej jest – sądzę – bazować na uświadomieniu faktów – w tym faktów dotyczących natury ludzkiej, a więc psychiki, osobowości –naturalnie – kształtowanej najbardziej poprzez repetycyjne doświadczenie codziennego życia. Istotnie –musimy ustawić sprzęt i to mądrze, czytając artykuły i rozprawy doświadczonych, szanując opinie i rewelacje nawiedzonych, ale i - niestety - bardzo śmiało przyznać się do tego, co rzeczywiście słyszymy we własnym pokoju. Nade wszystko, nie możemy dać się pochłonąć słuchaniem i zapomnieć o reszcie świata; warto wiedzieć, że natura porcjuje kwanty przyjemności każdemu stworzeniu i nie ma sensu prosić o nadmiar. Może to zabrzmi jak rewelacja metafizyczna, ale jeśli jest, to przyszła do mnie, miedzy innymi, w trakcie słuchania muzyki pop. W dwóch utworach, dwóch różnych wykonawców, których zresztą słucham z pasją, podstawową figurą - a może raczej strategią figuracji – jest przywołanie idei słońca jako czynnika przyświecającego –rozdającego życiodajną światłość – wszystkim istotom. Przykład pierwszy to tekst Davida Byrne’a (Back In the Box, David Byrne 1994) – słońce świeci tak samo dla wszystkich, nie rozróżniając zła od dobra, prawych od nieprawych. The sun shines on the evil The sun shines on the good It doesn't favour righteousness Drugi przykład to utwór Joni Mitchell Shine (z płyty „Shine” 2007) – w której podmiot szkicuje obraz współczesności – jak to widzi typowy wrażliwy artysta – zatraconej w agresywnych dążeniach, w pragnieniach sukcesu, nieuzasadnionego pościgu naddatku zasobności, kultu produkcyjności dla niej samej itd. W obrazie tym źródło światła, może osoba boska, może słonce – świeci wszystkim tak samo. Wymowa retoryczna utworów jest nieco inna. Autor Byrne – przybiera postawę obiektywnego obserwatora; autorka Mitchell jest osobą apostrofy i przemawia w formie trybu rozkazującego: Shine on the dazzling darkness That restores us in deep sleep Shine on what we throw away And what we keep Domyślnym przesłaniem obydwóch (zwłaszcza jeśli podsumujemy treści albumów jako całościowych projektów ideowych) utworów jest, przede wszystkim, obarczenie odpowiedzialnością za wszystko, co doznajemy jako ludzie nas samych. Jeśli bowiem odczytamy światłość jako metaforę świata idealnego, czy boskiego – ów ostatni nie stanowi czynnika interwencyjnego – możnego nam –na przykład – pomóc rozwiązać nasze ludzkie, ziemskie problemy. Jesteśmy jako rodzaj ludzki pozostawieni samym sobie. Jednakże - w przenośni tej - zawarta jest także nadzieja, że światłość – pozwalająca żyć i działać – nie odmawia siebie nikomu: w tym, ludziom zachłannym, złodziejom, psychopatom, pasożytom; przez co trudno zaistnieć komukolwiek, lub jakiejkolwiek idei, religii, „sprawie” jako jedynej, słusznej, moralnej, poprawnej itd. Trudno nie zauważyć, że każdemu człowiekowi dane jest szczęście w odpowiedniej chwili – i jest to stan, w której objęci jesteśmy obiektywną „światłością”, dającej nam chwile poczucia spełnienia. Dotyczący to oczywiście także amatorów audiofilów. Odnieśmy treści filozoficzne do praktyki audiofilskiej. Jeśli korzystamy z oferty szczęścia rozsądnie, od czasu do czasu, doznamy małych ekstaz, zakładając także, że słuchamy względnie dobrze dobranego i ustawionego sprzętu. Ważne jest jednak, żeby wiedzieć kiedy wyłączyć wzmacniacz i zająć się innymi, ważnymi sprawami. Pewien kolega, którego poznałem na konferencji (zupełnie nie związanej z tematem „stereo”) poniekąd człowiek rozsądny i racjonalny, powiedział mi, że zawsze uważał, że ma dobry sprzęt do czasu, gdy znajomy – w zasadzie mocno sfiksowany na punkcie sprzętu –zademonstrował mu monobloków w klasie A. Podobno wzmacniacze nagrzewały się tak intensywnie, że trzeba było wyłączyć kaloryfer, by nie zdejmować swetra; ale po godzinie – jak to się mówi, na krystalicznej, pięknie poukładanej scenie, słychać już było „same instrumenty”, i "nic więcej." Gdy wrócił do domu, kolega ów załączył swoją integrę (bodajże niższy-średni model NAD), wrzucił płytę na tackę, by po kilku chwilach doświadczyć przykrego wrażenia: „jakby mi ktoś zapchał głośniki szmatami.” Ale człowiek inteligentny nie ulega podejrzanym rozczarowaniom tak szybko. Jako miłośnik sztuk pięknych, nie zatracający się w chwilowych powabach i sugestiach, może podświadomie, zdawał sobie sprawę, że rzeczy, w tym emocje, rzeczy przeżywane w głowie – może pod wpływem domyślnej „światłości” Davida Byrne’a i Joni Mitchell, wracają do normy jeśli pozwolimy tejże światłości spokojnie działać, jak natura chciała. Po kilku dniach wstrzemięźliwości, wszystko doszło do normy, mały wzmacniacz zagrał tak jak od tego od niego oczekiwano, a więc wypełniając swoje codzienne zadanie bardzo dobrze. Nie wykluczone, że sprawdzony NAD – użytkowany rozumnie – doskonale pełni swoją funkcję do dnia dzisiejszego. Sądzę, że zawierzając swój los trendom, modom, stosownych do kondycji ekonomicznej ludzkości 21wieku, nie powinniśmy zatracać pamięci o dobrych sprawdzonych metodach radzenia sobie z podstawowymi problemami naszej egzystencji. Gdy objawy przywiązywania wagi do sprzętu stają się niepokojąco uciążliwe dla nas i dla naszych bliskich, najlepszym rozwiązaniem jest jednak wstrzemięźliwość, a więc jakaś forma postu. Nie sądzę , żeby metoda miała jakieś szczególne kultowo-religijne znaczenie. Post jest zbawiennym środkiem w wewnętrznej polityce zasady rozkoszy. Nasi rodzice, dziadkowie i przodkowie mieli dość przytomności – nie zwichrowanej wariackim przemysłem konsumenckim – by przekonać się, że odrobina wstrzemięźliwości ratuje duszę, a konkretniej, cenną pogodę ducha. Ratuje relacje, w tym nasze relacje z sobą samym, i nakazuje pozwala pamiętać, że za uleganie sugestii odpowiadamy tylko my, nawet jeśli rzeczywistość – mówiąca do nas hałaśliwymi mediami; środowisko społeczne, moralność właściwa systemowi – niemal nakazują nam robić to, co kiedyś uważano za szkodliwe i wręcz niemoralne. Konkluzja jednak jest optymistyczna. Odpowiadając sobie na pytanie dlaczego nie będziemy nigdy w pełni zadowoleni ze sprzętu, dajemy jednocześnie sobie szanse na doznawania odnawialnej satysfakcji ze słuchania muzyki w domu. Musimy jednak spełnić warunki – może, przede wszystkim – odważyć się zauważyć zasady, które obowiązują wszystkich, bezdyskusyjnie.
  8. Czasem coś napiszę o muzyce i o sprzęcie, wykorzystam przede wszystkim swoje doświadczenie, oczywiście - audiofilskie - ale także humanistyczne w ogóle. Mniej mnie interesuje techniczna strona audio - uważam bowiem, że parametryzacja doświadczenia słuchania muzyki w domu jest tylko wstępną i orientacyjną kategorią w tym, jakże angażującym zajęciu życiowym. Piszę "zajęciu", ponieważ słuchanie muzyki w domu to nie tylko hobby - to styl bycia i życia, często wkraczający na zacienione obszary patologii umysłu. Oczywiście, nie chodzi mi tu o jakąś ewangelizację, odbierającą przyjemność spędzania godzinami przed głośnikami i wydawania mnóstwa pieniędzy na mało skuteczne upgrade'y. Sam poświeciłem słuchaniu zbyt wiele czasu, żeby się wypierać jednego z ulubionych zajęć. Po drugie, koncentracja na jakimś zajęciu i zagadnieniu, zwłaszcza która trwa wiele lat, siłą rzeczy, daje nieco wglądu obiektywnego w naturę rzeczy. Innymi słowy, po wielu latach słuchania musimy się czegoś nauczyć, nawet jeśli ostatecznie stwierdzimy, że lepiej i przyjemniej się żyje jeśli się wiele rzeczy po prostu nie wie. Nie mniej, wiele decyzji dotyczących wymiany komponentu, przeorganizowania systemu jest umotywowane psychologią - na przykład naturalną potrzebą zmiany; w tym psychopatologią - wynikającą, na przykład, ze zbyt długiego "przylgnięcia" do załączonego sprzętu. Sądzę, że w wielu wypadkach - nieprzezornie - próbujemy wymusić żądaną zmianę na "chwili." Zatem, siedzimy, słuchamy dopóki nie będzie tak jak chcemy. Najprawdopodobniej, budując podstawy "fiksacji" (używam tego pojęcia w poważnym psychologicznym znaczeniu) nie zauważamy, że nasza obiektywna percepcja - do której jako ustabilizowani hobbyści mamy prawo - szybko słabnie, staje się niewiarygodna, zwłaszcza, gdy niepokojąco przedłużamy nasz odsłuch krytyczny. Ostatnio zmartwiłem się, że słuchanie muzyki w domu stało się zajęciem tak mocno spowinowaconym z przemysłem komercyjnym, że wrażenia budowane przez media (internet, marketing, telewizja, reklamy, recenzje), w całej swojej dynamicznej wszechobecności, są mocniejsze niż świadectwo własnych zmysłów, własnych upodobań, nade wszystko własnego smaku, który według myślicieli klasycystycznych, jest domeną wymagającą wiedzy, praktyki, doświadczenia, najlepiej wyjątkowo przytomnego. Media współczesne - na szczęście już mniej polegające na telewizji - wytworzyły matrycę przekazu myśli i opinii, która nie pozwala na refleksje lub głębsze podejście do zagadnień, jeśli forma osądu nie wpisuje się w formę wypowiedzi elektronicznej. Ta ostatnia, z założenia, ma być zdawkowa, fragmentaryczna, bardzo powierzchowna i nastawiona na jakieś popularyzacyjne osiągi - ilościowe i statystyczne. Sukces osobisty, a więc towarzyski, "życiowy" - ale także akademicki - zdeterminowany jest, i to obiektywnie, koniecznością zdobywania like'ów, wirtualnych "przyjaciół", przedstawiania siebie jako autora dzieła intelektualnego, którego warto cytować itd. Jeszcze bardziej natrętny jest system komercjalizacji - częściowo wpraszający się do naszego życia w wersji "e." To coś, zwane systemem, narzuca nam zarówno nawyki oceny rzeczywistości jaki i wzorce reagowania na bodźce. Może nie musimy już, w naszej kondycji ewolucyjnej, reagować na zagrożenia. Reagujemy na to, co daje nadzieję na zwiększenie przyjemności, a więc nowe kolorowe oferty, nowe modele, wybujałe parametry, czyli liczące w naszym świecie "wartości", wersje LE, SE. W pościgu za obietnicą rozkoszy, niekoniecznie chodzi tu tylko o nowe oferty (np. urządzeń Hegla - która to firma stawia na nieustanną, "numeryczną" ewolucję swojej oferty ). Podobnie bowiem zadziała na nas pojawienie się ciekawej oferty sprzedaży sprzętu używanego (na portalach aukcyjnych.) Nowe zdjęcia, opis, "legenda" podbita emocjonalnie przez oczekiwanie (że nareszcie ktoś "to" sprzedaje, w cenie będącej w naszym zasięgu. ) Otóż jestem pewien, że większość audiofilów nie słucha racjonalnie tego, co chce kupić i mieć w domu, a raczej uczestniczy w swoistym spektaklu, który buduje wrażenia i reguły "uczestnictwa" w bujnym życiu. jest to egzystencja oglądania, ulegania wrażeniom zmysłowym, tekstom reklamowym, a jeszcze częściej opiniom w internecie. To działa na każdym poziomie uczestnictwa w multimedialnym szale przedstawienia konsumenckiego, którego media - na przykład, jako użytkownicy smartfonów - musimy dosłownie nosić ze sobą. A więc konsumujemy, uczestniczymy, wypowiadamy się - i to czasem całkiem inteligentnie - bez pełnego doświadczenia istoty tego, o czym prawimy. Pozwolę sobie na analogię. Jako gitarzysta amator interesuje mnie temat doboru strun do instrumentu. Oczywiście wypróbowałem wiele kompletów w życiu, ale nie tyle co amatorzy-testerzy strun. Nie wymieniam bardzo często strun, ponieważ, po pierwsze, jest to wyczuwalny wydatek finansowy, po drugie, jestem przekonany, że w tym "zajęciu" zdeterminowane testowanie zestawów dostępnych na rynku tak naprawdę odciąga nas od naszego celu. Niestety o zadowoleniu z wytyczonego przez siebie celu - w tym[ przypadku - wysokiej umiejętności grania na instrumencie muzycznym, mniej decyduje dobrze ustawiony instrument, niż konkretne psychomotoryczne umiejętności własnie. Owszem, ci, którzy zdecydowali się zostać testerami (strun ale samych i instrumentów) zdobywają wspaniałą wiedzę ilościową, lecz tak naprawdę ona tylko nadaje się do wzmocnienia tego bezgranicznego przemysłu produkcji i sprzedaży. Najprawdopodobniej, osoby te zostaną sympatycznymi ekspertami samo-napędzającego się rynku, rynku, który nie potrzebuje już niczego więcej niż siebie oraz podmiotów, czyli konsumentów. Naturalnie konsument może przyłączyć się do grupy ludzi konsumujących w taki sam sposób jak on czy ona, a celem mediów elektronicznych jest zapewnienie mu takiej możliwości. Niewielu z nich zrozumie, co to znaczy grać na instrumencie, bo to naprawdę żmudne i trudne i nie da się tego kupić. Tak, tak - czytelniku, (jeśli się takowy znajdzie), dokładnie jest tak samo w przypadku większości piszących do Audio Stereo. Często po wpisach, ale i po załączanych zdjęciach, widać, że systemy, o których rozprawia się, nie mogą dobrze grać. Najprawdopodobniej nawet nie grają poprawnie. Jak można zaufać dyskusji, w której uczestnik nie tylko może okazać się osobą zieloną, ale i nie mamy możliwości zweryfikowania efektu ustawienia sprzętu w jego pomieszczeniu. Dość często się zdarzało, że zapraszając do siebie sympatycznych kolegów, zainteresowanych kupnem moich głośników, lub urządzenia, miałem prawdziwego pietra. Przeważnie sprzedawałem przedmiot, który nie był używany "stacjonarnie" w moim mieszkaniu, a był komponentem drugiego systemu w innym miejscu zamieszkania. Po szybkiej instalacji w w głównym pokoju okazało się, że zestaw zagrał koszmarnie, oraz że symptomy i fazy dogrzewania - jakże dobrze już znane z doświadczenia - nie wskazywały na to, że coś mogłoby się zmienić na korzyść w przeciągu dwóch następnych dni. Okazuje się, że żaden z audiofilów (a wynikało z rozmowy, że niejedną drogą paczkę w życiu przywlekli do swojego salonu) nie zauważył, że dźwięk jest daleki od norm hi-fi. Wypowiadali się o swoich wrażeniach jakby stan bieżący był obowiązujący dla pracy tego wzmacniacza, lub źródła, lub - co najciekawsze - głośników. W przypadku tych ostatnich, wrażenia muzyczne, że tak powiem, "na zimno" są skrajnie różne od tego, co usłyszymy jeśli to same kolumny pograją kilka dni. No i, kupowali, odjeżdżali uśmiechnięci. Podobne wrażenia miałem w salonach z hiendowym sprzętem. Wybrałem się kiedyś do RCM, poniekąd słusznie szanowanego, atelier audio w Katowicach. Wiem, że każda rozmowa, która odbędzie się z szefem, jest godna zapamiętania, bo człowiek ten rzetelnie i konsekwentnie realizuje swój plan życiowy jako koneser i znawca technologii odsłuchu muzyki w domu. Po rozmowie zostałem zaproszony do miejsca odsłuchowego, w którym załączono system zbudowany na bazie nowego wzmacniacza, nie wymienię producenta, bo nie o to chodzi. Sądzę, że sprzęt miał dobry potencjał, ale ocenę dałem kierując się intuicją, oraz audiofilską wyobraźnią, projektującą prawdopodobny efekt dłuższej pracy urządzenia tej klasy. Pomyślałem sobie grałby to dobrze, gdyby nie ... beznamiętna barwa, paskudnie zapiaszczone detale góry i dziwnie prowokująco podbity bas, którego podejrzanie uszlachetniona barwa po prostu królowała nad całą resztą. Oczywiście, przede wszystkim nad samą muzyką i jej ewentualnym walorem artystycznym. Może sprzęt "potrafił" wiele, i najwidoczniej nie grał w tej chwili na miarę swoich możliwości. Jednakże - jakże stało się to jasne - że, jeśli ulegniemy zauroczeniu nowego wrażenia - nowego sprzętu, który świeżo wygląda w naszym pokoju - dziwnie zakładamy, że już teraz gra dobrze, choć jest zupełnie inaczej. Jeśli podczas następnych odsłuchów - i długich godzin dojrzewania barwy - kiedy scena rzeczywiście wariuje - zapamiętamy tylko te chwile, choćby i te najbardziej ulotnie, kiedy sprzęt ów zagrał najlepiej. Przecież tak działo miłość. Mimo że zaufam tej małej iluminacji, że wszystko w gestii "zadowolenia" lub jego braku odgrywa się w głowie, no i może w sercu, centrum ludzkich emocji, doszedłem także do kilku praktycznych i "obiektywnych" wniosków, które mogą przybliżyć "słuchającym" cel, jakim jest -zawsze względne - zadowolenie ze słuchania muzyki w swoim domu. Pomieszczenie odsłuchowe mężczyzny, w każdym wieku, to, rzecz jasna, jaskinia wytchnienia i świątynia dumania. Ale świątynia staje się rychło miejscem psychicznej kaźni, gdy tylko zabraknie chwili rozkoszy, a nie daj Boże, nadziei, że to w końcu, za chwilę, za godzinę, za dzień, dwa ... zagra "jak trzeba." Nie liczę na powodzenie blogu, nie będę go udostępniał, ani polecał. Traktuję to jako notatnik i ćwiczenie, ale będę wypowiadał się szczerze i z pasją. C.d.n...
  9. macson

    Klub Tidal

    Cześć, jestem nowy w sprawach Tidalu, jeśli Was denerwują moje pytania ("bo wszystko było omawiane") dajecie znać na prive'a: Korzystam z Linn Kazoo (DS Majik - ogólnie urządzenie bardzo ok), spostrzeżenia: 1.Ogólnie średnie wrażenia, aż się dziwię, że założyciele pisali, że Tidal brzmi tak jak cd. 2. Owszem, jazz, muzyka współczesna (w tym ECM ) jest czasem całkiem ok, po prostu da się słuchać z przyjemnością. (I bardzo dobrze bo na tym mi zależy najbardziej.) Avantjazz (Anthony Braxton) - całkiem fajnie, ale mało. 3.Rozrywka, rock, w tym nowości (np Nosowska), inne Fisze i Emade, albo klasyka Pink Floyd, Marley ..... dla mnie nie da się słuchać. Z pasją zabrałem się za kanon ... Sergeant Peppers Lonely Heart Club Band .... porażka. 4. Odgrzebanie staroci z "dzieciństwa" : Thomson Twins (ktoś to pamięta?), inne new romantic ... wszystko na poziomie średniego mp3 . Czy te sepleniące soprany to norma w tym medium? 5. Zauważyłem, że muzyka streamowana "układa się" godzinkę; potem to brzmi lepiej , a więc kulturze streamingu jednak nie uciekniemy od sprawy "dogrzewania" źródła :) 6. Rozdzielczość muzyki "w ulubionych" nie zawsze jest taka sama - a więc szeroko rozumiane warunki sieciowe wpływają na jakość muzyki. 7. Wynika że w Linnie Kazoo nie ma ustawień ręcznych; dostajemy to co firma daje. Tyle w telegraficznym skrócie. Pytanie: czy to tak ma być?. Potraktujcie moje uwagi z wyrozumiałością, mam raczej konserwatywne gusta, bardzo lubię winyle i cdeki, zwłaszcza jeśli są dobrze nagrane i jest też co poczytać.
  10. Nowy silnik,  nowe możliwości ...miejmy nadzieję, że ekologiczniejszy.

  11. Lepiej i jedno i drugie. Mam Linna DS Majik, Linna Sondeka i Linna Genki - wszystkie grają "coś" najlepiej -tą albo tamtą płytę lub album. Ostatnio wróciłem do kaset - i niektóre grają świetnie, znacznie lepiej niż niektóre streamowane albumy albo niektóre płyty. Gdyby nie idiotyczne ceny kaset metalowych i chromowych, chętnie bym nagrał to i owo z plików klasy "master." Niestety tych ostatnich jest niewiele, dla mnie większość albumów z Tidala i Spotify to miazga i masakra, zwłaszcza pozycje popularniejsze w tym Pink Floyd, Dylan, Marley, a nawet Pat Metheny, który raczej dba o jakość swoich nagrań. Według mnie to się do niczego nie nadaje. Znacznie lepiej wygląda muzyka niszowa - awangarda, muzyka współczesna - na Tidalu można poszaleć. Po drugie, bez względu na wybrane źródło i medium, nie zmienia się zasada odczekania "swojego" by muzyka dojrzała i nabrała kolorków. Czy to głowica, wkładka, laser, czy streaming odtwarzanie pierwszych ścieżek, granie na zimno po porostu nie brzmi jak należy. Jestem zaskoczony, że streaming i streamery potrzebują czasu, żeby ukształtować spójną scenę i wygładzić górę bo w sumie - nie ma tu niczego fizycznie, co miałoby się dogrzewać. Niestety to prawda - jeśli ktoś nie szpera w ciekawych gatunkach, Tidal i Spotify do złodziejstwo. Jeśli ktoś ma pokaźną kolekcję raczej dobrze nagranych płyt - cd player jak najbardziej. No i ta przyjemność korzystania z prostego systemu. dwóch urządzeń.
  12. macson

    ROKSAN - fan club

    Nie jestem biegły technicznie, ale doświadczony :) tak. Tak, najwidoczniej to wina wysłużonego przełącznika - ma prawo jeden kanał nie działać Przeważnie jak się pstryka z odpowiednim wyczuciem między źródłami , "wskakuje" czysty dźwięk. No, ale ostatecznie - taki półśrodek denerwuje i trzeba wymienić.
  13. macson

    Spendor Club

    Pewno:tak. Sorry, że się wtrącam ...ale jak widzę te "standy"......:))
  14. macson

    Klub HEGEL

    Gratuluję i dziękuję za bardzo sensowne posty.
  15. macson

    Klub Linna

    Solidaryzujmy się ... nie wolno nic nie zrobić w takiej sytuacji. Dystrybutorze Linna - poniekąd w mieście stołecznym, co też zobowiązuje - potraktujcie to poważnie, sprzedajecie drogi sprzęt, nie można lekceważyć klienta.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.