Skocz do zawartości
wojciech iwaszczukiewicz

"Bohemian Rhapsody" czyli rzecz o zespole Queen.

Rekomendowane odpowiedzi

Zdecydowałem się umieścić wątek o filmie w dziale muzycznym bo traktuje on o muzykach i muzyce.Właśnie film wszedł na ekrany i można go obejrzeć.Jestem świeżo po projekcji.Film opowiada dzieje grupy i jej frontmana Freddiego Mercury'ego na przestrzeni kilkunastu lat.W tym sensie nie jest to nic nowego.To kolejny obraz pokazujący powstanie,rozwój i konflikty w łonie grupy rockowej.Takie filmy już były.Ale na szczęście jest to również film o Freddie'm,o jego osobowości,o pochodzeniu i bagażu kulturowym.O samej grupie Queen,jej członkach oraz o czasach w których działali.O latach 70 i 80 i ówczesnej pop kulturze.Oczywiście można twórcom filmu postawić zarzut,że nie powiedzieli o wszystkim,że pominęli pewne wątki,że przedstawili nam historię grupy trochę uładzoną,lukrowaną.Ale przecież w dwugodzinnym filmie nie da się powiedzieć o wszystkim.Wątek Mercury"ego,jego miłości,jego gejostwa i choroby został ukazany bardzo powściągliwie i taktownie.Film ogląda się bardzo dobrze zwłaszcza w scenach koncertów,w klubach i na stadionach.Rewelacyjna jest sekwencja finałowego koncertu na Wembley w ramach Live Aid.W ogóle gdy pojawia się muzyka to film nabiera jakby innego,wyższego wymiaru.Znakomita rola Ramiego Maleka w roli Freddie'go.On po prostu wygląda, mówi,porusza się i śpiewa jak Mercury.Pozostali aktorzy też świetnie dobrani.

A muzyka?Nadal aktualna,nic się nie zestarzała !To trzeba zobaczyć.

Edytowane przez wojciech iwaszczukiewicz
  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bardzo dobra rola Rami Maleka .Rewelacyjne aranżacje muzyczne. Co do przedstawienia tak złożonej osobowości jak Freddie , no cóż , nie da się w ciagu 2 godzin. Film też nie miał na celu pokazania szczegółów z jego jakże bogatego zycia towarzyskiego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Byłem w dniu premiery i napisałem swoją opinię w wątku Ostatnio obejrzane, w zakładce "Film".

Ale tu pewnie większa frekwencja, więc pozwolę sobie skopiować:

 

Obejrzałem dziś z moją Kobietą premierę "Bohemian Rhapsody".

Film o zespole Queen, na którym (między innymi) wychowałem się jako nastoletni miłośnik muzyki, ale przede wszystkim o genialnym Fredku Mercurym.

Generalnie obraz bardzo dobry. Trzeba przyznać, że odtwórcy głównych ról członków zespołu wcielili się w swoje postaci świetnie, będąc także bardzo podobnymi wizualnie. Może najmniej aktor grający Rogera Taylora, ale za to Brian May jakby miał swojego sobowtóra. Zaskakująco dobrze został skopiowany niepowtarzalny głos Mercurego. Wszystkie śpiewane przez aktora w filmie utwory były znakomicie wykonane, choć przecież to nie był playback.

Film obejmuje historię grupy od samego początku do słynnego koncertu Live Aid, niedługo przed którym wokalista zachorował na AIDS.

Świetnie pokazana jest historia nagrywania najsłynniejszej płyty Queen - A Night at the Opera, a zwłaszcza najważniejszego z tej płyty utworu, stanowiącego tytuł filmu - okoliczności, rozterki i nieporozumienia muzyków między sobą i z wytwórnią...często w takich bólach rodziły się arcydzieła muzyki rockowej.

Film dostarcza wielu wzruszających scen...przyznam, że zakręciła mi się nie raz łza w oku.

Są też niestety dziwne błędy. Nie rozumiem dlaczego w scenariuszu pojawiły się dwa przekłamania, niezgodne z historią.

Pierwsze to gdy grupa wyjeżdża w pierwszą trasę do Ameryki w początkowym okresie kariery i na koncercie grają kawałek Fat Bottomed Girls, który pochodzi z płyty Jazz z 1978 roku.

Drugi taki zgrzyt to sytuacja gdy zespół wkracza w lata 80-te i właśnie wtedy chłopcy wpadają na pomysł nagrania hymnu rockowego dla mas. Chodzi o słynny We Will Rock You, który przecież został skomponowany trochę wcześniej i trafił na płytę News of the World w roku 1977.

Dziwne to trochę, bo sceny w filmie poukładane są chronologicznie i nie ma żadnych retrospekcji.

Mimo tego polecam ten film nie tylko ze względu na pewien dokument o jednej z największych grup rockowych świata, ale też dobry dramat psychologiczny.

 

Dodam tylko do tej mojej wypowiedzi, że podobno większość ścieżki muzycznej to jednak był playback, ale pochodzący z wersji utworów nam nieznanych.

Jednak niektóre partie wokalne wykonywane podczas pracy w studiu były śpiewane przez aktora grającego Mercurego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kurczę, dziękuję za recenzje, Panowie. Zachęciliście mnie do obejrzenia :)

Widziałem zwiastun, lubię Rami Maleka, a Queen uwielbiam. No to idę!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A wszyscy mówią, że to schematyczny, nudny i wyjątkowo ugrzeczniony film, który w zasadzie nie powinien nawet trafić do kin, tylko od razu zawitać pod strzechy wielbicieli telewizyjnej tandety. Pod niedzielny rosół dla całej rodziny :)

I po wszelkich zwiastunach tak to rzeczywiście wygląda, ale ja nie zamierzam się nawet przekonywać czy mam rację, bo wyjątkowo nie cierpię tej kapeli.

A w migawkach pokazujących ten ponoć słynny koncert, wychodzi tak teatralne przerysowanie i marne efekty komputerowe, że aż oczy bola.

Aż mi się przypomniały słowa Stevena Tylera z jeszcze gorszego zespołu Aerosmith, który z rozbrajającą szczerością przyznaje, że w latach 70 "wpierdalał herę jak pomidory". Ale to jest prawdziwe życie przynajmniej, nie jakaś laurka dla żyjących dziadków z zespołu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chłopie - to czego Ty słuchasz, skoro Queen i Aerosmith to dla Ciebie takie beznadziejne kapele? ;-)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Na obronę tych kapel mogę powiedzieć, że są znacznie gorsze zespoły:) Np te z obrębu rocka neoprogresywnego, symfonicznego, operowego, post-grungu, gitarowego onanizmu czy pudel metalu :)

A nie jest tak, że odrzucam Queen w całości, kilka kawałków mają naprawdę dobrych (np Don't Stop me Now, Under Pressure)

Ale za wyprodukowanie takich stadionowych koszmarów jak We Are the Champions czy We Will Rock You to normalnie się należy spalenie na stosie :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Don't Stop me Now

 

Jeśli ten kawałek akurat podoba Ci się, to powinieneś też lubić całą płytę Jazz, na której roi się od ładnych piosenek

i właściwie niemal każda z nich mogła stać się przebojem.

Ja myślę, że Ty po prostu nie poznałeś wszystkich płyt Queen, bo wtedy z pewnością nie miałbyś aż tak negatywnego o nich zdania.

We Will Rock You, czy We Are the Champions to chyba nawet każde dziecko zna. ;-)

 

Natomiast dla mnie Under Pressure to jeden z takich kawałków, których nie lubię...tak samo jak niemal całe płyty The Game, Hot Space, czy Works...osobiście ten okres między 1980, a 1984 uważam za najgorszy w całej twórczości Queen.

Edytowane przez soundchaser
  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pamiętajmy, że te wszystkie płyty zostały nagrane przed 30-40 laty. Inne czasy wówczas były, inne obyczaje, kultura... nie należy do nich przykładać dzisiejszej miary. Na szczęście, Muzyka potrafi sama się obronić.

 

P.s. "Under Pressure" jest super :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A który ich utwór pamiętacie jako pierwszy zapoznany?

Jak o mnie chodzi "umarłem" gdy usłyszałem "Killer Queen" a "dobiła" mnie, to chyba na jednym singlu wydane było "Death on Two Legs".

Ciekawostką dla mnie było (zdębiałem troszku jak usłyszałem) gdy siostrzyczka moja źle usłyszała zapowiedź w radiu - było to Cream ("White Room") - ona do mnie : "mam fajne nowe nagranie Queen!", (Cream wtedy jeszcze nie znałem), dość długo dochodziłem do siebie.

Na szczęście niebawem przyszła pora i na Cream, wtedy zagadka dziwnego brzmienia Queen i dziwacznego jak na Queen wokalu się "rozjaśniła". :)))

 

(na czwartek mam bilety na film)

Edytowane przez iro III
  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja Queenów poznałem od płyty A Night at the Opera w 1975 roku. Było o niej wtedy tak głośno, że nie sposób było ją przeoczyć.

Później regularnie słuchałem każdej następnej płyty i oczywiście sięgnąłem do tych wcześniejszych.

To były czasy winyli, a ja już jako nastolatek chodziłem na giełdy płytowe, handlując i wymieniając się.

Te 4 płyty od Opery do Jazz są prawdziwymi kanonami. Uwielbiałem je. Później moja fascynacja tym zespołem skończyła się, bo wkraczając w lata 80-te ulegli nowym trendom...nie bardzo mi się to podobało. Od A Kind of Magic znów było lepiej, ale już nigdy nie to.

Dziś wracam czasem do wszystkich płyt z lat 70-tych.

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Sound, mógłbym skopiować Twój cały wpis i wkleić cały dosłownie jako swój. :)

 

Ale konkretny jeden kawałek, ten pierwszy, ten "pierwszy raz"?

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A Innuendo ? Moja zresztą ulubiona płyta Queen , majstersztyk.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadza się - lata70. .....(przerwa)....lata 90. = Innuendo :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W latach 80 tych takie Hot space czy The Works wg mnie słabymi na pewno nie są . 90 te lata to też bardzo dobry Made in heaven wydany kiedy niestety juz Freddiego nie było.

 

Świetny zespół ktory miał szczęście mieć w swoich szeregach wybitnego i nie do podrobienia artystę Freddiego.

Edytowane przez Luk77

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale konkretny jeden kawałek, ten pierwszy, ten "pierwszy raz"?

 

Zgadnij. ;-)

 

Bohemian Rhapsody. Kolega z podstawówki, z którym utrzymujemy kontakt do dziś był z rodzicami w tym czasie w Stanach. Pisaliśmy do siebie listy i kiedyś napisał, że szykuje się prawdziwa rewolucja w muzyce rockowej w postaci nowej płyty zespołu Queen, który wtedy znałem tylko z nazwy. Takie były opinie w mediach amerykańskich.

Niedługo później usłyszałem ten utwór z radia Amator w pokoju ojca. ;-) Później nabyłem całą płytę na giełdzie.

 

A Innuendo ? Moja zresztą ulubiona płyta Queen , majstersztyk.

 

Bardzo dobra płyta. Made in Heaven też.

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Queen" to ani mój świat, ani moja bajka, ale świat muzyki bez

 

"Queen",to jak dobranocka bez bajek.

Edytowane przez GłuchyJakPień

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Fanem Queen nie jestem ale nie posunął bym się do twierdzenia, że to słaba muza była. Za to film bardzo przeciętny. Zwłaszcza początek irytuje. Koleś przerzuca walizki a 10 minut później jest już charyzmatyczny przyszłym idolem - i tak przez godzinę, nic o nim nie wiadomo, poza tym, że jest ekspresyjny i wszyscy ulegają jego urokowi. W sumie ta sekwencja Live Aid jest niezła, mimo dość siermiężnej "mityczności". Szkopuł w tym, że skoro twórcy zrekonstruowali cały występ jako kulminację filmu to dlaczego nie determinuje on osi narracyjnej scenariusza, a zamiast tego dostajemy tę nieszczęsną biografię w pigułce, która nie dość, że bez recepty to jest suplementem, który z scala pewnością nie może być zamiennikiem zrównoważonej diety?

Jeśli przywołać naprawdę dobre filmy o słynnych muzykach - np. The Doors, Control, a z ostatnich lat filmy o Brownie, Davisie, czy - z trochę innej parafii - świetną Whitney, to Bohemian Rhapsody jawi się jako bardzo średnia średniawka balansująca niekiedy na granicy padaki.

 

Wysłane z mojego LG-H870 przy użyciu Tapatalka

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Do dwóch błędów formalnych, zauważonych przez sounda, dokładam jeszcze jeden. Freddie w czasie Live Aid, czyli w roku 1985 jeszcze tak nie wyglądał. Tak, czyli pokazano go zbyt wychudzonym, z już pierwszymi objawami AIDS. Naprawdę jeszcze rok później na słynnym koncercie na Wembley można zobaczyć 'byczka' w pełnej (jeszcze) formie fizycznej.

A sam film - dla mnie bardzo OK.

Wyżej wymienione błędy nie przeszkadzają w odbiorze.

Na tym forum wypada też dodać - dobra jakość dźwięku, soczyste i z wykopem jak trzeba brzmienie.

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jeszcze rok później na słynnym koncercie na Wembley można zobaczyć 'byczka' w pełnej (jeszcze) formie fizycznej.

W Budapeszcie, też 1986, też jeszcze dobrze wyglądał.

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dodam swe trzy grosze. Artystycznie bardzo słaby, bo schematyczny, aktorsko słaby, niektóre sceny rozmów grane tak, jakby trupa licealna to przedstawiała.

Siła jednak tkwi w muzyce i postaci FM.

Dotychczas muzykę tego zespołu właściwie lekceważyłem poza koncertami z połowy lat 70. I dopiero ten film pokazał mi wielkość tego wokalisty i zespołu.

Mnóstwo wielkich przebojów, niesamowity głos i niebywałe zespolenie z publicznością muszą robić wrażenie.

 

 

Wysłane z mojego EVA-L09 przy użyciu Tapatalka

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem jeszcze przed projekcją i obejrzę go tak jak zrobi to każdy fan tego wokalisty i tego zespołu.

Co do ewentualnych wpadek to nie zauważy ich np.mój syn (rocznik 1990) w którym na koncerty często chadzam i na film do kina się wybieram.

 

90125

 

 

.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Freddie w czasie Live Aid, czyli w roku 1985 jeszcze tak nie wyglądał. Tak, czyli pokazano go zbyt wychudzonym, z już pierwszymi objawami AIDS.

 

To prawda. Objawy AIDS zaczęły u niego występować nieco później. Widoczne mięsaki Kaposiego starał się ukryć zarostem w teledyskach do płyty Miracle.

Głos zaczął odmawiać mu posłuszeństwa i ostatni koncert dał w październiku roku 1988.

 

https://www.youtube.com/watch?v=hFDcoX7s6rE

 

Pamiętam, że w 1989 roku byłem na targach poznańskich i tam z telebimów zainstalowanych na targach leciał właśnie ten teledysk, który wtedy zobaczyłem po raz pierwszy.

Zaskoczył mnie ten zarost Mercurego, ale nie zdawałem sobie sprawy dlaczego go zapuścił.

Ale nowy kawałek Queen odebrałem bardzo pozytywnie. Dziś też bardzo go lubię. :)

Edytowane przez soundchaser

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

oj piękny ten cover Swierszczychrząszcza ... :-))))

Edytowane przez ABs

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jedyny cover Bohemians Rapsody jaki uznaję to ten:

 

Po czymś takim, nikt inny już nie powinien nawet próbować :)

  • Lubię to 1
  • Haha 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A Innuendo ? Moja zresztą ulubiona płyta Queen , majstersztyk.

 

O tak, ale tylko wersja oryginalna nie macana w chyba pijanym widzie remasteringiem z 2011.

Za takie sprofanowanie tego genialnego i dla mnie albumu powinny być kraty, albo conajmniej wysoka grzywna dla pana, który dorwał się do suwaków i gałek w studio.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie film rzeczywiście broni się jedynie muzyką, szczególnie ostatnia jej sekwencja.

Zbyt dużo w filmie jest "aktora" i skupienia na fizyczności Frediego.

  • Lubię to 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.