Jump to content
AudioRecki

Pearl Jam już niebawem z nowym albumem!

Recommended Posts

Nabrali dojrzałości w stylu U2 - wyszukana produkcja przed kompozycją.

Ale informacja cenna, a sklep partnerujący się kliknie i przed marcem.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
xavian

A jeszcze większa, że nigdy nie było czegoś takiego jak grunge w rozumieniu określonego stylu muzycznego. Każda grupa ze Seattle grała inaczej, wspólnym mianownikiem było tylko to miasto a termin grunge wymyślili dziennikarze i jest to pojęcie czysto marketingowe.

Ale to dobrze, że PJ próbuje się rozwijać zamiast grać to samo co 30 lat temu. Zobaczymy jak wyjdzie cała płyta, singiel brzmi ciekawie.


This ain't no party, this ain't no disco • This ain't no fooling around • No time for dancing, or lovey dovey • I ain't got time for that now

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeżeli ktoś poczuje niedosyt słuchając nową muzykę Pearl Jam, to może sięgnąć po CD polskiego zespołu grającego "kropka w kropkę" jak oni. Przypomną się najlepsze czasy...

POSITIVE BRIGHT

9 utworów, wydane w 2005 roku.

Peart Jam zawsze jakościowo nagrywali doskonale i te próbki YT zdradzają podobną dbałość. Polska grupa świetnie utrzymuje ducha stylu, w jakości jest ciut gorzej. Ale bilans korzyści i kosztów każdy sam przeprowadzi. Na przeczekanie do marca nie trzeba w ogóle rozważać, czy warto.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Póżniej jest trochę lepiej,ale na początku też miałem takie wrażenie.Jakiś popowy ten rock w ich wydaniu.

Edited by c-k

Share this post


Link to post
Share on other sites

Halo, jakie disco, jaki pop! Gdzie tego słuchacie?

Nawet wokal jest identyczny. Kapela jest niszowa, więc może zbieżność nazwy. Ja gram oczywiście z płyty cd. Dobrze że spojrzałem do komentarzy. Załączę zaraz zdjęcie. Za to już wiadomo, że w takim razie będziecie mieli mega niespodziankę.

Bo najwyraźniej grupa i istnienie płyty nie zostało przez Was odnotowane.

 

Edited by Wuelem
-

Share this post


Link to post
Share on other sites

A co to jest grunge tak właściwie? To nie był zawsze marketingowy bełkot?  Jak dla mnie jedyną zaletą tego pseudo- gatunku jest to,  że szybko zdechł...    U nas to może niekoniecznie i co jakiś czas pojawiają się jakieś kapele post-grungowe 😆

Jak pamiętam Cobain mówił bez ogródek, że Pearl Jam to kompletny badziew z nieszkodliwszym,  niezbyt bystrym, zawodzącym wokalistą.  A to był wbrew pozorom naprawdę niegłupi facet, tylko nadwrażliwy niestety.

Ja nie jestem może aż tak radykalny w stosunku do ich twórczości, ale nie bardzo wiem czym tu się podniecać.

  • Confused 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
11 minut temu, aster_ napisał:

A co to jest grunge tak właściwie?

Czyli nie wiesz o czym piszesz, ale głos zabierasz.

Właściwiej by było zadać pytanie i poczekać na odpowiedź od mądrzejszych.

A tak, zapamiętają cię z ignorancji i niewiedzy.

Edited by Wuelem
-

Share this post


Link to post
Share on other sites

A to w końcu ten genialny POSITIVE BRIGHT to płyta czy zespół?  Jak rozumiem płyta jakiś studenciaków o których nikt nigdy nie słyszał?  Ale w necie widzę że supportowali gdzieś tam na  juwenaliach takie kapele jak IRA, Coma czy Kombii...  

Daj pan spokój i przestań pisać, albo się zastrzel....

 

A nie to inna kapela, która z nimi koncertowała 🙂   Czyli ten Kredenz poszedł w bardziej "alternatywno-grungowe" klimaty:)

Zwracam honor 🙂

Share this post


Link to post
Share on other sites
16 godzin temu, Wuelem napisał:

Czyli nie wiesz o czym piszesz, ale głos zabierasz.

Właściwiej by było zadać pytanie i poczekać na odpowiedź od mądrzejszych.

A tak, zapamiętają cię z ignorancji i niewiedzy.

Zresztą ktoś już w tym wątku wcześniej w dużym skrócie napisał czym był grunge tak naprawdę. A, że do niektórych to nie dociera, to już nie moja wina.

Edited by aster_

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 31.01.2020 o 20:14, Wuelem napisał:

Czyli nie wiesz o czym piszesz, ale głos zabierasz.

Właściwiej by było zadać pytanie i poczekać na odpowiedź od mądrzejszych.

A tak, zapamiętają cię z ignorancji i niewiedzy.

Ja myślę, że kolega doskonale wiedział o czym pisze, a pytanie miało wyłącznie charakter retoryczny.

Słucham rocka w przeróżnych odmianach od początku lat 90-tych. Pamiętam MTV z czasów, gdy Smells like teen spirit oraz Alive puszczane były na tej stacji po kilka (o ile nie kilkanaście) razy dziennie. W pełni zgadzam się z tym, że termin "grunge" był bardziej chwytem marketingowym, aniżeli realnym określeniem stylu muzycznego. Wspólnym mianownikiem jest tu rzeczywiście jedynie miejsce pochodzenia tych zespołów. No i może jeszcze to, że wielu członków tych zespołów znało, i lubiło się nawzajem, oraz znajdowało upodobanie w noszeniu flanelowych koszul. Nazwa "grunge" nie denotuje jednak tak realnie żadnej wspólnej charakterystyki pod względem czysto dźwiękowym. Każdy z tych zespołów grał bowiem rocka, ale grał bardzo różnie od siebie. Nirvana czerpała głównie inspirację z punk-rocka, przy jednoczesnym nieskrywanym zamiłowaniu Cobaina do popowej melodyjności. Alice in Chains miało w sobie bardziej ducha metalowego, a później doszły także inspiracje folkiem i akustycznymi klimatami na epkach Sap i Jar of Flies. Pearl Jam czerpało najwięcej z klasycznego hard-rocka z lat 70', a także nieco z blues-rocka (hendriksowsko-vaughnaowskie zapędy Mike'a McCready) oraz trochę z punk rocka. Soundgarden natomiast grał ciężko, ale bardziej w stylu eksperymentalno-psychodelicznym - takie osobliwe połączenie ducha Black Sabbath i Pink Floyd przy tendencji do niestandardowych strojów gitarowych i nieregularnych podziałów rytmicznych. Można śmiało "wrzucić" te zespoły do pojemnej znaczeniowo kategorii "rock", jednakże samo określenie "grunge" to była/jest, według mnie, taka łata wymyślona, i przyczepiona, na siłę. No chyba, że rzeczywiście mamy tu na miejscu jedynie miasto, z którego pochodziły te kapele, a nie jakieś stylistyczne (pod względem czysto muzycznym) pokrewieństwo. 

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Napisałbym dokładnie to samo gdybym miał chwilę czasu na rozwinięcie mojego poprzedniego wpisu. Też doskonale pamiętam tamte czasy, kiedy zasłuchiwałem się muzyką tych kapel, a także choćby Smashing Pumpkins z Chicago czy Stone Temple Pilots z San Diego. Wszystkie te zespołu wrzucano wtedy do jednego worka z napisem „grunge”, choć każdy grał inaczej i pojęcie rocka alternatywnego czy indie byłoby chyba dużo lepsze. A najważniejszym zespołem alternatywnym tamtych czasów było Pixies z Bostonu, którym fascynowała się cała scena ze Seattle z Nirvaną na czele.


This ain't no party, this ain't no disco • This ain't no fooling around • No time for dancing, or lovey dovey • I ain't got time for that now

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

W dniu 3.02.2020 o 11:59, lukjan83 napisał:

Ja myślę, że kolega doskonale wiedział o czym pisze, a pytanie miało wyłącznie charakter retoryczny.

Słucham rocka w przeróżnych odmianach od początku lat 90-tych. Pamiętam MTV z czasów, gdy Smells like teen spirit oraz Alive puszczane były na tej stacji po kilka (o ile nie kilkanaście) razy dziennie. W pełni zgadzam się z tym, że termin "grunge" był bardziej chwytem marketingowym, aniżeli realnym określeniem stylu muzycznego. Wspólnym mianownikiem jest tu rzeczywiście jedynie miejsce pochodzenia tych zespołów. No i może jeszcze to, że wielu członków tych zespołów znało, i lubiło się nawzajem, oraz znajdowało upodobanie w noszeniu flanelowych koszul. Nazwa "grunge" nie denotuje jednak tak realnie żadnej wspólnej charakterystyki pod względem czysto dźwiękowym. Każdy z tych zespołów grał bowiem rocka, ale grał bardzo różnie od siebie. Nirvana czerpała głównie inspirację z punk-rocka, przy jednoczesnym nieskrywanym zamiłowaniu Cobaina do popowej melodyjności. Alice in Chains miało w sobie bardziej ducha metalowego, a później doszły także inspiracje folkiem i akustycznymi klimatami na epkach Sap i Jar of Flies. Pearl Jam czerpało najwięcej z klasycznego hard-rocka z lat 70', a także nieco z blues-rocka (hendriksowsko-vaughnaowskie zapędy Mike'a McCready) oraz trochę z punk rocka. Soundgarden natomiast grał ciężko, ale bardziej w stylu eksperymentalno-psychodelicznym - takie osobliwe połączenie ducha Black Sabbath i Pink Floyd przy tendencji do niestandardowych strojów gitarowych i nieregularnych podziałów rytmicznych. Można śmiało "wrzucić" te zespoły do pojemnej znaczeniowo kategorii "rock", jednakże samo określenie "grunge" to była/jest, według mnie, taka łata wymyślona, i przyczepiona, na siłę. No chyba, że rzeczywiście mamy tu na miejscu jedynie miasto, z którego pochodziły te kapele, a nie jakieś stylistyczne (pod względem czysto muzycznym) pokrewieństwo. 

Ale te nieszczęsne flanele to też był jak najbardziej czysty marketing.  Za to członkowie tych grup ponoć bardzo chętnie paradowali w kalesonach...  ze względu na niezbyt przyjazny klimat w rejonach Seattle. Jeszcze może łączyło ich zamiłowanie do twardych dragów. Co zresztą wiązało się z tym, że co poniektórzy w dość młodym wieku zeszli z tego świata.

Z tym że się tak wszyscy lubili też nie należy przesadzać, bo niechęć Cobaina do PJ była powszechnie znana. A potem to już wszyscy sobie nawzajem zarzucali kto bardziej się sprzedał 🙂 

I szkoda,że tak rzadko wspomina się o kapeli Mudhoney, jakby nie patrzeć ikony tego miasta.  No ale sukcesu komercyjnego nie odnieśli.  Nie wyglądali też tak dobrze na okładkach kolorowych magazynów jak narcystyczny Eddie.

Posłuchałem z ciekawości tego nowego kawałka Pearl Jam. No i jak dla mnie bez zaskoczeń.. nudne, przewidywalne, dobre na bezsenność...  Za to Eddie chyba prawie całkiem porzucił te swoje manieryczne, kuriozalne wokalne zawodzenia..  Teraz za to jakby podrabia Davida Byrne'a.

 

Edited by aster_
  • Thanks 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
2 godziny temu, aster_ napisał:

 

Ale te nieszczęsne flanele to też był jak najbardziej czysty marketing.  Za to członkowie tych grup ponoć bardzo chętnie paradowali w kalesonach...  ze względu na niezbyt przyjazny klimat w rejonach Seattle. Jeszcze może łączyło ich zamiłowanie do twardych dragów. Co zresztą wiązało się z tym, że co poniektórzy w dość młodym wieku zeszli z tego świata.

Z tym że się tak wszyscy lubili też nie należy przesadzać, bo niechęć Cobaina do PJ była powszechnie znana. A potem to już wszyscy sobie nawzajem zarzucali kto bardziej się sprzedał 🙂 

I szkoda,że tak rzadko wspomina się o kapeli Mudhoney, jakby nie patrzeć ikony tego miasta.  No ale sukcesu komercyjnego nie odnieśli.  Nie wyglądali też tak dobrze na okładkach kolorowych magazynów jak narcystyczny Eddie.

Posłuchałem z ciekawości tego nowego kawałka Pearl Jam. No i jak dla mnie bez zaskoczeń.. nudne, przewidywalne, dobre na bezsenność...  Za to Eddie chyba prawie całkiem porzucił te swoje manieryczne, kuriozalne wokalne zawodzenia..  Teraz za to jakby podrabia Davida Byrne'a.

 

Tak, zamiłowanie do twardych dragów też tam było, ale to akurat nie była tylko specyfika rocka z Seattle. Z powszechnością dragów w szeroko pojętej muzyce rockowej, to akurat już mamy do czynienia od lat 60-tych (Hendrix, Joplin, Morrison, Stonesi, itd.), więc nie ma sensu chyba czynić z tego jakiegoś charakterystycznego, moim zdaniem, wyznacznika zespołów kojarzonych z nurtem grunge. Zresztą jeśli chodzi np o Pearl Jam, to tam raczej nie było jakiegoś szczególnego rozmiłowania w dragach. Jedynie gitarzysta - Mike McCready sobie konkretniej poczynał w pewnym okresie z twardymi narkotykami.

Fakt, Mudhoney też jest zaliczany do grunge rocka. Wymieniłem akurat te, a nie inne zespoły, bo te cztery są po prostu uznawane za najbardziej kultowe/reprezentatywne dla tego nurtu. Można byłoby jeszcze dorzucić Green River, Mother Love Bone, czy projekty typu Temple of the Dog, albo Mad Season. Można by dorzucić Screaming Trees. Niektórzy skłonni są podpinać pod grunge również zespoły spoza Seattle, jak choćby Stone Temple Pilots. Pewnie i parę innych kapel by się jeszcze znalazło.

Wracając do owego lubienia/nielubienia się nawzajem, to Cobain lubił Eddiego Veddera i otwarcie o tym mówił. Na YT można sobie nawet zobaczyć film, na którym mówi, że nic do niego (Veddera) prywatnie nie ma, że uważa, że Eddie jest miłym gościem, i że rozmawiali ze sobą ileś tam razy razy przez telefon. Jest nawet zachowane jakieś stare video, na którym Eddie tańczy dla jaj razem z Kurtem (również do obejrzenia na YT). Cobain natomiast mówił, że nie znosi zespołu Eddiego - nie chodziło tu jednak bynajmniej o jakieś personalne animozje, tylko o to, że nie podobała mu się po prostu muzyka Pearl Jam, i tyle. Rzekomy konflikt Nirvana-Pearl Jam to chyba też było takie zjawisko bardziej przez prasę nadmuchiwane. Fakt natomiast, że członkowie PJ byli bardziej zżyci z członkami Soundgarden i Alice in Chains. Nirvana była nieco poza koleżeńskim kręgiem członków tych 3 powyższych zespołów.

Co do Cobaina jeszcze, to sądzę, że przypisywana mu formułka "Grunge is dead", najlepiej chyba obrazuje jego stosunek do "grunge" jako gatunku muzycznego. Ikona grunge'u sama więc uważała termin "grunge" jedynie za wydmuszkę.

Jeśli idzie o nowy singiel Pearl Jam, to z jednej strony podoba mi się, że próbują jakieś nowe muzyczne terytoria dla siebie eksplorować. Cenię sobie np bardzo takie wcześniejsze bardziej eksperymentalne utwory w rodzaju Who You Are (z No Code), Sleight of Hand (z Binaural), czy You Are albo Arc (z Riot Act). Dance of the clairvoyants uważam jednak tak szczerze pod względem czysto muzycznym za średniaka. Riff na którym bazuje ten kawałek jest - co tu dużo mówić - dość oklepany, i znajdziemy go w mnóstwie innych utworów. Podoba mi się natomiast jak ten kawałek brzmi (ciekawy pomysł z syntezatorem i fajna funkująca gitara Mike'a) i podoba mi się wokal Eddiego w tym kawałku (to budowanie napięcia i te harmonie w końcówce świetnie brzmią według mnie). Nie widzę tu pod względem czysto wokalnym szczególnych podobieństw do Davda Byrne'a. W aspekcie czysto instrumentalnym czuć natomiast już ewidentnie ducha Talking Heads w tym utworze. A co do tego manierycznego zawodzenia, to uważam, że to akurat na plus, że Eddie nie próbuje śpiewać na każdym kolejnym albumie jak na debiutanckim Ten. Czy to było kuriozalne? Dla mnie nie. Ten styl śpiewania Eddiego to w końcu był, jakby nie patrzeć, jeden z muzycznych znaków rozpoznawczych tego zespołu na początku ich kariery, i inni wokaliści rockowi, jak Scott Weiland, czy Scott Stapp, wręcz małpowali tę manierę śpiewania. No ale oczywiście nie każdemu musiało/musi się to podobać. Inna sprawa, że facet ma obecnie 55 lat, więc to normalne że barwa jego głosu się zmieniła od czasu Ten czy Versus. Pod względem czysto kompozycyjnym, to zgadzam się, że ten nowy singiel nieco wieje nudą. Pozostaje czekać na cały album. Fani z Ten Club, którzy mieli zaszczyt odsłuchać już całość, mówili, że inne kawałki z albumu nie są podobne do Dance of the Clairvoyants. Stone Gossard uspokajał, że nie brak na nowym materiale typowo rockowych, mocnych petard, oraz klasycznych ballad. Nie trzeba więc chyba obawiać się aż tak mocno tego, że Pearl Jam nie będzie brzmiał jak Pearl Jam na nowym krążku 🙂 Lightning Bolt nie za bardzo mi się podobało. Może ten album pozytywniej mnie zaskoczy.

Ech, jak już się rozpiszę, to nie wiem kiedy skończyć. Pozdrawiam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

4 godziny temu, aster_ napisał:

 

Ale te nieszczęsne flanele to też był jak najbardziej czysty marketing.  Za to członkowie tych grup ponoć bardzo chętnie paradowali w kalesonach...  ze względu na niezbyt przyjazny klimat w rejonach Seattle. Jeszcze może łączyło ich zamiłowanie do twardych dragów. Co zresztą wiązało się z tym, że co poniektórzy w dość młodym wieku zeszli z tego świata.

Z tym że się tak wszyscy lubili też nie należy przesadzać, bo niechęć Cobaina do PJ była powszechnie znana. A potem to już wszyscy sobie nawzajem zarzucali kto bardziej się sprzedał 🙂 

I szkoda,że tak rzadko wspomina się o kapeli Mudhoney, jakby nie patrzeć ikony tego miasta.  No ale sukcesu komercyjnego nie odnieśli.  Nie wyglądali też tak dobrze na okładkach kolorowych magazynów jak narcystyczny Eddie.

Posłuchałem z ciekawości tego nowego kawałka Pearl Jam. No i jak dla mnie bez zaskoczeń.. nudne, przewidywalne, dobre na bezsenność...  Za to Eddie chyba prawie całkiem porzucił te swoje manieryczne, kuriozalne wokalne zawodzenia..  Teraz za to jakby podrabia Davida Byrne'a.

 

Nie uważam przy okazji, by Eddie był "narcystyczny", choć pewnie był bardziej przystojny i bardziej fotogeniczny od Marka Arma. Nie wiem skąd Ci się wziął ten rzekomy "narcyzm". Gdy ogląda się wywiady z Vedderem z okresu Ten, to widać że to nie jest upajająca się swoją popularnością gwiazda, tylko nieśmiały chłopak, które czuje się wręcz skrępowany podczas rozmowy przed kamerami. Czysto muzycznie uważam natomiast Mudhoney za zjawisko mniej wartościowe (a z drugiej strony bardziej niszowe i mniej przystępne) od Pearl Jam, i myślę, że to te czynniki jednak bardziej w tym przypadku zaważyły, niż to, kto lepiej wyglądał na okładkach magazynów. Ja osobiście akurat nie przepadam za Mudhoney, a sama barwa głosu i sposób śpiewania Arma są dla mnie wręcz irytujące, tym niemniej uważam, że dobrze, że został tu ten zespół przypomniany.

Share this post


Link to post
Share on other sites
5 godzin temu, aster_ napisał:

 

Ale te nieszczęsne flanele to też był jak najbardziej czysty marketing.  Za to członkowie tych grup ponoć bardzo chętnie paradowali w kalesonach...  ze względu na niezbyt przyjazny klimat w rejonach Seattle. Jeszcze może łączyło ich zamiłowanie do twardych dragów. Co zresztą wiązało się z tym, że co poniektórzy w dość młodym wieku zeszli z tego świata.

Z tym że się tak wszyscy lubili też nie należy przesadzać, bo niechęć Cobaina do PJ była powszechnie znana. A potem to już wszyscy sobie nawzajem zarzucali kto bardziej się sprzedał 🙂 

I szkoda,że tak rzadko wspomina się o kapeli Mudhoney, jakby nie patrzeć ikony tego miasta.  No ale sukcesu komercyjnego nie odnieśli.  Nie wyglądali też tak dobrze na okładkach kolorowych magazynów jak narcystyczny Eddie.

Posłuchałem z ciekawości tego nowego kawałka Pearl Jam. No i jak dla mnie bez zaskoczeń.. nudne, przewidywalne, dobre na bezsenność...  Za to Eddie chyba prawie całkiem porzucił te swoje manieryczne, kuriozalne wokalne zawodzenia..  Teraz za to jakby podrabia Davida Byrne'a.

 

 

Edited by lukjan83

Share this post


Link to post
Share on other sites
20 godzin temu, lukjan83 napisał:

 

Wracając do owego lubienia/nielubienia się nawzajem, to Cobain lubił Eddiego Veddera i otwarcie o tym mówił. Na YT można sobie nawet zobaczyć film, na którym mówi, że nic do niego (Veddera) prywatnie nie ma, że uważa, że Eddie jest miłym gościem, i że rozmawiali ze sobą ileś tam razy razy przez telefon. 

 

No wiadomo.. Mówił, że to sympatyczny facet, tylko robi okropną muzykę 🙂

Aż mi się przypomniał ciekawy wątek, jak podczas nagrywania In Utero czy podczas trasy koncertowej promującej album, producent płyty Steve Albini (wiadomo geniusz, a przy okazji także producent Surfer Rosa wspomnianych już tu Pixies - faktycznie najważniejszej inspiracji dla Nirvany) kilkukrotnie dzwonił do Veddera.  Podawał się wtedy chyba za menadżera Bowiego, mówiąc że jest zafascynowany jego wokalnymi możliwościami i że z chęcią pomógłby mu w solowej karierze:)

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 5.02.2020 o 20:42, aster_ napisał:

No wiadomo.. Mówił, że to sympatyczny facet, tylko robi okropną muzykę 🙂

Aż mi się przypomniał ciekawy wątek, jak podczas nagrywania In Utero czy podczas trasy koncertowej promującej album, producent płyty Steve Albini (wiadomo geniusz, a przy okazji także producent Surfer Rosa wspomnianych już tu Pixies - faktycznie najważniejszej inspiracji dla Nirvany) kilkukrotnie dzwonił do Veddera.  Podawał się wtedy chyba za menadżera Bowiego, mówiąc że jest zafascynowany jego wokalnymi możliwościami i że z chęcią pomógłby mu w solowej karierze:)

Heh, też pamiętam ten wątek z próbą "przekupienia" Veddera 😉 No ale chłopak się okazał na tyle lojalny wobec kumpli z zespołu, że odrzucił propozycje. Szczerze Ci powiem, że Pixies słabo dość znam. A co sądzisz o In Utero w porównaniu do Nevermind (bo ja o wiele bardziej lubię In Utero, za surowsze brzmienie, i ogólnie za same utwory)? Nevermind to dla mnie taki trochę punk dla mas. Bleach też był bardzo udanym albumem, moim zdaniem, i niewystarczająco docenionym. Nevermind w sumie najmniej lubię spośród tych 3 studyjnych albumów Nirvany. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja prawdę mówiąc nie jestem nawet jakimś wielkim fanem Nirvany. Ale o Nevermind złego słowa bym nie powiedział, szczególnie 2 połowa płyty wciąż dobra.  A Pixies kocham, szkoda tylko, że nagrali te płyty po reaktywacji..  ta ostatnia to już niestety bardzo przeciętne granie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Steve Albini to przede wszystkim Big Black i płyta "Atomizer". Klasyka nojzu- 3 gitary i automat perkusyjny.


~za wulgarny pospolityzm ode mnie ignor a priori~

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 4.02.2020 o 20:01, aster_ napisał:

 

Ale te nieszczęsne flanele to też był jak najbardziej czysty marketing.  Za to członkowie tych grup ponoć bardzo chętnie paradowali w kalesonach...  ze względu na niezbyt przyjazny klimat w rejonach Seattle. Jeszcze może łączyło ich zamiłowanie do twardych dragów. Co zresztą wiązało się z tym, że co poniektórzy w dość młodym wieku zeszli z tego świata.

Z tym że się tak wszyscy lubili też nie należy przesadzać, bo niechęć Cobaina do PJ była powszechnie znana. A potem to już wszyscy sobie nawzajem zarzucali kto bardziej się sprzedał 🙂 

I szkoda,że tak rzadko wspomina się o kapeli Mudhoney, jakby nie patrzeć ikony tego miasta.  No ale sukcesu komercyjnego nie odnieśli.  Nie wyglądali też tak dobrze na okładkach kolorowych magazynów jak narcystyczny Eddie.

Posłuchałem z ciekawości tego nowego kawałka Pearl Jam. No i jak dla mnie bez zaskoczeń.. nudne, przewidywalne, dobre na bezsenność...  Za to Eddie chyba prawie całkiem porzucił te swoje manieryczne, kuriozalne wokalne zawodzenia..  Teraz za to jakby podrabia Davida Byrne'a.

 

Dokładnie, jak napisałeś. Kiedy usłyszałem pierwszy udostępniony utwór, pomyślałem, że to współczesne Talkin Heads. I nie chodzi tylko o o sposób/manierę śpiewania przez Byrna, ale w ogóle rytm, przejścia, itd. Kiedyś kumple śmiali się ze mnie kiedy słuchałem 77 Talkin heads

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.