Jump to content
IGNORED

Najlepszy koncert na którym nie byłem


Jakew

Recommended Posts

Temat w końcu zmusił mnie do zastanowienia się troszkę nad nim i wyszło mi:

 

Rock - Led Zeppelin w Knebworth (dla mnie jeszcze lepszy gig niż How the west was won z LA oraz Song Remains z Nowego Jorku; zespół u schyłku ery i po długiej przerwie w występach jakby walczył o swoją legendę w dobie postpunkowej, nie jest tak lekko jak za młodu, Plant jest - co nigdy mu się nie zdarzało - spięty, a Page wyraźnie wyniszczony kilkuletnim używaniem heroiny, ale z tej wspinaczki pod górkę wychodzą zwycięsko - przed kilkuset tysiącami fanów w ciemną noc grają między innymi zupełnie nową wersję Whole lotta love z tyloma nowymi riffami że starczyłoby na kilka hitów hardrockowych). Poza tym Pink Foyd w Venice (nie okropny Pulse) i In the Flesh.

 

Jazz - chyba te koncerty Monka z Griffinem w Five Spot, wydane na 2 osobnych cd, świetne granie i świetne oddanie atmosfery tego jak to jest grać jazz w małym klubie

 

Klasyka - operowe występy Callas

 

Pop -Sade w San Diego

Link to comment
Share on other sites

On był:)

 

In 1958, I was 18--old enough to buy a beer. When I got to Manhattan, I'd head straight for the Five Spot (5 St. Mark's Place in the East Village). Beers were 75 cents. No cover, minimum only on weekends (it was $2). We'd try to be cool, be beat, make up poetry, but soon stopped that nonsense when Monk began to play. It was electrifying. I remember sidling up toward the piano to get closer, and Monk turning to me and saying, "Stand back, kid." Jeez. Sorry. But I loved every note. I saw that his disconnected rhythms came out of the physical way he played, arms twitching and hands jerking from side to side at unexpected moments. Now when I tell my jazz-loving friends that I saw Monk at the Five Spot, they say, "Awesome man."

Link to comment
Share on other sites

 

Whole lotta z Kneboworth!!

Warto zwrócić uwagę jak Page z Jonesem "uzgadniają" równe wejście w nowiutkie słabo przećwiczone - nie poparte przecież wieloletnią rutyną - riffy. Z tego samego powodu Page papierosa wyrzucił, choc normalnie grał całe utwory z fajką w ustach.

Link to comment
Share on other sites

Moja trójka marzeń:

 

- Thin Lizzy "Live & Dangerous" - rockowa uczta, doprawiona dawką liryzmu.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Niestety, nikt już nigdy nie zobaczy tego zespołu na żywo ...

 

- Motörhead ""No sleep´til Hammersmith". Zespół który uwielbiałem, a jakoś nie miałem szczęścia zobaczyć na żywo - a jak było tuż, tuż, to rozłożyła mnie ... angina ! ;-( Ale ten koncert szczególnie, bo załoga Lemmy'ego grała jeszcze niekiedy całkiem nastrojowo:

 

- The Rolling Stones "Get Yer Ya-Ya's Out! " - widziałem Stonesów kilka razy, ale ten klimat jest już nie do powtórzenia:

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Link to comment
Share on other sites

Jeszcze jeśli można na chwilę do Knebworth. Publicznośc po Whole lotta śpiewa - charakterystyczne! to co mówiłem o postpunkowej atmosferze w jakiej odbywał sie ten koncert (Zeppelinów też nazywano dinozaurami), otóż publiczność śpiewa YOu WILL NEVER WALK ALONE!

 

No ale po takim koncercie jak ktoś może iśc sam przez świat. Ten zapis mnie normalnie rozkłada - wycieńczony Page i świetny Bonham za nim:

 

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Link to comment
Share on other sites

To i ja dodam swoje trzy grosze.

Rock: Eric Clapton i koncert z Tokio, Grudzien 1979 rok, Teatr Budokan, utrwalony na plycie

"Just One Night". Swietna akustyka, swietny koncert i bardzo dobrze zrealizowana plyta zarowno analog

jak i CD, a szczegolnie zlota edycja Mobile Fidelity.

Jazz: Na pewno Bill Evans i "The Village Vanguard Recordings, 1961", i tutaj rowniez doskonala edycja,

3 plytowy box 20-bit K2 super Coding System.

Jazz: Keith Jarrett Trio "At The Blue Note". Trzy dni koncertow z tego slynnego klubu w NYC, 1994 rok.

8 plytowy box, ECM. Jestem tak blisko, tylko 2 godziny lotu i przegapilem.

Pop: nie jestem pewny, ale chyba Cassia Eller i koncert z Sao Paulo, 7 i 8 marca 2001, roku utrwalony

na plycie "Acoustico".

Klasyka: tutaj nie mam swoich typow, chicagowska filharmonia pod nosem, w rankingu piata na swiecie

i w sezonie kazda nieobecnosc jest wlasnie tym najlepszym koncertem na ktorym nie bylem.

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

chyba najlepiej wspominam koncert The Cure w katowickim spodku - było to dawno i promowali jeden ze swoich najsłabszych albumów 'Wild Mood Swings'...jednak z tej płyty zagrali niewiele...wspaniałe show...

 

...świetny był Nick Cave w Sali Kongresowej...

 

...Wayne Shorter w Filharmonii Narodowej (choć jak dla mnie zagrali za krótko)...

 

...nie zapomnę też koncertu właśnie reaktywowanej Republiki w Teatrze Buffo (jakiś początek lat 90-tych)

 

...świetny był Dżem w kultowym oniegdaj warszawskim klubie Fugazi

 

...podobali mi się E.S.T. w Fabryce Trzciny (dla mnie byli triem wybitnie koncertowym, natomiast chyba do żadnej z ich płyt nie mam ochoty wracać)

 

...niezłe show dała Erykah Badu w Parku Sowińskiego

 

...nie zapomnę (ale dlatego, że większego rozczarowania nie przeżyłem) dawnego koncertu Sinead O'Connor w Spodku...'tłukłem' się na niego parę godzin pociągiem z W-wy, a zagrała ledwie 45 minut(!) bez jednego bisu i nawet fragmentu 'Nothing Compares 2U', ależ byłem zły (a widząc i słysząc reakcję reszty publiczności nie byłem odosobniony)...

Link to comment
Share on other sites

Byłem na wielu koncertach.

 

Bardzo dobrze wspominam Yessymphonic z Katowic na początku naszego wieku,

obydwa koncerty Camela z Sali Kongresowej z 1997 i 2000 r.,

Porcupine Tree i The Flower Kings w Filharmonii Bydgoskiej też na początku wieku,

znakomity koncert Procol Harum w łódzkiej hali sportowej z 1976 r., na którym byłem jako nastolatek z mamą...

 

... ale najlepszy koncert, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie zagrał nasz rodzimy zespół SBB.

Tak, tak... w 1979 roku spędzałem wakacje w Świnoujściu, gdzie właśnie zawitał Józef Skrzek i Spółka.

To był powrót zza żelaznej kurtyny po nagraniu dwóch świetnych płyt: Follow My Dream i Welcome.

Zespół zagrał tego lata według mnie fenomenalny koncert w miejscowym amfiteatrze.

Jakość dźwięku była rewelacyjna. 2 godzimy muzyki, która była jedną długą suitą, bez żadnych przerw z tych właśnie płyt, nagranych na zachodzie. Apogeum stanowiło solo na dwie perkusje zagrane gdzieś pod koniec koncertu. Dostałem wtedy gęsiej skórki. :)

 

Do dziś nie potrafię powiedzieć, dlaczego właśnie ten koncert był dla mnie taki wspaniały.

Młodość i w związku z nią bardziej spontaniczny odbiór, czy rzeczywiście klasa zespołu?

 

P.S. wydano na CD kilka koncertów SBB z tego roku, m.in. w Sopocie, ale materiał na nich zawarty jest trochę inny niż na tym pamiętnym koncercie w Świnoujściu.

Link to comment
Share on other sites

Rzeczywiście zbyt szybko przeczytałem tytuł wątku.

Jednak z drugiej strony "najlepszy koncert, na którym nie byłem" - Autorowi wątku chyba chodziło o taki koncert, który został wydany na płycie, a nie było się na nim "na żywo".

No bo jak można odnieść się do koncertu, na którym się nie było, a nie został wydany na płycie?

Wtedy przecież nie było możliwości posłuchania go w ogóle.

Reansumując wystarczyło założyć wątek p.t.: "Najlepszy koncert jaki słyszałem" i byłoby to samo. :)

 

Najbardziej sobie cenię koncert Deep Purple - Made in Japan (nie byłem na nim). ;-)

 

Pozdrawiam.

Link to comment
Share on other sites

Pink Floyd w Pradze czeskiej. Koncert po wydaniu "Division Bell". Nie miałem wtedy paszportu i nie zdążyłem wyrobić na czas, miałem jechać z ojcem, któremu też skończyła się ważność paszportu:-)

Po koncercie dowiedziałem się że celnicy puszczali przez granicę po okazaniu biletu, myślałem że się potnę;-)

Teraz tym bardziej żałuję, mając świadomość że Pink Floyd nie zagra już nigdy więcej...

Link to comment
Share on other sites

Podoba mi sie Simple Red na jazz festival montreux. Nie zeby moze najlepszy ale facet spiewa z taka lekkoscia, ze to naprawde imponuje. No i bierze nutki bez pudla :)

 

Czasami jak patrze na artystow, ktorzy spiewaja zmagajac sie z zatwardzeniem lub artystki przezywajace bolesny okres to docenia sie owa lekkosc.

 

pzdrw

 

soso

Link to comment
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.