Jump to content
IGNORED

miles davis - fusion/rock 1969-75


pitdog

Recommended Posts

Mystery pochodzi z ostatniego albumu Milesa - albumu pośmiertnego... Jest to owoc współpracy z raperem Easy MoBee...

 

Miles trafił we wrześniu 91 roku do szpitala nagrywając solówki do kilku kawałków na nowy album. Miles chciał jeszcze wrócić, pokrzepiony odpoczynkiem od pracy. Żartował, że ów pobyt służy jedynie pokrzepieniu. Niestety, lata ostrego ćpania zrobiły swoje i 28 września los nam Go zabrał... W tej sytuacji (zapewne głównie z powodu kasy), Warner wydał krążek na którym Miles i jego solówki pomiksowane są przez MoBee. Trzeba mu uczciwie przyznać, że robotę wykonał dobrze. Mystery to kawałek występujący w dwóch wersjach - studyjnej i koncertowej (gdzie to grał - ktoś wie?). Otwiera i zamyka płytę, robiąc świetny klimat do reszty songów z krążka. Posiłkując się książeczką z płyty, dodam, iż Miles określił brzmienie przyszłego albumu jako "muzykę ulicy", brudną, zmieszaną z odgłosami wielkiej aglomeracji. Mamy więc zarówno automatyczną sekretarkę, jak i odłosy tłukącego się zewsząd metra. Słowem - muzyka ulicy.

 

Dla nie wiedzących dodam, iż album jest filarem nurtu z początków lat 90. zwanego acid jazzem. To swoisty testament Milesa (choć moim zdaniem testamentem jest koncert z Montreux, ale to już opowieść na inną bajkę). On, który tylekroć manipulował i zmieniał główny nurt jazzu, zawrawszy go z dziecinną łatwością - pozostawił nam wskazówkę co do dalszej drogi jazzu. Można mieć swoje zdanie na ten temat. Można wreszcie twierdzić, że po Doo-Bop jazz umarł wraz ze śmiercią swojego twórcy. Można....

Link to comment
Share on other sites

Idąc za topikiem, zapytam się szanownych kolegów o wrażenia z odsłuchu kompletnego zapisu sesji do Tribute to Jack Johnson.

Słuchał tego ktoś?

Piekielnie drogi box, ale nieprzyzwoicie mnie kręci, aby zadłużyć się gdzie się da i wyciułać kaskę na to maleństwo... Po albumie pozostawał mi zawsze niedosyt, że tak tego mało - a tu taka niespodzianka. Chłopaki w wytwórni postarali się o dodatkowy hajs od klientów i chcąc napędzić biznesik wydali pośmiertnie kolejne już nagranie, na publikację którego Miles na pewno by się nie zgodził... Są tam zapewne rzeczy wielkie i kompletne gnioty, dlatego własnie chodzi mi o ogólne odniesienie do albumu z '75 roku jako wyznacznika jakości dla pozostałego materiału. Warto się spłukać na reszte owej sesji?

Link to comment
Share on other sites

dżizas... tak to jest jak się pisze o 3 nad ranem (chyba tego zaniecham)...

po pierwsze: nikt Milesa nie miksował, tylko jego solówki (niech by tylko spróbował Milesa zmiksować - zabiłbym!);

po drugie: Miles wcale nie trafił do szpitala nagrywając solówki, tylko zapewne normalnie - karetką ;))

a solówki miał już uprzednio nagrane - konkretnie do 6 kawałków...

 

polskiego cza se powtórzyć bo siem zapomniał od matóree...

Link to comment
Share on other sites

sovajazz- osobiście uważam ,że nie warto marnować kasy.Płyta ta stanowi zwartą całość,ludziska namęczyli się x czasu aby dokładnie taki był efekt końcowy.Oczywiście jeśli interesuje Ciebie cały proces twórczy[a raczej jego wyrywek] to wówczas warto.Nowego materiału jest tam niewiele[z tego co czytałem-płytki nie mam].Zgadzam się z opinią ,że to kolejny sposób na wyciągnięcie kasy z naszych w zasadzie pustych kieszeni.Takich boksów będzie coraz więcej,materiału odrzutowego w wytwórniach mają mnóstwo.Zwróć uwagę na często dodawane bonusy na płytach.Wielokrotnie jest to gówno warte demo,nieudana sesja itd.Zdaje mi się,że pojawił się równiż box z sesji "BB',ale nie jestem pewien na 100%

Pozdr..

Link to comment
Share on other sites

Frank, co do zasady się zgadzam, ale czasami zdarza się, że te wydania z serii "Complete coś tam" przedstawiają całość jednej czy dwóch sesji, które wyłącznie z technicznych przyczyn (długość LP) się nie zmieściły w całości za pierwszym razem. Zdarza się, że jakiś kawałek z dziwnych przyczyn bywał "doklejany" do innych płyt danego artysty np. wydanych po kilkunastu miesiącach - bo tam się mieścił. Dziś jest możliwość zebrania całej sesji na jednym CD. Wiadomo oczywiście, że nie jest to atrakcyjne dla kogoś kto ma już te wszystkie nagrania.

 

Niekiedy nagrania w starych czasach były też dość okrutnie edytowane. Np. wiem, że z koncertu Theleniousa Monka edytowano solówki basu i perkusji - które, choć czasami nieco przydługie - obrazują tempo i naturę takiego koncertu (kiedy Monk był ukontentowany pracą sekcji rytmicznej wstawał ze stołeczka i kiwał się do rytmu).

Link to comment
Share on other sites

>sova dzieki za info, czyli jest mowa o ostatnim zupelnie okresie tworczosci Milesa. samo Doo Bop tez slyszalem i mam takie pytanie: czy ta plytka jest w przewadze instrumentalna (jak samo Mystery) czy tez kolega raper sie udziela czesciej i glosowo (jak na Doo Bop). tak czy siek kupie to, ale wolalbym jednak samo instrumentarium z trabka milesa szczerze mowiac...

podoba mi sie to jak gosciu byl elastyczny, troche jak John Lee (choc inny gatunek muzyczny), zreszta razem tez nagrali fajna, lubiana przeze mnie, plytke

Link to comment
Share on other sites

Okres 69-75 to chyba najbardziej zwariowany i jednocześnie najciekawszy okres w długiej twórczości Mistrza. Po wspaniałych dla rozwoju jazzu latach 60-tych powoli zapominano, a świat pogrążony był w muzycznych stratach: w jazzie odszedł Wielki Geniusz, mistrz natchnionej improwizacji: Coltrane, a w rocku Joplin, Hendrix i Morrison. Idiom post-bopowego grania się kończył. Nadchodził czas elektrycznego, ostrego i bezkompromisowego Milesa.

 

W 1969 roku wyszła przełomowa In a Silent Way i od tego czasu muzyka Milesa stała się zupełnie inna.

Miles, zafascynowany wtedy ostrym, riffowym graniem na bazie dynamicznej, elektrycznej sekcji był dla fanów i dla muzyków niekwestionowanym guru. Grał z kim chciał, ile chciał, jak chciał i za ile chciał. Miał najlepszych ludzi i najlepszy shit do dawania w żyłę; wiedząc doskonale o swej niepodważalnej pozycji artystycznej, medialnej i finansowej, pracował jednocześnie na miano the biggest motherfucker of jazz. Ale to nie wszystko. Miles wtedy naprawdę ciekawie grał!

 

Nie będę pisał o takich płytach, jak Bitches Brew, czy wspomniana In a Silent Way - informacje na ten temat podają wszystkie poważniejsze encyklopedie i leksykony jazzu.

Niemniej w kontekście wspomnianego boksu, warto moim zdaniem wspomnieć o następujących wydawnictwach (kolejność przypadkowa):

- Big Fun: płyta wydana oryginalnie w Japonii w 1974, zawiera nagrania od 1969 do 1974, ale całość brzmi niesłychanie spójnie: polecam zwłaszcza wydanie Sony Mastersound: dźwięk jest bardziej przestrzenny i plastyczny, brak jest cyfrowej naleciałości. Na płycie znakomicie i dużo gra Mistrz, a oprócz niego tabla, znakomita sekcja oraz dla fanów jazzowej gitary - jedna z najlepszych solówek McLaughlina (Go Ahead, John);

- Tribute to Jack Johnson: tylko dwa utwory, ale jakie! Powalający czad, znakomity band i doskonałe brzmienie trąbki Mistrza - jedna z kilku najlepszych płyt Davisa;

- Get Up With It - ostatnia studyjna płyta Mistrza przed przerwą: hołd złożony zmarłemu Duke'owi, któremu dedykowany jest przewspaniały He Loved Him Madly, z trąbką puszczoną przez gitarowego fuzza...A oprócz tego Corea, Jarrett, trzech gitarzystów i wiele dobrego, choć momentami zwietrzałego grania (Rated X, Maisha);

- On the Corner: płyta złożona w hołdzie dźwiękom czarnej ulicy - wspaniałe granie, które stało się inspiracją dla późniejszych dokonań break-dancowców (tak, tak!), a potem czarnego rapu i hip-hopu. Bez On the Corner nie powstałaby wspomniana wcześniej Doo-Bop...

 

Mam słabość do boksów Milesa Davisa: zbieram je i w miarę dokładnie przesłuchuję. Zawartość muzyczna oraz edycyjna, ciekawe eseje oraz mnóstwo informacji o poszczególnych sesjach, to kopalnia wiedzy o Milesie i tamtych czasach. Jednak - szczerze mówiąc - od boksów wolę pojedyncze, skończone płyty, bo:

- są krótsze i zawierają dokładnie to, co chciał tam umieścić Miles i Teo Macero;

- są spójne: nie zawierają wtórnych alternative takes, nie mieszają w głowie i są tańsze;

- Bitches Brew, In a Silent Way, czy choćby Big Fun to można powiedzieć płyty wielokrotnie miksowane i zlepiane z wielu godzin sesji, gdzie w narkotycznym obłędzie Mistrz i jego Team tworzyli megagodziny lepszej i gorszej muzyki. Często muzyki niestety wtórnej i dziś nieaktualnej - elektryczne granie starzeje się najszybciej...Dlatego boksy z okresu 69-75 zawierają obok czadu i super grania - mnóstwo niepotrzebnego kitu;

- doskonałą ilustracją grania Davisa z tego okresu są liczne płyty koncertowe: np.: At Fillmore, Live at Fillmore, Live-Evil i inne. Te nagrania znacznie lepiej oddają klimat tych niesamowitych, czadowych lat, niż płyty studyjne, obrabiane i po wielokroć miksowane za pomocą prymitywnej dziś aparatury - w studio.

Link to comment
Share on other sites

PS

Pisząc te wypociny, słuchałem zestawu zmiksowanych przez Billa Laswella utworów Milesa z okresu 69-74 pt. Panthalassa. Bardzo ciekawa rzecz i znakomicie zrobiona: poprawiony i selektywny "dół" - dodany transowy bas i usunięte dudnienie i szarpanie, typowe dla nagrań z wczesnych lat 70-tych, oczyszczne niektóre mało klarowne partie gitary i nowy, ciekawy miks. Co najważniejsze, nagrania nie tracą nic z klimatu nagrań oryginalnych! Polecam.

 

Uwaga: płyta-sequel, pt. Panthalassa II, to porażka - unikać!!!!

 

Pzdr fanów elektrycznego MD!

Link to comment
Share on other sites

PS II:

Dla leniwych: na ww. Panthalassie utwór nr. 4 to He Loved Him Madly, o ponad połowę krótszy od oryginału (ponad 30min, tutaj "zaledwie" niecałe 14!). Mimo tego utwór jest nadal genialny i ma wspaniały klimat!

Z oryginału wycięto m.in.: przydługi wstęp i dodano podkład ambientowego basu.

Bardzo fajna robota, Mr. Laswell!

Link to comment
Share on other sites

z trochę innej beczki - ciekawe, ilu jazzfanów wie, że cover "Bitches Brew" popełnił na płycie "One" z 2000 roku

kanadyjski band Nomeansno (jeden z bardziej cenionych zespołow sceny niezależnej, grający mocno "pokombinowany" hardcore/punk ;)

 

(sova zapewne będzie chcial ich za to zamordować ;))

Link to comment
Share on other sites

>aTom

 

bynajmniej...

lata fusion to z mojego punktu widzenia okres niemalże w całości stracony dla jazzu, a więc znacznie mniej wartościowy niż wcześniejsze ewolucje Milesa... słuchacze wchodzący do muzyki Milesa od strony rocka są owymi latami wniebowzięci, ja natomiast nie jestem już tak jednoznaczny w ocenie...

 

niech sobie kroją co tam chcą...

co do punka, to za sprawą kolegi entuzjasty słuchaliśmy czegoś podobnego w liceum przesiadując na murkach i popijając wino (zazwyczaj z rocznika bierzącego)... może więc szybki powót do starych dobrych lat? długie włosy jeszcze się ostały, więc...

 

ide dzwonić do kolegi... :)

Link to comment
Share on other sites

sovajazz Na całe szczęście Miles myślał trochę inaczej,nie jest to czas na pewno stracony.Artysta musi wiecznie poszukiwać, tworzyć coś nowego.Nie zawsze nam to odpowiada,ale nie zawsze mamy rację.Tradycja jest bardzo ważna,ale rozwój jeszcze bardziej.Okres jazzrocka to jest coś pięknego,oczywiście nie tylko Miles,to praktycznie z dziesieć lat pięknego grania.Haha ,ale napisało mi się banałow,ale czasami trzeba.

Ps ż nie rz

Link to comment
Share on other sites

choc dopiero zaczynam poznawac muzyke wogole , a Milesa w szczegole, podoba mi sie to, ze facet zmienial sie z biegiem czasu, ze nie jechal ciagle na tym samym, potrafil ewoluowac, pokazac, ze ma tak wielki talent ze radzi sobie swietnie z rozna muzyka. to taka zabawa muzyka, bez nadmiernego nieuzasadnionego konserwatyzmu, i to mi sie bardzo podoba.

Link to comment
Share on other sites

Widziałem i słyszałem kilka takich "rewelacji" Milesa: albo jest to rzeczywiście taka jakość, o jakiej pisze allegrowicz, albo jest to kicha. Takie nagrania ZAWSZE należy sprawdzić przed zakupem: mam kilka "unikalnych" bootlegów MD, których niestety nie da się słuchać...bo prawie nic nie słychać, albo były nagrywane "z tyłu sklepu", albo jest jednolity, gęsty hałas i totalne zmulenie.

Pzdr.

Link to comment
Share on other sites

PS.

Odnośnie tzw. bootlegów: ostatnio nabyłem za ładnych parę złotych unikalny koncert (?) trzech ikon rocka: Morrisona, Dylana i Hendrixa. Byłem zachwycony do momentu wciśnięcia "play" w odtwarzaczu: przez godzinę zalany w trzy dupy Morrison deklamuje razem z nieprzytomnym Dylanem jego protest-songi i "śpiewa" piosenki The Doors. Akompaniuje Hendrix - na totalnie rozstrojonej gitarze gra riffy i "solówki", osiągalne przez średniego kretyna z wiosła marki Defin.

Po przesłuchaniu tej płyty (z trudem) było mi wstyd, że te najważniejsze postacie tak zagrały i to jednocześnie na jednej scenie. Obciach.

 

Na stadionie X-cio lecia dostępna jest seria bootlegów Led Zeppelin, wydanych w Rosji, przeszło 40 płyt. Mam kilka z nich i jak słucham tych nagrań (tylko w samochodzie, bo w domu nie sposób) to jest mi podwójnie wstyd, że największa kapela świata gra jak wczesny Oddział Zamknięty na próbie w domu kultury, a Plant śpiewa momentami jak skrzyżowanie Krawczyka z Piaskiem.

To krótka dygresja na temat "rewelacyjnych i unikalnych" bootlegów.

 

Oczywiście wiele bootlegów jest znakomitych (np. Zappy, czy również MD) - często lepszych od oficjalnych nagrań na CD.

Link to comment
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.