Jump to content
IGNORED

Rock progresywny i pochodne - dobre płyty.


P.L.
 Share

Recommended Posts

 

54 minuty temu, piorasz napisał:

No kurczę ! Dziś słucham 3 raz ten kawałek w ciągu 3h. No nie mogę się od niego oderwać.. Będzie mnie pewnie w nocy nawiedzał jeszcze

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
@mahavishnuu kilka słów?

Obydwie części „The Law Of Maximum Distress” zarejestrowano 15 listopada 1973 roku w czasie koncertu w Zurychu. Fragmenty z tego koncertu były już wcześniej udostępnione. To właśnie z niego pochodzi „The Mincer”, który w krótszej wersji znamy z oryginalnego wydania „Starless And Bible Black” (1974). Więcej nagrań z tego koncertu umieszczono na fenomenalnym „The Great Deceiver”.

 

 

57 minut temu, Lisor napisał:

... właśnie słucham King Crimson w utworze Cadence & Cascade z Jaszczurki, utwór magiczny i przepiękny, podobnie jak pierwsze trzy płyty.

„Cadence And Cascade” znajdziemy w programie „In The Wake Of Poseidon”. Warto rzucić uchem na 40 Anniversary Edition, bo jest mocno poszerzona. Jest również inna wersja „Cadence And Cascade”, zaśpiewana przez Grega Lake'a. Rzecz jasna, Greg zrobił to lepiej. Szkoda, że od razu nie trafiła na album. Wtedy wszystkie utwory śpiewałby Lake. Lepiej późno niż wcale.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

20 godzin temu, soundchaser napisał:

Przecież pisałem - od Bundles podoba mi się Soft Machine.

Spoko, rozumiem, tylko trochę się dziwię, bo Piątka jest łatwa w odbiorze, znacznie przystępniejsza od Czwórki czy Trójki.

Więc mnie to zdziwiło, ale okej. 

8 godzin temu, rasputin napisał:

1. Lizard - jazda bez trzymanki, wspaniale wzbogacona elementami jazzu, szalona.... tytułowa suita.... za odległych studenckich czasów mnóstwo wieczornych spacerów ze słuchawkami na uszach

Też uwielbiam, superowa płyta, ze sporą dawką humoru.

8 godzin temu, rasputin napisał:

2. Islands, Islands, ISLANDS - w zależności od nastroju może i najlepsza, kapitalny rozrzut stylistyczny, nieokreślona, lekko obłąkana Formentera Lady, drapieżny Sailor's Tale, bezwstydnie przebojowy Ladies. Na deser utwór tytułowy, liryka najwyższych lotów....

Dla mnie zdecydowanie Formentera Lady. Utwór tytułowy oczywiście lubię, piękna rzecz, ale jest taki dość standardowy, ociupinkę przewidywalny, niemniej klasa sama w sobie, bez dwóch zdań. Kiedyś bardzo lubiłem Song Of The Gulls. To znaczy nadal lubię, uroczy utwór, ale raczej średnio pasujący do płyty jako całości.

8 godzin temu, rasputin napisał:

3. Larks - druga strona 🙂

Cały album, ale jeśli miałbym wybrać najlepszy fragmenty, to chyba Part One i Exiles, ach, ale reszta też jest fantastyczna 😀

8 godzin temu, rasputin napisał:

4. Starless

Rzadko wracam do niej. Jednak nie należy do mojej czołówki ulubieńców, ale jest genialna, i cenię ją być może nawet bardziej niż Języczki.

 

8 godzin temu, rasputin napisał:

 gdybym musiał wybierać z przyłożonym pistoletem do głowy możliwe że wskazałbym Easy Money jako najlepszy utwór KC.

A ja Was pewnie zaskoczę, bo u mnie numero uno to Moonchild. Kocham. kocham, kocham 😍

Link to comment
Share on other sites

9 minut temu, Adi777 napisał:

tylko trochę się dziwię, bo Piątka jest łatwa w odbiorze, znacznie przystępniejsza od Czwórki czy Trójki.

Ale nie chodzi o przystępność, tylko o zawartość muzyczną, która trafia albo nie trafia w mój gust.
Do diaska - przecież wszyscy tak mamy.

9 minut temu, Adi777 napisał:

u mnie numero uno to Moonchild

Pewnie dlatego lubisz też takie smuty jak Zeit. 😆

 

Żartowałem...Moonchild jest wielce okej.

Edited by soundchaser
Link to comment
Share on other sites

2 minuty temu, soundchaser napisał:

Do diaska - przecież wszyscy tak mamy.

Dobrze, tylko wcześniej napisałeś, że wolisz te łatwiejsze płyty Maszyny, a Piątka przecież nie jest jakaś trudna.

4 minuty temu, soundchaser napisał:

Pewnie dlatego lubisz też takie smuty jak Zeit. 😆

Smuty? Raczej cholernie klimatyczna rzecz, która cię wręcz otacza z każdej strony, otacza i pochłania - jak czarna dziura, a ty siedzisz i nie możesz się ruszyć z jakiegoś nie wytłumaczalnego powodu. Dobra, na dziś koniec poezji 😁

12 minut temu, soundchaser napisał:

Żartowałem...Moonchild jest wielce okej.

Bardzo ładny bajkowy wstęp, a później to, co nazywam Ciszą - coś pięknego.

Link to comment
Share on other sites

39 minut temu, mahavishnuu napisał:

Obydwie części „The Law Of Maximum Distress” zarejestrowano 15 listopada 1973 roku w czasie koncertu w Zurychu

Jak się ma dostęp do całej serii bootlegowych koncertów z różnych okresów "King Crimson Collectors' Club" to można tam znaleźć sporo perełek. Koncert z Zurichu też.

Link to comment
Share on other sites

O ewolucji muzyki Yes w latach 70. i 80 można dyskutować godzinami. Każdy z nas ma swoje przemyślenia na temat ówczesnych losów zespołu. Sam kiedyś postanowiłem przeanalizować ten temat i napisałem dwa długaśne eseje do „Lizarda”. Pierwsza część obejmowała lata 1976-1978, natomiast druga 1979-1983. Łączył je wspólny tytuł - „Yes - progresywny dinozaur w czasach przełomu (1976-1983)”. Poniżej umieszczam epilog drugiej części eseju. Tak to ogólnie wygląda z mojej perspektywy.

 

W latach 1976-1983 rockowa scena została mocno przeorana. Nie był to dobry czas dla progresywnych dinozaurów. Stylistyka, w której się poruszały, ulegała stopniowemu wyjałowieniu. Jakby tego było mało, były atakowane przez brytyjską prasę muzyczną (w złośliwościach celował szczególnie „New Musical Express”). Całokształt zmian na muzycznym rynku sprawił, że masową wyobraźnią zawładnęli wykonawcy z innych modnych nurtów muzycznych, takich jak punk rock i disco. W kolejnych latach skupiano się na przedstawicielach z kręgu nowej fali, heavy metalu i synth popu. Rock progresywny był coraz bardziej marginalizowany. Jego czołowi przedstawiciele zmagali się z licznymi problemami. Część dokonała żywota – zreformowany Van der Graaf (1978 ), Emerson, Lake & Palmer (1979), Gentle Giant (1980). Przyczyny takiego stanu rzeczy były rozmaite. Niemożność odnalezienia się w nowej rzeczywistości, uwiąd twórczy, niektórych zżerały personalne spory, swoje robiła daleko posunięta niechęć lub obojętność ze strony prasy muzycznej, czasami w grę wchodziły permanentne problemy finansowe, ewentualnie ambicje solowe frontmana. Jedną z głównych przyczyn był zazwyczaj fakt wypalenia się w danej konwencji i, mniej lub bardziej, przemożna potrzeba zmian. Jak w tym czasie radził sobie Yes? Na tle innych progresywnych dinozaurów co najmniej dobrze. Nie tylko nie zaprzestał działalności, ale także nadal odnosił sukcesy komercyjne. Pod względem artystycznym jego działalność również można ocenić pozytywnie. Wprawdzie każdy z kolejnych albumów wydanych w latach 1977-1980 był coraz słabszy, to jednak nigdy nie zszedł poniżej bardzo przyzwoitego poziomu – znakomity Going For The One (1977), co najmniej dobry Tormato (1978) i niezły Drama (1980). W obliczu niesprzyjających warunków zewnętrznych i stagnacji rocka progresywnego droga rozwojowa Yes była dość symptomatyczna. Muzycy wybrali bodaj najbardziej popularny wariant – stopniowe upraszczanie języka muzycznego. Połączyli wyrafinowanie i wirtuozerię rocka progresywnego ze zwartością, chwytliwością i komunikatywnością bardziej konwencjonalnych odmian rocka i pop rocka. Od razu zauważalne są pewne analogie z drogą twórczą Genesis. Na A Trick Of The Tail (1976) i Wind & Wuthering (1976) pojawia się podobna filozofia w podejściu do stylistycznej transformacji. Nie rezygnujemy z wielu progresywnych pryncypiów – finezji, wyczulenia na brzmienie, jednocześnie staramy się nadać muzyce bardziej komunikatywny charakter. Formy epickie koegzystują na nich z piosenkami lub materiałem quasi piosenkowym. Przeciętnego słuchacza nie odstraszają już swoją hermetycznością i ekscentrycznością, jednak, jak na standardy rocka, pozostają częstokroć wysmakowane. W latach 80. zarówno Genesis, jak i Yes wyraźnie grawitować będą w stronę pop rocka o silnie ejtisowym zabarwieniu (vide 90125 i Genesis z 1983 roku).

Czy w latach 1976-1983 muzyka Yes była, w szerokim tego słowa znaczeniu, progresywna? Czy też, ujmując to inaczej, była forpocztą rozwoju rocka, niosła jakieś nowe treści, antycypowała tendencje, które miały rozwinąć się w następnych latach? Odpowiedź musi być negatywna, jednak wydaje się, że zamierzenia i ambicje muzyków były wówczas nieco inne. Yes w drugiej połowie lat 70. zdawał się raczej szukać stabilizacji, tym bardziej, że środowisko zewnętrzne było do niego częstokroć nastawione niezbyt przyjaźnie (vide bliżej nieokreślony procent młodego pokolenia z okresu punk rockowej rewolty i niemała część brytyjskiej prasy muzycznej). W gruncie rzeczy już „progresywność” Going For The One była w dużym stopniu iluzoryczna. Był to zresztą fragment większej całości. Rock progresywny w drugiej połowie lat 70. nie generował już nowych idei. Nie tylko zatracił dynamikę rozwoju, ale także stopniowo popadał w coraz większą stagnację. Zauważalna była również jego postępująca komercjalizacja. O ile jeszcze w pierwszej połowie tej dekady wiele elementów muzyki Yes można było uznać za nowoczesne, to już kilka lat później ich twórczość z wolna zaczęła grawitować w stronę mainstreamu. Wzorce, po które sięgali, były często dość tradycyjne, dlatego też ich muzyka stawała się coraz bardziej przyjazna dla przeciętnego odbiorcy rocka. Pierwsza połowa lat 80. to kolejna próba adaptacji do nowej rzeczywistości. Niewątpliwie w tym czasie Yes nie miał zamiaru „iść pod prąd”. Najbardziej dobitnym przykładem tej tendencji jest 90125. To właśnie na nim, dzięki wydatnemu wsparciu ze strony Horna i Rabina, udało się odświeżyć muzykę, nasączając ją nowymi treściami. Szczególnie warto zwrócić uwagę na inne podejście do produkcji albumu. Analizując „wskaźnik progresywności” Yes w latach 1976-1983 warto pamiętać o jednej, dość istotnej kwestii. Brytyjski kwintet nigdy nie był progresywną awangardą. To nie oni wykuwali Nowe Idee, nie byli prekursorami gatunku, nie stali się też twórcami żadnego nowego progresywnego podgatunku. Znaczenie Yes sprowadzało się do czegoś innego. W pierwszej połowie lat 70. orkiestra Andersona miała istotny wpływ na ostateczną krystalizację klasycznej odmiany rocka progresywnego. Szybko stali się jednym z najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli tego nurtu, niewątpliwie w dużym stopniu go wzbogacili, byli bardzo popularni i niezwykle wpływowi. Co szczególnie godne uwagi - ich muzyka była w wysokim stopniu idiomatyczna. Było to o tyle proste, że niemal wszyscy grający w nim instrumentaliści wypracowali sobie własny styl i brzmienie. Któż nie rozpoznałby charakterystycznej gitary Howe'a i klawiszy Wakemana, nie inaczej byłoby w przypadku basu Squire'a. Problemy mogłyby nastręczać jedynie bębny Alana White'a, choć warto przypomnieć, że w latach 1968-1972 oryginalnym członkiem Yes był jeden z najbardziej rozpoznawalnych perkusistów – Bill Bruford . Jeśli dodamy jeszcze jedyny w swoim rodzaju głos Jona Andersona otrzymamy w rezultacie bardzo specyficzny aparat wykonawczy. Skład z 1983 roku z pewnością nie miał takiego potencjału, jak ten klasyczny. Tony Kaye był dobrym rzemieślnikiem i… to chyba wszystko. Nigdy nie wypracował własnego charakterystycznego stylu, nie przejawiał też specjalnego talentu w sferze kompozytorskiej. Miał znacznie mniej do zaproponowania nie tylko od Ricka Wakemana, ale także Patricka Moraza. Trevor Rabin z różnych względów nie mógł zastąpić Steve'a Howe'a. Brakowało mu wszechstronności i wrażliwości swojego poprzednika. Wątpliwości mógł również budzić jego muzyczny smak (wyraźne ciągotki w stronę konwencjonalnego pop rocka). Rabin wywodził się z zupełnie innego muzycznego świata, dlatego nie dziwi fakt, że wielu starych fanów traktowało go jak intruza. Ewolucję stylistyczną Yes możemy oceniać rozmaicie. Rzecz jasna, wiele zależy od punktu widzenia. Ortodoksyjny zwolennik rocka progresywnego może widzieć w niej przejaw postępującego komercjalizmu, czy też koniunkturalizmu. Inni mogą odebrać to jako przejaw elastyczności i wszechstronności. W kontekście złotych lat orkiestry (1971-1974) jej dokonania z lat 1977-1983 nie wyglądają już może tak imponująco. Wprawdzie, z wolna, dostrzegalne były znamiona postępującego kryzysu twórczego, jednak grupa nadal była zdolna nagrywać muzykę wysokich lotów. Going For The One bez specjalnej przesady można uznać za jedno z najwybitniejszych dzieł schyłkowego progrocka, z kolei Tormato to ostatnie tchnienie klasycznego Yes. W owym czasie grupa nie popadła w rutynę, nie zjadała własnego ogona. Wprawdzie nie raz spoglądała za siebie, jednak usilnie pracowała również nad odświeżeniem języka muzycznego. Dlatego też każdy album był inny, co można poczytać jej na plus. O ile Going For The One przez zdecydowaną większość zwolenników rocka progresywnego jest odbierany pozytywnie, nierzadko wręcz entuzjastycznie, to już w przypadku dwóch kolejnych wydawnictw sprawa daleka jest od jednoznaczności. Warto do tych płyt podejść w wielopłaszczyznowy sposób, wystrzegając się prostych uogólnień. Nie inaczej jest w przypadku popularnych „Cyferek”, które już od ponad 35 lat polaryzują opinie na swój temat. Lata 1982-1983 były wielkim wyzwaniem dla zespołu. Stylistyczna wolta była obciążona wielkim ryzykiem. 90125 posiada wiele wad, nie można jednak zapominać o pozytywach. Był to typowy produkt swoich czasów. Yes na kilkanaście miesięcy powrócił do rockowej elity, tym razem po raz ostatni, ponieważ następne płyty cieszyły się znacznie mniejszym uznaniem słuchaczy. Na koniec warto podkreślić jeszcze jedno – „Cyferki” były ostatnią poważną próbą unowocześnienia języka muzycznego. Nigdy później Yes nie był już tak „na bieżąco” z tym, co działo się na rynku muzycznym. Big Generator (1987) okazał się przede wszystkim próbą zdyskontowania sukcesu słynnego studyjnego poprzednika. Brakowało mu jednak trochę jakości i świeżości. Z kolei eponimiczny album formacji Anderson, Bruford, Wakeman, Howe, wydany w 1989 roku, był przede wszystkim nostalgiczną podróżą w świat przeszłości. Na Union (1991) i Talk (1994) zespół sprawiał wrażenie nieco zagubionego, miotając się między pop rockiem, bliskim konwencji ejtisowej a progrockiem, tak naprawdę coraz bardziej w stylu retro. Kolejną próbą uruchomienia dźwiękowego wehikułu czasu były Keys To Ascension (1996) i Keys To Ascension 2 (1997). Następne płyty były dojmującym świadectwem tego, że zespół coraz bardziej pogrąża się w świecie przeszłości, nie zaprzątając sobie specjalnie głowy tym, co „tu” i „teraz”.

Link to comment
Share on other sites

Czytałem to, znów świetny tekst. Uwielbiam te artykuły w "Lizardzie" rozkładające na czynniki pierwsze płyty, czy dyskografie/biografie wykonawców.  :)

Jednak z jednym się nie zgodzę - "Going for the One" jest bardzo przeciętną płytą. Tytułowy utwór to jakaś kpina, a ten w kółko powtarzany refren na końcu przy jazgotliwym wtórowaniu pozostałych muzyków jest nie do wytrzymania. Prawdziwym arcydziełem jest tylko Awaken. Reszta utworów na tej płycie jest taka sobie.
Natomiast "Tormato" jest zdecydowanie lepszą płytą. Mimo komercjalizacji i częściowego odejścia od klasycznego progressive, muzyka jest zróżnicowana, ciekawa i bardzo świeża. Najlepszy jest znakomity "On the Silent Wings of Freedom".

Edited by soundchaser
Link to comment
Share on other sites

Jesteś pierwszą znaną mi osobą, która od „Going For The One” wyżej ceni sobie „Tormato”. W sumie to dobrze, bo w słuchaniu muzyki jedną z najciekawszych rzeczy jest to, jak różnie ją odbieramy. W przeszłości nieraz zdarzało mi się bronić „Tormato”, na które niezasłużenie spadały gromy. Zazwyczaj byli to progresywni ortodoksi, którzy zapewne woleliby, aby orkiestra Andersona wysmażyła nam kolejną wersję „Close To The Edge”. Tytułowy utwór z „Going For The One” faktycznie jest najsłabszy na płycie, jednak mnie aż tak bardzo nie uwiera. Muzycy opuszczają wieżę z kości słoniowej i powracają do krainy rock'n'rolla. Tak to miało zapewne wyglądać. Trzeba płacić „daniny” wytwórni, poza tym nie można zapominać o masowym słuchaczu. Yes nigdy nie był formacją niszową, dlatego kompromisy były immanentną cechą jego działalności. Problem w tym, aby nie były zgniłe. „Parallels” i „Wonderous Stories” to, po prostu, przyjemne piosenki, które dobrze się słucha. Jak dla mnie, na „Going For The One” trafiły dwa znakomite utwory. Pierwszym, rzecz jasna, jest „Awaken”, który jest wybitnym osiągnięciem w obrębie progresywnej estetyki. Drugim niezwykle klimatyczny „Turn Of The Century”. Jon Anderson jeszcze raz udowodnił, że potrafi w czarowny sposób snuć swoje Cudowne Opowieści. Od lat zachwyca mnie przepiękne instrumentalne interludium, kiedy to do głosu dochodzą gitara akustyczna i fortepian. Zespół zaprezentował jeszcze jedną ciekawą odmianę klasycyzującego rocka. Prawdziwy popis tria Howe – Wakeman – Anderson. „Going For The One”, podobnie jak „Tormato”, jest zróżnicowaną płytą. Praktycznie każdy utwór jest inny. Na pierwszy rzut ucha z tej samej parafii pochodzą utwór tytułowy i „Parallels”. Ot, dynamiczne rockowe kawałki. Jednak gdy zaczniemy je rozbierać na części, bez trudu dostrzeżemy różnice (aranżacja, paleta brzmieniowa, zamysł estetyczny). „Going For The One” to zdecydowany powrót do napastliwego rytmu, typowo rockowej ekspresji i prostoty. Zespół niemal zapomniał w nim o swojej progresywnej przeszłości. Z kolei w „Parallels” najciekawsze jest umiejętne ożenienie estetyki rocka symfonicznego z witalnym rockiem. Pompatyczne zadęcie organów kościelnych zlewa się w koherentną całość z rockową ekspresją i zadziornością. Jest świeże i atrakcyjne, co istotne, brzmi dość naturalnie i nie razi koturnowością. Nie jest to wybitny kawałek, jednak może się podobać. Ważne jest to, że zespół miał pomysł na Nowe Otwarcie.

Podobnie będzie na „Tormato”. Pomysł na nową formułę przekazu dobrze słychać w „Future Times/Rejoice”. Krótka forma, ciążąca w stronę piosenki, była zwiastunem tego, co nowe, natomiast brzmienie, charakterystyczne wykonanie i specyficzne patenty aranżacyjne przywoływały dokonania z przeszłości. Zespół nauczył się podawać stare treści w bardziej zwięzłej formie. W tym przypadku efekt był doskonały. Jeśli chodzi o „On The Silent Wings Of Freedom”, to podzielam pogląd. To największa perła w tym zestawie. Na ciepłe słowa zasługuje również wspomniany opener „Future Times/Rejoice”. Na drugim biegunie jest „Release, Release” - to jedyny utwór, którego nie żałowałbym, gdyby trafił tylko na drugą stronę singla.

Link to comment
Share on other sites

... całego wątku o dobrych płytach z muzyką rocka progresywnego zapewne nigdy nie przeczytam, ale słuchając wczoraj następnej porcji King C. przypomniałem, że był  UK . Pewnie był tu wspominany.

 Pamiętam jak czterdzieści lat temu kolega nagrał mi na kasetkę do mojego Kasprzaka ich dwie pierwsze płyty. Od tamtej pory, może z wyjątkiem początku lat 90-tych do tej formacji nie wracałem. Po dekadach minionych wydaje mi się, że warto. Przy okazji przypomniały mi się moje winylowe Traffiki, jakaś Utopia i coś tam jeszcze. 

A więc posłucham😊.

Link to comment
Share on other sites

W dniu 1.10.2021 o 20:04, Adi777 napisał:

A ja Was pewnie zaskoczę, bo u mnie numero uno to Moonchild. Kocham. kocham, kocham 😍

frapujący wybór. urzekający wstęp ale potem wymagana uwaga i skupienie. Wiki za Weissem podaje "na najbardziej rozbudowany formalnie Moonchild składały się improwizacje harmoniczne, webernowskie struktury punktualistyczne i elementy freejazzowe" - masz może wykształcenie muzyczne?

 

W dniu 1.10.2021 o 12:47, soundchaser napisał:

Z Genesis było trochę inaczej, bo o ile po odejściu P. Gabriela zespół nagrał 4 bardzo dobre płyty, które do dziś są przecież kanonami rocka progresywnego (nawet odrobinę zorientowana w kierunku popu - ...And Then There Were Three..., to wciąż kawał solidnej muzyki)

Genesis IMHO to bardziej piosenkowa strona mocy, w niczym jednak nie przeszkadza, Trick of the tail jest świetną płytą mimo pewnego efekciarstwa np. w Squonk. Niemniej od Wind and Wuthering w górę mam z ich twórczością coraz większy kłopot....

Edited by rasputin
Link to comment
Share on other sites

Soundchaser i rasputin poruszyli konfliktogenny temat. Genesis to absolutnie jeden z moich ulubionych bandów. To właśnie dzięki niemu wkroczyłem na progresywną ścieżkę. Wszystko zaczęło się jesienią 1983 roku, gdy w radiowej „Trójce” pojawił się utwór, który już wkrótce miał się stać wielkim przebojem.

W przypadku oceny dorobku Genesis mamy do czynienia przynajmniej z kilkoma narracjami. Jak zawsze w takim przypadku, wiele zależy od indywidualnych preferencji stylistycznych. Dla masy ludzi Genesis to przede wszystkim „okres collinsowski”. Z kolei część ortodoksyjnych fanów rocka progresywnego uważa, że złoty okres w historii Genesis kończy się na „The Lamb Lies Down On Broadway”. Dla Wiesława Weissa zwieńczeniem najlepszych lat orkiestry jest „A Trick Of The Tail”. To właśnie szef „Teraz rocka”, kreśląc swoje refleksje na temat „Wind & Wuthering”, skonstatował, iż grupa zaczęła się powtarzać, nowy materiał nie był już na tak wysokim poziomie, jak na wcześniejszym wydawnictwie. Słowem – stagnacja. Należę do mniejszości, która najbardziej ceni sobie okres przejściowy, czyli lata 1975-1977.

Życzę każdemu wykonawcy takiego regresu twórczego. „A Trick Of The Tail” w porównaniu z poprzednimi klasycznymi albumami z ery gabrielowskiej przynosił pewne uproszczenie formuły muzycznej, jednak rekompensował to innymi zaletami (swoją drogą, uproszczenie samo w sobie nie jest żadną wadą). Zespół nadal rozwijał się pod względem wykonawczym, czego doskonałym potwierdzeniem są ówczesne występy sceniczne. Wystarczy porównać sobie „Live” (1973) z „Seconds Out” (nagrania z lat 1976-1977). W tym przekonaniu utwierdzają mnie bootlegi z okresu „A Trick Of The Tail Tour” (1976) i „Wind & Wuthering Tour” (1977). Muzycy czynili postępy dzięki wieloletniej, ciężkiej pracy, której owoce słychać na poszczególnych płytach z lat 1969-1976. „Sztuczka” jest znakomicie wyważona jeśli chodzi o partie wokalne i instrumentalne, a drzewiej różnie z tym bywało. Na „The Lamb Lies Down On Broadway” muzyka była w zbyt dużym stopniu podporządkowana warstwie tekstowej, w wyniku czego instrumentaliści nie mogli w pełni rozwinąć swoich skrzydeł. Dużym plusem „A Trick Of The Tail” i „Wind & Wuthering” jest produkcja. O ile poprzednim płytom można co nieco zarzucić w tej materii (szczególnie tym z lat 1969-1972), to płyty wydane w 1976 roku są prawdziwym majstersztykiem. Wkład nowego producenta, Davida Hentschela, jest wręcz nieoceniony. Wraz z zespołem udało mu się wykreować wielobarwną, niezwykle plastyczną tkankę brzmieniową. Na „Wind & Wuthering” zostanie to dopracowane do perfekcji. Mocną stroną tych płyt jest ich różnorodność. Wachlarz stylistyczny jest dość szeroki: pop rock, rock progresywny, fusion, pojawiają się nawet quasi wodewilowe akcenty („A Trick Of The Taul”). Zespół zachowuje w tej dziedzinie umiar, dzięki czemu płyty są spójne i nie rażą nadmiernym eklektyzmem. Genesis udowadnia po raz kolejny, że znakomicie czuje się zarówno w delikatnych, lirycznych balladach, jak i materiale bardziej ekspresyjnym, nie pozbawionym rockowego pazura. Zachwyca szeroka paleta różnorodnych środków wyrazu, bogactwo nastrojów, chwytliwa, ale nie banalna melodyka. Majestat i patos („Ripples”, „Mad Man Moon”) nie razi nadmierną koturnowością, co niejednokrotnie było przywarą niektórych twórców z kręgu art-rocka. Pojawiają się umiejętnie wplecione elementy pełne humoru (Robbery, Assault And Aattery”), co z powodzeniem będzie kontynuowane na „Wind & Wuthering” (przezabawny tekst Banksa w „All In A Mouse's Night”). Jeśli chodzi o minusy to przede wszystkim wskazałbym jeden – nie do końca udany wybór materiału z sesji nagraniowej. Na „A Trick Of The Tail” odstaje nieco od reszty kompozycja tytułowa, napisana przez Banksa kilka lat wcześniej. W sumie szkoda, że zamiast niej nie pojawił się na płycie odrzut z sesji, subtelny i nastrojowy „It’s Yourself”. Pod względem stylistycznym znakomicie pasowałby do całości i, co istotne, nie obniżałby artystycznego poziomu wydawnictwa. Z kolei na „Wind & Wuthering” razi brak znakomitego „Inside And Out” (mógłby zastąpić nieco przesłodzony „Your Own Special Way”). Na „A Trick Of The Tail” nawet z pozoru proste piosenki były sporym wyzwaniem. Dobrym przykładem niech będzie „Squonk”. To utwór, który sprawia wrażenie dość konwencjonalnego, choćby dzięki swojej tradycyjnej piosenkowej formie. Pod względem technicznym i interpretacyjnym niełatwa jest w nim jednak partia wokalna. Wymaga od wokalisty bogatego wachlarza środków ekspresji oraz sporej wszechstronności. Gdy muzycy przesłuchiwali kandydatów na następcę Petera Gabriela kazali często na dzień dobry zaśpiewać właśnie „Squonk”, gdyż, według nich, była to rzecz najtrudniejsza do przejścia. Próbowało go zaśpiewać ponad 50 wokalistów, w tym Mick Rogers z Manfred Mann’s Earth Band i wszyscy zaliczali spektakularną klapę. Jedynie Collinsowi udało się zaśpiewać bezbłędnie całą partię.

Osoby, które uważają, że grupa po odejściu Gabriela zaczęła się powtarzać powinny zwrócić uwagę przynajmniej na kilka wątków. Istotnych nowinek jest niemało. Wręcz z rewolucją mamy do czynienia w sferze tekstowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na ich różnorodność. Ich autorami są zresztą niemal wszyscy muzycy kwartetu (Banks, Hackett i Rutherford). Pod względem muzycznym zauważalna jest logiczna ewolucja. Z perspektywy czasu możemy to lepiej zdefiniować – z wolna grupa dryfowała w stronę mainstreamu. Muzyka jest bardziej zwarta, zespół stara się wzbogacać i urozmaicać aranż, zauważalny jest duży nacisk na brzmienie, cyzelowanie różnych odcieni i barw (przede wszystkim chodzi o Banksa). Na początku lat 70. muzyka Genesis była jeszcze nieopierzona, muzycy sprawiali czasami wrażenie osobnika, który bardzo chce, jednak nie zawsze może. W połowie lat 70. byli już dojrzałymi artystami, bardzo rozwinęli się pod względem wykonawczym. Warto zwrócić uwagę na postępującą indywidualizację instrumentalistów. W porównaniu z „Trespass”, „Nursery Cryme” czy też „Foxtrot” ich gra jest z pewnością bardziej idiomatyczna. Banks i Hackett są od razu rozpoznawalni, swój osobny styl gry w mozole buduje również Collins (na początku lat 80. sound jego bębnów będzie powszechnie znany). Na „A Trick Of The Tail” grupa nie kopiuje pomysłów z wcześniejszych płyt, tylko twórczo rozwija swoją stylistykę. Warto zwrócić uwagę na bogactwo pomysłów oraz fakt, że muzycy ciągle poszukują nowych rozwiązań („It’s Yourself”, „Dance On A Volcano”, „Los Endos”). Podobnie będzie na „Wind & Wuthering” - obok przebogatej palety brzmieniowej, trudno nie wspomnieć o nowych pomysłach na rozbudowaną formę („One For The Vine ” czy też trzyczłonowy finał płyty). Trudno jest w prosty sposób porównać te płyty z wcześniejszymi. Obok licznych podobieństw jest również mnóstwo mniejszych lub większych różnic. Wspominanie tylko o tych pierwszych zafałszowuje ogólny obraz.

Na „A Trick Of The Tail” i „Wind & Wuthering” zespół nadal jest w bardzo wysokiej formie. Istotne jest również to, że miał pomysł na Nowe Otwarcie po odejściu frontmana. W latach 1975-1977 formuła muzyczna, którą zaproponowali, była dobrze skorelowana z ich możliwościami. W tym okresie potrafili umiejętnie wyeksponować swoje zalety. Gorzej będzie w tym względzie na „...And then there were three...” (1978). Wprawdzie grupa nadal będzie w dobrej formie, jednak, wedle mojego przekonania, popełni kilka błędów w sferze konceptualnej, co zaważy na ostatecznym kształcie całości. Większe problemy „na nowej drodze życia” miał nie skazywany na klęskę Genesis (vide „nekrologi” w prasie muzycznej po odejściu wokalisty), ale Peter Gabriel. Potwierdzeniem tego są jego pierwsze dwa albumy solowe. Słychać na nich wyraźnie, że w dziedzinie kompozytorskiej artysta potrzebował jeszcze trochę czasu, aby osiągnąć w pełni satysfakcjonujący poziom.

 

Link to comment
Share on other sites

W nawiązaniu do kolejnej wyczerpującej wypowiedzi Kolegi @mahavishnuu napiszę, że Genesis to również mój no.1 jeśli chodzi o progresywną kapelę wszech czasów. Najwyżej cenię oczywiście cały okres z Peterem Gabrielem z dwoma najlepszymi płytami: The Lamb Lies Down... i Selling England... w tej właśnie kolejności.
Wspomniane A Trick... i Wind...oczywiście też są w ścisłej czołówce. Inaczej trzeba podejść do płyt po 1980 roku począwszy od Abacab. To po prostu inna muzyka, ale również zasługująca na uznanie...oprócz słabego moim zdaniem z małymi wyjątkami Abacab (broni się utwór tytułowy oraz Dodo/Lurker).

Jeśli chodzi o Petera Gabriela to ja osobiście bardzo sobie cenię również te dwie jego pierwsze płyty, którymi popularności nie zdobył, jednak muzycznie są na wysokim poziomie. Siłą rzeczy musiał trochę zmienić swój styl tak aby nie ulec zbytniej komercjalizacji, a jednocześnie dotrzeć do szerszej publiczności. I to się udało na trzeciej i czwartej (najlepszej wg. mnie) płycie. Później już było z górki i prawdziwy sukces z płytą "So" i każdą następną.

52 minuty temu, mahavishnuu napisał:

Dużym plusem „A Trick Of The Tail” i „Wind & Wuthering” jest produkcja. O ile poprzednim płytom można co nieco zarzucić w tej materii (szczególnie tym z lat 1969-1972), to płyty wydane w 1976 roku są prawdziwym majstersztykiem. Wkład nowego producenta, Davida Hentschela, jest wręcz nieoceniony. Wraz z zespołem udało mu się wykreować wielobarwną, niezwykle plastyczną tkankę brzmieniową. Na „Wind & Wuthering” zostanie to dopracowane do perfekcji.

O ile "A Trick of the Tail" jest zrealizowana perfekcyjnie, to "Wind & Wuthering" w sferze warstwy brzmieniowej posiada mankamenty. Ta płyta nigdy nie była dobrze nagrana.
Chyba, że masz na myśli produkcję w szerszym tego słowa znaczeniu, nie ograniczającą się jedynie do realizacji pod względem jakości dźwięku.

Link to comment
Share on other sites

53 minuty temu, soundchaser napisał:

O ile "A Trick of the Tail" jest zrealizowana perfekcyjnie, to "Wind & Wuthering" w sferze warstwy brzmieniowej posiada mankamenty. Ta płyta nigdy nie była dobrze nagrana. Chyba, że masz na myśli produkcję w szerszym tego słowa znaczeniu, nie ograniczającą się jedynie do realizacji pod względem jakości dźwięku.

Dla mnie brzmienie, które udało się wykreować na „Wind & Wuthering” jest doskonałe. Inna sprawa, że lubię tego typu sound. Nie dziwie się, że Banks w wywiadach przyznawał niejednokrotnie, że jest to jego ulubiony album Genesis, choć zdarzało mu się także wymieniać inne albumy (np. „The Lamb Lies Down On Broadway”). Skłaniałbym się do opinii, że jest to jego szczytowe osiągniecie. Brzmienie keyboardów jest często intrygujące. W tym okresie udało mu się wypracować już w pełni zindywidualizowany sound. To chyba na tym albumie słychać najbardziej niezwykłe wyczulenie na różne niuanse brzmieniowe. Podobają mi się różne patenty aranżacyjne, choćby tworzenie bogatych tekstur dzięki nakładaniu się lub kontrapunktowaniu brzmień różnych instrumentów klawiszowych (np. syntezatora i organów Hammonda. W tym czasie Tony grał często na syntezatorach, których brzmienie bardzo lubię (ARP 2600, ARP Pro Soloist). Jeśli dodamy do tego melotron i elektryczny fortepian Fender Rhodes – czegóż chcieć więcej. Banks zawsze cenił sobie muzykę z okresu neoromantyzmu. Myślę, że to dobrze pasowało do koncepcji muzycznych Genesis. Z jednej strony grupa nigdy nie skłaniała się do awangardowych eksploracji, z drugiej niektóre pomysły z tej epoki można było twórczo wyzyskać („symfonizacja” palety instrumentalnej, patenty brzmieniowe). „Wind & Wuthering” to doskonały przykład rocka progresywnego, który czerpie inspiracje z klasyki. Co istotne, w sposób twórczy i ze smakiem. Muzykom nie przychodziło do głowy, aby porywać się na adaptacje utworów tzw. muzyki poważnej. Coś takiego sprawdzało się niezwykle rzadko, zazwyczaj była to trywializacja szacownej klasyki.

„All In A Mouse's Night” to reprezentatywna pozycja z omawianego okresu. Swoją drogą, zadaje kłam opiniom, jakoby twórcy z kręgu rocka progresywnego byli śmiertelnie poważni. Jak widać, różnie z tym bywało, dlatego nie dajmy się zwieść jednostronnym opiniom.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Link to comment
Share on other sites

1 minutę temu, mahavishnuu napisał:

Swoją drogą, zadaje kłam opiniom, jakoby twórcy z kręgu rocka progresywnego byli śmiertelnie poważni.

Wczoraj zacząłem zapoznawać się z zespołem Gong. Wiem, strasznie późno, ale jak to mówią, lepiej późno niż później 😁

Gong to chyba sztandarowy przykład niepoważnego zespołu 😉. Wind & Wuthering - hmm, jak dla mnie ma momenty bardzo ładne, ale całościowo nie porywa. Czasami jest jakby zbyt popowo, trochę zbyt oczywiście, "słitaśnie", ale ja specjalnie nie przepadam za Genesis. 

Link to comment
Share on other sites

39 minut temu, Adi777 napisał:

Wczoraj zacząłem zapoznawać się z zespołem Gong. Wiem, strasznie późno, ale jak to mówią, lepiej późno niż później 😁

Ja też stosunkowo późno poznałem tę grupę z kręgu canterbury scene.
Jest co eksplorować. Składy często się zmieniały i muzycznie też bardzo różne okresy, w zależności od tego kto w tej wieloosobowej kapeli przejmował stery.
A było dwóch takich dominatorów: początkowo gitarzysta Daevid Allen, później perkusista Pierre Moerlen.
Najciekawszy moim zdaniem jest okres między 1973, a 1978 rokiem, czyli trylogia "Radio Gnome Invisible" ze Stevem Hillage w składzie, a później "Shamal", "Gazeuse!" i "Expresso II" z Alanem Holdsworthem.
Jednak i późniejsze płyty są bardzo fajne, nawet te wydane już w obecnym wieku.

Godzinę temu, mahavishnuu napisał:

„Wind & Wuthering” to doskonały przykład rocka progresywnego

Zgadzam się. Mi zawsze najbardziej podobały się z tej płyty: One for the Vine, balladowy Blood on the Rooftops i cała końcówka z rewelacyjnym: Unquiet Slumbers for the Sleepers...In That Quiet Earth - kwintesencja rocka progresywnego.

Aż chyba warto przypomnieć...kto nie zna. 😉

 

Link to comment
Share on other sites

1 godzinę temu, Adi777 napisał:

Niedawno przesłuchałem Foxtrot - urocza muzyka. Ładne melodie, przyjemne kompozycje

Bo Genesis każdą nutkę miał przemyślaną. W ich muzyce nie było żadnego zbędnego dźwięku, ani improwizacji. Jednak trzeba przyznać, że żadna inna grupa chyba nie miała w swym dorobku tak świetnie dopracowanych pod względem kompozycyjnym i aranżacyjnym utworów, które oprócz wysokiego poziomu muzycznego były właśnie również "urocze i ładne". 😉 To trochę inny rodzaj rocka progresywnego niż King Crimson, czy Yes.
We wczesnych płytach Yes - aż do Relayer może nie było typowej improwizacji, ale często pogmatwana linia melodyczna, kakofoniczne rozwiązania i niełatwe konstrukcje brzmieniowe.
Przykładem "Relayer" - The Gates of Delirium i Sound Chaser, gdzie tego typu charakter muzyki najbardziej był słyszalny.

 

A wracając do "Gong"
Dotarłeś już do płyty "Shamal"?
Kapitalny kawałek...zresztą cała płyta jest świetna.

 

Edited by soundchaser
Link to comment
Share on other sites

18 godzin temu, soundchaser napisał:

Najwyżej cenię oczywiście cały okres z Peterem Gabrielem z dwoma najlepszymi płytami: The Lamb Lies Down... i Selling England... w tej właśnie kolejności.

moje typy: Nursery Cryme - od niej się zaczęło, Foxtrot, The Lamb, A Trick. Selling oczywiście też bardzo lubię ale nie należy do ulubionych.

18 godzin temu, soundchaser napisał:

Jeśli chodzi o Petera Gabriela to ja osobiście bardzo sobie cenię również te dwie jego pierwsze płyty, którymi popularności nie zdobył, jednak muzycznie są na wysokim poziomie. Siłą rzeczy musiał trochę zmienić swój styl tak aby nie ulec zbytniej komercjalizacji, a jednocześnie dotrzeć do szerszej publiczności. I to się udało na trzeciej i czwartej (najlepszej wg. mnie) płycie.

Sto lat temu przy okazji wydania Calling all stations czytałem wywiad z Rutherfordem i Hackettem którzy twierdzili że zrobili gwiazdę z Petera, z Phila i z Ray'a zrobią również. Być może to prawda, niemniej debiut Gabriela jest dla mnie rozczarowaniem. O wiele bardziej cenię pierwszą solową płytę Hacketta, Voyage of the Acolyte i ogólnie uważam że artysta ten niezasłużenie pozostaje w cieniu swoich kolegów.

Gabriel to przede wszystkim III i IV, potem niezwykle udany skok w bok w postaci Passion, chociaż w sumie to logiczne rozwinięcie poszukiwań zawartych na czwórce. So i dalej to bardzo starannie wyprodukowany szlachetny pop za którym jakoś specjalnie nie przepadam.

Edited by rasputin
Link to comment
Share on other sites

42 minuty temu, rasputin napisał:

debiut Gabriela jest dla mnie rozczarowaniem. O wiele bardziej cenię pierwszą solową płytę Hacketta, Voyage of the Acolyte

Zgoda. W ogóle trzy pierwsze płyty Hacketta to apogeum całej jego twórczości solowej.

44 minuty temu, rasputin napisał:

uważam że artysta ten niezasłużenie pozostaje w cieniu swoich kolegów.

Nie pozostaje i nigdy nie pozostawał. Co więcej - cały czas jest aktywny, czego nie można powiedzieć o Gabrielu, czy Collinsie. Owszem - największy sukces komercyjny osiągnął Collins. Gabriel też miał swoje "5 minut", ale Hackett wciąż gra swoją muzykę i ma spore grono oddanych fanów.
 

Link to comment
Share on other sites

22 godziny temu, soundchaser napisał:

Owszem - największy sukces komercyjny osiągnął Collins. Gabriel też miał swoje "5 minut", ale Hackett wciąż gra swoją muzykę i ma spore grono oddanych fanów.

dokładnie o to chodziło - sukces komercyjny. Do wiernych fanów Hacketta z całą pewnością należy Steven Wilson, linia wokalna w utworze Hand Cannot Erase to praktycznie 1:1 ze Star of Sirius, nie wspominając już o nota bene udanym Raven that refused to sing gdzie inspiracje Genesis są bardzo oczywiste.

Dzisiaj na warsztat biorę najnowszy Leprous ale póki co Caravan In the Land of Grey and Pink, wspaniały album którego żenująco dawno nie słuchałem.

Edited by rasputin
Link to comment
Share on other sites

W dniu 2.10.2021 o 00:01, soundchaser napisał:

Natomiast "Tormato" jest zdecydowanie lepszą płytą

Nawet okładkę ma lepszą.🙂

W dniu 5.10.2021 o 10:57, soundchaser napisał:

W ogóle trzy pierwsze płyty Hacketta to apogeum całej jego twórczości solowej.

Aż sobie przypomnę. Kiedyś mnie nudziły, ale kto wie.

Link to comment
Share on other sites

W dniu 1.10.2021 o 23:14, mahavishnuu napisał:

O ewolucji muzyki Yes w latach 70. i 80 można dyskutować godzinami. Każdy z nas ma swoje przemyślenia na temat ówczesnych losów zespołu. Sam kiedyś postanowiłem przeanalizować ten temat i napisałem dwa długaśne eseje do „Lizarda”. Pierwsza część obejmowała lata 1976-1978, natomiast druga 1979-1983. Łączył je wspólny tytuł - „Yes - progresywny dinozaur w czasach przełomu (1976-1983)”. Poniżej umieszczam epilog drugiej części eseju. Tak to ogólnie wygląda z mojej perspektywy.

 

W latach 1976-1983 rockowa scena została mocno przeorana. Nie był to dobry czas dla progresywnych dinozaurów. Stylistyka, w której się poruszały, ulegała stopniowemu wyjałowieniu. Jakby tego było mało, były atakowane przez brytyjską prasę muzyczną (w złośliwościach celował szczególnie „New Musical Express”). Całokształt zmian na muzycznym rynku sprawił, że masową wyobraźnią zawładnęli wykonawcy z innych modnych nurtów muzycznych, takich jak punk rock i disco. W kolejnych latach skupiano się na przedstawicielach z kręgu nowej fali, heavy metalu i synth popu. Rock progresywny był coraz bardziej marginalizowany. Jego czołowi przedstawiciele zmagali się z licznymi problemami. Część dokonała żywota – zreformowany Van der Graaf (1978 ), Emerson, Lake & Palmer (1979), Gentle Giant (1980). Przyczyny takiego stanu rzeczy były rozmaite. Niemożność odnalezienia się w nowej rzeczywistości, uwiąd twórczy, niektórych zżerały personalne spory, swoje robiła daleko posunięta niechęć lub obojętność ze strony prasy muzycznej, czasami w grę wchodziły permanentne problemy finansowe, ewentualnie ambicje solowe frontmana. Jedną z głównych przyczyn był zazwyczaj fakt wypalenia się w danej konwencji i, mniej lub bardziej, przemożna potrzeba zmian. Jak w tym czasie radził sobie Yes? Na tle innych progresywnych dinozaurów co najmniej dobrze. Nie tylko nie zaprzestał działalności, ale także nadal odnosił sukcesy komercyjne. Pod względem artystycznym jego działalność również można ocenić pozytywnie. Wprawdzie każdy z kolejnych albumów wydanych w latach 1977-1980 był coraz słabszy, to jednak nigdy nie zszedł poniżej bardzo przyzwoitego poziomu – znakomity Going For The One (1977), co najmniej dobry Tormato (1978) i niezły Drama (1980). W obliczu niesprzyjających warunków zewnętrznych i stagnacji rocka progresywnego droga rozwojowa Yes była dość symptomatyczna. Muzycy wybrali bodaj najbardziej popularny wariant – stopniowe upraszczanie języka muzycznego. Połączyli wyrafinowanie i wirtuozerię rocka progresywnego ze zwartością, chwytliwością i komunikatywnością bardziej konwencjonalnych odmian rocka i pop rocka. Od razu zauważalne są pewne analogie z drogą twórczą Genesis. Na A Trick Of The Tail (1976) i Wind & Wuthering (1976) pojawia się podobna filozofia w podejściu do stylistycznej transformacji. Nie rezygnujemy z wielu progresywnych pryncypiów – finezji, wyczulenia na brzmienie, jednocześnie staramy się nadać muzyce bardziej komunikatywny charakter. Formy epickie koegzystują na nich z piosenkami lub materiałem quasi piosenkowym. Przeciętnego słuchacza nie odstraszają już swoją hermetycznością i ekscentrycznością, jednak, jak na standardy rocka, pozostają częstokroć wysmakowane. W latach 80. zarówno Genesis, jak i Yes wyraźnie grawitować będą w stronę pop rocka o silnie ejtisowym zabarwieniu (vide 90125 i Genesis z 1983 roku).

Czy w latach 1976-1983 muzyka Yes była, w szerokim tego słowa znaczeniu, progresywna? Czy też, ujmując to inaczej, była forpocztą rozwoju rocka, niosła jakieś nowe treści, antycypowała tendencje, które miały rozwinąć się w następnych latach? Odpowiedź musi być negatywna, jednak wydaje się, że zamierzenia i ambicje muzyków były wówczas nieco inne. Yes w drugiej połowie lat 70. zdawał się raczej szukać stabilizacji, tym bardziej, że środowisko zewnętrzne było do niego częstokroć nastawione niezbyt przyjaźnie (vide bliżej nieokreślony procent młodego pokolenia z okresu punk rockowej rewolty i niemała część brytyjskiej prasy muzycznej). W gruncie rzeczy już „progresywność” Going For The One była w dużym stopniu iluzoryczna. Był to zresztą fragment większej całości. Rock progresywny w drugiej połowie lat 70. nie generował już nowych idei. Nie tylko zatracił dynamikę rozwoju, ale także stopniowo popadał w coraz większą stagnację. Zauważalna była również jego postępująca komercjalizacja. O ile jeszcze w pierwszej połowie tej dekady wiele elementów muzyki Yes można było uznać za nowoczesne, to już kilka lat później ich twórczość z wolna zaczęła grawitować w stronę mainstreamu. Wzorce, po które sięgali, były często dość tradycyjne, dlatego też ich muzyka stawała się coraz bardziej przyjazna dla przeciętnego odbiorcy rocka. Pierwsza połowa lat 80. to kolejna próba adaptacji do nowej rzeczywistości. Niewątpliwie w tym czasie Yes nie miał zamiaru „iść pod prąd”. Najbardziej dobitnym przykładem tej tendencji jest 90125. To właśnie na nim, dzięki wydatnemu wsparciu ze strony Horna i Rabina, udało się odświeżyć muzykę, nasączając ją nowymi treściami. Szczególnie warto zwrócić uwagę na inne podejście do produkcji albumu. Analizując „wskaźnik progresywności” Yes w latach 1976-1983 warto pamiętać o jednej, dość istotnej kwestii. Brytyjski kwintet nigdy nie był progresywną awangardą. To nie oni wykuwali Nowe Idee, nie byli prekursorami gatunku, nie stali się też twórcami żadnego nowego progresywnego podgatunku. Znaczenie Yes sprowadzało się do czegoś innego. W pierwszej połowie lat 70. orkiestra Andersona miała istotny wpływ na ostateczną krystalizację klasycznej odmiany rocka progresywnego. Szybko stali się jednym z najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli tego nurtu, niewątpliwie w dużym stopniu go wzbogacili, byli bardzo popularni i niezwykle wpływowi. Co szczególnie godne uwagi - ich muzyka była w wysokim stopniu idiomatyczna. Było to o tyle proste, że niemal wszyscy grający w nim instrumentaliści wypracowali sobie własny styl i brzmienie. Któż nie rozpoznałby charakterystycznej gitary Howe'a i klawiszy Wakemana, nie inaczej byłoby w przypadku basu Squire'a. Problemy mogłyby nastręczać jedynie bębny Alana White'a, choć warto przypomnieć, że w latach 1968-1972 oryginalnym członkiem Yes był jeden z najbardziej rozpoznawalnych perkusistów – Bill Bruford . Jeśli dodamy jeszcze jedyny w swoim rodzaju głos Jona Andersona otrzymamy w rezultacie bardzo specyficzny aparat wykonawczy. Skład z 1983 roku z pewnością nie miał takiego potencjału, jak ten klasyczny. Tony Kaye był dobrym rzemieślnikiem i… to chyba wszystko. Nigdy nie wypracował własnego charakterystycznego stylu, nie przejawiał też specjalnego talentu w sferze kompozytorskiej. Miał znacznie mniej do zaproponowania nie tylko od Ricka Wakemana, ale także Patricka Moraza. Trevor Rabin z różnych względów nie mógł zastąpić Steve'a Howe'a. Brakowało mu wszechstronności i wrażliwości swojego poprzednika. Wątpliwości mógł również budzić jego muzyczny smak (wyraźne ciągotki w stronę konwencjonalnego pop rocka). Rabin wywodził się z zupełnie innego muzycznego świata, dlatego nie dziwi fakt, że wielu starych fanów traktowało go jak intruza. Ewolucję stylistyczną Yes możemy oceniać rozmaicie. Rzecz jasna, wiele zależy od punktu widzenia. Ortodoksyjny zwolennik rocka progresywnego może widzieć w niej przejaw postępującego komercjalizmu, czy też koniunkturalizmu. Inni mogą odebrać to jako przejaw elastyczności i wszechstronności. W kontekście złotych lat orkiestry (1971-1974) jej dokonania z lat 1977-1983 nie wyglądają już może tak imponująco. Wprawdzie, z wolna, dostrzegalne były znamiona postępującego kryzysu twórczego, jednak grupa nadal była zdolna nagrywać muzykę wysokich lotów. Going For The One bez specjalnej przesady można uznać za jedno z najwybitniejszych dzieł schyłkowego progrocka, z kolei Tormato to ostatnie tchnienie klasycznego Yes. W owym czasie grupa nie popadła w rutynę, nie zjadała własnego ogona. Wprawdzie nie raz spoglądała za siebie, jednak usilnie pracowała również nad odświeżeniem języka muzycznego. Dlatego też każdy album był inny, co można poczytać jej na plus. O ile Going For The One przez zdecydowaną większość zwolenników rocka progresywnego jest odbierany pozytywnie, nierzadko wręcz entuzjastycznie, to już w przypadku dwóch kolejnych wydawnictw sprawa daleka jest od jednoznaczności. Warto do tych płyt podejść w wielopłaszczyznowy sposób, wystrzegając się prostych uogólnień. Nie inaczej jest w przypadku popularnych „Cyferek”, które już od ponad 35 lat polaryzują opinie na swój temat. Lata 1982-1983 były wielkim wyzwaniem dla zespołu. Stylistyczna wolta była obciążona wielkim ryzykiem. 90125 posiada wiele wad, nie można jednak zapominać o pozytywach. Był to typowy produkt swoich czasów. Yes na kilkanaście miesięcy powrócił do rockowej elity, tym razem po raz ostatni, ponieważ następne płyty cieszyły się znacznie mniejszym uznaniem słuchaczy. Na koniec warto podkreślić jeszcze jedno – „Cyferki” były ostatnią poważną próbą unowocześnienia języka muzycznego. Nigdy później Yes nie był już tak „na bieżąco” z tym, co działo się na rynku muzycznym. Big Generator (1987) okazał się przede wszystkim próbą zdyskontowania sukcesu słynnego studyjnego poprzednika. Brakowało mu jednak trochę jakości i świeżości. Z kolei eponimiczny album formacji Anderson, Bruford, Wakeman, Howe, wydany w 1989 roku, był przede wszystkim nostalgiczną podróżą w świat przeszłości. Na Union (1991) i Talk (1994) zespół sprawiał wrażenie nieco zagubionego, miotając się między pop rockiem, bliskim konwencji ejtisowej a progrockiem, tak naprawdę coraz bardziej w stylu retro. Kolejną próbą uruchomienia dźwiękowego wehikułu czasu były Keys To Ascension (1996) i Keys To Ascension 2 (1997). Następne płyty były dojmującym świadectwem tego, że zespół coraz bardziej pogrąża się w świecie przeszłości, nie zaprzątając sobie specjalnie głowy tym, co „tu” i „teraz”.

dziwiło mnie zawsze jak można tak analizować muzykę , zamiast jej słuchać , słuchać , słuchać ........

A Tales mógłbym słuchać 365/365 całe calutkie

DIY to przyjemność grzebania w sprzętach.

Link to comment
Share on other sites

3 godziny temu, soundchaser napisał:

To nic trudnego. Muzyka sama wpada Ci uszami do serca i już tam pozostaje. Chłoniesz ją jak gąbka i smutno Ci jak się kończy płyta. 😉

To prawda, gorzej jak wpadnie uszami i zatrzyma się w gardle.

Czasem nie mogę jej przełknąć.🙂

1 godzinę temu, artw napisał:

dziwiło mnie zawsze jak można tak analizować muzykę , zamiast jej słuchać , słuchać , słuchać ........

Mnie też ale bałem się to napisać.😀

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.