Jump to content
IGNORED

Fascynacje jazzowe


Chicago
 Share

Recommended Posts

Z tematów keyboardowych (organy, el. piano, BH3, piano) przypomniało mi się ważne, współczesne nazwisko - Larry Goldings. Kiedyś mocno przeze mnie osłuchiwany i w zasadzie mogę polecić wszystkie płyty, które mam, włączając w to projekt firmowany przez Trio Beyond z Jackiem DeJohnette i Johnem Scofieldem - koncert z Queen Elizabeth Hall z Londynu z 2004 roku, wydany na dwóch CD przez ECM Records w 2006. Poza tym, pierwsza płytka 'The Intymacy Of The Blues' z Verve Records gdzie zasuwa na HB3, oraz trzy płytki z Warner Bro - 'Whatever it Takes' i 'Big Stuff' oraz projekt 'Awareness', ale tu już akustycznie w formule jazzowego trio fortepianowego. Mam jeszcze 'Quartet' dla Palmetto Records i większość rzeczy z Peterem Bernsteinem i Billem Stewartem włącznie z koncercikiem ze Smalls z NYC. Warto poznać te płyty, bo wszystkie są dobre. W ogóle Larry Goldings należy do topowych muzyków - tu nie ma ściemy, tu się gra!

I oczywiście Lester Bowie New York Organ Ensemble - 'The Organizer' (DIW Records). Też świetnie, jak to zwykle bywa z Lesterem Bowie i jego projektami. Może jeszcze James Carter Organ Trio ze specjalnymi gośćmi. Jak mi się coś jeszcze przypomni wartościowego, to dam znać.

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

Co tu tak cicho? Każdy słucha? 😁

Znacie taką płytkę? Pewnie bankowo, a ja nie znałem, ale zaraz poznam.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Om - Om (1971)

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Moje najnowsze odkrycie. Czadowa płyta. Świetna gitara, nieco psychodeliczny klimat, drapieżne partie saksofonów, pojawia się też wiolonczela. Warto posłuchać.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Om - Om (1971)

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Moje najnowsze odkrycie. Czadowa płyta. Świetna gitara, nieco psychodeliczny klimat, drapieżne partie saksofonów, pojawia się też wiolonczela. Warto posłuchać.
Bardzo fajne granie. Mamy tu przeróżne style. Odnalazłem tam: psychodelic rock, free, fusion, folk, rock, jazz-rock .
Płytka naprawdę godna uwagi.
Grupa raczej mało znana - z tego co udało mi się znaleźć pochodzi z Hiszpanii.
Tylko perkusista Peter Hodgkinson jest tu Brytyjczykiem.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Ja się nie odzywam bo i w rzeczy samej jak znajduję czas to powtarzam dawno nie słuchane płyty mainstreamu, płyty ważne, z kolekcji remasteringu Rudy'ego van Gelder. 

Dzisiaj jednak chciałbym zaprezentować moją pasję z jeszcze innej strony. Rysunek mojej wnuczki dla mnie. No cóż, dziecko nie kłamie, obrazek improwizowany a więc bardzo jazzowy. Będzie oprawiony i zawiśnie gdzieś przy jazzowym kąciku czyli półkami z moją kolekcją płyt.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

 

 

 

 

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

WEATHER REPORT – HEAVY WEATHER (1977)

PRÓBA ODBRĄZOWIENIA KLASYKI?

 

Niedawno dyskutowaliście o „Heavy weather”. Nie obyło się bez kontrowersji. Bynajmniej nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież album od dawna polaryzuje opinie krytyków muzycznych i słuchaczy. Nigdy nie byłem jego entuzjastą. Poniższy tekst to tylko jeden z przykładów, jak postrzegają go słuchacze, którzy nie zdołali się z nim zaprzyjaźnić.

Album legenda. Jedna z najsłynniejszych płyt w historii fusion. Ogromny sukces komercyjny. Do dzisiaj jest to jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii jazzu. Zdążył już pokryć się platyną. We wspomnianym zestawieniu największych bestsellerów ustępuje tylko „Kind of blue” i „Head hunters”. I jak tu się czepiać takiego giganta? Czy faktycznie jest to tak wybitny i znaczący album dla rozwoju jazzu? Niewątpliwie jego obrońcy mogą przytoczyć kilka argumentów, choćby te, o których napisałem powyżej. Moja ocena tego najbardziej znanego osiągnięcia Pogodynek nie jest jednak szczególnie pozytywna. W rankingu najlepszych płyt tego zespołu nagranych w latach 70-tych „Heavy weather” uplasowałby się u mnie prawdopodobnie na przedostatnim miejscu. Tuż przed „Mr. Gone”, który w 1978 roku wywołał prawdziwą burzę. To już jednak zupełnie inna historia...

Dlaczego nie przepadam szczególnie za „Heavy weather”? Powodów jest kilka. Pogodynki zaczynały jako ambitna formacja, która chciała poszerzać granice estetyczne jazzu o nowe wartości. Współtworzyć nowy styl, poszukiwać nowych brzmień, przewartościować i wzbogacić ideę kolektywnego grania, eksperymentować z nowymi elektrycznymi instrumentami. Zaiste, wyglądało to bardzo obiecująco. Odzwierciedleniem tych tendencji były przede wszystkim pierwsze dwa albumy. Muzyka na nich zawarta była twórczą próbą kontynuacji eksperymentów Milesa Davisa z okresu „In a silent way” i „Bitches brew”. Płyty wypełniła bezkompromisowa muzyka, cechująca się ostrą dysonansowością, nowoczesnym językiem muzycznym, objawiająca nowe możliwości rozwojowe jazzu. Trzeci album „Sweetnighter” (1973) można uznać za przełomowy. Zawinul et consortes zaczynają włączać do swojej twórczości coraz więcej tradycyjnych elementów. Odchodzą od free jazzowych zawirowań, stopniowo upraszczają warstwę rytmiczną kompozycji, coraz częściej pojawiają się charakterystyczne motywy ostinatowe. W kompozycjach wyraziście eksponowana jest melodia, dzięki czemu muzyka staje się bardziej komunikatywna.

Na kolejnych albumach zachowana zostaje generalna linia rozwojowa. Weather Report grawituje z wolna w stronę coraz bardziej konwencjonalnego fusion. Czerpie z modnych wówczas trendów (vide funk). Stara się coraz bardziej wkraść w łaski masowego słuchacza. Grupa odchodzi od odważnych poszukiwań brzmieniowych na rzecz coraz bardziej wygładzonego i konwencjonalnego soundu. „Heavy weather” jest niejako zwieńczeniem tej linii rozwojowej. To, że album odniósł tak spektakularny sukces nie jest kwestią przypadku. Z jednej strony, ogromna renoma i estyma, jaką cieszyli się artyści, z drugiej, materiał, który świetnie wstrzelił się w swoje czasy. Względnie prosty dla masowego słuchacza, który częstokroć nie przepadał za jazzem. Niewątpliwie swoją rolę odegrał także poprzedni krążek. „Black market” (1976) również cieszył się ogromnym powodzeniem. On także miał szansę na sukces komercyjny na miarę swojego następcy. Zabrakło tylko „lokomotywy”, którą na „Heavy weather” był „Birdland”. Swoją drogą, jego sukcesy na listach przebojów dają dużo do myślenia. „Heavy weather” nie ma już praktycznie nic wspólnego z ambitnym fusion. To bardziej rozrywkowa odmiana tego gatunku. Swój nieprzeciętny talent objawił na nim ponownie Jaco Pastorius. Jego gra na gitarze basowej niewątpliwie była bardzo oryginalna i, co istotne, inspirująca dla całego tabunu muzyków, grających na tym instrumencie. Biorąc jednak pod uwagę grę liderów Pogodynek, trudno nie zauważyć regresu. Brzmienie keyboardów Zawinula stawało się stopniowo coraz bardziej syntetyczne. Klawiszowiec z wolna rezygnował z wysublimowanych eksploracji kolorystycznych. W niełaskę zaczął popadał Fender Rhodes, na którym Zawinul na początku lat 70-tych stworzył własny charakterystyczny styl gry, umiejętnie wykorzystując echoplex i modulator pierścieniowy. Brzmienie saksofonu Shortera stało się bardzo „ugrzecznione”, czasami wręcz cukierkowe. Z dzisiejszej perspektywy niejednokrotnie kojarzy się ze smooth jazzem. Dobry przykład to „Remark You Made”. Shorter to jeden z moich ulubionych saksofonistów, ale zdecydowanie nie w takim wcieleniu. Generalnie cały materiał zawarty na „Heavy weather” grawitował w stronę pop-jazzu. W pierwszym okresie swojej działalności grupa była synonimem nowoczesności, tymczasem słynny „Birdland”, za którym nigdy specjalnie nie przepadałem, razi mnie nie tylko banalnymi rozwiązaniami w sferze melodycznej, ale także staroświeckością.

Przypadek „Heavy Weather” nie był oczywiście odosobniony. Takie były wówczas tendencje w całym jazzie oraz ogólnie, na całym rynku muzycznym. Jazz-rock, czy też szerzej fusion, już w pierwszej połowie lat 70-tych szybko zaczął wykazywać tendencję do komercjalizacji. Świetnie egzemplifikują to kariery wielu artystów tego nurtu (np. Herbie Hancock, Jan Hammer, George Duke, Stanley Clarke). Oszałamiający sukces „Heavy weather” miał rzecz jasna swoje konsekwencje. Pokazał bowiem wyraziście, że odejście od idiomu jazzowego oraz wyrzeczenie się większych ambicji artystycznych może przynieść wymierne korzyści. Kontynuatorów takiego podejścia do tematu nie zabrakło. W tym sensie „Heavy Weather” może być postrzegany jako „muzyczny szkodnik”. Niektóre okropności fusion z następnych lat w prostej linii wywodzą się właśnie z tego klasycznego albumu.

Krytycy często zarzucali jazzmanom, że ich akcesja do świata fusion była podyktowana względami merkantylnymi. Jak wiemy, to dość skomplikowany i niejednoznaczny temat, jednakże „Heavy weather” mógłby się dla nich stać doskonałym orężem walki. Toż to wzorcowy przykład, gdy jazzmani starali się wkraść w łaski tłumu. Co istotne, udało im się doskonale! Aby wszystko było jasne - „Heavy Weather” nie jest złą płytą. Nie jest kwestią przypadku, że odniosła sukces. Nagrali ją znakomici artyści. Ich muzyka w tym okresie nadal była idiomatyczna. Problem w tym, że wyraźnie zrezygnowali z aspiracji artystycznych. Słuchając tego wydawnictwa mam nieodparte wrażenie, że dla Zawinula i spółki od kwestii stricte artystycznych ważniejsze było poszerzanie „bazy społecznej”. Porównajmy ich eksploracje na polu „elektryczności” z przełomu lat 60. i 70. z „Heavy weather”. Instruktywne w tym względzie są nie tylko wspólne nagrania dokonane z Milesem i wczesne płyty Weather Report, ale także solowe płyty Joe Zawinula - „Zawinul” (1971), Wayne'a Shortera – Super Nova” (1969), „Odyssey Of Iska” (1971), „Moto Grosso Feio” (nagrany w 1970, wydany w 1974) i Miroslava Vitouša - „Infinite search” (1970), „Purple” (1970). Różnice na różnych poziomach muzycznego przekazu są ogromne. Na tle powyższych płyt znacznie lepiej jesteśmy w stanie nakreślić specyfikę ewolucji stylistycznej zespołu. Słychać doskonale różne uproszczenia, czasami drastyczne (język harmoniczny, rytm), niejednokrotnie wątpliwości budzi tkanka brzmieniowa.

Jeśli chodzi o popularyzację jazzu na album można spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Rewelacyjne wyniki sprzedaży zapewne sprawiły, że muzyką improwizowaną zainteresowały się nowe osoby. W tym względzie jego rola była pozytywna. Z drugiej strony, pisałem wcześniej o jego negatywnym wpływie na rozwój fusion i jego postępującą komercjalizację. „Heavy weather” dla niejednego jazzmana mógł być doskonałym poradnikiem, jak dorwać się do konfitur. W tym miejscu dodam jeszcze wątek osobisty. Przed laty, będąc jeszcze nastolatkiem, słuchającym rocka progresywnego, starałem się bliżej zapoznać z jazzowym królestwem. Sięgnąłem wówczas po dwa albumy. Pierwszym był „Tutu” Milesa Davisa, drugim bohater tego tekstu. Ich „lektura” sprawiła, że na dłuższy czas odpuściłem sobie jazzowe eksploracje. Do nagrań Davisa z lat 80. nie przekonałem się nigdy (inna sprawa to jego wcześniejsze dokonania). Podobnie mogło być w przypadku innych osób. Wspominam o tym, ponieważ znam takie przypadki. Dla części słuchaczy, gustujących w bardziej wyrafinowanych dźwiękach, „Heavy Weather” może być odstręczający. Niejednokrotnie w wątku jazzowym powołujecie się na Joachima-Ernsta Berendta. Bynajmniej mnie to nie dziwi, bowiem był jednym z największych znawców jazzu, prawdziwym autorytetem w tej dziedzinie. Wiecie, co Berendt sądził o płytach Weather Report, nagranych w drugiej połowie lat 70-tych? Pod koniec tej dekady stwierdził wprost, że formacja Zawinula i Shortera zawiodła. W podobnym duchu pisał o komercyjnych wcieleniu „elektrycznego” Hancocka, który również wyrzekł się artystycznych aspiracji i uderzył w stronę muzyki rozrywkowej. „Heavy weather” w swoim gatunku jest dziełem wzorcowym i wielce wpływowym. Oceniając go należy wystrzegać się skrajnych opinii. Sprawa bynajmniej nie jest jednoznaczna. Trzeba zauważać jego słabsze i mocniejsze strony. Rzecz jasna, wiele zależy od naszych indywidualnych preferencji. Jedni akcentować będą głównie jego zalety, inni w większym stopniu skupią się na wadach. Jako że bliżej mi do drugiego obozu, postanowiłem zebrać cały katalog zarzutów. To, co dla krytyka jest niezwykle istotne, w oczach zwolennika może być błahostką. Inna może być gradacja różnych zjawisk muzycznych. Swoje robi również odmienny gust i doświadczenie muzyczne. Po to są fora muzyczne, aby wymieniać poglądy, wieść spory. Czasami możemy się drastycznie różnić. Oby zawsze pięknie.

Link to comment
Share on other sites

Powód komercyjnego grania przez wielkich muzyków jazzowych jest bardzo przejrzysty i prozaiczny - po pierwsze kasa! Po drugie kasa i po trzecie też kasa. Ludzie jazzu, ci najwięksi, oprócz dosłownie 'kilku przypadków' nie mieli najmniejszych szans na zdobycie takich pieniędzy jak większość gwiazd rock i pop i musieli stworzyć coś, co przyciągnie tłumy 'na stadiony'. Od modern jazzu, gatunek ten stawał się gatunkiem muzyki coraz szczelniejszej, zamkniętej w ciasnych barach, pubach i innych klubach, gdzie grano i w sumie gra się do dzisiaj, za tzw. beret orzeszków ziemnych. Sprzedać 50 tysięcy biletów po 200 USD, a sprzedać 100 biletów po 15 USD, to jednak wieka różnica. Ludzie, którzy grają jazz, wiedzą o tym doskonale i część z nich idzie celowo w kierunku lżejszej formuły oferując fanom i słuchaczom coś na styku rockandrolla i jazzu. Tylko nieliczni trwali w swoim i zarobili na tym jekieś pieniądze, ale czy to były duże pieniądze? I don't think so. Przykładem niech będzie chociażby taki Keith Jarret, który i tak w hierarchii jazzowej elity, wydawałoby się, że muzykiem wolnym i niezależnym od niczego, chociaż tak do końca nigdy nie jest, ponieważ zawsze jesteśmy od czegoś lub kogoś uzależnieni. Wolne i lużne życie artysty, czytaj: zarabiam godnie na swojej Sztuce czy też pracy, jest bodżcem kreatywności i ekspresyjnej szczerości. Bo w muzyce, jak i w całej Sztuce, szczerość jest najważniejsza.

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

1 godzinę temu, mahavishnuu napisał:

WEATHER REPORT – HEAVY WEATHER (1977)

PRÓBA ODBRĄZOWIENIA KLASYKI?

 

Niedawno dyskutowaliście o „Heavy weather”. Nie obyło się bez kontrowersji. Bynajmniej nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież album od dawna polaryzuje opinie krytyków muzycznych i słuchaczy. Nigdy nie byłem jego entuzjastą. Poniższy tekst to tylko jeden z przykładów, jak postrzegają go słuchacze, którzy nie zdołali się z nim zaprzyjaźnić.

Album legenda. Jedna z najsłynniejszych płyt w historii fusion. Ogromny sukces komercyjny. Do dzisiaj jest to jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii jazzu. Zdążył już pokryć się platyną. We wspomnianym zestawieniu największych bestsellerów ustępuje tylko „Kind of blue” i „Head hunters”. I jak tu się czepiać takiego giganta? Czy faktycznie jest to tak wybitny i znaczący album dla rozwoju jazzu? Niewątpliwie jego obrońcy mogą przytoczyć kilka argumentów, choćby te, o których napisałem powyżej. Moja ocena tego najbardziej znanego osiągnięcia Pogodynek nie jest jednak szczególnie pozytywna. W rankingu najlepszych płyt tego zespołu nagranych w latach 70-tych „Heavy weather” uplasowałby się u mnie prawdopodobnie na przedostatnim miejscu. Tuż przed „Mr. Gone”, który w 1978 roku wywołał prawdziwą burzę. To już jednak zupełnie inna historia...

Dlaczego nie przepadam szczególnie za „Heavy weather”? Powodów jest kilka. Pogodynki zaczynały jako ambitna formacja, która chciała poszerzać granice estetyczne jazzu o nowe wartości. Współtworzyć nowy styl, poszukiwać nowych brzmień, przewartościować i wzbogacić ideę kolektywnego grania, eksperymentować z nowymi elektrycznymi instrumentami. Zaiste, wyglądało to bardzo obiecująco. Odzwierciedleniem tych tendencji były przede wszystkim pierwsze dwa albumy. Muzyka na nich zawarta była twórczą próbą kontynuacji eksperymentów Milesa Davisa z okresu „In a silent way” i „Bitches brew”. Płyty wypełniła bezkompromisowa muzyka, cechująca się ostrą dysonansowością, nowoczesnym językiem muzycznym, objawiająca nowe możliwości rozwojowe jazzu. Trzeci album „Sweetnighter” (1973) można uznać za przełomowy. Zawinul et consortes zaczynają włączać do swojej twórczości coraz więcej tradycyjnych elementów. Odchodzą od free jazzowych zawirowań, stopniowo upraszczają warstwę rytmiczną kompozycji, coraz częściej pojawiają się charakterystyczne motywy ostinatowe. W kompozycjach wyraziście eksponowana jest melodia, dzięki czemu muzyka staje się bardziej komunikatywna.

Na kolejnych albumach zachowana zostaje generalna linia rozwojowa. Weather Report grawituje z wolna w stronę coraz bardziej konwencjonalnego fusion. Czerpie z modnych wówczas trendów (vide funk). Stara się coraz bardziej wkraść w łaski masowego słuchacza. Grupa odchodzi od odważnych poszukiwań brzmieniowych na rzecz coraz bardziej wygładzonego i konwencjonalnego soundu. „Heavy weather” jest niejako zwieńczeniem tej linii rozwojowej. To, że album odniósł tak spektakularny sukces nie jest kwestią przypadku. Z jednej strony, ogromna renoma i estyma, jaką cieszyli się artyści, z drugiej, materiał, który świetnie wstrzelił się w swoje czasy. Względnie prosty dla masowego słuchacza, który częstokroć nie przepadał za jazzem. Niewątpliwie swoją rolę odegrał także poprzedni krążek. „Black market” (1976) również cieszył się ogromnym powodzeniem. On także miał szansę na sukces komercyjny na miarę swojego następcy. Zabrakło tylko „lokomotywy”, którą na „Heavy weather” był „Birdland”. Swoją drogą, jego sukcesy na listach przebojów dają dużo do myślenia. „Heavy weather” nie ma już praktycznie nic wspólnego z ambitnym fusion. To bardziej rozrywkowa odmiana tego gatunku. Swój nieprzeciętny talent objawił na nim ponownie Jaco Pastorius. Jego gra na gitarze basowej niewątpliwie była bardzo oryginalna i, co istotne, inspirująca dla całego tabunu muzyków, grających na tym instrumencie. Biorąc jednak pod uwagę grę liderów Pogodynek, trudno nie zauważyć regresu. Brzmienie keyboardów Zawinula stawało się stopniowo coraz bardziej syntetyczne. Klawiszowiec z wolna rezygnował z wysublimowanych eksploracji kolorystycznych. W niełaskę zaczął popadał Fender Rhodes, na którym Zawinul na początku lat 70-tych stworzył własny charakterystyczny styl gry, umiejętnie wykorzystując echoplex i modulator pierścieniowy. Brzmienie saksofonu Shortera stało się bardzo „ugrzecznione”, czasami wręcz cukierkowe. Z dzisiejszej perspektywy niejednokrotnie kojarzy się ze smooth jazzem. Dobry przykład to „Remark You Made”. Shorter to jeden z moich ulubionych saksofonistów, ale zdecydowanie nie w takim wcieleniu. Generalnie cały materiał zawarty na „Heavy weather” grawitował w stronę pop-jazzu. W pierwszym okresie swojej działalności grupa była synonimem nowoczesności, tymczasem słynny „Birdland”, za którym nigdy specjalnie nie przepadałem, razi mnie nie tylko banalnymi rozwiązaniami w sferze melodycznej, ale także staroświeckością.

Przypadek „Heavy Weather” nie był oczywiście odosobniony. Takie były wówczas tendencje w całym jazzie oraz ogólnie, na całym rynku muzycznym. Jazz-rock, czy też szerzej fusion, już w pierwszej połowie lat 70-tych szybko zaczął wykazywać tendencję do komercjalizacji. Świetnie egzemplifikują to kariery wielu artystów tego nurtu (np. Herbie Hancock, Jan Hammer, George Duke, Stanley Clarke). Oszałamiający sukces „Heavy weather” miał rzecz jasna swoje konsekwencje. Pokazał bowiem wyraziście, że odejście od idiomu jazzowego oraz wyrzeczenie się większych ambicji artystycznych może przynieść wymierne korzyści. Kontynuatorów takiego podejścia do tematu nie zabrakło. W tym sensie „Heavy Weather” może być postrzegany jako „muzyczny szkodnik”. Niektóre okropności fusion z następnych lat w prostej linii wywodzą się właśnie z tego klasycznego albumu.

Krytycy często zarzucali jazzmanom, że ich akcesja do świata fusion była podyktowana względami merkantylnymi. Jak wiemy, to dość skomplikowany i niejednoznaczny temat, jednakże „Heavy weather” mógłby się dla nich stać doskonałym orężem walki. Toż to wzorcowy przykład, gdy jazzmani starali się wkraść w łaski tłumu. Co istotne, udało im się doskonale! Aby wszystko było jasne - „Heavy Weather” nie jest złą płytą. Nie jest kwestią przypadku, że odniosła sukces. Nagrali ją znakomici artyści. Ich muzyka w tym okresie nadal była idiomatyczna. Problem w tym, że wyraźnie zrezygnowali z aspiracji artystycznych. Słuchając tego wydawnictwa mam nieodparte wrażenie, że dla Zawinula i spółki od kwestii stricte artystycznych ważniejsze było poszerzanie „bazy społecznej”. Porównajmy ich eksploracje na polu „elektryczności” z przełomu lat 60. i 70. z „Heavy weather”. Instruktywne w tym względzie są nie tylko wspólne nagrania dokonane z Milesem i wczesne płyty Weather Report, ale także solowe płyty Joe Zawinula - „Zawinul” (1971), Wayne'a Shortera – Super Nova” (1969), „Odyssey Of Iska” (1971), „Moto Grosso Feio” (nagrany w 1970, wydany w 1974) i Miroslava Vitouša - „Infinite search” (1970), „Purple” (1970). Różnice na różnych poziomach muzycznego przekazu są ogromne. Na tle powyższych płyt znacznie lepiej jesteśmy w stanie nakreślić specyfikę ewolucji stylistycznej zespołu. Słychać doskonale różne uproszczenia, czasami drastyczne (język harmoniczny, rytm), niejednokrotnie wątpliwości budzi tkanka brzmieniowa.

Jeśli chodzi o popularyzację jazzu na album można spojrzeć z dwóch punktów widzenia. Rewelacyjne wyniki sprzedaży zapewne sprawiły, że muzyką improwizowaną zainteresowały się nowe osoby. W tym względzie jego rola była pozytywna. Z drugiej strony, pisałem wcześniej o jego negatywnym wpływie na rozwój fusion i jego postępującą komercjalizację. „Heavy weather” dla niejednego jazzmana mógł być doskonałym poradnikiem, jak dorwać się do konfitur. W tym miejscu dodam jeszcze wątek osobisty. Przed laty, będąc jeszcze nastolatkiem, słuchającym rocka progresywnego, starałem się bliżej zapoznać z jazzowym królestwem. Sięgnąłem wówczas po dwa albumy. Pierwszym był „Tutu” Milesa Davisa, drugim bohater tego tekstu. Ich „lektura” sprawiła, że na dłuższy czas odpuściłem sobie jazzowe eksploracje. Do nagrań Davisa z lat 80. nie przekonałem się nigdy (inna sprawa to jego wcześniejsze dokonania). Podobnie mogło być w przypadku innych osób. Wspominam o tym, ponieważ znam takie przypadki. Dla części słuchaczy, gustujących w bardziej wyrafinowanych dźwiękach, „Heavy Weather” może być odstręczający. Niejednokrotnie w wątku jazzowym powołujecie się na Joachima-Ernsta Berendta. Bynajmniej mnie to nie dziwi, bowiem był jednym z największych znawców jazzu, prawdziwym autorytetem w tej dziedzinie. Wiecie, co Berendt sądził o płytach Weather Report, nagranych w drugiej połowie lat 70-tych? Pod koniec tej dekady stwierdził wprost, że formacja Zawinula i Shortera zawiodła. W podobnym duchu pisał o komercyjnych wcieleniu „elektrycznego” Hancocka, który również wyrzekł się artystycznych aspiracji i uderzył w stronę muzyki rozrywkowej. „Heavy weather” w swoim gatunku jest dziełem wzorcowym i wielce wpływowym. Oceniając go należy wystrzegać się skrajnych opinii. Sprawa bynajmniej nie jest jednoznaczna. Trzeba zauważać jego słabsze i mocniejsze strony. Rzecz jasna, wiele zależy od naszych indywidualnych preferencji. Jedni akcentować będą głównie jego zalety, inni w większym stopniu skupią się na wadach. Jako że bliżej mi do drugiego obozu, postanowiłem zebrać cały katalog zarzutów. To, co dla krytyka jest niezwykle istotne, w oczach zwolennika może być błahostką. Inna może być gradacja różnych zjawisk muzycznych. Swoje robi również odmienny gust i doświadczenie muzyczne. Po to są fora muzyczne, aby wymieniać poglądy, wieść spory. Czasami możemy się drastycznie różnić. Oby zawsze pięknie.

Moje uznanie i podziękowanie za tekst kolegi. Na początku nie chciałem wyrażać opinii ale ponieważ Marek już skomentował ( Nie ośmieliłbym się być pierwszy) wtrącę i ja swoje 3 grosze.

Po pierwsze ten album znalazł się w mojej 10 obecnie ( bo to się zmienia jako wielokrotnie nadmieniłem) najważniejszych płyt jazzowych. W takim jak powiedziałem oku cyklonu. 

Dokładnie to w tekście zdiagnozowałeś. To po prostu nośna muzyka ,która wciągnęła mnie w strefę fusion. Mam przecież inne płyty Shortera. Ale tak właśnie poruszam się w swoich zainteresowaniach. Płyta tak jak Bitches Brew ( chociaż nie porównuję ich) po prostu mi się spodobała. 

A czy ten jazz z lat 50 do tańca, to znowu silił się na odkrywczość ? Przepraszam , że mogę kogoś zdenerwować takim porównaniem. Ja nie czuję w Heavy Weather jakiejś myszki a słaba muzyka by się już dawno zdezaktualizowała. Chciałbym to wyrazić inaczej ale teraz nie mam pomysłu. W każdym razie ja po prostu tego słucham jakby to był współczesny album. Czy się tam sekcja rytmiczna uprościła czy nie, mnie jazzowego żywca specjalnie nie obchodzi. 

Opinie adiego czytałem z zainteresowaniem ale to wcale nie oznacza, że się z Nim zgadzam. Po prostu on ma inną wrażliwość, wiedzę , osłuchanie. Ja też sięgam do coraz ambitniejszych albumów.

Do tego jednak przyczynił się między innymi album Pogodynek jak to ująłeś.

Do Ornette Colemana trzeba dorosnąć i dojść. Nie jest to łatwa droga. Ja tam jeszcze nie dotarłem. Po drodze do tego szczytu są górskie łąki i bariera lasu. Towarzyszy nam Heavy Weather.

Hej tam na szycie !!!! Panie Marku !!!!

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, Lech W napisał:

A czy ten jazz z lat 50 do tańca, to znowu silił się na odkrywczość ? Przepraszam , że mogę kogoś zdenerwować takim porównaniem. Ja nie czuję w Heavy Weather jakiejś myszki a słaba muzyka by się już dawno zdezaktualizowała.

Trzeba sobie zadać pytanie, co to jest 'słaba muzyka' i na jakiej podstawie wiem, że jest ona 'słaba'. Wiele rzeczy powtarza się non-stop i tutaj nie tyle chodzi o słabość, a bardziej, powiedziałbym, o schemat i do znudzenia powtarzalność.  Wielu muzyków niestety gra to, czego za bardzo nie chce grać, ale jak żołądek pusty i nie ma na komorne, to gra się to, co zaproponują. I tak jest w... no nie wiem? Zgaduję - w 80-ciu procentach. Jak się spojrzy na twórczość Wayne Shortera, to tę 'słabość' widać i słychać w kilku miejscach, jednakże jednocześnie ta 'słaba muzyka' u takich ludzi jak Wayne Shorter, powoduje też wzniosłość rzeczy naprawdę wielkich, i ja takie coś cenię. Generalnie, wzięcie ma muzyka prosta, ponieważ ludzie lubią prostotę i prosty zrozumiały rytm - dlatego Zenek ma tak dużą popularność, a Wayne Shorter tak małą 😁

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

5 godzin temu, mahavishnuu napisał:

„Heavy weather”
(...)
Nigdy nie byłem jego entuzjastą

Świetny wpis. Prawie jak przyczynek do pracy doktorskiej. 😉
W sumie napisałeś coś, o czym wszyscy wiemy. 
Jednak szacunek za tak dogłębną analizę i wyrażenie osobistych odczuć.

Link to comment
Share on other sites

6 godzin temu, Chicago napisał:

 Bo w muzyce, jak i w całej Sztuce, szczerość jest najważniejsza.

To ważne, co napisałeś. Myślę, że od tego typu kwestii nie powinno się abstrahować, choć wiem, że część słuchaczy nie przywiązuje do tego większej wagi. Na gruncie jazzu, który jest bardziej „artystowską” formą wypowiedzi niż dla przykładu rock i jego pochodne, powinno to być szczególnie istotne. W tym kontekście warto pokrótce skonfrontować wczesne wcielenie Pogodynek (1970-1972) z jego dokonaniami z okresu „Heavy Weather” (1977). Lata 1970-1972 to najambitniejszy okres w twórczości zespołu. To właśnie wtedy muzycy prezentowali najbardziej bezkompromisową postawę. Dlatego też eponimiczny debiut (1971), „I Sing The Body Electric” (1972) oraz „Live In Tokyo” (1972) najlepiej wpisują się w artystyczny etos twórcy, nie bojącego się iść pod prąd, śmiało eksperymentującego, proponującego słuchaczom muzykę, która będzie dla nich wyzwaniem estetycznym. Wyzwanie to dotyczy różnych aspektów muzycznego przekazu. Dla jednych twórczość Weather Report była nieprzystępna, ze względu na poziom komplikacji. Inni, szczególnie zwolennicy mainstreamowego jazzu, mieli problemy z „elektrycznością”. Wielu konserwatystom trudno było bowiem zaakceptować nowe instrumentarium i odmienne podejście do tworzywa muzycznego. Z czasem grupa coraz bardziej będzie otwierać się na masowego słuchacza, co samo w sobie nie byłoby czymś zdrożnym, gdyby muzykom udało się utrzymać wysoki poziom prezentowanego materiału. O ile w latach 1973-1974 („Sweetnighter”, „Mysterious Traveller”) udawało im się jeszcze dobrze wyważyć proporcje między potrzebami rynku a artystycznymi aspiracjami, to później było już z tym coraz gorzej. Z czasem muzyka stanie się coraz bardziej przewidywalna, ugrzeczniona i wyrachowana. Eskalacja negatywnych zjawisk sprawi, że Weather Report z wolna będzie grawitować w stronę skonwencjonalizowanej odmiany fusion. Bezkompromisowa postawa muzyków na początku lat 70. może wydać się szczególnie bliska i godna szacunku osobom, które cenią sobie również etyczny aspekt procesu twórczego. Czystość przekazu, nietworzenie muzyki pod określony rynek, wyrzeczenie się zgniłych kompromisów, wysokie wymagania stawiane odbiorcom. Wedle mojego przekonania, nie są to bynajmniej trzeciorzędne kwestie. Z perspektywy słuchacza warto choćby zważyć na jedno – nie jest rzeczą przyjemną, gdy artysta traktuje swojego odbiorcę w sposób instrumentalny. W tym kontekście warto podkreślić jeszcze jedną rzecz. Krytycy jazzowi, szczególnie ci, którym bliższe było bardziej tradycjonalistyczne podejście do tematu, częstokroć formułowali tezę, jakoby „elektryfikacja” instrumentarium była podyktowana względami komercjalnymi. Niewątpliwie pokaźne grono artystów miało tego typu skłonności, nie oznacza to jednak, że powinniśmy niniejszy problem generalizować. Wczesna twórczość Weather Report żadną miarą nie wpisywała się w ten negatywny paradygmat. Jest to zatem jeszcze jeden dowód na to, że należy wystrzegać się prostych uogólnień. Nie inaczej było choćby w przypadku sekstetu/septetu Hancocka Mwandishi (1970-1973). A propos wspomnianych uogólnień – żadną miarą nie jestem zwolennikiem tezy, jakoby muzyka komercyjna była z gruntu zła. Wielu artystów umiejętnie łączyło artystyczne aspiracje z potrzebami rynku. Nierzadko udawało im się stworzyć pozycje wybitne. Na gruncie jazzu dobrym przykładem mogą być davisowskie „In A Silent Way” i „Bitches Brew”, wspominałem również o płytach Weather Report („Sweetnighter”, „Mysterious Traveller”). W obrębie rocka doskonałym przykładem jest arcyklasyk „The Dark Side Of The Moon”.

Link to comment
Share on other sites

OK. W wielu, naprawdę wielu przypadkach, muzycy jazzowi tworzą muzykę przede wszystkim dla siebie i przy okazji dla 'kilku' nawiedzonych fanów, którzy jako słuchacze i tak nie rozumieją, co 'artysta ma na myśli'. Właściwie, to nie wiem skąd bierze się popularność tzw. muzyki 'trudnej' - rozumiem, że ten kontekst jest zrozumiały dla samych muzyków i to muzyków myślących podobnie, ale za chiny nie mogę zrozumieć, skąd bierze się ta popularność wśród słuchaczy, którzy o tej muzyce i jej technicznych czy też nawet artystycznych aspektach, wiedzą tyle co nic. Uważam, że to jest niezły temat na pracę doktorską - a więc, skąd bierze się popularność muzyki 'ciężkiej i nieprzystępnej' wśród słuchaczy nie mających de facto bezpośredniego kontaktu z muzyką i jej zawiłościami...??? Ja tego do dzisiaj nie rozumiem, chociaż doświadczenie jako takie mam - około trzydziestoletnie i nie chodzi mi tylko o słuchanie płyt. Po prostu jestem w tym zgiełku fizycznie i dotknąłem czy też poznałem te rzeczy od 'kuchni' i to w dodatku od tylnego wejścia. Muzycy jazzowi, to zupełnie normalni albo nienormalni ludzie jak w każdym innym zawodzie - ich pracą i zarabianiem na życie jest granie muzyki. Większość z nich, jak i większość ludzi obojętnie w jakimkolwiek innym zawodzie, jest nieszczera - generalnie robią to, co przynosi kasę i poprawia byt, a byt jak wiadomo, kształtuje świadomość. I słowo 'świadomość' jest prawdopodobnie słowem kluczowym. Kto tego nie ogarnia, chyba nigdy nie zrozumie jazzu. Oczywiście istnieje coś takiego jak spontaniczność i intuicja, ale nie wiem czy to wystarczy, żeby zrozumieć istotę trioli...??? Ja do dziś wiem, że nic nie wiem, ale wiem, że kocham Santana 3, War Live i Colosseum Live, chociaż dzisiaj naprawdę widzę tę muzykę inaczej, ale czuję chyba tak samo jak 40 lat temu... 😁

P.S. To chyba War sprawiło, że pokochałem jazz. Zresztą sam dokładnie nie wiem, co mnie zafascynowało w tym zgiełku...???

 

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

Jemeel Moondoc odszedł do krainy wiecznego jazzu! Jazzus! To jest mój ukochany muzyk i tak nagle umarł...??? Nie był aż tak stary...??? Szkoda! Wielka szkoda! Poznałem jego twórczosć dość pózno, ale tak mnie zafascynowała, że skompletowałem praktycznie wszystko co nagrał pod swoim nazwiskiem i wszystko, gdzie występował jako sideman. Wielki kreatywny muzyk i wielka postać!

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

18 godzin temu, mahavishnuu napisał:

Aby wszystko było jasne - „Heavy Weather” nie jest złą płytą.

Ja też nie uważam, żeby to była zła płyta. Problem z nią polega na tym - w moim przypadku, że Pogodynki nagrali też między innymi takie płyty jak: debiutancki album i Live in Tokyo, i tu różnice są kolosalne. Już na Black Market słychać zmianę, i bynajmniej ta zmiana nie jest pozytywna - w moim przypadku, ale sama płyta zdecydowanie daje radę.

11 godzin temu, mahavishnuu napisał:

A propos wspomnianych uogólnień – żadną miarą nie jestem zwolennikiem tezy, jakoby muzyka komercyjna była z gruntu zła.

Absolutna racja.

 

Link to comment
Share on other sites

Już się pojawił piąty wolumen z kolekcji Sama Riversa z litewskiej NoBusiness Records - 'Undulation'. Sesja zrealizowana w kwartecie, podobnie jak Vol.4 'Braids'. Ale co nowego? Ano to, że jak dla mnie pełne zaskoczenie, ponieważ bardzo rzadko można spotkać składy Sama Riversa z gitarą, o ile w ogóle takie istnieją, a na najnowszym nagraniu jest w składzie właśnie gitara, na której pomyka Jerry Byrd. W pozostałych rolach: Rael-Wesley Grant na elektrycznej gitarze basowej i Steve Ellington na perkusji. Sam Rivers gra na tenorze, flecie i pianie. No i fajne to jest - trochę za elektrycznie jak dla mnie i za rockowe brzmienie gitary, ale jestem zadowolony. Jest to raczej 'surowa' sesja i podejrzewam, że bez żadnego przygotowania, czyli to co najbardziej lubię - jest szczerze i spontanicznie, chociaż spokojnie można doszukać się w kilku miejscach konstrukcji utworów i melodii, ale podejrzewam, że kwartet wyimprowizował te rzeczy - zapewne pomysły muzyków były realizowane w czasie 'terażniejszym' - tu i teraz. Słuchamy trzynastu numerów z najdłuższym, otwierającym płytę, 11-to minutowym 'Tenor Saxophone Section 1' i zamykającym sesję 'Flute Section III'. Wszystkie numery na płycie to właśnie takie sekcje z solowym występem kogoś z kwartetu. Na płycie dużo się dzieje i nie ma mowy o nudzie - jest energia i muzyka idzie szalenie do 'przodu'. Kontrast gitary i elektrycznego basu wraz ze stylem gry Byrda jak i Granta powoduje feeling rockowy-funkowy, co jest nowością u Riversa, przynajmniej ja takich rzeczy u niego nie słyszałem. Na myśl przychodzą takie rzeczy jak Prime Time Ornette Colemana lub rzeczy Jamesa Blood Ulmera. Myślę też, że płyta i jej charakter spodoba się nie tylko fanom SR i jazzu, ale również i progresywno-rockowym kolegom. Jakość nagrań trochę bootlegowa, ale da się z tym żyć.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą ) IMG_4319.thumb.jpg.4efd5466442535d91a3640e74818419f.jpg

 

I jeszcze dla przypomnienia pozostałe wolumeny:

IMG_4320.thumb.jpg.45fcc9fd3d4b44cf3b49064671b051c3.jpgIMG_4321.thumb.jpg.245866fbc4ca32f1e733cf41090c49fe.jpgIMG_4322.thumb.jpg.3b2dba1cbb772bc1bdbfd694430fdd4f.jpgIMG_4323.thumb.jpg.a8107060491267d6a1c23f73af407cc0.jpg

 

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

22 godziny temu, mahavishnuu napisał:

O ile w latach 1973-1974 („Sweetnighter”, „Mysterious Traveller”) udawało im się jeszcze dobrze wyważyć proporcje między potrzebami rynku a artystycznymi aspiracjami, to później było już z tym coraz gorzej. Z czasem muzyka stanie się coraz bardziej przewidywalna, ugrzeczniona i wyrachowana. Eskalacja negatywnych zjawisk sprawi, że Weather Report z wolna będzie grawitować w stronę skonwencjonalizowanej odmiany fusion.

Przecież to ogólny trend, nie tylko w jazzie. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że komercjalizacja nadal trzyma muzyczny poziom, a w przypadku WR tak właśnie było. Moim zdaniem nawet Mr. Gone to bardzo ciekawa płyta.
 

22 godziny temu, mahavishnuu napisał:

Nie inaczej było choćby w przypadku sekstetu/septetu Hancocka Mwandishi (1970-1973)

Te dzieła to przykład dobrej komercji?
 

22 godziny temu, mahavishnuu napisał:

W obrębie rocka doskonałym przykładem jest arcyklasyk „The Dark Side Of The Moon”.

Takich arcyklasyków jest duuużo więcej.

 

Link to comment
Share on other sites

Wczesne płyty Weather Report i Mwandishi nie były przykładem „dobrej komercji”. Przeczytaj ten fragment jeszcze raz i zwróć uwagę na kontekst. Rzecz w tym, że czasami wobec wykonawców, którzy elektryfikowali swoje brzmienie, wysuwano zarzut, że robią to z pobudek komercyjnych. Wedle mojego przekonania, było to niesprawiedliwe uogólnienie. Nie powinno się wszystkich wrzucać do jednego worka, poza tym sprawa była znacznie bardziej skomplikowana i niejednoznaczna. Wczesne inkarnacje Weather Report z lat 1970-1972 oraz hancockowskie Mwandishi to doskonałe przykłady na to, że w obrębie jazzu elektrycznego powstawała również bezkompromisowa muzyka. Takich wykonawców było zresztą znacznie więcej. W dziedzinie free kłania się Sun Ra i jego radykalne eksperymenty z syntezatorami. W latach 1969-1974 na styku free i fusion aktywnie udzielał się Paul Bley, w RFN podobnie było w przypadku Wolfganga Daunera. W pierwszej połowie lat 70 w śmiałych elektrycznych projektach brał udział Holender Jasper van't Hof (Association P.C., Pork Pie). W Kraju Kwitnącej Wiśni było podobnie. Ambitny wariant fusion reprezentował choćby Masabumi Kikuchi, z kolei bardziej eksperymentalne rejony Masahiko Satoh. Przykłady można mnożyć… Wniosek jest prosty – oceniajmy konkretnego wykonawcę i jego płyty. Formułowanie nazbyt ogólnych wniosków bywa krzywdzące dla artystów. Trudno jest nawet ogólnie ocenić jednego wykonawcę. Ot, jeden przykład. Wspomniany Herbie Hancock w latach 70. w swoim „elektrycznym” dorobku miał, z jednej strony, płyty takie , jak „Mwandishi” (1971), „Crossings” (1972) i „Sextant” (1973), natomiast z drugiej, „Man-Child” (1975), „Secrets” (1976) czy też „Feets Don't Fail Me Now” (1979). Zestawienie pierwszej i ostatniej jest wręcz szokujące. Nie byłoby łatwo znaleźć delikwenta, który darzyłby sympatią obydwa wydawnictwa. Moje reakcje są niemal skrajne. Jestem miłośnikiem sztuki pianistycznej tego pana, jednak o ile uwielbiam „Mwandishi”, to od „Feets Don't Fail Me Now” trzymam się z daleka.

Link to comment
Share on other sites

Wszystko to prawda co piszesz. Jednak trudno się dziwić zarówno muzykom z WR, jak i Hancockowi, że w pewnym momencie w pogoni za chlebem zdecydowali się grać komercyjny jazz.
Tryptyk Mwandishi sprzedawał się słabo, chociaż muzyka jest wyborna. Dlatego ten projekt się rozpadł, a Hancock strzałem w dziesiątkę (Head Hunters) podreperował natychmiast swój mocno zubożały budżet. To był przecież podobny hit jak Heavy Weather, tylko Pogodynkom przyszło dłużej poczekać na komercyjny sukces, do którego dochodzili małymi kroczkami. Hancock natomiast miał wybitne zdolności do zaskakiwania zmianami. Po sukcesie Head Hunters zaczął eksperymentować coraz bardziej, ale chyba jednak przekroczył pewną granicę dobrego smaku (wspomniana płyta Feets Don't Fail Me Now, czy inne koszmarki w stylu: Future Shock, albo Sound-System).

Link to comment
Share on other sites

7 godzin temu, mahavishnuu napisał:

Pork Pie

O, a płytę Pork Pie - Transistory - mam w planach na dzisiaj, po raz pierwszy.

Pardon - Transitory 😉

Może i trudno się dziwić za zmianą grania w "pogoni za chlebem", ale też trudno się dziwić, że wielu ludziom się to nie podoba, na przykład mi 😉

 

Edited by Adi777
Link to comment
Share on other sites

6 godzin temu, soundchaser napisał:

Tryptyk Mwandishi sprzedawał się słabo, chociaż muzyka jest wyborna. Dlatego ten projekt się rozpadł, a Hancock strzałem w dziesiątkę (Head Hunters) podreperował natychmiast swój mocno zubożały budżet. To był przecież podobny hit jak Heavy Weather, tylko Pogodynkom przyszło dłużej poczekać na komercyjny sukces, do którego dochodzili małymi kroczkami. Hancock natomiast miał wybitne zdolności do zaskakiwania zmianami. Po sukcesie Head Hunters zaczął eksperymentować coraz bardziej, ale chyba jednak przekroczył pewną granicę dobrego smaku (wspomniana płyta Feets Don't Fail Me Now, czy inne koszmarki w stylu: Future Shock, albo Sound-System).

 

W przypadku Hancocka i jego bandu sytuacja finansowa była rzeczywiście trudna. O ile sam lider jeszcze jakoś w miarę egzystował (większa gaża, tantiemy za „Cantaloupe Island”), to w przypadku pozostałych muzyków było już naprawdę nieciekawie. Paradoks polega jednak na tym, że to właśnie pianista postanowił uderzyć w stronę muzyki bardziej komunikatywnej, natomiast zdecydowana większość septetu, delikatnie rzecz ujmując, nie wykazała entuzjazmu. Stąd daleko posunięte zmiany personalne i powstanie Head Hunters, do którego z Mwandishi (nie licząc lidera) załapał się tylko multiinstrumentalista Benny Maupin. Pierwszy album nowej grupy Hancocka wzbudzał sporo kontrowersji. Pomstowali na niego jazzowi puryści. Myślę, że to dobry przykład na to, o czym pisałem w poprzednich postach. Hancockowi świetnie udało się wyważyć proporcje – z jednej strony, nie zrezygnował z artystycznych aspiracji, z drugiej, w znacznie większym stopniu niż w okresie Mwandishi, otworzył się na potrzeby masowego słuchacza. Później w coraz większym stopniu będzie skupiał się na tym drugim, co będzie miało swoje konsekwencje.

Mało znane są projekty solowe muzyków grających w Mwandishi. Warto o nich wspomnieć, bowiem w niejednym przypadku były to pozycje znaczące. Powinny zainteresować zwolenników ambitniejszych odmian fusion. Chodzi o albumy wydane w latach 1973-1975. W sensie stylistycznym często nawiązywały do dziedzictwa tego wielce zasłużonego zespołu. „Realization” (1973), „Inside Out” (1974) i Sunburst (1975) to projekty trębacza Eddie'ego Hendersona. Na wszystkich pojawili się muzycy, którzy grali w Mwandishi, na pierwszych dwóch także sam Hancock. Największym osiągnięciem artystycznym Hendersona jest „Realization” – wyśmienity przykład nowoczesnego elektrycznego jazzu. Herbie pojawia się także na albumie Benny'ego Maupina „The Jewel In The Lotus” (1974). W tym przypadku jest to jednak inna muzyka. Bardzo wyciszona, nieledwie impresjonistyczna, bliższa konwencji europejskiego jazzu. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż została nagrana dla ECM-u. Jej producentem był szef wytwórni Manfred Eicher, a znając jego apodyktyczne skłonności w czasie sesji płytowych, na pewno wywarł niemały wpływ na jej ostateczny kształt. Basista Buster Williams na debiutanckim „Pinnacle” (1975) udatnie połączył elementy kosmicznego fusion z nowoczesnym mainstreamem. Z kolei puzonista Julian Priester zrealizował intrygujący album „Love, Love” (1974), będący jeszcze jednym, jakże znamiennym przykładem, jak inspirująca była muzyczna odyseja Mwandishi.

 

Link to comment
Share on other sites

Dzięki za ponownie ciekawy tekst o Herbim. Mnie to niesamowicie rozjaśniło umysł na jego temat a mam kilka chyba najważniejszych płyt tego artysty.

Wspomniałeś jednak drogi kolego mahavishnuu muzyka Benny'ego Maupina. To otwarcie bardzo ciekawej części historii jazzu jak dosłownie poduszki Pandory. Bo z kim nie grał Benny ? Miles Davis (Bitches Brew) , Pharoah Sanders, wspominany przeze mnie ostatnio Horace Silver.

Ma jednak Benny Maupin, autor pięknego albumu The Jewel In The Lotus” również polski akcent i współgranie z naszym, znanym przecież składem. 

Ja tak właśnie poznaje jazz.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

No i wspomniany i dostępny obecnie na rynku album wydany przez ECM

IMG_20210912_214440.jpg

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą ) Edited by Lech W
Link to comment
Share on other sites

Wspomniany Herbie Hancock w latach 70. w swoim „elektrycznym” dorobku miał, z jednej strony, płyty takie , jak „Mwandishi” (1971), „Crossings” (1972) i „Sextant” (1973), natomiast z drugiej, „Man-Child” (1975), „Secrets” (1976) czy też „Feets Don't Fail Me Now” (1979). Zestawienie pierwszej i ostatniej jest wręcz szokujące. Nie byłoby łatwo znaleźć delikwenta, który darzyłby sympatią obydwa wydawnictwa. Moje reakcje są niemal skrajne. Jestem miłośnikiem sztuki pianistycznej tego pana, jednak o ile uwielbiam „Mwandishi”, to od „Feets Don't Fail Me Now” trzymam się z daleka.

Dobre
„kocham“ Hacocka, uwielbiam „Man-Child“, ale nie trawie „Feets…“ i „Future Shock“

Dawno temu byla znakomita audycja jazzowa w radiu (chyba w niedziele o 20:00) a rozbiegowka bylo „Sun Tuch“ wlasnie z tej plyty.
Od tego zaczela sie wielka milosc do Hancocka. Do dzis dostaje gesiej skorki, jak to wspominam

BTW.

Moje ulubione YT (dobra zabawa)


Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.