Jump to content
IGNORED

Fascynacje jazzowe


Chicago
 Share

Recommended Posts

Już za tydzień pierwszy raz w Polsce wystąpi Matthew Halsall twórca wytwórni Gondwana Records ( nagrywają tam Mammal Hands, Hania Rani, Portico Quartet, GoGo Penguin i inni). Matthew wystąpi w niedzielę na festiwalu Memorial to Miles w Kielcach. Polecam serdecznie tego wykonawcę świetna ostatnia płyta Salute to the sun (poprzednie zresztą też😉). Ja zacząłem odliczanie karnet kupiłem i do Kielc mam zamiar się wybrać… jest to jedyne miasto w Polsce z pomnikiem Milsa Davisa🎶

Link to comment
Share on other sites

Organiczne, niesamowicie i do bólu szczere rzeczy od Dona Cherry. Etniczna jazda na pełny gwizdek z Nana Vasconcelos, Gian Piero Pramagione i Moki, która mnie zaskakuje, pobudza, motywuje i kreuje zupełnie nową myśl w mojej muzyce. Coś niesamowitego! Kupiłem tę płytkę jakiś czas temu, ale generalnie jest to w miarę nowy nabytek - sprzed ok. dwóch miesięcy. Piękne i organiczne, prawdziwe, bez udawania, bez pompatyczności i bez wyścigów. Jedna z najdoskonalszych koncepcji 'Organic Music' Dona Cherry jakie znam. Sesja w kwartecie z długimi, rozwiniętymi piosenkami, które posiadają transowy i medytacyjny klimat, radość i naturalne piękno! 

Takie rzeczy ciężko trafić w głównym obiegu. Don Cherry jest jedną z najważniejszych postaci ever! Też zawsze szczery i prawdziwy! Płyta 'Om Shanti Om' zasługuje na najwyższe noty i na najwyższe uznanie. Rewelacja!

 

 

 

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

14 minut temu, Chicago napisał:

Płyta 'Om Shanti Om' zasługuje na najwyższe noty i na najwyższe uznanie. Rewelacja!

Tej nie słuchałem, ale słuchałem między innymi Eternal Rhythm (1969) i Brown Rice (1975). Obie świetne, ale jeśli miałbym wybrać między nimi, to wybrałbym Eternal Rhythm. 

Tymczasem u mnie, za chwilkę:

image.png.7c6938c4b88cd6954c1ff44717461b65.png

Link to comment
Share on other sites

Z klimatów ethno i 'Organic Music' polecam również podwójne wydanie Don Cherry's New Researches z 'Organic Music Theatre Festival De Jazz De Hateauvallon 1972'. Akurat ta płytka, to świeże wydanie na CD, bo z tego roku, niemniej jednak też świetne rzeczy, szczere i organiczne, ale jednak to już nie jest to, co 'Om Shanti Om' - tutaj jest feel i chemia na maxa! 

R-19343464-1625409667-7445.jpeg.jpg

 

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

Z ehtno jazz można też polecić całą dyskografię Oregon i solowe płyty muzyków tam grających.

Ale ja o czym innym. Przypominam sobie takiego amerykańskiego saksofonistę Karla Densona.
Mam 3 jego płyty i wszystkie są warte uwagi.
Blackened Red Snapper z 1992 (neo, post bopowa),
Dance Lesson #2 z 2001 (skierowana bardziej w stronę funku i acid jazzu),
Lunar Orbit z 2007 (jeszcze bardziej odjechana).

Naprawdę świetna muzyka i znakomicie zrealizowana.

Link to comment
Share on other sites

Niedawno w wątku jazzowym pojawił się brytyjski Nucleus. Pamiętam, że gdy w latach 90. próbowałem zdobyć na kompakcie ich płyty nie było to łatwe. W końcu dorwałem pierwsze trzy albumy. Cena była mało sympatyczna. W 2019 roku ukazał się box z nagraniami zespołu z lat 1970-1975.

 

Nucleus & Ian Carr - Torrid Zone. The Vertigo Recordings 1970-1975

Esoteric Recordings pokusił się o wydanie boxu, który obejmuje wszystkie albumy studyjne nagrane dla Vertigo przez formację Iana Carra Nucleus . W sumie jest to osiem płyt wydanych w latach 1970-1975, plus solowe dokonanie artysty (Belladonna). To spora gratka dla zwolenników fusion i jazz rocka, wszak band Carra zaliczany jest do europejskiej czołówki w swoim gatunku. Cały materiał pomieszczono na sześciu płytach kompaktowych. Osobiście wolałbym, aby każdy album znalazł się na oddzielnym krążku, jednak rozumiem, że w tym przypadku istotne były względy natury ekonomicznej. Warto nadmienić, że wszystkie nagrania zostały starannie zremasterowane. W pudełku umieszczono również 48 stronicową książeczkę. Lwią część zajął w niej obszerny esej pióra Sida Smitha. Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich lat rzadko sięgałem po płyty tej formacji, dlatego z tym większym zainteresowaniem postanowiłem odświeżyć sobie jej dokonania. Najwyżej ceniony jest pierwszy okres jej działalności. Wtedy to ukonstytuował się klasyczny sekstet: Ian Carr (trąbka, flugelhorn), Karl Jenkins (saksofon, obój, fortepian akustyczny i elektryczny), Brian Smith (saksofony, flet), Chris Spedding (gitara), Jeff Clyne (bas), John Marshall (perkusja).

Już debiutancki Elastic Rock (1970) zapewnił grupie silną pozycję. W tym okresie muzyka Nucleus bliższa była konwencji fusion, nie brakowało w niej również nawiązań do mainstreamowego jazzu. Utwory mocno ekspresyjne (Torrid Zone, Earth Mother, Persephone's Jive) sąsiadowały z miniaturami, którym blisko było do wysublimowanej jazzowej kameralistyki (Crude Blues – Part One, Striation). Krótko rzecz ujmując – bardzo mocny start! We'll Talk About It Later (1971) często uważa się za najwybitniejsze osiągnięcie zespołu. Zważywszy na jego poziom artystyczny trudno się z tym nie zgodzić. Praktycznie nie ma na nim słabych punktów, natomiast takie utwory, jak: Song For The Bearded Lady czy też Easter 1916 mogą w pełni usatysfakcjonować nawet najbardziej wybrednych fanów jazzu. Drugi z nich udatnie łączy konwencję fusion z nowoczesnym postcoltrane'owskim mainstreamem. Generalnie muzyka staje się bardziej dynamiczna i ekspresyjna. Utwór tytułowy jest świadectwem większego zainteresowania rockiem – chodzi przede wszystkim o partie gitary Chrisa Speddinga (mocno sfuzowane, charakterystyczny efekt wah-wah). We'll Talk About It Later to bez dwóch zdań pozycja wybitna. Ostatnim albumem nagranym w klasycznym składzie, w tym przypadku nieco poszerzonym, okazał się Solar Plexus (1971). Ciekawym novum były eksperymenty z syntezatorem VCS3 (Elements I & II). Postępująca „elektryfikacja” i intensyfikacja ekspresji siłą rzeczy budziły skojarzenia z idiomem rockowym, jednak jej głównym priorytetem był nadal bliski kontakt z królestwem fusion. Warto wyróżnić ponad piętnastominutowy Snakehips' Dream, okraszony wybornymi partiami solowymi saksofonu tenorowego Smitha i flugelhornu Carra. Solar Plexus, pomimo że nie dorównał swojemu poprzednikowi, należy do najbardziej szczęśliwych przedsięwzięć zespołu. W 1972 roku Ian Carr nagrał album solowy Belladonna. Zważywszy na personalia, de facto można uznać go za kolejne wcielenie zespołu. Na pokładzie po raz pierwszy pojawili się: Allan Holdsworth (niestety na krótko), Roy Babbington (wcześniej grywał trochę z grupą w czasie koncertów), Clive Thacker (perkusja) oraz świetny pianista Dave MacRae. Pierwsza strona płyty analogowej jest wręcz wyborna. Wypełniły ją tylko dwie kompozycje - ponad trzynastominutowy utwór tytułowy oraz Summer Rain. Cichym bohaterem jest w nich Dave MacRae. Warto zwrócić uwagę na jego podejście do tkanki brzmieniowej - z jednej strony, quasi impresjonistyczne pejzaże, z drugiej, sonorystyczne eksperymenty, w trakcie których w ciekawy sposób wykorzystuje modulator pierścieniowy. Druga strona płyty nie jest już tak intrygująca, niemniej całe wydawnictwo jest jak najbardziej udane. Belladonna to kolejna klasyczna pozycja w dorobku Iana Carra.

Po odejściu Speddinga, Jenkinsa, Clyne'a i Marshalla siłą rzeczy dochodzi do sporych zmian. Współpracę z Carrem kontynuują MacRae, Babbingron i Thacker. Spośród nowych twarzy warto wymienić Kenny'ego Wheelera (trąbka, flugelhorn) i Normę Winstone (śpiew). Wokalizy tej ostatniej były powiewem świeżości, choć zespół bynajmniej nie wyrzekł się kompozycji instrumentalnych. Labyrinth (1973) nie przyniósł rewolucyjnych zmian. Carr ponownie nawiązywał do tematów wywiedzionych z mitologii greckiej (np. Ariadne). Efekt końcowy był całkiem niezły, choć daleki od rewelacji. Roots (1973) przyniósł kolejne zmiany personalne. Ponownie pojawia się gitara (Jocelyn Pitchen) – tym razem niezbyt wyrazista, zmienia się również wokalistka (Joy Yates) – niestety, to zdecydowanie nie ta półka, co Norma Winstone. Na szczęście partii wokalnych na Roots jest niewiele – nijaki Images był mało zachęcający – dlatego nie dziwi fakt, że Yates nie zagrzała długo miejsca. Trudno było nie odnieść wrażenia, że zespół stopniowo popadał w stagnację. O ile na poprzednim albumie nie było to jeszcze tak rażące, to tym razem było już dojmujące. W kolejnych latach będzie to stały trend. Na Under The Sun (1974) nie zagrał już Brian Smith, ostatni, nie licząc Carra, oryginalny członek sekstetu. Pojawiają się nowi klawiszowcy (Gordon Beck, Geoff Castle) i perkusista (Bryan Spring). Niestety, ale nie wpłynęło to na odświeżenie formuły grania. Nucleus zaczyna uskuteczniać „festiwal powtórek”, jego muzyka staje się coraz bardziej konwencjonalna, spada jakość kompozycji. Nie lepiej było w przypadku dwóch ostatnich albumów nagranych dla Vertigo. Zarówno Snakehips Etcetera (1975), jak i Alley Cat (1975) nie przyniosły wydatnej poprawy jakości. Grupa coraz bardziej dryfowała w stronę akademickiego jazz rocka. Wprawdzie w tym czasie udało się nieco ustabilizować skład, jednak na niewiele się to zdało. Producentem ostatnich dwóch płyt dla Vertigo był Jon Hiseman. Jest to o tyle ciekawe, że słuchając niektórych fragmentów Alley Cat (szczególnie Splat i Nosegay) trudno nie skojarzyć sobie tych nagrań z Colosseum II, który już wkrótce miał zarejestrować swój debiutancki album Strange New Flesh (1976). Konkludując – Torrid Zone to niezwykle cenna pozycja dla fanów europejskiej odmiany fusion i jazz rocka. Osobom, które nie są zaprzysięgłymi zwolennikami takiego grania, warto polecić pierwsze trzy albumy zespołu.

Muzyczną wizytówką będzie Song For The Bearded Lady z We'll Talk About It Later. Przypominacie sobie ten charakterystyczny główny temat utworu? Można usłyszeć go jeszcze na dwóch innych płytach, na których pojawił się szef Nucleus, Ian Carr. Dokładnie chodzi o 1916 (Battle of Boogaloo) z debiutanckiego krążka Nucleus – Elastic Roc (1970) oraz pierwszą część Hazard Profile, rozbudowanej kompozycji Soft Machine, która była ozdobą Bundles (1975).

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Link to comment
Share on other sites

22 minuty temu, mahavishnuu napisał:

Cały materiał pomieszczono na sześciu płytach kompaktowych. Osobiście wolałbym, aby każdy album znalazł się na oddzielnym krążku, jednak rozumiem, że w tym przypadku istotne były względy natury ekonomicznej.

A ja nie rozumiem. Też wolałbym każdą płytę na jednym krążku...w końcu to tylko dodatkowy nośnik. 😉

A tak poza tym - świetny tekst, podsumowujący twórczość jednego z moich ulubionych zespołów jazz-rock-fusion. 👍

Link to comment
Share on other sites

Do korekty jedna rzecz z ostatniego akapitu mojego postu o Nucleus. Zauważyłem dopiero teraz, gdy czytałem nowe wpisy. Nie wiedzieć czemu, pojawił się tam Ian Carr. Pierwsze dwa albumy Nucleus (Elastic Rock, We'll Talk About It Later) oraz „Bundles” Soft Machine łączy rzecz jasna Karl Jenkins.

Link to comment
Share on other sites

3 godziny temu, Adi777 napisał:

Fajny zespół. Mój ulubiony album to prawdopodobnie Winter Light (1974).

A ja nie wiem...??? Nigdy ich nie pokochałem. Coś mają w swoim dżwięku, i koncepcji, co mi przeszkadza w... nie wiem? Może chodzi o klasyczne instrumenty i styl jaki uprawiali...??? Nie mówię, że to jest złe - broń jazzusie - bardziej chodzi mi chyba o komfort słuchania... o nuty i dżwięki, które do mnie docierają i które albo lubię albo nie lubię...??? Aj dont noł...??? Ale znam ich płyty, i mam.  

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

 

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Do Oregon przez wiele lat podchodziłem, jak pies do jeża. Rozumiem, co może Wam przeszkadzać w tej estetyce. U mnie problem był tej natury, że nie jestem miłośnikiem ethno jazzu czy też world music. To znaczy, takie elementy mogą występować, jednak najlepiej, gdyby nie było ich za wiele. Z czasem, gdy trochę więcej ich posłuchałem, niektóre płyty przypadły mi do gustu. Trzeba przyznać obiektywnie, że muzycy grający w Oregon dość szybko wypracowali sobie własny, charakterystyczny styl. Zaproponowali ciekawą fuzję jazzowej kameralistyki, zachodniej muzyki „poważnej”, folku, muzyki hinduskiej. Czasami zbliżali się do jazzowego mainstreamu (II połowa lat 70.), uskuteczniali również wycieczki w stronę awangardy (przede wszystkim w pierwszej połowie lat 70.). Najbardziej podchodzi mi wczesny okres ich twórczości. Album „zerowy” „Our First Record” (1980, nagrany w 1970), „Music Of Another Present Era” (1972), „Winter Light” (1974) i nade wszystko „Distant Hills” (1973). Słuchanie tego ostatniego sprawia mi najwięcej przyjemności. Fani Seiferta powinni sięgnąć po wspominany już „Violin” (1978). Niezgorsze są również „Out Of The Woods” (1978), „Moon And Mind” (1979) i „Roots In The Sky” (1979). Późniejsze płyty, jak dla mnie, są już mniej interesujące. Przyznaję się bez bicia, po ich płyty sięgam bardzo rzadko, bo jednak, generalnie rzecz biorąc, to nie moja bajka. Myślę jednak, że każdy jazzfan powinien przynajmniej zapoznać się z ich klasycznymi albumami z lat 70.

Tak dla przypomnienia - „Aurora", czyli utwór otwierający „Distant Hill". To chyba mój ulubiony utwór tego zespołu.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Link to comment
Share on other sites

2 godziny temu, mahavishnuu napisał:

i nade wszystko „Distant Hills” (1973)

Ah, mój błąd, właśnie ten album jest moim ulubionym, a nie Winter Light (1974). Chociaż poziom zbliżony.

2 godziny temu, mahavishnuu napisał:

Tak dla przypomnienia - „Aurora", czyli utwór otwierający „Distant Hill". To chyba mój ulubiony utwór tego zespołu.

Piękny kawałek.

Link to comment
Share on other sites

Płyta jeszcze niedawno a może i teraz spokojnie w zasobach sklepów płytowych do kupienia w Polsce.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Żeby było jasne. Ja nic nie reklamuję. Sam jej jeszcze nie kupiłem. Podpowiadam tylko koledze.
Skład jest mega gwiazdorski. Czołowi polscy muzycy jazzowi. 
Dziś kupiłem i dziś przesłuchałem. Dobra muzyka ale do licha czy realizator miał spalone twettery w reżyserce??!!

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

ECM-owo:

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Następna płyta - Whenever I Seem to Be Far Away (1974) bardzo klimatyczna, pięknie snująca się przed słuchaczem.

Ciekawe, jak będzie z tą.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Jedna z tych płyt grupy Oregon, do której czasem wracam jak mam ochotę na tego typu klimaty to "Live in Moscow" z orkiestrą symfoniczną (2001).

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Brakuje mi tu jednak publiczności, bo to taka płyta live bez live.

A jeśli chodzi o live, to w tym roku ukazał się bardzo ciekawy koncert z Bremy z 1974 roku, czyli z tego najlepszego okresu. Długie utwory, ciekawe improwizacje.
Dołączył do mojego archiwum.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

50 minut temu, soundchaser napisał:

Przepraszam - tytuł tej płyty nie jest Live in Moscow, tylko Oregon in Moscow.
Wszystko się zgadza - bez publiczności, to nie może być live. 😉

Ja aż tak daleko się nie zapędzałem z Oregonem. Mówisz, że warto?

Nie oszukujmy się, ale chyba zdecydowana większość artystów, nie tylko jazzowych, późniejsze lata swojej działalności ma gorsze. 

Chociaż, z drugiej strony, takie myślenie może być zwodnicze, i można przez to ominąć fajne albumy.

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, Adi777 napisał:

Ja aż tak daleko się nie zapędzałem z Oregonem. Mówisz, że warto?

Wyróżnia się tym, że nagrali ją z udziałem orkiestry...coś jak "Sketches of Spain" Davisa. 😃
Wczoraj sobie odkurzyłem ten dwupłytowy album Oregon i wszedł mi bardzo dobrze. Ale wczoraj miałem nastrój na tego typu muzykę.

Link to comment
Share on other sites

4 godziny temu, Adi777 napisał:

Nie oszukujmy się, ale chyba zdecydowana większość artystów, nie tylko jazzowych, późniejsze lata swojej działalności ma gorsze. 

Albo lepsze - nie ma reguły. Jazz to nie rock. W jazzie każdy gra z każdym i to praktycznie przez całe życie, ale faktem jest, że wiele sesji jest przypadkowych i na zamówienie kogoś lub czegoś - ale to jest już inny temat i nie ma nic wspólnego z gorszym lub lepszym czasem w karierze czy też ogólnym resume muzyka jazzowego. Czy póżny Coltrane to był słabszy okres? Jarrett, DeJohnette, Peackok, Liebman... i setki innych w póniejszym okresie twórczym, to gorsze rzeczy niż te z samego początku? To nawet logicznie rzecz ujmując tak nie może działać - świadomość, doświadczenie, warsztat takich muzyków, powiedziałbym, że wzrasta z wiekiem, a nie maleje. Tobie pewnie chodzi o to, że bardziej podobają Ci się wczesne płyty danych jazzmanów, a to już jest indywidualna i mocno sugestywna ocena, zresztą jaka ma być ocena w odbiorze muzyki? Tylko sugestywna. Obiektywnie, to może chyba tylko stwierdzić muzyk, który słyszy i jam session i niedociągnięcia z danej sesji. Zresztą, powiem szczerze, że jazz to przede wszystkim muzyka 'live' i jego odbiór i feeling, to zupełnie co innego niż jazz z płyt.  Ale być może mam inne spojrzenie na te rzeczy, więc to też jest jak najbardziej kwestia indywidualna, chociaż z drugiej strony bardzo realna i szczera. 

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, Chicago napisał:

Czy póżny Coltrane to był słabszy okres? Jarrett, DeJohnette, Peackok, Liebman... i setki innych w póniejszym okresie twórczym, to gorsze rzeczy niż te z samego początku? To nawet logicznie rzecz ujmując tak nie może działać - świadomość, doświadczenie, warsztat takich muzyków, powiedziałbym, że wzrasta z wiekiem, a nie maleje.

Fakt, bardziej mi chodziło o muzykę rockową, a przede wszystkim o to, że często, przynajmniej tak mi się wydaje, w późniejszym okresie brak już jakichś ciekawych pomysłów, granie bardziej pod masy, ale to być może tylko moje widzimisię.

Oczywiście dużo zależy od konkretnego twórcy, i tak powinno być to rozpatrywane.

Edited by Adi777
Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, Adi777 napisał:

Fakt, bardziej mi chodziło o muzykę rockową, a przede wszystkim o to, że często, przynajmniej tak mi się wydaje, w późniejszym okresie brak już jakichś ciekawych pomysłów, granie bardziej pod masy, ale to być może tylko moje widzimisię.

Oczywiście dużo zależy od konkretnego twórcy, i tak powinno być to rozpatrywane.

Moim zdaniem to zależy od rodzaju muzyki, twórcy i okresu w którym tworzył.
Jazz generalnie jest najmniej podatny na takie zmiany w sensie degradacji muzyki w miarę upływu czasu. Chociaż akurat Miles Davis ostatnie lata miał chyba najsłabsze muzycznie.
Ale np. Beatlesi rozwijali się z płyty na płytę i ich jakość muzyczna była w stałym trendzie wzrostowym. Nie można już tego powiedzieć właśnie o rocku, który powstał pod koniec lat 60-tych, rozwinął się w pierwszej połowie lat 70-tych, a później notował już mniejszą lub większą stagnację. Przyczyną tego było nie tylko twórcze wypalenie się muzyków, ale również pojawienie się nowych, prostszych i jednak muzycznie zdewaluowanych trendów jak: punk, new-wave, new romantic i cała ta muzyka alternatywna. Ta nowa moda wymuszała pewne przewartościowanie się wśród starszych wykonawców rockowych, co niemal zawsze wiązało się z obniżeniem poziomu prezentowanej muzyki.

Link to comment
Share on other sites

Eksplorując klimaty jazz-fusion trafiłem na znakomitą płytkę:

Julius Hemphill - Dogon A.D. (1972).

Nie jest to może fusion, a raczej bardziej jazzowa awangarda, ale takie granie jak najbardziej mieści się w sferze moich muzycznych fascynacji.
Nawet drugi utwór free-jazzowy jest na tyle strawny, że łykam go bez problemu.

W wersji CD został jeszcze dołożony ten 20-minutowy "kawałek", zdradzający wyraźną inspirację Milesem Davisem z końca lat 60-tych:

 

Link to comment
Share on other sites

5 minut temu, soundchaser napisał:

Julius Hemphill - Dogon A.D. (1972).

Świetny album, sam go stosunkowo niedawno poznałem. Mocna okładka 😉

Egberto Gismonti - Academia de Danças (1974)

Nie wiem, czy do końca pasuje do tego tematu, ale co tam, oby było dobre 😉 

 

Edited by Adi777
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

  • Recently Browsing   1 member

×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.