Jump to content
IGNORED

Fascynacje jazzowe


Chicago
 Share

Recommended Posts

Jedna z lepszych fusionowych płyt pochodzących od drummera Bruce Ditmas'a. Kwintet w składzie Paul Bley, Sam Rivers, John Abercrombie, Dominic Richards i oczywiście lider sesji Bruce Ditmas, zaprezentowali kawał dobrego grania w fusionowej, elektro-akustycznej formule z rozimprowizowanymi partiami niejednokrotnie wymykającymi się formie i ocierającymi się o free-myślenie. Płytka tak jakby trochę zapomniana, ale z czystym sumieniem polecam wszystkim, którzy lubią intensywność i rytmiczny, często zelektryfikowany puls, zmiksowany z jazzowym idiomem. Skład bombowy, chociaż wiadomo, że to o niczym nie świadczy, ponieważ już nie raz i nie dwa mieliśmy przykład, że konglomeracje topowych muzyków jazzowych nie zawsze przynoszą oczekiwany efekt, ale akurat tutaj nie trzeba się niczego obawiać, bo wszystko w całości 'gra i buczy' jak należy.

Na płycie mamy dziewięć własnych oryginałów, z czego sześć jest autorstwa wyłącznie lidera sesji Bruce Ditmasa, oraz trzy numery opracowane wspólne z Paulem Bleyem (Clever Conversation', z Johnem Abercrombie (Pulp) i z Samem Riversem (Power Surge).

Sesje odbyły się 21 i 22 grudnia 1994 roku w 'Electric Lady Studios' w Greenwich Village w NYC, natomiast sama płytka ukazała się w 1995 roku nakładem Postcards, należącej do Arkadia Records. Inżynier nagrań i miksu: Joe Barbaria. Mastering: Allan Tucker.

R-3353084-1396503240-5883.jpeg.jpg

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

40 minut temu, piorasz napisał:

Generalnie to uwielbiam się mocno zagłębiać w to co słucham, więc nuda nie jest wskazana

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Ja podobnie. W muzyce musi się cały czas coś dziać, ale to nie wystarczy...musi się dobrze dziać. Niestety jak słucham wczesnych płyt Soft Machine to tam się sporo dzieje, ale brak mi jakości. Poza tym nie mogę pojąć czemu ten zespół jest zaliczany do dość klarownego muzycznie stylu Canterbury Scene. Dla mnie to bardziej Rio Avant Prog z często free-jazzowymi odjazdami.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites





Poza tym nie mogę pojąć czemu ten zespół jest zaliczany do dość klarownego muzycznie stylu Canterbury Scene. Dla mnie to bardziej Rio Avant Prog z często free-jazzowymi odjazdami.


Czy ja wiem czy to ważne jak określić ten styl? Style mieli różne bo i skład się zmieniał.
Myślę sobie, że nie jest istotne w tym wypadku czy to było Canterbury Scene czy Rio Avant Prog czy free-jazz. To był z całą pewnością Soft Machine czyli grupa, która zapisała się na zawsze w historii muzyki i którą do dziś słucha się z podziwem i szacunkiem. I powiem więcej. To jedna z nielicznych grup, którą cenię za całą dyskografię.
Nawet Miles Davis im pod tym względem nie podskoczy, gdyż miał swoje bardzo słabe płyty (te z ostatniego okresu twórczości).Oczywiście to tylko mój punkt widzenia.
Link to comment
Share on other sites

5 godzin temu, piorasz napisał:

Jeśli chodzi o treść to już po kilkunastu minutach słuchania płyty Bundles przypomniałem sobie co napisał kolega mahavishnuu a z czym nie mogę się do końca zgodzić.
Cyt.
"Oto bowiem po raz pierwszy pierwszoplanowym instrumentem przestają być partie keyboardów, które w wielu fragmentach płyty zostały zdominowane przez popisy gitarowe Allana Holdswortha. Dobitną egzemplifikacją tego trendu jest dziewiętnastominutowy Hazard Profile"
Otóż nie do końca. Świadczy o tym choćby "Hazard Profile Part Five" (na CD Hazard Profile jest podzielony na pięć części), gdzie usłyszymy genialny popis właśnie na keyboardzie a gitara jest tu na drugim planie w formie akompaniamentu. To tak zupełnie na marginesie..
 

 

Zauważ, że napisałem „w wielu fragmentach płyty zostały zdominowane przez popisy gitarowe Allana Holdswortha”. W wielu, czyli nie bez reszty. Dlatego są także fragmenty, gdzie jest inaczej. Tak jest właśnie we wspomnianym „Hazard Profile” - gitara dominuje, jednak nie cały czas.

 

Swego czasu wszystkie płyty Soft Machine poddałem wnikliwej analizie. Skoro mowa o „Bundles”, pochylmy się nad nią z większą uwagą.

 

Po festiwalu w Montreux grupa koncertowała w Anglii, Belgii i Holandii, znajdując jednocześnie czas na rejestrację swojego najnowszego albumu. Ponieważ wytwórnia CBS nie wyraziła zainteresowania na przedłużenie kontraktu, muzycy zaczęli rozglądać się za inną firmą płytową, która chętnie podjęłaby się z nimi współpracy. Tym razem ich poszukiwania nie trwały długo, ponieważ swoje zainteresowanie zgłosił Harvest, będący filią EMI. Harvest, który działał na rynku od 1969 roku, był znany głównie z ambitniejszych odmian rocka, przede wszystkim szeroko pojętego rocka niezależnego. Byli to głównie wykonawcy z kręgu rocka progresywnego, psychodelicznego czy też blues rockowego. Soft Machine dobrze wpisywał się więc w profil działalności wytwórni. Kontrakt opiewał na nagranie czterech płyt. Początek współpracy zapowiadał się obiecująco, gdyż Harvest szybko wyasygnował pewną kwotę pieniędzy na reklamę najnowszej płyty, co było miłą niespodzianką w porównaniu z czasami współpracy z CBS, który na każdym kroku starał się minimalizować swoje koszty, nie dbając specjalnie o nagłośnienie ich wydawnictw płytowych. Sesje, w czasie których zarejestrowano ,,Bundles'' trwały od 16 do 18 lipca i od 23 do 26 lipca. Muzycy ponownie skorzystali z dobrodziejstw londyńskich „CBS Studios”. Tradycyjnie znaczną część materiału mieli już dobrze ograną w czasie koncertów,. Niektóre utwory, jak choćby „Hazard profile”, pojawiły się w repertuarze już w 1973 roku, dlatego też rejestracja materiału szła dość sprawnie. Artyści nie byli tym razem zadowoleni z ogólnego brzmienia płyty. Mieli nawet wątpliwości czy należy ją opublikować w tej wersji. Permanentne kłopoty finansowe sprawiały, że, po prostu, nie mogli sobie pozwolić na dalsze eksperymenty w studiu. „Bundles” ukazał się ostatecznie 22 marca 1975 roku. Wzbudził większe zainteresowanie niż ,,Seven”, zdaniem wielu, dzięki znakomitym partiom gitarowym Holdswortha. Pomimo przychylnych opinii nie udało mu się jednak zaistnieć na listach najlepiej sprzedających się albumów.

Album otwiera dziewiętnastominutowy „Hazard profile”, bez dwóch zdań, magnum opus tej płyty. Składa się z pięciu kontrastujących ze sobą części, oddzielnie zindeksowanych. Część pierwszą otwiera temat, który Jenkins zaczerpnął ze swoich starszych utworów z płyt Nucleus. Dokładnie chodzi o „1916 (Battle of Boogaloo)” z debiutanckiego krążka tej formacji oraz otwierający „We’ll talk about it later”, ,,Song for the bearded woman”. Okrasą tej części jest doskonale skonstruowane solo Holdswortha. Uwagę zwraca w nim znakomite wyważenie między formą a treścią, łączące techniczną biegłość z precyzją frazy. Mimo jego znacznej długości trudno mówić o znużeniu, co z pewnością jest także zasługą pozostałych instrumentalistów, tworzących urozmaicony akompaniament. Szczególną aktywność wykazuje w nim Marshall, który jeszcze raz udowadnia, że znakomicie czuje się w takim klimacie, mocno zanurzonym w jazz-rockowej estetyce. ,,Hazard profile part two (Toccatina)” przynosi wyciszenie. W pamięci zapada główny temat melodyczny grany na fortepianie przez Jenkinsa. Po fortepianowej ekspozycji wchodzi gitara akustyczna Holdswortha, która subtelnie inkrustuje partie Jenkinsa. ,,Hazard profile part 3” oraz kolejna część to krótkie, trwające około minuty tematy, spełniające w dużej mierze rolę łącznika z ,,Hazard profile part 5”, wprowadzając jednocześnie urozmaicenie w narracji kompozycji, dzięki aforystycznym ekspozycjom nowych tematów. Ostatnia część ponownie przynosi sporą porcję dynamicznego jazz-rocka. Wreszcie na pierwszym planie pojawia się Mike Ratledge, grając partię solową na syntezatorze AKS. Uwagę przykuwają w nim ciekawe modulacje, choć nie da się ukryć, że jego sztuka syntezatorowa nie nosi już w sobie tej zjawiskowej oryginalności, z której zasłynął grając na organach Lowreya. Allan Holdsworth znaczną część sesji poświecił na doszlifowanie swojej sztandarowej solówki z pierwszej części „Hazard profile”. Koledzy z zespołu byli nieco zdziwieni tą praktyką, gdyż sami byli przyzwyczajeni do bardzo szybkiej pracy. Zazwyczaj robili mało podejść do poszczególnych utworów w studiu nagraniowym. Już pierwsza wersja solówki wprawiła ich niemal w zdumienie swoją wirtuozerią i inwencją. Tym większe było ich zdziwienie, gdy Allan, wciąż niezadowolony z efektów, robił nowe podejścia, szukając optymalnego wariantu długiej partii solowej. John Marshall wspominając pracę z Holdsworthem w czasie nagrywania „Bundles” stwierdził, że jego partie kosztowały ich więcej niż wszystkie inne nagrane przez pozostałych muzyków. Najbardziej zabawne było to, że zespół ostatecznie zdecydował się wybrać partię solową, która była zarejestrowana jako pierwsza. Obecnie jest uważana za jedną z najlepszych w jego karierze. To dobry gitarowy portret muzyka, sugestywnie ukazuje bowiem jego charakterystyczną technikę gry, balansującą między światem jazzu i rocka. Z jednej strony, cechuje się niezwykłą dynamiką i ekspresją, z drugiej, wyróżnia bogatą artykulacją i wyrafinowaną harmoniką. Pierwsza stronę wydania winylowego zamyka „Gone Sailling”, krótka miniatura Holdswortha na gitarę akustyczną.

Drugą stronę otwiera kompozycja tytułowa, autorstwa Jenkinsa, znakomicie wpisując się w dynamiczną jazz-rockową stylistykę a la ,,Hazard profile part 1”. Warto wyróżnić dwa krótkie utwory Ratledge'a (,,The man who waved at trains” i ,,Peff”). Cechują się typową dla niego melodyką i nieszablonową aranżacją. Nawet w nich organista nie staje się głównym protagonistą, bowiem są zdominowane przez partie solowe grane na oboju przez Jenkinsa. Szczególnie improwizacje w ,,Peff” są wysokiej próby, łącząc biegłość frazy, ekspresję wykonania ze zmysłem formalnym. ,,Four gongs two drums” to jeszcze jeden utwór perkusyjny Johna Marshalla, który objawia się tu jako niestrudzony eksplorator niekonwencjonalnych brzmień. Mając do dyspozycji między innymi cztery chińskie gongi i dwa tom-tomy, tworzy ciekawe kontrasty kolorystyczne, unikając sztampowych rozwiązań typowych dla większości utworów o charakterze perkusyjnym. Stylistyczną dysharmonię wprowadza zamykający album ,,The floating world” Jenkinsa, oparty na repetytywnych partiach elektrycznego fortepianu. Gościnnie pojawia się Ray Warleigh, którego dźwięki fletu budują główny temat kompozycji. Stylistycznie „The floating world” mocno zanurzony jest w estetyce minimalizmu. Quasi ambientowe klimaty będą coraz bliższe Jenkinsowi. Dość monotonny utwór nie okazał się najlepszym zwieńczeniem płyty. Przydałby się jakiś temat o większej sile wyrazu, tym bardziej, że w sferze brzmieniowej również nie posiada jakichś intrygujących rozwiązań.

,,Bundles”, zgodnie z tradycją rozwojową grupy, przynosi kolejną metamorfozę stylistyczną. Oto bowiem po raz pierwszy w historii grupy pierwszoplanowym instrumentem przestają być partie keyboardów, które w wielu fragmentach płyty zostały zdominowane przez gitarę. Jest to o tyle ciekawe, że Holdsworth jest przecież na tym albumie debiutantem. Tymczasem jego solówki gitarowe zdecydowanie zmajoryzowały indywidualne popisy Ratledge’a i Jenkinsa. „Bundles” jest zatem potwierdzeniem, iż wspomniana dwójka była w tym okresie coraz mniej zainteresowana udzielaniem się w tej sferze. Holdsworth, niejako wypchnięty na pierwszy plan, miał znakomitą okazję zaprezentować w pełnej krasie swój gitarowy kunszt. Trzeba przyznać, iż skorzystał z tego doskonale. Nowy protagonista nolens volens nie tylko przyczynił się do istotnych zmian w sferze brzmieniowej, ale także sprawił, że daleko posuniętym modyfikacjom uległy aranżacje. Wcześniej często były oparte na brzmieniu dwóch instrumentów klawiszowych. Gęste faktury elektrycznych fortepianów i organów skrzyły się różnymi barwami. Był to jeden ze znaków rozpoznawczych kanterberyjskiej formacji. Bardziej gitarowe oblicze grupy siłą rzeczy przybliżyło ją do jazz-rockowego mainstreamu. W tym kontekście „Bundles” jest kolejnym świadectwem odchodzenia od ortodoksyjnie jazzowego idiomu.

W sferze stylistycznej jest to spójny album, co zapewne niejeden słuchacz może poczytać jako zaletę. Wszelako względna jednorodność ma także pewne mankamenty. Brakuje z pewnością pewnego elementu zaskoczeni. Ograniczone spektrum stylistyczne może być z czasem odebrane jako nieco nużące. W inny świat estetycznych wrażeń przenosi nas wprawdzie „The floating world”, jednak nie jest to utwór, który w sensie artystycznym nadawałby wydawnictwu wyższą jakość, razi bowiem ubogimi środkami wyrazu i dość wątłą paletą kolorystyczną. Homogeniczny charakter całości może wynikać z tego, iż w sensie kompozytorskim został zdominowany przez Karla Jenkinsa, który napisał siedem utworów z dwunastu, które wypełniły „Bundles”. Warto nadmienić, że tych pięć kompozycji to przede wszystkim dość krótkie tematy, co oznacza, iż de facto Jenkins jest autorem 2/3 materiału. Karl Jenkins jest wprawdzie głównym architektem tej płyty w sferze kompozytorskiej, jednak w dziedzinie wykonawczej jest zgoła inaczej. Na pierwszym planie słyszymy najczęściej Holdswortha, który raz jeszcze udowodnił, że jest jednym z najlepszych gitarzystów jazz-rockowych i to bynajmniej nie tylko w Wielkiej Brytanii. Jego gra cechuje się sporą fantazją. Holdsworth jest gitarzystą udatnie łączącym wirtuozerię wykonawczą z ogromną wrażliwością. Zręcznie tworzy bogate harmonie, umiejętne przechodzi do różnych centrów tonalnych, operuje dużymi skokami interwałowymi. Warto podkreślić bogactwo artykulacyjne. Nie dziwi zatem fakt, że jego styl gry jest idiomatyczny. Na „Bundles” dojmujący jest fakt, iż Mike Ratledge jest głęboko schowany na drugim planie. Niezwykle rzadko możemy usłyszeć jego charakterystyczne brzmienie organów Lowreya, którymi zdaje się stopniowo tracić zainteresowanie. Generalnie, płyta cierpi na brak jego partii solowych. A przecież drzewiej inaczej bywało, ba!, była to jedna z wizytówek Soft Machine. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Mike zdaje się być nieobecny duchem na tym albumie. „Bundles” niedwuznacznie pokazuje, że jego zaangażowanie w działalność grupy ulegało wówczas stopniowemu zmniejszeniu.

„Bundles” słuchany po latach wymyka się jednoznacznym ocenom. Z jednej strony, trafiło na niego sporo naprawdę dobrej muzyki. Zaletą są wyśmienite partie gitarowe Allana Holdswortha. Wciąż możemy odnaleźć w tej muzyce sporo nieszablonowych aranżacji, ciekawych rozwiązań brzmieniowych. Nie można oczywiście zapomnieć o nienagannym warsztacie wykonawczym muzyków. Oprócz partii solowych Holdswortha są na szczęście jeszcze popisy Jenkinsa na oboju. Jego improwizacje w „Peff” mogą przypaść do gustu nawet najbardziej wyrafinowanym miłośnikom jazz-rocka. Pojawiają się także krótkie syntezatorowe sola Ratledge’a, przykuwające uwagę ciekawą tkanką brzmieniową, choć jednocześnie dość powściągliwe, zważywszy na jego wcześniejsze poczynania. „Bundles” w kontekście wymienionych powyżej pozytywów wypadałoby zaliczyć grupie po stronie ,,ma”, aczkolwiek nie sposób nie wspomnieć o pewnych dojmujących mankamentach. Z perspektywy czasu wiemy, że były to sygnały zbliżającego się kryzysu twórczego. Niejednokrotnie opisując muzykę Soft Machine z tego okresu zwykło się określać ją ,,akademickim jazz-rockiem”, co dobrze oddaje pewien trend, któremu wówczas ulegała. Już na „Six” (1973) pojawiają się pierwsze próby flirtu z mainstreamem, zauważalna jest tendencja do odchodzenia od najbardziej eksperymentatorskich i progresywnych poczynań. „Seven” (1973) był kolejnym krokiem w tym kierunku. ,,Bundles de facto niewiele ma już wspólnego z ,,awangardową mentalnością” takich płyt, jak jak „Volume two”, ,,Third” czy „Fourth”. Muzyka jest już względnie tradycyjna, poszczególni instrumentaliści ewidentnie odchodzą od dysonansowych faktur brzmieniowych, coraz więcej odnajdziemy też w ich ówczesnej twórczości dość konwencjonalnych motywów melodycznych (vide „Hazard profile part 2”).

Brak zaangażowania ze strony Ratledge’a w czasie powstawania płyty miał z pewnością niebagatelne znaczenie. W tym składzie personalnym tylko on zdawał się mieć możliwości ku temu, aby nadać ich muzyce naprawdę unikalny charakter. Jenkins, Holdsworth i Marshall byli znakomitymi muzykami o nienagannym warsztacie, szczególnie ci dwaj ostatni, posiadający własny, charakterystyczny styl gry. Jednak ich muzyka nigdy nie miała pionierskiego posmaku. To nie oni generowali nowe muzyczne idee, co było niewątpliwie udziałem Soft Machine, szczególnie w latach 1967-1971. Transformacja stylistyczna, której ulegał zespół w ciągu ostatnich lat, doprowadziła do tego, iż trudno jest mówić tu o jakimś zjawiskowo oryginalnym charakterze tej muzyki. Soft Machine, owszem, zachowuje swoją silną tożsamość i specyfikę, jednak jest ona już wyraźnie mniejsza niż było to jeszcze kilka lat wcześniej w klasycznym okresie jego działalności. Szkoda, że na „Bundles” Mike Ratledge nie pokusił się o odważniejsze eksperymenty z syntezatorami, co czynił w czasie koncertów w latach 1974-1975. Świadczą o tym choćby „JVH” i ,,North point”. Obydwa są świadectwem jego dużej inwencji sonorystycznej. Na ich tle partie syntezatorowe na ,,Bundles” brzmią dość konwencjonalnie. Sięgnięcie na szerszą skalę po takie brzmienia mogłoby przydać najnowszemu materiałowi nieco więcej ożywczego ducha, pokazując jednocześnie, że Soft Machine ciągle stara się poszukiwać nowych środków wyrazu.

 

 

Edited by mahavishnuu
Link to comment
Share on other sites

Tym razem bracia Oleś z śp. Andrzejem Przybielskim, a właściwie, to Andrzej Przybielski z braćmi Oleś, ponieważ to właśnie trębacz firmuje projekt o znanym tytule 'Abstract', który pamiętamy również z projektu Joe Harriotta i fantastycznej płyty z 1963 roku o tym samym tytule. Tutaj mamy nieco inny aspekt 'abstrakcji' - kameralna i akustyczna współpraca melodyka i jednocześnie niestrudzonego improwizatora Andrzeja Przybielskiego z braćmi Oleś ukazuje nam na 'Abstract' zarys bluesowych i bopowych klimatów zagranych w lużnych i otwartych formach, jednakże z wielkim wyczuciem melodii i superowym poczuciem czasu oraz pulsu. Wyjątkowa płyta!

Not Two Records, 2005

R-2572699-1375481216-3753.jpeg.jpg

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

19 godzin temu, soundchaser napisał:

Gdyby nie nasz forumowy Kolega @mahavishnuu i jego recenzja tej płyty w kwartalniku "Lizard", to pewnie nigdy nie trafiłbym na płytę tego pianisty.

Ja ją poznałem wcześniej. Dobra płyta, w szczególności najdłuższy utwór "The Lovers".

Link to comment
Share on other sites

18 minut temu, mahavishnuu napisał:

„Bundles” w kontekście wymienionych powyżej pozytywów wypadałoby zaliczyć grupie po stronie ,,ma”, aczkolwiek nie sposób nie wspomnieć o pewnych dojmujących mankamentach. Z perspektywy czasu wiemy, że były to sygnały zbliżającego się kryzysu twórczego. Niejednokrotnie opisując muzykę Soft Machine z tego okresu zwykło się określać ją ,,akademickim jazz-rockiem”, co dobrze oddaje pewien trend, któremu wówczas ulegała. Już na „Six” (1973) pojawiają się pierwsze próby flirtu z mainstreamem, zauważalna jest tendencja do odchodzenia od najbardziej eksperymentatorskich i progresywnych poczynań. „Seven” (1973) był kolejnym krokiem w tym kierunku.

Dokładnie tak było.
O ile w muzyce wielu innych wykonawców bardzo cenię sobie oryginalność i eksperymentalne poszukiwania, to w przypadku Soft Machine dopiero stopniowe zbliżanie się do mainstreamu od płyty "Six" spowodowało moją akceptację ich muzyki. Muzyka na wcześniejszych 5-ciu płytach jest dla mnie za mało spójna i wręcz niekomunikatywna.

Link to comment
Share on other sites



Zauważ, że napisałem „w wielu fragmentach płyty zostały zdominowane przez popisy gitarowe Allana Holdswortha”. W wielu, czyli nie bez reszty. Dlatego są także fragmenty, gdzie jest inaczej. Tak jest właśnie we wspomnianym „Hazard Profile” - gitara dominuje, jednak nie cały czas.
 




Ok. Zwracam honor i przepraszam.
Powyżej świetny tekst jak zwykle ale mam kilka uwag, które chciałbym omówić. Z uwagi na długi Twój tekst rozwinę to w czasie. Z powodów czysto technicznych i ograniczonego czasu trochę może mi to zająć.
Tak czy inaczej piąteczka dla Ciebie
Dokładnie tak było.
O ile w muzyce wielu innych wykonawców bardzo cenię sobie oryginalność i eksperymentalne poszukiwania, to w przypadku Soft Machine dopiero stopniowe zbliżanie się do mainstreamu od płyty "Six" spowodowało moją akceptację ich muzyki. Muzyka na wcześniejszych 5-ciu płytach jest dla mnie za mało spójna i wręcz niekomunikatywna.
No tak. Tylko w tym momencie doszukujesz się idealnego muzykowania. I ja to rozumiem. Z tym, że....Nic nie powstało z niczego. Dlatego wcześniejsze płyty a ściślej muzyka na nich zawarta to nic innego jak zdobywanie doświadczenia, coś w rodzaju "sprawdźmy się na co nas stać". Muzycy żeby grali perfekcyjnie jako zespół muszą po prostu grać. A ja zawsze byłem ciekaw jak grali przed okresem swojej świetności. Dotyczy to każdej muzyki. Stąd moja miłość do korzeni.
Link to comment
Share on other sites

Przy okazji po raz kolejny wróciłem do "Trójki". To chyba ta płyta, która ogólnie jest uważana za magnum opus Soft Machine (?).
Niestety...dla mnie ta muzyka jest nie do słuchania. Dziesiątki pomysłów, eksperymentów, które zamiast się jakoś rozwijać w logiczną całość, stanowią jedynie zlepek przypadkowych dźwięków. Do tego brakuje mi tu gitary, a gra na klawiszach schematyczna i wręcz denerwująca.
4 długie suity o niczym.

Link to comment
Share on other sites

Przy okazji po raz kolejny wróciłem do "Trójki". To chyba ta płyta, która ogólnie jest uważana za magnum opus Soft Machine (?).
Niestety...dla mnie ta muzyka jest nie do słuchania. Dziesiątki pomysłów, eksperymentów, które zamiast się jakoś rozwijać w logiczną całość, stanowią jedynie zlepek przypadkowych dźwięków. Do tego brakuje mi tu gitary, a gra na klawiszach schematyczna i wręcz denerwująca.
4 długie suity o niczym.
Zatem posłuchaj 4 i 5 jak ja to dziś uczyniłem
49 minut temu, piorasz napisał:

mam kilka uwag, które chciałbym omówić. Z uwagi na długi Twój tekst rozwinę to w czasie. Z powodów czysto technicznych i ograniczonego czasu trochę może mi to zająć.

Poddaje się.  Nie mam sił. Tekst jest tak długi, że cytowanie a w zasadzie odnajdywanie tego co chciałabym zacytować zajmuje mi zbyt dużo czasu....

Przepraszam ale cenię swój czas. 

Link to comment
Share on other sites

Gdyby kogoś interesowało Rawa Blues trwa na żywo na YouTube.

Strasznie się w urwiłem na Dudka. Gość jest niereformowalny.... Kto widział to co ja z tym skrzypkiem (niestety nie zapamiętałem nazwiska ) to żenada ze strony Dudka. Zaprosił świetnie grającego artystę ale zagłuszył go swoimi skrzypcami. Żenujący jest ten człowiek z roku na rok...
Link to comment
Share on other sites

1 godzinę temu, soundchaser napisał:

Przy okazji po raz kolejny wróciłem do "Trójki". To chyba ta płyta, która ogólnie jest uważana za magnum opus Soft Machine (?).

Tak, to ta płyta. 

2 godziny temu, soundchaser napisał:

Dziesiątki pomysłów, eksperymentów, które zamiast się jakoś rozwijać w logiczną całość, stanowią jedynie zlepek przypadkowych dźwięków.

"Slightly All the Time" jest zlepkiem przypadkowych dźwięków?

No nic, nie podchodzi Ci, trudno.

To ja załączam debiut:

 

Link to comment
Share on other sites




Przy okazji po raz kolejny wróciłem do "Trójki". To chyba ta płyta, która ogólnie jest uważana za magnum opus Soft Machine (?).
Niestety...dla mnie ta muzyka jest nie do słuchania. Dziesiątki pomysłów, eksperymentów, które zamiast się jakoś rozwijać w logiczną całość, stanowią jedynie zlepek przypadkowych dźwięków. Do tego brakuje mi tu gitary, a gra na klawiszach schematyczna i wręcz denerwująca.
4 długie suity o niczym.


Dziś też spróbowałem podejść do tej płyty po długim czasie. Wymiękłem po około 15 minutach

Przymierzam się obecnie do Nucleus, gdyż zamówiłem ten 6 płytowy box - pojawił się w Empik w konkurencyjnej cenie w porównaniu z fan.pl
Mam zamiar przesłuchać dziś wszystkie 6 płyt z Tidal. Za około 3 tygodnie zobaczymy co zmajstrował Esoteric jak przyjdzie box.

Link to comment
Share on other sites

Jestem świeżo po przesłuchaniu "The Survivors's Suite" Keitha Jarretta. Krótko mówiąc - rewelka. Słynny koncert owszem, bardzo ładny, melodyjny i urokliwy, ale nie potargał mi wewnętrznie jelit, a powyższy jest u mnie w ścisłej czołówce ECM-owej. 

42 minuty temu, piorasz napisał:

Dziś też spróbowałem podejść do tej płyty po długim czasie. Wymiękłem po około 15 minutach

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Cieniasy 😁

Właśnie załączam dwójkę Maszyny.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą ) Edited by Adi777
Link to comment
Share on other sites

Wszystkie nagrania Jarretta dla Impulse, to znakomity lot - to w sumie tylko dziewięć płyt i myślę, że warto mieć każdą płytę Jarreatta z tego okresu, tym bardziej, że istnieje kilka znakomitych wydań, włącznie z boxami.

5 godzin temu, piorasz napisał:

Mam zamiar przesłuchać dziś wszystkie 6 płyt z Tidal. Za około 3 tygodnie zobaczymy co zmajstrował Esoteric jak przyjdzie box

Ja wysłuchałem tych sześciu płytek w zeszłym tygodniu - mam ten box. Dobre wrażenie zrobiły na mnie dwie pierwsze płytki.

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

5 godzin temu, piorasz napisał:

Przymierzam się obecnie do Nucleus, gdyż zamówiłem ten 6 płytowy box - pojawił się w Empik w konkurencyjnej cenie w porównaniu z fan.pl

Gdy zamawiałem w fan.pl to kosztował 199 zł Prawdopodobnie w ciągu 2 tyg będzie u mnie razem z Box Soft Machine, który już jest w sklepie w moim zamówieniu 

Link to comment
Share on other sites

... i dlaczego nie słuchacie Roland'a Kirk'a?

Pięć lat temu popełniłem mini-tekst na temat Kirka i pomyślałem, że może jest to odpowiednia chwila, żeby przypomnieć o tej legendzie.

 

Rahsaan Roland Kirk - oczywiście samo nazwisko nie jest pewnie żadnym odkryciem dla fanów jazzu, ale płyty to już jak najbardziej tak, szczególnie w świetle forum, które praktycznie milczy o tym bardzo ważnym nazwisku w jazzowym zgiełku lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Rahsaan Roland Kirk urodził się w Columbus w Ohio w 1936 roku. Naprawdę miał na imię Ronald, ale ponoć duchy, które go w nocy odwiedzały podpowiedziały mu, żeby zmienić imię na Roland i przybrać jeszcze jedno imię, co też uczynił i nazwał się dodatkowo Rahsaan. Wzrok stracił zaraz po urodzeniu, ale i tak bardzo szybko odnalazł się w czołówce czołowych jazzowych postaci. Jego szerokie spektrum muzyczne obejmowało zakres od bopu, poprzez rożne odmiany fusion, do frytowo-awangardowych klimatów. Dużo bluesa i R&B wprowadzał też Roland do swojej muzyki, co jest oczywistym wynikiem powiązań różnych stylów jazzowych jak i gatunkowych. Na początku grał na trąbce, ale lekarze odradzili mu ten instrument ze względu na dość poważny wysiłek, który trzeba było włożyć, aby na niej grać. Od 1948 roku w szkole dla niewidomych w Ohio, zaczął grać na saksofonie i klarnecie by już wkrótce zasłynąć jako multi-instrumentalista grający na trzech instrumentach jednocześnie. Często wprowadzał do swojej muzyki również i flet, na którym pomykał Rahsaan zawodowo i z wielką energią. Jego ostre i nieutemperowane brzmienie idealnie oddawało nastrój panujący w końcówce lat sześćdziesiątych. Fenomenem było też jak najbardziej to, że pomimo swojej miłości do R&B i spokojnych ballad potrafił Roland zagrać, udżwignąć i połączyć siłę skomplikowanych bopowych improwizacji z awangardowo-frytowym klimatem i jeszcze do tego wszystkiego wkręcał bezkompromisowego bluesa. Genialne!

Duża część opinii klaskała z entuzjazmem za jego niesamowitą zręczność, technikę oraz improwizatorskie ewolucje. Kirk był póżniej uznawany za jednego z najbardziej witalnych i komunikatywnych muzyków współczesnego jazzu. Miał dwa wylewy, z których drugiego nie przeżył. Zmarł piątego grudnia 1977 roku.

Po Rolandzie Kirku pozostała cała masa świetnych płyt, z których najbardziej żywiołowe pochodzą z koncertów. Dziś posiadam wszystkie płyty Kirka, chociaż muszę przyznać, że jak pisałem powyższy tekst, to była to kolekcja w graniczach 12 płyt. Do najbardziej wartościowych zaliczam wczesne rzeczy, głównie z Mercury Records, choć tak szczerze mówiąc, te z Atlantic jak i pośmiertne wydania z Rhino, Night i Hyeny też są super i warte każdej złotówki i chwili spędzonej z tą muzyką. Mam też jedyną płytkę nagraną dla Prestige i ta też jest znakomita. Dochodzą to tego jeszcze świetne trzy projekty Mingusa z Rolandem dla Atlantic, jedna płytka z Jaki Byardem 'The Jaki Beard Experience' i 'Out of the Afternoon' Roya Haynesa.

 

 

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

4 godziny temu, Chicago napisał:

 

4 godziny temu, Chicago napisał:

... i dlaczego nie słuchacie Roland'a Kirk'a? 

O przepraszam, proszę mnie nie obrażać 😉 Rahsaan Roland Kirk to moje osobiste dla mnie odkrycie a miałem takich kilka wśród muzyków jazzowych.

Kojarzę raczej, że Kirk był krytykowany za słabą jakość swoich albumów a jedynym wyjątkiem jest płyta RIP,Rig and Panic, którą mogę osobiście bardzo polecić

 

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )
Link to comment
Share on other sites

Mam 26 płyt Kirka pod własnym nazwiskiem, więc jakby ktoś, coś, chciał wiedzieć... to mogę polecić kilka tytułów. 'Za chwilę' przyjdzie pora na Telesfora i pojadę Donem Cherry, którego cenimy wszyscy, tak?

A w międzyczasie droga Sly Man'a.

Zanim Sly odnalazł swoją drogę, szedł chłopak drogą Fakira, póżniej przebiegł się drogą Mnicha, po czym przemieszczał się po terytorium Yogiego, aż wreszce się odnalazł i znalazł własną drogę, która według 'opowieści' Dave Morgana i trzynasto-osobowego ensemble, była wyłożona jazzem, bluesem, flamenco i współczesną, nowoczesną klasyką - fuzja tych wszystkich stylów i gatunków jest zawarta na płycie 'The Way of the Sly Man', która wyszła ponad dziesięć lat temu i o której rzadko kto słyszał, chociaż muszę przyznać, że już kiedyś o niej wspominałem 😊

Ambitny projekt próbujący uchwycić i przedstawić muzycznemu światu myśli i praktyki filozoficzne G. I. Gurdżijewa - ormiańskiego filozofa, nauczyciela i  mistyka, do którego odwoływał się muzycznie również i Keith Jarrett, Robert Freep oraz Kate Bush.

Hidden Content

    Give reaction or reply to this topic to see the hidden content.
Zaloguj się, aby zobaczyć treść (możliwe logowanie za pomocą )

R-9783111-1486264431-5263.jpeg.jpg

 

 

 

44 minuty temu, Lech W napisał:

Kojarzę raczej, że Kirk był krytykowany za słabą jakość swoich albumów a jedynym wyjątkiem jest płyta RIP,Rig and Panic, którą mogę osobiście bardzo polecić

A skąd wiesz jak nagrane są inne płyty Kirka Rolanda, jeżeli masz tylko Rip, Rig & Panic?

Parker's Mood

Link to comment
Share on other sites

Poza tym jak rozumiem to Kirkiem Rahsaanem przywołujesz towarzystwo do źródeł albo przynajmniej do tematu. 

Ja też lubię rzeczy w rodzaju Soft Machine ale z całym szacunkiem dla moich lepiej znających się na rzeczy kolegów, to nie ten wątek. 

 

Edited by Lech W
Poprawka
Link to comment
Share on other sites

W dniu 9.10.2021 o 17:06, mahavishnuu napisał:

Stylistycznie "The floating world” mocno zanurzony jest w estetyce minimalizmu. Quasi ambientowe klimaty będą coraz bliższe Jenkinsowi. Dość monotonny utwór nie okazał się najlepszym zwieńczeniem płyty. Przydałby się jakiś temat o większej sile wyrazu, tym bardziej, że w sferze brzmieniowej również nie posiada jakichś intrygujących rozwiązań.

Ja tam lubię te "Maszynowe" ambienty elektroniczne. Ładne są.

Link to comment
Share on other sites

Tym razem bracia Oleś z śp. Andrzejem Przybielskim, a właściwie, to Andrzej Przybielski z braćmi Oleś, ponieważ to właśnie trębacz firmuje projekt o znanym tytule 'Abstract', który pamiętamy również z projektu Joe Harriotta i fantastycznej płyty z 1963 roku o tym samym tytule. Tutaj mamy nieco inny aspekt 'abstrakcji' - kameralna i akustyczna współpraca melodyka i jednocześnie niestrudzonego improwizatora Andrzeja Przybielskiego z braćmi Oleś ukazuje nam na 'Abstract' zarys bluesowych i bopowych klimatów zagranych w lużnych i otwartych formach, jednakże z wielkim wyczuciem melodii i superowym poczuciem czasu oraz pulsu. Wyjątkowa płyta!
Not Two Records, 2005
R-2572699-1375481216-3753.jpeg.jpg
Genialna płyta. To absolutnie moje klimaty nr one jeśli chodzi o jazz. Dzięki Ci za to Marku.
To co wyrabia Andrzej z trąbką to wręcz nieprawdopodobne.
Link to comment
Share on other sites

Bardzo serdecznie dziękuję za informacje o zespole Nucleus. Pierwszy raz od Was usłyszałem o tej kapeli, która gra prosty, radosny, słoneczny jazz.
Tak się zastanawiałem, co kolegom zaproponować, jednak nie jest to łatwe, bo dziś cierpimy na nadmiar wszystkiego, muzyki także. Jednak za Oceanem jest pewien młody perkusista wart uwagi. Jego projekty łączą jazz z muzyką współczesną, klasyczną. Na pewno wymaga skupienia odbiór jego dzieł, jednak dostajemy w zamian genialne dźwięki, cudowne brzmienie perkusji przeplatanej fortepianem. Tenże spec od bębnów nazywa się Tyshawn Sorey. Zakładam, że to nazwisko jest nieobce . Właśnie słucham płyty Alloy. Wyciszona Muzyka, podobna do Arvo Parta. Jak dla mnie, genialna muzyka przynosząca słuchacza w inne, ciekawsze rejony. Polecam całym sercem. I pozdrawiam miłośników muzyki. Rzadko się tu odzywam, ale w końcu dojrzałem

Pozdrawiam serdecznie

jarrro

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Restore formatting

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.