Jump to content

HIDIZS AP80 PRO-X - przenośne urządzenie odtwarzające muzykę z plików


kangie

341 views

 Share

HIDIZS AP80 PRO-X - przenośne urządzenie odtwarzające muzykę z plików

 

    No i przyszedł czas na garść informacji ode mnie. Wiele już tutaj opisano. Rzeczywiście urządzenie odrobinę większe od pudełka od zapałek. Metalowa obudowa z jedną ścianką z panelem sterowania w kształcie litery „X”. Cztery przyciski, z czego jeden wielofunkcyjny obrotowy potencjometr oraz trzy monostabilne do sterowania utworami. Ekran LCD, dwa gniazda słuchawkowe, slot na kartę pamięci, gniazdo USB do ładowania i transmisji muzyki przez USB. Pierwsze wrażenie wg mnie pozytywne.

    Testowałem na trzech różnych parach słuchawek: Audio Technika ATH-990Z (głównie używane), Superlux HD-660 oraz fabryczne słuchawki douszne dołączane do smartfona Motorola. Przyznać muszę, że urządzenie ma solidny zapas mocy, bez problemu napędza 2x150 ohmowe Superluxy.

    Słuchanie rozpocząłem od utworów z dołączonej karty pamięci. Pobawiłem się ustawieniami korektora graficznego (equalizera) Po dwóch dniach nagrałem swoje albumy „testowe” na osobnych kartach pamięci i można uznać, że chyba wszystko stało się dla mnie jasne. Rzecz jasna, urządzenie nie gra „jasno”. Gra bardzo dobrze jak na urządzenie z definicji przenośne, niestacjonarne, ale o tym napiszę na końcu.

    Wszystkie pliki przygotowałem samodzielnie z płyt CD. Nagrałem też kilka gęstych plików zrobionych z płyt winylowych.

    Na pierwszy ogień poszedł duet Montserrat Caballe i Freddie Mercury „Barcelona”. Początek płyty. Mocne uderzenie, przysadziste z mocnym basem. Wchodzą dzwoneczki, czyste, klarowne, czuć tutaj perliste wybrzmiewanie. Pamiętajmy, że zestaw testowy testującego jest dość przyzwoity, ale należy pamiętać, że są na rynku o wiele bardziej porządne słuchawki i praktycznie każdy aspekt można tutaj poprawić, stąd też te dzwoneczki mogą z pewnością zabrzmieć jeszcze bardziej wyczynowo. Dźwięk jest spójny, mocno się klei. Angażuje. Słychać wyraźnie przyjaźń, jeśli nie miłość pomiędzy wokalistami. Miejscami Freddie zaskakuje Montserrat, wręcz rozśmiesza ją. To słychać, zwłaszcza w utworze „How can I go on” gdy Freddie w pewnym momencie przerasta samego siebie ryzykując. Ryzykuje tym, że za chwilę Montserrat może przestać śpiewać, bo zwyczajnie jest przerażona tym, co wyprawia Mercury, a on zwyczajnie – daje z siebie absolutnie wszystko.

Proszę popatrzeć: od 0:18 do 0:27

https://www.youtube.com/watch?v=ksNoe8W2jTc

 

    Tak właśnie żył. Są tacy, którzy twierdzą że ten album jest mezaliansem i ma się tak jak trampki Krzysztofa Ibisza do garnituru skrojonego przez włoskie manufaktury. Tak może być. Nie zmienia to faktu, że to jeden z moich ulubionych albumów. A dlaczego? Bo wiem, że Freddie bardzo chciał go nagrać z diwą operową, którą kochał. I zrobili to! Nie patrząc na konsekwencje. A konsekwencje są takie, że mam ciary na ciele słuchając. A słucham na czym? Na HIDIZS AP80 PRO-X!!! Nie inaczej. Ech, ten fortepian, jak on brzmi! Człowiek który na nim gra musi być cholernie wrażliwym muzykiem. A chórki Gospel? Włoskie garnitury, włoskie samochody, włoska mafia??? Włoski stają dęba!

    Przechodzę do kontrowersyjnego Watersa „Pros and Cons of Hitch Hiking”. Odrzucam na bok politykę i głoszone ostatnio treści. Skupiam się na muzyce. Depresyjna. Są smaczki, chociażby w postaci Erica Claptona, który nagrał wszystkie partie gitarowe. Jestem całkowitym fanatykiem brzmienia gitary Fender Stratocaster i Telecaster i tutaj mamy całe spektrum brzmień. Pomagają tutaj przetworniki typu single-coil. Te smaczki słychać i czuć. Clapton cały jest muzyką. Każdy dźwięk zagrany jest z oddaniem, artykułowany jest nieprzypadkowo. Na kluczową solówkę trzeba trochę poczekać „5.01 AM”, ale w końcu pojawia się i co? I kiwam się na krześle do rytmu stopy perkusji tudzież gitary basowej.

    Następny album to japońskie wydawnictwo The Modern Jazz Quartet „The Last Concert” pod przywództwem Milta Jacksona – wibrafonisty. Rozpoczyna się od „Softly, as in a morning sunrise”. Genialne. Słucham wstępu, dosłownie pierwszej minuty, która mówi mi już wszystko o sprzęcie odtwarzającym i towarzyszącym. Dotyczy to układów cyfrowych jak i czysto analogowych. Ta płyta od lat służy mi do testowania wkładek gramofonowych. Przegenialne granie, zarówno pod kątem repertuaru standardów jazzowych, doboru muzyków jak i brzmienia, które oceniane jest jako ugrzecznione, spokojne, bez pazura. Częściowo mogę się z taką opinią zgodzić, bo taki numer jak „Confirmation” udowadnia, że można grać z pazurem, niekoniecznie brudno, ale z takim impetem, że łatwo o nadmierne naciskanie pedału przyspieszenia w samochodzie, zatem o wiele bezpieczniej jest słuchać w domu, w kapciach. Podobnie jest z „We get requests” Oscar Peterson Trio utwory „You look good to me” oraz „Girl from Ipanema”. Zamiast przysłuchiwać się brzmieniu znowu złapałam się na tym, że frajdę sprawia mi słuchanie jak ogrywane są akordy, jaka jest melodyka utworów i jak świetnie linię melodyczną prowadził Peterson. Szukam dziury w całym, chcę się do czegoś przyczepić, ale znowu – jak poprzednio – granie jest spójne i ewentualne uwagi przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro muzyka będzie słuchana podczas spacerów z psem. A propos – psy na solowych płytach Watersa słychać doskonale.

    Następna płyta to gra genialnej i nieodżałowanej Jacqueline du Pre – tragicznej zasłużonej instrumentalistki muzyki klasycznej – wiolonczelistki, która zagrała po mistrzowsku koncerty Haydna C-dur. Moje ulubione partie to I. Moderato-Cadenza oraz III. Allegro Molto. Dyrygował Daniel Barenboim. Wiolonczela charakterystycznie wibruje i pulsuje dźwiękiem, co jest zasługą mistrzowskiego opanowania instrumentu, wibrato generowanego palcem, a również urządzenia odtwarzającego, które robi robotę, odczytuje sygnał z pliku, wzmacnia go, zamienia na sygnał analogowy i „karmi” słuchawki, które przenoszą muzykę dalej – do naszych uszu.

    Idąc dalej – słucham dwu młodych artystek – sióstr rodzonych – Camille i Julie Berthollet, które z entuzjazmem przypominają starszemu pokoleniu i prezentują młodemu dotychczasowe dzieła sztuki najwybitniejszych kompozytorów muzyki klasycznej. Długo bym tutaj pisał rozkładając każdy utwór na czynniki pierwsze – co i jak słyszę i jak to się ma do poprzednich moich doświadczeń, ale nie do końca tak naprawdę ma to sens, gdyż każdy zainteresowany powinien samodzielnie zająć się tematem, posłuchać w salonie audio, a najlepiej wypożyczyć na kilka dni i samemu posłuchać. Wiadomo, że to wymaga zaangażowania, czasu i chęci, stąd też podjąłem się napisania kilku słów tego, co usłyszałem.

    Z pewnością z obu tych płyt w pamięci mej pozostaną: 24. kaprys Paganiniego oraz Trio elegiague No. 1 Rachmaninova.

    Odchodząc od fortepianu Rachmaninova, idę dalej przez ten gąszcz dźwięków, pośród pagórków leśnych i łąk zielonych, plików muzycznych absolutnie poskromionych ląduję u boku bożka Quasimodo, czyli Laboratorium Polish Jazz vol. 58. Tutaj odrobinę przyczepiłbym się do faktur gitary basowej. Ale znowu nie ma tego uczciwego wspólnego mianownika bo ostatnio słuchałem tej płyty z kolumn głośnikowych zasilanych wzmacniaczem w pełni lampowym na lampach mocy EL34 i stąd te drobne rozbieżności w wyższym basie i niższej średnicy. Muzyka w pełni pulsuje, aż nie chce się jej zatrzymywać. Wyjątkowo czysto i szlachetnie brzmią i wybrzmiewają tutaj talerze perkusyjne zwane potocznie blachami. Wielka w tym zasługa realizatora nagrania, że słychać to tak, a nie inaczej.

   Proszę Państwa, tej muzyki przesłuchałem z HIDIZS AP80 PRO-X od groma i trochę. Nie sposób tutaj opisać całość.

 

PODSUMOWANIE

     Z jednej strony AP80 PRO-X oferuje granie nietuzinkowe energetyzujące, z domieszką analityczności i podawania szczegółów w szczególny sposób – nienachalny i nie męczący ucha. Z drugiej strony po rozpoczęciu słuchania własnych plików usłyszałem melodyjność, pewnego typu muzykalność i delikatne ocieplenie przekazu. Jest możliwość ingerencji w sygnał poprzez korektor graficzny, który jest skuteczny, bo w ciągu 15 sekund udało mi się zredukować zgłoski sybilizujące w utworze Haliny Kunickiej pt. „Piosenka o Wicie Stwoszu”. Prawdziwa zabawa w zmiany zaczyna się wchodząc w ustawienia MSEB. A jeśli ktoś nie lubi grzebać w ustawieniach fabrycznych, to pozostaje ciekawa zabawa w podmiankę słuchawek. Jeśli ktoś dysponuje dwoma, a najlepiej trzema parami grającymi w odmienny sposób, to z pewnością uda się uzyskać z marszu zadowalające brzmienia.

 

    Dziękuję Audiomagic na wypożyczenie sprzętu do testów.

 

Kangie

15.03.2023

IMG_20230309_150124633~2.jpgIMG_20230314_123326383~2.jpgIMG_20230314_124020963~2.jpg

IMG_20230314_114744911~2.jpgIMG_20230314_144016239~2.jpgIMG_20230314_145639655~2.jpg

IMG_20230314_153619460~2.jpgIMG_20230315_082304912~2.jpgIMG_20230311_100033706~2.jpgIMG_20230311_100056261~2.jpg

IMG_20230311_100112758~2.jpgIMG_20230311_100122557~2.jpgIMG_20230314_121758838~2.jpgIMG_20230314_131830560~2.jpgIMG_20230314_131855784~2.jpgIMG_20230314_144911230~2.jpg

IMG_20230314_153740366~2.jpg

 Share

1 Comment


Recommended Comments

×
×
  • Create New...

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.