Jump to content
Fr@ntz

Exposure XM5

Sign in to follow this  
Fr@ntz   |  

O fakcie, że otaczający nas świat pędzi bez opamiętania nikomu nie trzeba przypominać, bo to oczywista oczywistość. Dlatego też mając świadomość niemożności ogarnięcia wszystkich jego aspektów każdy, no dobrze – większość z nas, ogranicza kontrolowany obszar do własnych zainteresowań i dziedzin mających większy, bądź mniejszy wpływ na naszą codzienną egzystencję. Nie czas jednak i nie miejsce na jakieś głębsze egzystencjalno – filozoficzne dywagacje, gdyż wbrew pozorom, za to zgodnie z tematyką naszego portalu warto byłoby skupić się na szerokorozumianej tematyce audio. I właśnie z racji łączących nas zainteresowań wydawać by się mogło, że jako tako kontrolujemy to, co na „naszym podwórku” się dzieje. Trzymamy rękę na pulsie, śledzimy dystrybutorskie roszady, w pamięć zapadają nam informacje o trafiających na rynek nowościach, organizowanych eventach i generalnie jesteśmy w temacie. Takie miałem, przynajmniej do niedawna, przekonanie, które dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się może nie tyle błędne, co po prostu niepełne. Wyszło bowiem na to, iż mimo najszczerszych chęci i de facto z racji dokonywanych testów, reportaży etc., czyli bycia częścią szerokorozumianej „branży” i tak i tak nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć i jeszcze o tym pamiętać. Chodzi bowiem o fakt, iż niejako tuż pod moim nosem, pozornie stateczna, działająca od 1974 r. marka Exposure postanowiła jakiś czas temu (w styczniu 2017r.) nieco zaszaleć z rozmiarówką i „pełnowymiarowe” portfolio rozszerzyć o segment może nie mikro, ale coś na kształt mini, czyli serię XM, a mi najzwyczajniej w świecie ów fakt umknął. Krótko mówiąc – nadrabiając tym samym „zaległości”, uprzejmie donoszę wszystkim podobnie jak ja niedoinforowanym, iż obok dotychczas posiadających ugruntowaną pozycję na rynku i w konsumenckiej świadomości urządzeń z serii 1010, 2010S2, 3010S2, 5010 i topowej MCX zaczęło swój żywot pięć uroczych „maluchów”: przedwzmacniacz gramofonowy XM3, wzmacniacz zintegrowany XM5, przedwzmacniacz XM7, monobloki XM9 i wzmacniacz słuchawkowy XM HP. I właśnie z tej wesołej gromadki, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, udało nam się wyłuskać bohatera dzisiejszego spotkania, czyli integrę Exposure XM5.

Exposure_XM5-0001.thumb.jpg.3947617c722df04e39b71cfc4c5a2f0e.jpgExposure_XM5-0002.thumb.jpg.1f16f9e9a7e8025cfd8f703dce06d538.jpg

Exposure_XM5-0004.thumb.jpg.ba1e7254b8f008bfc5a8e326ed8f18ee.jpgExposure_XM5-0005.thumb.jpg.32cc07ff718703f9edd5c9cd2085c8af.jpg

Exposure_XM5-0007.thumb.jpg.514503d233f3d075eae944a62b7d42f4.jpgExposure_XM5-0008.thumb.jpg.e312468777c605c4fb736ac5b172662f.jpg

Exposure_XM5-0010.thumb.jpg.724fc95645fe65460153bc0a71a319fa.jpgExposure_XM5-0011.thumb.jpg.f7761fad6ab7dd65e8ea6e45904c9cf8.jpg

Exposure_XM5-0012.thumb.jpg.403a69fd51cc45340409cf444f50d6be.jpgExposure_XM5-0014.thumb.jpg.55a2d8b6703be71a75f24b16b88d5d50.jpg

Exposure_XM5-0016.thumb.jpg.72337ccd7a6d26b5010d50d78f352e7a.jpgExposure_XM5-0017.thumb.jpg.bbdd5fc11c014e83c25487cea03df1f6.jpg

Choć już na wstępie dystrybutor sugeruje, iż ze względu na gabaryty seria XM predystynowana jest do egzystencji w … kuchniach i sypialniach osobiście sugerowałbym jednak zbytnio nie łączyć postury dzisiejszego bohatera z jego faktycznymi możliwościami i funkcjonalnością, gdyż nie dość, że zrobimy krzywdę jemu, to i sobie przy okazji. Nie wierzycie? Cóż, Wasza sprawa. Prawda jest jednak taka, że XM5 to tak naprawdę ściśnięty do granic możliwości „składak” (może to i niezbyt poważne określenie, ale i tak lepsze od nieco makabrycznego „Frankensteina”) powstały z trzewi swojego starszego – pełnowymiarowego rodzeństwa. Otóż sekcja przedwzmacniacza i końcówki mocy pochodzi z integry 2010S2 (klasyczna klasa AB na tranzystorach Toshiby a nie żaden „proekologiczny” D-klasowy OEM) , a sekcja cyfrowa z DAC-iem z 2010S2 DSD. Po prostu zamiast w standardowej obudowie sprzedawać „audiofilskie powietrze” ekipa Exposure’a w korpusie o połowie standardowej szerokości, oczywiście wykorzystując piętrowy montaż, upakowała w nim, niczym PKP podróżnych w pierwszych, zgodnie z odwieczną tradycją przykrótkich pociągach nad morze, wszystkie konieczne płytki i co szalenie cieszy również klasyczny 200VA toroid. W dodatku wykorzystując do maksimum dostępną przestrzeń udało się zachować praktycznie pełną funkcjonalność „dużych” modeli oferując nie tylko obowiązkową w dzisiejszych czasach, nad wyraz rozbudowaną, opartą na kości DAC-a Wolfson 8742, lecz i będące miłym dodatkiem wejście phono MM a nawet przelotkę dedykowaną zewnętrznym procesorom A/V. Jedynym, i to wyłącznie pozornym, zgrzytem wydawać się mogą terminale głośnikowe, a dokładnie … ich brak. Chodzi bowiem o to, iż zamiast standardowych, zakręcanych gniazd w XM5-ce mamy li tylko cztery otworki akceptujące wyłącznie przewody zakonfekcjonowane wtykami bananowymi i BFA. Kiepsko? Niekoniecznie. Raczej mądrze i zapobiegliwie, bowiem patrząc na ilość miejsca, a dokładnie bliskość owych gniazd, próby z przewodami zakończonymi widłami, bądź nie daj Boże „gołymi” plecionkami, tak pi razy drzwi w 99,9% przypadków kończyłyby się … zwarciem. A tak, implementujemy wtyki w otworki i mamy spokój, wręcz święty spokój.
Skoro opis wrażeń natury organoleptycznej zacząłem od trzewi i „zakrystii” to chciał, nie chciał, kontynuując ten wątek pozwolę sobie jedynie doprecyzować, iż oprócz wspomnianych „otworów” głośnikowych znajdziemy tam dominującą nad domena analogową sekcję interfejsów cyfrowych w składzie USB, dwa BNC i dwa optyczne a jeśli chodzi o analog, to do dyspozycji mamy wspomniane dosłownie przed chwilą wejście phono (MM)  z zaciskiem uziemienia, standardowe liniowe, przelotkę, będąca ukłonem w kierunku miłośników kina domowego i wyjście na zewnętrzną końcówkę. Wszystkie terminale to oczywiście standardowe, złocone RCA. Całość dopełnia zintegrowany z bezpiecznikiem zasilające gniazdo IEC.
Za to front integry, mówiąc wprost, uchodzić może za klasykę gatunku – to solidny płat szczotkowanego aluminium, czyli zero udziwnień i czysta ergonomia rodem z najlepszych lat Hi-Fi. Włącznik główny umieszczono po lewej stronie, w centrum osiem niewielkich diod informujących o aktywnym wejściu, dwa przełączniki owych wejść, a po prawej masywne pokrętło głośności (pochwalić trzeba obecność diody ułatwiającej orientację podczas wieczorno-nocnych odsłuchów) i czujnik IR. Również znajdujący się w komplecie systemowy pilot zdalnego sterowania wydaje się pochodzić z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdyż jest to do bólu klasyczny, plastikowy OEM, którego główną zaletą jest to, że działa.

Całe szczęście redukcja gabarytów nie znalazła odzwierciedlenia w brzmieniu XM5-ki, gdyż nadal mamy do czynienia ze starym, dobrym Exposurem, w którym deklarowaną moc należy traktować dokładnie tak, jak daleko nie szukając w Naimie. Ona jest autentycznie wystarczająca do prawidłowego wysterowania większości dostępnych na rynku kolumn. Po prostu wpinamy go w tor, włączamy i gra muzyka. I gra tak, że kapcie spadają. Dlatego też dziwić nie powinna obecność przelotki do zewnętrznego procesora kina domowego, gdyż pomimo pozornie mało imponującej mocy 60W na kanał, XM5 bez najmniejszych problemów wręcz zmasakruje większość wielokanałowych amplitunerów chełpiących się i dwukrotnie większa mocą. Tutaj nie ma miejsca ani na marketingową ściemę, ani na zbytnio, że się tak wyrażę „niefrasobliwe” podejście do tematu. Tytułowa integra jasno dając do zrozumienia, że to rasowe Hi-Fi a nie jakieś Wi-Fi i nie daj Boże Bluetooth, muzyczka z głośniczka, lub smartfonu, stawia na jedynie słuszny sposób transmisji – po kablu.  
Czemu to wszystko piszę? Dlatego, że XM5 pomimo akceptacji „gęstych” sygnałów cyfrowych jest niezaprzeczalnie na wskroś analogowym bytem. Niezależnie bowiem, czy dostarczymy mu sygnał z gramofonu, po wejściach analogowych, czy cyfrowych i tak i tak całość będzie charakteryzowała firmowa soczystość i nieskrępowana dynamika przy jednoczesnym zachowaniu umiaru, czy pamięci o kontrolowaniu aspektu rozdzielczości. To równe, choć dalekie od asekurantyzmu i nudy granie pozwalające cieszyć się praktycznie dowolnym repertuarem. Zamiast jednak Exposure’owi oswoić się z nowym otoczeniem i spokojnie zaakomodować zaserwowałem mu iście szatańską miksturę złożoną z „Humanicide” DEATH ANGEL i „The Fat Of The Land” The Prodigy, czyli z jednej strony opętańcze zawodzenie , ściana gitarowych riffów i bliskie apopleksji wyczyny perkusisty a z drugiej szorująca basem po dnie piekieł elektronika. Nie po audiofilsku? Nie wątpię, jednak właśnie przy takich ekstremach od razu słychać, czy wzmacniacz mówiąc potocznie „się wyrabia”, czy też zaprojektowany został jedynie do reprodukcji nudnych jak flaki z olejem coverów z „bezpiecznych” – wystawowych samplerów. A Exposure wyrabiał się bez najmniejszych oznak zadyszki, czy nawet przyspieszonego tętna. Co ciekawe nad wyraz udanie połączył selektywność, rozdzielczość góry i wyższej średnicy z nasyceniem średnicy i lekkim zaokrągleniem dołu. W jego wykonaniu wszelakiej maści mikrodetale, szelesty i cały plankton przekazujący informacje o akustyce w jakiej dokonywano nagrań są po prostu obecne a jednocześnie nie jesteśmy automatycznie skazani na zbytnią ofensywność, czy granulację. Z kolei wokale i wszystkie wydarzenia rozgrywające się na średnicy dostają dodatkową porcję soczystości i wysycenia, przez co z łatwością można zrozumieć, czemu część użytkowników urządzeń angielskiej marki porównuje je do „lamp na sterydach”. Podobnie jest z efektami przestrzennymi. Wystarczy tylko włączyć króciutki „Whispers from an Angel”, bądź jeszcze lepiej najnowszy „Spaces”  Yosi’ego Horikawy, by na własne uszy przekonać się, że znikać z pokoju potrafią nie tylko niewielkie monitory, ale i słusznych rozmiarów podłogówki.  W dodatku swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca sam sposób kreowania sceny, która rozpoczyna się nieco za linią kolumn i ma całkiem satysfakcjonującą głębokość.
I jeszcze słowo o phonostage’u i sekcji cyfrowej. Otóż o ile po wbudowanym przedwzmacniaczu gramofonowym próżno spodziewać się jakiś fajerwerków, to do większości podstawowych modeli Audio-Technici, Pro-Jecta, czy Teaca będzie aż nadto wystarczający. Stara się bowiem wycisnąć jak najwięcej „soku” ze średnicy oszczędzając słuchaczom zbyt intensywnego „smażenia” w górze pasma nawet ze starych, już sfatygowanych, bądź niezbyt troskliwie wydanych nowych tłoczeń.
Za to DAC, to nieco inna para kaloszy. Wejścia BNC i optyczne zagospodarowane z pewnością zostaną przez wszelakiej maści dekodery, konsole i cienkie jak opłatek odbiorniki TV, więc przyrost jakości w stosunku do tego, co posiadają na pokładzie będzie wręcz kolosalny a prawdziwym „języczkiem uwagi” będzie port USB. I tutaj dochodzimy do sedna, gdyż XM5 hołduje zapomnianej przez co poniektórych konsumentów zasadzie mówiącej (w cenzuralnej wersji), że w zależności od tego, co dostarczymy na wejściu, taką też jakość otrzymamy na wyjściu. W związku z tym podpinając 5-kę byle jakim, np. pozostałym po drukarce przewodem i grając z internetowych rozgłośni o podłej transmisji, bądź stratnego streamingu taką a nie inną jakość, a raczej jej brak usłyszymy. Przesiadając się jednak na gęste pliki, Tidal HiFi/Master i z odpowiednią atencja traktując kwestie połączeń efekty będą bardziej niż zadowalające. Jednak w tym momencie sugerowałbym pójść o krok dalej i zamiast grania z komputera postawić nawet na Auralica Mini, lub któregoś z plikograjów Yamahy z rodziny MusicCast. Będzie nie tylko prościej, ale i przede wszystkim lepiej.

Podsumowując dzisiejsze spotkanie z niepozorną integrą Exposure XM5 warto mieć świadomość, że cały czas mamy do czynienia z klasycznym angielskim Hi-Fi, w którym liczy się nie tylko wierność przekazu, co również przyjemność obcowania z ulubioną muzyką. Ponadto pod pozornie ortodoksyjną formą udało się producentowi przemycić większość współczesnych udogodnień w postaci zarówno nad wyraz rozbudowanej sekcji cyfrowej, jak i ukłonu w kierunku fanów analogu, miłośników kina domowego a na przyszłość zostawiając również furtkę do dalszej rozbudowy o mocniejsze końcówki mocy. Krótko mówiąc zamiast szokować wodotryskami i designem Anglicy postawili na brzmienie i ergonomię i za to należą im się w pełni zasłużone komplementy, co też niniejszym czynię.

Marcin Olszewski


Dystrybucja: Rafko
Cena: 6 490 PLN

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5; Audio-Technica AT-LPW40WN
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30; Vienna Acoustics Haydn Jubilee
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Tellurium Blue
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
 
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 60 W/8 Ω
Zniekształcenia THD : <0.01% @ 1KHz
Pasmo przenoszenia: 20Hz - 20KHz +/- 0.5dB
Separacja kanałów: >60dB @ 1KHz
Napięcie wejściowe MM: 2.5mV     
Impedancja wejściowa MM: 47.000 Ω
Czułość wejścia: 350 mV     
Impedancja wejściowa: 14.000 Ω
Wejścia analogowe: aux/phono (MM),liniowe - para RCA, AV
Wyjścia analogowe: pre-out - para RCA
Wejścia cyfrowe: USB (PCM 192KHz @ 16-24 bit, DSD64), 2 x Coax, 2 x BNC (32 - 192KHz @ 16-24 bit)
Zużycie energii: 200W
Wymiary (W x S x G): 89 x 218 x 363 mm
Waga: 5 kg

Sign in to follow this  


User Feedback

Recommended Comments

There are no comments to display.



Guest
This is now closed for further comments

  • RHA - TrueConnect

    RHA Audio to brytyjska firma z siedzibą w Glasgow, zajmująca się produkcją słuchawek. Kupując produkty RHA możemy się liczyć z gwarancją dobrego dźwięku, jakością wykonania i designem. Do tej pory miałam okazję słuchać przewodowe modele tej marki, np. RHA MA 750.     Kilka dni temu dzięki audiomagic.pl dostałam do testów słuchawki bezprzewodowe RHA Trueconnect.    W komplecie otrzymujemy:    - słuchawki    - etui, które pełni role ładowania    - kabelek USB – USB „c”    - komple

    M@rgot
    [email protected]
    Słuchawki

    Rotel CD11 & A11

    Starsi czytelnicy zapewne pamiętają „Hibernatusa” - świetną komedię z … 1969r. z Louisem de Funèsem. To przeurocza historia Paula Fourniera, który  po ponad półwiecznej „hibernacji” w bryle lodu zostaje odmrożony przez sztab lekarzy, a po wybudzeniu umieszczony w „archaicznym” otoczeniu pozwalającym uniknąć mu tzw. szoku cywilizacyjnego. Gdyby powyższą fikcję przenieść w nasze czasy i ową hibernację skrócić do dajmy na to dwudziestu - dwudziestu pięciu lat, to urządzając lokum dla takiego Hibern

    Fr@ntz
    [email protected]
    Systemy

    WM Fono - tradycja łączona z nowoczesnością. Wizyta w tłoczni płyt

    Czwartkowy dzień to wyjątkowe dla nas wydarzenie, które można określić jako "spotkanie z muzyką",  przy czym nie z taką muzyką, jaką sobie wyobrażamy. Firma z tradycją w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale co istotne - jednocześnie łącząca nowoczesność - zaprosiła Magazyn AudioStereo, by podpatrzeć produkcję płyt z muzyką. Nie byle jakich płyt - bo płyt winylowych, które od pewnego czasu przeżywają swoją drugą młodość i słusznie. Do WM Fono zaproszeni zostaliśmy wraz z prezesem D. Skrzypcza

    AudioRecki
    AudioRecki
    Reportaże

    Audio-Technica ATH-SPORT7TW

    Choć za słuchawkami mówiąc najoględniej nie przepadam, używam nad wyraz sporadycznie i tak naprawdę sięgam po nie jedynie z konieczności czy też musu wynikającego z tzw. okoliczności przyrody, jednocześnie mam świadomość, iż to właśnie dzięki nim zdecydowanie łatwiej, szybciej i przede wszystkim taniej można osiągnąć iście ekstremalną jakość dźwięku. Niemniej jednak, dziwnym zrządzeniem losu i na przekór logice, uparcie wolę walczyć z materią w systemie stacjonarnym, aniżeli pójść na skróty i za

    Fr@ntz
    [email protected]
    Słuchawki

    SHAFT 2019 - Soundtrack już niebawem.

    Film Shaft można uznać za klasykę samą w sobie. Pierwszego Shaft'a na podstawie powieści Ernesta Tidymana oglądało praktycznie kilka pokoleń, za każdym razem z nie mniejszym zainteresowaniem i uznaniem. W pierwszym filmie zachwycał nie tylko obraz ale i muzyka, którą stworzył Isaac Hayes. Muzyka wyjątkowa, która w pełni oddawała i oddaje do dziś klimat tamtych lat, a takie gatunki jak soul czy rytm and blues wręcz urzekały nawet osoby nie słuchające tych gatunków. Kolejny SHAFT z 2000 roku nie z

    AudioRecki
    AudioRecki
    Muzyka
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.