Jump to content
IGNORED

Wayne Shorter, Marcus Miller, Jimmy Cobb - Torwar


mikowaj

Recommended Posts

mikowaj

 

Właśnie chciałem założyć ten wątek!Ja byłem.

Pierwsze wrażenia,za długi koncert.Ja byłem zmęczony 5 godz. muzyki.Dwa sety by wystarczyły.

Zespół Shortera zaczął jakby nieśmiało,póżniej z każdym utworem rozkręcał się,piękna intelektualna muzyka.W grze lidera brakowało mi solówek.

Band Millera zagrał całkowicie przewidywalną,plastikową muzykę wykonaną superprofesjonalnie.

Na koniec sama poezja , zespół Jimmy Cobba czyli wskrzeszenie legendarnej sesji Kind of Blue.

Piękne złociste brzmienie trąbki W.Rooneya i potężny bas Bustera Williamsa.

Myślę,że koncert nic by nie stracił gdyby nie było Millera.

Tego wieczora duch Milesa krążył nad Torwarem.

Link to comment
Share on other sites

No to i ja coś napiszę od siebie.

Koncert rzeczywiście długi. Co prawda dla mnie mogliby grać jeszcze z 5 godzin, ale byłem w towarzystwie dam i pod koniec trza było je co 5 minut budzić.

Przy okazji to ciekawe pytanie dlaczego Adamiak decyduje się na opakowywanie występów poszczególnych artystów w pakiety na zasadzie wszystko albo nic? Generalnie wydaje mi się, że trochę jesteśmy na tym stratni, biorąc pod uwagę, że w takich maratonach muzycy muszą się trzymać grafiku, więc np odpadają często bisy. Jak w przypadku Shortera, który wydaje mi się chciał bis zagrać, ale Adamiak mu nie pozwolił.

 

Teraz muzyka. Shorter wbił w diablo niewygodne siedzenie. Zupełnie odpłynąłem na pierwszej części. Muszę powiedzieć, że koncert Shortera był absolutnie priorytetowy. Występ tego Pana był u mnie na tapecie już od jakiegoś czasu. Szczególnie, że swojego czasu poszła plota, że artysta nie zagra już nigdy poza granicami stanów. Rozczarowania nie było.

 

Marcus Miller obudził we mnie mieszane odczucia. Z jednej strony wszystkie kawałki doskonale znane z płyt Davisa, wykonane perfekcyjnie. Chłopcy garściami czerpali z klasycznego składu. Saksofonista kropka w kropkę jak Kenny Garrett. To zrobiło duże wrażenie. Z drugiej jednak strony odniosłem wrażenie, że górę bierze tutaj forma nad treścią. Trębacz wijący się przy dźwiękach instrumentu sprawiał wrażenie jakby starał się na siłę upodobnić do mistrza. Również podskakujący saksofon, o rzucaniu pałeczek przez perkusistę nie wspominając. Wyszło trochę sztucznie. No, ale widownia wyraźnie przyszła na Millera. Po tej części ludzie zaczęli stadnie wychodzić.

 

Ostatni Cobb. So What trochę drętwo, ale tradycyjnie z czasem chłopcy się rozkręcili i poszli pełną parą. Łezka się w oku kręciła, że można tego materiału posłuchać na żywo. Palce lizać. Tutaj też by wyraźne były elementy teatralne. Panowie ubrani jak za starych dobrych lat w garnitury. Muzycy odchodzący w cień podczas solówek partnera. Do tego maniera odchodzenia od mikrofonu jeszcze na parę taktów przed końcem improwizacji. W przeciwieństwie do Millera jednak tutaj wszystko wyszło nad wyraz autentycznie i klimatycznie.

 

Podsumowując można powiedzieć, że prawdziwa uczta. Widownia dopisała, chociaż fakt, że od godziny 23 ludzie tłumnie wychodzili z sali, trochę mnie zirytował. Ciekawe jak Ci ludzie by się czuli gdyby grali przed "uciekająca" publicznością. Rozumiem, że późno, ale jeśli kogoś ta muzyka nie interesuje to mógł nie przychodzić. Albo przyjść tylko na Millera. No właśnie kolejność występów. Miller powinien być ostatni, wiadomo było, że większość przyszła na funky.

Trochę też zabawne jest, że Shorter nie przejął się charakterem imprezy i zagrał swój materiał.

Ogólnie jednak - BOMBA.

Link to comment
Share on other sites

Witam;

 

Mam trochę odmienne zdanie w porównaniu do prezentowanych opinii powyżej. Shorter prima sort, Miller nie zawiódł i grał swoje tak jak robi to od lat, z tą sama choreografią i chwytami scenicznymi. Na korzyść przemawia fakt, iż pewnie po raz pierwszy od kilku lat zaprezentował chyba cały materiał z Tutu. Nota bene, ile to już lat? Dwadzieścia?

 

Moje odmienne zdanie dotyczy przede wszystkim ostatniego zespołu. Finałowy set to było jakieś horrendalne nieporozumienie. Ja rozumiem, że perkusista "oryginalny" z sesji Kind of Blue. Ale jednak w przypadku tego pana to już pieśń przeszłości. Delikatnie mówiąc, nie zachwycał grą (oczywiście rodzi się pytanie dlaczego pięćdziesiąt lat temu zagrał tylko w części sesji).

Pianista tego combo wypadł z zupełnie innej beczki. Ta ilość swingu przesłodziła interpretację materiału, zacierając kompletnie ducha płyty.

Duo saksofonowe nie porywało totalnie, Roney na trąbce próbował jak mógł zatrzeć złe wrażenie po kolegach ale chyba nie był w najlepszej formie (porównajcie nagrania ze wspólnego nagrania z Davisem w Montreaux).

Generalnie nie dziwię się, że sala pustoszała w postępie geometrycznym. Nie wszystko się da zrzucić na karb późnej godziny. Zwłaszcza, iż można się było spodziewać takiej pory skoro prezentowane są trzy zespoły. Najzwyczajniej ludzie nie dawali rady tego słuchać. Sam dotrwałem do końca resztką sił wciąż mojąc nadzieję, że może panowie mnie czymś zachwycą. Niestety, na próżno.

Link to comment
Share on other sites

Ej, bez przesady.

Chłopcom zajęło chwilę, żeby się rozkręcić, ale później dawali, że hej.

Wydaje mi się, że wystarczyło na chwilę zapomnieć o wykonaniu tych utworów znanym z płyty. Wiadomo, że to jest dość szczególne nagranie, ze względu przede wszystkim na dobór artystów. Nikt już nigdy nie zagra tego materiału tak jak to znamy z płyty i nie należy tego oczekiwać.

Natomiast, mogę się założyć o połówkę wyborowej, że publiczności nie uciekała ze względu na jakość występu. Czekając w przerwie na dalszy ciąg występu podsłuchałem kilka osób nerwowo patrzących na zegarki. Wyraźne były głosy typu "siedzimy do 10 po 11", zanim ostatni koncert się w ogóle zaczął. Przeceniasz chyba jednak wyrafinowanie gustów stołecznej publiczności.

 

Millera nigdy wcześniej nie widziałem na żywo, nie jest to dokładnie to co lubię najbardziej. Mam zatem pozycję osoby nie przyzwyczajonej do typowej choreografii zespołu i mogę powiedzieć, że nie podeszła mi.

 

Gdyby Miller grał ostatni to bym się zastanawiał czy nie urwać się przed ostatnim występem (nigdy w trakcie) i byłbym całością zupełnie usatysfakcjonowany.

Link to comment
Share on other sites

Rozumiem ale podtrzymuję swoje zdanie. Koncert na wskroś jazzowy, występują trzy zespoły. Naiwnością było myśleć, że zagrają po 45 minut i cześć. Przecież jazz jest nieobliczalny. Improwizacji jazzowej nie da się zamknąć w karby czasu. No chyba, że to nagranie płyty jest.

 

Jedyne sprostowanie. I przeprosiny Cobba z mojej strony. Pomylił mi się z Evansem. Jimmy Cobb grał podczas całej sesji

Link to comment
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.