Jump to content

Opinie o płytach

1056 opinie płyty

Megadeth - Youthanasia

    "Youthanasia" - szóski studyjny album formacji MEGADAVE, ups... MEGADETH. Wydany 01.11.1994, czyli za osiem dni obchodzi swą 29-letnią rocznicę. Dysponuję kasetą magnetofonową z epoki oraz płytą CD zremasterowaną w 2004 roku z pakietem dodatkowych utworów. W planach mam zakup wersji winylowej.     Po krótce opiszę historię jak rozpoczęła się moja przygoda z tym albumem. Otóż był rok 1995 i wraz ze swoim ojcem odwiedziliśmy rodzinę z Włocławka. Mieszkał tam mój starszy o trzy lata kuzyn Rafał. Kilka lat wcześniej (rok 1991) podarował mi czapkę typu "dżokejka" - czarną z miękkiego aksamitnego/pluszowego materiału z naszywką "Metallica" i ilustracją kostuchy z kosą w dłoni. Od tamtego czasu stałem się metalem. Odwiedzając wtedy rodzinkę był to początek lutego i urodziny kuzyna. Nie mieliśmy dla niego prezentu. Zatrzymaliśmy się we Włocławku przy sklepie płytowym przy ulicy Chopina. Był tam taki kiosk, którego boczne witryny wypełnione były potężną ilością kaset magnetofonowych. Patrzyłem i nagle mym oczom ukazała się dziwna okładka. Była na tyle ciekawa i intrygująca, że poprosiłem sprzedawcę aby podał nam ją. MEGADETH "Youthanasia". Zespół mniej-więcej znałem, ale nie miałem świadomości, że rok wcześniej wydał płytę. Kupiliśmy ją Rafałowi. Odtworzył ją w domu ze swojego dwukaseciaka z CD firmy Samsung. Nie byłem w tamtym czasie audiofilem i nie miałem pojęcia jak sprzęt Hi Fi/Hi END potrafi grać muzykę. Bardzo mi się wtedy podobało. Ten Samsung to był dość sporej wielkości boom-box z portem Bass Reflex z podbiciem wyższego basu. Miał prosty korektor suwakowy i można było ukręcić całkiem przyjemne brzmienie. Tak ta muzyka weszła mi wówczas w czaszkę i rezonowała wiele godzin, że postanowiłem i sobie kupić tę kasetę.     Jedno trzeba tutaj powiedzieć. Megadeth nie wydał słabej płyty. Wszystkie trzymają poziom. Oczywiście możemy się pospierać, które są TOP3 i dlaczego te, a nie inne, ale "Youthanasia" jest u mnie w pierwszej trójce.     Dlaczego? Uzasadniam. Gra tutaj mój ukochany gitarzysta niewielkiego wzrostu, ale wielkiej wrażliwości artystycznej - Marty Friedman. I to po dziś dzień słychać. Ta melodyjność. Nie tylko w jego solówkach, ale i w sekcjach rytmicznych. Obaj z Mustainem spędzili setki godzin pogrywając, tworząc. Energia Marty'ego siłą rzeczy musiała przejść na Dava. I mamy to od samego początku. Utwór nr 1 "Reconing Day". Rozpoczyna się nawet thrashowo, ale za chwilę wchodzą powerchordy świadczące, o tym, że kompozytor utworu nie jest typowym rzeźnikiem dbającym o perfekcyjnie naostrzoną krawędź tnącą w swoim toporku, po czym zabiera się za beztroskie, miarowe, ale uczciwe rąbanie. Wchodzi solo gitarowe. I od razu od "pierwszego strzała" słychać wpływ muzyki bluesowej, granej w oryginalny sposób. Marty już w tamtych latach miał swoją wizję grania solówek, frazowania, budowania zdań muzycznych, opowiadania historii. Przepiękna melodia, progresja akordowa nietypowa jak na thrashmetal. Melodyjna solówka. Oj, przepiękna jest ta solówka. Mamy za chwilę spowolnienie. I te kilkanaście sekund mi wystarcza. To przejście harmoniczne. To mi w zupełności wystarcza. Już jestem namaszczony pozytywną energią i będę to nucił przez kolejne 2-3 godziny. Kolejny utwór to "Train of Consequences". Cenię go zarówno za walory rytmiczne, sposób grania riffu gitarowego oraz za przekaz. Kojarzy mi się z historią życia, która jest płynna jak jadący pociąg. Interpretuję to podobnie do wizjonerstwa Zbigniewa Hołdysa, wg którego życie to jadący pociąg, do którego ludzie wsiadają i wysiadają. Pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji. Kilku ludzi wychodzi z przedziału i wagonu. To śmierć. Naturalna kolej rzeczy. Bardzo dobry riff i świetna pryma grana na gitarze basowej Davida Ellefsona. Tak - basista robi na tej płycie kawał dobrej uczciwej roboty. Utwór bardzo skoczny. Jak to moja córa mówi - "Tato, BUJA!". Wchodzi refren i zaczyna się ciekawa progresja akordów i potem znowu zwrotka. Skoczność niesamowita. Mnie ona przypomina wczesne albumy Rage Against the Machine, kiedy się skakało i kiedy to w połowie lat 90-tych otrzymałem ksywkę "Kangur/Kangie". Wchodzi solo gitarowe. Wibrato niespokojne, szalone. Charakterystyczne dla Marty'ego akcenty, kostkowanie i gra absolutnie nie "na kwadratowo". Harmonijka ustna i bluesowe solo przypomina stare albumy Joe Satrianiego typu "The Extremist" czy "Flying in a Blue Dream".     Trzeci utwór "Addicted to Chaos". Zaczyna się wolno, miarowo. Prosty rytm. Wchodzi refren i mamy w końcu melodię. Mustaine śpiewa bardzo wysoko. Ciekawe czy dzisiaj na koncertach tak wyciąga "górę"... Drugi refren w innej tonacji - dopełnia całości. Wchodzi solo gitarowe, grane na pickupie przy gryfie. Ciepła barwa i małą ilością gainu. Słuchać doskonale wpływ drewna w gitarze elektrycznej, czyli coś, czego bez liku wszyscy gitarzyści poszukują i jak już odnajdą, to w tym już siedzą i nie zwiększają niepotrzebnie "gain" we wzmacniaczu gitarowym czy też we współczesnej wtyczce "plug-in". Utwór idealny to tras samochodowych.     Okładka płyty już wtedy budziła podejrzenia i skrajne emocje. Nie wszędzie ten wspaniały i niepokojący obraz został pozytywnie odebrany. Sprzedaży albumu zakazano w Singapurze i Malezji. Władze tych państw określiły okładkę mianem "oszczerczej".     Skoro jestem przy ograniczeniach, wypada wspomnieć, że emisja teledysku do "A Tout Le Monde" została wstrzymana przez stację MTV. Przyczyną był tekst niby to nakłaniający do popełnienia samobójstwa. Utwór dla mnie bardzo ważny w twórczości zespołu. Dowiadujemy się, że Mustaine zna język francuski, posługuje się nim dość sprawnie i przede wszystkim jest emocjonalnym gościem. Pod pancerzem thrashmetalowca mamy do czynienia z miękką tkanką i wrażliwością. O takich sprawach można śpiewać, ale śpiewać w ten sposób? Na koncertach widać na twarzy lidera zespołu radość, szczęście i zawodowe spełnienie. Solo gitarowe. Cały Marty Friedman! Potem grane są solówki w duecie w interwale nie napiszę jakim, bo nie chcę wprowadzać Was w błąd. W końcu kiedyś w podstawówce oblałbym piątą klasę z muzyki. 😉 Kończy się lirycznie. Utwór p.t. "Blood of Heroes" - dobry wstęp, taki rycerski, filmowy. Potem standardowy MegaDave.  😉 Solo Friedmana - w końcu z użyciem bestialsko kwaczącej kaczki typu Dunlop "Cry Baby". Utwór nr 8. "Family Tree". Na dzień dzisiejszy mój ulubiony z tej płyty. Złapałem się na tym, że refren nucę w samochodzie, w Lidlu, Biedronce.     "Let me show you, how I love you It's our secret, you and me Let me show you how I love you But keep it in the family tree..."       Utwór nr 9. - tytułowy - "Youthanasia" hipnotyzuje. Początkowo wolne tempa, partie gitarowe grane delikatnie, subtelnie. Potem wchodzi szybkość, dzikość. I ten niesamowity bas Ellefsona. Skaczę, skaczę, skaczę... Oby nie z dachu 11-piętrowego budynku! Należy pamiętać, że Youthanasia to nie eutanazja. Czy to coś związanego z młodością? Z odpowiedzią na to pytanie zostawię Was samych.      Moje ulubione utwory z tej płyty to: - Addicted to Chaos - Family Tree - Black Curtains - A Tout Le Monde - Train of Consequences.      Dźwiękowo? Remaster na CD - średnio. Z taśmy na średnicy przyjemniej, tylko słaba góra. W końcu kaseciak. Chyba kupię na winylu.       Przesłanie: o życiu, wojnie, jej konsekwencjach, polityce, niesprawiedliwości na świecie, buncie i miłości człowieka do człowieka, idei. Dla mnie to najważniejszy album tej formacji, bo mój pierwszy. Od niego zaczęła się przygoda życia z MEGADAVE, upsss... MEGADETH.

Illusion - Anhedonia

    Grupę Illusion poznałem w latach 90-tych ubiegłego stulecia. Mój kolega Tomek eksperymentował, pożyczał od innych kumpli kasety i u niego poznawałem "nowości". Ja brnąłem w gitary i granie Metalliki, Iron Maiden i Judas Priest, miejscami Black Sabbath, a Tomasz poszerzał nasze horyzonty muzyczny.     "Anhedonia" to równe 40 minut muzyki i  szósty studyjny album zespołu.  Kupiłem go w roku wydania czyli jakoś w 2017 roku. Sięgam 2-3 razy do roku.     Co oznacza słowo "Anhedonia"? Otóż wg Wikipedii:     Cyt. "Anhedonia to brak lub utrata zdolności odczuwania przyjemności (zarówno zmysłowej, cielesnej, jak i emocjonalnej, intelektualnej czy duchowej) i radości. W tym drugim przypadku chodzić może o bardzo zróżnicowane sytuacje takie jak radość wynikająca ze spotkania z bliskimi, wykonywania ulubionych do tej pory czynności czy ogólną radość życia. Jest jednym z kluczowych objawów pomocnych przy diagnozowaniu depresji. Występuje również (jako objaw negatywny) w przypadku schizofrenii oraz niektórych innych zaburzeń psychicznych. Anhedonia zaburza funkcjonowanie społeczne, ponieważ otoczenie nie potrafi odczytywać stanów emocjonalnych osoby cierpiącej na to zaburzenie. Anhedonii towarzyszą przeważnie inne objawy, jak spłycenie afektu, brak spontanicznego wyrazu takich emocji, jak radość, gniew, żywiołowość. Wyrażane w anhedonii stany emocjonalne są „zszarzałe”, o zbliżonym kolorycie i podobnej ekspresji."     Czyli termin ten dotyczy znacznej części społeczeństwa. Sam zastanawiam się czy czasami mnie dotyczy, chociaż swoje emocje potrafię wyraźnie wyartykułować, czyli być może to wyklucza mnie z grona cierpiących na to schorzenie. Ale nie o mnie ta recenzja, a o płycie.     Mamy tutaj mocno obniżony strój gitary. Stroją się wg mojego ucha do Ais, czyli pół tony wyżej niż A. To sporo. Gitara rytmiczna brzmi prawie jak gitara basowa z przesterem. Jest mrocznie, smutno, depresyjnie. Muzycy podczas tworzenia albumu mają ok. 50 lat. Wiedzą, że już im bliżej niż dalej do spotkania z Bogiem lub Szatanem. Ciekawostką jest gościnny występ zadeklarowanego Katolika -  Roberta "Litzy" Friedricha z Luxtorpedy, a kiedyś z Acid Drinkers. Śpiewa wspólnie z zagorzałym i zadeklarowanym ateistą Tomaszem "Lipą" Lipińskim. Ciekawe to połączenie. Chodzi o utwór „Śladem krwi”.     Skomplikowane połamane rytmy. Mamy tutaj do czynienia nawet z metrum 11/8 w kawałku "Niby". Przekaz jest bardzo mocny. Tak jakby to znak naszych czasów, powiedzmy już od 2001 zdarzające się zamachy terrorystyczne, zwłaszcza w miejscach pełnych ludzi. "Kto jest winien" traktuje właśnie o ofiarach zamachów, wybuchających min, bomb. Obrazy zakrwawionych ludzi, dorosłych, dzieci. "[...]a gdybyś tak utracił dziecko swe[...]" oraz "[...]i gdybyś z bólu wyrzygiwał krew[...]"). Może nie ma co się poddawać? Może trzeba powalczyć, wyjść ze strefy komfortu? Mocne, mroczne, głębokie, smutne do szpiku kości. W tle świetne chórki, krzyki. Słuchając w nocy w ciemności można nieźle odpłynąć.     Kolejny utwór "Okruchy udręki". Jakbym słyszał tam skrzypce brzmiące jazzowo, ale to chyba taki efekt gitarowy. To utwór o nas samych - społeczeństwie, gniewie na polityków, społeczeństwo, polityków umywających ręce i nie biorących odpowiedzialności za swoje "ruchy". Jest tutaj trochę ze starego dobrego Illusion, ale czuć pewnego rodzaju świeżość. W utwór nr 4. "Od zawsze donikąd" mamy do czynienia z melorecytacją. Przerażający ton głosu, wręcz wystrasza. Z kolei w kawałku "Tchórz" mam coś z "Folwarku Zwierzęcego" George Orwella, zabawa dialogiem, odrobina groteski nie przeszkadza w odbiorze emocjonalnym utworów. Wszystko pasuje tutaj do siebie.     Kiedyś chłopaki opowiadały o przemocy lokalnej, tej na ulicy i w domu. Z czasem gdy odrobinę dorośli spojrzeli na tę przemoc szerzej i widzą ją z szerszej perspektywy, tak jakby wejść na Sky Tower we Wrocławiu na ostatnie piętra i obserwować miasto mędrca szkiełkiem i okiem. Z drugiej zaś strony mądrzy ludzie mawiają, że mężczyzna dojrzewa tylko przez pierwsze 4 lata życia, a potem już tylko rośnie. Pewnie coś w tym jest.     Ponoć zespół gra na koncertach "Anhedonię" od deski do deski, podobnie jak to było z płytą "Opowieści" i w roku 1971 kiedy polski zespół Klan grał "Mrowisko" urozmaicając przekaz cudownym przedstawieniem baletowym.     Pod koniec płyty znajdziemy utwór o uchodźcach, jak to szukają dla siebie schronienia i lepszego jutra, pozostawiając wszystko na swoich starych śmieciach, do których powrotu już nie ma. Pozostały jedynie wspomnienia, oby tylko te dobre, ale jak znamy życie, dramatyczne i smutne obrazki pozostają w naszych głowach na zawsze, pomimo największych starań wszelakiej maści psychoterapeutów, którzy robią co mogą aby pacjent godnie żył. To jest zabieg metaforyczny,  bo ci uchodźcy to my wszyscy. My wszyscy szukamy swojego miejsca na ziemi, czy to w nowej pracy, czy to w nowych związkach partnerskich czy też zmieniając miejsce zamieszkania żeby zapomnieć o przeszłości i zacząć życie od nowa.     Dzieło kończy utwór "Zanurzam się", delikatniej zagrany, tak jakby emocje miały już opaść. Niestety nie tędy droga. To nadal smutny utwór jak poprzednie, osobiste wyznanie artysty cyt. "[...]a chłopiec stoi tak jak stał, choć świat nie zmienił się jak chciał, zanurza się w czystej wodzie[...]".     Płytę oceniam dość wysoko ze względu na mocny przekaz, niebanalną treść, bogactwo brzmieniowe, dociążenie i tzw. "mięso" z gitar. W dodatku solidnie przygotowane wydawnictwo - okładka z grubego kartonu powleczonego matowo-błyszczącym powlekanym papierem, wewnątrz szyta po introligatorsku książeczka. Brawo! Tak wydane płyty kompaktowe lubię kupować i nie szczędzę na nie grosza.

Metallica - ...And Justice For All

    Płyta "...And Justice for All" Metalliki obchodziła niedawno swoje 35-lecie istnienia. Od momentu wydania napisano na świecie kilkaset, jeśli nie więcej recenzji. Zatem skupię się na własnych doświadczeniach i przygodach związanych z tym albumem. Był to czas mojej szkoły podstawowej. Metalliką zaraził mnie mój starszy kuzyn, który mieszkał w tamtym okresie we Włocławku. Podarował mi czapkę z daszkiem tzw. "dżokejkę" koloru czarnego z naszywką na przedniej części. Materiał czapki był gruby i miękki, jakby welur albo inny plusz. Podarował mi również kasetę magnetofonową, która jak się po czasie okazało zawiera niekompletny materiał. Niektóre solówki zostały obcięte. Dopiero po latach, gdy kupiłem sobie wersję na CD dotarło do mnie ile ciekawych solówek mnie ominęło. Można uznać, że od tego albumu zaczęła się moja przygoda z Metalliką i grą thrash metalu na gitarze elektrycznej.      O czym jest ten album? O sprawach ważnych. O niesprawiedliwości na świecie, buncie człowieka, sile pieniądza, wojnach, ich konsekwencji wobec człowieka - pojedynczej jednostce. Taki choćby utwór "One", opowiada historię Johnnego, który poszedł na wojnę, wdepnął na minę i urwało mu wszystkie członki ciała. Została jedynie głowa, ale wzrok, słuch i mowa odmówiły posłuszeństwa. W jakiś bliżej nieokreślony sposób prosi lekarzy o eutanazję, bo zwyczajnie ma dość takiego życia. A ci odmawiają mu tej "przyjemności". Ciekawe efekty są na koncertach. Gdy Hetfield wykrzykuje "Landmine has taken my sight!" tuż po słowie "landmine" następuje wybuch, wielkie uderzenie. Efekt jest piorunujący. Po raz pierwszy doświadczyłem tego 1 czerwca 1999 r. na koncercie Metalliki w Warszawie na Stadionie Gwardii. Zagrzewał Mercyful Fate. Niezapomniane przeżycia. Jeśli lubisz twórczość tego zespołu i zżyłeś(aś) się z Metalliką, a nie byłeś(aś) nigdy na koncercie, to namawiam żeby nadgonić te zaległości. Inaczej się nie da. Systemy audio nawet te najbardziej "wypasione" nie są w stanie przenieść tej energii, tego dynamitu i wygaru. To trzeba przeżyć na żywo, oczywiście znajdując sobie jakieś dobre miejsce na płycie, ewentualnie na krzesełkach. Utwór tytułowy traktuje o systemie sądownicznym w USA, kiedy to przewagę ma ten, który ma pieniądze. Biedny człowiek, nawet gdy jest niewinny, okaże się ofiarą. Hetfield śpiewa o tym. Nie zgadza się na taki stan rzeczy. W jego głosie słychać smutek. "Harvester of Sorrow" jest o normalnym zwyczajnym człowieku, który żyje sobie stabilnie, pewnie ma rodzinę, dzieci, pracę. Ale w końcu pojawia się w jego życiu znudzenie, monotonia i jego mózg zaczyna szwankować. Wpada w szał i robi demolkę dookoła i zaczyna mordować innych ludzi. Mógłbym tutaj każdy utwór brać na tapet i próbować interpretować o czym on jest. Jako dzieciak siadałem ze słownikiem angielsko-polskim / polsko-angielskim, teksty miałem z książeczki, kupionej w sklepie płytowym we Wrocławiu, przy ulicy Kołłątaja. Sklep od dawna nie istnieje, a ja już nawet jego nazwy zapomniałem. O! Melissa - przypomniał mi na WhatsAppie kolega.     Jeśli chodzi o kwestie czysto instrumentalne i co ja o nich myślę. Płyta brzmi surowo, garażowo, ale dość czysto "technicznie". Partie gitary basowej wyciszono. Słuchać doskonale riffy gitarowe, perkusję i wokal. Bębny brzmią głęboko, brutalnie. Przy głośnym odsłuchu jest uderzenie i mlaśnięcie, akurat takie jakie lubię. Oprócz sprawy oczywistej jaką jest treść i przekaz utworów ważną rolę odgrywa tutaj kostkowanie na gitarze. Riffy, ich ilość, ich sposób grania, atak, stłumienie struny i ponowny atak. Kostkowanie tylko z góry, od dołu czy też kostkowanie naprzemienne - wszystko tutaj jest przemyślne i zagrane idealnie. Bez gitarowej kostki/piórka/ang. "pick" to by się nie udało. Mark Knopfler i jego gra palcami nie miała by tutaj racji bytu. Wszystko wykostkowane jest perfekcyjnie, w punkt, na czas. To bardzo ważne. Thrash metal polega właśnie na tym rytmie i szaleńczych tempach gitar. To właśnie sprawiło kiedyś że zachciałem sam tak grać na gitarze. Nie ma sukcesu jeśli zagrane zostanie to od niechcenia, a już na pewno porażką jest granie nierówno. Grane jest tutaj równo, perfekcyjnie. Ta muzyka wprawia nie tyle w osłupienie, ale powoduje, że słucham tej płyty od początku do końca. Wczoraj wraz z córą wysłuchaliśmy w skupieniu cały utwór "One" na dość dużej głośności. Chyba po raz pierwszy doświadczyła tego uderzenie, bo żywo reagowała na perkusję i riffy. Ja uderzałem dłońmi w swe uda, chwaląc się córce na koniec że to wszystko kiedyś grałem na gitarze, wraz z solówkami. Córka na to "To zagraj proszę teraz". Tak, teraz, już to widzę.     To jedna z najważniejszych płyt Metalliki. Jest spójna, jest o czymś ważnym. Są mankamenty w postaci wyciszenia śladów gitary basowej. Ale tak musiało chyba być. Jason Newsted musiał wiedzieć gdzie jego miejsce w szeregu i być może był to dla niego sprawdzian. Inny muzyk spakowałby manatki i powiedział "Bye bye", ale on hardo parł do przodu i wierzył, że kiedyś będzie się liczył w tej formacji. Przeliczył się. Zawsze czuł się jak to piąte koło u wozu. Na jego miejsce wszedł Robert Trujillo, który na samo wejście do składu przygarnął 1 000 000 $ amerykańskich - czyli prezent od członków zespołu na dzień dobry.

Metallica - 72 Seasons

   "Nadejszła wiekopomna chwila" napisać kilka słów o najnowszym albumie Metalliki, który ukazał się w kwietniu 2023 roku. Single były dostępne w listopadzie zeszłego roku, ale przyznaję, że wtedy ich nie słuchałem. Natomiast popisaliśmy trochę w wątku w Dziale Muzyka "Wybitne udane metalowe albumy" i zdania były podzielone. Jedni karcili, inni chwalili.     Czym różni się ten album od kultowego pierwszego albumu tej formacji wydawanego 40 lat wcześniej? Tytułu nie podaję, bo wierzę, że czytelnicy znają i kochają. Jeśli porównać zawartość tekstową czyli przekaz, to chyba wszystkim się różni. Wtedy jako dwudziestolatkowie muzycy podążali za swoimi demonami, sięgali po Księgi Biblijne, opisywali swoje sny, traumy oraz rzeczywistość. Buntowali się jak wszyscy młodzi, zagrzewali swoich fanów do szaleńczych tańców, skoków ze sceny w tłum, skoków do ognia, wygibasów, a nawet dosłownie do roztrzaskiwania głów (mózgu) o scenę. Dzisiaj po 40 latach i po bardzo długich i drogich terapiach psychologicznych muzycy nie obawiają się już niczego. Znają dobrze swe demony i wiedzą jak je ujarzmić. Stąd też zapewne pomysł na tytuł płyty "72 sezony".     Można uznać że to 72 pory roku, podobnie jak u Mistrza Vivaldiego - pradziadka wszystkiego, co do tej pory osiągnęła jedna z największych możliwych sztuk abstrakcji dla człowieka, czyli MUZYKA. Można by pomyśleć, że Hetfield z Ulrichem przy wsparciu Hammetta i Trujillo nawiązują, bądź też rywalizują czy powiedzmy nawet flirtują z  Vivaldim, ale tak nie jest. 72 sezony oznaczają pierwsze 18 lat życia człowieka,  czyli najważniejszy okres w kształtowaniu jego świadomości, odbioru świata i ludzi, czyli ogromny niezaprzeczalny wpływ rodziców, opiekunów, babć, dziadków, nauczycieli, księży, mówiąc krótko - dalszych i bliskich, którzy na co dzień przebywają z dzieckiem i je wychowują. Jak wiemy jest to często temat psychoterapii, cofanie się do okresu dzieciństwa i poszukiwanie przyczyn naszego zachowania, naszych reakcji, rozpoznanie przyczyn naszych emocji i zrozumienie dlaczego coś nas martwi, wyniszcza od środka. Tak to z grubsza wygląda.      Zacznę nietypowo - od perkusji, nie gitary. W końcu dobrze, a nawet bardzo dobrze nagrana perkusja. Abstrahując od techniki gry Larsa, który w światku perkusyjnym nie uchodzi za wybitnego technicznie gracza - brzmi to rewelacyjnie. Zarówno werbel, stopa, tom tomy, hi-hat i blachy typu: china, ride, crash - brzmią bardzo dobrze. Jest to mlaśnięcie z bębna. Gitary wymuskane, niewiele mają zadziorności z brzmienia z pierwszych trzech płyt tego zespołu, ale tak się teraz robi brzmienie. Doskonale słychać gitarę basową, nie to co na "...And Justice for All", kiedy to zrobiono psikusa Jasonowi Newsted i wyciszono partie gitary basowej o dobre 6-8dB. Rytmicznie mamy tutaj spektrum 40-letniego doświadczenia pomijając właśnie "Kill 'em All" i "Ride the Lightning".     Bardzo dużo tutaj podobieństw z "Load", "Re-load" - utwór "You must burn" - rytm, chórki. To wszystko już kiedyś było. Słychać bezapelacyjnie klimat Black Sabbath, utwór "Chasing Light", kiedy to po kilku minutach odzywa się nagle riff z ich słynnego "Country Girl" granego przez niezmordowanego Tony'ego Iommi i śpiewanego przez Św.P. Ronnie James Dio, którego ta piosenka ponoć mocno dotyczy. Kto spotkał na swej drodze taką Country Girl - ręka do góry! Ale uczciwie. Ja spotkałem. I nadal pozbierać się nie potrafię... Słyszymy podobieństwo z "Garage Days Incorporated" - utwór "Lux Eterna".     W tym miejscu muszę podkreślić, że uważam, że kombinacja riffów i pomysły gitarowe są bardziej złożone i ciekawsze w wykonaniu Dave Mustaine na ostatniej płycie MEGADETH "The Sick, the Dying... And the DEAD!". Uczciwie to muszę napisać. Dave zawiesił sobie poprzeczkę wyżej. Poziom skomplikowania, tempa, szybkość, atak - tutaj panowie z Metalliki przy Megadeth wychodzą na dziadków, ale zadbanych - takich jak powiedzmy Mick Jagger czy Keith Richards, którym jeszcze dużo się chce i są pełni życia. Dziadków bez dużego brzucha, z dobrą formą fizyczną. Nie są ospali, nie są powolni, ale widać, że trochę unikają tego największego ognia, dzikości i wściekłości na scenie. Ale to dopiero można dostrzec słuchając na przemian tych dwóch albumów.     Kirk Hammet robi tutaj dobrą, a może nawet tylko poprawną robotę. Niczym szczególnym tutaj nie zachwyca słuchacza. Standardowo kaczka Wah, Whammy legata i ukrywanie - tak jak większość gitarzystów na świecie - pewnych własnych ograniczeń prawej ręki (jeśli oczywiście są praworęczni), jej kostkowania, ataku. Ale nie spodziewałem się innej gry. Technicznie do takiego Szweda Yngwie J. Malmsteena Kirkowi lata świetlne jeśli chodzi o stacatto, ale akurat tutaj Hammett wpisał się w klimat zespołu doskonale, a Malmsteen tak jak te 40 lat temu był, to nadal jest "przekozakiem", mającym ogromne trudności w odnalezieniu się zespole, ze względu na ciągłą chęć rywalizacji i pokazania kto jest najlepszy. Najchętniej grałby z automatami perkusyjnymi, ewentualnie ścigał na solówki z klawiszowcami. Nieustanne podbudowywanie własnego EGO. Przez tego "typa" moje gitary wiszą na hakach jak "Podwawelska" w mięsnym i patrzą się na mnie, a może nawet i szydzą sobie ze mnie. Odwiesiłem i nie gram, bo taki Malmsteen w kompleksy człowieka wprowadził. Na jakąś terapię wypadałoby pójść, ale przedtem chociaż odkurzyć i nastroić te gitary. Nadal gościa lubię i wciąż cenię za motorykę gry prawą ręką na gitarze. Nawet Vai i Satriani nie mają z nim szans. Tylko te swoje legata i efekciarstwo, ukrywając braki prawej ręki. Rzecz jasna pozwoliłem sobie tutaj na delikatną ironię. Muzyka to przecież nie wyścigi. Jednak w latach 80-tych było inaczej. Zabójcze tempa, drętwienie rąk u gitarzystów-amatorów, próbujących grać tak najlepsi z tego gatunku, zaciskanie zębów na wargach. Te czasy już nie wrócą. I zaznaczam - to nie jest nostalgia.      Dzisiaj granie w tym stylu odbierane jest inaczej, bo świat się zmienił. Dzisiaj mamy więcej bodźców wizualnych. Wszędzie kolory, wystrój sceny na najwyższym światowym poziomie, telebimy, kamery, drony. Tego jest od groma i trochę. Kiedyś to były zwykłe reflektory RED GREEN BLUE, prosta, skromnie wykonana scena, perkusja na starym dziurawym dywanie, wzmacniacze lampowe, zespół i muzyka. I rzecz jasna fani. Nie było ściemy. Trzeba było umieć ukręcić brzmienie, podłączyć, ustawić się na scenie. Dzisiaj wszystko robią ekipy techniczne. Zamiast wzmacniaczy gitarowych mamy "wtyczki", Kempery i symulacje wzmacniaczy. Efekty gitarowe włączają technicy albo nawet i komputery. Nawet można dzisiaj skorygować błędy wręcz w czasie rzeczywistym, albo dograć trudne ścieżki, żeby w razie tzw. "wtopy" nie było wstydu.     Ale wróćmy do albumu Metalliki. Albo nie. Na tym zakończę. Idę odkurzyć gitary. Może będzie mój Wielki Powrót...

Megadeth - The Sick, The Dying... and The Dead!

     Długo zbierałem się do napisania tej recenzji. Najbardziej korciło mnie porównanie ostatniego albumu Megadeth do najnowszego albumu Metalliki "72 Seasons". Kilka miesięcy temu bodajże w maju w Dziale Muzyka w wątku "Wybitne udane metalowe albumy" podpuścił mnie kolega @Drizzt i tak oto nadeszła chwila prawdy. Mojej prawdy. Zrobiłem sobie długą przerwę od słuchania tej płyty. Można uznać, że rok czasu nie słuchałem. Mowa oczywiście o tytule "The Sick, The Dying... and The Dead!". Wiadomo, że wykrzyknik musi być, jak to u naszego bohatera Dave'a Mustaine. Pamiętam dokładnie jego występ i wizerunek przy okazji koncertów Sonisphere Festival w Warszawie 16 czerwca 2010 na Lotnisku "Bemowo". Wystąpił w białej koszuli z długim rękawem. Na nadgarstkach miał założone "frotki" również koloru białego. Zapamiętałem jego specyficzną, dziwną barwę głosu. Wysuszona jak "Suszona Krakowska". Być może potęgowało ją nagłośnienie i związane z tym zniekształcenia. Płyta nagrana w Nashville w domu Mustaine'a. Zaprosił do współpracy gitarzystę Kiko Loureiro, perkusistę Dirka Verbeurena oraz basistę Steva DiGiorgio.     Pierwszy utwór i pierwsze skojarzenie to AD/DC. Barwa gitary (przester / distortion) nie ten sam, ale sposób gry przypomina mi bezapelacyjnie ten właśnie kultowy zespół. Dodajmy jeszcze jedną jedynkę i w utworze nr 11 mamy Metallikę - słynny riff z "...And Justice for All" utwór "One" motyw przez śpiewaniem słynnego: "[...]Darkness, imprisoning me All that I see, absolute horror[...]      Oczywiście nie jest to grane nuta w nutę, dźwięk w dźwięk. Ten sam riff, podobne tempo, to samo kostkowanie i akcenty. Inne powerchordsy.     Utwór nr 4 "Dogs Of Chernobyl" zaczyna się jak produkcje Vollenweidera z charakterystycznymi dzwoneczkami, następnie przeradza się stylowo w Nightwish. Za chwilę wchodzą charakterystyczne riffy rodem z początku lat 80-tych kiedy to Dave zaczynał pod skrzydłami Metalliki i wraz z Jamesem Hetfieldem grali diabelskie kompozycje w szaleńczych tempach. Tego trzeba samemu posłuchać. Ciężko opisać zagrany riff. Bez problemu można opisać jego budowę i konstrukcję, bo jest prosta jak budowa cepa. To zwykła kwinta, czasami grana z trzecim dźwiękiem - oktawą. Ale w thrashmetalu nie ma na to czasu. Szaleńcze, ultraszybkie tempa nie pozwalają na trójdźwięki. Grane są dwudźwięki. Chodzi mi o to, że ciężko opisać atak, artykulację i akcentowanie takich zagrywek riffowych. Najczęściej grane są uderzeniem z góry, ale często podrywa się je i wychodzi ciekawy efekt. Trzeba posłuchać. Dzisiaj rano jadąc do pracy słuchałem i podobało mi się. Stary dobry Megadeth. Utwór nr 3. "Night Stalkers" stare dobre łojenie z gościnnym występem Ice T.      O czym jest ta płyta? O tematyce wojskowej, wojennej, o wybuchu w Czarnobylu lub jak w Czarnobylu, opadzie radioaktywnym, jego wpływie na zdrowie i życie człowieka. O rozstaniu, o poszukiwaniu tej drugiej osoby, która odeszła. O umieraniu. Ogólnie o przemocy, o wyzysku, o gardzeniu drugim człowiekiem którego uważa się na gorszego, bo biedniejszy i po prostu że da się stłamsić bogatym i silnym. To pozorne bogactwo, bo pamiętajmy, że wraz z naszymi narodzinami niczego na świat nie wnieśliśmy i też odchodząc niczego stąd nie zabierzemy, nawet tego Nietzschego od tomików wierszy naszego zachodniego sąsiada. Jedyne co możemy, to zmieniać świat i wpływać na innych lub zwyczajnie wegetować zużywając cenny tlen i wydzielając CO2.     Instrumentalnie - niby nic nowego, to wszystko już było. Ale fani to lubią. Gdyby teraz załóżmy Dave sięgnął po bluesa i zagrał balladki jak Hetfield w "Load", to świat miałby o czym pisać. Że zrobił to dla pieniędzy, "tanie" granie, komercja. Wiadomo, Hetfield to zrobił, bo chciał. Taką miał wtedy ochotę. W tę stronę chciał iść i poszedł. Ale do thrashmetalu powrócił. Ciągnie wilka do lasu. Po latach mogłoby się okazać, że rozwój Dave'a poszedł w tę samą stronę co rozwój Jamesa. Ale tak nie jest. Dave trzyma poziom, stosuje inne riffy, kombinuje z rytmem, akcentami i wychodzi to bardzo dobrze. Mamy tutaj stary dobry Megadeth - utwór trzeci "Night Stalkers". Jeszcze raz go słucham.     Dodać należy, że przestery są jakby wygładzone. Od dawna mamy czasy gdy gitarzyści rzadko kiedy sięgają po swoje 50-100W lampowe heady i paczki 4x12", bo to problem. Kto uderzał w struny gitarowe na takim zestawie, ten doskonale wie jak trzepoczą i furgotają nogawki spodni. Ciężko to ujarzmić i poprawnie nagrać. Przypuszczam, że chłopaki poszły na łatwiznę i wszystko nagrały z wtyczek "plug-in'ów", Kemperów, ewentualnie innych Fractali wpiętych w linię. Do tego nie trzeba zrobionej akustyki, ale śmiem twierdzić, że Dave zadbał aby czasy pogłosu były w normie oraz pomieszczenie miało złagodzone swoje mody, co by nie było podbić i dołków rzędu 6-12 czy nawet i 20 dB. Ale tego nie wiem. Przypuszczam. Rozmawiałem o tym nie tak dawno temu z kolegą gitarzystą i miłośnikiem metalu i ten powiedział mi, że dla niego jest za mało surowo. Wygładzone granie to nie jest to, czego by oczekiwał. Jeśli o mnie chodzi - podoba mi się to. Dobrze się słucha. Jest po audiofilsku - ładnie, grzecznie, bez krwi z uszu. Jednego mi brakuje. Obecności Marty'ego Friedmana i jego stylu grania solówek, czyli 100% melodii w melodii.     Ta recenzja nie jest do końca taka jaką chciałem napisać. Zajęłaby mi jeszcze tydzień, bo miałem w planie przeanalizować utwór po utworze. Ale wyjdzie z tego taka pseudo-proza Sienkiewicza, co zapewne nie spotkałoby się z pozytywnym odbiorem. Ale cokolwiek bym napisał - cel czytania recenzji jest jeden, a może dwa - po pierwsze sięgnąć po tę płytę, posłuchać i po drugie: poznać opinię recenzenta o ile ktoś chce ją poznać. Decyzja należy do Was.     Po płytę będę częściej sięgał.

Andreas Vollenweider - Book of Roses

    "Księga róż" to płyta wydana w roku 1991. Jest inna niż poprzednie Vollenweidera. Jest w niej więcej z gatunku POP i eksperymentów znanego na całym świecie harfisty ze Szwajcarii.      Pamiętam jak w sobotę w roku 2014 albo nawet 2015 przyniosłem tę płytę na Wrocławskiego Audiofila, kiedy to za prezentację muzyczną odpowiadała Wrocławska Galeria Audio. Duńskie zespoły głośnikowe Davone. Poprosiłem o włączenie muzyki z mojej płyty. Po kilku minutach Pan Roman - właściciel Galerii Audio podszedł do mnie, powiedział, że ta muzyka i realizacja nagrania to coś wspaniałego i zapytał czy mogę pożyczyć mu tę płytę do jutra. Zgodziłem się. Następnego dnia w niedzielę również tam byłem i podłączono inne kolumny tego producenta. Grało naprawdę wyśmienicie.      Album podzielony jest na cztery rozdziały, utwory dodatkowe oraz dodatkowe materiały video. To historia i przygoda młodej dziewczyny - jej podróży w czasoprzestrzeni od tańców na wielkich salach balowych, poprzez tajemniczy las pełen kuglarzy i magicznych stworów. Podróż ta kończy się spotkaniem ze Sfinksem. Mamy tutaj do czynienia z ogromem efektów specjalnych od dźwięku kredy piszącej po tablicy po niesamowitą przestrzeń, wrażenie wieczornej pory dnia lub też nocy. Jest niepokój, lęk, wręcz strach. W jednym utworze mamy do czynienia z wokalizą pewnej kobiety, która przenosi nas do innego świata. Doskonale operuje swym głosem. To utwór "Manto's Arrow and the Sphinx". Mamy tutaj utwór podobny klimatem do płyty Stinga "Soul Cages". Jest to "In Doga Gamee". Następnie gitary flamenco i dźwięki natury - "In the Woods of Kroandal". Serwują nam tutaj szereg zabiegów dowodzących, że w tamtym okresie Andreas Vollenweider eksperymentował, próbował łączyć różne gatunki muzyczne od popu, flamenco po jazz.      Ja traktuję tę płytę trochę jako testową. Mimo, że ona bardzo dobrze brzmi na każdym prawidłowo złożonym systemie audio w przyzwoitym pomieszczeniu, to na tych bardziej zaawansowanych systemach trochę więcej słychać, jest większy rozmach i rzecz jasna muzyka jeszcze bardziej wciąga słuchacza w swoje progi. Dotyczy to w sumie większości płyt tego artysty.

Greta Van Fleet - Starcatcher

zły miks, mastering i produkcja uniemożliwiają tu dokonanie jakiejkolwiek oceny

Guns 'n Roses - Greatest Hits

     Album typu "Składanka". Wydawałoby się, że słabe to i że lepiej mieć albumy studyjne, "prawdziwe". Takie też mam w kolekcji. "Appetite for Destruction", "The Spaghetti Incident?", "Use your Illusion I / II" oraz "Chinese Democracy". Oczywiście to kultowe płyty. Nawet ta ostatnia daje radość ze słuchania z powodu np. niesamowicie dobrej gry gitarzysty z kubełkiem na głowie - Bucketheada. Poza tym Axl związany był umowami i siłą rzeczy musiał dać znać o sobie.      Składanka "Greatest Hits" to głównie starsze tytuły. I powiem Wam, że po tę płytę Guns 'n Roses sięgam najczęściej. Są na niej kawałki, które uwielbiam. Numerem JEDEN jest nic innego jak "November Rain" - utwór, a dokładniej teledysk, który wstrząsnął mną gdy byłem nastolatkiem. Rok 1991 i kolejne były okresem stacji MTV w Polsce. Jako dzieciak chłonąłem praktycznie wszystko to, co tam serwowano. Dlatego też wiele utworów przejadło mi się, chociażby słynne znane "Smells like teen spirit" Nirvany słuchane miliony razy. Dzisiaj twórczości takich zespołów słucha moja 12-letnia córka. Ba, nawet uczymy się grać tych kawałków na gitarze. Jej ulubionym albumem Nirvany jest "In Utero".      Wróćmy do "November Rain". Cudowny teledysk, trzymający w napięciu do końca, pełen emocji. Piękna panna młoda w cudownej sukni ślubnej. Marzyłem kiedyś żeby moja przyszła żona taką krótką suknię ubrała w dniu ślubu. Nie udało się. Pewnie dlatego, że nigdy wcześniej jej o tym nie powiedziałem. Świetne wielowątkowe sekcje gitary elektrycznej Gibson Les Paul, grane ciepło, bo głównie z przetwornika pod gryfem. Przetwornik pod mostkiem w każdej gitarze elektrycznej niezależnie czy to Fender Stratocaster czy Gibson Les Paul daje brzmienie ostrzejsze, jaśniejsze. Przetwornik gryfowy jest na drugim biegunie. Ciepło, miękko, nawet ciut ciemno. Wynika to też z faktu, że gra solówek wiąże się ze skracaniem długości czynnej strun - zwyczajnie mówiąc - gra się dalej/wyżej na gryfie. Przetwornik gryfowy zbiera inne dźwięki, inne harmoniczne. Dobrze gdy umieszczony jest dalej od dwóch skrajnych węzłów, a bliżej "strzałek". Wracając do niskich pozycji na gryfie gitarzyści zmieniają pozycję przełącznika na mostkowy, bo wtedy lepiej to brzmi. Slash robi tutaj nie lada furrorę. Zapomina gdzie schował obrączki ślubne. Jest chwila niepewności i niepokoju. Tych chwil jest tutaj kilka. Pod koniec muzyka staje się bardziej nerwowa i mocniej przykuwa uwagę słuchacza, a teledysk widza. Następuje zwrot akcji i szczęśliwe chwile człowieka zaczynają zamieniać się w istne piekło! "Nothing lasts forever", czyli "Nic nie trwa wiecznie". Niby proste i każdy to rozumie, ale im człowiek wcześniej zacznie to dogłębnie rozumieć, tym lepiej. Utwór mocny, z głębokim tekstem i przesłaniem. Wiadomo - o miłości. A ona ma nieobliczalna siłę, której nie da się wyrazić żadną jednostką fizyczną. Czyż liczba 1 000 000 000 000 000 N (niutonów) coś Wam mówi? Tak, to fest siła niszcząca naszą kochaną Planetę Ziemię. Ale czyż siła miłości człowieka do drugiego człowieka nie jest większa? Przecież ona góry przenosi!      Jeśli miałbym wybrać drugi numer na tej płycie byłby to "Since I don't have you". Niby prosty tekst. On co prawda jest prosty, ale nie jest prostacki! A w dodatku jak zaśpiewany! Kto tak dziś potrafi zaśpiewać że czuć rozdarcie serca, duszy, żyletki w gardle? Możliwe, że Natalia Sikora. Możliwe że Mr. Shadows z Avenged Sevenfold. Inni wielcy, którzy to potrafili już dawno nie żyją.      "Welcome to the Jungle" to numer o naszym świecie pełnym wariactwa, zawirowań, stanów nieustalonych, krytycznych. Wiem, wiem. Zapachniało teraz trochę "hemą", "hemoglobiną", "wodą, ziemią, halucynajcą i taką sytuacją". Bo taki właśnie jest świat widziany okiem dojrzałego, nie do końca szczęśliwego człowieka, a takich ludzi u nas ogrom. Dzieci i osoby szczęśliwe na szczęście widzą świat w innych barwach i ta "dżungla" może okazać się zbiorem "pagórków leśnych i łąk zielonych".      Na koniec utwór skomponowany przez dwóch wielkich tego świata, czyli Micka Jaggera i Keitha Richardsa "Sympathy for the Devil". Mamy tutaj cover dziko śpiewany przez Axela Rose, który wydaje się być właściwą osobą na właściwym miejscu.     Jeśli nie znacie, to sięgnijcie. Dla mnie to płyta również w dalekie trasy samochdem, a taka u mnie niebawem się szykuje.   Kangie 10.08.2023

Sigi Schwab & Percussion Academia - Rondo a Tre

     Ten niemiecki gitarzysta jazzowy w pewnym okresie swojego życia "popełnił kilka ważnych projektów". Obok słynnego Embryo wraz z dwoma zdolnymi Latynosami: Guillermo Marchena oraz Freddie Santiago stworzył trio, które nagrało kilka wspaniałych płyt instrumentalnych. Jedną z nich (tytułową) traktowałem początkowo jako płytę testową do testowania sprzętu audio, ze względu na jej charakter. Otóż jest to płyta doskonale zrealizowana i nagrana. Wchodząc głębiej w temat mamy tutaj do czynienia z linią melodyczną prowadzoną głównie przez gitarę Sigiego, ale mamy również dzwonki zwane cymbałkami, które wystukują równie piękne melodie, a każdy dźwięk okraszony jest niesamowitym wybrzmieniem. Jest tutaj całe możliwe spektrum pomagajko-przeszkadzajek. Na You Tube dostępne są nagrania z telewizji niemieckiej, na których muzycy grają na żywo i w przerwach pomiędzy utworami komentują na jakich instrumentach zagrali i skąd te instrumenty pochodzą. Kilka z nich ma pochodzenie afrykańskie.      Trudno jednoznacznie opisać słyszaną muzykę. Jest to dość łagodne i przyjemne w odsłuchu fusion z elementami melodyki rodem z muzyki klasycznej, etno, folk, flamenco i jazzu. Jednak nie jest to łatwe do zaszufladkowania. Na szczególną moją uwagę zasłużyły dwa utwory. Pierwszy to "Los Caracoles". Jest to kawałek wpadający w ucho dzięki swojej kompozycji. Akompaniament gitary klasycznej, taniec hiszpański, marakasy, kastaniety i dzwonki. Dzwonki, zwane nieprawidłowo cymbałkami. Guillermo Marchena dysponuje dwurzędowymi dzwonkami i pokazuje co można wydobyć z bądź co bądź szkolnego instrumentu. Wspaniała melodia, budowanie napięcia, zmiany dynamiczne.       Drugi utwór - ostatni na płycie - "Machu Picchu" przenosi nas do jakiejś dżungli pełnej fauny i flory. Siedząc w sweet spocie i zamykając oczy jesteśmy w centrum zainteresowania. Dochodzą do nas dźwięki dosłownie zewsząd. Być może przesadziłem z częścią przestrzeni za głową słuchacza, ale wrażenie jest niesamowite. Muzyka sączy się powoli. Absolutnie nie z przetworników. Dźwięk jest oderwany od głośników. Absolutnie. I dochodzi w pewnym momencie do sytuacji kiedy to słyszymy z oddali bębniarza-perkusistę - człowieka idącego z daleka z lewej strony. Postać ta uderza pałeczkami w werbel. Przybliża się do nas. Dźwięk staje się coraz głośniejszy aż perkusista przechodzi dosłownie ok. 2-3 metry na wprost naszej głowy i zmierza w prawo. Dźwięk cichnie, cichnie i daleko po prawej stronie dźwięk zanika. I taka jest właśnie płyta "Rondo a Tre".

Bruce Dickinson - The Chemical Wedding

     Jako, że Bruce Dickinson obchodzi dzisiaj swoje 65-urodziny postanowiłem ten dzień uczcić recenzją wspaniałego albumu, który ukazał się niespełna 25 lat temu, a mianowicie "The Chemical Wedding". W tamtym czasie dysponowałem oryginalną kasetą magnetofonową. Obecnie mam wznowienie na płycie CD z 2005 roku, do której dodano dwa dodatkowe utwory: "Real World" oraz "Confeos".      Lata 90-te był to okres kiedy to Bruce (połowa lat 90-tych) wraz z gitarzystą Adrianem Smithem (początek lat 90-tych) uwolnili się od lidera Steva Harrisa, wszelkich obowiązków zespołowych spod szyldu Iron Maiden i postanowili zrobić coś na własną rękę. Po świetnym albumie "Accident of Birth" przyszedł czas na coś nowego. Przede wszystkim chciałem Wam napisać o swoich odczuciach z końca lat 90-tych oraz luźnych przemyśleniach. Od samego początku muzyka z tego albumu "płynie", ale w jaki sposób ona płynie? Otóż ona "faluje", "dryfuje" praktycznie przez cały czas. Powolnie, czasami może i nawet flegmatycznie, z pewnością enigmatycznie. Mam wrażenie przepuszczenia wszystkiego przez jakiś efekt dźwiękowy gitarowy typu chorus, ewentualnie flanger, wraz z efektem lampizacji triodowej czyli spowalniamy lampowo, nie spieszymy się. Delikatne rozstrojenie, dodanie harmonicznych i mamy wrażenie bogactwa dźwiękowego. W latach 90-tych mocno skupiałem się na walorach instrumentalnych, wirtuozerii muzyków, kwestiach stricte technicznie wokalnych, energii przekazu. Natomiast zaprzepaściłem wszystko to, co najważniejsze na tym albumie, a mianowicie - na przesłaniu i wartości literackiej "The Chemical Wedding".      Toż to dzieło skończone! Piękne, ale ostrzegam - ciężkie emocjonalnie. Jeśli jesteś "wrażliwcem", to uważaj! Wchodząc w temat głębiej, Bruce wraz z kolegami wręcz zmuszają do przemyśleń. Teksty są głębokie, literackie, poetyckie, pełne symboli. Ostatnio jakoś w maju tego roku uroniłem łzę słuchając utworu "Jerusalem" w wykonaniu rzecz jasna Bruca z Ianem Andersonem z Yes, który ubarwiał wykonanie grając na flecie poprzecznym. Było to w kościele i typowej dla takich budowli akustyce, może dlatego tak mnie wzięło... "Jerusalem" to poemat Williama Blake'a z 1804 roku, który stał się podstawą do jednej z brytyjskich pieśni patriotycznych traktującej o moralach, nadziei na przyszłość. Mamy również utwór "Gates of Urizen" traktujący o mądrości, mocno zahaczający o motywy biblijne. Trudno teraz wchodzić głębiej w interpretację każdego utworu z osobna. Sam Bruce opowiadał w wywiadach, że ten album jest o: strachu, tragedii, niepowodzeniu, jedności. O trąbach Jerycha śpiewa Dickinson, o murach Jerycha śpiewał zaś Czesław Niemen sięgając po nasze dobro narodowe - twórczość C.K. Norwida. Nie są to łatwe rzeczy, ale po tym właśnie poznać artyzm najwyższego szczebla, że to artysta wyznacza i ustawia poprzeczkę, a słuchaczowi pozostaje albo sobie odpuścić i odpaść w przedbiegach, albo zaprzeć się, poczytać, sięgnąć po tekst i rozwinąć się "duchowo".      Należy wspomnieć o świetnej aranżacji utworów, o doskonałym doborze barw brzmienia gitar, syntezatorów. Gitary brzmią gęsto nisko, tak jakby obniżono strój do Drop-D. Muszę to sprawdzić po powrocie do domu. Klimat jest tutaj niepowtarzalny, przypominający arcydzieła Iron Maiden sprzed 10 lat lub też innych formacji brytyjskich działających prężnie i często ambitnie od dziesięcioleci. W końcu to Anglia / Wielka Brytania to kolebka kultury i muzyki z pogranicza rocka, hard rocka i heavy metalu.       Album spójny. Nie znajdziecie tutaj typowego "wypełniacza", wybielacza czy innego ustrojstwa dającego wrażenie objętości, ale objętości pustej jak pusta butelka po wodzie mineralnej z odessanym wewnątrz powietrzem (coś a'la próżnia wykonana domowym sposobem).      "The Chemical Wedding" to wg mnie jeden z najlepszych albumów heavy metalowych końca lat 90-tych.   Kangie 07.08.2023

Grzegorz Kupczyk - 40 lat na scenie

    Czterdzieści lat minęło, a właściwie już ponad czterdzieści lat, bo płyta ukazała się w 2021 roku. Grzegorz Kupczyk znany nam z Turbo, Ceti, Non Iron. Album dwupłytowy, wydawnictwo Metal Mind Productions. Zawiera mniej znane kawałki, trochę nieuporządkowane pod względem podziału cover zespołu vs. twórczość autorska.      Zaczynamy nie inaczej jak coverem "Headless Cross" formacji Black Sabbath, nagranym z poznańską kapelą o nazwie Aion, rozwiązaną w 2004 roku. Mamy tutaj nietuzinkową barwę i prowadzenie głosu wokalisty, barwne sekcje klawiszy oraz gęsty mrożące krew w żyłach gitarowe riffy.     Następnie wchodzimy w dokonania muzyczne z grupą Kruk. Moje pierwsze skojarzenia to rok 2013 (wieczór 30 lipca) i supportowanie przed występem Deep Purple w Hali Stulecia we Wrocławiu. Skojarzenia mam nie pierwszoligowe, bo coś dziwnego wydarzyło się na tym koncercie. Na początku grał zespół Kruk. Przyszła kolej na Gości Wieczoru. Pierwsze dźwięki grały organy następcy nieżyjącego Jona Lorda, czyli Dona Aireya. Zabrzmiały spod jego palców tak mięsiście, potężnie, melodyjnie, gęsto z mięsem i kolorytem, że wraz z wujkiem (rocznik '57) maniakiem zespołu Deep Purple pomyśleliśmy, ze Kruk grał na klawiszach Casio albo Yamahy za 350zł z Lidla. Różnica brzmieniowa KOLOSALNA! Nie chcę żeby wyszło, że krytykuję Kruka, ale tamta historia zapadła mi w pamięci na zawsze. Dostajemy jak na tacy nowe interpretacje grupy Deep Purple, czyli nieśmiertelne "Child in Time" oraz "The Gypsy". Następnie świetny kawałek Uriah Heep o tytule "July Morning" zaśpiewany po mistrzowsku. Nawet nie słychać, że śpiewa go Polak z charakterystycznym akcentem. Nic z tych rzeczy. Grzegorz Kupczyk śpiewa go klasowo.     Idąc dalej śladami Kruka mamy tutaj cover Budki Suflera - mój ulubiony - "Jest taki samotny dom". Ciekawa interpretacja. Grzegorz zrobił to wg swojego pomysłu, nie zmieniając na szczęście linii melodycznej. Nie kopiuje mistrza Cugowskiego, bo i po co. Kopia jest kopię, światło odbite - światłem odbitym. Warto samemu posłuchać.      Słychać tutaj inspirację twórczości aktora z filmu "U-571" z 2000 r., czyli Johna Bon Jovi, utwór p.t. „Living On A Prayer”. Ten utwór pochodzi z płyty „Memories II – Akustycznie”. Zespół - oczywiście Bon Jovi.     Następnie mamy tutaj współpracę z kilkoma doborowymi muzykami z Vadera - Marek Pająk, Piotr Wiwczarek (Panzer X).      Pierwszy utwór na płycie nr 2, to riff skopiowany z "Harevester of Sorrow" Metalliki, z albumu "...And Justice for All". Brzmi to wspaniale, ale nie daje zapomnieć kto inspirował do skopiowania riffu.     Jest jeszcze kilka wspaniałych, być może mniej znanych utworów, zwłaszcza młodszej widowni. Ze znanych zaserwowano nam nieśmiertelne "Dorosłe dzieci", rzecz jasna - Turbo.     Uważam, że każdy fan polskiej muzyki heavymetalowej powinien po ten album sięgnąć, a najlepiej mieć w swej kolekcji, bo to przecież kawał historii polskiego metalu.

Myslovitz - Wszystkie Narkotyki Świata

      Najnowszy album studyjny formacji Myslovitz. Była 10-letnia przerwa. Co prawda ma już kilka ładnych miesięcy. Debiut wokalisty w zespole - Mateusza Parzymięso. Czy czuć magię "firmowej" muzyki sprzed lat, kiedy to Artur Rojek czarował?      I powiem Wam, że od odejścia Artura z zespołu minęło 11 lat. Skupiałem się na twórczości solowej tego artysty. A o kontynuacji Myslovitz zapomniałem. Nawet przeoczyłem istnienie i jakiekolwiek dokonania niejakiego Michała Kowalonka. Będzie zatem odniesienie - porównanie nowego wokalisty tylko do Rojka.      I napiszę Wam moi drodzy tak - to nadal Myslovitz. Brzmi jak Myslovitz, teksty jak stary dobry Myslovitz. Jednak Artur Rojek to nie Roger Waters - nie stanowił "jądra" grupy. Zasług Rojkowi nie odbieram, ale Mateusz Parzymięso kontynuuje tradycję i zespół brzmi jak kiedyś. Trochę mniej surowo, bardziej miękko, szlachetniej.      Mój faworyt "Miłość". Po pierwsze tekst życiowy, prawdziwy. Po drugie progresja akordów w momencie pojawianie się słów "nic już, złap oddech, opanuj puls" oraz później "nie wiem co ci jest, nie musisz spać gwałtownie, próbujesz łapać tlen". Chodzi mi o dokładnie przejście akordowe durowe z C do Cis-. Pięknie obniżenie o pół tonu i wejście na B. Mnie to intryguje, zastanawia nad rozwiązaniem akordowym. Ładne.      Melorecytacja Kasi Gołomskiej (ATLVNTA) w utworze "Latawce" wprawia mnie niejako w osłupienie, ale przez chwilę. Bo pasuje. Zastanawiające i dające do myślenia zdania, np. "[...] Dobrze że Bóg kobietą jest, poskłada to, poskładaj mnie [...]"      W "Dziewczynie z wiersza Lennona" mamy do czynienia z miarowym, melancholijnym, wciągającym groovem gitary basowej.      Album o życiu, miłości, rozstaniach, radzeniu sobie z nimi, nienawiści, polityce, używkach, alkoholu, narkotykach. Czyż zakochanie/zauroczenie/zadurzenie nie jest narkotykiem? Kto z Was doświadczył narkotycznego stanu, zawieszenia w próżni? Dopamina w mózgu i takie tam inne ważne sprawy... Zaskoczył mnie ten album na plus.  

Avenged Sevenfold - Life is but a dream...

     To nie będzie typowa kompletna i skończona recenzja. Będzie to dodatek, pewnego rodzaju "aneks". A dlaczego? Bo w zasadzie wszystko już napisano na temat tej płyty. Poddana została wnikliwej analizie zupełnej w wątku "Wyjątkowe udane metalowe albumy" pod przewodnictwem Ojca Założyciela - kolegi Tal'a w Dziale Muzyka.     Na szczególną uwagę - poza opisami szanownych kolegów głównie Soundchaser'a - zasługuje wg mnie opinia/recenzja forumowiczki Wera666, która to poddała gruntownej analizie przesłanie językowe oraz podzieliła się z nami interpretacją. Jako, że to język Szekspira, nie każdy dobrze sobie radzi, zwłaszcza z utworami zahaczającymi o poezję śpiewaną, a koleżanka zakrawa o najwyższy stopień językowego wtajemniczenia. Tutaj naprawdę wiem, o czym mówię. Zachęcam do zajrzenia i poczytania. Nie tylko jeden post. Jest ich tam sporo. Post #1839 Link:       W zasadzie wszystko zostało już napisane. Postaram się jedynie podsumować i napisać co nieco po prawie dwóch miesiącach, na chłodno.      Po pierwsze - różnorodność wokalna. Mr. Shadows daje nam przekrój wokalny rodem Chrisa Cornella, Mika Pattona, Adriana Belew. A w "(D)eath słychać wpływ Franka Sinatry. Do tego ten słynny przester, chrypka, powodująca ciary na grzbiecie.      Po drugie różnorodność kompozycyjna. Czy to brak spójności? Hmmm... Tutaj chłopaki odjechały po całości. W jednym wywiadzie przeczytałem, że celowo to zrobili. Chcieli ujrzeć w internecie/prasie skrajnie różne opinie i takie ujrzeli. Ten album niektórzy nienawidzą, inni kochają. To świadczy o tym, że przejść obok obojętnie nie sposób. Raz klimat rodem Jamiroquai - utwór 9. "(O)rdinary", innym razem Frank Sinatra - utwór 10. "(D)eath. Może to dziwaczne, ale słucha się tego całkiem przyjemnie.      Po trzecie, 78-osobowa orkiestra powinna mówić sama za siebie. Jeśli ktoś angażuje taki skład profesjonalistów, to musi mieć pomysł na album. Przeurocze brzmienie skrzydłówki (flügelhorna) w uworze "Cosmic". Prosta melodia, ale jak pięknie zagrana! Przepiękny fortepian w ostatnim utworze , który jest utworem tytułowym tej płyty.    Nie uczynię tego samego co wczoraj z płytą Dawida Podsiadło "Lata dwudzieste", czyli nie poddam wszystkich utworów krótszej bądź dłuższej analizie, bo zwyczajnie za dużo tekstu i kiepsko to się czyta, a recenzje płyt na raty "bez pierwszej wpłaty" są jak - sami wiecie...      Doskonale solówki gitarowe. Świetne efekty niskiego basu z piekła rodem, który naprawdę przestawia w domu szafy, czy też chce wyrwać drzwi z zawiasów.      Ciekawe teledyski. Prawie tak dobre jak w "Take on me" formacji A-HA. Pozostaje posłuchać i samemu określić po której stronie barykady się stanie.      Dla mnie śmiało może to być Płyta Roku 2023. Bo jest bardzo dobra. Bo z tą płytą mam wspomnienia, a to przecież najważniejsze. Dla mnie.   P.S. A jeśli kiedyś zdecyduję się na tatuaż, to będzie to niewątpliwie wpływ Mr. Shadowsa i pewnej historii rodem ze snu, kiedy to wokalista AX7 idzie sobie ulicą (wiadomo w USA), daje mi autograf, daje się zaprosić na kawę i jest okazja aby zadać pytania, porozmawiać oczywiście w języku Szekspira, a ja mam do tego wszystkiego jeszcze wsparcie językowe drugiej osoby, zatem wstydu nie będzie. Ot, taka historia.

Dawid Podsiadło - Lata Dwudzieste

     To czwarty studyjny album Dawida. Wydany tuż przed dziesiątą rocznicą działalności, tuż przed trzydziestymi urodzinami artysty. To pierwszy album, który wydano pod własnym autorskim szyldem "PURPUR" - tyle możemy przeczytać w dołączonej do płyty książeczce.      Co do "PUR", to niebawem wspomnę o tej nazwie na moim blogu, natomiast teraz skupię się na "Latach Dwudziestych".      Jak sam wokalista opowiada płyta powstała jako zbiór doświadczeń trzeciej dekady jego życia. Uwieńczeniem dzieła było oczekiwanie na potomka o imieniu Maja i chęć wspólnego słuchania muzyki, gdy dziewczynka podrośnie.      Album ma charakter taneczny. Zachęca do pląsów na parkiecie. Jak sam autor twierdzi - mamy tańczyć, śmiać się i rozmawiać, nawet pomimo różnicy zdań.      Mamy tutaj wielokrotnie do czynienia z najmocniejszymi emocjami, czyli zakochaniem i miłością, która jest pewnego rodzaju "Wirusem", którego można komuś sprzedać, podstawić wręcz pod nos. Mężczyzna (chłopak) zakochuje się w dziewczynie licząc na odwzajemnienie, czyli "odbicie w oczach".      "Tazosy" to również zakochanie, kryzys, być może chwilowy. Może to zdrada? A może romans? Są różne jego kalibry. Podobno jak chwyci człowieka, to nie ma mocnych żeby ot tak, oderwać amora od "obiektu" jego zainteresowania i odwrotnie. To również być może chęć powrotu. Przerwa swoje zrobiła, pokazała, że uczucie nie wygasło i może warto zrobić drugie albo nawet trzecie podejście. Los w naszych rękach, aczkolwiek szczęściu trzeba pomóc. Pamiętajmy że żeby zaznać szczęścia, czasami trzeba mieć punkt odniesienia w postaci "nieszczęścia". Jeśli zaboli, to wiedzmy, że tak czasami musi być, bo "[...]po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój[...]". "Halo" to okres świąteczny, najprawdopodobniej kochane przez nas Święta Bożego Narodzenia. Listy, telefony, kontakt z drugim człowiekiem. Bardzo ciekawa linia melodyczna gitary basowej. Miałem w planach rozpisać grane dźwięki, ale to mija się z celem, bo wystarczy posłuchać. Nuty, czy też opisy słowne dźwięków to idylla, coś co każdy człowiek odbiera inaczej. Nuta niby zawsze ta sama, a muzycy grają ją często inaczej, z innym "feelingiem". Jeden dźwięk będzie zadziorny, drugi ospały, a trzeci spóźniony, niechlujny, grany od niechcenia.     "Nie lubię cię" to kolejny kryzys w związku. Ale kryzys jest potrzebny. Życia nie da się idealnie przeżyć. Idealne życie bywa w Madrycie, a już takim jest na pewno w trumnie - po śmierci. Wtedy jest pokój i spokój. Kryzys daje moment zadumy nad sensem związku, daje poczucie stania na rozdrożu i wyboru: czy w jedną czy drugą stronę. O dobry związek warto zawalczyć. Czy ten kolejny będzie lepszy? A może inny? A co jeśli okaże się totalną klapą i kobieta (mężczyzna) zwieje do innego (innej)?      "Post" traktuje o poście, poszczeniu w piątki, o zbawieniu, o Bogu i o zemście. Myślałem, że chodzi również o posty na forach, ale chybiłem.     Gościnnie śpiewa Sanah w utworze "O czym śnisz?". Niesamowita sekcja instrumentów dętych to zasługa grupy zapaleńców o nazwie BRASS FEDERACJA. Słyszę tam puzony najprawdopodobniej marki KING. Ultra-rozdzielcze systemy tak mają, że słychać ruch wody w mendrach rury trąbki. Żartuję. Dęciaki są naprawdę dobre!      "Blant" serwuje nam dość ciekawą melodię w refrenie. Dawid śpiewa dość wysoko. Partie wokalne przywołują moje wspomnienia z czasów debiutu Podsiadło, kiedy to jako jeszcze nieznany chłopak w czarnych przydługich włosach hasał po scenie przed Kubą Wojewódzkim, robił niekontrolowane przysiady. Ale gdy zaśpiewał po angielsku, wiedziałem, że ten gość jeszcze zawojuje, zawładnie polską sceną muzyczną. Wystarczyło kilka pierwszych fraz. Albo talent się ma, albo nie. Dawid go miał, ma i dba o podzielenie się ze słuchaczami swoim szczęściem, życiem i pozytywnymi emocjami. Nie jest smutasem. Na to też przyjdzie kiedyś czas. Ale nie w "Latach Dwudziestych".     Są też pomagajko-przeszkadzajki. Utwór nr 8 "To co masz ty". Utwór skoczny, dyskotekowy "po samym zbóju"!  Wpadający w ucho refren. Można śpiewać z artystą. Numer napawający optymizmem, prawie jak napawanie otworu lub nieciągłości w elemencie stalowym, posadowionym na sztabie miedzianej. I nie chodzi mi tutaj o kolejnego audiofila Adama Sztabę, bo ten z "miedzią" ma chyba niewiele wspólnego chociażby mieszkał w samym centrum Legnicy, a przecież to kobiety lubią "brąz". Dziko wibrują tutaj m syntezatory. Ciekawa barwa. Zastanawia mnie czy to standardowe presety, czy ktoś posiedział i pogrzebał w nich żeby łatwo weszły w ucho. Mamy tutaj również zagrywki rodem z lat 80-90-tych typu: PET SHOP BOYS, OMD, ARMY OF LOVERS (czy ktoś pamięta tamte czasy i zwariowane teledyski z La Camillą w roli głównej?).    Nr 9 p.t. "Diable" skojarzył mi się z niedawno poznanym numerem Black Sabbath śpiewanym przez genialnego wokalistę Ronnie James Dio "Country Girl". Kulisy poznania tego kawałka muszę niestety przemilczeć i bardzo ubolewam z tego powodu. Wiem że Dio najprawdopodobniej przeżywał zawód miłosny, a Country Girl - dziewczyna rodem z piekieł zgotowała mu nie lada los, że chłop o mało nie postradał zmysły w poszukiwaniu jej i generalnie miłości. Ten "Diabeł" w utworze Podsiadło może być, a nawet raczej jest kobietą, która zawróciła w głowie mężczyźnie, doprowadzając go do szału. Dość ciekawe przejścia w oktawie na wokalu w refrenie.      Nr 10 "Mori" to sposób prowadzenia linii wokalu charakterystyczny dla Dawida. Z kilometra idzie rozpoznać, że to nasz rodak - Podsiadło.      W "Millenium" jest ogromna przestrzeń. Wieczorem zamykając oczy można odpłynąć, odlecieć.      12-stka "Awejniak" to duet z Kasią Nosowską. Podsiadło miał "nosa". Zakołysało. Spokojna gitara, klawisze, organy. Miło, miękko, milusińsko. Basy są tutaj mruczące, ciepłe, "miłe w dotyku" jak Lenor czy inny Silan. Absolutny brak suchości. Jesteśmy tutaj świadkami wyznania miłości, pewnie nie po raz pierwszy albo nawet drugi. Mówmy ukochanym osobom, że je kochamy. Nie myślmy, że to oczywiste. Oczywiste jest to, że każda recenzja ma swój początek i koniec, a my zbliżamy się ku końcowi. Wiolonczela (wiolonczele?) oraz klawisze kreują nam tutaj przestrzeń romantyczną, subtelny klimat oazy spokoju. Mam tutaj skojarzenia ze stylem gry postaci tragicznej w muzyce klasycznej, a mianowicie Jacqueline du Pré, która frazowała, wibrowała dźwiękiem w bardzo podobny sposób.      I mamy ostatni numer - 13-sty - "Szarość róż". Mam tutaj skojarzenia z The Beatles. Pozytywne. Dawid sylabizuje rodem Sanah. Ale taka moda widocznie. Niemen tak nie śpiewał, a śpiewał naprawdę dużo.     Jeśli chodzi o realizację dźwięku, to po raz kolejny jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - w nowoczesnym stylu. Mocno, z potężnym basiskiem przesuwającym szkło w kredensie. Pozostałe aspekty są naprawdę w porządku. Nie ma ściemy. Jest Nirvana!      Podsumowując: "Lata Dwudzieste" to płyta taneczna, szalona, przebojowa. I nie jest to znane nam facetom zwyczajne: "Boys, boys, boys. I'm looking for the good time. Boys, boys, boys. Get ready for the love". To coś znacznie głębszego. Podsiadło zjada Sabrinę na śniadanie. W sumie nie musi. On już nic nie musi.   Kangie 02.08.2023

Michał Bajor - No, a ja?

Bajor, jak to Bajor. Lirycznie, romantycznie. Po raz pierwszy odważył się napisać słowa do piosenki. Są tutaj trzy takie utwory. W duecie śpiewa z Ireną Santor, z Kayah. Wiele piosenek starych, zaśpiewanych i zagranych w nowej aranżacji. "Nie pozwalam na tę miłość" - utwór w całości skomponowany przez Michała Bajora, zaśpiewany wspólnie z Chórem Studentów Wydziału Wokalno-Aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie pod kier. Tomasza Krezymona. Charakterystyczne wibrato w głosie Bajora. Kiedyś to mi przeszkadzało, dzisiaj już nie, bo to znak charakterystyczny "Trade Mark" i warto takie rzeczy akceptować u artystów. Jedni akceptują pojękiwania Keitha Jarreta, to inni mogą zaakceptować charakterystyczne "kozie" wibrato. Utwór 6. "Po każdej nocy wstaje dzień" - cudowny tekst M. Sosnowskiego, świetna muzyka, bogate instrumentarium. Z tyłunodzywają się dęciaki-puzony rodem z filmów Jamesa Bonda. Tango, salsa, rumba - takie tańce można "uprawiać" przy tej muzyce. Jest też jeden błąd gramatyczny w utworze "Dla duszy gram". "Parę gram waży moja dusza", "dla paru gram" itp. Wiadomo, że oo polsku odmienia się "gramów", ale wiadomo, w sztuce gramatyka polska ma prawo się zatrzeć. Najważniejszy jest przekaz, a on tutaj jest pierwszoligowy. Słowa, a może nawet wiersz napisany przez Andrzeja Poniedzielskiego. Moment zadumy. Zabawa słowem "gram - gram" (ang. "play - gram"). Gram, bram, spowiadam...

Zalewski Krzysztof - Złoto

    Dziś na tapet idzie kolejna płyta Krzysztofa Zalewskiego o tytule "Złoto" z roku 2016.       Jak mawiają "Nie wszystko złoto, co się świeci". Na genialny pomysł okładki wpadła Monika Brodka. To jej projekt. Na twarz Zalewskiego została nałożona cienka pomarszczona folia koloru złotego. Można wierzyć, że to efekt "analogowy", a jeśli komputerowy, to wykonany bardzo dobrze. Włosy jedynie upiększone jakimś motywem górskim i ciekawie ujętymi chmurami. Z podstawówki wiem, że ten typ chmur to "stratocumulus". Płyta ładnie prezentuje się na stoliku audio. Rzecz jasna nie należy oceniać ani książki, ani płyty po okładce, tylko po zawartości, czyli muzyce.    I tutaj mamy dosyć ciekawy przekrój/przegląd utworów. Na pewno jest spójnie. Nie ma tutaj nic, od tzw. "czapy". Mam kilka ulubionych utworów. Mój faworyt to "Otu". Dźwiękowe i audiofilskie mistrzostwo świata moim skromnym zdaniem. Chodzi mi o moment wejścia stopy perkusyjnej i gitary basowej. Zagrane jest w punkt, okraszone "tłuszczykiem", skoczne, melodyjne. Dobry tekst. Ta Krzysiowa "Otulinka" kojarzy mi się z Gałązką Jabłoni występującą w Siekierezadzie naszego poety "Steda". Gdy wejść w temat głębiej to Gałązka Jabłoni była żoną Edwarda Stachury, czyli najprawdopodobniej chodzi o "muzę" czyli kobietę, która rozwija twórczo wręcz każdego poetę, pisarza, artystę. I to Drodzy Czytelnicy się czuje, gdyż Krzysztof Zalewski zmienił się, dojrzał, bardzo subtelnie traktuje kolejne utwory z kolejnych swoich płyt. Bardzo chciałbym pójść na jego koncert. Ponoć na żywo jest jakaś magia, prawie taka jak na koncertach Niemena.       Ta płyta z jednej strony traktuje o emocjach, uczuciach, miłości do ludzi, do drugiego człowieka. Z drugiej strony zaś, dotyczy ona spraw naszego kraju - utwory "Polsko" czy "Uchodźca". Jest też motyw zmian osobowościowych, chociażby etap dorastania, dojrzewania "Chłopiec". Mamy też "Podróżnika". Nie chciałbym tutaj fantazjować i robić metafor do zacnego albumu "Stationary Traveller" brytyjskiej formacji CAMEL. Jeśli tapeta/tapet z początku mojej recenzji byłby w stylu angielskim, to jak najbardziej "Złoto" podciągnąłbym do "Stationary Travellera". Pewnie Tomasz Beksiński w grobie by się nam przewracał czytając takie "oksymorony". W końcu to on jako pierwszy w Polsce prezentował dokonania tej wspaniałej brytyjskiej grupy na czele z Andy Latimerem i nieżyjącym już Chrisem Rainbow.       Warto posłuchać płyty "Złoto" mimo, że od jej premiery minęło kilka lat. Nic się nie zestarzała. Jest ponadczasowa. Idealna do słuchania w samotności w skupieniu lub z przyjaciółmi na systemie HiFi / HiEND albo w samochodzie. Tylko trzeba uważać z pedałem przyspieszenia, bo szybko można stracić prawo jazdy.   Krzysztof Zalewski - Otu     Kangie 21.07.2023

Zalewski Krzysztof - Zalewski śpiewa Niemena

  Pielgrzym   sł. Cyprian Kamil Norwid muz. Czesław Niemen Śpiewa Krzysztof Zalewski       Nad stanami jest i stanów-stan. Jako wieża nad płaskie domy Stercząca, w chmury…   Wy myślicie, że i ja nie Pan, Dlatego że dom mój ruchomy Z wielbłądziej skóry…    Przecież ja — aż w nieba łonie trwam, Gdy ono duszę mą porywa, Jak piramidę!    Przecież i ja — ziemi tyle mam, Ile jej stopa ma pokrywa, Dopokąd idę!…    *** Krzysztof Zalewski - już nie taki młody, ale zdolny muzyk, multiinstrumentalista, wokalista stale się rozwijający i kształcący swój głos (i słuch pewnie też) pod okiem jakiejś diwy operowej z Włoch. Twierdzi, że dzisiaj utwory na tej płycie zaśpiewałby inaczej, lepiej. Już boję się myśleć jakby to zabrzmiało, skoro brzmi to bardzo dobrze. W chórkach mamy tutaj siostry Przybysz: Natalia i Paulina. Początkowo denerwowały mnie te ich ciągłe skrzeczące "zaśpiewy", ale z czasem doceniłem ich wkład w tę muzykę. Czesław Niemen sięgał po "NAJWIĘKSZYCH". Kiedyś Wojciech Młynarski podszedł do Niemena i powiedział mu na ucho. "Panie Czesławie, gdyby Pan napisał muzykę do naszego Norwida, to byłoby naprawdę coś". I tak oto powstał "Bema Pamięci Żałobny Rapsod", którego na tej płycie nie ma, ale może i dobrze, bo to już jest bardzo duży kaliber i jak to mawiała w latach 90-tych moja "matematyca" z LO we Wrocławiu "Nie całkujcie pól prostokąta, koła, trójkąta i trapezów. Nie strzelajcie do wróbla z armaty". I miała rację. Nie chodzi mi o to, że Zalewski jest tutaj jakimś wróblem czy innym "Szpakiem", ale dobrze wiedział, że jest wiele innych utworów Niemena, po które można sięgnąć. Jednym z nich jest "Pielgrzym". Tekst dość krótki. Niełatwy. Głęboki. Norwid zmarł jako biedak, wręcz kloszard. Twierdził, że nie majątki, pałace, hektary ziemi i lasów świadczą o potędze czy wartości człowieka. O potędze człowieka świadczy chęć ciągłego parcia naprzód, nie poddawanie się, wstawania gdy upadnie, ciągłe stawianie stopy do przodu. Ja to tak interpretuję. Dźwiękowo jest dość nowocześnie. Bardzo duża ilość mocnego przygniatającego basu. Dobrze się tego słucha. Jest pewnego rodzaju motoryka w rytmie, drajw. Wg mnie Krzysztof Zalewski daleko zajdzie w Historii Polskiej Muzyki Rozrywkowej. Pamiętam go jakieś 20-23 lata temu jako nastolatka w czarnej ramonesce i długich włosach. Bodajże w programie "Idol". Podobał mi się, bo namiętnie - tak jak ja - słuchał Iron Maiden. Chwalił się, że potrafi zagrać na gitarze elektrycznej 13 dźwięków na sekundę. Robiło to wrażenia. Miał wtedy białego/kremowego Fendera Staratocastera a'la Y.J. Malmsteen. Łączyło nas sporo. Wracając do płyty. Ciekawe podejście do twórczości Niemena. Było wielu wokalistów mierzących się z Twórczością Mistrza Niemena. Stanisław Soyka, Janusz Radek, Krzysztof Cugowski, Michał Szpak. Zalewski jest w czołówce tych, którzy wiedzą, o co Niemenowi chodziło.   ***   Na koniec wycinek z wywiadu z Niemenem -  Dziwny i piękny świat Czesława Niemena – rozmowa z okazji 40-lecia na scenie (s&v2002)   - Ktoś ze znajomych po Pana koncercie zastanawiał się, czemu Niemen taki zgorzkniały, przecież – mając za sobą 40 lat kariery - powinien się czuć spełniony, szczęśliwy, zadowolony… -To zadziwiające, że ludzie na podstawie nazywania przeze mnie gorzkich rzeczy po imieniu, przypisują mi zgorzknienie. Czyżby chcieli, żebym kadził i mizdrzył się idiotycznie do bezkrytycznych marzycieli, pięknoduchów? Nie jestem zgorzkniały, ponieważ nie należę do życiowych nieudaczników. A że sukcesy mnie nie upiły, to raczej dowód samokrytycyzmu.  

The Moody Blues - Forever Autumn

  Najpierw posłuchajmy...   Forever Autumn - The Moody Blues P 1978 Sony Music Entertainment UK LTD.   For three days I fought my way along roads packed with refugees, The homeless, burdened with boxes and bundles containing their valuables. All that was of value to me was in London. By the time I reached their little red brick house, Carrie and her father were gone. Forever Autumn Journalist The summer sun is fading as the year grows old, And darker days are drawing near, The winter winds will be much colder, Now you're not here. I watch the birds fly south across the autumn sky And one by one they disappear, I wish that I was flying with them Now you're not here. Like the sun through the trees you came to love me, Like a leaf on a breeze you blew away... Through autumn's golden gown we used to kick our way, You always loved this time of year Those fallen leaves lie undisturbed now 'Cause you're not here 'Cause you're not here 'Cause you're not here Fire suddenly leapt from house to house. The population panicked and ran, and I was swept along with them, aimless and lost without Carrie. Finally, I headed eastward for the ocean and my only hope of survival: a boat out of England. Journalist Like the sun through the trees you came to love me, Like a leaf on the breeze you blew away... A gentle rain falls softly on my weary eyes As if to hide a lonely tear My life will be forever autumn, 'Cause you're not here 'Cause you're not here 'Cause you're not here As I hastened through Covent Garden, Blackfriars and Billingsgate, More and more people joined the painful exodus. Sad, weary women, their children stumbling in the street with tears, Their men bitter and angry, the rich rubbing shoulders with beggars and outcasts. Dogs snarled and whined, the horse's bits were covered with foam, And here and there were wounded soldiers, as helpless as the rest. We saw tripods wading up the Thames, Cutting through bridges as though they were paper. Waterloo bridge, Westminster bridge, one appeared above Big Ben. Ulla! Never before in the history of the world, Had such a mass of human beings moved and suffered together. This was no disciplined march, it was a stampede, Without order and without a goal, six million people unarmed and unprovisioned driving headlong. It was the beginning of the rout of civilization, of the massacre of mankind. A vast crowd buffeted me towards the already packed steamer. I looked up enviously at those safely on board... straight into the eyes of my beloved Carrie. At sight of me she began to fight her way along the packed deck to the gangplank. At that very moment, it was raised, And I caught a last glimpse of her despairing face as the crowd swept me away from her. Journalist Like the sun through the trees you came to love me, Like a leaf on a breeze you blew away... Through autumn's golden gown we used to kick our way You always loved this time of year Those fallen leaves lie undisturbed now 'Cause you're not here 'Cause you're not here 'Cause you're not here   Autorzy utworu: Jeff Wayne / Paul Anthony Vigrass / Gary Anthony Osborne ***   Co prawda nie ma jeszcze jesieni, a już na pewno tej "wiecznej", ale ten utwór tak zasiedlił się w mojej głowie, że dzielę się z Wami moją weekendową "zajawką". Z tej składanki/kompilacji różnych utworów The Moody Blues - The Very Best Of (1996/2000 DECCA/Universal Music TV) najczęściej w odtwarzaczu CD wybierałem numery: 12, 13, 16 i 17. Wszystkie te cztery utwory są umieszczone na moim blogu "Blog Kangiego". Chciałbym krótko zrecenzować singla - utwór "Forever Autumn".  Cudowny głęboki tekst, nie tak, jak to powstały w dziejach Muzyki tysiące kompozycji - infantylnie o miłości. Jest o miłości, ale o miłości przeżywanej, przeżytej, prawdziwej, spełnionej, niespełnionej, odwzajemnionej, nieodwzajemnionej, wyidealizowanej. Tutaj można by było napisać "Niepotrzebne skreślić". To utwór o tęsknocie, wyczekiwaniu na lepsze czasy, na powroty ludzi, których kochamy, o wspomnieniu tych, którzy odeszli. Jest tutaj przepiękna melodia. Lekka, zwiewna. Ja właśnie po koło 40-stu latach istnienia na tym ziemskim padole zrozumiałem, że w muzyce kręci mnie melodia. Może być prosta, nie musi być komplikacja rodem z najbardziej "odjechanego" free jazzu. Nie. Ma być melodia. Nie ma melodii, nie słucham. Przecudna linia gitary basowej. Podskakujące dźwięki prowokują do tupania nóżką, a nawet do tańca. Mamy cudowną sekcję smyczków, odzywającą się dokładnie kiedy potrzeba. Następnie sekcja fletów. Był to czas kiedy to gra na flecie był modna i takie solo znaczyło wiele. Dziś ten instrument wręcz umarł. Ale nie piszmy co mamy dzisiaj. "Forever Autumn" to wspaniały utwór. Jako, że na forum ciężko odnaleźć jakieś dyskusje i ludzkie opisy historii z nim związanych, często wchodzę w komentarze na You Tube i zdarzają się niesamowite wpisy ludzi, którzy coś przeżyli. Niestety dużo jest historii smutnych: utrata najbliższych, tęsknota za niespełnioną, nieodwzajemnioną miłością, samotność.   Co do jakości realizacji nagrania, to sprawa wygląda następująco. To składanka z różnych okresów. Składanek staram się nie oceniać chociażby z problematyki masteringu, wyrównania głośności każdego utworów tak, żeby dobrze się słuchało całości. Jak dla mnie odbiór jest dobry, a nawet bardzo dobry. Nie ma suchości, jest "tłuszczyk", jest ciekawe ciepłe "plumknięcie" na basie. Flety grają czysto z piękną barwą. Wokal - czuć smutek w głosie. Artyści w tamtym czasie nie oszukiwali swojej publiczności. Pamiętam jak oglądałem film dokumentalny o Krzysztofie Krawczyku, notabene już drugi rok zbieram się pod Łódź żeby pojechać na cmentarz i złożyć Krzysztofowi Krawczykowi kwiaty i hołd za zasługi w Polskiej Muzyce Rozrywkowej. Ojciec tego artysty powiedział synowi tak - w przybliżeniu, bo dokładnie nie przytoczę teraz jego słów - "Ty Krzysiu wyjdź na scenę i daj z siebie wszystko. Ci ludzie przyszli zmęczeni po pracy w fabrykach, biurach rachunkowych, projektowych. I chcą żebyś ich rozweselił, żeby wypoczęli przy Tobie. Daj z siebie wszystko". I Krzysztof Krawczyk tak robił. Podobnie Niemen, Ciechowski, Grechuta, a na Zachodzie The Moody Blues. To się czuje. Doświadczony słuchacz wyczuwa fałsz i kłamstewka. Wyczuje też prawdę i gdy artysta na scenie zatrze granicę pomiędzy artyzmem, rzemiosłem sztukę i swoim życiem prywatnym. Najpiękniejsze emocje są wtedy gdy artysta coś w życiu przeżyje i próbuje o tym opowiedzieć nie wprost, ale między wierszami. Dochodzi to tego wizerunek, podstawa, gestykulacja, mimika twarzy i wyraz oczy. Z oczu można podobno dużo odczytać. Tacy Panowie jak Krzysztof Cugowski i Grzegorz Skawiński skutecznie się od tego bronią. Na szczęście stanowią mały procent artystów w okularach. Zresztą ponoć muszą je nosić ze względów zdrowotnych, zatem pozostaje mi się odpierwiastkować od nich. Wracając do tematu. Obok przepięknego polskiego utworu "W żółtych płomieniach liści" śpiewanego przez Łucję Prus - utworu wielkiego kalibru i przesłania - kompozycja "Forever Autumn" formacji The Moody Blues na zawsze będzie w kanonie moich ulubionych utworów kojarzących się z jesienią. Zachęcam do wysłuchania, najlepiej z tekstem przed oczami, aby w pełni zrozumieć przesłanie. Chociaż nawet jeśli w pełni się nie zrozumie, a tylko w połowie, to też będzie duży sukces. Dziękuję za uwagę. Kangie 18.07.2023

Pink Floyd - The Division Bell

Wiele już napisano na temat tej płyty. Czy jestem w stanie napisać coś oryginalnego, co da wartość dodaną? Tego nie wiem, ale gdy nie napiszę, to się nie dowiem. Jedno jest pewne. Będzie to szczere. Może i będzie śmieszne, może infantylne. Może i nawet żenujące i deprymujące. Pewnie nawet obnaży mnie z moich myśli "nieuczesanych". Może nawet stracę autorytet. Pytanie - czy kiedykolwiek go miałem? Może tak. A może nie. Album z pewnością dobry. Czy wybitny? Nie mnie to oceniać, ale napiszę Wam Drodzy Forumowicze z czym kojarzy mi się muzyka z tej płyty. Albo mnie za to polubicie albo znienawidzicie. Lub też będziecie ignorować. Moje to ryzyko, ale kto nie ryzykuje, ten życie przeżywa szaro buro, pod ciemną chmurą. Ta płyta kojarzy mi się głównie z solówką gitarową Gilmoura, która po pierwszym wysłuchaniu (sam nie wiem kiedy to było) spowodowała, że nic już nie było takie jak przedtem. Chodzi o utwór "Coming back to life". Długo zastanawiałem się czy pisać o tym publicznie. Latami trzymałem to w tajemnicy, ale dzisiaj przyszedł taki dzień, że dojechała do mnie płyta winylowa - prezent od kolegi @Drizzt. Puściłem ją teraz. Słucham i powracają wspomnienia z lat młodzieńczych, kiedy to hormony buzowały i na widok atrakcyjnej kobiety, człowiek zastanawiał się gdzie tu się ukryć i o co w tym wszystkim chodzi. Zawieszanie dużego mokrego ręcznika nie stanowiło żadnego problemu. Nie słyszał też człowiek o tabletkach koloru niebieskiego. Niebieskie liczyły się oczy, ale te brązowe również potrafiły oczarować. Tylko trzeba było przezwyciężyć swój strach, tudzież wstyd żeby w nie głęboko spojrzeć. To było najtrudniejsze. Oczyma wyobraźni widzę morze. Możliwe, że ocean. Szumi. Ogrom wody. Dużo ptaków, głównie mewy, ale gdzieś tam w dali widać albatrosa. Idę plażą brzegiem morza. Trzymam za rękę kobietę. Tak naprawdę nie znam jej. Najprawdopodobniej nowo poznana niewiasta. Jest urocza, w moim typie. Długie włosy. Ich koloru zdradzić nie mogę, nie chcę. Trochę sekretów muszę jeszcze mieć. Zgrabna jest. Idzie z gracją, pomimo tego że idziemy po piasku i ona nie ma na nogach szpilek i podąża w białych sportowych butach. Jej sposób chodzenia, ruch bioder i uśmiech tak mnie podnieca, że nie mogę skupić myśli. Do tego stopnia, że gdy ona zadaje pytanie czy wieczorem napijemy się czerwonego wina, ja odpowiadam "Czy możesz powtórzyć pytanie bo nie zrozumiałem?". Dramat! A może nie dramat. Młodość. Wolność. I chyba miłość. Aż się wzruszyłem to pisząc. Właśnie leci "Lost for Words". Ciężko powstrzymać mi łzy. Nie wiem dlaczego. Emocje. W tej gitarze Gilmoura jest tyle bluesa, że żaden ocean go nie pomieści, a być może i dwa. Moi drodzy, ta płyta kojarzy mi się z miłością do kobiety, do dawnych lat kiedy to czas płynął wolniej. Goethe pisał kiedyś "Chwilo, trwaj!". I wtedy chwila potrafiła trwać. Dzisiaj jest ona tylko chwilą... No to teraz przejdźmy do konkretów. "Coming back to life". Budowane jest tutaj nie lada napięcie. Gilmour dobrze wie co robi. Nie popisuje się jak Malmsteen czy Vai. On wie, że kobieta jeśli ma pokochać, to pokocha i te wolniejsze solówki gitarowe. Nie wszystko co szybkie jest atrakcyjne. Szybkie szybko minie. Napięcie tutaj budowane jest dość wolno. Zaczyna robić się ciemno. Para nadal podąża linią brzegową i zaczyna coraz częściej patrzeć sobie w oczy. Dłonie robią się wilgotne. Serce zaczyna szybciej bić. Wchodzi perkusja i gitara basowa. Mężczyzna znajduje na plaży ustronne miejsce. Musiała być to Polska, bo ktoś zostawił 8-metrowy parawan i dość duży plażowy koc. Wchodzi solo Gilmoura. Zaczyna czarować delikatnymi dźwiękami pochodzącymi z głębii duszy. Wolno przesuwa lewą dłoń po klonowym gryfie Fendera Stratocastera o przecudnym kształcie przypominającym kobiecą talię. Kładą się na piasku, powolnie zdejmują swe ubrania. Gilmour kontynuuje grę w charakterystyczny dla siebie sposób frazowania i artykulacji. Dochodzi do zbliżenia. Nie trwa to zbyt długo. Absolutnie nie jest tak samo jak na filmach dla dorosłych. Rzekłbym, że trwa to dość krótko. Mężczyzna przeszczęśliwy. Kobieta też, ale ma niedosyt, nie mówi tego rzecz jasna, ale liczy na coś więcej w pokoju hotelowym. Mężczyzna sięga po papierosa. Odpala, można uznać że legendarną amerykańską zapalniczką, choć "projekcja" dokładnie mi tego nie chce zdradzić. Kobieta chwyta swego mężczyznę za rękę i zaciąga się dymem z papierosa. Tak to widzę. Z tą historią kojarzy mi się utwór "Coming back to life" i cała ta płyta. Dziękuję wszystkim za uwagę.    

Patricia Kaas - Scène de vie

Był to rok 1990. Paryż, okolice Lasku Bulońskiego. Ciepła pogoda zapowiadała udany wyjazd, zwłaszcza dla Dawida, który nigdy w tym miejscu nie był. Słyszał jak każdy o Luwrze, Łuku Triumfalnym tudzież Polach Elizejskich, Wieży Eiffla i Katedrze Notre-Dame. Pojechał tam pociągiem, niby miała to być podróż służbowa dotycząca przygotowań i organizacji Międzynarodowych Targów Motoryzacyjnych. Zjawił się dwa dni przed czasem, wynajmując lokal w starej kamienicy. Nie była to stara rudera. Remontował ją ktoś, kto miał zamiłowanie do tego typu prac budowlanych. Ekipa remontowo-budowlana miała wyjątkowe poczucie estetyki i zadbała o każdy szczegół. Sklepienia łukowe wykonane były w szalenie dużą precyzją. Cegła klinkierowa najwyższej jakości i głębokim kolorze, kąty, szczeliny, płaszczyzny, krzywizny. Łazienka w białym kolorze z na przemian płytkami białymi i czarnymi w układzie "karo". Dawid zjawił się w recepcji, pobrał klucze do kwatery i jako że był to czwartek, planował wyjście do lokalu. Wziął prysznic goląc przy okazji twarz, założył jasnoszarą koszulę od Armaniego, którą niedawno kupił oraz zegarek Panerei, który dostał w spadku po wujku - zegarkowym koneserze, który pozostawił po swej śmierci dwadzieścia sześć cennych zegarków, po jednym dla każdego członka rodziny. Nie był w żadnym związku. Kilka lat temu rozstał się z Marią, która stwierdziła że nie pasują do siebie i lepiej zrobić to teraz, niż męczyć się całe życie z mężczyzną, do którego nic już nie czuje. Po dwóch latach Dawid pogodził się z decyzją swej byłej kobiety i wyznając zasadę "Tego kwiatu jest pół światu" hardo patrzył przed siebie, mając nadzieję na spotkanie z kimś, kto w końcu go pokocha. Tego wieczoru wybrał się do lokalu "Pod Błękitną Ostrygą", ale gdy po przekroczeniu progu lokalu okazało się że gdy uzbrojeni po zęby - panowie przed czterdziestką - w skórzane policyjne czapki, stalowo-skórzane obroże i podarte dżinsy spojrzeli na niego - zrozumiał, co naprawdę oznacza ten ich przenikliwy wzrok. Zmienił zatem lokal, w którym jego oczom pojawiło się kilka dość atrakcyjnych niewiast. Gustował w blondynkach, ale przy barze siedziała szatynka o niesamowitych liniach twarzy, z podkreśleniem ślicznego ułożenia policzków i nosa względem pięknych oczu i czarujących jak śpiew - Diany Krall - ust.  Szczupła, wydawało się że dość wysoka, choć nie mógł tego wiedzieć, gdyż siedziała na barowym krześle. Ale jak ona siedziała! Noga założona na nogę na dość wysokim okrągłym krześle. Obcisłe białe jeansy, czarne szpilki. Kontrast tego połączenia kolorystycznego spowodował, że tętno mu podskoczyło o dobre czterdzieści jednostek. Czterdzieści, czterdzieści... Tyle to on liczył sobie wiosen i jak dobrze policzyć, to już czwarty rok, jak nie jest w związku z Marią. Był wstydliwy stąd zwyczajne podejście do kobiety i pytanie czy może się przedstawić i przysiąść nie wchodziło w grę. Obserwował ją ponad piętnaście minut. W pewnej chwili usłyszał głośne stuknięcie i zauważył, że kobieta zerwała się z krzesła. Sięgała po coś co leżało na parkiecie. Świeciło się. Pomyślał, że może to broszka, albo wisiorek. Jednak był to zegarek. Natychmiast ruszył przed siebie i zaproponował, że może pomóc. Najpierw przedstawił się. Usłyszał szybkie "Ania". Uścisnęli szybko swe dłonie. Oj, dawno tak aksamitnej skóry dłoni nie doświadczył. Przypomniała mu się Maria, jak kiedyś dotykali swych dłoni w kinie. Grali wtedy film "Diabeł ubiera się u Prady". Pamięta, że początkowo nudził się, ale gdy głębiej przyglądał się roli wspaniałej pełnej seksapilu Meryl Streep, tym nabrał większej ochoty do obejrzenia filmu w skupieniu. Tamtego wieczoru aksamitne dłonie  zapamięta na długo. Zegarek nowo poznanej kobiety - Ania miała na imię - okazał się klasyczną radziecką damką. Od razu wiedział, że z pewnością to prezent po babce albo ciotce. Szybko naprawił zegarek, wkładając teleskop na swoje miejsce. Zwykły teleskop, najprostsza rzecz na świecie, gdzie każdy zegarmistrz robi to w trzy sekundy. Rozmawiali dobrą godzinę, z przerwami na taniec, bo lokal oferował tę formę sztuki ekspresji, pochodzącej pierwotnie od tańców godowych niektórych gatunków zwierząt.  Najwyraźniej przypadli sobie do gustu, bo umówili się na kolację w restauracji nieopodal Sekwany. Piątek. Ania zjawiła się w restauracji pierwsza. Ubrana była w bordową sukienkę, przypominającą Dawidowi ściany jego mieszkania, kiedy to z Marią wybrali do sypialni kolor o nazwie "Szkarłatna Róża".  Dawid sięgnął po menu, przyniesione dobre pół godziny wcześniej przez kelnera i wręczył swej nowo poznanej partnerce. Do smażonego pstrąga standardowo sałata lodową z serem feta, oliwkami i z odrobiną oliwy pasowało białe wino, które właśnie nalewał do kieliszków kelner.  Kolacja mijała w przyjemnej atmosferze. Więcej patrzyli na siebie i własne talerze aniżeli mówili. Dawała nadzieję na spotkanie w lokalu wynajętym przez Dawida, który przygotował się do tego i kupił bukiet siedemnastu czerwonych  róż. Z restauracji wracali pieszo co chwilę spoglądając na siebie. Dawid otworzył drzwi i postanowił kontynuować rozwój wydarzeń. Na kredensie pod ścianą stał gramofon. Dawid znał się na tym, bo niejednokrotnie pomagał znajomym w wymianie igieł we wkładkach gramofonowych czy też pasków napędowych, gdy te zwyczajnie starzały się jak ludzie. Na talerzu gramofonu spoczywała płyta Patricia Kaas - Scéne de Vie. Nie znał twórczości tej artystki, ale spojrzał na regał i chwycił za okładkę i zauważył na niej dedykację. Długopisem napisano "Dla kochanej mamy od kochanego syna z Okazji Dnia Matki w roku 1990." W ułamku sekundy wzruszył się przypominając sobie jak jego mama, kiedy jeszcze żyła dołożyła sporą ilość gotówki do wzmacniacza lampowego klady HI-END o którym tak marzył. Włączył wzmacniacz, stary amerykański tranzystor marki McIntosh.  Ustawił ramię, opuścił windę i ze starych niemieckich głośników wyglądających jak nie pierwszej młodości szafki zaczęła sączyć się muzyka. Stracił panowanie nad czasem i zorientował się o tym fakcie dopiero gdy ujrzał Anię po swej lewej stronie w białym szlafroku. Zdążyła wziąć prysznic i gdy tylko skończył się utwór drugi na stronie pierwszej rozpoczęła swój taniec. Był to niebywały striptiz, podobny do tego z wieczoru kawalerskiego kolegi, ale Dawid wtedy był tak zamroczony alkoholem, że niewiele zapamiętał. Ania poruszała się powoli w rytm muzyki. Utwór "L'heure du Jazz" dobiegł powoli końca i po kilku sekundach przyjemnego analogowego szumu pustego rowka między utworami rozpoczął się kolejny - czwarty utwór o tytule "Coeurs brisés". Po kilkunastu sekundach głos wokalistki tak zadziałał na wyobraźnię naszego bohatera, że ten niczym groźny zwierz zerwał resztki szlafroka ze swej partnerki, chwycił Anię za biodra i rozpoczął pocałunek lewej piersi, potem prawej. Przypominał sobie jak robił to z Marią i jaką radość jej tym sprawiał. Następnie przeszedł do niższych partii ciała. W zwyczaju miał nie dobierać się do najbardziej skrytych zakamarków ciała kobiety i zaczynał od namiętnego całowania wewnętrznej części ud idąc w dół do łydek, potem jeszcze niżej aż do koniuszka małego palca u stopy. I wtedy usłyszał pierwsze wyraźniejsze westchnienie, które znał wprawdzie z filmów erotycznych, bo Maria powstrzymywała się od wszelakich uniesień, zazwyczaj milczała i leżała nieruchomo. Ania zaś, to całkiem inny charakter i kąsana beztrosko przez Dawida wydawała jęki w rytm śpiewu Patricii. Mężczyznę tak mocno to podnieciło, że nagle przestał zaspokajać swą partnerkę, zerwał się z łóżka i powiedział dość cichym głosem, że zapomniał ustawić siłę nacisku igły i basu mu brakuje. Po czym skorygował ją i wrócił do łóżka do swej kocicy, na której ten incydent nie zrobił większego wrażenia. Kochanek utwór numer cztery puścił jeszcze raz, po czym Ania przejęła inicjatywę chwytając za zimną mosiężną klamrę od paska spodni Dawida. Sobota. Dawid spał dość długo. Zbudziło go denerwujące szuranie igły o wybiegówkę czarnej płyty. Po zakończeniu słuchania należało podnieść ramię, umieścić je w widełkach, podnieść windę oraz wykonać jeszcze kilka innych czynności. Ale to teraz nie było istotne. Dawid zorientował się że jest e domu sam. Na stole zauważył biała kartkę papieru złożoną na pół. Podszedł i zaczął czytać.  "Drogi Dawidzie, postanowiłam wyjechać. Nie szukaj mnie. Przy mnie nie będziesz szczęśliwy. Dziękuję za ostatnie dwa dni. Ania". Dawid usiadł powolnie na krześle. Nawet nie spostrzegł że siedzi na innym winylu. Był to blues.   

Chuck Mangione - Tarantella

Chuck Mangione - Tarantella The Legend of the One-Eyed Sailor czyli "ZE ŚMIERCIĄ OKO W OKO"      Był rok 2019. Piękny lipcowy poranek. Andrzej nie czuł się tego dnia dobrze. Właściwie od miesięcy czuł się źle, ale okłamywał siebie, że nic mu nie jest i że to przejdzie. Chociaż lekarz w przychodni przekazał mężczyźnie informację, że wyniki badań kontrolnych po przebytej operacji pogorszyły się i to znacznie oraz że Andrzej powinien pojawić się w szpitalu możliwie jak najszybciej.  Rodzinie nic nie powiedział. Bał się. Z odważnych spraw skonsolidował dwa kredyty - mieszkaniowy i na budowę dużego domu z pięknym ogrodem - w jeden duży. Ubezpieczył się na życie, że w przypadku nagłej śmierci lub powikłań po leczeniu szpitalnym bądź ambulatoryjnym, współmałżonek otrzyma bardzo duże odszkodowanie. Ból był już tak wielki, że nie było innej drogi. Tylko szpital. Lekarze i sam pacjent dość często wypowiadali wtedy słowo "morfina". *** Miesiąc później...      Andrzej kolejnej operacji nie wytrzymał. Organizm poddał się. Małżonka Ewelina miała czas  przygotować się na taką ewentualność. Gorzej z dziećmi. Jak im wytłumaczyć, że zabrano im ojca...      Wdowa chciała spełnić oczekiwania swojego męża. Dobrze pamięta jak Andrzej niejednokrotnie mówił, a wręcz krzyczał podniecony "O! Ewelinko, posłuchaj! To chcę żeby zagrali na moim pogrzebie!". Nie dało się nie pamiętać, bo akurat tę płytę winylową miał zdublowaną i drugi egzemplarz w ramce wisiał na ścianie w salonie. Druga rzecz, to to, że Andrzej miał w zwyczaju puszczać bardzo głośno utwory, które naprawdę uwielbiał. Zestaw audio miał pieczołowicie zestawiony i granie z głośnością stu dziesięciu decybeli zachowując klasowość brzmieniowa, nie stanowiło żadnego problemu.       Ewelina zamówiła orkiestrę dętą strażacką, ale gdy muzycy posłuchali, co ich czeka, co mają do zagrania, początkowo trochę się przerazili, ale uznali to za pewnego rodzaju nobilitację i wyzwanie. Postanowili zwielokrotnić swoje szeregi, próbując zbliżyć się ilością muzyków do oryginału. Poprosili o wsparcie kilkunastu przyjaciół i ogólnie muzyków instrumentalistów z pobliskiej filharmonii. Zastanawiali się też, kto zagra motywy przewodnie i solówkę na skrzydłówce, a kto na saksofonie sopranowym, a z pozostałymi problemami dadzą sobie radę. Mieli tylko pięć dni na próby. *** Kilka dni później...      Był to piękny słoneczny dzień. Na pogrzeb przybyło dużo ludzi. Andrzej był uczciwym i ogólnie lubianym człowiekiem. Uwielbiał nieść pomoc innym. Nie miał wrogów. Kto by pomyślał, że to początkowe zakłucie w prawej dolnej części jamy brzusznej w kilkanaście miesięcy odmieni na zawsze los rodziny Witkowskich... *** - Jasny gwint, co jest grane? Jak tutaj ciemno!!! I duszno! Głośno pomyślałem. Nigdy nie doświadczyłem takiego stanu rzeczy. No, może wtedy w roku dwa tysiące pierwszym w lipcu na Mazurach jak opływaliśmy dwa duże jeziora dwoma żaglówkami w towarzystwie koleżanek ze studiów. Ech, jedna (Ewa miała na imię) była naprawdę śliczna. Miała niesamowicie kształtny tyłeczek i szalenie zgrabne nogi. Co prawda kompletnie nie potrafiła gotować, ale to nie był problem. Nauczyłbym ją jak odcedza się ziemniaki bez używania durszlaka, albo jak zrobić dobrą sałatkę grecką. Ale chodziło mi o żaglówkę i o miejsca do spania, tzw. "trumny" - dwie bardzo ciasne, ale długie wnęki boczne, w których wygodny sen był raczej niemożliwy. Ale kto z nas szukał wtedy wygód? Ale z Ewą mógłbym się wtedy ożenić. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Odrzuciła moje zaloty. Z tego co mój przyjaciel Maciek mi opowiadał, w głowie miała wtedy bogatych atrakcyjnie zbudowanych i mocno opalonych szpakowatych pięćdziesięciolatków jeżdżących Ferrari, Porsche lub Koenigsegg. - Cholera jak tu ciemno! - wyciągnąłem ręce przed siebie i dopiero wtedy zorientowałem się, co się wydarzyło. Otóż nie mogłem wyprostować rąk, bo przede mną była ściana, jakby z drewna. Zamarłem ze strachu! Pachniało świeżym drewnem. To był chyba dąb, ale nie byłem w stanie o tym się przekonać, gdyż naprawdę było ciemno. Postanowiłem krzyknąć. - Ludzie, ratunku! - wrzasnąłem, a raczej chciałem wrzasnąć, jednak byłem osłabiony i usłyszałem w tej specyficznej akustyce, że będzie ciężko i chyba nikt mnie nie usłyszy. Przeraziłem się! Gdzie ja jestem?!? Przeróżne myśli chodziły mi po głowie. Myślałem, że może śnię. Ale nie śniłem. Wiele płyt z kolekcji bym oddał, żeby wtedy móc zasnąć.     Nagle, po około pięciominutowej ciszy ktoś miarowo zaczął uderzał w bębny. Wieko trumny nie było jeszcze zasypane ziemią. To był ten czas, kiedy to trumna jest już spuszczona za pomocą dwóch lin w dół, a na górze, na płaską konstrukcję z desek kładzie się najpierw zieloną wykładzinę, a na nią dopiero kwiaty, wieńce i zabiera je dopiero po zakończeniu ceremonii. Andrzej rozpoznał pierwsze takty miarowo wybijane przez werbel. Nie był to jeden werbel, a aż cztery werble grane jednocześnie. Ewelina zadbała żeby wybrane trzy utwory z płyty "Tarantella" Chucka Mangione zostały zagrane perfekcyjnie, z pietyzmem tak, jakby Andrzej sobie tego życzył. - Co się dzieje?!? - próbował wykrzyczeć Andrzej. Jednak poczuł, że te wszystkie wołania o pomoc nie dają skutku. Dotarło do niego, że czeka na swoje ostatnie "spotkanie". Przez głowę zaczęły mu się przewijać przeróżne myśli, głównie wspomnienia z lat dziecięcych i młodości. Te miłe i te mniej przyjemne. Jak miał trzy lata i został potraktowany szerokim brązowym skórzanym pasem oficerskim swojego taty tylko dlatego, że nie dojadł kaszki manny, a właściwie ulało mu się pod koniec jedzenia i pobrudził ojcu świeżo wyprasowaną koszulę. Czy gdy jeździł do swoich drugich dziadków na Kujawy i ciągle tylko słyszał - "Andrzejku, zostaw, nie rusz, to dla Marzenki", a chodziło o kilka plastrów szynki kupionych u pobliskiego rzeźnika, które mogła zjeść tylko chorowita Marzena, starsza kuzynka Andrzeja. On to doskonale pamięta. Nigdy nie był traktowany równo. Zawsze to "ten drugi", a najlepiej jak to koło u wozu, czyli "piąty".      Po około minucie czasu orkiestra zaczęła grać głośniej. Utwór "Legend of the One-Eyed Sailor" był ulubionym numerem Andrzeja. Rozpoznawał nuta po nucie, fraza po frazie. Było mu przykro, że nie zdążył pożegnać się z dziećmi i Eweliną. Przekonywał ich że wróci, że operacja uda się, że mamy XXI wiek i medycyna może już praktycznie wszystko. Przypomniał sobie jak w czwartej klasie podstawówki w poniedziałek o ósmej rano wychowawczyni weszła do klasy. Miała smutny wyraz twarzy, rozmazany odrobinę makijaż. Niektórzy uczniowie domyślali się, o co może chodzić, bo od piątku o niczym innym nie mówiło się na dzielnicy, tylko o dziewięcioletniej Joasi, która przestraszona przez sprawującą nad nią opiekę rodzicielską -  starszą o około piętnaście lat siostrę i jej o dziesięć lat starszego partnera życiowego - wyskoczyła z okna dziewiątego piętra w bloku. A chodziło o kiepskie oceny w szkole. I że jeśli podczas zebrania z rodzicami, okaże się, że dziewczynka okłamała swoich opiekunów i jednak dostała kilka dwój z języka polskiego, matematyki lub fizyki, to zbiją ją na kwaśne jabłko. Joasia napisała list do najlepszej swojej przyjaciółki Agnieszki i wyjaśniła dlaczego nie chce już dłużej żyć. List pozostawiła na parapecie.        W tym momencie Andrzej rozpoznał pierwsze takty utworu "Bellavia". Przez chwilę, dosłownie przez chwilę zapomniał o swej beznadziejnej sytuacji i poczuł chwilowe ukojenie, a może nawet podniecenie. Ale na krótko.       Oczy wychowawczyni zrobiły się wilgotne. W dzienniku lekcyjnym na lewej zakładce z nazwiskami i imionami widać było dość grubą poziomą granatową kreskę zrobioną długopisem, od linijki. Jedna osoba z dziennika została z niego wykreślona.      Nagle powiedziała łamiącym się głosem: - Moje drogie dzieci, chciałam Wam powiedzieć... że... Chciałam Wam powiedzieć... że... Minęło dobre dziesięć sekund. W tym czasie w klasie nastąpiła grobowa cisza, do tego stopnia, że słychać było buczenie transformatorów elektrycznych w stacji redukcyjno-rozdzielczej za oknem klasy. -  Joasi już z nami nie ma. - rzekła nauczycielka. - Co się stało? - zapytał Rafał, który co prawda często o coś podpytywał, ale teraz najprawdopodobniej o niczym nie wiedział, albo wiedział i w ten sposób rozładował napięcie emocjonalne. - Joasia jest już w niebie. - odparła załamanym głosem wychowawczyni, po czym zapłakała i wyszła z klasy, a po chwili po niej zapłakało kilkoro uczniów. Andrzej nie zapomni tego dnia do końca życia...     Niespełna czterdziestoletni mężczyzna od ponad trzydziestu lat wszystko to pamięta, ze szczegółami. Jest wściekły do tego stopnia, że trzy razy mocno uderzył czołem o wieko. Zrobiło mu się jasno przed oczami. Najprawdopodobniej stracił wtedy przytomność. Ocknął się po kilku chwilach. Ujrzał przez oczami uśmiechniętą Joasię, prowadzącą w wózku typu "spacerówka" swojego przyrodniego braciszka - synka swej starszej siostry i jej partnera życiowego. Bardzo lubiła zajmować się bratem. Szło jej to znacznie lepiej niż nauka, do której nie miała głowy. Albo po prostu nie miał kto jej przypilnować, dać dobry przykład. Matka Joasi kilka lat wcześniej wyjechała z Polski i osiedliła się w Kanadzie. Poznała tam inżyniera od hydroenergetyki i nie śniło się jej nawet by od czasu do czasu przyjechać do rodzinnego miasta odwiedzić swoje dwie córki, wnuczka i niedoszłego zięcia. To nie był sen. Było to wspomnienie, bo ta scenka rzeczywiście miała miejsce - pomyślał Andrzej, bo przez chwilę stracił rachubę miejsca i czasu. Po kilku miesiącach od tego strasznego zdarzenia podczas wakacji u dziadków na Kujawach miał co prawda sen. Otóż Joanna biegała po korytarzu szkolnym. Była uśmiechnięta jak nigdy dotąd. Miała w prawej dłoni czajnik z wrzątkiem i goniła uczniów. Goniła Andrzeja i polewała wszystkich gorącą wodą. Opowiedział o tym śnie swojej babci, która stwierdziła, że trzeba iść do kościoła i wyspowiadać się, bo Joasia jest już w Niebie i ten Anioł daje jakieś znaki. - Ja pier**lę! Jakiego kościoła? Babciu, co Ty wygadujesz?!? Nie ma ani Kościoła, ani Boga. - powiedział w myślach Andrzej. - A może nie ma już o co walczyć? Życie jest tak pogmatwane, że może czas już stąd odejść... - pomyślał głośno Andrzej. - Po co to wszystko, do k**wy nędzy?? - wrzasnął zanosząc się od płaczu. Tak, zaczął płakać. Dawno tak nie płakał.      "Bellavia" dobiegła końca kilka chwil temu. Andrzej usłyszał "The XI-th Commandment Suite". Mimo osłabnięcia i niewielkiej ilości tlenu w tak małej kubaturze postanowił walczyć. Zaczął walić pięściami z całych sił w wieko trumny. Niewiele to dawało, bo nie było miejsca na wzięcie zamachu. Uderzenia były delikatne i płytkie. Po kilku próbach nieszczęśnik rozpaczliwie zacząć drapać paznokciami o wieko. Nie miał większych szans. Dąb to twarde drewno, a paznokcie Andrzeja były delikatne, głównie ze względu na charakter pracy, który wykonywał. Był inżynierem-konstruktorem maszyn i kompletnych linii technologicznych. Całymi dniami przesiadywał przy komputerze. Stąd też dłonie i paznokcie miał delikatne i zawsze zadbane, gdyż doskonale wiedział, że kobiety zwracają na to uwagę. A on kochał kobiety. Jak on kochał kobiety...      Nie poddawał się. Drapał paznokciami tak mocno jak się da. Nagle poczuł duży opór na drewnie, które zmokło w jakiś dziwny sposób. Nie wiedział dlaczego, bo ciemno było, ale dotarło do niego, że nie ma już paznokci. Zostały połamane i częściowo wyrwane. Ta wilgoć na drewnie to krew. Poczuł ten charakterystyczny słodkawy smak w ustach. - To już koniec! - pomyślał. Wiele by dał, żeby jeszcze ostatni raz zobaczyć Ewelinę, Kacpra i Małgosię. Kochał żonę i dzieci nade wszystko. Nie miał już sił. Oczy zamykały mu się co chwilę. Momentami słyszał muzykę. Piękną muzykę. Muzykę, przy której nie raz odpływał. Nie raz podczas wspólnego słuchania z kolegami odpłynął gdzieś tam wysoko, nad chmurami. Uwielbiał instrumenty dęte, zwłaszcza trąbki, skrzydłówki (flügelhorny) i puzony. Chciał nauczyć się grać na trąbce, kupił instrument, ale dość szybko odpuścił, gdy tylko dotarło do niego, że bez wielogodzinnych systematycznych codziennych ćwiczeń zadęcia i pracy mięśni twarzy oraz samych tylko warg ust nic z tego nie będzie. A nie miał zbyt dużo wolnego czasu. Pracował, zajmował się rodziną. I do tego ten ból brzucha... Muzyka grała coraz to ciszej, ciszej, ciszej... *** Dwa dni później... Ewelina pojechała z dziećmi na cmentarz. Na spokojnie, po opadnięciu pierwszych emocji. Zawiózł ich Bogdan - przyjaciel rodziny. Wiedział, że małżonka Andrzeja jest jeszcze roztrzęsiona i postanowił przez jakiś czas wozić ich wszędzie, przynajmniej przez jakiś czas. - Mamo, czy tata do nas wróci? - zapytał sześcioletni Kacper. Ewelina była na tabletkach. Mało co kontaktowała. Spojrzała na swojego synka i odparła: - Tak, synku. Niedługo spotkamy się z tatusiem. Bogdan podszedł bliżej do grobu i poprawił grubą wstęgę na jednym wieńcu. Leżała "do góry nogami", a on tego nie znosił. ***   Ta "recenzja", to opowiadanie nigdy by nie powstało gdyby nie mój Przyjaciel Jacek vel. @Bezlitosna Niusia, który zaproponował mi tę płytę do zestawu płyt winylowych Patricia Kaas oraz Emerson Lake & Palmer i wszystkie wysłał mi z naszego ukochanego Paryża. Również podziękować muszę mojej przyjaciółce @Wera666, która bardzo mnie motywuje i bez niej chyba nie chciałoby mi się tyle pisać.        

Bill Frisell - ALL WE ARE SAYING..

Bardzo dobry gitarzysta amerykański swoją płytą nagraną w 2011 roku a poświęconą twórczości wielkiego Beatlessa Johna Lennona zabija w sposób bardzo skuteczny jego przeciekawą barwną i emanująca hipisowskim luzem muzykę. Robi to oczywiście w sposób bardzo stylowy z dobrym akustycznym składem znanych muzyków i do samego grania przyczepić się nie można gdyż są to typowe dla ostatnich lat twórczości muzyka amerykańskie melancholijne snuje zagrane bardzo przestrzennie i nostalgicznie w stałym transowym tempie amerykańskiej folk czy road music. Barwy instrumentów są ciekawe nieco powściągliwe a klimat gitar i skrzypiec bardzo nastrojowy a bębny rzadkie i świetnie rozprowadzone. Czepiam się przesłania do kogo ma trafić ta muzyka i dlaczego właśnie Lennon. Wiadomo jest jak trudno jest podążać śladami wielkich hitów i wielkich wykonawców i trzeba to zrobić z jajem i fantazją /a na tej płycie zupełnie ich brak/ żeby było inaczej i ciekawiej. Niestety muzyka niczego nie odkrywa wręcz usypia świetne melodyjne pełne charyzmy kompozycje Lennona czyniąc je po prostu nudnymi i odbierając im całą głębię i pacyfistyczny dramatyzm oryginału. Zaproponowana muzyka zupełnie nie wpisuje się w przesłanie i klimat lat 70-tych ona po prostu do Johna nie pasuje jak dla mnie jeden li tylko utwór "Beautiful Boy" ma coś wspólnego z klimatem i dziedzictwem muzyki Lennona. Gdyby traktować płytę z pominięciem Johna byłby to kolejny niezły produkt "amerykańskiego" Frisella ale umieszczenie na okładce znanego na całym świecie wizerunku Lennona zobowiązuje do czegoś znacznie bardziej wymagającego i odkrywczego. 16 utworów. Czas: 68:04. SAVOY JAZZ 2011. Wydanie. elegancki kartonowy digipack bez imaka z płytą umieszczoną bezpośrednio w tekturowej kieszonce. Tutaj można posłuchać fragmentów wszystkich utworów: https://www.muziekweb.nl/en/Link/JE33608/All-we-are-saying Tracks: 1 Across The Universe 5:53 2 Revolution 3:50 3 Nowhere Man 5:14 4 Imagine 4:52 5 Please, Please Me 2:06 6 You've Got To Hide Your Love Away 5:08 7 Hold On 3:56 8 In My Life 4:05 9 Come Together 5:08 10 Julia 3:31 11 Woman 4:21 12 Number 9 Dream 3:42 13 Love 2:18 14 Beautiful Boy 3:27 15 Mother 6:53 16 Give Peace A Chance 3:37 Credits: Guitar [Guitars] – Bill Frisell Steel Guitar, Acoustic Guitar – Greg Leisz Violin – Jenny Scheinman Bass – Tony Scherr Drums – Kenny Wollesen

Uri Caine - Toys

W&W to wytwórnia znana z bardzo wyrafinowanej muzyki i takich nieortodoksyjnych eksperymentalnych projektów a to klasyka inaczej a to jakieś dziwne etno koncept albo eksperyment i nie każdemu to wchodzi mimo świetnej może chwilami nazbyt "suchej" produkcji. Tu mamy niespodziankę świetny krzepki siarczysty nowoczesny jazz tłusty i melodyjny z kapitalną bynajmniej nie oszczędną aurą z należytą dynamiką i soczystą muzyką z odrobiną dziarskiego free do smaku. Raczej nie szukamy tu wyrafinowania ale świetnej energii melodyjnych improwizacji ciekawych harmonii znakomitego poczucia rytmu i ciekawości w brzmieniu instrumentów. Dużo świetnych męskich improwizacji na dęciakach saksofonie tenorowym Gary Thomasa, trąbce Dave'a Duglasa, klarnecie Dona Byrona i puzonie Josha Rosemana, kapitalne mocne wsparcie basowe samego Dave'a Hollanda i świetne pianistyczne struktury Caina a wszystko to dopina energetyczne brzmienie bębnów Ralpha Petersona i Dona Aliasa. Utwory to nowoczesne hard bopowe numery z nowoczesną fakturą brzmień, energią i pozytywnym wykopem. Kapitalne żywe świetnie skrojone numery ze smakowitymi solówkami instrumentów chociażby jak w utworze 2,4,5,6,8, 9 i 10. Sporo utworów z repertuaru Hancocka zagranych świeżo i nowatorsko. Prawdziwa jazzowa płyta z jajami bez kombinacji prosto do ucha uczciwie podana i zagrana z pasją. Koniecznie. 11 utworów. Czas: 68:58. WINTER AND WINTER 2005. Wyd. firmowy digipack firmy W&W. Tutaj można posłuchać fragmentów wszystkich utworów: https://www.muziekweb.nl/en/Link/JE13151/Toys Tracklist: 1/ Time Will Tell 7:542/ The Prisoner 10:393/ Herbal Blue 5:474/ Or Truth? 7:225/ Yellow Stars In Heaven 9:056/ Over & Out 7:537/ Dolphin Dance 2:068/ Toys 7:269/ Cantaloupe Island 4:4010/ Woodpecker 4:2511/ I'm Meshugah For My Sugah (And My Sugah's Meshugah For Me) 1:41 Personnel: Uri Caine (piano);Dave Holland (bass instrument);Gary Thomas (flute, tenor saxophone);Don Byron (bass clarinet);Dave Douglas (trumpet);Josh Roseman (trombone);Ralph Peterson (drums);Don Alias (percussion).




×
×
  • Create New...

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.