Jump to content

Opinie: płyty - ostatnio dodane

1023 opinie płyty

Keith Richards - Main Offender

Dlaczego Keith nagrywa płytę, na której raz tworzy ciężkie, mroczne klimaty, a za chwilę śpiewa nostalgiczne piosenki czy kołysze w rytm wolnego reggae ? Bo tak mu się podoba. Bo tak chce. A jak ktoś powie że coś jest za szybko czy za wolno to dostanie w łeb gitarą. Albo Keef rzuci w niego nożem myśliwskim. I warknie "wypierdalaj!" . I ten mądrala ucieknie przerażony i już nigdy nie odważy pokazać mu się na oczy. I Keef będzie dalej grał to, co chce. Bo jest Keefem i mu wszystko wolno. Odnośnie muzyki to ogólnie "coś w klimatach bluesrockowych", ale jak zwykle u Stonesów wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Urzekająco szczera wypowiedź muzyczna tego starego demona.

The Rolling Stones - Voodoo Lounge

"Voodoo"to jedna z najlepiej zrealizowanych płyt The Rolling Stones. Dopieszczona, a nie przeprodukowana. Wreszcie znalazł sie producent, (Don Was) który perfekcyjnie uchwycił brzmienie "klubowego zespołu rhytm'n'bluesowego, któremu udało się zagrać koncert na stadionach " (definicja Richardsa) Słyszymy tu swobodny klimat wspólnego muzykowania dobrych przyjaciół, którzy naprawde dobrze sie razem bawią. Jagger wreszcie tu śpiewa, a nie charczy, sporo też gra na harmonijce. 2 utwory śpiewa Keef i pasują one do całości płyty, a nie zjawiają się niespodziewanie jak UFO na samym końcu. To płyta gigantów którzy nic już nikomu nie muszą udowadniać, spinać się, ścigać z punkową hordą czy tymi nowymi - grungowcami. Po co śpieszyć ? - Pograjmy jeszcze razem, tak fajnie idzie. Świetnie ci wyszedl ten ostatni kawałek - niee, tobie to lepiej idzie. Ale posłuchaj tego ... - piękne, dawno takich rzeczy nie graliśmy. Musisz to zaśpiewać - E , co tam będę skrzeczał... Albo wiesz co - zaśpiewajmy razem! - O, to jest pomysł! Ciężko wskazać tu najlepsze utwory, zawartość płyty to tradycyjna mieszanina różnorodnych stylów. transowy klimat tworzą głównie takie utwory jak Love Is Strong, Moon Is Up, Brand New Car, SucK on the JUGULAR, ale ciężko wskazać najlepsze utwory. Jak z rozbrajającą szczerością powiedział Keef, na pytanie o the best z "Voodoo : jak moge wybierać? Te wszystkie piosenki to moje dzieci! Jeszcze trudniej wskazać takie, które są zbędne. Może poza zamykającym wydanie CD "Mean Disposition", które paradoksalnie brzmi trochę jak rozgrzewka do właściwego grania. Zresztą, jak kupowałem tę płytę w chwili jej wydania, (jeszcze na kasecie) , to tego kawałka nie było. I go nie brakowało. Dla mnie mogłoby go nie być. W skrócie - prawdziwe Voodoo!

The Rolling Stones - Black and Blue

Zamiast nudnej recenzji wymyśliłem sobie dialog Błyszczących Bliźniaków, podczas którego mogła narodzić się koncepcja tej płyty : Wraca pozytywnie nawalony Keef do hotelu w NYC i łapie za rękę Micka: - nie uwierzysz gdzie byłem! Taka wielka tancbuda z światłami, gdzie ludzie gibają do zajebistej czarnej muzy. Mówią na to "disco". Zagrajmy coś koło tego! - Chyba cie pojebało... Pismaki nas zjedzą... - A chuj z nimi. Im się nigdy nic nie podoba. Ze dwa szybsze do tańca i jedna dłuższa pościelówa, żeby się małolaty mogły pościskać. O, i taką zajebistą muzę z Jamajki słyszałem - zaśpiewasz ? "Oł czeri oł czeri oł bejbi "... Co ? - Nie, no to już przegięcie ... - Ale dawaj, na luz trzeba wziąć! No! - Oł czeri oł czeri ... - No i gra !! Z dwa rokery mam gotowe, coś w jeszcze w studio wyplumkamy i płyta jak się patrzy ! No? - Noo ... ... masz kreske? - Czekaj ... no patrz, kurwa, cały towar w tym disco poszedł... Ale chodź, obsępimy młodego! To i o tej płycie pogadamy. - O tej płycie to TY mu powiesz ! - No powiem , a co? - Wkurwi się ... - hehe, se może ... A ty lepiej jakieś laski wyrwij. - O NIE! Ja wczoraj załatwiałem ruchanko. Dzisiaj twoja kolej. - No dobra, dobra . Ze 3 starczy? - Noo - To u młodego, nie ? - Noo I powstała płyta pulsująca rytmem, przy której można pozytywnie naładować akumulatory, starannie zrealizowana, o "imprezowym" charakterze. To ostatnia metamorfoza tego zespołu. Otwiera zupełnie nowy rozdział historii The Rolling Stones. Po tej płycie już niczym nie będą w stanie zaskoczyć. Będą trwać niewzruszenie jak piramidy, co jakiś czas uszczęśliwiając słuchaczy następnymi albumami, uznani za klasyków ortodoksyjnego rocka, którego tak naprawdę nigdy nie grali ...

The Rolling Stones - Their Satanic Majesties Request

The Rolling Stones w 1967 roku zdołali wydać 2 płyty i kilka singli, odbyć trase koncertową po Europie (grali m.in. w Kongresowej), przejść procesy sadowe i wreszcie odsiedzieć (krótki bo krótki, ale jednak) wyrok za narkotyki.Jak głosi legenda, właśnie w więzieniu powstały niektóre kompozycje do albumu "Their Satanic Majesties Request". To chyba najbardziej kontrowersyjna płyta tego zespołu - w chwili wydania wręcz zmasakrowana przez krytykę, ale z upływem czasu jej akcje rosną i zdarza się, że otrzymuje nawet najwyższe noty. Cóż, teraz jest po prostu zaliczana do klasyki rodzącego się wtedy nurtu psychodelicznego i jako taka zasługuje przynajmniej na szacunek ... Jej zawartość trudno jednoznacznie ocenić - są wspaniałe, dynamiczne kompozycje jak "Citadel", klimatyczne - jak "2000 Light Years From Home" (zasługujące na to, żeby zostać ścieżką dźwiękową do Odyseji Kosmicznej)i melodyjne, proste piosenki jak "She's Rainbow". Są brzmienia piękne, tajemnicze, dziwne i .. dziwaczne, które niekiedy intrygują a czasem ... irytują. Ten, kto za pierwszym razem wysłucha całości bez "skracania" może sobie śmiało postawić w nagrodę duże piwo albo rurkę z kremem ;D Dziwny to album, tak jak dziwne były to czasy , gdy powstawał. W każdym razie psychodelią można byłoby obdzielić kilka innych albumów ;D

The Rolling Stones - Dirty Work

Nierówna i nie najlepsza płyta w dorobku RS. Ale jest tutaj tyle złej energii i rockowego brudu, że warto od czasu do czasu jej posłuchać, byle głośno!

The Rolling Stones - STILL LIFE (American Concert 1981)

W zasadzie poprzednia opinia jest wyczerpująca, dodam jedynie, że płytka jest naprawdę znakomita i bardzo energetyczna! Polecam także video z tym materiałem.

The Rolling Stones - Dirty Work

Płyta zespołu którego w 1986 w zasadzie nie było ... Muzycy mieli ochote nawzajem się pozabijać, co dokumentują teksty utworów, teledysk do "One Hit (to the body)" oraz styl nagrywania tego albumu - Sir Michael Philip Jagger zakradał się do studia, kiedy reszta (a szczególnie Mr Keith Richards) poszli już do domu i dogrywał wokal, wykrzykując teksty o rozbijaniu nosów, karierowiczostwie i brudnej robocie (którą niech teraz wykonuje inny frajer). Na koniec wyznaje charczącym głosem w dość prymitywnym "Had It With Tou" swojemu Błyszczącemu Bliźniakowi, że go kocha, ale tamten jest skurwysynem i w ogóle żal dupę ściska jak taka stara miłość umiera ... W odpowiedzi jak zawsze wyluzowany Keith O Twarzy Belzebuba odpowiada niefrasobliwie w zaśpiewanych przez siebie 2 utworach, że dziecko jest niegrzeczne (Too Rude )a najlepiej to niech się prześpi (Sleep Tonight). No i tak sobie na tej płycie pogadali. Muzycznie album jest dość nierówny - otwiera go naprawdę dopieszczony i chwytliwy rocker "One Hit" i dzieje się dużo dobrego - świetne partie gitar, melodyjne chórki, a bicie Wattsa wyrywa nogi z butów. Kolejny - "Fight" cechuje spora dawka agresji i jeszcze mocniejsze bicie w bębny, trzeci utwór to perełka - taneczna przeróbka starego R&B "Harlem Shuffle" która w wykonaniu Stonesów stała się naprawdę wielkim przebojem. Tak naprawde na płycie grupy zaszufladkowanej jako "typowo rockowa" najlepiej wypadły utwory utrzymane w pogodnych i tanecznych rytmach - poza "Harlem Shuffle" - "Too Rude" w klimacie reggae, "Back To Zero", na koniec nastrojowa pościelówa "Sleep Tonight". Z reszty na wspomnienie zasługuje jeszcze całkiem dobry i dopracowany rocker tytułowy, a jego tekst doda nam odwagi prz wymiganiu się od jakiejś paskudnej roboty, kiedy zanucimy "let somobody do that dirty work, find some loser find some jerk" (np pod adresem żony która domaga się powiedzmy zebrania pajęczyn z sufitu ;D) Z ciekawostek - na płycie gościnnie zagrał Jimmy Page. Nie uważam tego albumu za wybitny, ale jest całkiem interesujący i zasługuje na zapoznanie.

KYUSS - Welcome to Sky Valley (1994)

Pierwszy kontakt z muzyką tego zespołu budzi konsternację - co oni grają? Metal, grunge, prog-rock, blues rock? Nie: "Stoner Rock/Metal" ! Wspomóżmy się Wikipedią: "... Stoner rock i stoner metal to zamiennie stosowane terminy określające podgatunek rocka i metalu. W stoner rocku często stosowane są powolne tempa, psychodeliczne improwizacje, basowe gitarowe riffy i melodyjne wstawki. Gitarzyści stosują różnorodne efekty gitarowe, przede wszystkim wah-wah i pogłosy. Śpiew jest szorstki i ma prostą rytmiczną melodię. Produkcja jest często bardzo surowa, ograniczona do minimum może nawet brzmieć amatorsko. Stoner powstał w wyniku fascynacji latami 60. i 70. Słychać w nim naleciałości psychodelicznego, kosmicznego rocka i klimatu towarzyszącego dopiero co tworzącemu się heavy metalowi. W stoner metalu słychać wyraźne wpływy doom metalu. Zespoły stoner rockowe często wśród swych inspiracji wymieniają Black Sabbath, Led Zeppelin, Jimiego Hendriksa, Deep Purple. ..." Aha. Ta płyta jest absolutnie hipnotyzująca. Z początku odczuwa się niedowierzanie i poirytowanie - co oni tak męczą te instrumenty? Co tak wolno i jakby przydługo? Dlaczego te brzmienia są tak brudne i rozmyte? Ale muzyka wciąga nas nieubłaganie, do krainy nostalgii, mistyki, dźwięków pięknych i przemyślanych. Czasami drapieżnych, energetycznych (np. "100°", "N.O."), czasami kojących, ale opartych na transowych rytmach - jak "Space Cadet". I zawsze nieszablonowych. Jawi się nam falujące, nagrzane powietrze, drgające nad pustynią w Texasie, gdzie nagrywano ten album. Powiew świeżości i pasji. Kompozycje jakby "wypływają" jedna z drugiej, tworząc wrażenie słuchania spójnej całości (na pierwszych wydaniach tej płyty były jedynie 3 kompozycje, dopiero później podzielono je na 10 utworów). Słychać skupienie muzyków na grze, ich wielką wrażliwość i zaangażowanie. Przy skromnym instrumentarium, bez wyrafinowanych studyjnych zabiegów stworzyli prawdziwe rockowe misterium. Kończący płytę żartobliwy "jingiel" wybudza z zasłuchania - co, już koniec? No to jeszcze raz - "play" ... ;D

The Rolling Stones - STILL LIFE (American Concert 1981)

To chyba najbardziej zmasakrowana przez krytyków płyta grupy. Powstała w okresie, kiedy zespół był w konflikcie personalnym (agresja słowna i czynna między Jaggerem, Richardsem i Wattsem), zaś spożycie narkotyków przez muzyków i ich ekipę osiągnęło wówczas apogeum (podczas koncertów działki z kokainą i heroiną leżały na głośnikach , żeby artyści mogli się na bieżąco "wspomagać"). W takiej atmosferze odbyła się gigantyczna amerykańska trasa zespołu w 1981, którą obejrzało 3 mln widzów. 10 wykonań live z tej trasy to właśnie płyta "Still Life". Zarzuty krytykantów wobec tego wydawnictwa są wręcz zabawne: a to, że muzyka z tej płyty jest "sterylna" (bo dobrze zagrana?), a to "brak w niej życia" (ja pierdole, chyba jej nie słyszeli !) i wpada w "formułę show biznesu" a muzycy okazali się "estradowcami" (a kim mieli sie okazać - dentystami?). Irytujące, bo to jedna z moich ulubionych płyt, a na Allmusic ma 1 gwiazdkę ... Oczywiście, moja irytacja i ocena jest subiektywna, więc zachęcam Was do zapoznania się z tym abumem i wystawienia swoich opinii - bo może to ja się mylę ??? Album otwiera porywająca, oparta na perfekcyjnym gitarowym dialogu wersja "Under My Thumb". Następnie zespół wkręca się na wyższe obroty i przez nerwowe "Shattered" i szybkie rockabilly ("Twenty Flight Rock") dochodzą do kulminacji w "Goin To A Go Go", gdzie zespół zmienia się w jeden pulsujący rytmem mechanizm. Właśnie wielkim atutem tej płytem są wykonania utworów mniej znanych i zapożyczonych, dzięki czemu całość zyskuje na spontaniczności. Napięcie lekko słabnie przy trochę chaotycznym "Let Me Go", ale już brawurowe wykonanie nostalgicznego "Time Is On My Side" ponownie wprowadza słuchacza w błogostan. W relaksującym "Just My Imagination" śmielej do głosu dochodzą dęciaki, tradycyjnie u Stonesów przeplatając się z partiami gitarowymi. Następnie dynamiczna, premierowa wersja Start Me Up (trudno w to jakoś uwierzyć, ale tego utworu przed 1981 rokiem ...NIE BYŁO! ;D). Na zakończenie podkręcona rytmicznie Satisfaction. Cała płyta wręcz kipi energią i przy zachowaniu wykonawczej precyzji oddaje klimat szalonych koncertów, które odbyły się w 1981, w USA (wizualizacja znalazła się na filmie Hala Ashby "Let's Spend the Night Together").

Slayer - World Painted Blood

Nasunęła mi się pewna dygresja - byliśmy już świadkami narodzin "rocka geriatrycznego" tj. udanej kontynuacji kariery przez zespoły z lat 60-ych, niedługo możemy zaobserwować to samo w przypadku kapel metalowych - Tom Araya ma już 48 lat ... Ale nieważne metryki, ważna muzyka. A ta robi wrażenie. Jest i ostro i szybko, jak przystało na ten zespół. Chyba agresywniej niż na poprzedniej płycie. Wiek nie osłabił ekspresji weteranów trashu. Największe wrażenie robi tradycyjnie perkusja, to Dave Lombardo jest najważniejszą postacią tego spektaklu. Już w trakcie drugiego utworu, "Unit 731" kark sztywnieje od headbangu, potem jest już tylko gorzej (tzn lepiej ;D). Przy "Snuff" musiałem komicznie wyglądać podskakując na sofie w prostych, chwytliwych riffów i szaleńczej galopady perkusji. Wiele utworów wywołuje reminiscencje poprzednich albumów Slayera, ale trudno oczekiwać żeby nagle zarzucili swój styl i zaczęli grać piosenki nadające się do śpiewania przy ognisku. Nie przekonuje mnie jedynie utwór "Beuty Throu Order", nawiązujący do "South Of Heaven" i jakby wymęczony. Ale następujący po nim "Hate Worldwide" z długą, wściekłą solówka gitarową zaciera chwilę zwątpienia. Pojawia się na tej płycie trochę nietypowych dla Slayera dźwięków, lecz to tylko zaleta tej płyty. Słychać, że przy pracy nad tym albumem muzycy spędzili naprawdę dużo czasu. Efekt tej pracy jest naprawdę godny uwagi.

Beastie Boys - Hello Nasty (1998)

Piąta studyjna płyta Bestie Boys'ów jest bardzo wesoła, podkłady są ciekawe. Elektronika jest całkiem fajna, choć przy długim słuchaniu może męczyć/nudzić. Na szczęście utwory klimatyczne i spokojne takie jak "Sneakin' Out The Hospital", "Song For Junior" czy "I Don't Know" sprawiają, że płyta jest naprawdę ciekawa i nie składa się tylko z numerów elektroniczno-dynamiczno-zabawnych. Ogólnie płyta jest dobra, mimo tego, że to 5-ty album, jest warta posłuchania, choć nie jest tak dobra jak "Ill Communication". Warta do posłuchania raz na parę dni, na poprawienie humoru:-) Na mnie działa:))) Polecam:)

Tool - undertow

Pierwszy album w sensie pełnym Toola. Wydany w rok po EPce "Opiate". Jedna z płyt... ...niełatwych w odbiorze, zrozumiała dopiero po pewnym czasie (podobnie jak Aenima). Słucham jej od dobrych 7-8 lat i nadal jest dla mnie ciekawa. Pierwsze co nasuwa mi się na myśl, to surowość materiału muzycznego wraz z precyzją. Płyta jest przemyślana. Muzykę uważam za naprawdę duży skok w porównaniu z EPką "Opiate". Początkowo ta zwartość i surowość do mnie nie przemawiały, nie rozumiałem dlaczego muzyka jest właśnie taka precyzyjna i równocześnie surowa, a wokal nieco inny niż na "Opiate" - nadal wściekły, ale jakby w inny sposób, bardziej skupiony, przez co jakby treściwszy (choć pierwsze wrażenie mówi co innego). Na album składa się 10 traków, ostatni (Disgustipated) trwa ponad kwadrans i po krótkim dosyć "innym" utworze, następują minuty wypełnione cykaniem świerszczy (czy czegoś co cyka). jest to ciekawe, kiedyś to przewijałem czy wyłączałem, ale warto tego posłuchać. Jest w tym pewne skupienie i spokój, przynajmniej dla mnie:) Płytę charakteryzuje mocne uderzenie ale nie takie jak na "Opiate" - mamy do czynienia już z czymś o wiele bardziej przemyślanym. Także muzycznie jest już bardzo ciekawie. Również tekstowo jest niebanalnie. O ile późniejsze wydawnictwa, zwłaszcza Lateralus, będą bardzo ułożone; wręcz przemyślane co do sekundy, to uważam, ze coś nich brakuje. To coś jest na "Undertow", surowość i wściekłość ale ubrana w bardzo przemyślany układ muzyczny, wydający się jakby lekko suchy, co doskonale pasuje do wokalu i ogólnego przekazu. Na "Undertow" jest kilka znanych utworów; właściwie pierwsze trzy, jednak siłę albumu upatruję w późniejszych kompozycjach; zwłaszcza numer "Flood" uważam za interesujący. Świetne wejście, niesamowita energia. Płytę uważam za świetną, ale równocześnie prostą. Nie jest tak popularna jak "Lateralus"... ...bo jest trudniejsza niż wspomniana L. Zdecydowanie polecam. Świetna muzyka. Najlepszy Tool - tak uważam po około 10 latach słuchania tego zespołu...

Tool - Opiate

Wydana w 1992 roku debiutancka EPka zawiera 6 utworów, w tym 2 utwory na żywo (Cold and Ugly i Jerk-Off). Całość jest utrzymana w podobnym klimacie: jest szybko, wściekle i dynamicznie. Wokal jest wyraźny, doniosły, bardzo żywy. Ktoś zapyta może czy może być martwy wokal? Niedosłownie, ale uważam że tak; może być bez wyrazu. Tutaj go nie brakuje - zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że te pierwsze tool-owate wydawnictwo, ma najwścieklejszy i najmocnieszy wokal ze wszystkich albumów. Potem już nieco go "wygładzili"; dostosowali do muzyki, którą jednak z płyty na płytę w ten czy inny sposób zmieniali. Obok 6 utworów, znajduje się na "Opiate" bonusowy "The Gaping Lotus Experience" - na cd jest on ukryty w ostatnim utworze, na winylu jest na stronie B. Muzyka na "Opiate" jest zdecydowanie warta uwagi. Jest zwarta, szybka, dynamiczna, z wykopem. Gdyby Tool został przy tej stylistyce byłby na pewno mniej znanym zespołem, na szczęście zespół rozwijał się z płyty na płytę i ciągle poszukiwał innych rejonów muzycznych, nie zostając przy określonej stylistyce poprzedniej płyty. W tym tkwi jego progresja:) Ciągłe poszukiwania, znający dobrze ich wszystkie albumy, wiedzą o czym mowa. Podsumowując, "Opiate" uważam za bardzo udany debiut, zespół mimo że nie gra właściwie na tym wydawnictwie wielkich odkryć, czymś się wybija; jest inny niż metalowe, rockowe czy grunge'owe zespoły początku lat 90', a dopiero później, kolejnymi płytami, jeszcze bardziej udowodni że nie jest łatwy do zaszufladkowania i stanowi klasę samą dla siebie.

KYUSS - Muchas Gracias: The Best of Kyuss (2000)

Kyuss rozpadł się w 95'. Są różne domysły czy teorie czemu tak się stało, faktem jest, że większość składu tworzącego ostatnią płytę, zakłada Queens of the Stone Age, natomiast wokalista Josh Garcia zakłada Unidę. Promowany jako the best of, album zawiera 5 oryginalnych utworów z poprzednich płyt, 4 numery koncertowe oraz 6 których nie było na "głównych" płytach Kyussa. Były one natomiast na singlach Kyussa (mało popularna sprawa). Utwory koncertowe pochodzą The Marquee Club z 1994 roku. Jest to gdzieś w Niemczech (nie wiem dokładnie bo sprzedałem oryginał tej płyty Kyussa). Uważam że wszelkie best of w wypadku kultowych zespołów do jakich zaliczam Kyussa, mija się z celem. Tu nie ma mowy o best ofach - tutaj całe płyty tworzą pewien niezapomniany klimat, nie ma mowy o tzw. hitach. Uważam że każdy wybór niby najlepszych traków w przypadku Kyussa, byłby błędny; nie da się wybrać 5 czy 10 utworów i powiedzieć "oto Kyuss w pigułce". Takie jest moje zdanie. Co do utworów "nowych", uważam ze są raczej ciekawostką i nie mają klimatu który mieliśmy na "pełnoprawnych" czterech wydawnictwach. Jeśli zaś chodzi o numery koncertowe (Gardenia, Thumb, Conan Troutman, Freedom Run), to są one nagrane w miarę dobrze, są dynamiczne, żywe, pełne energii. Wokal jest wyraźny i z charakterystycznym dla Garcii gardłowym przydźwiękiem:) W utworach koncertowych tkwi sens wysłuchania tego albumu, tak uważam. Ciężko mi ocenić ten album. Przecież nie ocenię go po tych wydawanych na singlach utworach, bo brak w nich magii Kyussa; nie ocenię go również po wybranych 5 numerach, ani po koncertowych... Ogólnie rzecz biorąc, jako naprawdę wielki fan muzyki Kyussa, uważam że album nic nie wnosi, może poza koncertowymi wykonaniami. Polecam bardziej jako ciekawostkę dla że tak powiem mocnych Kyussowców (podobnie jak EPkę Sons of Kyuss). Osobom chcącym poznać dopiero Kyussa, polecam 4 "paradygmatyczne", legendarne ich albumy:))) Wystawiam ocenę ze względu na koncertówki.

KYUSS - Sons of Kyuss (1990)

Początkowo Kyuss nazywał się "Sons of Kyuss" i działając pod tą nazwą, wydał jedną EPkę "Sons of Kyuss" w ilości 1000 egzemplarzy na winylu (niektóe źródła podają że 500). Potem oczywiście nastąpiła reedycja tego winyla, jest on obecnie dostępny. Na "Sons of Kyuss" nie grał basista Nick Oliveri, dołączył on po tym wydawnictwie, a przed nagraniem "Wretch". Album czy mini album jak kto woli, zawiera 8 utworów. Część z nich ukazała się potem na "Wretch", część nie (5 traków). Materiał muzyczny jest w klimatach "Wretch", może łagodniejszy, mniej szybki. Płyta zasługuje na uwagę raczej tylko fanów Kyussa i ich pierwszego albumu pod nazwą "Kyuss". Gdy nie było jej reedycji, stanowiła gratkę dla kolekcjonerów wydawnictw legendarnych stoner rockowców.

Bjork - Homogenic (1997)

Trzeci płyta islandzkiej artystki wydana we wrześniu 97'. Tytuł płyty - Homogenic - to wymyślone przez Bjork słowo, niejako połączenie fotogeniczny (fotogenic) i ludzki czy człowiek (homo). Patrząc na okładkę albumy, można jakoś skojarzyć taki tytuł z wymową okładki. W każdym bądź razie, "Homogenic" zawiera dziesiątkę utworów i trwa ponad 40 minut. Muzyka jest już wyraźnie inna niż na poprzednich dwóch wydawnictwach. Płyta ma już jakiś określony styl, jest bardziej emocjonalna, utwory nie są bardzo kontrastowe, nie ma tej wesołości z "Post". Ogólnie jest dużo smyczków, głos Bjork smutnawy, lekko sentymentalny, refleksyjny, przeciągły, skupiony. Materiał muzyczny stanowi zwartą całość. Jest to zdecydowanie już dojrzała płyta islandzkiej artystki. Wg wikipedii: "Sama Björk powiedziała, że muzyka na Homogenic odzwierciedla górzysty, morski, wulkaniczny i lodowcowy krajobraz jej rodzimej Islandii". I coś w tym jest. Szczególnie taka jakaś lodowatość, ale nie obojętność, po prostu smutne emocje, kojarzące się mi z takim akurat klimatem. Jeszcze bardziej będzie to odczuwalne na kolejnym albumie "Vespertine". Na "Homogenic" pojawiają się naprawdę wielkie utwory Bjork. Oczywiście na poprzednich wydawnictwach, również są utwory znane i bardzo popularne,; na 3. płycie są to jednak już utwory dosyć monumentalne, bardzo dojrzałe, dopracowane, przemyślane. Nie ma tu już takich czy innych inspiracji muzycznych, które w jakimś stopniu, wg samej Bjork, oddziaływały na nią przy "Debut" i "Post". Tutaj mamy Bjork "na tacy". Płyta bardzo osobista; "Vespertine" będzie kontynuacją tej stylistyki (w mojej opinii będzie jeszcze bardziej osobista, jeszcze bardziej emocjonalna). Bardzo znanym i pięknym utworem jest "Unravel". Jest to bardzo emocjonalny, wręcz romantyczny kawałek. Pojawiają się też weselsze utwory: Alarm Call, 5 Years. Z kolei numer 9 - Pluto - jest doskonałym pokazem możliwości wokalnych artystki. Na "Homogenic" jest sporo elektroniki, jednak chyba mniej niż na "Post". Ostatnim utworem jest "All is full of Love": piękna kompozycja, nieśpieszna, tajemnicza, niemal metafizyczna czy mistyczna. Coś absolutnie pięknego, nie do opisania. Utwór jest jak modlitwa, coś niesamowitego. Unosi w górę bardzo wysoko. Sprawia że człowiek jest lepszy. Bjork pokazuje na swym trzecim albumie, już nie tylko swą oryginalność, nietuzinkowe możliwości wokalne i niebanalne połączenie elektroniki z instrumentami (co słyszeliśmy na "Debut" i "Post"), ale ogromną wrażliwość, jeszcze większą emocjonalność, dojrzałość artystyczną, kobiecość, poczucie muzyki bardzo osobistej, jednak trafiającej do słuchaczy. Długo by wymieniać walory. Materiał na "Homogenic" jest absolutnie oryginalny. Oczywiście, jak już pisałem we wcześniejszych recenzjach płyt Bjork, jedni jej nie trawią, jedni ją uwielbiają. Uważam że muzyka na "Homogenic" jest piękna. Jest wyrazem wielkiej dojrzałości absolutnie jednej z ważniejszych wokalistek muzycznych kiedykolwiek. Zdecydowanie polecam. Rzadko kiedy mamy do czynienia z tak wielką wrażliwością muzyczną i emocjonalnością przekazu.

Bjork - Debut (1993)

Wszystko jak poprzednio:))))

Bjork - Telegram (1996) [remixy]

Płyta zawiera 10 utworów, będących remixami utworów z "Debut" i "Post". Płyta o tyle jest autorstwa Bjork, o ile jest ona autorką piosenek, natomiast nie zajmowała się obróbką materiału muzycznego. We wkładce do płyty mamy tylko 1 zdanie: "I'd like to thank the 'remixers' and tell them how honoured me and my songs are to have become ingredients of their mixing - desk. Ta. Bjork". Miło:))) Oprócz tych podziękowań są tylko zdjęcia artystki autorstwa Nobuyoshi Araki, utrzymane w kolorystyce niebieskiej. Autorami mixów są następujący 'mixerzy': Lucy, Brodski Quartet, Further over the edge, Dobie's, Deodato, Dillinja, Massey, Mika Vaionio. Pojawia się jeden nowy utwór nie będący mixem: nr. 4: "My spine" - wykonuje go oczywiście Bjork, i Evelyn Glennie. Fantastyczne 'dzwoneczki':))) (informacje o autorstwie mixów zaczerpnąłem z internetu gdyż w oryginale płyty nie ma tych informacji). Kilka sł,ów o muzyce: mixy są zdecydowanie ciekawe. Nie są utrzymane w jakiejś jednej męczącej elektronicznej manierze, wręcz tylko niektóre są typowo elektroniczne. Pojawiają się też nie-elektroniczne instrumenty. Całość nie jest nudna, nie jest to rodzaj mixów który "traci" gdzieś po drodze Bjorkowatość - przeciwnie, artystka jest stale obecna, należy naprawdę przyznać, że remixy są bardzo dobrą, delikatną robotą. Wg wikipedii: "Björk zwróciła się z prośbą o wykonanie remiksów do artystów, których podziwiała, dając im przy tym wolną rękę". Efekt bardzo ciekawy, płytę jak najbardziej polecam - proszę się nie dać zwieść że to mixy: brak tu namolnej elektroniki, Bjork jest jak najbardziej obecna a utwory są nadal delikatne, emocjonalne i ciekawe. Przy nr. 7. - You've Been Flirting Again (Flirt is a promise mix), można się naprawdę wzruszyć. Coś pięknego... Zdecydowanie należy zapoznać się z tym albumem, jeśli ktoś jeszcze nie miał ku temu okazji.

Bjork - Post (1995)

Kolejna płyta islandzkiej artystki. Producent ten sam co przy "Debut"; Bjork jest autorką wszystkich znacznej większości tekstów; niektóre wspólnie z producentem płyty Hooperem, czy Tricky'm. Pierwsze co nasuwa mi się na myśl, słuchając teraz tej płyty nie pierwszy oczywiście raz:)), to to, że jest ona bardzo dynamiczna. O ile pierwsza była bardziej smutnawa, to ta prezentuje już jakby jaśniejszą i mocniejszą muzycznie stronę artystki. Chciałoby się powiedzieć, że jakby "agresywniejszą", żywszą. Podkłady są niesamowicie dynamiczne, w ogóle dźwięk jest żywszy i lepiej nagrany niż na debiutanckim "Debut". Na drugim albumie Bjork - "Post" - jest wyraźnie więcej stricte audiofilskich smaczków w postaci szczegółów, namacalnej barwy instrumentów/podkładów. Bardzo ciekawa barwa basu. Płyta zawiera 11 piosenek. Wokal artystki jest wyraźnie bardziej wyeksponowany niż na 1. płycie. Utwory są radośniejsze. Nie ma jednej określonej stylistyki. Bjork nie tyle nie ma swojego określonego stylu, co po prostu nie potrzebuje jakby imitacji pseudo samookreślenia muzycznego, co nie oznacza tego, ze nie wie co tworzy, ale spectrum jej możliwości znacznie wykracza poza wszelkie szufladki:))) Pisałem o tym w poprzedniej opinii nt. "Debut". Bo nie można nazwać tego tylko popem, tylko elektroniką z wokalem damskim, jakimś post rockiem czy pop rockiem itd. Bjork proponuje nie tyle określone gatunki starannie wymieszane razem, co po prostu siebie i swoją muzykę, nie dającą się zaklasyfikować. "Post: jest zdecydowanie bardziej elektroniczna - jest to plus, zważywszy na oryginalność podkładów; elektronika w jej muzyce nie sprowadza się do prostego bitu, czy gęstego basu; jest to o tyle oryginalne, że znakomicie zżywa się z instrumentami obok, szczegółowością przekazu, oczywiście wokalem islandzkiej artystki oraz ogólną emocjonalnością muzyki; czymś często niemożliwym do werbalnego określenia, a sprawiającym, że odbieramy muzykę bardzo osobiście: Bjork potrafi zaniepokoić i stworzyć wrażenie tajemnicy (Enjoy; Cover Me); wzruszyć (You've been flirting again); uspokoić (Hyper-Ballad; Possibly Maybe); rozbawić czy sprawić że chce nam się tańczyć:))) (It's Oh So Quiet; I Miss You). Bjork potrafi świetnie zacząć płytę, prze-dynamicznym utworem (Army of Me). Oczywiście są to stricte subiektywne wrażenia czy doświadczenia z tą muzyka, nie zmienia jednak to faktu, że przekaz na "Post" jest nie-obojętny, nie-nudny, potrafiący wciągnąć i wywrzeć na odbiorcy bogate doświadczenia (emocjonalność Bjork osiągnie dopiero kwintesencję na kolejnych płytach "Vespertine" i "Homogenic":))) Podsumowując, kolejny, drugi album Bjork, jest bardzo udany. Zarówno muzycznie i wokalnie jest to coś oryginalnego, wymykającego się zaszufladkowaniu, pełnego muzycznych smaczków oraz dużej dawki emocjonalności przekazu. Płyta jest dynamiczna, bardziej elektroniczna; raczej optymistyczna, głos Bjork żywy i wciągający. Zdecydowanie polecam.

Bjork - Debut (1993)

Björk Guðmundsdóttir rozpoczyna tą płytą solową karierę:) Co prawda wcześniej, w 1977 r., nagrała solową płytę zatytułowaną po prostu "Bjork". Miała wtedy 11 lat (sic!). Płyta ta zawierała utwory wyłącznie w języku islandzkim i zawierała gł. islandzkie tradycyjne ludowe piosenki:)) Dosyć ciekawe. Ale nie o tym mam pisać. "Debut" uznaję za pierwszą płytę dorosłej, solowej kariery Bjork. Słowo kariera jest tu jak najbardziej nam miejscu. Bjork proponuje coś nowego jak na tamten czas. Tendencja t będzie jej towarzyszyła przez wszystkie lata. Specyficzny głos o imponujących możliwościach, niebanalne podkłady i urok muzyki bardzo osobistej; słychać, że jest to coś w co śpiewająca Bjork wierzy - co niestety nie jest regułą w świecie muzyki. Często płyta jest tylko produktem, brak tego czegoś nieokreślonego. Album zawiera 12 traków i ma ponad 50 minut. Bjork określa tę oraz następną płytę, jako realizacja swoich inspiracji muzycznych. To słychać. Utwory są różne, nie nudzą. Brak tu jakiegoś napięcia, że płyta jest z góry jakoś określona; jakaś stylistyka i forma z góry postanowiona. Z Bjork jest tak, że jest artystką, która powoduje skrajne emocje. Jedni się nią zachwycają, inni wprost nie mogą zdzierżyć jej głosu, jej pomysłu na muzykę. Co by nie mówić, rzadko kogo pozostawia z obojętnością na sztukę którą oferuje swoją muzyką, co już świadczy o tym, że jest JAKAŚ, tzn. jest kimś kto tworzy coś swojego, osobistego, nie słychać u niej że naśladuje innych artystów, czy na siłę tworzy w określonej stylistyce. Bjork sama dla siebie stanowi klasę i nie sposób ująć jej w określone ramy gatunków muzycznych. Ucieka z wszelkich szufladek. Lubię takich muzyków:)) Wracając do płyty, głos Bjork, mimo że zaczyna solową dorosłą karierę, jest już naprawdę dojrzały. Słychać możliwości wokalne artystki, charakterystyczne zaczerpywanie powietrza i nieco gardłowy dźwięk przy mocniejszym/głośniejszym śpiewie przy kończeniu słów/wersów tekstu. Nie chcę dokładnie opisywać muzyki, bo zawsze z góry jest to skazane na pewne niepowodzenie. Muzykę się SŁUCHA, potem można coś o niej powiedzieć. Nie wyobrażam sobie opisać komuś muzykę Bjork, jeśli ktoś nigdy jej nie słyszał... W każdym razie, większość piosenek jest smutnawych, emocjonalnych. Czuć w głosie artystki, że jest to smutek prawdziwy, że jej utwory są osobiste, że ona to CZUJE - nie tylko wykonuje. Jest to delikatna, kobieca muzyka, jednak w żadnym razie nie zbyt delikatna, nie zbyt smętna i nudna. Pojawiają się również utwory weselsze (np. Big time sensuality). Wszystkie utwory są śpiewane po angielsku. Teksty są bardzo ciekawe, nie ma problemu ze zrozumieniem. Angielski Bjork jest zrozumiały i przejrzysty, bez naleciałości (co słychać w wypowiedziach artystki, ten fajny islandzki akcent na angielskim:))) Bjork jest autorką tekstów wszystkich utworów z wyjątkiem numeru 5 (część utworów ma obok Bjork, również autorstwo producenta płyty Nellee'a Hoopera). Na płycie jest wiele ciekawej elektroniki - co stanie się jednym z atutów muzyki Bjork. Podsumowując: udana płyta, proponująca coś nowego, oryginalnego, równocześnie delikatnego i pełnego emocji, oraz ambitnych podkładów i przyjemną różnorodność materiału muzycznego. Zaś przede wszystkim, głos Bjork. do mnie przemawia. Zdecydowanie polecam. Kolejne płyty Bjork będą już tylko progresją i całkowitą oryginalnością muzyczną, każda zaskakuje i pokazuje ogromny poziom wokalistki, co świadczy o tym, że jest jedną z ważniejszych artystów ostatniej dekady poprzedniego tysiąclecia, jak również i pierwszych lat obecnego. :))))))

KYUSS - ...And The Circus Leaves Town (1995)

Ostatnia płyta Kyussa - co prawda wydano później 'Muchias Gracias', ale nie jest to już pełnoprawny album - to tylko kompilacja utworów kilku koncertowych (z Niemiec) i kilku innych powstałych już po rozpadzie zespołu. Kyuss właściwy kończy się na '...And The Circus Leaves Town'. Kończy się, ale nie umiera:-) Zespół właściwie jest już legendą po wydaniu 2 i 3 albumu. Nagły koniec po 4-ej płycie powoduje że muzyka Kyuss jest już wyraźnie w pewnych kręgach kultowa, mało znana i niepowtarzalna. Zespół nie reaktywuje się już nigdy, mimo bardzo intratnych propozycji. Członkowie idą w swoje strony - część tworzy Queens Of The Stone Age, ale nie będę o tym tu pisał. Dodam tylko że muzyka QOTSA w żadnym razie nie jest kontynuacją Kyussa. Muzyka na ostatniej płycie kontynuuje to o było na poprzednich płytach: mocne uderzenie, rozpędzające się utwory, magiczny klimat, niesamowite gitary i perkusja oraz pustynny klimat z mniej lub bardziej wściekłym wokalem. Przed '...And The Circus Leaves Town' następuje zmiana perkusisty z Branta Bjorka na Alfredo Hernandeza. płyta brzmi jednak inaczej niż poprzednie. Tzn. jest bardzo basowa, pełna brudnego ciężkiego basu, wyraźnie to ją odróżnia od poprzednich. Wokal nie jest już tylko szybki i surowy, ale potrafi być powolny nie tracąc przy tym na swej sile i powadze - np. utwór 'Gloria Lewis'. Piosenki z tej płyty nadal przypominają toczące się wyroki śmierci, powoli zaczynając, a kończąc w niesamowitych huraganie gitar, basu, perkusji. Płyta jest bardzo klimatyczna, można wręcz powiedzieć, że jest najbardziej klimatyczną ze wszystkich Kyussów -np. utwór 5.: 'Phototropic'. Kilka utworów jest tradycyjnie bez wokalu: gitara Homme'a jest już bardzo dojrzała i właściwie obok brudnego basu, przewodzi większości utworów. Perkusja w porównaniu do dwóch poprzednich płyt, jest już nieco w tyle, tzn. w sensie, że nie wychodzi na pierwszy plan. Płyta kończy się koło 11 minutowym 'Spaceship Landing', poprzedzonym smutno-klimatycznym powolnym 'Catamaran'. Ostatni utwór niesamowicie się rozwija, coś pięknego, można słuchać i słuchać w nieskończoność tej gitary. Ostatni track ma ponad 30 minut. Po 11 minutowym lądowaniu ostatniego numeru, jest cisza... ...ale w tej ciszy coś się w końcu wyłania. Coś niesamowitego, nieśpiesznego i klimatycznego. Płyta się kończy, cyrk opuszcza miasto, ale to co pokazał na 4 płytach, nigdy nie będzie dla niektórych zapomniane. Zespół kultowy i niepowtarzalny, nie uważam że spodoba się każdemu, ale niektórzy znajdą w nim coś niesamowitego i ciężkiego do opisania i ja to znalazłem - mam nadzieję że kogoś zachęciły moje skromne, nieporadne opisy muzyki Kyussa do spróbowania tej muzyki: ja jestem od niej uzależniony. :-)

KYUSS - Welcome to Sky Valley (1994)

Nie wiem czy da się choć trochę opisać muzykę z 'Welcome to Sky Valley' osobie która nigdy jej nie słyszała. Chyba nie bardzo:-) jednak spróbuję co nieco napisać. Trzecia płyta Kyussa, najbardziej popularna, znana m.in. za sprawą klipu do 'Demon Cleanera'. Nazwa płyty wzięła się od faktycznie istniejącej bardzo małej osady karłów niedaleko Palm Desert, pustynnej osady w której działał Kyuss (wokalista J.Garcia i gitarzysta J.Homme stamtąd byli). Na okładce jest tablica informacyjna ze Swky Valley: właśnie 'Welcome to Sky Valley':-) W ogóle o okładkach Kyussa też można się rozpisać: wkładki do CD to pełny minimalizm, rozkładane na pół karteczka, kilka niesamowitych zdjęć w klimacie pustynno-magicznym, tyle, żadnych zbędnych informacji. Na największą uwagę zasługuje wkładka ze Sky Valley i zm ostatniej, czwartej płyty: '...and the Circus leaves Town'. Należy wspomnieć też o mianie basisty z Nicka Oliveriego na Scotta Reedera. Muzyka na Sky Valley jest co najmniej niesamowita. Całość to 10 utworów, są jednak dostępne wersje gdzie są 3 tracki, utwory są połączone. Zresztą płyta dosyć wyraźnie dzieli się na 2 części, początkowe -do 6 utwory i reszta. Muzyka jest wg. mnie najbardziej magiczna z wszystkich płyt Kyussa. Wiele lat słucham tej płyty (jak i reszty Kyussa) i nie nudzę się tym, nadal jestem zaczarowany. Płytę rozpoczyna utwór 'Gardenia', niesamowite gitary, perkusja jak zwykle genialna, wokal od czasu do czasu: nadal ostry i z nutką wściekłości, do tego dochodzi jeszcze większa porcja magii niż na 'Bleus...'. Zdecydowanie najbardziej magiczna płyta- przynajmniej dla mnie. Kolejny utwór, 'Asteroid', mistrzostwo świat, brak mi słów na niego. TRZEBA posłuchać!!! Utwór to gitara, podobno dwie perkusje, bas, dziwne świsty, efekty jakby wiatru, wieczoru, nocy, tajemnicy... Wokalu jako takiego nie ma, ale jest coś więcej: obok tych świstów i gitary, jest coś bardzo cicho szeptane, nadaje to niesamowitego klimatu, potem znów gitary, powoli, powoli, nagle znów uderzenie z zawrotną siłą... Asteroid rozpędza się z prędkością huraganu... Nie będę opisywał wszystkich utworów, wspomnę jeszcze o nr.5. - Space Cadet. Utwór o tyle inny od reszty, że jest to swego rodzaju ballada, pełny minimalizm, magiczna klasyczna gitara (nieeeesamowita barwa!!), delikatne bębny, i przede wszystkim: powolny, nieśpieszny, delikatny wokal przypominający raczej zwykłą mowę... Niesamowity tekst, klimat i magia nie do opisania; poczucie jakby się rzeczywiście siedziało na totalnym pustynnym pustkowiu. Chyba jest to moja ulubiona płyta w całym życiu:-) A wiele słuchałem i wiele słucham. Utwory po Demon Cleaner (nr.6.), są inne, nieco surowsze, szybsze, więcej złości. Ostatni jest jednak delikatniejszy, z fajnym klimatem jak się rozpoczyna. A jak się kończy... (płytę kończy okołominutowy hidden track, bardzo zabawna muzyczka:-) Kocham tą płytę, zachęcam do słuchania jeśli ktoś nie miał z nią do czynienia, może i dla siebie znajdzie w niej trochę magii, czego każdemu życzę:-)

KYUSS - Blues For The Red Sun (1992)

Drugi Kyuss: i podobny i inny od 'Wretch'. Styl już bardziej dojrzały, jest już pewien kierunek który będzie w miarę kontynuowany na kolejnych płytach. 'Blues...' jest w pewnym sensie projektem perkusisty Branta Bjorka. Płyta jest szybka, ale już nie ma tej wściekłości i surowości co 'Wretch'. Kyuss idzie w stronę magii, klimatu:-) Gitary niesamowite, perkusja mistrzostwo świata, bas bardzo dobry, wokal już nie tak surowo-wściekły jak na debiucie, nadal jednak ma tą szybkość i lekką gardłowość; idealnie komponuje się z muzyką. Do dwóch utworów płyty powstają dwa teledyski, a zespół zaczyna być troszkę bardziej popularny, liczne słowa pochwały od bardzo znanych zespołów, Kyuss supportuje przed ich koncertami. Zespół pozostaje jednak nadal kultowy, popularny w pewnych kręgach, nie podąża w stronę popularności i efekciarstwa. Płyty trzeba posłuchać. Gra na perkusji - nie spotkałem się z lepszą perkusją w muzyce rockowej. Choćby wspomnieć początek 'Molten Universe'. Utwory Kyussa często zaczynają się powoli i klimatycznie, by nagle rozpędzić się do niesamowitego tempa - jest to bardzo częste na wszystkich płytach. Wokal nie pojawia się w każdej piosence, co uważam za plus, muzyka z 'Blues...' jest tak absorbująca i wciągająca, że momentami wokal nie jest absolutnie potrzebny. Magia, magia i jeszcze raz magia. Choćbym wspomnieć motyw z '50 million Year Trip (Downside Up)'. Płyta przez wiele osób uważana za najlepszą płytę Kyussa, uważam że słusznie, jednak gdybym musiał wskazać najlepszą i byłbym zmuszony to zrobić, powiedziałbym że najlepsza jest kolejna: 'Welcome to Sky Valley'.

KYUSS - Wretch (1991)

Pierwsza płyta Kyussa, początek tzw. stoner rocka. Wcześniej nagrali demo, jeszcze pod nazwą 'Sons of Kyuss'. Część utworów z tego dema znalazła się na 'Wretch'. O dobrej muzyce nie trzeba wiele mówić, wystarczy posłuchać. Muzyka z pierwszego Kyussa to szybki, ostry, wściekły materiał. Płyta jest oryginalna, wokal nieco gardłowy, co jednak uważam za plus, zdecydowanie pasuje do rodzaju gitarowego grania. Czasem myślę o tej płycie, jako o takim mega wku*wieniu, rozpędzającym się do czerwoności:-) Niektóre utwory mogą brzmieć nieco prowincjonalnie, jeśli chodzi o wokal, ale to pierwsza płyta, jeszcze nie ma określonego kierunku. Ostatni utwór: Stage III, gitara i bas a także talerze- mistrzostwo świata. Efekt odrzutowca przekraczającego prędkość dźwięku, niesamowite: TRZEBA posłuchać! Płyta świetnie się zaczyna, a kończy genialnie. Polecam każdemu kto uwielbia gitary, szybkość, oryginalny wokal i coś zupełnie innego. Bo Kyuss to magia, choć akurat na 1. płycie jest jej najmniej. Jedna z moich ulubionych płyt w życiu:-) Surowa, szybka, wściekła, męska płyta.




×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.