Jump to content

Opinie: płyty - ostatnio dodane

1027 opinie płyty

Moody Blues - Long Distance Voyager

Dla lamerow - wbrew nazwie zespolu plyta nie ma nic wspolnego z bluesem. Jezeli szukamy okolic to bedzie to Roxy Music, ELO, Cock Robin, Yes - i to w wydaniu z lat 70-tych. Wprawdzie plyta jest z roku 1981 ale gleboko osadzona w tradycji najlepszego grania post-beatlesowskiego. Moody Blues sypal plytami jak z rekawa i 'Long Distance Voyager' jest gdzies posrodku dlugiej listy ale takze konczy okres swietnosci zespolu. Czy jest to ich najlepsza plyta? Nie znam wszystkich ale na ile sie zorientowalem sluchajac innych dokonan Long Distance Voyager jest pikiem twoczosci. Czy jest to plyta z tematem? Tak. Niebieska okladka z XIX-wieczna rycina przedstawia teatrzyk kukielkowy i widzow w plenerach wiktorianskiej Anglii. Po kilkunastu rzutach oka na okladke nagle zauwazamy na niebie niewielkich rozmiarow obiekt latajacy najwyrazniej z wyzszej niz wiktorianska cywilizacji - jakies UFO czy co?! Teksty piosenek zmagaja sie z problemem przemijania, przeszlosci i przyszlosci. Milosc ma tylko czas przyszly, mamy w rece 22.000 dni i nocy (jak przypomina tytul jednej z piosenek). Zatem jest to plyta z koncepcja podobna do 'Time' ELO. Co z muzyka? Jest to jedna z najlepiej sluchajacych sie plyt jakie znam. Trudno sie oprzec fantastycznym melodiom i urodzie calosci. Do tego dobre wokale, gitara podporzadkowana calosci, slowki gora na 16 taktow, delikatna elektronika (Patrik Moraz!) i urozmaicenie. Po kilku naprawde doskonalych piosenkach 'tradycynych' na koniec mamy wodewilowe zakonczenie w rytmie walczyka i ostry, rockowy kawalek na deser. Melodie, och, melodie - posluchajcie chocby utwou 'Nervous', ktory wbrew nazwie jest przywieziony wprost z lak anielskich. Cudo i oaza piekna i spokoju. Aranzacje choc klasyczne to zrobione ze smakiem. Klasyczne? No tak, to jest klasyk!

Susanne Vega - Nine Objects of Desire

Susanne Vega to ‘Luka’ – oczywiscie nie doslownie ale ktoz nie zna ‘My name is Luka..’ itd. W latach 80-tych nastapilo odrodzenie tzw piosenki autorskiej nawiazujacej do stylu folk i Susanne Vega byla przy owych odrodzinach. ‘Nine Objects of Desire’ pochodzi z roku 1996 i jest swiadectwem profesjonalizmu SV. Glos jaki ma kazdy widzi – skromne, autorskie spiewanie. Wazna jest natomiast skaza melancholii i szarego, deszczowego New Yorku. Aranzacje sa skrojone skromnie ale i ciekawie. Sporo rozmaitych brzmien ale bez rozmachu Wielkich Tego Swiata. Plyty slucha sie doskonale bo 12 bardzo krotkich piosenek (zadna nie wiecej niz 4 minuty!) jest na niezwykle wyrownanym poziomie, wysokim poziomie. Tlo muzyczne to naturalne, klasyczne instrumenty rockowe z odrobina elektroniki (tylko momentami). Ma sie wrazenie polakustycznego koncertowania. Teksty sa ciekawe (np. 'Stockings') i nie przedobrzone. Znakomita pozycja dla obawiajacych sie kupic jakis szajs. No szajs at all!

The Twilight Singers - Powder Burns

Gregowi Dulli, zresocjalizowanemu swego czasu obywatelowi, znanego ze swietnego Afgan Whigs, a obecnie frontmana The Twilight (a takze Gutter Twins, ktorego plyta wchodzi 3 marca i swietnie sie zapowiada) .. wyszedl naprawde dobry album. Sporo pozostalo z dawnego AW (zwlaszcza glos), ale generalnie wszystko brzmi jeszcze dojrzalej (od strony muzycznej zwlaszcza), to jedna z tych plyt ktorych melodyjnosc pojawia sie i rosnie z kazdym kolejnym odsluchaniem, co moze byc strata dla nazbyt szybko przerabiajacych kolejne stosy plyt. Material ten bowiem niekoniecznie kazdemu zaraz wpadnie z marszu w ucho, co mnie akurat odpowiada, bo i nie wypadnie rownie szybko, jak wiekszosc 'efektownie' robionych piosenek, ktore juz chwile pozniej brzmia mocno banalnie. Masa inteligentnego (znaczy sie w opozycji do oklepanego 'zwrotka/refren') dosc bogatego w instrumentarium, zroznicowanego grania no i znakomity wokal Dulliego, tu sie nic nie zmienilo, sa tez wyjatkowo dobre teksty...

Rodrigo y Gabriela - Rodrigo y Gabriela

No dobrze, ładne jaja, zabrałem się do napisania opinii. Ale po prostu nie chcę żyć w nieświadomości że ktoś mógłby ich przegapić. To się chyba prometeizm nazywa. Ale do rzeczy, pewnego razu siedzieliśmy w KAiM i tam wicie rozumicie plumkanie i takie tam. Nagle twonk wyjmuje rzeczoną płytkę, zaczynamy słuchać i tak naprawdę można by było przy niej spędzić przy niej następny tydzień, wgniatało w fotel niesamowicie. Czasem piszę się że w jakiejś muzyce jest energia- to co się dzieje na tej płycie można porównywać z energią atomową. Mianowicie pewnien meksykański gitarzysta z kapeli metalowej której nazwa mogła by brzmieć "el slayeros" spotkał gitarzystkę fascynującej się flamenco. Wychodzi z tego niesaomwity koktail. Dwa pudła potrafią zagrać "Oriona" Metalliki i to cholernie dobrze. Jaki jest na to przepis: weż gitarzystkę flamenco i metalowca który jak każdy prawdziwy gitarzysta sięga do blusowej stylistyki. Racze nie można się nudzić. ich koncerty mają tak samo szaloną widownie jak Red Hot Chili Peppers. I naprawdę trudno się dziwić. Na płycie znajduje się parę ich kompozycji o sympatycznych ( Diablo Rojo ) hiszpańskich nazwach i inny klasyk - „Stairway to Heaven” zagrany tak że klękajcie narody. Gabriela jako że inklinacje ma jakie ma świetnie zastępuje pekusję do metalowych zagrywek Rodrigo, a to wszystko na pudełkach. Są wielcy. Polecam. Tutaj specjalne podziękowania dla nieocenionego Wojciecha Manna - jego recenzja nosi wszystko mówiący tytuł: "Dwie gitary i dużo muzyki".

Ottmar Liebert - Nouveau Flamenco

Do zakupu płyty skłonił mnie tytuł, bo nazwisko wykonawcy nic mi nie mówiło. Muzyka na tej płycie to oczywiści przepiękne flamenco gdzie instrumentem wiodącym jest klasyczna gitara. Płyta ta napewno spodoba się wszystkim którzy lubią posłuchać Paco De Lucia. Jak na flamenko przystało muzyka jest pełna dynamizmu, napięcia, wyczekiwania i romantyzmu.

Otomo Yoshihide, Bill Laswell, Yoshigaki Yasuhiro - Soup

Spotkanie sie tytulowego tria weteranow,wiecznych eksperymentatorow, zaowocowalo na tej plycie naprawde dobrym graniem, zgodnie ze stylistyka, a raczej miksem; avantu, new jazzu, noise rocka,... taka muzyczna 'zupa' (album wydany w 2004, zrealizowany w 2003, studio Gok Sound,Tokyo). Wbrew pozorom jednakze, nie mamy tu jedynie zbiorowiska bezladnie porwanych/postrzepionych dzwiekow i jazgotu, jest to bowiem wszystko przyobleczone we wciagajaca, spojna melodie, kuszaca swa innoscia, a takze i surowoscia miejscami. 'Najostrzejszy' jest utwor pierwszy 'duck' z pojawiajacym sie co jakis czas zmiksowanym ludzkim krzykiem w tle (robota laswella, jemu przypadly, oprocz basu, wszelakie efekty). Kolejne skladniki owej zupy, czyli: 'mushroom', 'crab' i 'seaweeds' brzmia juz wyraznie bardziej 'kojaco', z silniejsza koncentracja na dalszych planach, dzwiek nabiera tu wiekszej glebi (zwlaszcza 'seaweeds'), mniej jest 'zgrzytow' na pierwszym planie, wzglednie bardziej 'klasyczne granie'...

Nine Inch Nails - Y34RZ3R0R3MIX3D

Powyzszy album o latwo wpadajacym w ucho tytule :") zanabylem po dlugiej walce z soba samym, w duzej mierze wywniku pewnego znudzenia (takie granie na jedno sluchanie) kolejnymi tworami NIN, duzo lepiej odbieram ostatnie dzialania Ministry, powiedzmy, ze u korzeni obu ekip stal kiedys industrial, ktorego niewiele sie ostalo, albo raczej jest on teraz w wersji mocno lekkostrawnej (zwlaszcza tyczy sie to NIN), spozywczej ? No i tak sobie myslalem nad zakupem, jako ze to zwyczajnie zmiksowana ich ostatnia plyta "Year Zero', ktora juz mam (bo kupuje dla swietego spokoju, no i okladki maja zawsze fajne) i ktora nie jest taka najgorsza, wrecz swietna w porownaniu do badziewnej (takze w sensie nagrania) With Teeth czy Fragile. No ale tak sobie czytam, kto tam maczal paluchy w tych przerobkach i widze, ze sporo ulubionych mord, jak przykladowo: Pirate Robot Midget, Bill Laswell, Fennesz, Kronos Quartet.. i tym sposobem sie przekonalem, zwlaszcza ze najlepsze plyty NIN to w zasadzie te zmiksowane przez kogos innego, IMO, jak przykladowo Further down Spiral przez Coila. Material ten, musze przyznac, jest o klase (dwie ?) lepszy od oryginalu, brzmi duzo ciekawiej, z wieksza glebia, chlopcy tchenli troche polotu/duszy w to wszystko,znakomite granie z kilkoma ledwie wyjatkami (tu wybrzydzam, wszystko swietne), obowiazkowy zakup dla fanow tego typu brzmienia.

Kylie Minogue - The Impossible Princess

Ten wpis popelniam nie po to by gloryfikowac dzialalnosc 'ksiezniczki dyskotekowego popu', a raczej by nieco oddac jej sprawiedliwosci w tym co chciala by byc moze tworzyc, a co ostatecznie czyni. 'The impossible..' byl zalozonym pierwotnie tytulem, jednakoz w wyniku tego iz inna ksiezniczka, tym razem angielska, zmarla (zginela?), zostal on zmieniony, by ostatecznie ukazac sie jako 'Kylie Minogue' i pod takim jest zapewne wylapywalny.Co do samej zawartosci muzycznej, mamy 12, calkiem sensownie zaaranzowanych i zaspiewanych/zanuconych pioseneczek, a przede wszystkim, nie jest to wszystko na przyslowiowe 'jedno kopyto'. Sama plyta, no coz, najuczciwiej byloby ja odniesc do albumu kolezanki po fachu, innej ksiezniczki popu, Madonny i jej "Ray of light', ktory pochodzi z grubsza ze zblizonego okresu, i tu zmiezam do swej puenty. 'The impossible..' jest zwyczajnie na moj gust duzo ciekawszym 'eksperymentem' niz przyjaznie przywitany przez krytyke 'Ray of light', z ta roznica, ze jakos zupelnie i natychmiastowo zapadl sie w cieniu, co mozna brac jako jego dodatkowa zalete, byla to jednakze klapa jesli chodzi o przychody. Szkoda czy tez nie, to nie pozostalo Australijce nic innego niz kontynuacja klepania czysto plastikowych brzmien, vide jej kolejne albumy. Na koniec dodam, ze bohaterka tej recenzji zaskoczyla chociazby takimi utworami jak: Through the years, Too Far czy Limbo.. i nie zeby mnie one poniosly, zwyczajnie niczego zblizonego wczesniej nie grala (pomijajac muzyczne romansowanie z oblesnym Nickiem Cavem)i juz zapewne nie zagra.

The Grassy Knoll - The Grassy Knoll

Ten 'zespol' to w zsadzie project niejakiego Boba Greena (Nowy Jork) preferujacego dlubac w mieszance stylowej, dajacej w efekcie cos na ksztalt Chemical Brothers probujacych grac jazz, chociaz to raczej zle porownanie. TGK to o niebo ciekawsze i ambitniejsze granie, glebiej wciagajace, nawet chyba jest takie okreslenie na ta dosc trudna do sklasyfikowania muzyke, z angielskiego mamy tu slowo ‘Fusion’, czyli brzmieniowe pomieszanie z polataniem ogarniete w niezwykle spojna calosc. Sa tez tacy,ktorzy w TGK slysza ducha saksofonu Parkera wraz z Watersem na klawiszach a nawet dla Hendrixa znalazlo by sie tam miejsce, cos w tym jest. I to wszystko na raz w jednym miejscu i czasie. Warto moze wspomniec, ze Green wspolpracowal swego czasu z Nickiem Sansao (wspolnie wydany album 'Masterwork III'), czyli mozgiem projektow ‘Fear of..’ Public Enemy czy “Daydream..’ Sonic Youth. Sama plyta pochodzaca z 1998 roku, to swietnie zrobiony, zywy i mocny chwilami, transowy ale wyrafinowany zarazem zgrzyt, potrafiacy jednak zlagodzic sie skocznie i przejsc w melancholie. Nie ma tu jednak ani chwili przynudzania, moze zabrzmiec tez poczatkowo dosc bezdusznie,albo sie to komus w pelni spodoba,albo zupelnie podziekuje. Ja naleze do tych pierwszych...

David Gilmour - In Concert DVD

Bardzo ciekawy koncert z dużym udziałem instrumentów akustycznych. Mamy więc kontrabas, wiolonczelę, fortepian, rożek angielski, saksofon, dość duży, jak na Gilmoura, chórek i z reguły dwie akustyczne gitary, przy czym Gilmour czasami przerzuca się na elektryka lub przełącza elektro-akustyka w taki tryb. Wykonania piosenek znanych i mniej znanych niemal perfekcyjne. Koncert bardzo wciagający i trzeba go wiele razy obajrzeć, zeby się znudził (i tak tylko na krótko). Jedynym mankamentem jest dość mocno zszarpany głos Gilmoura, któremu czasami zdarza się cieniutko zapiszczeć :). Gorąco polecam, bo są tu prawdziwe perełki. Np wykonania Coming back to Life czy High Hopes, czy wreszcie Wish You Were Here należą na pewno do najlepszych, jakie słyszałem.

David Gilmour - Remember That Night live DVD

Zapis koncertu z touru promującego płytę On An Island. Koncert odbył się w słynnym Royal Albert Hall i podzielony był na 2 części. W pierwszej po krótkim wstępie możemy zobaczyć na żywo całą wspomnianą płyte, a później największe hity Floydów. Może powiem krótko, żeby nie przynudzać - koncert jest FANTASTYCZNY. Jest to jeden z najlepszych wogóle koncertów, jakie dane mi było obejrzeć. Wspaniali muzycy (Rick Wright, El Magnifico, Steve DiStanislao, Guy Pratt oraz Crosby i Nash jako "chórek" + gościnnie David Bowie, no i oczywiście Gilmour w najwyższej formie stanęli na wysokości zadania. Nie da się opisać - trzeba posłuchac. Koncert jest ekscytujący, wciągający i idealnie dopracowany - po prostu "must have" dla fanów Pink Floyd, a także bardzo wartościowy nabytek dla fanów muzyki rockowej. Po prostu rewelacja!!!

Eric Clapton - Pilgrim

Nie, to nie pomyłka. W nietypowy sposób rozpoczynam, no muszę przecież jakoś usprawiedliwiś rzucającą się w oczy marna gwiazdeczkę. Juz się tlumaczę - jeśli Reptile dałem 3/5, to nie może być inaczej. Czemu? Bo Pilgrim to jest według mnie SŁABA płyta!!! Moze to wydawać się niewiarygodne, biorąc pod uwagę klasę artysty, ale... no właśnie. Płyta zaczyna sie hiciorem My Father's Eyes. Żwawy, wpadajacy w ucho poczatek niestety nie odzwierciedla tego, co następuje później. Bo później mamy niestety jakiś dziwny eksperyment oparty na... orkiestrze! W miajsce tego, czego oczekuje przeciętny fan Claptona (duuużo ekscytującej gitarty, i wciągające, energetyzujące utwory blues-rockowe i rockowe efektownie wymieszane z "chwytajacymi za serce" :) wolniejszymi kawałkami) otrzymujemy piosenki nudne, nieprzyzwoicie rozwleczone z dziwacznymi, jakby niemrawymi solówkami gitarowymi i automatem perkusyjnym wyręczajacym częściowo Stev'a Gadd'a (tylko PO CO???). Nie ma blasku, polotu i Claptonowej "magii" - jest ciągnąca się w nieskończoność płyta, której wysłuchanie na raz jest ogromnym wyzwaniem. Płyta potrafi rozsierdzić nawet, jak jest włożona do kompa jako tło podczas surfowania w necie. Po prostu męęęęęęęęęczy. Strasznie męczy. Dla tych, którzy twierdzą, że Amused to Death Watersa jest nudne polecam jako terapię wstrząsową. Plusy płyty? Da się wyłowić czesto grane live River of Tears czy Going Down Slow, ale porównanie werski studyjnych z koncertowymi wypada dla tych pierwszych katastrofalnie. O ile River of Tears z albumu jest nawet wciągające, o tyle po przesłuchaniu Going Down z koncertu z NY w 1999 roku (z Sanbornem na saksofonie) po prostu sprawia, ze do wersji studyjnej nie chce się wracać. Konkluzja - płyta do oglądania (ładna okładka i nadruk na samym krążku). Do słuchania - NIE!!!

Miles Davis - Kind of Blue

Gdzies wlasnie kolo roku 1959 w USA liczba samochodow zrownala sie z liczba rodzin. Czas wojny zastapil czas dobrobytu, to co bylo 10 lat temu wydawalo sie przestarzale a to co bedzie za lat 10 skrajnie nowoczesne i cool. Ludzie nabrali checi do korzystania z zycia i cieszyli sie wlasnym i oczywistym sukcesm. W muzyce jazzowej bylo podobnie - zwariowane lata 50-te to raczej taniec i zabawa niz sztuka. Nie bylo wazne, ze tworzyli fantastyczni instrumentalisci, wazne, ze swiat sie bawil. Miles Davis i plyta Kind of Blue akcentuja cos innego niz ogolnonarodowy amok. Jest w zyciu miejsce na delikatnosc, relaks, moze i nawet medytacje. Takze jest miejsce na szlachetny jazz. Plyta w zaden sposob nie stoi w opozycji do owczesnego zycia, nie jest protestem czy alternatywa. Dodaje tylko inny pierwiastek. Doskonali muzycy nadali tej propozycji range a takze oczywiste atuty. Lagodne przypomnienie, ze sa i inne twarze zycia. Sluchajac tej plyty pierwszy raz dziwilem sie, ze tak wiele uwagi poswiecono na formowanie poszczegolnych dzwiekow, ich ukladanie w melodie i nadawnie wlasciwego wyrazu. Tu nie ma wiele wspolnego grania w sensie uzyskiwania spojnosci brzmienia. Praktycznie sa to serie podawanych tematow i kolejne improwizacje na ich temat. Jezeli juz jest jakas rownoczesna interakcja instumentow to jest to raczej dialog niz wzajemne wspomaganie. Tu szczegolnie interesujaco wypada fortepian, ktory wpradzie nie ma swej wielkiej chwili ale jakos nawiazuje kontakt z reszta instrumentow wlasnie poprzez muzyczna rozmowe. Plyta jest bardzo latwa w odbiorze. Od biedy mozna ja nawet puscic w tle cieplej kolacji skropinej czerwonym winem. Delikatne, lagodne brzmienie dominuje. Jest w tej muzyce jakas wielkomiejskosc, szyk, styl ale nie tani, raczej intelektualnie bogaty. Przy tym nie czuje sie napuszenia czy snobizmu. Plyta moze i stara ale jest jak oko cyklonu - zawiera brzmienia praktycznie z calego i dzis krecacego sie wiru glownego nurtu jazzu. Kwintesencja muzyki samej w sobie. Bardzo fajna rzecz.

J.J Cale - The Road to Escondido

Dwóch starych kumpli stylu 'laid back' na jednej płycie. Dla boskiego Eryka to spotkanie dało to dużo lepszy efekt, niż poprzednie z BB. Kingiem, a dla nas to dużo fajnych piosenek, sporo luzu, trochę gitar czyli to, co od razu kojarzy się z obydwoma gigantami. JJ Cale wiadomo na stałym poziomie (w przeciwieństwie do Eryka, który czasem lubi wstawić sample i parapety do swych coraz słabszych płyt). Dla mnie minusem jest zbytnie wygładzenie brzmienia, brak bluesowego brudu i ta kliniczność nagrania - ale i tak jest co najmniej dobrze! Fajnie, że Eryk wraca do muzyki (tribute to R.Johnson i ta płyta)

Tangerine Dream - Force Majeure

Była to płyta, która wywarła na mnie największe wrażenie. W tamtym okresie (1979) dostęp do tak egzotycznych tytułów był raczej słaby i po przebiegnięciu dwóch kilometrów z Damą Pik pod pachą do kolegi, króry był posiadaczem gramofonu z dobrą wkładką i pożyczeniu płyty od innego zasiadłem do nagrywania ze słuchawkami na uszach. W telewizji był właśnie jakiś ważny mecz piłkarski, ale płyta zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że Polska mogła zdobyć mistrzostwo świata a ja bym tego nawet nie zauważył. Szczególnie tytułowe Force Majeure, którego zmienność i momentami barokowe wstawki z syntezatorami brzmiącymi jak klawesyn są urzekające. Ponadto w kolejnym Cloudburst Flight czy Thru Metamorphic Rocks gdzie Froese dał popis gry na gitarze, który wciągnie każdego nawet nie gustującego w muzyce elektronicznej. Szczególnie, że trudno odróżnić momentami gitarę od synteratora. Płyta inna niż wszystkie z tego okresu. Nawet perkusja, która jest ewenementem w ich instrumentarium brzmi bardzo elektronicznie. Tytuł nawiązuje do niemieckich brygad specjalnych, chociaż oznacza też określenie siły wyższej. Płytę polecam każdemu, kto chce poznać inną stronę Tangerin Dream

Potomac Accord - In One-Hundred Years The Prize Will Be Forgotten

Muzyka wprowadzająca w stan zmysłowego szczęścia ze wspaniałym fortepianem w roli głównej, ale jest też dużo rockowego brzmienia i intrygującego, niby spokojnego wokalu. Dość długie i rozbudowane kompozycje, w których powoli budowane jest napięcie i specyficzny nastrój. Muzyka nostalgiczna ale też bardzo dynamiczna, tajemnicza zagrana chwilami z ponadprzeciętnym rozmachem. Jest żywiołowa i szczera. Jest piękna!

Emery Reel - '...For And Acted Upon Through Diversions'

... i jeszcze minimalizm wydawniczy - digipack z szarego kartonu a w środku ? - prawdziwy kolorowy slajd - klisza 11,5 x 7,6 cm ! Taki wyrafinowany kontrast. Jak na płycie - spokój/hałas , wolno/szybko , sucho/soczyście ...

Emery Reel - '...For And Acted Upon Through Diversions'

Niezależne, amerykańskie granie! Cudownie tak zamknąć oczy i udać się do krainy pełnej słońca, zieleni, piękych pejzaży; do krainy wypełnionej powietrzem. Muzyka płynąca zrazu wolno i spokojnie aby po chwili, nabrawszy prędkości i rozmachu, - wybuchnąć pełnym trójwymiarem! Kocham to budowanie napięcia obecne na płycie. I mam łzy szczęścia! Kto szuka muzycznego piękna to tu je znajdzie. Światowa czołówka!

Pink Floyd - Animals

Szczury, krowy i koty. Nie, nie. Cos bardziej oczywistego. Psy, owce i swinie – proste skojarzenie. Rozowy Wiaterek tym razem poszedl oklepana sciezka i dobrze. Podobnie trywialnie potraktowal swa uprzednia tworczosc nie probujac niczego kombinowac a zaczerpnal wielka chochla z tego co zna i potrafi najlepiej. To podejscie oplacilo sie - mamy rzecz przewidywalna. Nie uzywam specjalnie terminu muzyka bo ’Animals’ to cos wiecej. PF skupili sie na nastrojach, klimatach a nie na melodii czy tekstach aczkolwiek te ostatnie wystepuja. Zatem jezeli szukacie muzyki wybierzcie co innego. Ktos uprzednio napisal, ze plyte trzeba odsluchiwac od deski do deski, najlepiej pewnie w ciemnym pokoju. I to sa swiete slowa! Mysle, ze ‘Animals’ trzeba sie nauczyc i kiedy juz sie wie co tam jest to w momencie nadejscia wlasciwego nastroju siegamy sobie po ten krazek i sluchamy. Proste. Zaloze sie o 100 zl, ze wiekszosc wielbicieli tej plyty jest dumna z jej posiadania ale slucha jej tylko raz w roku i to tylko w przestepnym.

Pink Floyd - Animals

Tą płytę zaliczam do największych dokonań Pink Floyd. Jest świetnie skomponowana w perfekcyjny, przemyślany sposób. Techniczny i muzyczny majstersztyk! Nie trzeba więcej pisać, poprostu mistrzowie - PINK FLOYD!

Paul McCartney - Memory Almost Full

Co za fantastyczny tytul! W koncu Paul zbliza sie do 70-tki. Czy Memory Almost Full jest udana plyta? Z poczatku mialem watpliwosci. Paul McCartney gra na wszelkich instrumentach (minus smyki) a aranzacje zamykaja sie w tradycji skromnego grania, prawie domowego. Znamy to z poprzednich plyt i sukces tego zalozenia jest moim zdaniem nieco limitowany. Dobre plyty Paula takie jak Flaming Pie czy Flowers in the Dirt to nawiazanie do grania w zespole a nie solo lub wokol wyrazniego lidera. Zatem jak wyglada Paul a.d. 2007? Muzyka jest chwytliwa, aranzacje czytelne, muzyka zroznicowana i dosc dobre teksty – z tym czasami byly problemy (Off The Ground). Do tego mamy ciekawa produkcje i sporo zaru jak na tak leciwego wykonawce. Chwilami wrecz czuje sie zmak lat 60-tych co przeciez nie jest zarzutem. Dzis wprawdzie tak sie nie gra ale transformacja stylu sprzed 40 lat do terazniejszosci chyba nie moze udac sie lepiej. Warto kupic jezeli lubi sie taki styl i resztki ‘wielkiej czworki’. Nie probuje dopatrzec sie tutaj niczego specjalnego bo moze nie warto. Ale rozczarowac sie ta plyta niemal nie sposob. Ba, z kazdym sluchaniem dochodza nowe spostrzezenia.

Bill Evans - Everybody digs Bill Evans

Odpowiadając na wezwanie Wasulaka, również pragnę wyrazić najwyższe uznanie dla mistrza jak i również dla Philliego Joe Jonesa (moim zdaniem najlepsza perkusja ówczesnego czasu) oraz Sama Jonesa(bass). Nic dodać nic ująć od wypowiedzi poprzednika. Poprostu doskonała płyta. Płyta wydana przez Uniwersal (Riverside) nr katalogowy 0888072301825. Płytka dostępna w gigancie za 16,99 zł.

Bill Evans - Everybody digs Bill Evans

Jest fortepian, jest Bill Evans. Tytuł tej płyty można tłumaczyć: "Każdy kuma Bila Evansa". Po 50 latach ta wersja okazuje się trafna w 100%. Bo czym byłby świat jazzu bez Billa? Człowieka, którego wkład do muzyki jazzowej był absolutnie bezcenny? Niektórzy twierdzą, że cool jazz zaczął się wraz z "Kind of Blue". Ale Evans był pierwszy. "Blue in Green" i "Flamenco Sketches" istniały, zanim Davis zwołał swój zespół. Posłuchajcie, jak gra trio Evansa, a zrozumiecie, gdzie tkwi istota doskonałej współpracy muzyków jazzowych. To, co porusza u Evansa aż do stanu "chłodnego wybudzenia" to jego timing, zrazu lekko spóźniony, ale w istocie będący odpowiedzią, która, jeśli ma być tą właściwą (a u niego jest właściwa), potrzebuje chwili. I w trakcie tej chwili słyszymy, jak Evans bierze dźwięki na siebie, obraca je w dłoniach, pozwala im dojrzeć i dopiero takie- uwalnia. I rzecz ta nie dotyczy tylko tego albumu. Czy to z obawy, czy z innych powodów, to jest pierwsza recenzja Billa na forum. Czas najwyższy, żeby posłuchać jeszcze raz i napisać, dlaczego piękno jazzu tkwi właśnie w muzyce Evansa, mistrza i genialnego inspiratora. Bo jak by to było móc przenieść się w czasie i stanąć w Village Vanguard, posłuchać walca dla Debbie, no i ostrzec LaFaro przed tym, co tak przedwcześnie zakończyło żywot jednego z najwspanialszych trójek w historii muzyki?

Keith Jarrett - The Koln Concert

Płyta historyczna i kultowa, jedna z najbardziej znanych płyt jazzowych na fortepian solo, wielu ma tylko tą jedną płytę Mistrza (co jest ze szkodą dla nich samych), wielu od tego zaczyna przygodę ze światem muzycznym Ketiha Jarretta. W tej muzyce jest romantyzm, jazz, impresjonistyczne wycieczki i to wszystko, za co kochamy KJ. Czyste piękno, chyba że ktoś ma serce ze stali i słucha tylko przełomów i kabli. Rozwinięcie tych pomysłów słychać na każdej solowej płycie KJ. Ta jest najbardziej znana, ale czy najlepsza? To jest pytanie dla każdego z nas, dla mnie taką płytą jest La Scala i nowe nagrania KJ: Radiance i Carnegie Hall.




×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.