Jump to content

Opinie: płyty - ostatnio dodane

1023 opinie płyty

Aga Zaryan - Picking up the pieces

Płyta marzenie. Odkrycie roku, wręcz dekady. Nie wiedziałem że w naszym kraju śpiewa światowej klasy wokalistka jazzowa. Aga vel Agnieszka Skrzypek udowodniła że jest po prostu wielka. Bierze na warsztat wielkie standardy jazzowe i śpiewa je po swojemu. Rządzi na scenie i już. Robi to ala la Aga. Nie naśladuje na ślepo wielkich poprzedniczek. Jednocześnie ma rytm, po prostu się buja od pierwszego utworu do ostatniego. Ma znakomite wyczucie rytmiki jazzowej. Nie znam się na tym ale każdy kawałek mie oczarowuje i trzyma do końca. Płyta która w odtwarzaczu można ustawić na Repeat i odsłuchiwać W CAŁOŚCI wiele razy pod rząd. Dla mnie to sama przyjemność i największa rekomendacja. A utwór Throw it Away to po prostu majstersztyk. Podobnie jak Suzanne L.Cohena. Po prostu Aga ma WIELKI TALENT i słychać to na całej płycie w KAŻDYM kawałku. Dla miłośników wokalistyki jazzowej pozycja obowiązkowa.

Gloria Esfetan - Mi Tierra

Słuchałem kilku płyt Glorii skuszony nośnym nazwiskiem. I co? Starocie z plastiku. Dyskotekowy pop i nic więcej. Byłem bardzo rozczarowany. Brzmienie bardzo już trąci myszką. A tu nagle kolega, zawodowy muzyk (wiolonczela) zafascynowany muzyką latynoską polecił mi tę płytę i ... zaczęło się. Fascynująca. Gloria wraca do kubańskich rytmów. Ciekawie zaaranżowane klasyczne piosenki z gorącej wyspy. Słucha się tej płyty w całości - od pierwszej do ostatniej piosenki. Wciąga i trzyma w nasłuchu do końca. Niewiele płyt w mojej kolekcji da się słuchać z równą fascynacją do końca. Może dziesięć. Zaśpiewana, zaaranżowana bajecznie. Rytm, melodia, wszystko na swoim miejscu. Płyta obowiązkowa w kolekcji miłośnika latino. Gloria Estefan sięga do korzeni i wtedy dopiero staje się prawdziwą gwiazdą. POLECAM - dla mnie płyta klimatyczna i po prostu rewelacja.

Kate Bush - Aerial

Album jest po prostu sensacyjny. Czasem natykamy się właśnie na coś takiego- najpierw wzruszenie ramionami, potem kilka powtórek z ciekawości, po następnych kilku zaczyna wpadać...najpierw w ucho, a później już na całego. Nie widzę sensu rozpisywać się nad czymkolwiek- czy do nieba i morza trzeba kogokolwiek zachęcać?

Ennio Morricone - The Good, The Bad & The Ugly [SOUNDTRACK]

Jedna z moich ulubionych dźwiękowych opraw filmów. Świetnie komponuje się z obrazem, w scenie konfrontacji bohaterów (The Trio) uprzedza, co się wydarzy, podkreśla doniosłość chwili...w końcu za chwile, ktoś zginie, zginie człowiek. Smyczki, zmiany tempa, pauzy, struny gitar potrącane co i rusz tworzą nastrój oczekiwania na rozwiązanie akcji. Gitary, trąbki, pohukiwania, przeszkadzajki, kotły składają się na warstwę przewodniego tematu filmu. Spokojny początek, potem maszyneria jest uruchamiana na pełen sicher. I tak być powinno. O `The Ecstacy Of Gold` nie wspominam;) Prawdziwa ekstaza.

Pat Metheny - Watercolors

Fajna i naprawdę przyjemna płyta Pata z najlepszego okresu, czyli grania w stajni Eichera - ECM. Obok klasycznego brzmienia PM mamy tutaj próbki ambitniejszego podejścia do tematu , jednak w ramach ogólnie przyjętej patowej konwencji. Lubię 'Watercolors', szczególnie jesienią. Dla patologów rzecz obowiązkowa, dla reszty może być przyjemnym, choć niezbyt zaskakującym odkryciem.

Jacky Terrasson - Reach

Aż dziw bierze, że dotychczas ten wykonawca, tutaj w trio, nawet nie miał swojego miejsca w opiniach, ale cóż- nic straconego. Płyta, którą mam zamiar przybliżyć, to po prostu świetna muzyka, która przede wszystkim porywa i zadziwia. Jest jak dobre wino- z każdym kolejnym łykiem odkrywa się więcej. Od pierwszych taktów słychać, że Terrasson jest klasykiem fortepianu, mnie osobiście nasuwają się skojarzenia z Evansem. Nie wdając się w szczegóły ukłądu utworów na płycie, wszystko zdaje się zmierzać do szczytu w okolicach piątego utworu, żeby potem spokojnie zejść w dół. W ogóle tytułowa "piątka" mogłaby śmiało stać się standardem, ale spokojnie, może nim jeszcze zostanie? Hipnotyzujący timing jest tym, co najbardziej mi się tam podoba, a gdyby pozostałe kawałki były równie dobre, to można by spokojnie postawić krążek na najwyższej półce. Ale i tak jest świetnie, rzekłbym, że każdy w miarę osłuchany fan jazzu może brać w ciemno, zwłaszcza, jeśli lubi fortepian i atmosferę kameralnego klubu, do którego idzie przede wszystkim na spotkanie z przyjaciółmi. Mało dziś takich klubów, więc jeśli ma się przyjaciół i coś dobrego do picia, śmiało można ich zaprosić na Terrassona!

Marek Grechuta - box Świecie nasz

Muzykę chyba wszyscy znamy, więc nie ma się co rozpisywać , klasyka jakich mało.Pudełko zawiera wszystkie oficjalne płyty Marka plus bardzo dobrze drukniętą książeczke autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego.W środku do każdej płyty, dokładna lista płac w rozbiciu na poszczególne utwory,mnóstwo dat i wiadomości.Wszystkie płyty remasterowane , początek to oficjalna płyta , i kilkanaście utworów bonusowych, nie liczyłem ale każdy dysk to ponad godzina muzyki.Bardzo gorąco polecam wszystkim którzy lubią te klimaty.

Vangelis - Voices

Co tu duzo pisać poprostu genialna muzyka. Moim zdaniem zdecydowanie najlepsza płyta Vangelisa i najważniejsza płyta w muzyce elktronicznej. Słuchając tej płyty przeżywa się tą muzyke. Najlepszy utwór to "Ask The Moutains". Polecam tą płytę kazdemu kto ceni sobie dobrą muzykę.

Keith Jarrett - Sun Bear Concerts

Sun Bear Concerts to tzw. pozycja absolutnie obowiązkowa dla fanów Jarretta, a może i dla miłośników fortepianu również. Muzyka zawarta jest na 6ciu płytach, z których pięć stanowi zapis koncertów solowych, zagranych w największych Japońskich miastach, ostatnia to 3 bisy z 3 miast. Jakież to są piękne płyty! Cóż to musiał być za listopad w siedemdziesiątym szóstym! I jakaż uczta dla tych, którzy już wtedy rozpoznali talent, który trzy lata wcześniej wybuchł w Bremen i Lozannie, a w roku poprzedzającym Japonię kulminował W Kolonii. Cóż to jest za muzyka! A najlepsze jest to, że każdy z koncertów zagrany został na tym samym, najwyższym poziomie, jakby fala liryki niosła Jarretta niczym herosa łaskawego bogom. Może to być również świetny materiał dla tych, którzy zastanawiają się na fenomenem Jaretta. I zadają sobie pytanie: jak możliwe jest granie doskonałe za pierwszym razem?

Anna Maria Jopek - Bosa

Wyśmienita plyta,audiofilsko nagrana,niczym płyty z audionot,niedoceniane przez wyznawców dobrego brzmienia,którzy nie wiedząc czemu nie doceniają polskich płyt i polskich wykonawców.A przecież taka piosenkarka jak Jopek powinna stać na niejednej półce w domach audiofili na całym świecie obok takich dam Jazzu jak Cassandra Wilson,Diany Krall czy Kari Bremnes. Przynajmniej u mnie tak jest!!!

Portishead - Portishead

Była to moja pierwsza płyta tego zespołu (trafiłem na nią zupełnie przypadkiem). Pozniej zakupiłem wszystkie pozostałe (3).Moim skromnym zdaniem najlepsza jest wasnie "Portishead". Muzyka, no coz tego nie da się podrobic. Absolutna deliria, odlot. Muzyka demoniczna, w pelni dolujca. Polecam sluchac glosno.Plyte zakupilem w gigancie 29 zl. Gatunek blizej niedookreslony (moze jazz elektroniczny)

Can - Tago Mago

Płyta rewelacyjna, jedna z najlepszych krautrockowych płyt i nie tylko. Pełna transu, odniesień do muzyki rytualnej, najmniej tu blues - rocka tak charakterystycznego do muzyki tamtych czasów. W oryginalnej wersji analogowej to dwupłytowy album, w wersji CD występuje jako pojedynczy. Reedycji najpierw dokonała wytwórnia Spoon, teraz Can wydaje Mute.

Arc Angels - Arc Angels

Zespół Arc Angels powstał na poczatku lat '90 w Austin w Teksasie. Tworzyło go czterech muzyków: Doyle Bramhall II, Charlie Sexton, Tommy Shannon, Chris Layton. Zespół istniał krótko, ich debiutancki album okazał się zarazem ostatnim, ale i tak ta jedna płyta wystarczyła, żeby zapisac się na stałe w historii amerykańskiej muzyki - nazwa Arc Angels jest wciąż dobrze rozpoznawalna w USA. Trudno się dziwić - szczerze mówiąc ciężko znaleźć tak dobry debiutancki album. Arc Angels to kawał dobrego rocka, płyty można słuchać barzdo wiele razy i wciąż się nie nudzi. Zdecydowanie polecam.

Andy Fairweather Low - Wide Eyed And Legless 1974-1997

Ta wydana w Australii płyta zawiera największe hity z dorobku gitarzysty, m.in. Spider Jivin', Drowning on Dry Land, If That's What It Takes, Wide Eyed And Legless, 8 Ton Crazy, Be Bop'n'holla i wiele innych. Wiekszość z 20 piosenek nagrano w latach '70 i na poczatku lat '80. Generalnie jest to rock z domieszką folku - prosta muzyka, dziś oczywiście stosunkowo mało popularna, ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Muzykę tego typu ciężko uznac za genialną, ale nie bez powodu Andy Fairweather Low jest jedną z ważniejszych postaci muzyki brytyjskiej lat '70.

Snowy White - Restless

Snowy White znany jest w Polsce głównie jako muzyk w zespole Rogera Watersa. Jego własna twórczość jest już mniej znana. Restless jest chyba najnowszą płytą gitarzysty. W Polsce dostępne jest głównie wydanie portugalskie (Upgrade Records), a cena jest wręcz śmieszna i kształtuje się w okolicach 20zł. Sama muzyka jest już natomiast całkiem na serio - krótko mówiąc: dobry album. Znajdziemy tu rózne utwory od średnio mocnego rocka po piękne ballady wzbogacone pięknym brzmieniem Gibsona Snowy'ego, który gra zupełnie inaczej i, po prostu, lepiej niz u Watersa. Tam gra wiecznie jedno i to samo, a na Restless odszedł od stosowanych choćby na "in the flesh" riffów i gra po swojemu, trzeba przyznać, ze bardo ładnie. Dodatkowym atutem płyty jest także użycie dość egzotycznych bębnów w niektórych piosenkach. Oglónie rzecz biorąc nic specjalnie "odkrywczego", ale słucha się super, a "Time has Come" czy "Soldier of Fortune" uważam za jedne z najlepszych utworów, które mam. Tytułowe Restless podoba mi się już trochę mniej, ale i nie wkurza. A jak weżmiemy pod uwagę cenę płyty - szkoda jej nie kupić :)

Springsteen Bruc - Born in the U.S.A

Plyta bardzo znana by nie powiedziec slawna. Plyta, ktora tkwi gleboko w swiadomosci wielu ale jednoczesnie wiele hitow z jej listy obecnosci nie jest czesto granych. Ba, caly Bruce nie jest chetnie eksploatowany na falach eteru. Dlaczego? Odpowiedz jest trudna. Wielu zapamietalych fanow Bossa nie lubi tej plyty, jest zbyt komercyjna, zbyt czeladnicza, zbyt rzemieslnicza i obliczona na sukces. Bruce Springsteen mial juz w tym momencie gigantyczne doswiadcznie i mogl je wyorzystac dla dokonania skoku na kase. I zrobil to. Mamy plyta latwa w sluchaniu i zawierajaca wiele hitow. Sek w tym, ze trudno sie odczepic od mysli o rutynie, pisaniu pod sluchacza i graniu bieglosca a nie sercem. Do tego jest dysonans kontekstu faceta, ktory zrobil miliony na piosenkach, jest uosobieniem mitu o amerykanskim marzeniu a spiewa o malym miasteczku bez przyszlosci. Moze ow sukces to niedomowienie, ktore sami sobie mozemy dopowiedziec - jest to plyta o sukcesie. Ale nie. To jest za daleko idace bo przeciez Boss to prostak. Jak tu wyjsc z takiej pokreconej sytuacji? Fani mowia olac to. Przypadkowym sluchaczom plyta sie podoba. Z dobrych rzeczy niewatpliwie jest ciekawa gra E-street bandu. Takze mila uchu melodyka i lapiace za serce teksty z marginesem do wlasnych interpretacji. Minusem jest nieszczerosc tej plyty oraz ciezkie spiewanie Bossa. On zreszta zawsze spiewa z nieskrywanym wysilkiem ale tu jakos to nie pasuje. Mistrz rzemiosla a takie meki. Wyuczone? ;-) Plyta, ktora kupicie, posluchacie, polubicie i.. odstawicie na swiete nigdy na polke. Boss potrafi lepiej, naprawde.

Cat Stevens (Yusuf Islam) - An Other Cup

Cos z Cata Stevensa bylo niemal obowiazkowa pozycja w kazdje plytotece lat 70-tych, szczegolnie wsrod rozgoraczkowanych nastolatek. Bylo-minelo ale ktoz nie zna przynajmniej kilku podstawowych piosenek Mistrza? Warto i dzis miec jego GH no bo talent kompozytorski byl, glos oryginalny, cieply i stylowy. Cat Stevens milczal przez 30 lat dorobiwszy sie w tym czasie islamskiej religii, islamskiej zony, islamskich dzieci i islamskich przyjaciol. Kiedy po latach zapragnal powrocic do USA robiono mu wielkie trudnosci i wcale nie w ramach reklamy. No ale wrocil i nagral plyte 'An Other Cup'. Plyta sprzedaje sie srednio bo artysta YUSUF wykaligrafowany na okladce nie jest powszechnie znany no i nie moze byc takze pamietany. Tymczasem plyta jest bezbolesnym przedluzeniem dzialan sprzed 30 lat. Jest hippisowska, akustyczna, melodyjna, dotyka spraw nieba i ziemi i to w nieco podnioslych slowach. W piosenkarstwie jednak lekka egzaltacja i upust nieco naiwnym wizjom uchodzi. Sztandarowy przyklad - 'Imagine' Lennona. Yusuf czyli Cat robi to samo. Robi z wdziekiem i sensem. Jezeli zapomnimy na chwile o konflikcie 2 religii, jezeli przyjmiemy jego wyspiewywanie o pokoju za dobra monete a nie propagowanie islamu to spokojnie skonsumujemy to znakomite muzycznie danie. Informacja we wkladce plyty nie jest zbyt jasna ale przynajmniej 2 nazwiska sa warte wspomnienia - Youssou N'Dour i studyjny-sesyjny geniusz gitary John Themis. To jakas gwarancja przemieniania srebra w zloto. I faktycznie plyta lsni. Jest kilka znakomitych piosenek, inne sa bardzo solidne. Prawie historyczne wymagania wypelnienia plyty kilkunastoma szlagierami sa tu spelnione. Do ozdoby mamy troche oszczednie dafkowanych smaczkow - arabski, country, hippie, jazz. Mimo wokalu na pierwszym i wysunietym planie jest takze nieco deciakow, orkiestracji czy wrecz filmowych akcentow. No niezla rzecz jednym slowem. Gdyby czlowiek jeszcze nadal nazywal sie Cat Stevens bylby to pewnie Wielki Come Back. A tak tylko dobra plyta dobrego czlowieka.

Linkin Park - Reanimation

Płyta zawiera większość remixów utworów z "Hybrid Theory" tworzonych przy współpracy z masą innych artystów. Kiedy kupowałem płytę, nie byłem przekonany co do tego co na niej znajdę ( miałem podejście że to pomysł zespołu na zarobienie dodatkowej kasy nie przemęczając się ). Po przesłuchaniu płyta bardzo mi się spodobała. Każdy utwór jest przedstawiony w zupełnie inny sposób, widać że chłopaki z Linkina się napracowali. Składa się z 20 kawałków przerywanych wstawkami z rozmowami.

Springsteen Bruc - Born in the U.S.A

Czas na krwisty stek z frytkami gęsto polany keczupem, czas na podróż 66-stką w rozklekotanym pickup'ie, czas na sen w przyczepie postawionej prosto na gorącym piasku przy drodze... Witaminom, katalizatorom i klimatyzacji mówimy adios. Czas na Bruc'a. Czas na proste, żeby nie powiedzieć proletariackie, brzmienia prosto z lat 80 (to ostatnia dekada, gdzie napisano coś oryginalnego w muzyce pop). Cztery gwiazdki za naturalność w postaci brudu, potu i naiwnych marzeń wyciekających z tej płyty. Piąta gwiazda to oczywiście Bruc. Zabieracie się na ten pociąg albo nie. Melua została na peronie ze swoimi przepłaconym porcelanowym głosikiem - naiwność Bruca ma brudne oblicze. Ja wsiadłem.

Doyle Bramhall II - Welcome

Doyle Bramhall II to stosunkowo mało popularny w Polsce gitarzysta i kompozytor z Texasu. Na poczatku lat '90 grał w zespole Arc Angels, który jednak szybko się rozpadł. Wydana w 2001. roku Welcome to trzecia solowa płyta Doyl'a, zdaniem AllMusicGuide najsłabsza. Doyle Bramhall gra muzykę zaliczaną do bluesa, blues-rocka czy R&B. Na płycie znajdziemy 12 różnorodnych utworów. Wśród nich są takie, do których wraca się często i z przyjemnością oraz takie, o których raczej szybko się zapomina, bo po prostu są przeciętne i mało wciągające. Jako, ze Doyle to bardzo dobry gitarzysta, na płycie znajdziemy dużo gitary (elektrycznej) w przeróżnych odsłonach i to właśnie bogactwo brzmień tego instrumentu jest głównym atutem albumu. Ogólnie płyty słucha się z przyjemnością, choć czasami korci mnie, żeby nacisnąć skip, co też i wtedy czynię. Podstawowy zarzut wobec niektórych utworów to monotonia połączona z pewna jazgotliwością. Nie chodzi bynajmniej o to, że za głośno czy za ostro (osobiście lubię też jak gitarzysta "da czadu"), razcej o brak pewnego piękna, melodyjności czy zwyczajnie polotu. W innych piosenkach wszystko to już jest i tych słucha się super. Mnie osobiście najbardziej podobają się "so you want it to rain", "Thin dream" i "Cry". I choćby dla tych piosenek cieszę się, że mam ten album. W sumie polecam, zwłaszcza, że na allegro cena nie zwala z nóg.

Moody Blues - Long Distance Voyager

Dla lamerow - wbrew nazwie zespolu plyta nie ma nic wspolnego z bluesem. Jezeli szukamy okolic to bedzie to Roxy Music, ELO, Cock Robin, Yes - i to w wydaniu z lat 70-tych. Wprawdzie plyta jest z roku 1981 ale gleboko osadzona w tradycji najlepszego grania post-beatlesowskiego. Moody Blues sypal plytami jak z rekawa i 'Long Distance Voyager' jest gdzies posrodku dlugiej listy ale takze konczy okres swietnosci zespolu. Czy jest to ich najlepsza plyta? Nie znam wszystkich ale na ile sie zorientowalem sluchajac innych dokonan Long Distance Voyager jest pikiem twoczosci. Czy jest to plyta z tematem? Tak. Niebieska okladka z XIX-wieczna rycina przedstawia teatrzyk kukielkowy i widzow w plenerach wiktorianskiej Anglii. Po kilkunastu rzutach oka na okladke nagle zauwazamy na niebie niewielkich rozmiarow obiekt latajacy najwyrazniej z wyzszej niz wiktorianska cywilizacji - jakies UFO czy co?! Teksty piosenek zmagaja sie z problemem przemijania, przeszlosci i przyszlosci. Milosc ma tylko czas przyszly, mamy w rece 22.000 dni i nocy (jak przypomina tytul jednej z piosenek). Zatem jest to plyta z koncepcja podobna do 'Time' ELO. Co z muzyka? Jest to jedna z najlepiej sluchajacych sie plyt jakie znam. Trudno sie oprzec fantastycznym melodiom i urodzie calosci. Do tego dobre wokale, gitara podporzadkowana calosci, slowki gora na 16 taktow, delikatna elektronika (Patrik Moraz!) i urozmaicenie. Po kilku naprawde doskonalych piosenkach 'tradycynych' na koniec mamy wodewilowe zakonczenie w rytmie walczyka i ostry, rockowy kawalek na deser. Melodie, och, melodie - posluchajcie chocby utwou 'Nervous', ktory wbrew nazwie jest przywieziony wprost z lak anielskich. Cudo i oaza piekna i spokoju. Aranzacje choc klasyczne to zrobione ze smakiem. Klasyczne? No tak, to jest klasyk!

Susanne Vega - Nine Objects of Desire

Susanne Vega to ‘Luka’ – oczywiscie nie doslownie ale ktoz nie zna ‘My name is Luka..’ itd. W latach 80-tych nastapilo odrodzenie tzw piosenki autorskiej nawiazujacej do stylu folk i Susanne Vega byla przy owych odrodzinach. ‘Nine Objects of Desire’ pochodzi z roku 1996 i jest swiadectwem profesjonalizmu SV. Glos jaki ma kazdy widzi – skromne, autorskie spiewanie. Wazna jest natomiast skaza melancholii i szarego, deszczowego New Yorku. Aranzacje sa skrojone skromnie ale i ciekawie. Sporo rozmaitych brzmien ale bez rozmachu Wielkich Tego Swiata. Plyty slucha sie doskonale bo 12 bardzo krotkich piosenek (zadna nie wiecej niz 4 minuty!) jest na niezwykle wyrownanym poziomie, wysokim poziomie. Tlo muzyczne to naturalne, klasyczne instrumenty rockowe z odrobina elektroniki (tylko momentami). Ma sie wrazenie polakustycznego koncertowania. Teksty sa ciekawe (np. 'Stockings') i nie przedobrzone. Znakomita pozycja dla obawiajacych sie kupic jakis szajs. No szajs at all!

The Twilight Singers - Powder Burns

Gregowi Dulli, zresocjalizowanemu swego czasu obywatelowi, znanego ze swietnego Afgan Whigs, a obecnie frontmana The Twilight (a takze Gutter Twins, ktorego plyta wchodzi 3 marca i swietnie sie zapowiada) .. wyszedl naprawde dobry album. Sporo pozostalo z dawnego AW (zwlaszcza glos), ale generalnie wszystko brzmi jeszcze dojrzalej (od strony muzycznej zwlaszcza), to jedna z tych plyt ktorych melodyjnosc pojawia sie i rosnie z kazdym kolejnym odsluchaniem, co moze byc strata dla nazbyt szybko przerabiajacych kolejne stosy plyt. Material ten bowiem niekoniecznie kazdemu zaraz wpadnie z marszu w ucho, co mnie akurat odpowiada, bo i nie wypadnie rownie szybko, jak wiekszosc 'efektownie' robionych piosenek, ktore juz chwile pozniej brzmia mocno banalnie. Masa inteligentnego (znaczy sie w opozycji do oklepanego 'zwrotka/refren') dosc bogatego w instrumentarium, zroznicowanego grania no i znakomity wokal Dulliego, tu sie nic nie zmienilo, sa tez wyjatkowo dobre teksty...

Rodrigo y Gabriela - Rodrigo y Gabriela

No dobrze, ładne jaja, zabrałem się do napisania opinii. Ale po prostu nie chcę żyć w nieświadomości że ktoś mógłby ich przegapić. To się chyba prometeizm nazywa. Ale do rzeczy, pewnego razu siedzieliśmy w KAiM i tam wicie rozumicie plumkanie i takie tam. Nagle twonk wyjmuje rzeczoną płytkę, zaczynamy słuchać i tak naprawdę można by było przy niej spędzić przy niej następny tydzień, wgniatało w fotel niesamowicie. Czasem piszę się że w jakiejś muzyce jest energia- to co się dzieje na tej płycie można porównywać z energią atomową. Mianowicie pewnien meksykański gitarzysta z kapeli metalowej której nazwa mogła by brzmieć "el slayeros" spotkał gitarzystkę fascynującej się flamenco. Wychodzi z tego niesaomwity koktail. Dwa pudła potrafią zagrać "Oriona" Metalliki i to cholernie dobrze. Jaki jest na to przepis: weż gitarzystkę flamenco i metalowca który jak każdy prawdziwy gitarzysta sięga do blusowej stylistyki. Racze nie można się nudzić. ich koncerty mają tak samo szaloną widownie jak Red Hot Chili Peppers. I naprawdę trudno się dziwić. Na płycie znajduje się parę ich kompozycji o sympatycznych ( Diablo Rojo ) hiszpańskich nazwach i inny klasyk - „Stairway to Heaven” zagrany tak że klękajcie narody. Gabriela jako że inklinacje ma jakie ma świetnie zastępuje pekusję do metalowych zagrywek Rodrigo, a to wszystko na pudełkach. Są wielcy. Polecam. Tutaj specjalne podziękowania dla nieocenionego Wojciecha Manna - jego recenzja nosi wszystko mówiący tytuł: "Dwie gitary i dużo muzyki".




×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.

                  wykrzyknik.png

AdBlock blocking software detected!


Our website lives up to the displayed advertisements.
The ads are thematically related to the site and are not bothersome.

Please disable the AdBlock extension or blocking software while using the site.

 

Registered users can disable this message.